Kiedy coś staje się przereklamowane i powszechne, traci na
swojej wartości. To, co dla wybranych, jest wyrafinowane, tajemnicze,
nieskalane. Tłum zwykłych ludzi emocjonuje się kubkiem ze znanym dziełem
sztuki, bogaty koneser w klimatyzowanym wnętrzu swojej willi kontempluje
tajemniczy uśmiech pięknej Madonny Rafaela. Ktoś słucha Bethoveena z płyt czy
jeszcze gramofonu, a ktoś inny podziwia słynne Dla Elizy (a właściwie Dla
Teresy) grane przez pozytywkę, z obracającą się wewnątrz parą młodą. Ale
nie chodzi mi tu wyłącznie o kulturę, rzeczy materialne. Często bywa tak, że popkulturalne, strywializowane stają się
nasze uczucia, myśli, pojęcia; świadczy to też o coraz węższym zakresie słów
używanych przez ludzi. Czasami zamiast nie
lubię, mówimy nienawidzę.
Nienawidzę tej zupy. Nienawidzę tego filmu. Nienawidzę tego miejsca. Tak samo –
a może jeszcze gorzej – jest ze słowem kocham.
Ba! Ze wszystkim, co dotyczy miłości, w popkulturze coraz bardziej trywialnej i
kiczowatej. Każda dziewczynka, nawet pięcioletnia, ma w swojej szafie bluzkę z
napisem LOVE. Napis ów pojawia się na
niemal każdej chińskiej zabawce, łącznie z różowymi, jakby nadmuchanymi
serduszkami. Fani stylistyki gotyckiej produkują obrazki z płaczącymi po stracie
ukochanego anielicami, czarnymi łzami i serduszkami, niekoniecznie różowymi,
ale zawsze. Większość piosenkarzy, piosenkarek, songwriterów, frontmanów i
kompozytorów komponuje słowa o miłości, rozstaniu, szczęściu, jakby inne tematy
nie istniały. Żeby robili to jeszcze w sposób ciekawy, kreatywny. Tyle że
kreatywność objawia się najczęściej czysto pornograficznymi teledyskami, o
prostackich tekstach. Milczeniem pomijam wszelkie gimnazjalistki, które chodzą
z chłopakami tylko dla statusu na Facebooku (już o tych, które sobie go
wymyślają, nie wspominam). Miłość wobec tego jest wszędzie. To dlaczego nie
jesteśmy w stanie zrozumieć Hymnu do
Miłości św. Pawła, ani istoty uczucia Romea i Julii?
Autor jest znany przede wszystkim ze swojego cyklu dla
młodszych czytelników, Opowieści z
Narnii. O ile cykl jest czytany i bardzo lubiany, to pisarzu wiemy już
mniej – a jest to postać bardzo ciekawa. Przyjaciel Mistrza Tolkiena, nawrócony
właśnie przez niego na chrześcijaństwo, filozof i wykładowca, ale przede wszystkim
sympatyczny i mądry człowiek, taki, jakich teraz boleśnie brakuje. Czytając
jego książki – tak jak jego przyjaciela – wyczuwam niezwykły umysł i starą,
dobrą skromność i szlachetność jaką teraz można spotkać już rzadko, bo jeśli
gdzieś ją znajdziemy, to najczęściej jest produktem na sprzedaż. Zawsze go
lubiłam i bardzo ceniłam, jednak odnoszę wrażenie, że na jego eseje nie
starczyłoby mi czasu i chęci – nawet kiedy muszę zostać w domu, a jedyną szansą
rozrywki jest wieś, gdzie czas płynie jeszcze wolniej – zwykle książek do
czytania mam wiele, a do kupienia więcej i wątpię, czy znalazłoby się tam
miejsce dla tej pozycji chociaż w pierwszej dziesiątce. Skutecznie zachęciło
mnie kiedyś – wiem, to trochę dziwne – przeczytanie fragmentu w szkolnym podręczniku
do religii. Nie spotkałam jeszcze dobrego katechety czy księdza, toteż
właściwie tamten podręcznik był tylko pobieżnie przejrzany (w przeciwieństwie
do chowanej pod ławką książki), ale ów fragment przypadkiem – a może nie? –
został przeze mnie zapamiętany i poszukałam książkę z której pochodził. Całość
wtedy niezbyt mnie zaciekawiła, może z powodu okładki, ale pozycja została mi w
pamięci i – kiedy miałam możliwość ją przeczytać – zrobiłam to z wielką
radością, po cichu licząc na ciekawą, odmienną od wszystkiego, co czytałam
dotychczas, lekturę.
Pisarz zaczyna od rzeczy najbardziej pospolitych – od
słowa lubić i pnie się coraz wyżej,
pięknie mówiąc o miłości do zwierząt, przyjaźni (dziś również
przereklamowanej), miłości erotycznej i tej największej: miłości do Boga,
uczuciu dziwnym, niezgłębionym. Robi to lekko, jeden temat jakby wynika z
drugiego i prosto, ani na chwilę nie popada w dygresje czy nachalne
moralizowanie. Wręcz przeciwnie – jak na myśliciela przystało, stara się być
bezstronny, obiektywny, nawet w pięknym rozdziale o przyjaźni pokazuje wady
tego rodzaju miłości. Gubi się nieco przy miłości erotycznej, jednak słusznie
zauważa, że związkowi nie wystarczy do egzystencji sama miłość i z gracją obala
wszystkie argumenty. Książka kończy się akcentem graniczącym z metafizyką,
wyższą szkołą jazdy nawet dla zawodowych filozofów i teologów, pozostawiając
czytelnika z ciekawymi refleksjami i pytaniami na które – niestety! – każdy
musi sobie odpowiedzieć.
Zadaniem każdego filozofa, wydaje mi się, jest
interpretacja otaczającej nas rzeczywistości i problemów z jakimi musimy się
zmierzyć, jest więc bardzo bliska każdemu człowiekowi. Przynajmniej takiemu,
który kimkolwiek miał pytania i problemy natury egzystencjalnej czy moralnej,
który czuje, że w życiu chodzi o coś więcej niż jedzenie, picie, czytanie i
spotykanie się drugimi ludźmi; o coś więcej niż codzienną egzystencję. Pytania
takie zwykle mają drugie dno, znacznie bardziej niepokojące. Pytając się, co
jest złem, tak naprawdę zaczynamy zastanawiać się nad tym, czy zło w ogóle
istnieje. Tak samo jest z miłością. Bo jeśli jest tylko koktajlem hormonów,
wyższą formą naturalnego sposobu na zachowanie ciągłości gatunku? A przyjaźń, w
dobie Facebooka i braku jakichś sprecyzowanych zainteresowań u coraz większej
ilości osób, przestarzała i nudna? A miłość do Boga (cóż, mam świadomość, że
ateistów to nie dotyczy, ale myślę, że większość osób była bierzmowana i tak
dalej, więc miała jakąś styczność z religią katolicką czy jakimś innym odłamem
chrześcijaństwa bądź jakiejkolwiek duchowości)? Książka uświadamia nam więc, że
odpowiedzi są tak blisko nas, że aż ich nie widzimy, jednocześnie obalając
wydumane teoryjki i frazesy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Autor robi to w
sposób odpowiednio poważny i zgodny ze wszystkimi regułami logiki, a swoje
wywody popiera obrazowymi przykładami, tak, że nawet czytelnik niewyrobiony w
tego typu lekturach z pewnością zrozumie, co pisarz miał na myśli, a i trudno
nie zgodzić się z większością postawionych tez – rozwinięcia potrzebują jedynie
te z rozdziału o miłości erotycznej, który został napisany, powiedziałby kto, w
sposób naiwny i staroświecki, a przede wszystkim dość ogólnikowy i z tym
ostatnim muszę się, niestety, zgodzić. Każdy przecież przyzna, że miłość
erotyczna jest tą najbardziej powszechną i problematyczną, więc trzeźwy,
niezwykle trafny osąd Autora przydałby się każdemu, szczególnie że dzisiejszy
świat bardzo łatwo potrafi poplątać człowiekowi w głowie. To chyba jeden z
niewielu minusów książki, nikły przy ilości trafnych spostrzeżeń i myślowych
perełek, które chciałoby się zanotować albo zgłębić, czy chociażby przekazać
komuś innemu, może przekazując mu ważną prawdę, której nie dostrzegał i która
sprawi, że życie będzie lepsze. Piękne jest też to, że czytając uważnie, powoli
– książka przecież gruba nie jest – odkryje się wiele odcieni i rodzajów
miłości, których istnienia wcześniej nie podejrzewaliśmy, jak na przykład
przywiązanie, które pisarz dzieli na dwa rodzaje, patriotyzm czy pięknie opisana
przyjaźń – co jeszcze raz powtarzam, bo jestem nim oczarowana - gdzie Autor w
zgrabny sposób rozwiązuje mój odwieczny problem z ludźmi, którzy prawdziwą,
męską przyjaźń nazywają homoseksualizmem. Myślę także, że ostatni rozdział o
ostatniej z miłości, dotyczący miłości do Boga, caritas, powinien doczekać się rozwinięcia w osobnym eseju, jako że
to temat bardziej karkołomny niż miłość erotyczna, tudzież spędzający sen z
powiek takim osobistościom jak św. Augustyn czy św. Tomasz z Akwinu.
Autor – jak pisałam wyżej – pisze językiem prostym,
przystępnym, bardzo obrazowym i lekkim, bez moralizatorskiego wydźwięku. Całość
ma ton wywodu, może trochę i wykładu, we fragmentach czuć ciepły humor pisarza
i wyrozumiałość dla czytelnika; wbrew pozorom nie udaje też kogoś lepszego,
mądrzejszego – czasami nawet z siebie żartuje. Czytając czasem trudno jest się
nie uśmiechnąć, jako że tematy poważne wymagają dystansu i żartu nawet, a każda
sprawa, czasem z dbałości, żeby Autor został dobrze zrozumiany, czasem by
czytelnik dobrze wszystko zrozumiał, została opisana szczegółowo i wyczerpująco,
poparta przykładami i analogiami. Całość skłania, wręcz prowokuje do refleksji,
zmusza do przefiltrowania naszych wartości i życia przez ukazane sylwetki
miłości, obdziera z wielu złudzeń, a wszystko w doskonałym, wirtuozersko lekkim
stylu. I choć czyta się wolno – jeśli chce się wszystko zrozumieć – to z
pewnością bardzo przyjemnie, przyjemniej niż niejedną powieść, może tak samo
dobrze jak Opowieści z Narni w wieku
ośmiu lat, co, choć tematyka i wydanie skrajnie różne, przywołuje wiele
pięknych wspomnień z dzieciństwa i daje kolejny powód, żeby jeszcze kiedyś
zajrzeć do tej książki.
Wydanie jest zwykłe. Książka w niestandardowym, małym
formacie, z szarą, niepozorną okładką. Już w wydaniu angielskim okładka jest
zielona, z drzewem, co jakoś zawsze wiąże się z rozważaniami filozoficznymi i
sprawia weselsze wrażenie. Tu mamy fragment jakichś starych drzwi z - być może – średniowiecznego kościoła i
tytuł. Gratkę stanowić może tylko imię i nazwisko Autora, będące jego
oryginalnym podpisem. Blurb jest biały na czarnym tle, nic ciekawego. Z drugiej
strony introligatorskie sztuczki bardzo by mnie denerwowały, a zainteresowani
tematyką i tak po pozycję sięgną. Bo wydanie – mimo że niepozorne – z pewnością
jest estetyczne: dobry papier, ładna czcionka, połyskująca okładka…
Powiedziałabym nawet, że owe drzwi na okładce nadają jej jakiejś elegancji,
powagi. Powagi. Szlachetności – to chyba najlepsze określenie.
Nawet dzieci wiedzą, że przy biurku pracuje się najlepiej
wtedy, kiedy wszystko jest poukładane, na swoim miejscu. Tak samo w życiu.
Kiedy nie brakuje żadnej niezbędnej rzeczy i wszystko jest tam, gdzie powinno
być, możemy żyć w zupełnej harmonii i szczęściu, a przynajmniej potrafić
przetrwać burze i niepowodzenia – o ile łatwiej jest przezwyciężać problemy,
nie czując dysonansów w środku. A miłość – w jakiejkolwiek postaci – jest wciąż
obecna w naszym życiu, w nas, w świecie wokół; często jednak sprawia nam ona
problem, potrzebujemy uporządkować sobie jakoś hierarchię wartości, znaleźć
błąd, który popełniamy. A ciężko jest to zrobić, nie znając istoty miłości, nie
wiedząc – albo tylko mgliście podejrzewając – co nią jest, a co nie. Nawet
jeśli, to z pewnością taki wyznacznik w dynamicznym, strywializowanym świecie
telewizyjnych randek i disco polo, przyda się każdemu, a może ochroni przed
jakimś strasznym błędem w tej delikatnej materii. I nie tylko nas – książka z
pewnością jest doskonałym pomysłem na spontaniczny prezent dla rodziny i
przyjaciół, dzieci i dorosłych. Niech zamiast kolejnego romansu dla nastolatek
z trójkącikiem przeczytają o Miłości – a właściwie o Miłościach – tak prostych,
bo w pewien sposób pisanych w naszą naturę, ale jednocześnie tak bardzo dalekich.
Tytuł: „Cztery Miłości”
Autor: Clive S. Lewis
Moja ocena: 7,5/10
Za egzemplarz serdecznie dziękuję
wydawnictwu Media Rodzina

