niedziela, 28 września 2014

Miłość przeklęta przez gwiazdy. Recenzja książki

Lubię książki, które kończą się, że tak powiem, jak życie. To dowód na to, że opowieść, chociaż dziejąca się nawet miliony lat świetlnych od nas, jest prawdziwa, prawdziwa tak jak życie. Najczęściej, niestety, zakończenie nieoczywiste, dyskusyjne czy coś w rodzaju urwanej w połowie akcji, kończy się śmiercią bohaterów, albo czymś, co happy endem na pewno nie jest. Albo, gdy to jest zwykła powiastka opisująca losy miłości dwóch nastolatków, wampirów, aniołów i innych istot we wszystkich możliwych konfiguracjach, niech chociaż umrze ktoś z otoczenia bohaterów, jakaś przyjaciółka czy coś. Albo niech dokona jakiegoś kontrowersyjnego wyboru, niech czytelnicy gryzą paluchy w złości (tak było ze mną, kiedy obejrzałam trzecią część Piratów z Karaibów i niemal nie mogłam zasnąć, nie mogąc się pogodzić z wyborem Willa Turnera) i wrzeszczał na pisarza, że miało być, durniu, inaczej, jak ja często to robię. W życiu przecież tak jest – mało rzeczy jest takich, jakie chcielibyśmy je widzieć, a czasami, na przykład śmierć jest najlepszym wyjściem. Jak na przykład we Władcy Pierścieni - w sumie życie Froda po zniszczeniu Pierścienia nie miałoby większego sensu. Nikt nie potrafiłby żyć w świecie, w którym nie ma elfich cudów ze wspomnieniami o okropnościach Mordoru. Prawda? Albo zakończenia niektórych, co lepszych, kryminałów, kiedy okazuje się, że przestępcy, mordercy albo kogoś w tym rodzaju nie można złapać z różnych przyczyn. Czy udowodnienie, że mordercą był ktoś, kogo byśmy nie podejrzewali. W każdym razie mówiąc węzłowato i skrótowo, nie lubię happy endów. I, wiem, że to okrutne, ale nie lubię happy endów szczególnie w romansach dla nastolatków.

I jak tu się usprawiedliwić, że sięgnęłam właśnie po jeden z nich? Oszustka parszywa ze mnie i cyganka! Zanim pomyślicie, że celowo wybrałam właśnie nastolatkowy romans, by poznęcać się nad nim i wyładować negatywne emocje, które z wielu przyczyn zbierają się we mnie podczas jednego z ostatnich lat mojej jakże niezwykle udanej i przymusowej edukacji szkolnej (wyglądam studiów jak zbawienia). A może, gdy wam powiem, że to nie jest zwykły romans, z bajkowym żyli długo i szczęśliwie? Już sam opis to zapowiada. A więc skoro będzie coś ciekawszego, to i może się i zakończy jakoś ciekawiej? Miałam taką nadzieję. O tym, czy jak zwykle (w 99.9 procentach przypadków) zwiodę się, rozczaruję, a może nawet wpadnę w gniew, w którym rzucam książkami o ścianę mojego pokoju, (mimo że niedawno pomalowaną, wciąż pokrywającymi się nowymi grobami komarów), czy nawet książka mnie bardzo pozytywnie zaskoczy, przeczytacie niżej.

Z pozoru najbanalniejszy z banalnych romansów: ona, on, przyjaźń i miłość. Może nie wartoby nawet marnować czasu na pisanie tego, bo takich historii jest zbyt wiele i w sumie nie ma o czym pisać, gdyby nie … No właśnie. Hazel (albo, jak chcecie, Hazel Grace) i Augustus to dwóch nastolatków chorych na raka. Ona w wieku trzynastu lat dostała raka tarczycy, który przerzucił się na płuca, a on ma kostnomięśniaka i nie ma nogi. Hazel wozi za sobą wózek z butlą tlenową i wąsy, a co jakiś czas muszą z jej płuc odciągać płyn nowotworowy – ohydną, brązową ciecz, która pewnego dnia ją udusi. On ma protezę i chwilową poprawę. Obaj mają książki, szczególnie jedną – Cios udręki, powieść napisaną przez niejakiego Petera van Houtena. Opowiada ona o Annie, chorej na raka, jej matce, tajemniczym zalotniku jej matki, oraz o chomiku Syzyfie. Powieść jednak kończy się w samym środku i Hazel koniecznie chce się dowiedzieć, jak się skończyło, więc razem z mamą i Augustusem wyjeżdżają do Amsterdamu, gdzie mieszka ów pisarz. Amsterdam jest ostatnim miejscem, jakie razem odwiedzili – jak można się domyślać ich życie powoli i nieuchronnie zmienia się ruinę. Wiadomo, jak się kończy, tylko tym, którzy nie czytali, nie powiem, kto umarł.

Historia ta jest gęsto opleciona także faktami z życia owego pisarza, Petera van Houtena i Issaca, przyjaciela głównych bohaterów z grupy wsparcia. Issac ma raka oczu i, by żyć, musi stracić oboje oczu. Z tego powodu rozstaje się z miłością swojego życia, Monicą, co bardzo przeżywa. Issac, mimo że niewidomy, wie, że będzie długo żył, więcej niż Hazel i Augustus razem, co go również denerwuje. Opowieść przetykana również treścią książek, które czyta Hazel (szczególnie Ciosem udręki), a także opowieściami o różnych innych dzieciach z rakiem, co tworzy ciekawą, niespotykaną mieszankę.

Niewątpliwie to jedna z tych książek, które są dla myślących ludzi. Odważnych. Takich, którzy mają odwagę poczytać o czymś innym niż bitwach wilkołaków i wampirów z innymi wampirami. Którzy mają odwagę stawić czoła rzeczywistości, straszliwej chorobie i – w końcu – śmierci. Którzy wiedzą, że nawet nieskończoność miłość ma kiedyś swój koniec, słowem, nic nie jest tak, jak próbuje nam wmówić dzisiejszy świat. I że nie wszystko jest tak różowe, jak nam próbują wmówić inni, kiedy nam coś się stanie. Przecież powieść podejmuje także wątki filozoficzne – problem zapomnienia, śmierci, miłości (nie mylić ze szczeniackim zauroczeniem pozorowanym na wielkie uczucie z większości powieści dla młodzieży), wagi naszych uczynków, innych ludzi i wielu tematów, które, dla większości osób w tym godnym pożałowania świecie, są doskonale obojętne. Chociaż z niektórymi się nie zgadzam, w większości przypadków Autor doszedł do zaskakująco trafnych (a jednocześnie bolesnych) wniosków. I to jest chyba największym plusem – to nie tylko opowieść, do bólu prawdziwa i szczera (ale o tym później), ale także młode, buntownicze spojrzenie na sens ludzkiego życia i umierania w młodym wieku. Autor w dodatku nie dochodzi do jakiś wydumanych wniosków, jak większość dzisiejszych filozofów (ostatnim dobrym był Leszek Kołakowski, a tak to płakać się chce), ale do jednej z prawd, do jakiej samemu się dochodzi tylko wtedy, kiedy ma się otwarty umysł i nie podchodzi się do sprawy z perspektywy utartych przez ludzkość stereotypów. Chodzi mianowicie o to, że prawdziwym bohaterstwem nie jest staranie się, by świat żywych zapamiętał nas po naszej śmierci. Prawdziwym bohaterstwem jest potrzeba, żeby nie zranić śmiercią najbliższej rodziny, na czym bardzo zależy Hazel. Zgadzam się z tym. Ba! Mało! Jestem porażona głębią tego przemyślenia, wciąż nie potrafię o tym zapomnieć i się z tym pogodzić. Chociaż wiem, że to prawda.

Język i punkt widzenia również mnie zaskoczył. Autor pisze bowiem z perspektywy, uwaga, dziewczyny, Hazel. To ona opowiada nam o wszystkim, łącznie z blaskami i cieniami życia z rakiem, oprowadza czytelnika po swoim świecie i oswaja go z nim, jak również i ze swoim umieraniem (książka jednak nieprzyjemnie przypomina ulubioną powieść Hazel, Cios udręki, która również opowiada o nastolatce z rakiem i urywa się w połowie, prawdopodobnie śmiercią bohaterki. Podobieństw się tyle, że aż straszno). Styl jest prosty, potoczny, co sprawia, że czyta się lekko i szybko, jednocześnie jednak Autor potrafi go tak wykorzystać, by stał się artystyczny i ciekawy. Manipuluje nim, zaskakuje, często wprowadzając czytelnika w zaskoczenie, a także, chociaż nie jest to dość odpowiednia książka, sprawiając, że na jego (przynajmniej czasami) pojawia się uśmiech. Pojawiają się także opisy, szczególnie Amsterdamu, jednak nie jest dużo. W tej książce jednak nie odczuwałam ich bardzo, bo powieść ma tak specyficzną konstrukcję, że opisy, paradoksalnie, wszystko zepsułyby. Hazel ma ciekawy sposób opowiadania o świecie, pełen dystansu i ironii, czasami jednak zachowuje się jednak jak prawdziwa, typowa nastolatka. Chociaż u niej to nie razi, wręcz przeciwnie – Hazel nie jest pusta jak jej koleżanki z innych powieści, a dzięki temu nie jest także zbyt poważna. Osobiście uważam, że kiedy facet pisze z perspektywy kobiety, wnikając głęboko w jej psychikę, tak, że mamy wrażenie, że napisała to kobieta, jest geniuszem. Szczególnie kiedy książka nie dotyczy takich płytkich tematów jak wybór szminki, ale spraw życia i śmierci – dosłownie - i wychodzi wszystko bardzo wiarygodnie. Moje gratulacje, panie Autorze.

Ogólnie mówiąc, nie lubię okładek filmowych, szczególnie kiedy plakat filmowy nie jest zbyt oryginalny, a jak przyzna każdy skulturyzowany człowiek na tej planecie, większość dzisiejszych plakatów filmowych nie charakteryzuje się oryginalnością – po prostu jest to zdjęcie głównych bohaterów, najczęściej w produkcjach dla młodzieży. Okładka filmowa tej powieści szczególnie mi się nie podoba, nie tylko dlatego, że aktorzy grający bohaterów (którymi możemy cieszyć nasze oczy na okładce) nie pasują mi. Okładka jest po prostu pospolita i nudna. Dlatego bardziej wolę tę pierwszą – białą, minimalistyczną i ciekawą. Niebieski obrazek, przedstawiający zarys sylwetki Hazel, a w ciemnych odcieniach, dalej, ciemnoniebieską sylwetkę Augustusa oraz plamy, niczym namalowane akwarelą, w różnych odcieniach błękitu. Obrazek, niezajmujący nawet połowy okładki, nawiązuje do tytułu, ale także w ładny, graficzny sposób i bez spoilerów pokazuje treść książki. Jest ciekawie, estetycznie niebanalnie, bardziej przyjemnie niż w przypadku okładki filmowej i na pewno zachęca do przeczytania, przynajmniej mnie.

Bohaterowie wydają się ciekawi, choć są tylko zwykłymi nastolatkami... śmiertelnie chorymi, co sprawia, że zachowują się bardziej dorośle. Hazel, jak mówiłam (a raczej pisałam) wcześniej, jest w dużej mierze zwykłą nastolatką, jednak znacznie bardziej dorosłą i poważną niż inne osoby w jej wieku, nie mówiąc o zainteresowaniach i gustach. Dziewczyna ma swoje wady i zalety, ale ogólnie jest bardzo dobrze rozbudowaną, wiarygodną ciekawą postacią (o czym dowodzi chociażby to, że można o niej cokolwiek powiedzieć więcej niż to, że istnieje). Targają ją wewnętrzne rozterki, boi się przerzutów, śmieje się, jak każda nastolatka buntuje się przed rodzicami, czyta książki i ogląda telewizję. Gdzieś w jej tle przewijają się jej rodzice, jak to rodzice, po swojemu zatroskani, przerażeni chorobą córki (jak wszyscy rodzice, zresztą) i zdecydowanie nadopiekuńczy, o czym Hazel wciąż im przypomina, jednak oni są tylko tłem – w wieku nastoletnim rodzice przestają być tacy ważni jak wcześniej, nawet kiedy jest się tak chorym jak bohaterka. Augustus. O, tak. Spodobał mi się bardziej od większości amantów z innych romansów dla nastoletnich czytelników, ale nie tylko (nie wspominam, ze zrozumiałych powodów o Harlequinach). Przede wszystkim dlatego, że jego jedynym zajęciem nie jest obmacywanie bądź myślenie o obmacywaniu, ale jest także wiele innych rzeczy – jak na przykład miłość do metafor, choćby do trzymaniu w zębach niezapalonego papierosa jako metafory tego, że chociaż ma coś śmiercionośnego, nie jest to w stanie go zabić, słynny krzywy uśmiech, dystans do wszystkiego, łącznie z chorobą, inteligencja … Tak, to jeden z tych chłopaków, którzy nie mają puchu zamiast mózgów, takiego to nawet ja bym chciała spotkać, szczerze mówiąc. Ma jakieś wady, nie powiem, jak każdy z nas, kłóci się ze swoimi rodzicami, wyrzuca sobie, że wręcz obsesyjnie myśli o tym, by zapamiętano go po jego śmierci. Jednak Hazel nie przedstawia nam go dokładnie, tylko na tyle, na ile on dał jej się poznać, co jest wadą konstrukcji opowieści. Ale w sumie dzięki temu Gus (Autor prawdopodobnie nie zrozumie, jakie dodatkowe, makabryczne znaczenie ma to przezwisko w języku polskim) przynajmniej mi wydaje się osobą nieco tajemniczą i niecodzienną. Tajemnicze osobniki w powieściach obyczajowych, no, no.

Nie sposób zapomnieć o van Houtenie, autorze ukochanej książki Hazel. Jeśli nastawialiście się na fizjonomię pisarza pasującą do treści książki albo maili, które przysyłał bohaterom, będzie rozczarowani tak jak ja. Jednak to najlepiej zarysowana w książce postać dorosłego, obrazująca całą nędzę człowieka, ból po stracie bliskiej osoby i stopniową degenerację. Pokazana w dodatku ciekawie, inaczej i bardziej sugestywnie niż w większości czytadeł dla dorosłych. Inną wartą uwagi postacią jest Issac. Ten młody, przez większość książki całkowicie ślepy chłopak, który stracił ukochaną Monicę (która obiecywała mu „zawsze”) wzbudził moją sympatię. Chociaż jest zarysowany ogólnikowo, wybiórczo i pojawia się tylko od czasu do czasu, jednak gdyby Autor chciał go rozbudować, powstałaby zapewne bardzo ciekawa postać, a może po prostu kolejny sympatyczny mój rówieśnik. Szkoda więc, że pisarz nic z tym zrobił.

Fabuła to, paradoksalnie i niestety, najsłabsza część książki. Jest, oczywiście, realistyczna, nie ma jakiś ckliwych wątków (czyli zbyt wielu miłosnych wyznań, głupich gatek i wiader egzaltowanych łez) i czasem nie pozostawia złudzeń, co dalszych losów niektórych bohaterów - to na plus. Jest ciekawa, zaskakuje, szokuje szczególnie w zakończeniu, ale... No właśnie. Minusem było skarcenie na siłę niektórych epizodów, do wręcz nienaturalnych odcinków czasowych (wieczorem Hazel spotyka się ze swoim chłopakiem, a rano ów ma już adres mailowy do asystentki van Houtena), a już po wizycie w Amsterdamie czas powieściowy mknie niczym rollercoaster, jakby Autorowi było spieszno, by jak najszybciej zakończyć powieść. Ja chciałam (wiem, to trochę niezdrowe) więcej poczytać o jawnym, końcowym umieraniu, poniżeniu przez coraz mniej sprawne organy i zewnętrzne i wewnętrzne, degeneracji ciała, odchodzeniu. Zasmakować się w emocjach bohaterów, przeczytać o ich uczuciach, o uczuciach i rodziców, zatrzymać się przy tych uczuciach, wgłębić się w je w miarę możliwości i poznać. Jednak jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, ze dla mniej wprawionego czytelnika taka wyprawa wydawałaby się zbyt nudna, a dla tych, którzy zrozumieliby, zbyt traumatyczna (na przykład dla mnie). Niech sobie więc będzie tak, jak jest, jednak trochę, na przykład trzydzieści, czterdzieści stron więcej nie zaszkodziłoby, wręcz przeciwnie. Trochę szkoda, bo to, co się działo po Amsterdamie, miało wielki potencjał.

Wiele jest książek o miłości. Wiele miłości zostało przeklętych przez gwiazdy – wojna, niezgoda w rodzinach (jak w znienawidzonym przeze mnie Romeo i Julii wujcia Szekspira) i śmierć z różnych przyczyn, choćby w wyniku zabójstwa nie sprawiają, że miłość rozkwita. Jednak teraz, w naszym wieku, gdy, jak na razie, nie wisi nad nami widmo żadnej wojny, a rodziny są raczej liberalne, grozą dla ludzi jest coś nie do zaakceptowania przez nowoczesną medycynę – nowotwór, nazywany cesarzem chorób. Nowotwór złośliwy, którego leczenie (chemioterapia też jest zabójcza) jest niebezpieczne, nowotwór niezłośliwy i wszystkie szkaradne mutacje (jak jeden z raków mózgu, nazwany w książce typem „dupek” z tego powodu, że zżera mózg, robiąc z człowieka potwora) nie mówiąc już o stwardnieniu rozsianym, białaczkach i innych okropnościach. Choroba nie do wyleczenia, która zamienia życie niektórych ludzi, często przypadkowo wybranych, w tragedię. Tak, przypadkowo wybranych. Bo jak zgrzeszyły takie niewinne, w gruncie rzeczy, istoty, jak Augustus i Hazel? Czy to była ich wina? Ich rodziców? A może faktycznie wina gwiazd – kosmosu, Tajemnicy, która wybrała dla nich taki, a nie inny los – takie zakończenie ich miłości, zwykłej, najzwyklejszej, która niechcący stała się jedną z tych wielkich tragedii – miłości przeklętych przez gwiazdy. Przez Wszechświat.

Tytuł: „Gwiazd naszych wina”
Autor: John Green
Moja ocena: 7/10



11 komentarzy :

  1. Niedługo zabieram się za czytanie tej książki :) Liczę na to, że się nie zawiodę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kupiłam tę książkę przyjaciółce na urodziny, nim jeszcze stała się ona modna... Mówiła, że jej się podoba, sama chciałabym ją przeczytać, jak uporam się z "Mistrzem i Małgorzatą" -.- Skoro oceniasz na 7/10, to może warto, tym bardziej, że ja lubię romanse, nawet te banalne ;)
    Pozdrawiam (Porcelanovvy)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam tę książkę nim stała się taka popularna, czyli jakieś 2 lata temu i bardzo mi się spodobała <3 I ja też, tak jak ty, lubię, kiedy książki kończą się tak, jak życie, nie podoba mi się, gdy autor wszystko koloryzuje. Na szczęście tutaj tak nie było :)

    Pozdrawiam,
    Alpaka

    OdpowiedzUsuń
  4. Na razie widziałam tylko film i jest po prostu niesamowity, co do książki chętnie przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam tę książkę i mi się bardzo podobała, ale film jeszcze bardziej :) Mam w planach również inne książki autora.
    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Choć miałem tego nie robić, to za sprawą licznych rekomendacji, tą książkę przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam! Oj jak ja płakałam pod koniec. Książka jest przepiękna i bardzo zachęciła mnie po sięgnięcie po inne książki Johna. Obecnie mam w planach Will Grayson, Will Grayson.

    thousand-magic-lifes.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Widziałam ekranizację. Książkę mam w planach. Mam nadzieję, że książka okaże jest lepsza od filmu.

    OdpowiedzUsuń
  9. właśnie jestem w trakcie czytania i muszę przyznać, że książka robi niemałe wrażenie. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ile osób tyle opinii o tej książce. Niemniej większość ją zachwala :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeszcze nie czytałam, ale pewnie kiedyś to zrobię, bo nie sposób przejść obojętnie obok tylu pozytywnych opinii :)

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!