sobota, 25 października 2014

Aj łona bi sori, bat ajm rili nat. Recenzja książki

Każdy człowiek ma marzenia, prawda? Czasami takie dziwne i nienormalne jak moje, żeby w pokoju były tylko same książki no i jeszcze jakiś tapczan, żeby je czytać czy inne, na przykład te o... E tam, nieważne. Albo takie nieprawdopodobne jak napisanie wydanie własnej książki, a potem sfilmowanie jej w Hollywoodzie albo przez Petera Jacksona. Albo te trywialne – o, na przykład dzisiaj moim marzeniem jest to, żeby pani od matematyki nie zrobiła kartkówki z prac domowych (!), albo żebym nie musiała iść do Kochanej Szkoły nawet na jedną lekcję. Każdy człowiek ma jakieś marzenia. Dotyczą one najczęściej miłości drugiej osoby, najczęściej płci przeciwnej, albo tej samej, nieważne. W każdym razie o czymś w odcieniu Romea i Julii, ale raczej z happy endem. W moim wieku (chociaż czuję się już stara) większość dziewczyn marzy jeszcze o ślubnej sukni z kilometrowym welonem, co jeszcze, jeślibyśmy mieszkały w odległych wiekach, byłoby jednym z tych marzeń, co na pewno się spełnią. Jednak teraz wszystko jest coraz bardziej skomplikowane – kobiety wyzwoliły się spod panowania mężczyzn, a i oni coraz częściej są żabami, co się za księcia przebierają i taka jest smutna prawda. Bo jak nie jest uzależniony od TV albo gier komputerowych, to w pewnym momencie życia zaczyna dostrzegać wdzięki innych kobiet, a jak nie to, to ma czasochłonną tudzież niebezpieczną pracę, o której wciąż gada, a jeśli żadne z powyższych, to jest brzydki i pryszczaty. Niestety! Ciężko jest się pogodzić, że Aragorn, pan Dracy, Romeo i inni, do których wzdychamy, nie chodzą po ulicach nawet Los Angeles. Lajf is brutal, drodzy panie i panowie.

No ale od czego w tym razie jest literatura? Przenosimy się tam, gdzie chcemy, poznajemy, co chcemy, przeżywamy płomienne romanse albo, jak to woli, uczestniczymy w autopsji zwłok jakiegoś człowieka, któremu bezlitosny morderca zdał za życia wielki ból. Jak kto woli. Albo, tak jak ja, bierzemy wszystko w jednym worku, żeby jak najwięcej zobaczyć. Poczuć. Bo może w realnym świecie, kto wie, od czego jednak Bóg uchowaj, nigdy tego nie doświadczę. A zresztą uwielbiam silne emocje, jak każdy chyba artysta i osoba nadwrażliwa i wiadomo, że w książkach jest ich pełno. Marzenia mają to do siebie, że nie wszystkie się spełniają, więc piszemy o nich w książkach, upodobniając siebie do postaci z naszych powieści i w chociaż pośredni sposób spełniamy swoje pragnienia. I nie ma w tym nic złego.

Gorzej jest, kiedy między naszym Marzeniem a rzeczywistością w powieści nie ma równowagi, czyli wszystko jest zbyt idealne, by mogło istnieć, a świat jest zbyt idealny. Wtedy nasze Marzenie sprawia, że większość ludzi, którzy w jakichś tam sposób są związani w prawdziwym, realnym światem, uśmiechają się ironicznie i mają wrażenie, kiedy czytają nasze wypociny, że czytają durną baśń, bo nawet te muszą tak napisane, by nie było zbyt naiwnie. I to właśnie jest największym minusem tej książki – dziecinna wręcz naiwność. Ale co ja wypisuję! Przecież jeszcze nie przedstawiłam fabuły, co, na szczęście, nie zajmie dużo czasu, a później przejdziemy do szczegółowego uzasadnienia, dlaczego ta książka nie ma żadnych zalet, a za to mnóstwo wad. Już się nie mogę doczekać!

Patrycja jest weterynarzem i nie ma faceta, tylko wiedźmowatą mamuśkę pracującą w sądzie czy w czymś w tym rodzaju oraz malutką kawalerkę. Zaczytuje się, w, dla mnie, kiczowatych powieściach fantasy (czytaj: paranormal romance z najniższej półki i wypocinach Autorki tej książki, znanych szerzej jako Gra o Ferrin i następne części, przy których nawet Zmierzch to największe arcydzieło ludzkości) i marzy o jakimś facecie, roboczo zwanym Amrem, do którego wysyła listy. Innych marzeń nie ma, więc żeby spełnić to, wybiera się na sabat czarownic, na którym ma wizję domku i księcia. Oh, oh, oh! Umieramy z romantyzmu, prawda? Jedziemy w każdym razie dalej. W końcu nasza bohaterka znajduje domek, zamieszkuje w nim, jednak jej ukochana mamusia zaczyna mieć wąty, że nie mieszka niedaleko niej i nie może jej kontrolować (to bowiem jedna z mamuś, które lubią kontrolować swoje dzieci, nawet leżąc w grobie) i... posuwa się do Niecnego Podstępu. Wynajmuje playboya i jego przyjaciela, który swoją drogą jest kolegą Patrycji z kliniki, by ten uwiódł ją i przywabił do Warszawy. Jednak nie wszystko się udaje – w Poczekajce, bo tak nazywa się wioska, w której mieszka nasza bohaterka, mieszka ktoś, kogo ów uwodziciel nie lubi, a łączą ich jakieś straszne rzeczy z przeszłości i jedna chora psychicznie dziewczyna. Co z tego będzie? Kto okaże się księciem, a kto – żabą? I wreszcie, pytanie warte życia: czy Patrycja znajdzie sobie kogoś?

Już jak pisałam wcześniej, książka, niestety, nie ma żadnych zalet. Choćbym nie miała spać całą noc i tylko myśleć, rozpatrując słowo po słowie, i tak nic bym nie znalazła. Może jeszcze więcej wad. Starałam się, słowo honoru, ale do moich zalet należy szczerość, a do wad szczerość. Źle bym się czuła, kiedy zmyśliłabym tu coś, chociaż w jednej rzeczy słodząc Autorce. Cóż. W każdym razie (czujecie ten pośpiech do rozpisywania się wadach tej książki?), jak to śpiewała nasza polska Margaret w swojej najsłynniejszej piosence (tym razem zapiszę poprawnie, bo to nie jest tego typu żart) I wanna be sorry, but I'm really not. Wiem, jak czuje się zjechany przez recenzenta pisarz, ale nie jest mi przykro. Nie tym razem.

Najważniejszą wadą jest właśnie – również przeze mnie wspomniana - straszliwa naiwność i uproszczenie, co uprościć się da, czyli wszystkiego. Nie, żeby to było płaskie, bo to jeszcze pół biedy, to jest po prostu zupełnie niezgodne z jakimikolwiek realiami na tej plancie, nawet jeśli miałby być to świat równoległy, wymyślony przez Autorkę. To przecież zbitka najgorszych z możliwych stereotypów, uogólnień i nierealnych nigdzie marzeń (nawet na tych ufoludkowych planetach). Naiwność dotycząca łatwości zdobycia pracy, leczenia zwierząt, a właśnie nieleczenia ich, czarownic, wsi wyglądających nie tylko na wieś za czasów głębokiego PRL-u, ale na uproszczanie wsi z głębokiego PRL-u. A rozumiem, że to jest XXI wiek, kiedy nawet na wsi mają komputery, a warszawiacy są bardzo miło przyjmowani przez miejscowych. Skąd to wiem? Cóż, mam rodzinę na wsi, na Mazurach, i dodam, że mają kino domowe, za którym moja kuzynka z Łodzi dopiero się rozgląda, a ciocia przyjaźni się wieloma osobami z Warszawy i nie tylko, którzy mają tam swoje domki letniskowe i często zapraszają nas na swoje działki. A wieś, o której mówię, jest otoczona ze wszystkich stron lasami. Różnice między wsią a miastem tak bardzo się zatarły, że to, o czym pisze Autorka, jest doprawdy śmieszne. Nie mówię już o zwierzętach z ZOO, w którym pracuje Patrycja, bo przecież Autorka, która jest weterynarzem (!) powinna wiedzieć, że gdyby w prawdziwym ZOO, w prawdziwym świecie, albo w książce, która w jakiś sposób naśladuje rzeczywistość, dawno zostałaby wywalona. Jak jej koleżanka Agata, ta od straszenia wężami ludzi w przychodni weterynaryjnej w oczekiwaniu na rentgen. Przecież, tak sobie teraz myślę, w ZOO powinni mieć RTG, a jak nie, to przecież dla nich, szczególnie kiedy mają jakieś niebezpieczne zwierzęta, powinni wpuszczać ich innym wejściem czy coś w tym rodzaju. Zresztą w żadnym normalnym ZOO nie trzyma się siedemdziesięciu iluś korb czy innych wężów w jednym terrarium, wymachuje wężami, przekarmia żółwie, aż zdychają i wyrabia takie inne akcje. Pomijając brak mózgu u dyrektora (o tym powiemy sobie w innym miejscu), w świecie pisarki wyraźnie brakuje Sanepidu, Greenpeace i ekologów, którzy zapewne pierwsi dobraliby się do Patrysinego ZOO. Hm. Poważna wyrwa, nie opisać ludzi od jaszczurek pod autostradami, gdy się chce pisać o zwierzętach. Już sprawę oszalałej Janki taktownie przemilczę, że pozwolicie. Przynajmniej w tym akapicie. Nie wspomnę, że jej choroba jest tak stereotypowa, że śmiać się chce. Czy pani Autorka wie, że nie wszystkie choroby psychiczne objawiają się w ten sposób? Po doznanym urazie Janka nie powinna, co najmniej, chodzić, nie mówiąc o skomplikowanych czynnościach. Nie wspominając o – mimo obłędu – ogólnej wiedzy o tym, co dzieje się wokół, czego takie osoby, z reguły, nie mają, najczęściej są bowiem dotknięte amnezją i mają objawy schizofrenii, a czasami nawet schizofrenię i inne paskudztwa. Janka na pewno nie byłaby w stanie dowiedzieć się, jakie działanie ma rozrzedzająca krew trutka na szczury, która powoduje krwotoki. I jeszcze włożyć w kiełbasę. A może tak trochę realizmu? Jakaś, nawet popularnonaukowa książka o neurologii i jej powiązaniach z psychiatrią? Dobry pisarz dba o wszystkie szczegóły.

Zresztą, czy to nie dziwne, że Janka podpaliła się akurat wtedy, kiedy jej mąż odbył stosunek płciowy z Patrysią. Zresztą samo to wyglądało tak dziwnie i śmiesznie, że nieomal się zakrztusiłam ze śmiechu. Niejedna pani od harlequinów pozazdrościłaby naszej pisarce tego, co tu napisała, naprawdę.

Najgorsze, że Autorka przedstawia fabułę w konwencji komedii, sugerując czytelnikom, że Patrycja jest zdrowa na umyśle i po prostu pozytywnie zakręcona. I człowiek ma się śmiać. Aha. Kto by pomyślał. Mnie się po prostu chciało płakać, bo było to dość, lekko mówiąc, żenujące. Dziewczyna czyszcząca krowę dziką, nienormalną krowę pachnącym, truskawkowym szamponem. Hanka. Wyżej wspomniane ZOO Gra o dziewczynę (Gra o Ferrin! Gra o Tron!, chociaż nie powinnam wspominać zacnej serii Martina w takim miejscu) zakrawa na jakiś kryminał, a to, że ów Gabriel mieszkał dokładnie tam, gdzie mieszkała Patrycja, a Łukasz był właśnie tym playboyem, który z tą, a nie inną wsią był związany. Nie wspominając o listach Patrycji... Nieważne, bo zaczynam się rozpisywać, w każdym razie tą wszystko: naiwność, uproszczenia, stereotypy i inne rzeczy, które wywołują u mnie tylko uśmiech politowania, połączone z fatalnym warsztatem pisarskim, sprawia, że książka jest faktycznie śmieszna, ale w tym bardzo, ale to bardzo negatywnym znaczeniu. To, co miało być śmieszne – jest żałosne. To, co miało być dramatyczne – jest sztampowe jak serduszka na papierze toaletowym (stosunek Gabriela z Patrycją, he, he, he). To, co miało być mroczne – jest mrokiem rodem z blogów nastolatek, które śnią się oceniającym w najgorszych koszmarach. To, co miało być poważne – wygląda na również żałosne. To, co miało być tajemnicze – jest tak przewidywalne, jak ilość naszych palców u rąk. A to, co miało być bajkowe – najzwyczajniej w świecie jest głupie. Książka katastrofa, jak widzicie.

Bohaterowie? Hm? Są? Naprawdę? No tak. Patrysia, ksiądz Plama, Artur, Łukasz... Nie chce mi się dalej wymieniać, chociaż nie jest dużo. Za to dwóch jest gangsterami zajmującymi się rozprowadzaniem dragów na wiejskich dyskotekach (serio?)... przepraszam, gangsterami mającymi uwieść Patrysię i porwać ją do miasta, gdzie na rozszarpanie swojej córki czeka jej matka. Jest mhroczny książę, który rozwalił głowę swojej narzeczonej, za to, że poszła do łóżka z jego najlepszym kumplem po pigułkach gwałtu. Policja, mówiąc nawiasem, nie zainteresowała się tym, dziwne. Mamy księdza, który leczy żyrafę chorą na serce ziołami i który przywalił Patrysi sekatorem i Hankę pustą gorzej od nastolatek z reality show z MTV. Jest Janka, która z niewiadomych powodów podpaliła sama siebie i, o zgrozo!, mimo swojej choroby psychicznej otruła psa (więcej o tym piszę wyżej). Jest jeszcze Patrysia, pisarka kiczowatych powieści fantasy, które w rzeczy samej napisała sama pisarka (i które nazywają się Gra o Ferrin) i pani weterynarz, która zna się tak na weterynarii, jak ja na fizyce kwantowej, czyli wcale, a przecież nikt ją nie wyrzuca, wręcz przeciwnie. Patrysia jest bardzo napalona na mrocznego księcia i to w takim stopniu, że postanawia wybrać się na sabat, uprzednio ukradłszy miotłę. A kiedy odbierają jej Chatkę, podcina sobie żyły i trafia do psychiatryka. Przecież nie ma szansy na czarnego księcia na czarnym koniu! Aaa, zaraz potnę się jak gotka, która nie widzi sensu w życiu, jak emo, różową żyletką, aaa, już nigdy nie zdejmie białej sukienki ze mnie, aaa, zdejmą mi z dachu bronę, która przyciąga szczęście i pioruny (?!?). W końcu przechodzi magiczną próbę i dostaje tego, kogo chciała – swojego kochasia. Mrrr. Przez karty przewija się kilka miejscowych postaci, niczym PRL-owskich duchów z jakiegoś kiepskiego filmu o tym, jaka ta socjalistyczna wieś jest piękna, z nieodłącznymi dyskotekami wsiowymi, niczym w XX wieku. Wstrząsa mną histeryczny śmiech, jednak podszyty współczuciem i zdziwieniem, że ktoś coś takiego może nazywać postaciami.

Autorka na obwolucie książki i w wywiadzie w EMPiKu wspomina o tym, że w liceum była uważana przez panią od polskiego za grafomankę. Hm, nie chcę mówić, bo moim celem nie jest obrażenie pisarki, ale moim myszowatym, skromnym zdaniem ta pani miała rację. Są ludzie, którzy nie powinni brać się za pewne zawody, tak jak nie powinnam zostać fizykiem albo matematykiem. Niektórych rzeczy niektórzy ludzie po prostu nie mogą robić, bo to przekracza ich możliwości, tak jak moje przerasta – na przykład – wejście do prosektorium i cięcie trupów, dlatego nie wybieram się na medycynę, chociaż tego żałuję. Tak samo jak Autorka tej książki – nie powinna tego robić, choć sobie wyobrażam, jak bardzo musi to robić. Po prostu, myślę, musi być bardziej empatyczna, mniej egoistyczna i zrozumieć, że większość ludzi rozmiłowanych w słowie pisanym, słowie, co coś znaczy i układa się niemal w melodię, będzie cierpieć, tak, jak ja. Może już nigdy nie przeczytam żadnej książki tej pisarki, a być może przeczytam – bo masochistką jestem i z radością mieszam kolejne tomy z błotkiem, ale przykro mi jest, że takie książki w ogóle powstają i są przyjmowane do wydawnictw (jeśli chodzi o ten niezwykły przypadek, zapewne każdy doświadczony Polak wie, jakim sposobem owa pisarka doszła do takiej popularności i wydawnictw). Przecież ta książka jest napisana źle, infantylnie, nic się do niczego nie klei, nie mówiąc już o opisach (Autorka szczyci się jeszcze, że cechuje ją niechęć do opisów, co, jak zapewne wiecie, jest dla mnie zbrodnią przeciw ludzkości) i dialogach, które są beznadziejne, jak, zresztą, wszystko inne. Sam pomysł nie wystarczy, droga pisarko, trzeba mieć wyczulone zmysły pisarza, miłość do słów i wyczucie, że tam, pośród kartek, płynie rytmicznie melodia, stuka serce opowieści, w które trzeba się wczuć, wsłuchać, zrozumieć. Dzięki temu - nie ważne czy to fantasy czy powieść historyczna można napisać coś dobrego. Czytałam więc niechętnie, z przygryzioną wargą niczym bohaterka paranormali i ponurą determinacją kogoś, kto idzie na ważny test, nic się nie ucząc i licząc, ile jeszcze stron tej męki zostało mi do końca. A ponieważ takie rzeczy czyta się szybko, na szczęście, dużo mi te czterysta ileś stron nie zabrało. Na szczęście, bo już myślałam, że więcej nie wytrzymam.

Osobny, wymowny i jakże krótki akapit poświęcam piosenkom śpiewanym przez Patrycję, po angielsku, ale jakoś dziwnie zapisanych. Cytuję: Ląly, mister, ląly, aj hew nołbadi on maj ołn. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to angielski. Postanowiłam pozostawić to bez komentarza, ale przynajmniej wiecie, skąd się wziął taki dziwny tytuł tej recenzji.

Nie wspominam także o paskudnej autopromocji, o tym, że Amre to bohater z Ferrinu, że Patrysia pisze Ferrin, o fragmentach Ferrinu, który pewnie wtedy kiełkował pisarce w głowie, o powtarzalności i wielu innych rzeczach. Nie wspominam. Niech Autorka rozważy je w swoim sumieniu.

I jeszcze ostatnia, ostateczna okazja do poznęcania się nad tą książką – oto okładka. Chatka, a na progu chatki, w zielonej, jedwabnej sukni, z rudymi włosami opadającymi na plecy, siedzi sobie … Autorka. Nie, nie, ona chyba nie jest Patrycją, ale, uwaga, Bereniką. Autorka jako czarownica. Naprawdę, ciekawe marzenie. Plusem jest to, że nie ma tam pary jak na rasowych harlequinach, ale to … czy ja wiem? Wygląda dla mnie zbyt romansowo, zbyt słodko. Nie mogliby sfotografować jednej z polskich dróg, ozdobionych niezwykłym wzorem dziur? Albo drogi wiejskiej, z chatką na końcu. To byłoby ciekawe, znacznie ciekawsze niż takie jawne reklamowanie pisarki. A może się czepiam? Może kobiety, które lubią sobie pomarzyć o nocy z czarnym księciem na czarnym koniu, lubią takie okładki? Ja tam nie spojrzałabym na taką książkę, a okładka wydaje mi się kiczowata, ale może dlatego, że całe swoje towarzyskie życie spędzam z kuzynami i kolegami, z którymi rozmawiam o metalu, fantasy i historii. W każdym razie z rozkoszą zauważam, że opis Autorki jest bardzo śmieszny i nawet dzieci by się dziwiły, dlaczego ta pani pisze o sobie takie rzeczy (zaglądnąwszy na oficjalnego bloga pisarki, dowiedziałam się, że zrobiła filmik do Union (Slopes of St. Benedict) jakich pośród fanów Sabaton dużo, a fotografie są tylko amatorskie).

Nie chciałam pani Autorki zranić, szczególnie, z tego, co wiem, jest bardzo delikatną osobą, która nie znosi krytyki, chociaż, w sumie, nie jest mi jej żal. Jednak z drugiej strony to już druga recenzja (pierwsza była Katarzyna Berenika Miszczuk i jej debiutancki Wilk), kiedy nawet ocena 0,5/10 jest zbyt wysoka. Ja tylko wytykam błędy, pastwię się nad książką, bo bardzo bym chciała, żeby wszystko, co czytam, jakakolwiek książka, jaką dotknę, była bardzo dobra. To moje nierealne marzenie. Jestem hejterem, mam gorącą, słowiańską krew i to wszystko dlatego. Ale nie przepraszam za tę recenzję, takie jest moje zdanie. Może kiedyś, kiedy pisarka napisze coś lepszego, kto wie. Na razie wstawiam taką ocenę, jaką wstawiam i kończę wreszcie swoją radosną twórczość, wybierając się na poszukiwania czegoś nowego do krytykowania.

Tytuł: „Poczekajka”
Autor: Katarzyna Michalak
Moja ocena: 0/10 

środa, 22 października 2014

BLOGERZY POMAGAJĄ DEBIUTANTOM, czyli co zrobić, by powieść pani Aleksandry Zimnik ujrzała światło dzienne

Moi kochani Czytelnicy!

Dzisiaj nie będzie monotematycznie, bo recenzji, kolejnego objawienia mojej wredności, nie będzie, ale za to garść informacji o debiutującej Autorce fantasy i jej powieści (która, szczerze mówiąc, ma ciekawy tytuł). Właśnie udało jej się napisać debiutancką powieść, co było – na pewno dla niej – spełnieniem marzeń. Jednak teraz, z ludzkich powodów, bardzo chciałaby swoją książkę wydać i wypromować, szczególnie że to projekt tzw. crowdfundingu. Myślę, że sama inicjatywa jest bardzo dobra, tylko wszystko zależy, niestety od ludzi, którzy, w większości, nie interesują się książkami. Hm, hm. Ale my, blogerzy jesteśmy inni, prawda? Dlatego proszę, gdybyście wpłacili na ten projekt chociaż symboliczną złotówkę. Tak czy siak, poniżej przedstawiam materiały nadesłane mi przez Autorkę i po raz pierwszy polecam Wam coś bez przeczytania. Czytajcie, czytajcie.



Debiutująca Autorka – Aleksandra Zimnik – zaprasza Was w świat pełen magii, oniryzmu i fantazji znajdujący się w książce „Sudaz – twoje oczy mówią wszystko”. Wydaniem książki zainteresowane jest jedno ze znanych, cenionych na rynku wydawnictw, jednak, by powieść została opublikowana, debiutantka musi zebrać środki na współfinansowanie. Jeśli macie ochotę zapoznać się z dążeniami Autorki do wydania debiutanckiej książki, zapraszam Was na stronę:

Ideą portalu Polak Potrafi, jest crowdfunding, czyli „wszystko lub nic”. Oznacza to, że tylko w przypadku uzbierania całkowitej kwoty, twórca otrzyma wparcie. Jeżeli nie uda mu się przekroczyć zdeklarowanego pułapu, pieniądze zostaną zwrócone na konto każdego wspierającego.

Zachęcam Was do wzięcia udziału w projekcie, do przekazywania informacji dalej, do wsparcia inicjatywy choćby symbolicznej złotówki.




Aleksandra Zimnik (ur. 08.01.1990 w Myszkowie), absolwentka Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach na wydziale filologicznym. Kobieta o wielu zainteresowaniach, wielu pasjach, która była m.in. przedsiębiorcą, stażystką w TVP Katowice, copywriterem, specjalistką ds. marketingu i mediów społecznościowych. Ponadto wolontariusz udzielający się w takich akcjach dobroczynnych jak Szlachetka Paczka stowarzyszenia Wiosna. Zaczytana w fantastyce, thrillerach i kryminałach. Zakochana w Islandii. Szczęśliwa żona i właścicielka dwóch kotów. 


Brzmi bardzo ciekawie, prawda? Fantasy, quest i zaraza. No, no! Czekam z niecierpliwością na
wersję książkową!
źródło: https://polakpotrafi.pl/projekt/sudaz

Fanpage projektu:

Wydarzenie na Facebooku:

O projekcie można poczytać m.in.:

Patroni medialni:





niedziela, 19 października 2014

Galadriela pęka ze śmiechu. Recenzja książki

Wierzę w elfy. Może to brzmi jak zapiski schizofreniczki, ale jak normalne osoby z mojej głupiej szkoły wierzą w jednorożce, więc dlaczego nie wierzyć w elfy? Kiedy nawet mam na to dowody (tak wiem, to brzmi jak wycinek bloga jakiegoś ufologa, który przekonuje, że na rządowego TU-154 M napadli Marsjanie), to dlaczego nie wierzyć? Szczególnie w te piękne, mądre istoty z opowieści Tolkiena, które mają ze mną wiele wspólnego (wszyscy politycy są z Wenus!) i w dodatku pięknie śpiewają, nawet piękniej od Enyi. Być może, kiedy większość z nich odpłynęła z Białej Przystani, resztki, które zostały, zdziczały i z biegiem czasu zamieniły się we wredne, złe istoty, w jakiej formie zapamiętali je mieszkańcy Irlandii i innych krajów, gdzie kiedyś, w błogich czasach pogaństwa, kiedy rzymscy kupcy wędrowali do wybrzeży Morza Bałtyckiego po bursztyn, mieszkał lud zwany Celtami. Ci ludzie tworzyli piękną muzykę i jeszcze piękniejsze mity, które przetrwały w klasyce fantasy w postaci pięknych, idealnych (przynajmniej dla mnie) powieściach Tolkiena, gdzie owe Istoty są piękne i jasne (no, nie zawsze), nieśmiertelne i, w większości, są pięknie śpiewającymi wojownikami, a także w wielu książkach, nawet takich, które z klasyczną fantasy mają mało wspólnego – jak choćby romansów paranormalnych, bo to przecież motyw ten na stałe zakorzenił się w światowej popkulturze. Elfy tu są różne – małe duszki (co mnie denerwuje) ze skrzydełkami, piękne, ale groźne dla ludzi stworzenia, przystojni faceci (też się niestety zdarza, chociaż, szczerze mówiąc, powoli zaczynam mieć tego akurat dość), czy niemal skopiowani od Tolkiena dumni królowie i piękne królowe, jaśniejące tajemniczym blaskiem z innych światów.

Jednak kiedy pomysłów na własny rodzaj elfów brak, Autorzy (chociaż, nie oszukujemy się, powieści, o których teraz będzie mowa, w przeważającej części tworzą panie) i Autorki wracają ku źródłom – celtyckim balladom, pełnym elfów, zdradzonej miłości i bólu, autentycznie pięknym, oraz klasycznej Faerie, świecie fejów, przenikającym się z naszym niezauważalnie dla większości śmiertelników, bardziej tylko widocznym w noc przesilenia letniego. Fejowie niekoniecznie są tym samym co elfy, ale, bardzo upraszczając wszystko, można by je tak nazwać. Fejowie są jednak bardzo często przedstawiani jako istoty okrutne, nie wspominając już o ich królowej, istocie tak samo złej, jak pięknej. Ale … ale. No właśnie. Co robi Faerie w Ameryce?

Deidre jest szesnastoletnią harfistką, która tak bardzo się denerwuje występami, że wymiotuje wszystko to, co zjadła wcześniej, a później idzie na występ, na którym, no, gra przeciętnie. Pewnego razu spotyka jednak tajemniczego chłopaka, Luke'a Dilliona, którego (jakżeby inaczej) wcześniej widziała w swoim proroczym śnie i ów tajemniczy młodzieniec decyduje się z nią zagrać. Od tego czasu w wokół dziewczyny zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy – na czterolistnych koniczynkach poczynając, a na odkryciu daru telekinezy kończąc. Jeszcze nie dość, oczywiście, rewelacji – okazuje się, że dziewczyna ma więcej wspólnego z okrutną królową elfów, niż sama przypuszczałaby, nie mówiąc już o tym, kim jest w rzeczywistości Luke Dillion, bo to jest, uwaga, to dość trudne i nieprzewidywalne (od razu zaznaczę, że w przeciwieństwie do reszty książki) nawet na ludzi, którzy, tak jak ja, zajmują się w paranormal romance od dłuższego czasu (wstyd się przyznać, wiem, ale, jak zapewne wiecie, czytam paranormal romance po to, by mieszać większość z błotkiem) i wydaje im się, że znają wszystkie zakończenia i wszystkie możliwie wątki, będą zaskoczeni. W każdym razie, jak bywa, naszą piękną harfistkę pragnie zła królowa elfów i nie cofnie się przed niczym, by ją dopaść i zabić, najpierw przez swojego sługę – domyślacie się już przez kogo, prawda? - który jedak zawodzi, zakochując się w naszej bohaterce na zabój (skąd ja to znam, hm?) a później już samodzielnie, kiedy nadchodzi przesilenie letnie i wszystkie Feje mają tyle siły, by złamać linię pomiędzy ich a naszym światem, i, niewidoczne pobalować na parkingach. Pytanie za sto punktów: czy bohaterce uda się powstrzymać rudą złośnicę, czy może sama zginie w tej walce o miłość i swoje, normalne, ludzkie życie, a także inne wartości, których uzna za słuszne osłaniać swoją piersią? Czy uda jej się w końcu złamać klątwę królowej, która zabija jej kolejne wcielenia, które, mimochodem, stają się bohaterkami kolejnych, klasycznych ballad irlandzkich? Domyślacie się zakończenia? Jeśli tak, to brawo. Możecie zostać wróżbitą Maciejem czy jak mu tam.

Rzeczą, która mi się naprawdę spodobała i jest zdecydowanie na plus, było wykorzystanie ludowych ballad irlandzkich na początkach każdej z ksiąg (po powieść, jak na poważną kronikę doniosłych dziejów Faerie, podzielona jest na sześć ksiąg), oraz wszelkie nawiązania do szkockiej, irlandzkiej muzyki, a także mojego ukochanego new age'u i głównej przedstawicielki – Enyi, jednej z moich ukochanych artystek w ogóle. Ciekawe były także wszystkie nawiązania do mitologii celtyckiej, a szczególnie ucieszyły mnie szczegóły, których wcześniej nie znałam, mimo że ciągle w tym grzebię i które dzięki tej książce wreszcie się dowiedziałam, albo sobie przypomniałam. Dla większości ludzi, którzy, ku swojej niedoli, nie zetknęli się z tymi mitami, proponuję potraktowanie tej książki jako wstępu, żeby później nie dziwować się, tak jak ja, nad – dla mnie niezrozumiałym – okrucieństwem większości rzeczy w tej mitologii, elfów przede wszystkim i przyswojeniem sobie podstawowych zasad, zanim się przejdzie do szczegółów.

Język powieści jest prosty, lekki i komunikatywny, czyli to, co do znudzenia piszę przy prawie każdej recenzji podobnych książek. I szybko się czyta, zresztą jak wiele tego typu książek. Autorka nie ma problemu ze słowami, które układają się na tyle płynnie, by można było czytać bez większego bólu. Nie jest jednak barwnie, jak musi być, żebym polubiła powieść i rozkoszowała jej lekturą, rozsmakowała się w odcieniach obrazów opisanych w powieści. Napisałabym, że pisarka powinna rozpocząć dietę słownikową, czyli ugotować i zjeść kilka słowników, by później pisać niczym, co najmniej, J.K Rowling. Ale moje duże doświadczenie, że się znów pochwalę , z tą literaturą każe mi tego nie pisać, bo przecież ten rodzaj literatury nie wymaga obrazów Zafóna, o osławionych opisach Sienkiewicza już nie mówiąc. Jednak czasami warto zadbać o to, żeby znać tyle słów, żeby widzieć więcej kolorów, szczegółów i umiejętnie to opisać, a do tego przydajcie się przetrawienie kilku słowników, oczywiście, o czytaniu książek już nie wspominając. No bo, do licha, nawet tępe nastolatki z mojej kochanej szkoły, które, jak wieść gminna niesie, przeczytały w swoim życiu tylko kilka książek, nie są takie głupie, żeby nie zrozumieć kilkudziesięciu bardziej lub mniej skomplikowanych słów, którymi trzeba się posłużyć, by stworzyć mniej lub bardziej udany opis, a przecież każdy, nawet osoba, która nienawidzi opisów, musi wiedzieć, jak wygląda, mniej więcej, miejsce akcji danej książki. To, że ja uwielbiam wyrafinowane opisy (niekoniecznie długie, ale wyrafinowane), to po prostu moja wina, że wybieram książki, w których – niemal na tysiąc procent – czegoś takiego nie znajdę. Jednak Autorka też nie ma zadatków na wielką literatkę i nigdy nie będzie pisać wybitnie, przynajmniej tak zapowiada ten pospolita książka. Z drugiej strony szkoda, bo mitologia celtycka to dość rzadki temat i mogłaby zrobić z tym coś ciekawego.

Opisy pojawiają się, a jakże. Jednak nie takie – jak zresztą można się spodziewać po tym gatunku literackim – jak mi się podobają. Jak wspomniałam wyżej – Autorka nie ma wielkiej palety słów, zaledwie przeciętną, więc nie może dostatecznie dobrze opisać to, co chce, więc nie czuję tego, o czym pisze. Zresztą same w sobie są pospolite, bo przecież podczas mojej kariery przeczytałam przecież tysiące opisów różnych księżycowych nocy i, jeśli o to chodzi, wszystkie są do siebie mniej więcej podobne. Tak samo jak pachnące ziołami i kwiatami dni, pełne traw, lasów łąk i słońca, z którymi przecież kojarzy się większość rzeczy związanych z kulturą celtycką (przynajmniej mnie). Nawet opis cmentarza nie jest straszny, wręcz przeciwnie – nie budzi żadnych emocji, jednak przecież mogło być zupełnie inaczej, prawda? Niestety, za rzadko przecież spotykany w literaturze motyw święta fejów, nie został opisany na tyle dobrze, żeby poczuć magię, nastrój tego niezwykłego wydarzenia, wręcz przeciwnie – Autorka opisuje to tak, jak kupowanie cytryn w spożywczaku (chyba że kogoś owe cytryny fascynują...). Chociaż wiele fragmentów mogłoby być mrocznych, a, nawet jeśli Autorka postarałaby się, idących w stronę horroru, jednak, jak widać, pisarka nawet nie postarała się, żeby chociaż w połowie tak było. Mrok jest bardzo zmierzchowy, a nawet choroba i śmierć babci nie potrafią przyćmić romansu, nie mówiąc o nastroju święta fejów. Mój Boże, gdyby Autorka wiedziała, jaka popularność i pochwały czekałyby, na nią, kiedy poćwiczyła opisy przed napisaniem tego wszystkiego, wykasowałaby wszystko, co napisała. No ale nie widziała i wielka szkoda. W każdym razie i tu jest przeciętnie, poprawnie i nic więcej. I raczej po tym gatunku literackim, do którego przynależy ta książka, nie można wymagać niczego więcej.

Okładka jest nijaka, przeciętnie celtycka. Mamy rudą głowę królowej, celtycką czcionkę (podejrzanie przypominającą czcionkę Shire z filmu Petera Jacksona o elfach, Sauronie i niebezpiecznej biżuterii) i rękojeść jakiegoś celtyckiego sztyletu, kompletnie niemającego nic wspólnego z treścią książki, ale, ponieważ jest celtycki i mniej więcej obrazuje to, czym owa królowa się zajmuje, więc od biedy pasuje. Cała okładka jest wściekle zielona, na dole mamy natomiast jakby czterolistne koniczynki niczym szkockie pola, co jeszcze bardziej sprawia, że wszystko jest bardziej celtyckie, ale, niestety, bardzo przez to przeciętnie i jakby przesadzone. Nie, nie zwróciłabym uwagi na książkę, gdyby nie znała tytułu i przyszła do biblioteki po właśnie ten tytuł. W sumie pasuje więc do książki, niestety.

Fabuła, jak już podkreślałam to wyżej, albo jak sami już zauważyliście, jest bardzo schematyczna, wręcz, żeby nie zanudzać się na śmierć przy niektórych zbyt nudnych fragmentach, niektóre rzeczy powtarzają się niemal słowo w słowo. Jak ten motyw zabójcy, który zakochuje się w swojej ofierze, czy kolejne, niestety (jak zwykle...) próby uprawiania miłości w samochodzie Luke'a, na płytkach kuchennych czy w innych, równie ciekawych co przypadkowych miejscach, cała sprawa o tym, że Luke jest dla dziewczyny niebezpieczny, bla, bla, bla, nie wspominając o paranormalnych zdolnościach dziewczyny i o tym, że jednego dnia nie wiedziała i istnieniu fejów (tak, to chyba jest lepszy przymiotnik na określenie tych istot) a w następnego dnia przed nimi uciekała. No i jeszcze ta scena na cmentarzu, która, jak się domyślam, miała być mroczna, ale wyszła wręcz przeciwnie. Miałam ochotę się z niej śmiać, szczególnie w chwili, kiedy bohaterka dowiaduje się, że ukochany Luke nie tylko nie jest fejem, ale jest zabójcą ludzi z rozkazu królowej fejów. Dziewczyna jednak nie czuje lęku, ponieważ wie, że ów chłopak jest taki miły, taki delikatny, i jeszcze uważa, że to, co zrobił, jest straszliwe, ale przecież to ta straszliwa królowa, oh, ah, Luke, jaki jesteś piękny i tak cię kocham. Z czym wam się to kojarzy? Jeśli ktoś z was odpowie, że ze Zmierzchem, książce, która jest taka zła, że aż tego nie widać, to bardzo dobrze. Ale przecież nie tylko ze Zmierzchem, bo przecież jest tyle innych, podobnych książek, które traktują mniej więcej o tym samym. Więc oryginalnie nie jest, chociaż końcówka – wybór nowej królowej i to, jaki wybór podejmuje Luke (nawiasem mówiąc, dzięki temu Autorka pozostawiła sobie bramki, dzięki którym mogła napisać kontynuację, bo właściwie ta książka niczego nie zakończa – wręcz przeciwnie) – jest nieprzewidywalne i dość nieschematyczne, jak na paranormal romance, oczywiście i nawet, nie powiem, zaskoczyło mnie, a to duży plus. Bardzo duży.

Bohaterowie są bardzo pospolici i strasznie przeciętni jak nawet na standardy paranormal romance. Główna bohaterka to zwyczajna dziewczyna, szara myszka jak, nie przymierzając, Bella Swan z wiadomej każdemu powieści. W szkole jej nikt nie zauważa, oh, jakie to smutne, a przed zawodami muzycznymi, przed którymi ze stresu wymiotuje. Serio? Nawet ja tak nie robię, chociaż moje nerwy... cóż, do spokojnych osób nie należę (jeśli wcześniej nie znieczulę się muzyką, filmem czy książką). Jest przeciętna, tak boleśnie przeciętna, że każdy dziwi się później tym, że taka przeciętna, szara istotka ma zdolność telekinezy (wiem, że w moich tekstach jest zbyt wiele nawiasów, ale nie mogę się powstrzymać – w sumie to było szokujące, kiedy sobie to uświadomiłam, przecież to samo było z Carrie!) i zakochał się w niej takie ciacho jak Luke, a królowa elfów widzi w niej swoją przeciwniczkę. Zdumiewające, prawda? I jeszcze na dodatek, jakby wszystkiego, było mało, okazuje się, że lalunia, która z nią pracuje, staje się jej najlepszą przyjaciółką, taką od serca, która od razu zaczyna wierzyć w fejów. A ów rycerz na elfie, tfu, koniu, morderca bez serca, Luke? Nie wygląda na takiego i gdyby nie moje doświadczenie w paranormalach, nie pomyślałabym, że kryje taki sekret. Dla mnie jest po prostu wesołym chłopaczkiem, bo Autorka nawet pozbawiła go nawet marnych resztek tajemniczości, czy czegoś, co mogłoby odróżniać go od reszty śmiertelników i to jest jeden z powodów, dla których książka wydaje się jednym z tych bardzo przeciętnych paranormali i bardzo słabych książek. A pozostali bohaterowie? Rodzinę głównej bohaterki, mówiąc nawiasem, pomijam, bo pisarka zaledwie naszkicowała ich wredne postacie, nie wypełniając ich nawet transparentną farbą. A fejowie? Jest Una, postać jakby wyrwana z lepszego książkowego świata – Autorce nad wyraz dobrze udało się stworzyć postać roztrzepanej, dzikiej, ale sumie przyjaznej ludziom i sympatycznej elfki, jest Eleanor, postać piękna i demoniczna, która niestety wyszła słabo i ów rudy, niezwykle napalony samiec, koleżka Eleanor, no i jeszcze królowa, która wyszła, szczerze mówiąc tak jak jej władczyni i poprzedniczka (no! Wydałam wam, kto będzie królową, przepraszam). Reszta fejów jest słabo opisana, ledwie naszkicowana i przedstawiona mimochodem. Najczęściej są to istoty, owszem, z mitologii, ale bardzo jeszcze demonizowane, pokazane często jako dzikie, budzące nawet grozę straszydła, na których widok Gladriela i Elrond wystawiliby całą swoją armię. No ale co można o nich więcej powiedzieć? Chyba tyle, że powinni przyjść w nocy do tej pisarki i powiedzieć parę słów, co myślą o takim potraktowaniu fejów w książce o fejach czy coś w tym rodzaju przynajmniej. Przynajmniej.

Eldarowie cenią sobie dobrą literaturę i muzykę. Eldarowie byli dobrymi elfami, mimo tego, że Galadrielę nazywano wiedźmą (każdego można nazwać wiedźmą, swoją drogą), a elfy z Mrocznej Puszczy były nieco dzikie i wredne. Eldarowie lubią Sen nocy letniej, ale już dzisiejszych romansideł o elfach ze szpiczastymi uszami już nie. Jestem ciekawa, co by powiedzieli o tej książce. Pewnie jednak pękliby ze śmiechu, moim zdaniem, bo to nie tylko (kolejny!) plagiat Zmierzchu z seksowym, groźnym facetem i fejami w roli wampirów, ale i książka, nad którą Autorka musiałaby jeszcze dużo popracować, żeby miała jakieś mało zniekształcone ręce i nogi. No i (wiem, że nie można oceniać po gatunku, oj, ale …) to przede wszystkim paranormal romance.

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: „Intryga Królowej Elfów”
Moja ocena: 2,5 

środa, 15 października 2014

Kolekcjoner – numer dwa. Recenzja książki

Każdy, kto jakoś tam interesuje się literaturą, wie, że J.K Rowling napisała opowiadanie, w którym występuje ojciec Harry'ego Pottera, ale nie jego duch, tylko żywy James Potter. Owo opowiadanie toczy się w czasach, kiedy Harry'ego w planach nie było i nazywa się prequel, czyli pokazanie, co działo się przed rozpoczęciem właściwej sagi. Czasami ludzie tak robią, bo wpadnie im do głowy jakiś niesamowity pomysł, albo chcą po prostu się wzbogacić. No cóż, różnie bywa, w każdym razie fani takich serii jak „Zmierzch” albo o przygodach Harry'ego czy choćby „Igrzysk Śmierci” (nawiasem mówiąc to ujma dla tak dobrej książki, że napisałam ją w jednej linijce ze „Zmierzchem”!) chcą się dowiedzieć, co było wcześniej. I ja też chciałam, żeby tak było z moją ulubioną serią thrillerów psychologicznych.

Trzeba przyznać, że bardzo zafascynował mnie wątek Alberta Stucky'ego i jego roli w życiorysie agentki specjalnej FBI Maggie O'Dell. Gdzieś było napisane, że kiedy jeszcze nie znano jego imienia i nazwiska, przezywano go Kolekcjonerem, bo kolekcjonował swoje ofiary, a później je powoli zabijał, odcinając im części ciała i podniecając się ich krzykiem. Maggie wciąż wspomina, jak przywiązał ją do słupa i kazał patrzyć na krwawe dzieło. Chciałam o tym przeczytać szczegółowo, jednak ... no, cóż. Książka, która, jak sądziłam, jest prequelem właśnie o Stuckym (zmylił mnie tytuł i fantastyczna, pełna krwi okładka), opowiadała o czymś całkiem innym i w dodatku o czymś, co nie dzieje się jakiś czas po „Zabójczym wirusie”, książce, którą na razie nie mogę przeczytać, bo chrzestna ją zgubiła czy gdzieś zostawiła.

Moje niezadowolenie powiększył jeszcze fakt, że będę musiała przeczytać to na ebooku, bo oczywiście chrzestna tą pożyczyła. Kiedy zasiadłam przed komputerem i zorientowałam się, że nie jest to powieść tylko obszerne opowiadanie, coś w rodzaju mikropowieści, zdziwienie powoli ustępowało złości. To, co zastałam w środku, sprawiło, że niemal dostałam szewskiej pasji.

Na plaży Pensacola niedługo ma się rozpętać huragan. Ratownik wodny, Elizabeth Baliey, odkrywa lodówkę z kawałkami ludzi: torsem mężczyzny, który zginął w czasie huraganu, nogę przestrzeloną kulą i kilka rąk. Tymczasem szef zakładu pogrzebowego, Scott, zawiera znajomość z pewnym człowiekiem, który rżnie ludzi na kawałki i sprzedaje chirurgom. Maggie, która przyjechała na miejsce zbrodni, ma odszukać mordercę. Jej przyjaciel jedzie do szpitala dla żołnierzy, którzy po misji w Afganistanie potrzebują protezy, ponieważ zapanował tam jakiś dziwny wirus, na który umierają żołnierze. W ogóle dzieje się coś niezrozumiałego, a wszystko wskazuje na to, że za tym stoi jakaś wielka korporacja. Gdy w dzień przewidywanego huraganu, Maggie, która wie wszystko o mordercy, co jej się przyda, rusza na odsiecz porwanemu ojcu Liz i Charlotte, pani w starszym wieku mieszkającej nad morzem. Wszystko staje się jasne – morderca porwie swe ofiary, by je poćwiartować i sprzedać. W czasie huraganu nikt przecież tego nie zauważy.

Dołączone do mikropowieści opowiadanie jest jakby kontynuacją, ponoć rozstrzygnięciem całej sprawy zostawionej w mikropowieści. Akcja to znalezienie trupa, jak się domyślam, Joego Blacka i poznanie jego żony.

Bez ogródek muszę stwierdzić, że to najsłabsza książka Autorki doskonałych thrillerów psychologicznych. Plusami są... chyba tylko mrok, jaki posiada ta historia. Bo jednak czuć na plecach powiew huraganu Issac, w nosie gryzący zapach maści VapoRub, a przed naszymi oczyma pojawiają się to młodzi, umierający żołnierze, a to poćwiartowane kawałki ludzi wymieszane z różowawym płynem i upchnięte do turystycznej lodówki. Ale reszta? Oprócz świetnej, jak zwykle, Maggie O'Dell, mnóstwo określeń na sztywniaków nie ma tu nic, co by ciekawiło. Trochę wszystko po wierzchu, mikropowieść pozbawiona normalnego zakończenia a opowiadanie przypominające nieco kadr z podrzędnego filmidła „kryminalnego”. A to tłumaczenie spaprało całą książkę jeszcze bardziej. Pokawałkowane? Eh, a poćwiartowane to synonim i ładnie brzmi, jakby ktoś nie wiedział. Całość nie fascynuje, nie pociąga, nie bawi, nie interesuje. Szkoda, bardzo wielka szkoda, bo ta historia ma wielki potencjał.

Styl opowiastki? Prosty i nieco męczący, jakby pisarka pisała, leżąc w łóżku na świnkę, albo inną chorobę. Albo jakby jej się nic nie chciało i opowieść nią samą nudziła. Bohaterowie? Oprócz Maggie O'Dell i Scotta nic ciekawego naprawdę. Liz to taka wonderwoman, że krzyczeć się chce, Joego Blacka tak naprawdę nie poznajemy, a ojciec Liz i Trish, żony Scotta, nie zachowuje się jak staruszek, jakim jest naprawdę. I gdzie się podział Tully? Gwen? O Nicku to już nic nie mówię.

Czytając już opowiadanie, miałam niemal łzy zawiedzenia w oczach. Taka dobra pisarka, takie świetne powieści, a tu nagle plama! Gorzej – nie wynagrodziła mi tego, że ta książka jednak nie była prequelem o Stuckym. Może trochę przesadzam, ale ja mam takie skłonności do przesadzania i było mi naprawdę źle. Może to kryzys twórczy? Chyba tak, ale wiadomo – kryzys zmniejsza popularność, bo gdybym zaczęła czytać od tej pozycji, wątpię czy bym w ogóle czytała dalej, inne, lepsze powieści. Tak czy siak – nie wiem, czy polecam, chyba że ktoś jest takim napaleńcem jak ja i chce przeczytać wszystkie książki. Wtedy lepiej jest wypożyczyć z biblioteki lub też ściągnąć ebooka, żeby nie marnować kasy i przeczytać o Kolekcjonerze, ale nie numerze pierwszym – idealnie złym Albercie Stuckym, tylko o jakimś tam kolekcjonerku, oznaczonym podrzędnym numerem dwa.

Tytuł: „Kolekcjoner”
Autor: Alex Kava
Moja ocena: 3/10

(recenzja archiwalna)


wtorek, 14 października 2014

To już 100 postów na Zakurzonych Stronicach : Ciemność nad Ardą. (Nie)Recenzja książki.

Na początku tego tekstu, który – uprzedzam – jak na mnie będzie bardzo krótki – chcę zaznaczyć, że popełniłam kolosalny błąd, recenzując Hobbita. Moim, skromnym, elfickim zdaniem, książki Mistrza są tak samo niepodlegające recenzji, jak Biblia (przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem nie przesadziłam, ale patrząc z czysto technicznego punktu widzenia i nie wdając się w moje uczucia religijne, Biblia dostałaby taką samą ocenę) . No bo co tu napisać? Arcydzieła Mistrza, przynajmniej dla mnie, są tak samo nienadające się do oceny, jak Biblia właśnie i ... Mein Kampf Adolfa Hitlera. Tyle że dla tej ostatniej nawet ocena 0/10 byłaby zbyt wysoka.

Przyznaję, że to jest najtrudniejsza książka Mistrza. Najstraszliwsza. Najohydniejsza. Najpotworniejsza. Najsmutniejsza. Najpiękniejsza. Ogromna, fascynująca historia Eldarów (i związanych z nimi ludzi) i Ardy do Trzeciej Ery skondensowana do 400 stronic rozkoszy. I tylko dozwolonych dla tolkienomaniaków, bo dla człowieka, który nie przeczytał kilka razy Władcy Pierścieni, to dzieło jest tylko bezsensowną plątaniną imion, nazw geograficznych i innych szczegółów. A jest to historia, w której wszystko układa się na zasadach skomplikowanej układanki – jeśli nie zrozumiesz jednego fragmentu, nie zrozumiesz wszystkiego, czyli trzeba się nieźle nagłowić, żeby wszystko ogarnąć.

Spotkałam się z opiniami, że Tolkien był średniowieczny i zbyt delikatny. Każdy, kto tak mówił, nie czytał tego. Mało który pisarz odważy się na taką dawkę morderstw (w sumie nawet ten facio od Pieśni Lodu i Ognia wymięka, bo choć u niego prawie wszyscy giną, to nie tak szybko i nie w takim zagęszczeniu), bratobójstw i kazirodztwa. W sumie, gdyby się tak zastanowić, nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Turin (pomijając tą całą sprawę z Glamrungiem) i Feanor do najlepszych, delikatnie mówiąc, nie należeli, już nie mówiąc o królach Numenoru i ich poddanych – bohaterowie są nieszablonowi. Nie wspominam już, oczywiście, o Morgothcie i Sauronie. A no właśnie. Sauron. Dowiadujemy się wielu nowych szczegółów o Władcy Pierścieni, szczególnie poznajemy jego udział w zatopieniu Numenoru, czy, jak wolicie, Atlantis, jak w westernesse nazywają wyspę nieszczęśni wygnańcy. Tolkien, jak widzicie, święty nie był wręcz przeciwnie – lubował się w krwawych jatkach w stylu nordyckich sag i zabijał w dodatku nie tych bohaterów, co trzeba (a elfy zamieniał na orków i torturował w Angmarze). Mimo tego jest moja ukochana książka Mistrza – być może dlatego, że, zaczynając na mojej ulubionej historii wyżej wspominanego Turina, przypominającą mit o Edypie, a na Gondolinie kończąc, jest pełna historii o nieustraszonych nawet wobec Mroku bohaterów, najczęściej nieśmiertelnych i przeklętych, wielkich miłości – czyli tego, co, ssssskarbie, kochamy.

Okładka nawiązuje do jednego z najmroczniejszych epizodów historii Eldarów i jest, moim zdaniem, genialna. Czarne tło, te miotające się w walce postacie, ogień... Cudo. W środku możemy posmakować jeszcze więcej grafik Teda Nasmitha – straszliwych, ale jednocześnie pięknych i monumentalnych, ilustrujących to, o czym jest książka. Jeśli w (niedalekiej) przyszłości nasz kochany Peter Jackson zechce nakręcić serial na podstawie książki i użyje tych ilustracji, jego obraz w najgorszym przypadku przeciętny.

Jedynym minusem jest – ale to wina wydawców – brak mapy. Angmar i kraj Morgotha, w przeciwieństwie do Mordoru, znajdował się na Północny, tam, gdzie na mapie w Hobbicie i Władcy Pierścieni pisze Zwiędłe Wrzosowiska, na północ od Ereboru. Zresztą Śródziemie za wielkich królów Noldorów wyglądało zupełnie inaczej, a gdzie w Trzeciej Erze nie ma nic, przebiegały granice królestw, jak, choćby Doriathu. Zresztą po Przemianie Świata, nic nie wyglądało tak samo – tam, gdzie były kiedyś morza, teraz był ląd i odwrotnie. Bez mapy czytanie było dość trudne, szczególnie dla kogoś, kto, tak jak ja, ma trudności ze zdecydowaniem, gdzie jest wschód i zachód. Cóż. Będę musiała zainwestować w Atlas of Middle-Earth (oczywiście nigdy nie przetłumaczono na polski, brawo).

Na końcu wspomnę jeszcze o czymś, co się znajduje na końcu książki. Otóż mamy tam nieocenioną pomoc dla tych, którzy uczą się elfickich języków – wykaz cząsteczek słowotwórczych, jak el, mor czy tur, dzięki którym możemy się dowiedzieć, co oznaczały elfickie imiona, nazwy geograficzne, a także nazwy - na przykład – mieczy. Dla tych, którzy rozpoczynają swoją Przygodę, będzie to nieoceniona pomoc, ponieważ będą to pierwsze nazwy, jakie się nauczą w tych językach i jakaś podstawa do dalszej nauki. Ja też od tego zaczynałam.

Ależ się rozpisałam. Jestem pod wrażaniem nieprzetłumaczalności mojego bełkotu (ta książka... jest taka piękna, że aż mi się ręce pocą i nie potrafię napisać nic sensownego). Niepotrzebnie. Na tą książkę nie trzeba tylu słów, ile zużyłam. To trzeba przeczytać. Przeżyć. Przepłakać. Przemyśleć. Trzeba zanurzyć się w odmętach Pieśni o Silmarilliach (bo to jest tłumaczenie tytułu) i zobaczyć ciemność nad Ardą. Nic dodać, nic ująć.

Tytuł: „Silmarillion”
Autor: J.R.R Tolkien
Moja ocena 10/10 (10000000000.... /10)

To już 100 postów. Uf, nawet sobie nie wyobrażacie, jaka jestem z siebie dumna, bo to naprawdę wiele, wiele mojej pracy, mojego czasu, który mogłabym poświęcić na wiele innych rzeczy. Kawał roboty. Oczywiście w tym miejscu chcę zaznaczyć, że bez Was nie byłoby nic, a na pewno nie tyle cieplutkich recenzji, już o jakiejkolwiek działalności w czasie tego, pożal się Boże, roku szkolnego nie mówiąc. To Wasze komentarze, Wasze wejścia (tych jest już 13. tysięcy!) sprawiają, że wciąż chce mi się pisać. Dziękuję!


Jednak mimo takiego wyniku nie zamierzam spoczywać na laurach – jak zauważyliście, w tym miesiącu opublikowałam bardzo mało, a 26. wyjeżdżam do Instytutu Reumatologicznego do Warszawy, gdzie zostanę jakieś 5, może więcej dni. Będę chyba odseparowana od Internetu przez ten czas, ale za to, słowo harcerza, napiszę ileś tam recenzji, żeby później mieć co publikować. 

poniedziałek, 13 października 2014

Wklejony Dante. Recenzja książki

Nigdy nie miałam dużo pieniędzy, bo wszystko, co udało mi się uzbierać, wydawałam na wakacje w sanatorium, albo, przeważającą większość, na książki. Nie wiem więc, jak to jest mieć dużo pieniędzy, a już całkowicie nie do pomyślenia jest dla mnie, jak można chcieć jeszcze więcej, niż się ma. Dlatego tak trudno zrozumieć mi takiego dzieciucha jak Justin Bieber czy Miley Cyrus (pomijając jej nowy, chory image), albo, już teraz mniej słynny, boysband One Direction, którym nie wystarcza to, że mają całe worki z pieniędzmi i chcą jeszcze więcej. Może to nowy rodzaj obsesji, albo uzależnienia? Tak jak anorektyczka, która wciąż myśli, że jest gruba, chociaż waży poniżej dwudziestu kilogramów, albo zakupoholiczka, która, twierdząc, że ma za mało ciuchów czy innych rzeczy, wciąż kupuje nowe (czyli to jestem ja? Mam przeszło tysiąc książek i wciąż mi mało). Taki człowiek wciąż sądzi, że jest biedny i że powinien zarobić. A co jest najbezpieczniejszym sposobem zebrania nowego zapasu kasy? To proste – robienie tego, co się robiło i co publiczność lubi najbardziej. I tu moje jastrzębie oko widzi sęk. Bo co, kiedy piszesz jakąś, lubianą przez ludzi, serię do tomu sześćdziesiątego ósmego, czyli do miejsca, w którym nawet pomysły na Sagę o Ludziach Lodu zaczynają się wyczerpywać, a bohaterowie odmawiają posłuszeństwa, niczym żołnierze Aleksandra Wielkiego, gdy ten chciał podbić cały świat. I nie ma co robić – bo przecież co się wymyśli, gdy wszystko już było (albo wszystkie warianty zabójstw i psychicznych morderców zostały wyczerpane), a wszystkie zagadki z przeszłości zostały już rozwiązane lub nie budzą już takiego zainteresowania ludzkości? Wtedy, mówię wam, trzeba urozmaicić to, co się pisze, dodać coś nowego, żeby, kto wie, zyskać nowych czytelników, ale zachować także tych starszych. Ale czy wszystkim to wychodzi dobrze? Pomieszanie starego z nowym może być niebezpieczne, bo w większości przypadków jest tak, że nowe niekoniecznie pasuje do starego, a razem wygląda na mieszankę kiełbasy z kakao czy coś równie niedorzecznego. I książka nie zbiera mnóstwa dobrych recenzji, nie powstaje film, bo każdemu coś brakuje. Czegoś, czyli zapewne tego starego pomysłu, których w pierwszych książkach był jeszcze młody i pełen wigoru.

To samo, jak dalej będę was przekonywać, dopadło Autora słynnego Kodu Leonarda da Vinci, książki, która znalazła się na szczycie list Książek Zakazanych Przez Kościół Katolicki, dzięki czemu zyskała niesłabnącą popularność wśród ludzi. Po niemal tak samo głośnych Aniołach i Demonach (pamiętam jeszcze zwiastun w filmu w telewizji, chociaż wydaje mi się, że sama produkcja leciała tysiące lat świetlnych temu), w których główny bohater, wciąż jeszcze kawaler, biega z piękną, młodą damą po korytarzach Watykanu, tradycyjnie już uciekając od policji, która, jak zwykle, uważa, że jest mordercą. Po tym świat odrobinę o nim zapomniał, tonąc w zmierzchowym amoku, więc znów postanowił o sobie przypomnieć i, kto wie, dorobić się kolejnej powieści w swojej karierze, która stanie się bestsellerem, a także, życie przecież jest nieprzewidywalne, zostanie przeniesiona na ekrany kin. Ale czy na pewno?

Pan profesor Robert Langdon budzi się w szpitalu we Florencji, zupełnie nie pamiętając, co stało się wcześniej – nękają go tylko dziwne wizje, straszne i psychodeliczne. Jednak chwilę potem napada na niego jakaś zabójczyni i wraz z młodą, seksowną lekarką (a jakby inaczej) Sienną Brooks muszą uciekać. Profesorek szybko orientuje się, że jest w poważnych tarapatach, bo w marynarce znajduje pojemnik z ostrzeżeniem o niebezpiecznej substancji biologicznej, a także wiele tajemniczych wskazówek, ukrytych w budzącej grozę ostatniej pieśni Boskiej Komedii Dantego – Piekle. Co więcej – w intrygę, pełną tajemniczych graczy zamieszane są środowiska ekscentrycznych naukowców i WHO. Kim jest mężczyzna zakrywający twarz maską z dziobem ptaka, taką, jaką używali lekarze podczas epidemii cholery w średniowiecznej Wenecji? I czego chce od ludzi? Żeby się tego dowiedzieć, Langdon musi przebrnąć przez sieć zagadek, rodem z poematu Dantego, którego ów tajemniczy człowiek uwielbia oraz zrozumieć, kto kim jest w tej grze, co, sama przyznam, jest bardzo trudne – bo pozory mylą i to bardzo. Szczególnie kiedy gra, niczym w filmach o Bondzie, rozgrywa się w istocie o wysoką stawkę. O największą stawkę, jak może istnieć.

Brzmi fascynująco, prawda? Wiem, wiem – ja też byłam bardzo ciekawa książki, chociaż czułam się nieco uprzedzona, bo dwie poprzednie tego Autora, jakie przeczytałam, jednak nie dorównały filmidłom z agentem 007, albo chociaż jednemu z tych amerykańskich rzeczy o terroryzmie. Miałam przede wszystkim nadzieję za rozrywkę w czasie nadchodzących wakacji i chociaż przewodnik po Florencji i Wenecji, bo, trzeba mimo wszystko przyznać, Autor specjalizuje się w szczegółowym opisywaniu zabytków. A może fabuła, zapowiadająca powiew nowego w twórczości tego Autora, będzie na tyle dobra, że wciągnie mnie w swoje szpony i nie wypuści nawet po przeczytaniu ostatniej strony. Czy moja intuicja się pomyliła, zbyt szybko wyrabiając sobie zdanie o książce? Hm, na razie będę tak tajemnicza, jak seryjny morderca, albo ów facet w masce, zdecydowanie za bardzo przywiązujący uwagę do oprawy swojego opus magnum i nie powiem akurat w tym fragmencie, co sądzę o książce. Bo jeśli spodziewaliście się doczytać tylko do tego miejsca i wszystkiego się dowiedzieć, macie za swoje. Czytajcie moje nudne wywody, jeśli jesteście tak bardzo ciekawi mojego wyroku.

Autorowi udało się wyprowadzić mnie w pole i to nie raz – o ile rozwiązanie zagadki, kto jest diabłem i dlaczego chce rozpętać piekło (powiedziałam!) jest bardzo proste i nawet Autor to ujawnia na początku, to z grą pozorów, jaką było wszystko, co od początku otaczało głównego bohatera, byłam zaskoczona. Od początku pisarz zostawia delikatne ślady, dawkuje napięcie, jednak wydaje się, że wszystko jest w absolutnym porządku, chociaż, tak naprawdę, przez większość fabuły czytelnik i Langdon nie wiedzą, co jest zgrane i dlaczego ściga ich tylu różnych facetów (a także jedna kobieta na motorze, z pistoletem i irokezem na głowie) . Wszystko rozjaśnia się dopiero na koniec, a jeśli nie chce się być przytłoczonym ilością różnych sensacji i niezwykle logicznych, ale także sensacyjnych rozwiązań większości zagadek, lepiej nie ufać nikomu. Nikomu. Z wielką wprawą, to trzeba przyznać, Autor konstruuje skomplikowaną fabułę i oplata ją gęstą siecią pozorów, które, nawet przy bliższemu przyjrzeniu się, wydają się prawdą – nie ma w nich nic podejrzanego, przyjemniej na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę wszystko, no, prawie wszystko, jest wytworzoną przez innych fikcją wokół głównego bohatera, grą, niczym w tym słynnym filmie, w którym główny bohater odkrywa, że jego całe życie jest jednym wielkim reality show. Chociaż, żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że pod koniec starannie, z techniczną precyzją, budowana fabuła, powoli się rozsypuje. Chociaż minęło nieco czasu od momentu, kiedy skończyłam książkę, wciąż nie mogę rozwiązać zagadki tego dwukrotnie powtórzonego tekstu, bo, moim niezwykle skromnym zdaniem, jest to ostatnia rzecz, jaka pasuje w tym miejscu, a historia osoby, która ukrywała swoją głęboką zażyłość z owym Bernardem Zorbistem (jestem mądrzejsza niż dwa lata temu i nie będę wam zdradzać całej fabuły, o nie) jakoś mnie nie przekonuje. Doskonale wiem, że od nerwów wypadają włosy, ale żeby aż tak...? W każdym razie zaskoczyło mnie rozwiązanie – nie przypuszczałam, że wszystko okaże się aż tak skomplikowane i pełne podwójnych, potrójnych agentów, mrocznych spraw mrocznych ludzi i wielu innych takich rzeczy spod znaku Bonda. Chociaż, szczerze mówiąc, Bond bałby się tego, z czym musi się zmierzyć profesorek Langdon, co świadczy o niezwykłej wyobraźni Autora i niezrównanej głupocie postaci, jaką stworzył. No ale o tym dalej.

Okładka, chociaż ładna, nawiązuje do tego, o czym ponoć książka jest i zmyli chyba każdego, kto jej nie czytał. Mamy panoramę Florencji i portret Dantego z charakterystycznym nosem (już mój ziemniak jest lepszy, ale biedaczek kochał Beatrycze, więc nie mi jest oceniać jego urodę), a wszystko na pomarańczowo – brązowym tle czegoś, co miało być chyba jakimiś starymi stronami jakieś podartej księgi. Na tym wszystkim jest jeszcze gigantyczne imię i nazwisko Autora, zgodnie z zasadą, że, widoczne z daleka, przywabi do księgarni potencjalnych kupców nowej książki znanego pisarza takiego formatu, którzy, przekonani fotką Dantego, pomyślą, że to następna książka o zagadkach przeszłości, równie szokujących co ciekawych. Ha! Jak bardzo będzie zdziwiony, może jeszcze bardziej niż ja. Cóż, nie każdy jest przyzwyczajony do takiego kłamstwa ze strony okładek, szczególnie kiedy owe okładka została specjalnie zaprojektowana dla danej książki. Albo ktoś czytał tylko opis w tyle i przygotował okładkę na ślepo, albo, co jest, niestety, bardziej prawdopodobne, specjalnie zastawił Dantego jako pułapkę na ludzi spragnionych mrocznych zagadek, a nie kryminałów czy kopii Bonda, bo takich przecież jest wiele, wiele.

Problem podjęty w książce, jest, owszem, aktualny, ale tylko w Afryce. Jednak, niestety, nie jest tak bardzo elektryzujący jak Illuminati (mam dość tych wszystkich podejrzeń i ludzi, którzy uważają, że cały światek popowych gwiazdek i pań z Hollywoodu należy do tej sekty) albo Święty Graal i ta cała sprawa z Małgorzatą, która, dla Kościoła, jest wręcz świętokradcza. Już byłoby lepiej o homoseksualizmie, aborcji i eutanazji, bo Europę przecież przeludnienie nie dotyka, jest wręcz przeciwnie. Zawiniło również potraktowanie problemu z Autora – przecież jednoznacznie nie odpowiada po żadnej ze stron, a dowody przemawiające za tym, że problem jest prawdziwy, są zbyt niepokojące. Przynajmniej dla mnie.

Fabuła jest, jak już wcześniej wspominałam, wybitnie zaplątana. Langdona gonią jakieś służby specjalne, które budzą jego zrozumiały niepokój, a on zmaga się ze swoją pamięcią, która odmawia mu współpracy. Przez większość czasu więc, Autor prowadzi zaciekawionego a także zdenerwowanego czytelnika razem z dwójką bohaterów po korytarzach i skrytkach wielkich, słynnych budynków o niezwykłej architekturze, opisując ich nieustanną ucieczkę przed specjalnymi służbami, połączoną z odkrywaniem kolejnych wskazówek pozostawionych przez Zorbista. Zagadka powiązana jest ze słynnym poematem Dantego, który ponoć uzasadniał wszystkie szaleństwa bizmesmenka, więc było to idealne zajęcie dla naszego profesorka. Jednocześnie Autor, w krótkich, enigmatycznych rozdziałach rozsuwa pajęczą nić intrygi, ciągle podwyższając stawkę, o jaką grają bohaterowie. Zgodnie z prawidłami gatunku – w momencie, kiedy, teoretycznie, napięcie wzrasta do niemożliwości. Teoretycznie. Bo w praktyce tak nie jest, wręcz przeciwnie – intryga jest zbyt skomplikowana nawet dla pisarza, a punkt kulminacyjny jest, bo jest, ale nie ma tam żadnych emocji, żadnego wybuchu, ani godnej temu akcji, choćby jakiejś strzelaniny, paru palących się samochodów, albo chociaż jakiejś konfrontacji kogoś z kimś. Ale nie. Bohaterowie sobie po prostu biegają, brodzą w jakiś zalanych pałacach w Stambule, dopóki nie okazuje się, że Apokalipsa już się zaczęła i w sumie dochodzimy do rozczarowującego wniosku, że Langdon w sumie nic zrobił, nikogo nie uratował, bo w czasie wszystkiego milusio spał, prawdopodobnie, z jakąś dziewczyną pod ciepłą pierzynką, a całość to tylko strata czasu. Zresztą, nawet kiedy bohater i jego niezwykle mądra towarzyszka uciekają przed jakimiś typami, bądź też dziewczyną z pistoletem i irokezem, nie czujemy (no przynajmniej ja) żadnych emocji. Żadnych. Mniej niż zero. Niech sobie uciekają, nie moja sprawa. Tak samo w finale, nie mówiąc o czytaniu tylko dlatego, że akcja jest interesująca. Czytałam, bo nie miałam co robić, ot co. A dlaczego tak jest? Otóż moim zdaniem, podwód jest niezwykle banalny: od książki wieje sterylnością niczym od chirurga albo jego narzędzi, przesadnym perfekcjonizmem, już nie mówiąc o popisywaniu się przeczytaniem i przyswojeniem sobie tony podręczników dla początkujących pisarzy. Tak, brawo. Jestem bardzo z Pana dumna, kochany panie pisarzu. Przeczytanie podręczników zajmuje naprawdę wiele czasu, ale, jak wszyscy wiemy, jest to droga sukcesu. Jednak pan, proszę pana, nie musi się chwalić, że pan to zrobił, naprawdę, bo to jest trochę przewidywalne i wygląda jak technicznie dobra robota bez polotu. Tak, chodzi tu mi przede wszystkim o zerżnięte z większości serialów i podręczników pisarskich przewidywalne zakończenia wszystkich rozdziałów (zawsze kończyły się w najciekawszym, pełnym napięcia momencie, a następny rozdział dotyczył następnego wątku), nie mówiąc już o niesamowitej teatralności, naciągania niektórych spraw i wklejaniu Dantego na siłę tam, gdzie zbytnio nie pasuje. Irytowało mnie to. To tak jakby wkleić wiersze Szymborskiej albo Grombowicza w Bonda. Trochę, delikatnie mówiąc, nie pasuje.

Że przyczepię się jeszcze do Dantego. Poza tym, że faktycznie zupełnie tam nie pasuje, bo morderca (jeszcze gorszy niż Hitler, swoją drogą) nie musiał posługiwać się symboliką z Boskiej Komedii, by rozegrać swoją grę, a dziewięćdziesiąt procent całego Dantego można by wyciąć bez szkody dla fabuły. Cała ta sprawa z jego maską jest dość naciągana i wcale niestraszna, jak być może wydawało się Autorowi, nie mówiąc już o wskazówek mordercy zawartych w poemacie i wizją piekła, która nie jest niczym innym, jak piekłem , a na pewno nie tym, co w nim widzi bohater, nie mówiąc już o stylizacji miejsca zbrodni na owo piekło. Śmiać mi się trochę chce. Tak jest, jak pisarz chce się rozwijać, ale boi się, że jego eksperymenty zostaną źle przyjęte, więc wkleja stare elementy. Mieszanka na pewno nie jest wybuchowa, ale na pewno podobna do pękającej ściany jakiegoś budynku, czy coś w tym rodzaju.

Język, jakim posługuje się Autor, już z daleka pachnie stuprocentowo opanowaną techniką. Opisy budynków w jego wykonaniu, owszem, bardzo mi się podobały, ale kiedy tym samym rzeczowym, prostym i konkretnym językiem pisarz rzuca nam opis uczuć czy dialog, mam wrażenie, jakbym wciąż patrzyła na jakiś budynek, w każdym razie na coś, co można opisać z zerową wrażliwością. To, co mówią bohaterowie, jest bardzo literackie, sztywne i mało zróżnicowane, nie mówiąc już o humorze, który, w wykonaniu Autora, jest bardzo sztywny i tak samo urzędowy, jak wszystko inne. Z opisami uczuć jest podobnie – choć coś tam pisze, w dodatku sterylnie poprawnie, ale czytelnik (przynajmniej ja) kompletnie nie czuje tego, co więcej, takie wykonanie sprawia, że książka jeszcze bardziej nudzi. Niemal podręcznikowy język, w powieści...? Hm. Od razu wiadomo, że takie coś nie może się nie udać. Opisów, poza dziełami sztuki, jest mało, a jeśli są, niezbyt porywają – pachną sztucznością i raczej Autor pachną nadciąganiem. Nie mówiąc już o tym fragmencie z maską pośmiertną Dantego, który był na siłę mroczny i, co za tym idzie, śmiechu warty i nieco infantylny. Jeśli już nawet chciałby, żeby było to nieco bardziej przerażającego, mógłby użyć innych środków językowych, bardziej emocjonalnych i mniej technicznych. Niestety – widocznie Autor jest za słaby w te klocki.

Bohaterowie... Trzy, cztery warstwy masek, kłamstwa, podstępy i oszustwa, plus tonę akcji, w której, co jest oczywiste, nikt wdaje się w filozoficzne rozmowy, ani wniknąć w swoją psychikę, więc nie będę tu mieć, niestety, dużo do powiedzenia. Langdon, jak to Langdon – z buzującymi hormonami na widok seksownej dziewczyny z pistoletem czy znającej sztuki walki, nieprzeciętnie inteligenty, z niezwykłą pamięcią i iście renesansową wiedzą na wiele tematów, niesamowitą tężyzną fizyczną, znajomościami, odwagą i nieśmiertelnością, urokiem osobistym, nie mówiąc o innych przymiotach, które, by można wymieniać w nieskończoność. Stracił resztki człowieka w sobie już dawno temu, teraz jest już bardziej Batmanem (choć nie tak mrocznym). Zastanawiam się wciąż, jakim cudem ten człowiek mógł tyle pamiętać i szybko, szybciej niż wszyscy komisarze, detektywi, policjanci, policjantki, dziennikarki i wszyscy inni ludzie z kryminałów, z Bondem włącznie i to w dodatku nie pić litrami syropków wspomagających myślenie. To nie jest możliwe. Zresztą jak można być również takim farciarzem, odpowiednim człowiekiem w odpowiednim miejscu, z odpowiednią osobą, w każdym razie tam, gdzie nasz geniusz nie może się zgubić, bo już tam był/zdradzono mu tajemnice tego miejsca jako amerykańskiemu profesowi/ jest taki mały i taki niepozorny, że kiedy się skryje za samochodem, wielka grupa wyszkolonych żołnierzy nie zauważy go. Tylko się nie śmiejcie, tam za komputerami. To przecież bardzo poważna książka, mroczna, o śmierci większości ludzkości na chorobę, która, dziwnym przypadkiem, teraz sroży się w Afryce (w dodatku wirusy wektorowe). Tylko się nie śmiejcie, błagam. Przyjaciółka Langdona, seksowna Sienna Brooks. Jak tu napisać, żeby jednak, niektórych z was i bardzo upartych, zachęcić do przeczytania książki i nie powiedzieć zbyt dużo...? W każdym razie cała jej historia jest raczej mocno naciągana i wyssana z palca, mimo że Autor próbuje nadać całości jakiś dojrzały, wręcz dramatyczny wydźwięk, wychodzi z tego jedno wielkie nic, bo delikatność w opisywaniu uczuć przez Autora jest … cóż, żeby nie mówić zerowa (właśnie to powiedziałam), bardzo mała. Bo przecież tu uczuć poza strachem, ukazanym bardzo tradycyjnie (ile można się pocić?) nie ma prawie nic, miejsce na uczucia zostało zajęte przez akcję, pędzącą jak rakieta. Może, żeby nie zdradzać szczegółów, powiem tylko, że w ogóle nie czuć, jakie demony ścigają Siennę. A szkoda, bo byłoby to nieco schizofreniczne, jak to bywa w lepszych książkach z ludźmi, którzy uciekają przed wspomnieniami i przeszłością, i niezwykle ciekawe. Ale tak nie jest.

Inni bohaterowie też nie wyróżniają się tłumu. No bo jak, kiedy są tylko szkicami, zarysami, postaci i niedane nam jest ich poznać, bo ich twarze są szczelnie zakryte rozmaitymi maskami, niekiedy mają nawet kilka twarzy czy masek, dla każdego inną, mimo tego, że czasami mają jakichś tam potencjał (jak agent Bruder) Choć intryguje tajemniczy do końca Zarządca, jest to, niestety, postać ledwie zarysowana, której tajemnice nie zostały nawet muśnięte, by ciekawić tak naprawdę. Zresztą i tak większość postaci pojawia się tylko na chwilę, by zastawić głównym bohaterom drogę ucieczki, wystraszyć niczym klown na sprężynie wyskakujący z pudełka czy pomóc. Osoby te jednak szybko znikają, a czytelnikowi pozostaje wrażenie niedosytu.

I co? Wypożyczyłam, przeczytałam, zapomniałam. Nie zakosztowawszy Dantego prawie nic, zweryfikowałam prawdziwość reklam i skrzywiłam parę razy na pisarza, silącego się oryginalność i połączanie nowych pomysłów ze starymi. Ale do książki mam raczej obojętny stosunek (poza dreszczykiem strachu, kiedy zestawiłam ze sobą to, co teraz dzieje się w Afryce i treść książki), bo to przecież bardzo przeciętna książka, niewywołująca emocji i prowokująca do dyskusji jak poprzednie opowieści Autora, napisana także z mniejszym polotem i wyraźnym zmęczeniem tematu, także dlatego, że Langdon powinien iść na zasłużony urlop od widowiskowych śledztw, a także dlatego, że rozszerzenie motywów bondowskich kłóci się z Dantem, wciąż mistycznym (czego tu nie czuć) i zakochanym w swojej Beatrycze, na siłę wklejonym i wciągniętym do awantury z Ebolą w tle. Albo Autor całkowicie zerwie ze swoją przeszłością, albo wciąż będzie wklejał, co popadnie do swoich książek, naśladując przecież nieudolnie najstraszliwszą wersję piekła w literaturze, kopiując czyjeś pomysły. Cóż, trzeba się zdecydować, drogi pisarzu, inaczej do końca będziesz skazany na kopiowanie czyiś pomysłów i motywów, niczym uczeń, który ściąga referat na temat Dantego z Wikipedii i próbuje wstawić kwestie na temat tego, dlaczego cenimy tego pisarza dziś, by nauczyciel się nie zorientował. Kopiuj, wklej. Kopiuj. Wklej.

Tytuł: „Inferno”
Autor: Dan Brown
Moja ocena: 3,5/10 

czwartek, 9 października 2014

Ułamek sekundy ze skalpelem. Recenzja książki

Czytam wiele książek, czasami kilka dziennie, jeśli są wakacje. Ebooki, wydania papierowe. Pożyczam od chrzestnej, ciotki, rzadziej od koleżanek (one myślą, że zjadam książki), poluję na Allegro, na wyprzedażach, w Empiku. Nie mogę przeżyć dnia bez dotyku książki, bez przeczytania chociaż kilku linijek. Nie pamiętam wielu książek, które czytałam, a zrecenzowanie wszystkich ich jest niesamowicie trudne. No w końcu mój staż jest bardzo długi: namiętnie czytam od szóstego roku życia. Teraz czytam bardzo szybko i bardzo dużo. To jest mój jedyny, najdoskonalszy świat.

Widzę powiązania między różnymi książkami. Widzę wątki, motywy, które się powtarzają. Znam kilkaset wariantów tej samej historii – na przykład morderstwa. Bo przecież na tym bazują kryminały, a ich jest wiele, bardzo wiele. Mnóstwo. Całe stosy, wystarczająco dużo, żeby zrobić z tego bibliotekę. Dlatego pewne rzeczy mogą się powtarzać, niestety. Czytamy jakąś książkę i wiemy, co będzie dalej. Dlaczego? Otóż owa historia niewiele różni się od tej, którą czytaliśmy kiedyś.... albo jakiś czas temu. Są jakieś szczegóły, które różnią fabuły różnych Autorów, bo w końcu każdy ma inny pogląd na świat (prawda?) ale ogólnie jest bardzo, bardzo podobnie. Często mi się tak zdarza, wręcz w nawale współczesnej i nie tylko literatury trudno znaleźć już coś oryginalnego albo świeżego. Czasami, co jest już skandalem, fabuły są dokładnie małpowane, czasami nawet nie świadomie, bo tematy są popularne, a czasami przychodzą do głowy pisarzowi, który nie wie, że ktoś inny pisał na ten temat.

Tak jest z najnowszą książką Autorki thrillerów medycznych, do której twórczości zaczęłam się przekonywać zupełnie niedawno, kiedy przeczytałam jedną z najnowszych książek, rzecz bardzo dobrą. Ponieważ owa książka była w środku serii, chciałam zobaczyć, co było przed i sięgnęłam po następną książkę, również pożyczoną od chrzestnej. I... no cóż. Bardzo przypominało mi inną serię, również bardzo dobrą i również pisarki z Ameryki, której jedna część była prawie taka sama, przynajmniej w najważniejszych aspektach.

Jane Rizzoli ma twardy orzech do zgryzienia. Otóż śledztwo, które teraz rozpoczyna, roztacza przed nią całą falę straszliwych wspomnień – sposób, w jaki zabito doktora Veagera (jego żonę, Gail, uprowadzono, by później znaleźć trupa w momencie dość zaawansowanego rozkładu w lasku, na granicach miasta) wskazuje na jej koszmar, na Warrena Hoyota, który siedzi w najlepiej strzeżonym więzieniu. Człowiek ten ma obsesję na punkcie patrzenia na ofiary, dominowania nad nimi, słuchania ich krzyku, napawania się ich bólem, a ponadto ma obsesję na punkcie krwi, ponieważ kiedyś był analitykiem. Kocha jej konsystencję, zapach, smak, kolor, uwielbia na nią patrzyć, nurzać się w niej. Dlatego dla niego najbardziej podniecającą rzeczą nie są narządy rozrodcze, jak by można było przypuszczać, ale ... szyja. Tak, szyja, gdzie mamy tętnicę i żyłę szyjną, gdzie wyczuwa się puls. Tam jest najwięcej krwi: tej żylnej, ciemnej i tej tętniczej, jasnej i jedwabistej. Można by powiedzieć: Wampir! Człowiek ten sprytnie ucieka z więzienia, zabijając przy tym trzy osoby skalpelem. I wychodzi na miasto, by razem ze swoim wspólnikiem, nekrofilem (nie powiem, co to jest, jak ktoś nie wie, to ciocia Wikipedia powie) i fanem demonstracji swojej dominacji, by zabijać. Mają tylko jeden cel: wyniszczoną psychicznie Jane Rizzoli, z bliznami na rękach od wiercenia w nich skalpelem – pamiątce po Hoyocie. Tymczasem ona nie marnuje czasu - prowadzi śledztwo, dość ślamazarne. I jeszcze ten głupi, tajemniczy i przystojny agent FBI, Gabriel Dean, któremu już raz po ciemku groziła pistoletem. Wie, że kiedyś ją dopadnie, ale kiedy tak się staje, sprawy przybierają niespodziewany obrót i to ostatecznie zwycięża Rizzoli, jednak Hoyot żyje dalej i dalej fantazjuje na tematy związane z szyjami kobiet i krwią.

Od razu nasuwa mi się wyraźny związek tej książki z powieścią innej amerykańskiej pisarki, Alex Kavy. Tam też mamy niesamowicie podobną sytuację. Morderca nazywa się Albert Stucky, podniecenie dla niego do krzyk kobiet, którym odcina niektóre części ciała, uciekł z więzienia. Zwabił Maggie, główną bohaterkę tamtej książki, do magazynu by patrzyła, jak zabija kolejne kobiety, wyniszcza ją psychicznie. Ucieka z więzienia, by skończyć raz z zastraszoną Maggie, która jest na granicy załamania nerwowego. Ma partnera, którego, nawiasem mówiąc, zakatrupił. I jest wcielonym Złem, takim złem, że nie może by większego. Recenzja tej książki – nazywa się ona „W ułamku sekundy” - gdzieś tutaj jest, tylko bardzo już zakopana. Podobieństw zauważamy wiele: ten sam prawie typ zdobywania przyjemności, chęć wykończenia agentki/policjantki, wyniszczenie nerwowe owej, umieszczenie faceta w najgorszym więzieniu, ucieczka, zakończenie. A także wcześniejsza pułapka. I to bardzo typowe zamienianie domu w fortecę. Obie opowieści różnią się szczegółami: Stucky, by uciec zabił strażników, a Warren uciekł się do podstępu medycznego, ten pierwszy został zabity, drugi żyje, obie panie wyszły z tego cało. Maggie miała partnera w śledztwie, ale Tully to rozwodnik z dorastającą córką Emmą, a agent FBI Dean... Hm, to już pozostawię czytelniczkom, dobrze? Poza tym bohaterka Kavy jest agentką federalsów, a Jane tylko bostońskim gliną. Swoje ofiary Stucky zakopuje w śmietnikach, natomiast połowę ofiar Warrena znajdujemy w domu, połowę w lasku. Albert raczej nie przebiera w wyborach narzędzia zbrodni, zaś ten kocha skalpel. Jest chirurgiem.

Ale wracam i zaczynamy sobie analizować książkę, zaczynając, naturalnie, od plusów.

Postaci mamy świetnie skonstruowane i wyraźnie rozdzielone na pierwszo – i drugoplanowe. Główną bohaterką jest Jane, która chce we wszystkim dorównać kolegom z pracy i w dodatku uważa się za twardziela. W rzeczywistości, głęboko pod tą powłoką, kryje się samotna, przerażona koszmarem, który powrócił dziewczyna. Bezbronna, samotna. Oszukująca siebie - nawet bardzo skutecznie – próbuje sobie wmówić, że jest zdolna prowadzić dalej to śledztwo, że się niczego nie boi, że jest osobą wytrzymałą, niezwykłą i tak dalej i mocno owijająca się w tej skorupie. Postać owa ma w sobie dużo wad i zalet, jest wyrazista, pełnokrwista i sympatyczna, bo tak naprawdę nie trzeba być Gabrielem Deanem, żeby wiedzieć, że pod tą skorupą kryje się bezbronna, przerażona kobieta w dodatku wykończona psychicznie i fizycznie. Ale rozumiemy jej potrzeby i tak naprawdę głęboko jej współczujemy i czujemy do niej pewien rodzaj sympatii i respektu. Gabriel Dean – tutaj tajemniczy, piekielnie spokojny i opanowany agent FBI, były wojskowy, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i rządzenia, wobec tego raczej na początku nie czujemy do niego sympatię. Maury jest tutaj jak na lekarstwo, chociaż mamy o niej kilka ciekawych szczegółów – nazywają ją Królową Trupów, na przykład, ale nie dowiedziałam się niczego więcej. Na dobrą sprawę, nie wiem o niej więcej niż z poprzedniej książki - „Autopsji”. Jest tu także Vince Korsak, przez większą część książki jest po zawale, ale w momentach, kiedy jeszcze jest na chodzie, rzuca swoimi dość nieśmiesznymi żartami i robi za 'nierozgarniętego gliniarza'. Bardzo go lubię, nie jest drętwy, jest sobą i niczego nie udaje. Jest prostolinijny, niemal jak dziecko, jednak gdzieś tam ukrywają się jego rany. Ma żonę lekomankę, nieciekawe życie prywatne i lubić pić (o czym świadczy jego brzuch). Barry'ego Forsta nie doświadczyłam, przewija się gdzieś bardzo w tle i rzadko można go spotkać na kartach książki.

Język jest prosty, właściwie się nie zmienił do czasów, gdy Autorka pisała romansidełka wymieszane nierówno z kryminałami. Lekki, przyjemny, staranny. Pedantyczny. Ale to nie wpływa na jakość książki – wręcz przeciwnie – bardzo przyjemnie czyta się opisy. A są to opisy nie byle jakie, bo opisują nie tylko przeżycia bohaterów i obrazują nam plastycznie miejsca zbrodni ( to prawdziwa uczta dla mnie, przyznaję się!). Wielkim plusem jest też to, że wszystko opisane jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale rozdziały z perspektywy Warrena, dające mu głos i pozwalające na wniknięcie do jego mózgu jak najgłębiej jest rzeczą fascynującą – te jego śmierdzące wampiryzmem historie o krwi, czyli pulsującym w żyłach życiu, którego on kochał ludzi pozbawiać. Mmm..
.
Akcja jest szybka i dużo się dzieje, więc czyta się zapartym tchem. Ledwo się kończy wizyta u ofiary, zaczyna się prawdziwa policyjna akcja, a kiedy to się skończy, uczestniczymy w autopsji czy poznajemy losy ofiary Warrena. Na końcu, niestety, lekko stopuje, ale to tylko dlatego, że zaczyna się wątek romantyczny (tym razem mogę spać spokojnie, bo to delikatny romans umiejętnie wtopiony w mocny kryminał), by zakończyć się gwałtownie i niespodziewanie. Nie ma miejsca na nudę, no, chyba że kogoś straszliwie odrzuca od nawet najmniejszej cząstki romansu, albo ktoś czytał setki podobnych do tej książek i wie, jak to się skończy.

Okładka jest – tak jak poprzedniej książki – bardzo dobra. Minimalistyczna, od razu kojarząca się z thrillerem medycznym: sterylna, biała okładka, tytuł i autor oraz czerwona plamka, jakby krwi, u góry w poziomym, lekko innego koloru kwadracie. Gdyby postawić książek w tłumie krzykliwych okładek przyciągałaby wzrok i od razu sugerowała tematykę. Choć.. Mam pewne obiekcje co do tytułu. Tego angielskiego i polskiego, bo to jedno i to samo. Skalpel był ukochanym narzędziem zabijania Warrena, nie powiem, no ale dużo skalpela tam nie ma. Dwie, trzy wzmianki. Tytułem książki powinno być coś, co jest esencją książki, kluczem do zinterpretowania, podsumowaniem i wskazaniem znaczenia tego, o czym mówi nam powieść. A nie... szczegółem.

Pisarka coraz bardziej mnie zadziwia, choć wykorzystuje czasem przereklamowane tematy i schematy. Każda następna jej książka jest coraz lepsza, czyta się szybciej, płynniej, lepiej, z większą chęcią. Szybciej. Podejmuje czasem kontrowersyjne tematy, pokazuje, do czego może dojść umysł psychopatycznego mordercy. I tutaj pojawia się minus, za który, postępując zgodnie z moją tradycją, nie odejmę punktów. Co to? Oczywiście, czyta się błyskawicznie, w ułamku sekundy dosłownie. I jak tamtą powieść Alex Kavy przeczytałam w ułamku sekundy, tę również, z tą jednak różnicą, że trzymałam w ręku śmiercionośny skalpel...

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Skalpel”
Moja ocena: 6/10 

(recenzja archiwalna)