niedziela, 25 października 2015

Poetycka Niedziela #8: Bolesław Leśmian – „**** [ W malinowym chruśniaku”



Bolesław Leśmian (1877-1937) – polski poeta pochodzenia żydowskiego, jeden z czołowych przedstawicieli literatury międzywojennej. Jego stryjecznym bratem był inny znany polski poeta, Jan Brzechwa. Uważany jest jedną z najciekawszych postaci w literackiej historii pierwszej połowy XX-wieku, przedstawicielem nurtu filozoficzno-metafizycznego, zabarwionego psychologizmem. Wprowadził do literatury grupę neologizmów zwanych leśmianizmami, odświeżył znaną w romantyzmie balladę. W jego twórczości można znaleźć wątki zaczerpnięte z dzieł Nietzschego, Henriego Bergsona, Giambattisty Vico, a także elementy teizmu, antropologii i panteizmu. Jest także autorem tłumaczeń opowiadań Edgara Allana Poego. Jego wiersze śpiewali m. in. Stanisław Sojka, Grzegorz Turnau, Czesław Niemen, Marek Grechuta, Pustki, Anna Maria Jopek. Poeta został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim.


W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szapcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

sobota, 24 października 2015

Baśnie z życia wzięte. Recenzja książki



Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być bajkową królewną. Miały piękne suknie, tańczyły na balach nie brakowało im niczego, a jeśli w ich życiu zdarzyła się jakaś tragedia, zawsze na końcu pojawiał się przystojny królewicz lub rycerz a wraz z nim happy ever after czyli nieśmiertelne „ żyli długo i szczęśliwie”. Ponieważ od zawsze miałam historyczne ciągoty, fascynowały mnie zamki, flagi powiewające na flankach, złota korona na skroniach króla, zbroje, miecze i świat o wiele bardziej kolorowy niż ten za oknami. Wychował mnie więc Disney z najstarszą wersją Królewny Śnieżki i Kopciuszkiem w żółtej sukni, usypiały historie o arabskiej księżniczce, która nigdy nie płakała, ziarnku grochu, Dziadku do Orzechów i Elizie, której braci w pięknej opowieści Andersena przemieniono w łabędzie. Chciałam być którąś z nich, żyć w zaczarowanym świecie pełnym dzielnych rycerzy i bogatych książąt, nieustannie rozglądających się za małżonką również wśród tajemniczych panienek, które zostawiły swój pantofelek uciekając z balu. Życie zrewidowało i to głupie przecież pragnienie, nie tylko dlatego, że na świecie jest już niewiele księżniczek w starym tego słowa znaczeniu, a i one wychodzą zwykle za biznesmenów, którzy nie mają już nic wspólnego z rycerzami w błyszczących zbrojach, a dzisiejsi książęta paradują w firmowych garniturach i krawatach, a chociaż są nie mniej bogaci, często w różny sposób muszą zarabiać na swoje utrzymanie, a dolary wpłacają do banku. Później, kiedy zaczęłam się na dobre interesować historią, okazało się, że prawdziwe królowe, królewny i księżniczki nie miały tak lekko, jak przedstawia się to w baśniach. Często ich życie w zupełności nie przypominało żadnej z nich. Wręcz przeciwnie! Polityczne, aranżowane małżeństwa z niekiedy starymi królami, niepewne losy na oddalonych od domu dworach, śmierć przy porodzie, zapomnienie, szaleństwo, akceptowanie metresy, kochanek i bękartów, czasem znoszenie szaleństwa męża, stawianie czoła dworskim intrygom i szpiegom… I jeszcze ta odpowiedzialność, bo królowa ma istotny wpływ na losy państwa – choć w większości przypadków nie dopuszczano kobiet do polityki, to właśnie królowa rodziła potomka, mającego zapewnić ciągłość dynastii. Tym, że przy porodzie przypadkiem umarła, mało sentymentalny i słabo przywiązany do swojej żony król niekoniecznie się przejmował – zawsze przecież mógł ożenić się jeszcze raz. Przy czymś takim wszystkie klejony i suknie, jakie miała na wyposażeniu królowa traciły swoje znaczenie, prawda? 

Okazuje się jednak, że życie ma i tak dużo wspólnego z baśniami. Albo – żeby było poprawnie – baśnie mają dużo wspólnego z rzeczywistością; pokazują bowiem archetypy ludzkiego losu i ludzkich charakterów, generalizują więc to, co często przeżywamy i o czym piszemy w książkach. Są ludzie źli i dobrzy; lisy i kruki, złe macochy i wróżki, nadzy cesarzowie oraz tacy, którzy chcą słuchać śpiewu słowika, świniopasy, przebiegłe królowe, Czerwone Kapturki i Baby-Jagi (czasami pojawi się jakiś książę na białym koniu, jednak zatrzymanie go na dłużej jest już znacznie trudniejsze, bo uroda nie zawsze idzie w parze z inteligencją czy – co gorsze – charakterem) Z pewnością po dłuższym zastanowieniu potrafilibyśmy wskazać takie osoby i w naszym otoczeniu. Czasami zdarza się też, że bajkowe scenariusze – do których czasami należą niezwykłe przypadki i spełnienie się głęboko skrywanych marzeń – w pewnym stopniu są obecne i w naszym życiu, oplecionym szczelnie przez pajęczynę trudnej rzeczywistości i bujania w obłokach podczas czytania kolejnej dość bezmyślnej opowiastki z happy endem. I nie tylko w naszym. Ponieważ losy ludzkie są takie same w każdej epoce, a zmienia się tylko wystrój i rekwizyty, w niektórych biografiach naszych przodków, znanych i nieznanych, fragmenty baśni były obecne. Tylko nie zawsze te dobre, bo wielu podzielało los Dziewczynki z Zapałkami czy stawało się czarnym charakterem. I nie zawsze z tym dobrym zakończeniem, bo mówi się, że życie z zasady nie zna takich. No ale nie zmienia to faktu, że baśnie są obecne wszędzie. Nawet w historii, uważanej przez wszystkich za rzecz nudną i nieżyciową. 

Z takiego założenia wyszła Autorka tej książki, prowadząca w sieci bloga Kobiety i historia, która do historii, a ściślej mówiąc biografii znanych kobiet, podeszła z baśniowego punktu wiedzenia. Zabieg to ciekawy, wcześniej jeszcze przeze mnie nie spotkany, miałam więc nadzieję na coś nowego, świeżego, a może i przełomowego. Blogerzy, przynajmniej ci lepsi, to kreatywni ludzie, pomyślałam, ciesząc się, że istnieją jeszcze tacy zapaleńcy, którzy w nowatorski sposób chcą pokazywać, że historia nie jest listą dat, nazwisk i pojęć, ale życiem i jego nauczycielką. Kto wie, może to właśnie ta książka, jak dla mnie Poczet Jagiellonów dla dzieci kiedyś dawno, będzie tą, od której zacznie swoją niekończącą się przygodę z najbardziej fascynującą dziedziną nauki? A może choć trochę podniesie świadomość historyczną w naszym kraju, zachęci kogoś chociaż do spojrzenia na ten szkolny przedmiot łaskawszym okiem czy zmobilizuje do sięgnięcia bo znacznie bardziej szczegółową biografię wybranej postaci? Mając takie nadzieje, bałam się konfrontacji z rzeczywistością bardziej, niż możecie to sobie wyobrażać. 

Prawda jest taka, że chociaż długo przed wydaniem książki o blogu Kobiety i historia stało się dość głośno i zostałam o nim poinformowana, nigdy on mnie specjalnie nie interesował. Nie dlatego, że podejście do tematu nie było ciekawe, co przecież bardzo sobie cenię, ale jakoś nie mogę się przekonać do większości blogosfery historycznej. Alergicznie reaguję na błędy, które są wiele bardziej oczywiste i podstawowe niż te, które można spotkać na Wikipedii. I nie tylko dlatego, że nie mam zaufania do źródeł, które nie posiadają długich wykazów bibliografii (bo nie mam, ale nie w tym rzecz), ale po prostu znudziło mnie pisanie długaśnych komentarzy, na które i tak nikt nie odpisywał, bo choć bloger nie musi być alfą i omegą, to jeśli jego strona jest pewnego rodzaju firmą, musi posiadać jakieś kompetencje, czyli przynajmniej przeczytać kilka książek na poważnie. A przynajmniej ja to tak traktuję – nie lubię kogoś oszukiwać, przynajmniej w ten sposób. Tak więc teraz, kiedy pozycja trafiła w moje łapki, weszłam na stronę Autorki, nie chciało mi się zbytnio rewidować treści postów, których przecież było wcale dużo. Zmartwiły mnie tylko gabaryty książki i – sprawdzam to na początku – bibliografia. Zwykle wychodzę jednak z założenia, że nadzieja umiera ostatnia i, jako że pewnego dnia miałam dość wolnego czasu, zabrałam się za lekturę, mimo wszystko licząc na coś ciekawego, a przynajmniej na mile spędzony czas, w którym będzie czas  na kolejną podróż do przeszłości – do czasów mojego dzieciństwa, kiedy ubierałam się w sukienki mamy i dorośle upinałam włosy, jak i do wieków pełnych królowych, królewien i księżnych, ich sukien, karoc oraz politycznych intryg, które nieraz przekreślały ich szczęście. 

Ale żeby było bardziej optymistycznie, Autorka pogrupowała ich postacie według baśniowych scenariuszy. Są historyczne Kopciuszki, Śpiące Królewny, Królewny na Ziarnku Grochu, Królewny Śnieżki i – co zapewne jest najbardziej ciekawe – Piękne i Bestie. Snuje więc historie o Elżbiecie Rakuszance, która była bardzo brzydka, ale i tak stała się ukochaną żoną przystojnego Kazimierza Jagiellończyka oraz matką królów, o Zofii Chotek, zwykłej hrabiance, która została żoną arcyksięcia, o Czarnej Halszce i jej toksycznej matce oraz o księciu Konstantym Pawłowiczu i jego polskiej żonie, Joannie Grudzińskiej. Nie brakuje także takich sław jak Bona, Barbara Radziwiłłówna, Maria Tudor (znana jako Krwawa Mary nieszczęśliwa królowa Anglii jest postacią, której zawsze współczuję, cieszę się więc, że Autorka, w odróżnieniu od wielu innych zajmujących się tą tematyką w sposób hobbystyczny osób traktuje ją sprawiedliwie i z wyrozumiałością), cesarzowa Sissi, Joanna Szalona czy lady Jane Grey. Blogerka opowiada również o postaciach mniej znanych, dość niepopularnych, albo zapomnianych: Anna Lenowens, Stefania Klotylda Koburg czy Sydonia von Borck, niejako odświeżając ich sylwetki i, kto wie, może przywracając ogólnej świadomości historycznej. I bardzo dobrze, bo szczerze mówiąc wolę poczytać o nieszczęściach córki Sobieskiego czy przekleństwie, jaki na ród Gryfitów rzekomo rzuciła piękna i odtrącona Sydonia, niż po raz setny przypominać sobie oklepaną historię miłości Zygmunta Augusta i Radziwiłłówny, która fascynująca była kilka lat temu, a o której wspomina każda bardziej popularna książka o historii Polski (zresztą to bardzo, ale to bardzo pesymistyczna opowieść). Jak większość na kartach tej pozycji, muszę zauważyć – tylko kilka z nich kończy się jeśli nie bajkowym happy endem to przynajmniej jakimś pozytywnym, przynoszącym nadzieję akcentem. Przez to całość ma mniej baśniowy akcent, niż można było się spodziewać - cała ta bajkowość jest tylko opakowaniem, w którym Autorka przemyca prawdziwe życie ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. 

Jest coś, co w książce bardzo mi się podoba, a czym szeroko Autorka napisała we wstępie. Chodzi o dostrzeżenie konieczności pisania i opowiadania o historii inaczej niż robi się to w szkole oraz większości pozycji popularnonaukowych i przeznaczonych dla profesjonalnych historyków. O poszukanie jakiegoś klucza, którym można otworzyć furtkę do świata historii dla każdego, nawet osoby, która wcześniej uważała, że kłótnie królów, papieży i niekończące się wojny, w których było pełno bitew niedaleko miejscowości o czasami trudnych do wymówienia nazwach. Bo przecież, jak pisze Autorka, problem nie polega na tym, że ludzie nie są zainteresowani historią, tylko zwykłe spojrzenie na tą dziedzinę nauki sprawia, że wielu – niesłusznie – uznaje, że to bardzo nudne. A później już trudno zmienić swoje zdanie. Blogerka postanowiła więc to zmienić, odwołując się do naszych najgłębszych wspomnień i sentymentów, wpisać w baśniowe scenariusze historie prawdziwych, żyjących kobiet, minimalizować ilość dat, nazw miejsc i nazwisk, tak, by uczynić lekturę książki prostszą i bardziej przyjemną, a jednocześnie zaciekawić czytelnika, zaintrygować, zaczarować i zahipnotyzować magią historią. Może ktoś potem postanowi przeczytać coś innego, może bardziej skomplikowanego, a potem zostanie miłośnikiem historii? Kiedy przeczytałam Wstęp do pozycji, pod niektórymi stwierdzeniami Autorki chciałam podpisać się wszystkimi czterema  łapkami i pełna nadziei czytałam dalej, licząc może nie na jakieś rewelacje i sensacyjne ciekawostki, ale na dobrą lekturę, odmienne od mojego spojrzenie, które z pewnością mnie czegoś tam nauczy. 

Największą zaletą pozycji jest język, pasujący do luźnej konwencji, jaką przyjęła Autorka, choć czasami jej krótkie, mało rozbudowane zdania drażniły mnie i sprawiały, że czytanie nie było niezbyt płynne. Dzięki temu jednak książkę czyta się właściwie błyskawicznie, pożera za jednym razem, niemal przepływając wzrokiem po stronach. Styl zresztą odkrywa tożsamość: mimo że każdy z nas jest inny, pewne cechy wskazują na blogera. Wiecie, subiektywność wypowiedzi, charakterystyczna narracja, luz i elementy typowo dziennikarskie, które są obecne we wszystkich dobrych tekstach blogerskich. No i długość rozdziałów, odpowiadająca przyzwoitemu postowi (nie, moje są nieprzyzwoite), ale na książkę za krótka, przez co ma się wrażenie, że tekst przecieka między palcami, a dana opowieść kończy się zanim dostatecznie oswoimy się z daną bohaterką. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo Autorka nie traci dystansu właściwego skromnym blogerom, a i tekst w tym stylu jest znacznie lżejszy i łatwiejszy w przekazie, szczególnie dla tych, którzy są przyzwyczajeni do tego typu prostego języka. Nie można jednak Autorce odmówić bogatego słownictwa i dobrego warsztatu, którego delikatne niedociągnięcia tuszuje pasją opowiadania i przeżywaniem opisywanych wydarzeń, a także – co, myślę, było najważniejsze – umiejętność zaciekawienia czytelnika (każdy dobry bloger powinien coś takiego mieć, ale lepiej nie rozpisuję się na ten temat, bo ja nie posiadam takiego daru od losu), zaintrygowania go i zmuszenia do inicjatywy. Bo tu potrzeba dość własnej kreatywności – bez tego książka będzie jak ciastko bez nadzienia. Do zaprezentowanych przez Autorkę scenariuszy można bowiem dopisywać własne przykłady według wzorów, wymyślać inne baśniowe wzory postaci, albo po prostu poszukać innych, które nie zostały przedstawione w książce, a zasługują na większą uwagę. Ostatecznie na świecie żyło już tyle ludzi, że znajdzie się jeszcze wiele innych ciekawych przykładów – na przykład – złych macoch. Wystarczy uważnie szukać… 

Czytając miałam bowiem często wrażenie niedosytu  Bo poza wymienionymi (niewieloma) przykładami mniej znanych bohaterek Autorka sięgała po oklepane historie i odsmażane wielokrotnie kotlety: Bona, Barbara Radziwiłłówna, Joanna Szalona, Maria Tudor (Elżbieta też pojawiła się w kilku miejscach) oraz siostry Jagiellonki: Anna, Katarzyna i Zofia. Może wiele osób nie wie o takich postaciach, ale o nich poczytać można w innych, równie nowatorskich opracowaniach. Nie są to zresztą najciekawsze historie, bo o ile Katarzyna Jagiellonka, więziona z mężem przez cztery lata w wieży przez Eryka Szalonego, to ciężko tyle samo napisać o jej siostrze Zofii, której życiorys był mało skomplikowany i w gruncie rzeczy – poza kilkoma szczegółami – niezbyt interesujący, przynajmniej dla kogoś piszącego tego rodzaju książkę. Ten rozdział Autorka mogła zastąpić czymś innym, mniej znanym. Na przykład historią królowej Melisandy i króla Fulka d’Anjou, który urodą nie grzeszył, więc nadawałby się idealnie na książkową bestię (tyle że opowieść nie skończyłaby się dobrze, bo spory małżeńskie doprowadziły niemal do wojny domowej). Albo o występnych żonach synów Filipa Pięknego, chociaż te trudno byłoby dopasować do jakiejś kategorii. A w starożytności nie było królowych? Taka chociażby Kleopatra, albo Nefretete, to najprostsze zresztą przykłady. Semiramida. Albo nieszczęsna pierwsza żona Nerona, Oktawia. W roli Kopciuszka doskonale czułaby się Rokosana, ukochana żona sułtana Sulejmana Wspaniałego, która – jak plotka głosi – była słowiańską branką i niewolnicą. Eh, tomy można pisać. Wystarczy poszperać, znaleźć w sobie dawkę oryginalności i kreatywności, chęć opowiadania o czymś innym niż wszyscy. Bo myślę, że prawdziwy romans z Bliskiego Wschodu działa na wyobraźnię odbiory bardziej niż Bona-trucicielka; przynajmniej tak mi się wydaje. 

Z drugiej jednak strony przytoczone wyżej przykłady wymagają większego nakładu pracy i czegoś więcej niż podstawowych wiadomości historycznych. A nawet z tymi, jak wynika z książki, Autorka ma problem. I jeszcze się z tego cieszy; we Wstępie stwierdza, że na szczęście nie jest historykiem. Na szczęście. Bo historyk traktuje te wszystkie postacie jako figurki, razem z tłem tworzących pewne ściśle naukowe konfiguracje, nie rozumie ich uczuć, ocenia ich z perspektywy naukowego mądrali, który połknął encyklopedię i zamienił się dinozaura. A przynajmniej tak twierdzi Autorka, nazbyt przeceniając swój blogerski zapał. Świadczy to o tym, że czyta mało dobrych monografii – owszem, są historycy którzy swoje oceny biorą z kosmosu, ale zazwyczaj kierują się empatią i prawdziwym wyczuciem tematu. Zresztą mniejsza o oceny i zanudzanie trudnymi do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika kłótniami królów i papieży, skoro Autorka popełniła w swojej książce wiele kardynalnych błędów, które płazem nie uchodzą nawet ogarniętym uczniom. Przede wszystkim szok i zrozumiały niesmak wywołała u mnie historia Klary Zach. I to nie dlatego, że w jakiś sposób chcę bronić późniejszego króla Kazimierza Wielkiego, bo nie można mu odmówić wątpliwej moralnie słabości do płci pięknej, ale cała historia zbudowana wokół tego faktu jest najprawdopodobniej krzyżacką plotką (kto jak kto, ale Krzyżacy w propagandzie byli mistrzami) i próbami wytłumaczenia sobie zamachu ojca zgwałconej dziewczyny, Felicjana Zacha na Karola Roberta i Elżbietę Węgierską, która straciła wtedy cztery palce. Branie niesprawdzonych faktów, do których historycy mają wątpliwości, jest dość nieprofesjonalne, szczególnie że wielu ludzi uzna tę informację za prawdziwą. Zresztą rozdmuchiwanie jakiegoś epizodu z życia Kazimierza, których w jego biografii jest na pęczki, to robienie z igły widły. Ale jest jeszcze gorzej, bo około 27-letni Jagiełło w oczach Autorki był już starcem. Ha! Co prawda w średniowieczu pogląd na ludzki wiek był nieco inny, ale nawet wtedy litewski książkę był uważany za człowieka w sile wieku; nie da się tego nawet wytłumaczyć z punktu widzenia Jadwigi, bo różnica wynosiła jakieś trzynaście – czternaście lat, czyli niewiele (o starcach możemy rozmawiać, kiedy dwudziestolatka wychodzi za mężczyznę sześćdziesiąt, pięćdziesiąt lat starszego i Hedwiżka z pewnością o tym wiedziała). Ów starzec dożył zresztą osiemdziesiątki i zdążył być dobrym królem, więc trochę nie zasługuje na takie określenie. Trochę. Za to Zygmuntowi Staremu pisarka oddała z nadwyżką – został najlepszym polskim królem. Serio? W skali światowej był, owszem, niezły, ale brakowało mu energii, zapału i strategicznego myślenia, czyli wszystkich cech, jakie są potrzebne, żeby wygrać w polityczne szachy albo być przynajmniej poważnie traktowanym. Bo niby ten hołd pruski w 1525 ładnie wyglądał, ale 1 września 1939 roku poznaliśmy jego konsekwencje. Wiadomo jakie. Drobniejszych spraw jest więcej – przede wszystkim nachalne odbrązowienie królowej Bony i oczyszczanie z niej zarzutów o trucicielstwo, utyskiwanie na Barbarę Radziwiłłównę i rozpaczanie, że nikt już o wielkiej królowej nie pamięta. Cóż, może i racja, ale wszyscy książęta mazowieccy nie popełnili chyba zbiorowego samobójstwa, kiedy Włoszka miała chrapkę na ich ziemię. Autorka pomija tę kwestię – jak się domyślacie – milczeniem. 

Szukanie w książce bibliografii, kiedy natknęłam się na nieszczęśliwą historię Klary Zach, zajęło sporo czasu, tylko dlatego, że spis książek używanych przez Autorkę zajmuje stronę. I to jest jeszcze wybrana bibliografia (sic!). Rozumiem, czasami używając jednej książki można napisać następną, a to jest nie lada sztuka. Użyte przez blogerkę pozycje są jednak dość nieprzekonywujące; mało tu pozycji specjalistycznych, a tym samym wiarygodnych – dużo pozycji wydanych niedawno, zajmujących się historycznymi plotkami, nie wiem czy rzetelnych (mogę szerzej wypowiedzieć się na temat Dam Złotego Wieku Kamila Janickiego, którą zrecenzowałam na blogu, biadając nad oczywistymi i podstawowymi błędami Autora). Jest Kromer, słownik Kopalińskiego – pozycja nijak pasuje do tematu, ale to wielkie dzieło – i sporo szkiców biograficznych oraz popularnonaukowych biografii. Mało tego, a niektóre, sądząc po tytułach, brałabym z przymrużeniem oka. I spisałabym raczej całą bibliografię, bo to po prostu lepiej wygląda, tak samo jak obecność przypisów. Może Autorka uważała, że ich brak ułatwi czytanie? Ja czuję jedynie dyskomfort, bo z pewnością jestem inna niż reszta społeczeństwa, jednak ponieważ książka nie jest powieścią, ale czymś w stylu monografii, więc wynika to nawet z zasad dobrego wychowania. Jeśli chciała wyjść naprzeciw oczekiwaniom masowego czytelnika, który w świat historii (jeszcze) nie wsiąknął, to zawsze można było przypisy umieścić w specjalnej części, na końcu książki, tak, by można było pominąć, a każdy, kto tak jak ja, uważnie je czyta (tylko nie pytajcie o powód, bo go nie znam), czuł się usatysfakcjonowany. Jakkolwiek byśmy na to nie spojrzeli, to wciąż jest historia, nie baśń. 

Wydanie za to jest porządne i całkiem niezłe. Okładka utrzymana jest w delikatnych, pastelowych kolorach - beżach, ercú, delikatnych, pudrowych różach i jasnych brązach, tworzących razem harmonijną, przyjemną dla oka całość. Na przedniej okładce widzimy odwróconą plecami kobietę w eleganckiej sukni przeglądającą się w lusterku, w którym widzimy jej twarz (wywołuje to dość dziwne uczucie, szczególnie że mam słaby i zmęczony wzrok), tajemniczo i smutno spoglądającą na czytelnika. Bajkowo-historyczne klimaty, powiedziałabym, a w dodatku pomysłowo i bardzo kobieco.  Tytuł, zapisany na sukni postaci, jest wydrukowany ładną czcionką, aczkolwiek zawiera jeden dość poważny błąd (jestem bardzo konserwatywna, jeśli chodzi o rozdzielenie słowa bajka od słowa baśń). Pod spodem mamy podtytuł i jeszcze dopisek o tajemnicach, a na końcu, pomarańczową czcionką, imię i nazwisko Autorki, wraz z informacją o jej blogu (to powtarza się na tyle okładki, jakby była to jedyna rzecz, jaką pisarka osiągnęła). Na tylnej stronie jest długi, ale pobieżny opis w dwóch różnych kolorach, a także króciutka biografia blogerki, będąca raczej opisem jej książki. A szkoda. Chętnie dowiedziałabym się o niej coś więcej, może nawet uśmiechnęła się do jej zdjęcia. Grzbiet jest nieco ciemniejszy, z czerwonym tytułem, wygląda zupełnie przeciętnie, ale chyba z powodu skromnych rozmiarów. Szkoda. Przez to ginie na mojej półce obok grubych, kolorowych towarzyszek, a zawsze smuci mnie, kiedy jedna z książek zostaje przysłonięta przez inne, ale co na to poradzić. Warto też wspomnieć o nalepce, jaka była na moim wydaniu, która informowała, że książkę poleca Ewa Stachniak, jak wiecie, pisarka i Autorka dwóch doskonałych powieści o Katarzynie Wielkiej. Z blogerką łączy ją charakterystyczne, kobiece podejście do historii, rozwikływanie supłów losu postaci historycznych i niezwykle sensualne portrety kobiet, królowych i caryc, nie dziwię się więc, że poleca pozycję, włączając się w bardzo ważną akcję wspierania blogerów. To bardzo miło z jej strony, chociaż z pewnością ma większą wiedzę historyczną. 

Zaczynając lekturę miałam pewność, że to historia w wersji pop, nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo – poza miłą rozrywką w ukochanych klimatach nie zyskałam nic nowego. Chyba że mówimy o wiedzy pozahistorycznej, bo pozycja, paradoksalnie, nauczyła mnie trochę życia. Teraz zaczynam dostrzegać baśnie w rozmaitych opowieściach, a w baśniach, tych najbardziej klasycznych, kawałki ludzkiego życia. Skomplikowanego, pełnego warstw, nie zawsze sprawiedliwego. Bo, na przykład, zamiast jednej z wielkich księżniczek, żoną przystojnego królewicza zostało popychadło kuchenne, a Śpiąca Królewna, by znaleźć tego jedynego, musiała czekać aż sto lat. A baśniowe scenariusze z życia wzięte kończyły się czasami zupełnie inaczej, niż chcieli tego opowiadacze baśni, nie chcąc niszczyć dziecięcej niewinności i naszej nadziei – czasami maska Bestii nie opada, a książę na białym koniu nie przyjeżdża, myśliwy dopada i zabija Śnieżkę, a ziarnko grochu okazuje się kamieniem młyńskim. I nie ważne kim jesteś i w jakim wieku żyjesz: królową w klejnotach i pięknych sukniach czy pomywaczką w brudnym fartuchu albo marzycielką myślącą wciąż o happy ever after – baśń zwana życiem dopada każdego.

Tytuł: „Bajki, które zdarzyły się naprawdę”
Autor: Anna Moczulska
Moja ocena: 3,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa Znak

niedziela, 18 października 2015

KONKURS + Poetycka Niedziela #7: Homer „Iliada” – księga XXI (fragment)



Homer (VIII w.p.n.e) – grecki aojda (pieśniarz wędrowny) i recytator, urodzony najprawdopodobniej w Smyrnie na wyspie Chios. Uważa się go za ojca poezji epickiej, jest też pierwszym znanym z imienia, a starożytni Grecy czcili go jak jednego z bogów. Według legend – co badacze uważają za prawdopodobne – Homer był niewidomy. Przypisuje się mu autorstwo Iliady i Odysei, dwóch największych eposów greckich i jednych z najważniejszych tekstów kultury europejskiej.

Obaj szli wzajem ku sobie, a gdy spotkali się z bliska,
pierwszy rzekł Hektor potężny o hełmie wiejącym kitami:
"Synu Peleusa, już dłużej nie będę przed tobą uciekał,
chociaż obiegłem gród wielki boskiego Pryjama trzykrotnie,
nie odważając się walczyć. Lecz teraz serce mi każe
stanąć i zetrzeć się z tobą. Zwyciężę ciebie lub zginę.
Ale wpierw zawezwijmy bogów - to będą najlepsi
naszych wzajemnych układów świadkowie i chroniciele.
Ciała ja twego nie zelżę okrutnie, gdy Dzeus mi pozwoli
odnieść nad tobą zwycięstwo potężne i wywlec twą duszę.
Zbroję ci tylko, Achillu, tę sławną zabiorę, a zwłoki
oddam z powrotem Achajom; ty ze mną uczyń to samo".
Spojrzał na niego złym okiem i rzekł szybkonogi Achilles:
"Ty mi, przeklęty Hektorze, o żadnych układach nie gadaj!
Jak nie ma przysiąg i umów pomiędzy ludźmi i lwami
ani jagnięta i wilki do zgody serc nie skłaniają,
lecz z zaciętością na zgubę wzajemną zamysły ważą -
265tak mnie i ciebie nie złączy przyjaźń ni żadne układy,
póki z nas który nie padnie i własną krwią nie napoi
tarczozbrojnego Aresa, co walczy nieustraszenie.
O swej dzielności pamiętaj! Teraz najbardziej ci trzeba
w rzucie swej włóczni być biegłym i stawać w boju walecznie.
Już ty mi dzisiaj nie ujdziesz! Niedługo Pallas Atena
włócznią cię moją zabije! Dziś mi za wszystkie zapłacisz
smutki po mych towarzyszach, których swą włócznią przebiłeś".
Tak powiedział i cisnął z sił całych włócznię przed siebie
cień rzucającą długi. Zobaczył ją Hektor wspaniały,
schylił się w porę i włócznia śmignęła górą, a w ziemię
zarył się grot jej spiżowy. Wyrwała go Pallas Atena,
Achillesowi podając, a Hektor, pasterz narodów,
tego nie spostrzegł, tak mówiąc do niezłomnego Pelidy:
"Jednak chybiłeś tym razem, do bogów podobny Achillu,
Dzeus nie objawił ci jeszcze mej śmierci. Tak tylko mówiłeś,
więc szermowałeś słowami podstępnie tak i swobodnie,
aby mnie strach obezwładnił, pozbawił zwykłej dzielności,
ale ty mnie, ściganemu, swej włóczni w plecy nie wbijesz.
Prosto uderzam, pierś możesz jedynie mi przeszyć swą włócznią,
jeśli bóg zechce. A teraz ty mojej włóczni spiżowej
strzeż się! O, gdybym mógł całe ostrze zatopić w twym sercu,
wojna byłaby wnet lżejsza dla Trojan, jeślibym ciebie
zdołał powalić, tyś bowiem największą zgubą dla Troi".
Tak powiedział i włócznię cień rzucającą długi
cisnął, o włos nie chybiając, w sam środek tarczy Pelidy.
Włócznia odbita od tarczy upadła z daleka. Sposępniał
Hektor na myśl, że grot chyży na próżno umknął mu z ręki.
Stał zatroskany, bo nie miał już innej włóczni do walki.
Deifobosa więc krzykiem zawezwał białotarczego,
aby mu podał swą włócznię wysmukłą, lecz go nie było.
Pojął więc Hektor w swej duszy, co zaszło, i tak powiedział:
"Biada mi! Już mnie bogowie na śmierć wzywają na pewno!
A ja myślałem, że obok Dejfoba mam, bohatera,
ale on tam, za murami, a mnie oszukała Atena.
Dziś śmierć złowroga jest blisko, już jej nie mogę oddalić
ani uniknąć. Dotychczas obaj przyjaźni mi byli:
Dzeus i syn Dzeusa, co z dala trafia niechybnie. To oni
chętnie od nieszczęść mnie strzegli. A teraz dosięgła mnie Mojra.
Jednak nie padnę bez walki, w śmierć nie odejdę bez sławy,
dzieła wielkiego dokonam, zostanę w pamięci potomnych".
Tak powiedział i zaraz wydobył miecz wyostrzony,
który u boku mu zwisał, błyszczący, ciężki, ogromny.
Skupił się w sobie i runął jak orzeł o locie podniebnym,
gdy na równinę znienacka, drapieżny, z chmur mrocznych opada,
by płochliwego zająca lub jagnię porwać bezsilne -
Hektor tak samo w przód runął, wstrząsając miecz wyostrzony.
Skoczył zarazem Achilles, a gniew przepełniał mu serce
nieposkromiony i dziki. Pierś swoją tarczą osłonił
piękną, kunsztownej roboty, zaś hełm obciążały błyszczące
cztery grzebienie, na których obficie chwiały się kity
złote, ozdobne, bo szczodrze Hefajstos szczyt hełmu ozdobił.
I tak jak gwiazda wśród innych gwiazd, gdy noc letnia zapada,
gwiazda wieczorna, co wschodzi najpiękniej na ciemnych niebiosach -
tak połyskiwał grot włóczni, którą potrząsał Achilles
w prawej swej dłoni, i szukał - by zgubić boskiego Hektora -
miejsca, gdzie ostrze wbić w ciało urocze mógłby najłatwiej.
Ale ten cały okryty był lśniącą zbroją spiżową
piękną, zdobytą po walce z Patroklem, którego pokonał.
Tylko, gdzie dwa obojczyki od ramion łączą się z szyją,
gardło widniało, przez które uchodzi dusza najszybciej.
Tam, gdy nacierał nań Hektor, wbił ostrze boski Achilles.
Szyję młodzieńczą wskroś przebił grot jego włóczni głęboko,
krtani mu jednak nie przeciął jesion w spiż ciężki okuty
i odpowiedzieć mógł jeszcze, na jego słowa, tamtemu.
Nad powalonym w proch zaczął chełpić się boski Achilles:
"Pewnie myślałeś, Hektorze, zdzierając zbroję z Patrokla,
że ocalejesz, i o mnie nie dbałeś, że byłem daleki.
Głupcze! Choć z dala, tam przecie był ktoś potężniejszy od niego,
przy wydrążonych okrętach - tam jeszcze ja pozostałem,
com ci rozwiązał kolana. Sępy i psy cię rozszarpią
ku twojej hańbie, a jego spalą na stosie Achaje".
Słabnąc już, odparł mu Hektor o hełmie wiejącym kitami:
"Na twą zaklinam cię duszę, kolana, i twoich rodziców -
nie daj, by psy mnie szarpały pod okrętami Achajów,
ale przyjm okup tak wielki, jak pragniesz, ze spiżu i złota;
chętnie ci zwiozą te dary mój ojciec i matka czcigodna.
Niechaj powróci me ciało do domu i niech je Trojanie
oraz Trojanki na stosie złożą i spalą po śmierci".



~ KONKURS ~

Wszystkich starych i nowych Czytelników Zakurzonych Stronic zapraszam na pierwszy w historii bloga konkurs. Wcześniej nie organizowałam ich z uwagi na brak odpowiedniej nagrody (czyli książki), ale teraz, kiedy Wydawnictwo Literackie przysłało dodatkowy egzemplarz Sekretnego życia pszczół Sue Monk Kidd i pisaliście, że chętnie przeczytalibyście tę książkę, pomyślałam, że lepszej okazji być nie może. Nie jest to skomplikowany konkurs; wystarczy się zgłosić i mieć trochę szczęścia w losowaniu, postaram się zresztą, że tak będzie najbardziej sprawiedliwie.

1.      Organizatorami Miodowego Konkursu są Kylie Raven, autorka bloga Zakurzone Stronice (czyli ja) i Wydawnictwo Literackie
2.    Nagrodą jest książka Sue Monk Kidd Sekretne życie pszczół
3.    By wziąć udział w konkursie należy wypełnić poniższy formularz zgodnie ze wzorem i wysłać na adres mailowy zakurzone-stronice@wp.pl.

Zgłaszam się!
Obserwuję bloga Zakurzone Stronice jako:
Lubię fanpage’a jako:
Udostępniłam/em informację o konkursie na Facebooku jako:
Adres e-mail:

4.    Następnie należy napisać w komentarzach pod tym postem zgłaszam się!
5.     Tylko zgłoszenia, w których wszystko zostanie zrobione w sposób wyżej opisany wezmę pod uwagę w losowaniu (obserwowanie bloga, polubienie strony i udostępnienie informacji o konkursie dalej).
6.    Konkurs trwa dwa tygodnie tzn. do 1.11 do godziny 23:00
7.     Wyniki podam w tydzień po zakończeniu konkursu (2.11 – 8.11)


Książka niecierpliwie czeka na nowego właściciela, zapraszam więc do wzięcia udziału.

sobota, 17 października 2015

Liliowa poetka. Recenzja książki



Ludzie z natury są ciekawscy. Lubią wiedzieć więcej o innych, szczególnie o tych, którzy – w pewien sposób – są lepsi. Dlatego taką popularnością cieszą się portale z plotkami o celebrytach i parach królewskich, którym trochę zazdrościmy, trochę podziwiamy i bardzo chcemy być tak jak oni, a przynajmniej wyłuskać z ich wspaniałego życia coś, co bardzo przypomina naszą, do bólu zwykłą egzystencję. Losami innych, wydawałoby się lepszych od nas, leczymy własne kompleksy, zapełniamy sobie czas pomiędzy kolejnymi telenowelami, emocjonujemy się, nieodmiennie podziwiając ich i przeżywając ich problemy jak swoje. Kłopot w tym, że wielu z nich nie jest godnych tej uwagi, przynajmniej moim zdaniem (podkreślam, moim zdaniem, bo nie chcę być rozszarpana na środku ulicy przez psychofanki Justina Biebera czy kogoś innego za szerzenie herezji), a ci bardziej normalni wolą ukrywać szczegóły swojego życia przed mediami, co zresztą doskonale rozumiem. Zawsze jednak pozostają postacie historyczne, pisarze, malarze i poeci, bo nawet biografie tych, którzy żyli kilkaset lat temu, są pełne pikantnych szczegółów a przynajmniej faktów, które można uznać za fascynujące, choć nie tak jak popularne anegdotki, często będące po prostu wyssanymi z palca plotkami. Ale jak możemy ich poznać tak naprawdę, nie powierzchownie, jak w wywiadach z celebrytami, w których chwalą się swoją sławą i pragną uchodzić za autorytety? Zresztą wątpię, czy Freddie Mercury lub Henryk Sienkiewicz jeszcze ich udzielają. Biografie? Choć bardzo lubię ten gatunek, myślę, że sylwetka opisywanej osoby jest przedstawiana – nawet w najbardziej rzetelnych z nich – z pewnego rodzaju subiektywnego punktu autora, który nieczęsto udziela głosu innym, szczególnie tym, których ocena o danej postaci nie zgadza się z obraną w danej książce konwencją. Najlepiej więc czytać to, co napisali sami – pamiętniki, dzienniki (chociaż jest to również pewna forma kreacji siebie), listy czy wypowiedzi innych osób, które miały zaszczyt znać taką osobistość bliżej. Postrzeganie innego człowieka jest bardzo subiektywne, więc im więcej opinii, a w nich cech wspólnych, tym obraz danej postaci wyraźniejszy, bardziej bliski i ludzki, choćby ta postać żyła kilka wieków wstecz. 

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, z domu Kossak – córka jednego z słynnych Kossaków, wnuczka słynnego Juliusza. Nie była jedyną artystką w rodzinie, choćby jej wuj czy siostra, Magdalena Samozwaniec, ale i tak swoim talentem wychyla się poza resztę światka literackiego końca dwudziestolecia międzywojennego. Polska Safona, mówili o niej, czytając tomik Pocałunki, pełen erotyków zachwycających precyzją słowa, melodycznością, plastycznym opisem i pomysłem; mówią zresztą tak do dziś, cytując jej miniaturki poetyckie i wiersze, śpiewając je oraz przerabiając. Dzięki temu trafiła do mnie, w dość cienkim, czerwonym tomiku z wybranymi utworami, zaciekawiając i jednocześnie odpychając – należę do tego gatunku ludzi, którzy nie chcą być romantykami. Obawiałam się egzaltacji, będącej zmorą kobiecej poezji miłosnej, poplątania z pomieszaniem lub wymuszonej oryginalności i byłam zaskoczona, gdy okazało się, że jest zupełnie przeciwnie. Tomik połknęłam w jedno popołudnie, szczególnie że wiersze nie były długie i trudne, czując po jego odłożeniu niedosyt; czerwoną książeczkę zresztą musiałam oddać. W wakacje na szczęście przywędrowały do mnie wysłużone wydania wszystkich wierszy poetki w dwóch tomach, sprawiając, że moja sympatia przeszła w prawdziwą miłość, może przywiązanie, do wielu z utworów. Na tym się nie skończyło – poznałam najgłębsze myśli i pragnienia poetki, jej wrażliwość i charakterystyczny sposób obrazowania, ale reszta jej osoby była dla mnie niewiadomą. Gdzieś przemknął mi jej portret namalowany przez „Witkacego” Witkiewicza i to zdjęcie w welonie czy kapeluszu z koronek, lecz rysy mówią o człowieku niewiele – potrzebna mi była jej biografia, życiorys bogatszy w szczegóły niż informacja w leksykonie czy niezbyt przecież wiarygodna notka na Wikipedii. A najlepiej coś więcej niż biografia, których przecież nie jest aż tak niewiele – choćby zbiór listów, pamiętnik, jakieś notatki, album? A może wszystko razem? Tak! Przez jakiś czas szukałam bardzo energicznie, ale potem do głowy przyszedł mi inny pomysł i zapomniałam, chociaż i tak często zaglądałam do wierszy poetki. Kiedy jednak zobaczyłam po raz pierwszy okładkę książki, pomyślałam, że koniecznie muszę spróbować. Może to jest to czego szukam? Poznając wypowiedzi, fragmenty listów i pamiętników osób z najbliższego otoczenia postać Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ukaże się przed moimi oczami na tyle wyraźnie, że będę mogła ją polubić jeszcze bardziej, a może i pozwoli mi to na głębsze zinterpretowanie jej wierszy, ale też dzięki temu będę bardziej obiektywna – ludzie zauważą to, czego sami u siebie nie widzimy, a niektóre wydarzenia z innej perspektywy zmieniają się zupełnie. Tak czy inaczej, to chyba jedna z najbardziej uczciwych form opowiadania o kimś, warta wypróbowania. 

Kim jest więc Maria Pawlikowska-Jasnorzewska? Taka jak w wierszach. Z kart książki wyłania się kilkadziesiąt jej charakterystyk, różniących się od siebie w miej lub bardziej; kilkadziesiąt jej portretów, naszkicowanych z różnych perspektyw; kilkadziesiąt prób uchwycenia jej niebanalnej osobowości, jednych lepszych i ciekawszych, innych gorszych i mało ciekawych, jakby ich autorzy nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. Wszyscy przyznają jednak, że poetka była osobą pełną wdzięku, elegancji i uroku osobistego. Zawsze ubrana w połyskliwe, kolorowe szale i suknie, pod którymi kryła ortopedyczny gorset, maskujący nabytą w dzieciństwie krzywicę, z burzą popielatych włosów, które potem ścięła i wielkimi, błękitnymi oczami. O delikatnej, pastelowej urodzie, w obłokach tiulu i motylich, kolorowych sukniach. Była niezwykle wyrafinowana i wykwintna, rozkoszowała się własną wrażliwością poetycką, uważała się za estetkę. Gdzieś pod tym egocentrycznym hedonizmem kryły się jednak kompleksy, ciągłe pytania, marzenia o wielkiej miłości (której tak naprawdę nie doświadczyła), samotność, zagubienie, ogromna wrażliwość; cechy te sprawiały, że czasem uważano ją za dziwaczkę, a przynajmniej za inną od przeciętnej reszty. Poza tym – jako nieprzeciętnie zdolna, ale niestarannie wykształcona – odczuwała głód wiedzy i wciąż coś czytała, lubując się w książkach historycznych i traktatach filozoficznych, mimo tego wierzyła w czarne koty, piątek trzynastego i przedmioty, które przynoszą pecha. Zajmowała się nawet czarną magią, ezoteryką, ziołolecznictwem, a duchy wywoływała z wielkim zamiłowaniem i nieskrywaną fascynacją, wierząc w istnienie jakiegoś czwartego wymiaru, czegoś co jest poza światem materialnym (łatwo to zresztą zauważyć czytając jej wiersze, szczególnie tomik o znaczącym tytule Profil białej damy). Trochę egzaltowana, trochę ironiczna, trochę tajemnicza, ale w tym wszystkim bardzo ludzka, prawdziwa, naturalna. Szczera. Nic nie robiła na pokaz, co teraz jest rzeczą powszechną, ale dlatego, że po prostu taka była i mimo kompleksów nie potrafiła się zmienić. Pod tym wszystkim jednak kryła się kobieta, a szerzej – po prostu człowiek, taki jak my, tylko że znacznie bardziej delikatny. I, co jest zapewne najbardziej zaskakującym odkryciem, jakiego dokonałam, skrywającym w sobie wiele więcej tajemnic, niż mogłabym przypuszczać przed sięgnięciem po tę pozycję. Pytań, na które i samej poetce z pewnością byłoby trudno odpowiedzieć, a co dopiero tym, którzy spoglądali na nią zewnątrz… 

Okładka książki jest bardzo ciekawa i dobrze dobrana. Pozycja jest w większym formacie niż inne książki Wydawnictwa, w eleganckiej twardej oprawie, w której całość wygląda bardzo intrygująco. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska spogląda na potencjalnego czytelnika z okładki z melancholijną zadumą, podpierając brodę ręką w długiej, skórzanej rękawiczce, a jej hipnotyzujące spojrzenie naprawdę przyciąga wzrok. Może to nie jest najładniejsze zdjęcie poetki, ale za to doskonale komponuje się z dwoma ćmami (szarą i różową) i liśćmi, wystającymi z rogów, a także z zielonym grzbietem i tylną, minimalistyczną okładką również w przyjemnym dla oka odcieniu jasnozielonego (kontrast tego koloru z czarnym jest bardzo odważny, ale tutaj zdecydowanie wyszło bardzo ciekawie i dobrze). Twarz poetki doskonale komponuje się zresztą z delikatnymi owadami, trawą i kolorystyką okładki, a ktoś doskonale edytował to zdjęcie, eksponując twarz Pawlikowskiej i białe kwiaty w jej kapeluszu. I choć na początku można przypuszczać, że takie połączenie się nie uda, a okładka będzie nietrafiona, książka w tym aspekcie pozytywnie zaskakuje. I to tak, że każdy bibliofil i miłośnik pięknych rzeczy chciałby ją mieć u siebie, chociażby dlatego, żeby na nią patrzeć – bo jest na co. 

W środku uwagę przyciągają liczne ilustracje. Choć nie wszystkie z nich są podpisane (a powinny) takie urozmaicenie jest bardzo dobrym pomysłem, szczególnie że nie są to tylko fotografie – ponieważ poetka miała także uzdolnienia artystyczne, jak jej ojciec, doskonale malowała, jej akwarele i szkice zdobią karty książki, łącznie ze zdjęciami samej Lilki i ważnych dla niej osób – mamy Małgorzatę Samozwaniec, Zofię Kossak, rodziców Marii i wszystkich trzech mężów. Największe wrażenie robią jednak całostronicowe reprodukcje portretowych fotografii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, dzięki którym możemy się jej bardzo dokładnie przyjrzeć, chociaż żadna z nich nie jest kolorowa i w jakości HD. Pozycja jest wydrukowana na dobrej jakości białym papierze, ładną, staranną czcionką, a podziały między kolejnym rozdziałami książki są bardzo widoczne; na końcu umieszczono jeszcze praktyczny indeks, dzięki któremu odnajdywanie informacji w książce nie jest żmudne i denerwujące oraz dość szczegółowe kalendarium twórczości poetki. Słowem, przegląda się z chęcią, choćby dla samego oglądania zdjęć i rysunków, które w większej części są niepublikowane w Internecie. 

Z jednej strony doskonale rozumiem pomysł zebrania w jednej książce fragmentów wspomnień i listów dotyczących ważnych i ciekawych osób, bo – jak pisałam wyżej – pozwala to na szersze spojrzenie na daną postać, rozbudowuje naszą wiedzę o nich, stanowiąc doskonały suplement biografii. To taka ciekawostka dla tych, którzy tak jak ja mają plotkarskie zacięcie, ale wolą światek twórców kultury i sztuki lub tych, którzy zafascynowani czyjąś twórczością, chcą dowiedzieć czegoś, co nie jest jednym z oficjalnych faktów, ale ciekawostką; dla koneserów będzie to nie lada kolekcjonerska gratka, coś odmiennego od większości książek na półkach. Zwykle przecież nie mamy dostępu do prywatnych zbiorów korespondencji przodków czy gazet sprzed lat siedemdziesięciu, o zdjęciach już nie mówiąc. Pozycja tego rodzaju wydaje się też bardziej wiarygodna niż wiele portali plotkarsko-sensacyjnych, gotowych nawet podkoloryzować historię czy też przeinaczyć fakty, by wywołać skandal czy osiągnąć nowy poziom wejść na stronę. Z drugiej strony jednak jakoś nie potrafię nabrać szacunku do Autorki tego opracowania – wyobrażam sobie oczywiście ogrom pracy i zawracania głowy, jakie zwykle towarzyszy zbieraniu i redakcji takich materiałów, szanuję też cały wysiłek, bo jak na książkę tego rodzaju pozycja liczy sobie dość dużo stron. No ale skoro tak, to Autorka mogła się jeszcze bardziej postarać – poza niemalże jednostronicowym wstępem nie ma ani jednego odautorskiego słowa. Trochę przesada, bo choć rozumiem, że może takie wtrącenia obniżyłby wartość książki jako źródła, dzięki któremu można wyrobić sobie obiektywne zdanie na temat Lilki, to przecież można było rozbudować wstęp. Ba! Muszę przyznać, że przygotowana byłam na zanudzanie, to znaczy dziesięciostronicowy wykład o rzeczach elementarnych dla każdego fana Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, byłam więc nieco zawiedziona. Trochę to też brak profesjonalizmu, bo zamiast losów poetki, Autorka mogła napisać więcej o własnym stosunku do opisywanej postaci, zdobywaniu materiałów (to byłoby bardzo ciekawe) czy w jakiś inny sposób wprowadzić czytelnika w tematykę książki. Nie narzekałabym także na krótką notką biograficzną na temat każdego z narratorów, bo skąd przeciętny czytelnik, który dopiero zaczyna interesować się poetką i jej rodziną, będzie wiedział Zofia Kossak, o której napisano tylko, że jest pisarką, będzie wiedzieć, że napisała genialnego Króla Trędowatego? No dobra, może się czepiam, ale nawet na końcu książki mogła umieścić krótkie notki chociaż o członkach rodziny Kossaków, a może nawet drzewo genologiczne? Jest przecież tyle możliwości, żeby nie brzmiało dziwnie, kiedy Autorka pisze na odwrocie książki o sobie jako o biografce. Zresztą opracowanie też jest średnie – przynajmniej kilka z wypowiedzi jest niepotrzebnych,  nieciekawych, w żaden sposób nie wnoszących nic do portretu Lilki, albo po prostu nieciekawych, umieszczonych tam tylko żeby wszystkiego było więcej. Cóż. Jeśli chodzi o tego rodzaju książki, myślę, że liczy się jakość, a nie ilość. 

Nie jest to pozycja dla tych, którzy Marię Pawlikowską-Jasnorzewską dopiero poznają – przed nimi lektura wszystkich jej wierszy, które prześwietlają jej niezwykłą osobowość, jakieś klasycznej biografii no i wspomnień Magdaleny Samozwaniec. Dopiero wtedy uzupełnieniem może być lektura tej książki – dzięki niej nasze podejście do poetki będzie bardziej osobiste, ludzkie, bardziej obiektywne ale również – paradoksalnie – subiektywne, pełne takich emocji, jakie odczuwamy w stosunku do każdego spotkanego przez nas człowieka.  Bo choć niewiele z faktów poruszonych w książce było dla mnie nowością czy zaskoczeniem, to wdaje mi się, że poznałam Lilkę trochę głębiej niż zwykle; raczej jako człowieka niż jako poetkę. Jako człowieka, kobietę, pełną tajemnic, intrygującą, z ludzką twarzą i liliowym sercem, dostrzegającym i czującym więcej. Jako kruchą istotę, której emocje, które jak perfumy przesiąkły wiersze i do dziś owiewają czytelniczki, szukające w nich kawałka i swojego świata.

Tytuł: „Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w wspomnieniach i listach”
Autor: Mariola Przyzwan (opracowanie i redakcja)
Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję serdecznie wydawnictwu MG

środa, 14 października 2015

Nie ma niewinnych. Recenzja książki



Przeznaczenie. Nie każdy w nie wierzy. Bezpieczniej dla kruchej natury człowieka jest myśleć, że może sam stworzyć swój los, że przyszłość zależy tylko od naszych wyborów i splotu przypadkowych okoliczności. Wiara w fatum łączy się często z wiarą w coś nadrzędnego, co jest odpowiedzialne za zaplanowanie naszego życia, a wiele osób wyklucza istnienie czegoś takiego. Bóg? Jakaś nieznana kosmiczna energia, która układa gwiazdy tak, by można było wyczytać z nich przyszłość każdego z nas? Niewidzialne istoty, które pozwalają wróżkom interpretować karty tarota i szepczą przepowiednie na ucho? Jak człowiek źle czuje się z taką świadomością! Chrześcijanie wierzą, że Bóg jest miłosierny, a do złych rzeczy, które wydarzają się w ich życiu odnoszą się z filozoficznym spokojem, że ma tak być, ale co z kosmicznymi siłami, które nie mają żadnych uczuć, a ich misterne plany są tylko przypadkowymi zderzeniami planet? Myślę, że strach się bać. Chociaż kiedy głębiej zastanowimy się nad naszym życiem, prześledzimy te kluczowe dla niego momenty, dojdziemy do wniosku, że wszystko, co do tego doprowadziło, było niezwykłym, nieprzypadkowym przypadkiem, zbiegiem nieszczęśliwych bądź szczęśliwych wydarzeń. A historia! Cóż to za kopalnia przedziwnych zbiegów okoliczności, czasami wyglądających tak, jakby ktoś wcześniej napisał sztukę i zaplanował dekoracje, a ludźmi posłużył się jako bezwolnymi marionetkami, aktorami, których zadaniem jest tylko zagranie dramatu swojego życia i zejście ze sceny. Nawet wielcy tego świata nie mogą tego zmienić, choć wydaje się, że skoro mają prawo (często zresztą wątpliwe) rozporządzania ludzkim życiem i pozornie mogą mieć wszystko. Wydaje się, że mają nawet gorzej niż zwykli, szarzy ludzie – według jednej z pradawnych zasad, rządzących światem, im wyżej człowiek dotrze, tym upadek będzie boleśniejszy. 

Edyp, bohater greckiego mitu i dramatu antycznego, żył w błogim przekonaniu, że jednak udało mu się uciec od własnego, bardzo złowrogiego przeznaczenia. Kiedy był jeszcze królewiczem Koryntu, jakiś podpity znajomy nazwał go znajdą, a obrażony Edyp udał się do wyroczni delfickiej, by przekonać się, jaka jest prawda. Pytia jak zwykle odpowiedziała na jego pytanie po swojemu – przekazując mu przepowiednię, jaką kilkadziesiąt lat temu usłyszał jego prawdziwy ojciec. Straszliwą przepowiednię – Edyp zabije ojca i ożeni się z matką. Sądząc, że władcy Koryntu są jego rodzicami, chłopak ucieka z ich kraju i postanawia iść do Teb. W czasie drogi zabija pewnego człowieka, a potem odgaduje zagadkę Sfinksa, czym ocala miasto i zgrania rękę owdowiałej królowej (przypadek?). Po latach, kiedy ma już małe dzieci i jest chwalonym przez wszystkich obywateli Teb władcą, na miasto spada straszliwa klątwa. Warunkiem ocalenia pozostałej przy życiu ludności jest wydalenie z Teb mordercy poprzedniego króla Lajosa, który pozostaje bez kary, a Edyp, jako dobry król, z miejsca zaczyna śledztwo. Odkryje jednak rzeczy, które nigdy nie powinny wyjść na jaw – tamtego felernego dnia, kiedy podczas swojej wędrówki z Koryntu zabił w złości starego człowieka, który nie ustąpił mu miejsca na ścieżce, dokonała się pierwsza część losu przeklętego młodzieńca, przypieczętowana małżeństwem z żoną króla Lajosa, Jokastą…

Nie mogę powiedzieć, że nie znałam treści sztuki przed jej przeczytaniem – krwawa historia rodu Labdakidów władających Tebami wryła mi się głęboko w pamięć podczas czytania opracowania Jana Parandowskiego, kiedy przechodziłam okresy fascynacji mitologią. W jakiś sposób więc byłam przygotowana na to, że nie będzie to lekka lektura – chodzi tu przede wszystkim o to potworne uczucie bezsilności i strachu, że Autor miał rację i nie pozostaje nam nic innego jak bierne oczekiwanie na finał naszej historii, napisanej już przez kogoś innego. Ale i tak obcowanie z tekstem dramatu było pewnego rodzaju traumą. Podczas czytania mitu w wersji raczej skondensowanej, nadrzędnym celem było przecież ukazywanie faktów, informowanie czytelnika, a nie analizowanie złożonej, tak bardzo ludzkiej psychiki bohaterów. Tymczasem dramat, fragmentaryczne, ale niezwykle szczegółowe ujęcie konkretnego epizodu opowieści o Edypie, eksploatował tę tematykę, tak jakby dramaturga interesowało bardziej to, co czuł główny bohater, odkrywając prawdę o swojej tożsamości, niż akcja. Wiadomo przecież, że w takich sytuacjach wiele się dzieje w człowieku. Wiele złych, mrocznych rzeczy, które nie zawsze można rozumieć, ale doskonale wyczuć instynktem, szczególnie jeśli ktoś jest osobą bardzo empatyczną. A ja jestem. I właśnie dlatego zabierałam się za książkę – niegrubą przecież – mówiąc malowniczo, jak pies za jeża.

Zanim jednak zacznę rozpisywać się o tym, jak bardzo Autor swoim talentem zniszczył resztki mojej psychiki, muszę pokreślić istnienie jednego nawiązania, którego nie mogłabym przeoczyć, jeśli jeszcze jestem sobą. Chodzi tu o Turina z najpiękniejszej opowieści z Silimarillionu J.R.R Tolkiena – zresztą słyszałam nawet, że na jednym z konwentów dla fanów Profesora był wykład poświęcony analogii owego bohatera do króla Teb z antycznego dramatu. Temat trafny, bo J.R.R Tolkien, człowiek bardzo wykształcony, znał mitologię grecką i może nawet świadomie stylizował swoją historię na antyczny dramat. Opowieść o nieszczęśliwym Turinie różni się od losów Edypa tylko w szczegółach: jeden poślubił siostrę, drugi matkę; jednemu smok wyjaśnił prawdę, drugi do tego doszedł sam (nie wiem, co jest gorsze). No i w Turinie kochała się piękna elfia księżniczka, którą wzgardził i której tematu wolę już nie rozwijać, bo to w sposób naturalny doprowadza mnie do większego smutku; Edyp względnie pozostał bez innych adoratorek, chyba że o czymś nie wiem. Biedny Turin! Jednym jego grzechem było to, co starożytni Grecy nazywali hybris – duma tragiczna, przekonanie o tym, że samemu decyduje się o swoim losie, że życie jest tylko sumą wyborów, czymś ukształtowanym tylko i wyłącznie przez konkretnego człowieka. Edyp myślał tak samo, nie przeczuwając a może nie myśląc o tragicznej ironii, śmiechu losu. Obaj – Turin i Edyp – przekonawszy się, jak bardzo się mylą, zginą okrutną, samobójczą śmiercią. Analogie więc, przypadkowe bądź też zamierzone, są bardzo wyraźnie, jednak nie powiedziałabym, że podobieństwo jakoś mi przeszkadza czy też czyni z Profesora Tolkiena pisarza naśladującego doskonałe, antyczne wzorce – mitologia jest częścią kultury śródziemnomorskiej, a ciekawa zabawa konwencją jest miło widziana w każdej epoce i każdym gatunku, szczególnie że interpretacja Autora Władcy Pierścieni jest ciekawa i oryginalna. Zresztą historia o Turinie wpasowuje się w wymowę Silimarillionu i innych opowieści ze Śródziemia tak dobrze, jak historia Edypa w krąg naszej kultury i cywilizacji. Bo tak naprawdę nie ważne, czy czytamy o Turinie czy Edypie – ta historia pozostaje ilustracją jednego z najbardziej uniwersalnych praw o świecie, prawa, które w mniejszym lub w większym stopniu, dotyczy każdego z nas. 

Myślę, że nie muszę się rozpisywać na temat konstrukcji utworu – wszystkie dramaty antyczne były zbudowane tak samo, z tych samych, powtarzalnych elementów. Nie zawsze jednak takiej doskonałości formy towarzyszy doskonałość pozostałych elementów; przed przeczytaniem obawiałam się, że historia wtłoczona w podział na epeisodiony i stasimony straci całą swoją głębię. Okazało się jednak, że taka sztywna forma dla arcydzieła nie jest niczym złym, porządkuje jeszcze całość, nadając wiele przejrzystości. To jedna z tych historii, które – jak myślę – muszą być opowiadane w pewien określony sposób, bo mam wrażenie, że pozbawienie dramatu wstawek chóru odjęłoby nieco czaru, zniszczyłoby w pewien sposób estetyczny porządek i harmonię. Bo, jak wszystko co piękne w starożytnej Grecji, dramat ma swoją wewnętrzną harmonię, czemu zawdzięcza swój niezwykły nastrój, odczuwany jeszcze po tylu latach i wiekach. 

Dramat to jednak specyficzny gatunek literacki, w ujęciu Autora stanowiący zaledwie wycinek mitu – ciężko więc byłoby mi się dziwić, kiedy postacie okazały się niedopracowane, albo, w przypadku najlepszym, symboliczne. Bo przecież nawet sama konwencja starogreckiego dramatu pozwala na niewiele: zasada trzech jedności, a przede wszystkim decorum nie pozwalała na eksperymenty prowadzące do psychologicznego pogłębienia postaci. W tym aspekcie zostałam jednak zaskoczona, i to bardzo pozytywnie – naprawdę, tu wszyscy bohaterowie są o wiele bardziej plastyczni i ciekawi niż w niektórych wielotomowych cyklach, z każdą częścią po siedemset stron, które teraz tak często są produkowane przez współczesnych pisarzy. To pełnokrwiste, bogate w cechy sylwetki, ukazane z prawdziwym wyczuciem i znawstwem bez cienia taniego sentymentalizmu czy kiczu. Na uwagę zasługuje szczególnie tytułowy bohater – dobry, dumny władca o wielu wadach i zaletach, ale też zwykły człowiek, taki jak my, który staje w sytuacji tragicznej, bez wyjścia. W wielu częściach sztuki na pierwszy plan wysuwa się walka wewnętrzna bohatera między bezlitosną prawdą, która powoli wychodzi na jaw, i obroną bohatera, gotowego uwierzyć w kłamstwo, oskarżyć Kreona czy nawet znieważyć ślepego Tyrezjasza, przez którego przemawia sam Apollo by uwierzyć, że zarzuty są bezpodstawne. Edyp coraz bardziej przypomina człowieka świadomego, że zaraz umrze, ale próbującego wmówić sobie, że wszystko jest dobrze, by nie poddać się rozpaczy, strachowi i zwątpieniu; chwyta się wszystkich możliwości, każdego pozoru, nawet nieracjonalnego, łącznie z podejrzeniem o spisek. Boi się cierpienia, jakie może z tego wyniknąć i jest to zupełnie ludzkie. Jednak jakaś jego część chce się dowiedzieć prawdy – chociaż będzie ona najgorsza, jaką można sobie wyobrazić, położy kres niepewności i męczącym podejrzeniom, które coraz bardziej zatruwają duszę bohatera; łatwo więc rozumieć, dlaczego obsesyjnym zaangażowaniem chce dowiedzieć się o swoim pochodzeniu. Rozwiązanie sprawia mu niejaką ulgę, bo kładzie kres nadziei, pozwala rozpaczać bez żadnych przeszkód. Tak, to doskonale pokazana wewnętrzna, psychologiczna walka człowieka z przeznaczeniem, z okrutną prawdą a także – tak naprawdę – z własnym życiem. Kiedy wszystko się wyjaśnia, Edyp nie ma siły walczyć dalej, poddaje się, oddając sprawiedliwość samemu sobie i prawdziwie po królewsku dotrzymuje danego słowa. Nie ma duszy romantycznego buntownika, który na jego miejscu wypowiedziałby losowi bezsensowną przecież walkę, nie jest też zapatrzonym w siebie egoistą, który wybrałby dobro swoje i swoich dzieci ponad szczęście królestwa (myślę jednak, że w tym przypadku byłoby ciężko go potępić). Przegrał najokrutniejszą walkę i ogrom jego cierpienia wylewa się z każdego precyzyjnego słowa dramatu, rysując przed nami portret bardzo żywy (powiedziałabym nawet, że aż za bardzo). Cierpienia czysto ludzkiego, uszlachetnionego wielkością tragedii – chodzi tu nie tylko o świadomość popełnia straszliwych zbrodni i ewidentnej niewinności bohatera, ale o tragiczny wybór, los dzieci, Jokasty oraz te rujnujące przeświadczenie, że całe życie było iluzją opartą na kłamstwie, złośliwym śmiechem losu. A jego pewność, że wymknął się przeznaczeniu tylko złudną nadzieją. Zresztą chyba nie ma takiego człowieka, który cieszyłby się z faktu, że całe jego życie nie jest zależne od niego, że jest zabawką w rękach losu…? Boga…? Jakiegoś ślepego ułożenia gwiazd i planet…? 

Ciekawymi postaciami dramatu są także Kreon i Jokasta. Ten pierwszy to zwykły, przeciętny człowiek, któremu obce są jakiekolwiek głębsze przemyślenia na tematy egzystencjalne, a w życiu kieruje się tak zwanym zdrowym rozsądkiem i – jak to trafnie ujęto w Wstępie do mojego wydania – powoli ale skutecznie pchał taczkę swojego życia pod górkę losu. I choć w kolejnym dramacie Autora, tym o nieszczęśliwej córce Edypa, Antygonie, Kreon jako król pokaże mroczną i stanowczą stronę swojej osobowości, na razie wzbudza sympatię. Sympatię, jaką zwykle mamy dla osób do bólu racjonalnych, ułożonych, porządnych, normalnych. Takich, które nie sięgają po władzę swojego szwagra (i jednocześnie siostrzeńca!), bo nie chcą problemów, jakie niosą ze sobą intrygi i ich wykrycie. Z filozoficznym spokojem godzą się na los, jaki przypadł im w udziale i nie grymaszą, pozornie bezpiecznie przechodząc przez życie. Jednak kiedyś wybije godzina Kreona i on również popadnie w rozpacz, wyrzucając sobie błędy i słysząc chichoty losu. Okaże się jednak wtedy, że – przeciwieństwie do Edypa – Kreon świadomie podjął kilka błędnych decyzji, chociaż niewątpliwie chciał dobrze, a do tragedii nie doprowadziła klątwa, tylko fatalne zaślepienie i brak zgody na wyroki bogów. Biedny Kreon! Jego cierpienie jest inne od tego, które stało się udziałem Edypa i choć równie dramatyczne, to bardziej sprawiedliwe (wybaczcie mi jednak wybieganie w przyszłość; na razie Kreon żyje sobie pogodnie i wygodnie). Jokasta natomiast została uchwycona tylko w kilku scenach, bardzo mocnych jednak. Wcześniej nie znała treści klątwy, bo Lajos, kiedy dowiedział się o niej od wyroczni, nie pisnął żonie ani słówka, unikał tylko kontaktu płciowego, licząc, że syn w ogóle się nie urodzi i nie będzie problemu, a ona upiła go, bardzo chcąc mieć dziecko. Mylnie uważa więc, że to wszystko jej wina, zresztą jeszcze nie wiedząc o niej, a podejrzewając, kim może być jej mąż, zaczyna odczuwać chyba jeszcze większy lęk niż Edyp, co Autor mocno podkreśla, dodając, że bohaterka nie chciała nawet, żeby król wezwał do siebie pasterza, który przed laty zlitował się nad chłopcem i zamiast go zabić oddał do wychowania władcom Koryntu. Zdobywa się nawet na bluźnierstwo przeciwko wyroczni, Tyrezjaszowi i w ogóle przeciwko Apollinowi, za wszelką cenę chcąc żyć dalej, nawet w iluzji i kłamstwie. Miała za mało siły, żeby żyć dalej z tą świadomością, szczególnie po tym, że – bądź co bądź – ukochany Edyp wcześniej wyklął samego siebie (zauważmy, że chce dla niego jak najlepiej, bo kocha go miłością żony i matki, podwójnie mocno!). Nie można ją za to winić, bo jest to jeden z tych ciężarów, które potrafią zniszczyć człowieka i z których świadomością jest ciężko żyć każdego dnia, z wielu powodów. Przecież i tak jej życie przypominałoby już tylko egzystencję, tamtego dnia umarła przede wszystkim w wymiarze psychologicznym. Biedna Jokasta! Wierzenia greckie mają dla samobójców więcej litości niż religia chrześcijańska, ale i tak jestem bardzo ciekawa, czy zaznała po śmierci spokoju, może w jakiś sposób wiedząc, co spotkało jej dzieci. Samo to jest wyborem tragicznym, w którym z kolei nie ma dobrej odpowiedzi – musi wybrać piekło za życia lub Hades po śmierci. 

Okładka czytanego przeze mnie wydania jest dość… specyficzna. Moja mądra kuzynka stwierdziła błyskotliwie, że przedstawia ona dół w ziemi z wodą w środku i na pierwszy rzut oka tak właśnie to wygląda. Po zastanowieniu się i przyjrzeniu się pod różnymi kątami i w różnym oświetleniu zawyrokowałam jednak, że jest to muszla wypełniona wodą, a wokół leży piasek, co raczej trudno poddać wątpliwości. A może to po prostu jakiś abstrakcyjny wzór? W każdym razie w wodzie odbija się słońce i całość nie wygląda tak, jakby chociaż próbowała ilustrować cokolwiek z dramatu (chyba że mam za niskie IQ, co jest bardzo możliwe). Na środku tego czegoś widać biały pasek z Autorem dzieła i tytułem, jakoś tak krzywo względem owej dziwnej muszli, na dole widać jeszcze logo Wydawnictwa. Cóż, wiadomo że trudno dobrać okładkę do czegoś takiego, a w e-bookach nie trzeba za bardzo dbać o oprawę, bo i po co, ja jednak postawiłabym na jakieś antyczne woulty, może kwiaty akantu, w każdym razie zawijasy; rzecz neutralną ale w jakiś sposób bliską tematyce dramatu. Trudno bowiem o inną, lepszą okładkę, chyba że komuś przypadną go gustu owe rysunki (również specyficzne)  zdobiące wydanie z opracowaniem do szkoły. Tak więc na razie muszę się zadowolić ową dziwną muszlą i wmówić sobie, że podoba mi się sposób, w jaki promienie słoneczne odbijają się w jej środku, dziwnie kojarząc się z treścią dramatu, jak odrobiny szczęścia, które odbiły się w życiu Edypa, by potem zniknąć razem ze słońcem. 

Język! Kunsztowna odmiana zasady decorum, utkana według harmonicznych reguł sztuki greckiego antyku. Mimo nutki patosu, przebrzmiewającego w stasimonach, Autor nie stara się wzruszać na siłę czy wciskać zbyt dużo słów, zakrywając nimi emocje; stawia na językowy minimalizm, precyzję i oszczędny styl, dzięki czemu tekst zyskuje na przejrzystości i pozwala dramatopisarzowi na nawiązania do poprzednich scen i aluzje, które były nieczytelne przy większym zamotaniu w tym aspekcie. Eksponuje jednak uczucia, pokazujące barwną różnorodność psychologiczną bohaterów, stawia na plastyczny dialog, portretując postacie w czasie rozmowy, jakiegoś konkretnego działania. Oczywiście, Edyp, jak przystoi na króla, jeszcze w antycznej Grecji, wyraża się raczej górnolotnie, ale z klasą; nie ma tu niczego przesadzonego, przejaskrawionego, a tym bardziej kiczowatego w rozmowach pełnych dostojeństwa, pełnych jednak kłębiących się pod spodem trudnych często emocji. Dialogi są zresztą bardzo żywe, błyskotliwe i prawdopodobne, tak jak rozmowa Edypa z Kreonem, pełna dramatyzmu scena z Tyrezjaszem, czy fragment, w którym oślepiony Edyp żegna się ze swoimi dziećmi. Tak prawdziwe, że aż boli, bo z każdego słowa wylewa się potok emocji, najczęściej tak dramatycznych i smutnych, że zapiera dech, jakby się tonęło. Nie mówiąc o lirycznych pieśniach chóru, będących komentarzem do wydarzeń i często modlitwą do różnych bóstw, jak i pewnym rodzajem manipulacji czytelnikiem czy widzem, wprowadzających go w określone nastroje, ale też pięknym przerywnikiem. Myślę, że kiedy te fragmenty zostałyby odśpiewane, nawet po polsku, czuć byłoby w nich całą moc drzemiącą w nich, całe piękno, podczas czytania o wiele mniej widoczne, ale tak naprawdę porażające i zapierające dech w piersiach. Bo rzeczywiście można od tego się udusić, zatracić się, poczuć niemal namacalne, klasyczne piękno słów, moc prawdziwej Literatury, choć wszystko jest tak mocno związane z ludzkim cierpieniem, które wciąż będzie prześladowało czytelnika, a przynajmniej prześladuje mnie, chociaż utwór przeczytałam już dość dawno. I nie chodzi tu tylko o fabułę, ale o język i styl, z jakim rzadko mam szansę obcować tak blisko. Na tyle blisko, by doświadczyć słynnego katharsis i przekonać się, że jedno z wielu utworów językowo godnych poruszanego tematu.

Oczywiście muszę pochwalić także nieco archaiczne, bardzo piękne tłumaczenie Kazimierza Morawskiego – z delikatnym, wyczuwalnym rytmem, poetyckością i, jednocześnie prostotą i przejrzystością, dzięki czemu owo piękne tłumaczenie jest przystępne i lekkie tak, że lektura zabiera najwięcej godzinę. Nie ma przy tym żadnych uproszczeń i spłyceń, co jest bardzo dobre ( oczywiście przy założeniu, że czytelnik wie, że Atena jest tym samym co Pallada), ale i również wielu zapętleń prowadzących do trudnych zrozumienia konstrukcji czy, nie daj Boże, błędów logicznych. Tłumacz jawi się jako osoba kompetentna, zafascynowana tym co robi, z dużą wiedzą na temat epoki, z której pochodzi utwór. I to chyba jest najważniejsze – nie ma chyba nic gorszego niż tłumacz, który nie wie dokładnie, co tłumaczy, albo jego wiedza o danej epoce jest bardzo mała. W każdym razie czyta się bardzo dobrze i szybko, mając nieograniczoną możliwość rozkoszowania się jednym z tych autentycznych arcydzieł, będących najważniejszymi tekstami kultury naszej cywilizacji. 

Lektura dramatu – mimo tego, że, jak napisałam wyżej, była niezwykłym doświadczeniem – w pewnym sensie bardzo mnie przeraziła. Nie od dziś wiemy przecież, że Edyp jest bohaterem uniwersalnym, a w samej literaturze można znaleźć wiele podobnych do niego postaci. Ba, w literaturze! Mimo że kocham słowo pisane, muszę przyznać, że życia dostarcza nam wielu ciekawszych przykładów, a często jest tak, że życiem kieruje fatum, jakaś – najczęściej prowadząca do tragedii – siła wyższa. W historii takich przykładów jest na pęczki (pomijając losy państw i narodów): Jezus, Zygmunt August, Baldwin IV Trędowaty, Filip IV Piękny, Joanna Szalona, lady Jane Grey, Fryderyk Chopin, tysiące ludzi, często anonimowych, którzy zginęli w czasie obu wojen światowych… Wymieniać można w nieskończoność. Dzisiaj też się tak zdarza – jest nawet takie przysłowie, że człowiek robi plany, a Pan Bóg się śmieje. Ci ludzie, którzy pracowali w wieżach WTC 11 września 2001 roku mogli przecież nie iść do pracy i przeżyć; planowali pewnie wiele rzeczy, które zrobią później, ale nic z tego nie wyszło. Tak samo jak współczesne wersje nieszczęśliwego króla Teb czyli ludzie, którzy chcą dla siebie lub dla kogoś innego dobrze, postępują zgodnie z normami moralnymi, jednak doprowadzają do katastrof, nieświadomie popełniając grzechy, które trudno wybaczyć. Czy mnie też dosięgnie przeznaczenie? Czy moje życie już jest napisane przez kogoś, zaplanowane, czy jakiś układ gwiazd zadecyduję czy będę szczęśliwa, czy nie? Nie możemy przecież nic poradzić na to, że naszym przeznaczeniem jest cierpienie, nawet jeśli będziemy się buntować. A jeśli i nawet zgrzeszymy tak jak Edyp, to czy dalej będziemy niewinni? Czy to w ogóle jest nasza wina, skoro taki był nasz los? Czy ludzie bez winy w ogóle istnieją? Pytań wiele, a Autor – cóż – milczy już od kilku tysięcy lat.

Tytuł: „Król Edyp”
Autor: Sofokles
Moja ocena: 10/10

niedziela, 11 października 2015

Poetycka Niedziela #6: Adam Mickiewicz „Stepy Akermańskie”



Adam Mickiewicz (1798-1855) – polski poeta okresu romantyzmu, mistyk. Obok Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego jeden z „Trzech Wieszczów” narodowych w czasie rozbiorów. Autor polskiej epopei narodowej Pan Tadeusz. Zesłany w głąb Rosji na posadę nauczyciela w wybranym przez siebie miejscu tułał się po Petersburgu, Odessie, Moskwie oraz Krymie; utrzymywał kontakty z rosyjskimi poetami i pisarzami, a także rewolucyjnymi organizacjami. Resztę życia spędził w Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, a następnie wyjechał do Paryża, a potem do Konstantynopola, gdzie zmarł. Jest również autorem takich znanych utworów jak Reduta Ordona, Dziady, Grażyna, Konrad Wallenrod a także Sonety Krymskie, których częścią jest utwór Stepy Akermańskie.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi;
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.

źródło: [link] 

sobota, 10 października 2015

Rodzina pszczół. Recenzja książki



Kiedy przychodzą Święta bądź moje urodziny, z radością odkrywam jak dobrze jest posiadać rodzinę. Małą bo małą, ale wiem, że mogę im zaufać. Są moimi najlepszymi przyjaciółmi, nigdy mnie nie zdradzą – łączą nas więzy silniejsze niż sympatia czy miłość: więzy krwi. A genetyce nie da się zaprzeczyć. Zresztą nie wyobrażam sobie, co stałoby się ze mną, gdyby nie miałabym Mamy, która pierwsza otwiera wszystkie paczki z książkami i  w sekrecie zjada cały zapas gorzkiej czekolady. Łączy nas jeszcze cała fura wspomnień, wspólnych rozmów, przeczytanych książek, obejrzanych filmów i wspólnych przeżyć – i tych dobrych, i tych złych. Ale nie tylko Mama – samotnie czułabym się bez mojego kuzynostwa, bez ich cierpkich dowcipów i kłótnia. Nie da się zaprzeczyć, że pełnią ważną rolę w moim życiu, tak samo jak inne rodziny w życiach innych ludzi na całej Ziemi. Rodzina pełni przecież nadrzędną funkcję we wszystkich kulturach świata. I tak powinno być. To jest, myślę, oczywiste. Pewnie dlatego taki szok wywołują w nas wszystkie rodzinne patologie i przemoc. Szok zapewne większy niż w przypadku, gdy tragedia dotyczy dwóch obcych ludzi. Rany goją się dłużej, są przecież bardziej rozległe, bo więzi z rodziną są mocniejsze niż z przyjaciółką czy kochankiem; blizny pozostają zwykle na całe życie, a tęsknota za najbliższymi jest jak ból fantomowy, na który najczęściej nie ma żadnego leku. Uraz zostaje na całe życie, przekazywany w kolejnych pokoleniach i jak zaraza powoduje kolejne rany, tworząc zaklęte koło, efekt domino. I tylko czasami udaje się to na tyle zaleczyć, by można było dalej żyć. 

Nic dziwnego więc, że pisarze uwielbiają ten temat. Już Arystoteles w swojej Poetyce, zbiorze formalnych rad dla dramatopisarzy, zauważył, że by wywołać w widzu litość i trwogę, a więc przeżyć niezwykle ważne dla antycznych artystów katharsis, konflikt tragiczny ma dotyczyć rodziny, a nie obcych sobie osób. Oczywiście, udało się to w wielu przypadkach, czasami aż za dobrze. Teraz, przeliczając sztukę na pieniądze, pisarze zauważyli, że takie tematy sprzedają się doskonale – współczujemy takim bohaterom, z napięciem śledzimy ich losy, ale też z pewną satysfakcją śledzimy tragedie innych, pijąc kakao pod ciepłym kocykiem i ciesząc się, że nas takie problemy nie dotyczą (do czego prowadzi takie myślenie przekonałam się na własnej skórze i lojalnie nie polecam). Ile ludzi, tyle pomysłów: motyw ten został wtłoczony w krwawe machiny kryminałów i depresyjne powieści psychologiczno-obyczajowe, często wraz z fizycznym powracaniem bohaterów do miejsc traumatycznej młodości. Dla tych mniej wyrobionych bądź życiowych optymistów, lubiących dobre zakończenia, pojawiają się także pozycje o wracaniu z takich traum do życia, odradzania się, zabliźniania się ran. Przeniesienie się do innej miejscowości, do pięknej wiejskiej willi, spotkanie przystojniaka, zaopiekowanie się dzieckiem, otworzenie sklepu czy cukierni… Pomysłowość autorek, bo najczęściej kobiety zabierają się za tego typu literaturę, doprawdy nie zna granic. Szczególnie, kiedy bohaterem jest osoba wkraczająca ze swoimi traumami w okres dorastania, ciężki przecież dla każdego – pojawiają się tu tematy pierwszej miłości, seksualności i pogłębiającej się depresji, poczucia winy. I pogodzenia się z przeszłością, zaakceptowania jej, zrozumienia, czasami będącego procesem bolesnym. Tak, to temat na tyle nośny i ciekawy, że można tu zrobić wiele oryginalnych, ciekawych rzeczy. A im boleśniejsza przeszłość i kolorowa teraźniejszość, tym lepiej. 

Lily ma czternaście lat i wyrzuty sumienia. Uważa, że to przez nią zginęła jej kochająca matka, zostawiając ją z samą z nieczułym ojcem, który nie pozwala jej na nic, a za każde najdrobniejsze przewinienie każe klęczeć na grochu. Oparcie znajduje tylko w swojej czarnoskórej opiekunce i gosposi, Rosaleen. Jednak obie pewnego dnia wpadają w kłopoty – bo są to lata 60., kiedy na południu USA, gdzie rozgrywa się akcja książki, Murzyni są dyskryminowani i prześladowani -  które odmienią ich życie na zawsze i sprawią, że obie zdecydują się na ucieczkę. Dokąd? Same dokładnie nie wiedzą, ale Lily chce znaleźć ludzi, którzy wiedzą coś o jej matce, szczególnie że pośród niewielu pozostałych po niej pamiątek znajduje się tajemniczy obrazek z czarnoskórą Maryją. Ten trop prowadzi ich do różowego domu, w którym mieszkają trzy czarne siostry-pszczelarki o imionach z kalendarza: August, May i June. Czy one są tymi, których Lily szukała? Czy znają prawdę o matce dziewczyny i czy dziewczyna chce tę prawdę poznać? I – najważniejsze – czy Lily znajdzie w końcu coś, co będzie mogła nazwać swoim domem i kogoś, kto będzie dla niej rodziną? 

Muszę przyznać, że boję się pszczół z powodu silnego uczulenia, przez które kilka razy wylądowałam w szpitalu, nigdy więc jakoś nie fascynował mnie temat pszczelarstwa, a także nie potrafię zrozumieć jakichkolwiek tym zachwytów. Miód natomiast kocham, nie tylko dlatego, że stanowi zdrowszy zamiennik cukru – kto nie pił herbaty lipowej z miodem, to nie wie, co jest dobre. I placki z miodem! Albo pyszny, żółciutki miodzik wybierany łyżką prosto ze słoja. Czuję, jak nawet teraz cieknie mi ślina. Mniam. Zobaczywszy tę książkę pierwszy raz poczułam coś podobnego, chyba za sprawą ciepłej okładki, a kiedy przeczytałam opis pomyślałam, że to coś idealnego dla każdej dorosłej fanki Kubusia Puchatka i doskonały dodatek do miodowych uczt. Szczególnie, że wiele opinii znajomych przekonywało mnie, że pod warstwą słodkiego miodu kryje się prawdziwe, gorzkie życie, a całość pulsuje emocjami. Dlaczego nie, pomyślałam więc, przeglądając internetowe recenzje, które gorliwie utwierdzały mnie w przekonaniu, że to książka warta uwagi. Bo i nazwisko Autorki takie mniej znane, a z doświadczenia wiem, że tacy pisarze są najlepsi, i ten miód… A przede wszystkim wplątany we wszystko rasizm, temat, którym zainteresowałam się po przeczytaniu wcale miłego czytadełka Kathryn Stockett i który mnie zainteresował na tyle, by szukać jakiejś innej, ciekawej historii z tym wątkiem. A ta była nawet interesująca, chociaż już wtedy wiedziałam, że bez kalek znanych motywów się nie obędzie, szczególnie, że blurb uczciwie wspomniał o wątku miłosnym. Mimo tego, pełna nadziei, zasiadłam do czytania. 

Trzeba przyznać, że książka została pięknie wydana. To niezaprzeczalny fakt. Przede wszystkim okładka: zdjęcie przedstawiające Murzynkę w żółtej sukni, w której, trzeba to przyznać, bardzo jej do twarzy, z głową owiniętą czymś w rodzaju czapki i brązowymi, drewnianymi kolczykami. Zamyślona kobieta, ni to wesoła ni to smutna, spogląda gdzieś przestrzeń, poza okładkę i zasięg wzroku czytelnika, a kolor skóry kontrastuje z żółtą sukienką o pszczelim motywie i kwiatem, przemyślnie umieszczonym na rękawie . Za nią, trochę rozmyta i stapiająca się beżowo –żółtą ścianą domu (gdzie jest róż?) widać białą, blondwłosą dziewczynkę w równie pstrokatej sukience, trzymającą w ręku jakiś bliżej niezidentyfikowany przedmiot, przypominający bukiet jakiś białych kwiatów. Całość robi naprawdę dobre wrażenie, kontrastując z pomarańczowym paskiem, przemyślnie ozdobionym geometrycznym wzorem miodu, na którym brązowymi literami wytłoczono imię i nazwisko Autorki. A także bielą, którymi wypełniono wolne miejsca na okładce i grzbiecie, również z owym wzorem plastrów miodu. Ozdabia on również wewnętrzne strony oprawy łącznie ze skrzydełkami, a także blurb, gdzie został wytłoczony pod napisami i, kiedy ustawimy książkę pod odpowiednim kątem, zacznie lekko lśnić (nie macie pojęcia, ile razy coś takiego robiłam). Na skrzydełkach wydrukowano kilka pozytywnych recenzji i fotografię pisarki, całkiem miłej kobiety jak sądzę po wyglądzie. Wnętrze książki jest również estetyczne – ładna czcionka i cytaty z książek pszczelarskich, które zaintrygowały mnie kiedy pierwszy raz kartkowałam książkę w domu. Zresztą ten biały papier. Jak nie można kochać tego papieru, jaki używa Wydawnictwo? Wybaczcie brak profesjonalizmu, ale książka naprawdę ładnie pachnie.

Zaczęło się ciekawie, intrygująco, chociaż każde zdanie czytałam z narastającym zdumieniem. Rój os, które wpadły do pokoju bohaterki w nocy i czternastolatka, która związku z tym idzie do swojego ojca, którego zazwyczaj się boi? Cóż, czytałam dalej, próbując – wedle swoich starych nawyków – nie diagnozować żadnej choroby u Lily już na początku powieści. Jedne kuriozum jest dopuszczalne, myślałam. Może Autorka myśli, że mało absurdalne książki są nudne? Przy opisie okoliczności śmierci matki dziewczyny, Deborah, uznałam, że wszystko jest dobrze, po prostu pisarka założyła, że czytelnicy domyślą się sami, że kobieta odbezpieczyła pistolet już wcześniej. Ale odbezpieczać pistolet przy dziecku? Jezu Chryste. Zresztą wydawało mi się, że pisarka wyczerpała limit dziwnych sytuacji i teraz wszystko będzie na poważnie. Naprawdę. Wciąż miałam duże nadzieję że coś dobrego z tego wyniknie i poległam dopiero gdzieś w połowie, gdy Autorce na serio skończyły się dziwaczne pomysły i wszystko stało się już bardziej żałosne niż śmieszne. Mimo to dalej czekałam na moment, w którym po czternastoletnie dziecko przyjedzie policja, owa czternastolatka przestanie marzyć o wiele starszym od siebie czarnym chłopaku (nie chodzi o to, że był Murzynem, ale o to, że był pełnoletni, a ona była jeszcze małolatą, no ale nikt nie był temu związkowi przeciwny, że już lepiej nie wspomnę o tej scenie z fioletowym miodem, ewidentnie z podtekstem, jak na wczesnych teledyskach Lany del Rey), a członkowie tej dziwnej sekty Córek Marii zostaną przykładnie ukarani i bynajmniej nie za to, że są Murzynami, bo rasistką nie jestem, a sekty to po prostu coś społecznie niebezpiecznego, budzącego subiektywny niesmak. Tym razem jednak akcja okazała się nieprzewidywalna, co mnie zaskoczyło, ale negatywnie. Bo naprawdę dla powieści byłoby lepiej, gdyby była do bólu przewidywalna tzn. realistyczna. Ale dość już tej ironii. W każdym razie fabuła aż roi się od absurdów i rozwiązań rodem z tych wesołych filmów familijnych, które w pewien sposób naśladują naszą rzeczywistość, upraszczając ją jednak do potrzeb niesamowitych przygód bohaterów i ich błyskotliwych pomysłów. Zastanawiałam się nawet, czy powieść nie jest próbą przeniesienia takiego filmu na karty książki, ale myślę jednak, że pisarka podejmuje tematy zbyt trudne do udźwignięcia przez taką konwencję. Chodzi tu o rasizm, trudną do przyjęcia opowieść o matce, nadmiernie udziwniony wątek religijny i rzeczy, które dla dobra dziecięcego optymizmu powinny być dla nich niewiadome, jak samobójstwa i morderstwa. Wszystko to zebrane razem tworzy absurdalną, trudną do przełknięcia mieszankę: infantylne pomysły i prawdziwe kurioza połączone z karkołomnymi tematami, które sprawiają trudność nawet mistrzom. A wszystko to sklejone lepkim, za bardzo słodkim miodem, pokaźną ilością dłużyzn, które nikomu szczęścia nie dadzą i sentymentalizmem w wersji postmodernistycznej, żeby przypadkiem życie i jego cierpienia nie zniszczyło budowanej misternie baśni. Bo to jest właśnie baśń dla dorosłych, tyle że niezbyt mądra – wątki, które mogłyby stworzyć z tej historii urokliwą, ale nierealną historię (jak Służące) zostały niedopracowane albo zniszczone kosztem tych, których powinno być tam jak najmniej, a które popychają całość w stronę dziwacznych rozwiązań fabularnych, z biegiem czasu niszcząc wszystkie zalążki dobrych pomysłów. Nawet te cytaty z podręczników pszczelarskich i pozycji popularnonaukowych, które tylko w dwóch przypadkach łączą się tematycznie czy symbolicznie z treścią rozdziału; w pozostałych Autorka musiała wybierać na chybił-trafił, bo mimo że mądra nie jestem, w pół godziny, które spędziłam szukając jakiegoś ukrytego sensu, musiałabym coś wymyślić. Cóż, szkoda tylko czasu. 

Książka ma jednak tę zaletę, że czyta się szybko. Naprawdę szybko i lekko. Z jednej strony to dobrze, bo męką byłoby mierzenie się z czymś podobnym, co zajmuje dużo czasu, którego przecież dużo nie mam. Ale z drugiej strony treść przecieka przez palce i zanim porządnie wczujemy się w specyficzny przecież klimat książki i (może) dostrzeżemy jakiekolwiek zalety, dobrniemy do końca. Powodem takiej sytuacji jest język pisarki, wbrew temu, co napiszę dalej, skonstruowany bardzo prosto i czytelnie, bez zawiłych, długich zdań i w jakikolwiek sposób zaburzonej chronologii. Czyta się więc bez większego wgłębiania się w słowa, bez smakowania ich, ślizgając wzorkiem po zadaniach i przerzucając kartki; co ciekawe, nie można tego nijak zatrzymać. Cenię sobie umiejętność lekkiego konstruowania zdań, żeby pióro było przystępne dla każdego, ale skoro pisarka zdecydowała się na prostotę w stylu, to powinna być konsekwentna i w języku. Bo tutaj jest bardzo barwnie, aż za bardzo. Mam tu na myśli niektóre metafory i porównania, prawdziwy przerost formy nad treścią, tak samo zdumiewający jak niektóre sytuacje, szczególnie że kontrastuje z fragmentami napisanymi dość porządnie i w sposób prosty (ale takich jest zdecydowanie mniej). Szkoda, że nikt nie oświecił pisarkę, że napisanie dobrej książki wcale nie oznacza zarzucanie czytelnika wydumanymi porównaniami czy zestawieniami wyrazów; ot, Autor Ścieżek północy, książki przeczytanej nieco wcześniej, potrafił stworzyć piękną prozę używając nie tylko pisarsko-malarskich środków stylistycznych, ale i zwykłych wulgaryzmów, języka potocznego oraz słów, które wyszukane nie są. Sztuka polega bardziej na wyważeniu wszystkich elementów, proporcji i harmonii, równowagi pomiędzy kiczowato-kwiecistymi udziwnionymi porównaniami a zwykłą, przyziemną, ale melodyjną prozą (jeśli chodzi o melodyjność, to też tego tu brakuje). A wymieszanie powyższego z prawdami życiowymi (czytaj: truizmami) a la Paulo Coelho z pszczelarskim stażem – którego rolę spełnia August, wygłaszająca co jakiś czas mądre tyrady, drętwe jak przemówienia w sejmie - sprawia, że jedyne, co można zrobić, to się roześmiać. Ale to nie będzie wesoły śmiech. Raczej sarkastyczny.  Jedynie cała ta analogia świata do ula wydaje się ciekawa, aczkolwiek w tej wersji mocno naciągana i nieprzekonywująca. Cóż, po przeczytaniu tych wszystkich pseudofilozoficznych wynurzeń mądrych kobiet nie tylko z tej pozycji, nic nie jest już w stanie mnie zdziwić. A szkoda, bo reszta dialogów, dotycząca spraw bardziej przyziemnych jest nawet ciekawa i nie taka drętwa, jak można było się spodziewać. Z niektórych kwestii naprawdę przebijają emocje (tak jak z kilku słów, które wypowiedział ojciec Lily na początku książki, które dotyczyły matki dziewczyny; scena była naprawdę mocna i chyba najlepsza w książce), inne są płynne i poprawne, chociaż bliżej im do klasycznego języka literackiego niż potocznego, najbardziej imitującego rzeczywistość, a kwestie poszczególnych bohaterów nie są indywidualizowane, o użytym w Służących dialekcie czarnoskórych ludzi nie mówiąc, a przyznaję się, to przede wszystkim miałam nadzieję znaleźć w powieści poruszającej kwestie rasowe. Patrząc jednak na sprawę inaczej, trzeba przyznać, że pisarka nie miałaby czego w dialogach indywidualizować, bo przy takich bohaterach pozbawione jest to jakiegokolwiek sensu. 

Chyba że zrobiłabym wyjątek dla Rosaleen. Ma charakterek, wewnętrzny wdzięk, nakreślone pewną ręką cechy i jest najbardziej wyrazistą postacią w powieści. Choć większość jej zachowań Autorka wyolbrzymiła, z naturalnie śmiesznych epizodów robiąc epizody nieznośnie infantylne, to podczas lektury darzyłam ją pewnego rodzaju sympatią i współczuciem, należącym się każdemu, kto znajdzie się w miejscu, w którym nie powinien być – wystarczyłoby kilka poprawek, domalowania kilku rysów i uwiarygodnienia niektórych cech postaci, a gosposia w domu Lily zostałaby postacią idealną do Służących, a może i nawet do pozycji jeszcze lepszych. Ale tylko ona. Bo Lily już nie. Poza tym, że owa małolata prowadza się z starszym od siebie o wiele lat chłopakiem, kłamie jak z nut i bez wyrzutów sumienia, błyskotliwością zadziwia niejednego dorosłego, jest wredna i humorzasta (a mimo to i tak wszyscy ją kochają), pisarka nie potrafiła uczynić z niej postaci realistycznej. Nie ma iskry życia, wiarygodności, głębi uczuć, dzięki którym czytelnik mógłby ją polubić. Głębiej nakreślonych uczuć, światłocieni, problemów ujętych z rozwagą, zrozumieniem ze strony pisarza. Bo o postaci nie trzeba tylko pisać, trzeba ją rozumieć, nawet kiedy postępuje źle, jest czarnym charakterem albo po prostu nie lubimy jej. Zresztą to i tak nie uratowałoby Lily, bo nie była wiarygodna choćby dlatego, że wydaje się trochę nazbyt … dojrzała jak na swój wiek i nie tylko z powodu uniesień miłosnych (?), ale także jej decyzji i przemyśleń. Tak, tak, można być dojrzałym ponad swój wiek, ale na Boga, w każdym z nas, dorosłych, tkwi jakiś pierwiastek dziecka, co nie oznacza również, że w dzikiej furii rzucamy cudzymi słoikami miodu w ścianę (!). Skoro o amorach mowa, to Zach jest postacią psychologicznie bezbarwną. Niby po wyjściu z więzienia płonie z zemsty na białych, ale potem idzie do szkoły dla nich, słuchając słów Lily, zapewne pełnych uzdrawiającej magii. Poza tym jest uosobieniem dobra, przyjaźni, powagi i uczynności, nawet wtedy, gdy przez to ma skończyć w więzieniu. Ciężko uwierzyć, że pozbawiony jest wad, nawet w zakochanych oczach głównej bohaterki i narratorki, że nie żartuje jak to młodzi chłopacy mają w zwyczaju, zgrywając sztywniaka lub będąc nim. Nie wiem co gorsze.
 
Poza nimi mamy jeszcze nasze kalendarzowe siostry – przede wszystkim August, owego pszczelego Coelho, najmądrzejszą i najbardziej wyeksponowaną z sióstr, w dodatku przewodniczkę owego niesamowitego kultu Córek Marii; postać idealną, anielską, rozumiejącą wszystkich, łagodzącą ból etc. Nie lubię idealnych charakterów, już nawet Lily ze swoimi kaprysami była lepsza, bo w pewien sposób, acz nieporadny, pisarka ukazała mroczną stronę jej osobowości, co oczywiście nie tyczy się jej mentorki. Przewodniczki. W powieści inicjacyjnej kogoś, kto pokazuje młodemu bohaterowi drogę i objaśnia niejasności skomplikowanego nowego świata i chyba tak też można to odczytywać (tak, przecież to oczywiste, że powieść inicjacyjna i po trosze, z założenia, symboliczna, ale Autorka dokłada starań, by cała symbolika uli, pszczół i tego dziwnego kultu Maryi została jak najstaranniej i najdokładniej wyjaśniona, nie pozostawiając miejsca na naszą własną interpretację i odbierając większości rzeczy mnogość znaczeń), ale całość jest pełnoprawną powieścią, a nie jakąś filozoficzną rozprawką, gdzie jakiś przewodnik jest tylko uosobieniem pewnych cech, a więc może być nieskończenie dobry. W sensie myślałam, że Autorka pisze o ludziach i nie jest to tylko opowieść o dorastaniu Lily, co wymaga innego rozłożenia akcentów. May, druga siostra… To jedna z tych bohaterek, które pozostałyby na długo w mojej pamięci, gdyby niedopracowanie charakteru tej postaci. Kogoś takiego jak May trudno jest napisać w ogóle, a co dopiero napisać dobrze; mimo wszystko uważam ją za wielką zmarnowaną szansę – przez to zmarnował się wątek, który mógł być najmocniejszym punktem powieści. Gdyby Autorka opisała ją staranniej i szerzej, pogłębiając jej portret, to, co zrobiła później, wydawałoby się bardziej prawdopodobne i szokujące, a może nawet utkwiłoby w pamięci kogoś tak nieczułego jak ja, zresztą siostry dziewczyny otrząsają ze wszystkiego bardzo szybko, co wydaje się dość dziwne i raczej niezbyt pocieszające. Najmniej wiemy o June, której wątek skupia się na małżeństwie z niejakim Neilem, a cechy jej charakteru ograniczają się do panicznego lęku przez małżeństwem; poza tym grywa niebiańsko na wiolonczeli, a na początku niespecjalnie lubi Lily. Autorka próbowała ukazać tu postać kobiety ograniczonej własnymi lękami, ale jej postać jest słabo zarysowana, ledwo tylko naszkicowana, jakby pisarka gdzieś się spieszyła, albo absorbowały ważniejsze kwestie, choć, jak już pisałam wcześniej, lepiej byłoby, żeby ograniczyła jedne rzeczy względem drugich, dzięki czemu powieść nabrałaby głębi, prawdziwie ciekawych rysów - szkoda, że pisarka nie przyłożyła się do kreacji tej postaci, to kolejna zmarnowana szansa na nadania powieści nowych wymiarów. 

Na koniec zachowałam sobie szwarccharakter naszej powieści, którego również nasza Lily się boi – T. Ray, jej ojciec. Poza jedną dobrą sceną, w której człowiek ów nabiera na chwilę życia i charakteru, przez którą czuć prawdziwe emocje, wszystko to co robi jest – tak jak w przypadku innych bohaterów – płytkie i pozbawione głębszego sensu. Pisarka usprawiedliwia go krótkim stwierdzeniem, że przeżył wojnę i został okaleczony, jakby to wszystko wyjaśniało, i choć podejmuje próbę głębszej analizy bohatera, to wybrała sobie na to złą chwilę – jedną z najbardziej dynamicznych i dziwnych scen w całej książce, ostateczne rozwiązanie problemu z ojcem, które zamiast być dramatyczne, wyszło jakieś płaskie, bez wyrazu i niezbyt zrozumiałe dla mnie, co oznacza, że albo nie mam wystarczającego intelektu, albo po prostu nie wiem, co pisarka miała na myśli. Wynika z tego, że na swój patologiczny sposób kochał on matkę dziewczyny, ale ciekawa jestem wciąż, co dalej. A przecież to najbardziej fascynująca postać, która zamiast bajkowego Złego Czarnoksiężnika mogłaby być równie złą, ale pełnokrwistą, może zasługującą na współczucie postacią, dzięki czemu książka byłaby ciekawsza, a może i bogatsza o nowe wątki, a wybór Deborah byłby nie tak bardzo bolesny dla Lily i rozczarowujący czytelnika. Gdyby… Ale myślę, że starczy tego gdybania. Książki od nowa nie napiszę. 

Wiem, że powinnam być łagodniejsza, bo przygodę z twórczością tej pisarki zaczynam, niefortunnie, od debiutu, a debiut zawsze – moim zdaniem – trzeba oceniać łagodniej, szczególnie kiedy nie jest dobry. Bo pisarz stawia pierwsze kroki lub też raczkuje jeszcze w literaturze, jest niedoświadczony, trzeba nim pokierować. Z drugiej strony czytane wcześniej Służące, do których nie sposób nie porównywać tej pozycji, wyznaczyły jakiś standard, jeśli chodzi o pozycje tego typu, sprawiły, że szukałam w niej przyjemnej rozrywki, ale oczywiście na pewnym poziomie. Nie chodzi o to, że mam jakieś pretensje względem owej dziwnej sekty czy jakieś uprzedzenia wobec Murzynów – to tak naprawdę moja sprawa, ale Autorce nie udało się mnie przekonać, ująć opisanymi wydarzeniami, poległa od strony technicznej, chociaż zamierzenia miała może ambitne i ciekawe pomysły. Może. Jednak jaki jest wniosek to każdy widzi – raczej nie powrócę do tamtego różowego domu polegać, bo mam własny, a w nim własną, pszczelą rodzinę, na której mogę polegać i która w zanadrzu ma mnóstwo własnych historii, ale nie takich, w których wszystko kończy się jakąś jesienią cudów i w której rodzina cierpi z powodu wydumanych problemów, a pocieszenia szuka się w Maryi lub  w sobie. Ale takich historii, w których smaruje się rany – choćby miodem – i idzie się walczyć dalej, czując wsparcie innych, żyjących w maleńkim ulu rodzinnego świata.

Tytuł: „Sekretne życie pszczół”
Autor: Sue Monk Kidd
Moja ocena: 2,5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Ponieważ Wydawnictwo przysłało mi dodatkowy egzemplarz, jeśli nadal macie ochotę na tę książkę, piszcie, czy chcielibyście mały konkurs.