Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria GORZKA CZEKOLADA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria GORZKA CZEKOLADA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2015

Budowanie mostów. Recenzja książki



Czasami przebywanie między ludźmi staje się uciążliwe. Może przez to, że książki rozwinęły mi empatię zbyt mocno, a może dlatego, że otworzyły mi oczy na coś, co większość społeczeństwa nie dostrzega. A może zawsze byłam buntowniczką, broniącą tego, co niepopularne, próbującą stanąć ponad podziałami, spojrzeć z dystansu i dlatego obrywa mi się od obu stron. Myślę też, że to pragnienie i szukanie piękna, wobec czego każde złe słowo, każde ohydne zachorowanie wobec drugiego człowieka wywołuje u mnie ból, smutek i zażenowanie, pewien rodzaj wstydu za społeczeństwo. Oczywiście, nie twierdzę, że jestem idealna – staram się jednak pracować na tym, by choć trochę ów ideał przypominać. 

Szkoda jednak, że moje stanowisko jest niepopularne, chociaż powszechnie wiadomo, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje i w historii jest na to dość przykładów. Dlatego kurczę się w sobie albo zaczynam gotować się ze złości, kiedy słyszę określenia takie jak moherowy beret, lewak czy czerwony. Ale to nie wszystko – są podziały majątkowe (chociaż wydaje się, że nie powinno tak być), światopoglądowe (wymienione wyżej to tylko przykłady niektórych, nie wspomniałam jeszcze podziałów wynikających z zaborów), religijne i … rasowe.

Z tym ostatnim ludzie mieli, delikatnie mówiąc, dużo problemów i wciąż  mają. Od czasu, kiedy hiszpańscy i portugalscy konkwistratorzy wpadli na pomysł transportowania czarnej ludności do Ameryki Murzyni (to nie jest rasistowskie słowo, bo nie wiem jak inaczej określić tę rasę) życie mają jeszcze cięższe, choć na swoim kontynencie mają już wystarczająco dużo problemów. Kiedy doszło do wojny secesyjnej, w wyniku której (za cenę życia tysięcy pomordowanych w Getysburgu żołnierzy) doszło do wyzwolenia wszystkich czarnoskórych mieszkańców USA, Europejczycy jednak, jak zwykle nienasyceni w swej żądzy podbijania kolejnych ziem, zaczęli zakładać swoje kolonie między innymi w Afryce. Nawet podczas walk z arabskimi buntownikami od Mahdiego obie strony zabijały i brały w niewolę czarnoskórych, mimo że to oni byli prawdziwymi właścicielami tych ziem. Nic nowego, znam podobne rzeczy z krucjat, ale kiedy przyjrzymy się temu bliżej, wesoło nie jest, wręcz okropnie do granic absurdalnego, okrutnego żartu. Safari. Apartheid w RPA. Segregacja rasowa w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych, sto lat po wojnie secesyjnej, rzecz jak z komedii, która zamiast być śmieszna, jest po prostu straszna. 

To z pewnością bolesny temat dla Południa. Drażliwy nawet teraz, bo historii, przeszłości, nie da się wymazać. I choć dziś wydaje się, że społeczność czarnoskóra i białoskóra coraz bardziej się integruje, temat niewolnictwa jest wciąż cieniem na USA. Tamtejsi ludzie próbują się tłumaczyć, rozliczać z przeszłością, bo czas, kiedy jeszcze można spojrzeć na to z pewnego dystansu, mija bardzo szybko, a ludzie umierają; coraz trudniej będzie o wiele ciekawych spojrzeń na temat, interesujących opinii i błyskotliwych analiz, a więcej rozwlekłych i łzawych powieści w stylu Przeminęło z wiatrem, owiniętych w elegancki płaszczyk postmodernistycznych rozwiązań fabularnych. Ale jednocześnie temat ten, w czasach kolejnej rewolucji społecznej, gender, tolerancji, Ikei i galerianek, nabiera nowych barw i znaczeń, widzimy tamte czasy przez pryzmat naszej dzisiejszej filozofii i moralności, podejmując raz jeszcze temat różnic i barier dzielących ludzi przez rzecz tak mało znaczącą, jak kolor skóry. Czy jednak z powodzeniem? 

Jackson jest małym miasteczkiem w najprzyjemniejszym ze wszystkich stanów – Missipi. Miasteczkiem zwykłym, nie różniącym się niczym od reszty: jest Liga Pań, coca-cola i fryzjer, pierwsze kolorowe telewizory i zamordowany gdzieś pod koniec prezydent Kennedy. Panie tam nie przejmują się zagrażającą światu wojną nuklearną, Żelazną Kurtyną i resztą wielkiego świata. Biegają do fryzjera, chodzą na bale i zajmują się ploteczkami i brydżem z przyjaciółkami, oddając się wszystkim tym przyjemnościom, o jakich dzisiejsza kobieta sukcesu może tylko pomarzyć. Dziećmi przecież zajmują się czarnoskóre pomoce domowe, kobiety właściwie od wszystkiego: poza niańczeniem sprzątają, piorą, prasują, robią zakupy i gotują, nie mówiąc już o wycieraniu sreber z deseniami, co jest sprawą wagi państwowej. I jeszcze są niekiedy źle traktowane przez swoje panie, spoglądające na Murzynki jak na gorsze. A one? Cóż, muszą to akceptować, w końcu trzeba za coś żyć, prawda?

Eugenia „Skeeter” Plath, młoda dziewczyna z dobrego domu, marząca o zostaniu pisarką i dziennikarką, po tajemniczym odejściu swojej pomocy domowej, Constatine, z którą się kiedyś bardzo zaprzyjaźniła i która kiedyś była jej bliższa niż matka, coraz bliżej przygląda się życiu czarnoskórych kobiet. Zaprzyjaźnia się jedną z nich, Aibileen i postanawia napisać książkę, zbiór historii z życia podobnych jej kobiet. Pomysł to oryginalny, bo jeszcze nikt wcześniej nie spojrzał na temat od tej strony, nie dał dojść do głosu służącym i pokazać prawdę, niekiedy gorzką, czasami wręcz straszną. Jednak los rzuca pod jej nogi wiele problemów, a chęć przełamania granic, tak naprawdę iluzorycznych, w niektórych przypadkach jest niemal niemożliwa. I czy da się przełamać strach przed konsekwencjami czasem niewygodnej prawdy, z pokorą znieść nieprzyjemności, jakie – niemal na pewno – wynikną z tego wszystkiego?  

Rzeczą, która rzuca się w oczy od pierwszych stron powieści i którą bardzo cenię, jest język. Styl ogólny Autorki jest lekki, płynny i wciągający, co sprawia, że powieść czyta się niemal błyskawicznie. Nie czuć tu zupełnie warsztatu debiutanta czy silenia się na jakąś oryginalność, wręcz przeciwnie – wszystko jest naturalne, niewymuszone, niezwykle plastyczne i zgrabne; z pewnością z wielką chęcią przeczytałabym cokolwiek innego tej pisarki, bo to nieliczna z tych Autorek, którym to po prostu dobrze wychodzi i można czytać bez najmniejszych żołądkowych sensacji. Co więcej, pisarka, starając się, by powieść była jak najbardziej wiarygodna, w partiach książki z punktu widzenia służących wprowadza charakterystyczny dialekt, który został, co również trzeba odnotować, doskonale przetłumaczony na język polski. Piszę to dlatego, że dla mnie, czytelniczki nie spodziewającej się zupełnie nic, pierwsze strony były – nie przymierzając – jak kubeł zimnej wody. Nie wiedziałam jak się zachować, bo nikt nie ostrzegł mnie, że nie będzie to zwykły, prostszy lub bardziej artystyczny język, do jakiego przywykłam w innych powieściach, tylko coś nowego, ciekawego, intrygującego. Uczucie to jednak znika już gdzieś w środku książki, kiedy przyzwyczajamy się do trzech, wyraźnie zróżnicowanych językowo opowieści trzech różnych kobiet, w których najzwyczajniejsza jest ta dotycząca panienki Skeeter, nieco może sztywna i blada przy tamtych dwóch. Często bawiło mnie nawet, kiedy Aibileen lub ktoś inny popełniał błędy językowe; świadome naśladownictwo potocznego języka bardzo mi zaimponowało, nie tylko dlatego, że dialogi i w ogóle narracja wydają się ciekawsze, bardziej żywe i prawdziwe – zabieg ten udaje się tylko odważnym, posiadającym dobry warsztat pisarzom, ale i tak wymaga benedyktyńskiej pracy, za którą naprawdę podziwiam Autorkę. Tekst wibruje emocjami i humorem (naprawdę dużymi dawkami humoru), mniej lub bardziej wyrafinowanym, zupełnie nie kontrastując z bardziej poważnymi sprawami, o których pisarka potrafi pisać delikatnie i taktownie, czasem zostawiając ciszę między słowami tam, gdzie trzeba coś przemilczeć. Wszystko to czyta doskonale, bez bólu zębów czy też czterech liter, gdzieś pod koniec stwierdzając, że apetyt rośnie w czasie jedzenia i gdyby słowa pisarki byłyby tortem, pochłonęłabym, nie licząc się – wyjątkowo - z kaloriami. A takie wyznanie z moich ust wiele znaczy. Naprawdę. 

Fabuła jest w starym stylu, nieskażona nawet gramem postmodernistycznej literatury. Czasami naprawdę ciężko uwierzyć, że w świecie czarnoskórych niań i maszyn do pisania istnieje coca-cola, telewizor a za kilka lat wystartuje misja Apollo; klimaty są pastelowe – jeśli nawet Autorka będzie się wzbraniać - niemal wyjęte żywcem dziewiętnastowiecznych powieści dla kobiet, do czego sceneria z domu Celii Foote pasuje najbardziej. Akcja toczy się raczej wolno, ale miarowo, nigdzie się nie spieszy ani też nie wlecze. Nie ma niepotrzebnych, porzuconych w połowie wątków, rozwleczonych kwestii, które nie są nikomu do szczęścia potrzebne oraz rozbudowanych części tekstu dotyczących postaci drugoplanowych. Jedyny wątek, który wydaje się być dodany na siłę, to opowieść o Celii, chociaż historia ta przez jakiś czas nadrabia swoją atrakcyjnością i tajemniczością – potem po prostu (przynajmniej tak było ze mną) zaczynamy lubić tę nieszczęsną dziewczynę i kibicujemy jej do końca książki (miałam jednak nieprzyjemne wrażenie, że Autorka po prostu rzuciła ten wątek po wyjaśnieniu nurtującej każdego fana tej postaci kwestii, a szkoda). Pisarka się z niczym nie spieszy, nie komplikuje i nie gmatwa, ale brak nagłych zwrotów akcji i nieskomplikowana fabuła są w tym przypadku bardziej zaletą niż wadą – dzięki temu możemy poczuć klimat, dziwną, bardzo melancholijną magię peryferyjnego miasteczka amerykańskiego przeszło pięćdziesiąt lat temu, przyjrzeć się bliżej bohaterkom i mieć trochę czasu do namysłu nad lekturą, do pewnej refleksji.
Czytając notkę odautorską zdałam sobie sprawę, że książka jest pewnym powrotem do przeszłości dla pisarki, powrotem domu i do najpiękniejszych chwil jej dzieciństwa, a dużo faktów z biografii Skeeter i innych bohaterek ma jakieś odniesienie w wydarzeniach z życia Autorki. Może więc dlatego pisarka podchodzi do opisanego problemu z wielką łagodnością, bojąc się być choć trochę kontrowersyjną (w obojętnie którą stronę) starając się wypośrodkować stanowiska bohaterów, podkreślając zachowania tych białych pań i panów, którzy traktowali swoje służące jak kogoś naprawdę ważnego, jak część rodziny. Często jest tak, że w naszej pamięci miejsce i ludzie ważni dla wtedy, pozostają wyidealizowani i nieco nierzeczywiści. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas czytania naprawdę uwierało mnie większość rozwiązań fabularnych, choć może uroczych, to bardzo prostych. Lwia wątków kończy się idealnie, albo prawie idealnie, a zamknięcie mordy jednej wrednej babie sprawia, że w miasteczku jest niemal idealnie – pisarka niemal usprawiedliwia jej wspólniczki, które, choć głupie i strachliwe, robiły wszystko, co ona im kazała, tym samym uczestnicząc w jej niecnych postępkach. Wszystko skonstruowane tak, by bardziej skomplikowane dramaty i problemy nie miały wstępu do zbudowanego przez Autorkę świata, albo rozwiązywały się same i to jest denerwujące. Odpadają też negatywne konsekwencje działań bohaterek, bo w tym świecie wystarczy tylko zniszczyć krępujące nas granice, zdać sobie sprawę z tego, że schemat myślenia, do którego przywykliśmy, jest błędny, a my sami jesteśmy ofiarami swoich ograniczeń i nasze czujemy się wolni. Może i tak, nigdy nie próbowałam bo nie mam pomysłu na jakąś zmianę w swoim życiu poza zmianą tapety na komputerze, dzwonka w telefonie i przemalowania swojego pokoju. Nie jestem jednak przekonana, że to zmieniło coś w moim życiu, poza tym, że musiałam kupić nową lampę. Trochę więc to nieprawdziwie wyszło, jakoś tak słodko i optymistycznie, jak w jakimś romansidełku, a przecież w życiu nic tak łatwo nie jest, szczególnie jeśli chodzi o tak delikatny i trudny temat. Nawet jeśli historia ma jakiś ukryty sens, a pisarka po prostu chce pokazać, żebyśmy nie bali się działać, by sprawić, by wszystko było lepsze, to zdecydowanie wątek czarnoskórych pomocy domowych do tego się nie nadaje – zbyt łatwo tu o uproszczenia, spłycające problem. Już lepiej żeby opisała mój dramat ze ścianą i lampami, naprawdę. 

W jednej z recenzji filmu, jaką czytałam, autor zwrócił uwagę na fakt, że większość bohaterów tej książki to kobiety. Faktycznie, bo ja tego nie zauważałam, prawdopodobnie dlatego, że sama jestem jedną z nich. Mężczyźni przewijają się w tle – poza Williamem (ten człowiek przypomina mi trochę mojego sąsiada: nigdy nie mogę wyjść z podziwu, jak on może tak wytrzymywać ze swoją żoną) i mężem pani Leeflot bliżej poznajemy sympatycznego Johnny’ego, człowieka niezwykle wyrozumiałego dla swojej – delikatnie mówiąc – dziwnej żony. Najmocniej naszkicowaną postacią męską jest Stuart, nieszczęsny młodzieniec, który nie potrafi zdefiniować swoich uczuć wobec obu  swoich dziewczyn i bezmyślnie kopiuje poglądy swojego ojca, senatora, który doskonale wie, gdzie jest miejsce czarnych. Mężczyźni tu, zredukowani tu do niezbędnego minimum, wydają się w większości sympatycznymi, nieszkodliwymi typami słuchającymi swoich żon, rodziny, albo przebywającymi ciągle w pracy i zaabsorbowanymi problemami służbowymi. Przewijają się gdzieś w tle, na granicy akcji książki, w większości nie mając żadnego wpływu na akcję książki i wybory dokonywane przez żony. Trochę szkoda, bo niektórzy z nich aż proszą się o głębsze przedstawienie – co nawet wskazuje tytuł książki – jest to opowieść o kobietach. 

A mamy tu różne kobiety: takie, dla których najważniejsze są spotkania towarzyskie, ploteczki i nowinki ze świata mody, a w przykrych przez pofałdowane od wałków włosami mózgach nie mają nic, a prawie nic, już o miłości do własnych dzieci nie mówiąc. Mamy też panie złe, czyli grubiutką panienkę Hilly, bardzo nieobiektywnie potraktowaną, która jest zła, ponieważ jest zła, a ciasny umysł każe jej nazywać Murzynów czarnuchami. Bynajmniej nie popieram jej poglądów, ale zabrakło tu wiarygodności i jakiejś głębi, dzięki którym bohaterka i jej poglądy budziły prawdziwą grozę. Panienka Skeeter jest już trochę lepszą postacią, bo choć pisarka nie może powstrzymać się od nachalnego tłumaczenia popełnionych przez nią błędów, to naprawdę miło się o niej czyta – to zwyczajna dziewczyna, a jednocześnie buntownicza pisarka, która – co jest rzeczą charakterystyczną dla artystów – za nic ma zasady swojego świata i jest gotowa bronić do upadłego swoich ideałów, za co ją podziwiam, bo doskonale wiem, jakie to jest trudne (ona też się o tym, niestety, przekonuje). Jest generalnie postacią bardzo dobrą, bardzo jasną i bardzo pozytywną, co w innych powieściach bardzo by mnie raziło, ale tu, o dziwo, dam radę to znieść. Jednak najciekawszą z „białych” bohaterek jest Celia Foote: postać żałosna, budząca czasami wielką litość i żal, jednocześnie na swój sposób bardzo, ale to bardzo urocza. Polubiłam ją chyba najbardziej ze wszystkich bohaterek, nie tylko dlatego, że pisarka doskonale opisała ją i jej wątek; myślę, że doskonale rozumiem jej położenie i naprawdę cieszyłam się, że postanowiła coś zmienić w swoim życiu, chociaż nadal zazdroszczę jej męża – takiego to nawet ze świecą nie znajdziesz. 

Bohaterki ciemnoskóre są bardzo sympatyczne i niezwykle naturalne, chociaż są uosobieniem dobra, a pisarka zgrabnie łączy protestancką, typowo amerykańską moralność z dzisiejszymi pojęciami o tolerancji i bardzo nowoczesnym sposobem patrzenia na problem ras – chodzi tu szczególnie o Aibileen, kobietę niezwykle mądrą i ciepłą, rozsądną i mądrą pod wszystkimi względami oraz nieco irytującą swoją doskonałością. Wątpię zresztą, kto oprócz wyzwolonych pisarek tak myślał, a szczególnie, że Aibileen była tylko niewykształconą służącą lubiącą czasami czytać zakazane książki. Zbliża to powieść do pięknej, sentymentalnej baśni z głupimi księżniczkami i mądrymi służącymi, ale trudno to zauważyć, bo cała historia jest na tyle baśniowa, że te mankamenty stają się zaletami, częściami ogólnego klimatu. Kontrastem dla Aibileen jest Minny, o niezwykle ciętym języku, co sprawia, że postać ta jest o wiele bardziej wyrazista i ciekawsza niż jej przyjaciółka. Minny bawi, lekko gorszy, mocno szokuje (Potworne Okropieństwo dla panienki Hilly!) i daje się po prostu lubić, chociaż nie ma zupełnie kolorowego życia, co sprawia, że postać jest jeszcze bardziej autentyczna, ciekawa i naprawdę zapada głęboko w pamięć, a z jej tekstów śmiejemy się jeszcze długo po przeczytaniu książki, przypominając sobie niektóre scenki z panienką Celią. Na moje to Minny mogłaby być jedną czarnoskórą służącą w tej powieści. Naprawdę! 

Z wydaniem, okładką powieści mam naprawdę duży problem. Niebieski jest jednym z moich ulubionych kolorów, a minimalistyczne okładki serii Gorzka Czekolada mają swój urok. Fartuszek wygląda sympatycznie, bardzo elegancko, ale … No właśnie. Książka, o której w fabule mowa, nazywa się Pomoc i ma niebieską okładkę z gołębiem. Oryginalny tytuł powieści to The Help, czyli tak, jak napisana przez Skeeter. W Polsce tytuł przetłumaczono po swojemu, a na okładce umieszczono fartuch, bo w naszym kraju to już tak jest i wszystko zostało zniszczone. Bo czy nie byłoby zabawnie, gdyby powieść miała taki sam tytuł i okładkę ja ta, którą napisała bohaterka? Niestety, w polskim wydaniu tego po prostu nie ma. Chociaż wydanie jest naprawdę przyzwoite, z układem skrzydełek znanym z poprzednich części serii (na początku fragment książki, który zwykle mnie dobija, bo, jak wiecie, nie lubię tego, a na końcu notka o Autorce ze zdjęciem) i nowoczesne. Powiedziałabym, że wydanie jest przyzwoite i tak dalej, gdyby no właśnie. Gdyby nie byłoby pominięcia tego fajnego efektu książki w książce. I już wcale nie mówię szkoda, wielka szkoda!. Dlaczego? Bo mi się już znudziło. 

Czy mam to czego chciałam? Szczerze mówiąc, liczyłam na coś poważniejszego, ale ciepła historia i momentami śmieszna historia nie była przecież zła – wręcz przeciwnie. Może liczyłam na coś tylko o problemie segregacji rasowej, tymczasem otrzymałam historię bardziej o przekraczaniu granic, budowaniu mostów (od razu przypomina mi się Eurowizja) i burzeniu powstałych w naszych umysłach ograniczeń, tak naprawdę nieistniejących. Szlachetna do idea, bo wielu osobom przyda się taka opowieść do refleksji nad ich postępowaniem, ale zastanawiam się, czy aby na pewno ten temat dobrze ilustruje to, co Autorka chciała pokazać. Mam wątpliwości, bo przy wybranej przez pisarkę konwencji stworzenie uproszczeń jest nieuniknione. A czy wypada w ten sposób mówić na ten temat? Czy uproszczenie w tym trudnym, delikatnym temacie jest właściwe, czy ktoś może poczuć się skrzywdzony tym, że Autorka bagatelizuje pewne kwestie, a takie ujęcie może spowodować wyciąganie złych wniosków? Może i nie, ale pisarka wyszła z klasą i chociaż powieść nie jest i nie będzie ważnym głosem w amerykańskiej dyskusji rozliczeniowej z rasizmem i segregacją rasową, ale myślę, że Autorka nie miała takich ambicji – to po prostu sentymentalny powrót do tamtych lat i ciepła, momentami zabawna historia na temat konieczności budowania mostów nad rzekami barier międzyludzkich, wypływających z naszych umysłów.

Tytuł: „Służące”
Autor: Kathryn Stockett
Moja ocena: 5,5/10 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Media Rodzina

czwartek, 11 czerwca 2015

Madora wróciła do domu. Recenzja książki



Łatwo można zbłądzić. Jeden, dwa nieostrożne kroki w tą lub w tamtą stronę mogą sprawić, że utoniemy w bagnie. Już nie będę wymieniać takich tradycyjnych uzależnień jak narkotyki, alkohol, przygodny seks (chyba, że ktoś chciałby mieć AIDS), podejrzani znajomi czy tajemnicze filmy i gazety – o tym trąbi każda kolorowa broszura w gabinecie psychologa szkolnego, do znudzenia demaskując mity na temat samopoczucia po heroinie, podczas gdy uczniowie gimnazjum palą jointy dziewczynkami z pierwszej klasy podstawówki (przykład z życia). Chodzi mi tu o depresję, która często bywa powodem eksperymentów ze środkami uzależniającymi i lekami, podsuwa myśli o cięciu się czy samobójstwie, które jest, niestety, plagą dzisiejszej młodzieży. Wystarczy szkolna lub domowa trauma, by uciec w ślad krótkiego zadowolenia i oszołomienia pulsującą muzyką w klubie i korzystaniem z źle zrozumianej wolności – właśnie tym wszystkim, o czym pisałam wyżej. Jeśli nie znajdzie się ktoś, kto zepchnie nas z tej drogi, pokazując, jak mamy żyć zgodnie z naszą naturą i w harmonii ze światem, czyli, mówiąc mniej podniośle, bez używek, być może nasze życie stanie się lepsze, a krzywdy w jakiś sposób zamienione w radość czy też w spokój. Trzeba jednak takiemu człowiekowi zaufać, podążyć drogą, którą nam pokazuje – to nie jest łatwe, chociaż trudne też nie, kiedy kochamy tę osobę; miłość oznacza przecież wiarę, całkowite zaufanie drugiemu człowiekowi (nawet jeśli jest nim stuletni wampir Edward, który być może zaraz ukąsi nas w szyję). Tylko, będąc zagubionym, nie mamy żadnego punktu odniesienia, a więc nie wiemy, czy droga, którą prowadzi nas nasz wybawiciel, jest tą właściwą, czy też razem zagubiliśmy się jeszcze bardziej. A jeśli ta druga osoba sprowadza nas na większe manowce? A my się poddajemy, bo przecież jesteśmy osobami łatwowiernymi, mimo tego, co zobaczyliśmy w życiu pełnymi jasnych marzeń na przyszłość, które nam są obiecywane. Czy jednak to jest prawda? Masz pewność, że tak? 

Ojciec Madory wyszedł na pustynię i nie wrócił. Popełnił samobójstwo, z którym matka nie mogła się pogodzić. Wtedy świat Madory się zawalił, imprezy z przyjaciółką, narkotyki i chłopcy byli dla niej codziennością. Jej świat stawał się coraz mroczniejszy, a ona zdawała chyba sobie z tego sprawę, że autostrada jest jednokierunkowa i prowadzi do zimnego grobu lub żywota spędzonego w więzieniu. I wtedy pojawił się on – Willis, żołnierz piechoty morskiej (ah, żołnierz! przez to mam dla niego więcej sympatii niż powinnam) i uratował dziewczynę od całkowitego upadku, a przynajmniej tak się wydawało. Pod płaszczykiem dobroci i chęci zbawienia świata kryje się bowiem choroba psychiczna bohatera, a pod chorobą psychiczną kryją się tragiczne wydarzenia z przeszłości, z dzieciństwa – z okresu, jak słusznie przypuszczał doktor Freud – w którym kształtuje się osobowość człowieka. Równolegle z historią Madory toczy się opowieść o Djangu, dwunastoletnim synu znanego rockmana, który wraz z matką chłopca zginął w tragicznym wypadku, tym samym skazując chłopca na pobyt u nieciekawej ciotki, który jednak, połączony z historią Madory, daje niezwykle wybuchową mieszankę, która jest odpowiedzialna za zwroty akcji na końcu powieści. 

Czytając rzadkie recenzje na innych blogach i opis na stronie Wydawnictwa, na początku poczułam zaciekawienie, a potem ekscytację, szczególnie kiedy jedna z blogerek napisała, że powieść ma drugie dno, a pod prostą historią kryje się coś więcej. A ja, jak wiecie, bardzo lubię takie historie. Im bardziej zawiłe i w stylu pomotanych Wichrowych Wzgórz, tym lepiej, nie mówiąc o odkrywaniu przed czytelnikiem fragmentów prawdy o człowieku i otaczającym go świecie, zagadnienia, jakie w mniejszym lub większym stopniu, nawet zupełnie nieświadomie, porusza każda książka, od monografii historycznych zaczynając, a na paranormal romance za pięć złotych kończąc. Skończyłam więc jak najszybciej poprzedni egzemplarz recenzencki i jeszcze tego samego dnia zabrałam się do czytania; lektura musiała mnie wciągnąć, po tego dnia pojechałyśmy z Mamą do pewnej cioci, a ja, nie dbając o chorobę lokomocyjną, przez całą drogę zażarcie czytałam. Czy jednak się opłacało, czy książka była warta pięknych, wiejskich widoczków, jakie przez lekturę nie obserwowałam? 

Niewątpliwym plusem książki jest pomysł, banalnie prosty, jednak – co jest dziwne – niezwykle rzadko spotykany w literaturze. Przedstawienie historii wyalienowanej dziewczyny, opanowanej strachem przed światem, po części przez słowa swojego chłopaka, a po części przez własne doświadczenia, wymagało od Autorki wiele odwagi. Nie jest to z pewnością najłatwiejszy temat, wymaga uważnego uchwycenia psychiki takiego bohatera, co jest niezwykle trudne – mało kto przez kilkanaście lat z własnej woli żyje na pustkowiu, widząc tylko jedną, przepraszam, dwie osoby, bez telewizora i Internetu, dlatego ciężko opisać jego emocje, dla nas przecież obce. I jeszcze silnie podkreślony wątek Willisa, będący dowodem na to, że pisarka ma ambicje jeszcze głębiej wniknąć problem, stopniowo odkrywając przed czytelnikiem dzieciństwo chłopaka – z pewnością niezbyt traumatyczne, ale mocno wpływające na psychikę tego wrażliwego, dziwnego człowieka – i pokazując nam psychologiczne, racjonalne wytłumaczenie źródła jego zachowań wobec Madory i Lindy. Obie te rzeczy zbliżają powieść raczej do psychologicznego thrillera, jednego z tych, które mają ambicję wiernie ukazać psychikę bohaterów, zamiast ukazywać jakąś sensacyjną akcję; sam motyw więzienia – chociaż za zgodą ofiary – i praktyk, do jakiś dopuszczał się Willis, jest bardziej charakterystyczny dla książek tego typu niż do powieści obyczajowej. Wszystko jednak komplikuje wątek Djanga, rasowa obyczajówka, bardzo zresztą schematyczna i wtórna, jak i historia jego rodziny, z niewiadomych powodów bardzo przez Autorkę rozbudowana. Powieść balansuje więc na granicy tych dwóch gatunków, łącząc je ze sobą w równych proporcjach, a potem – w finale opowieści – spleść je ze sobą, przez co książka należy do grupy tych dziwnych, oryginalnych opowieści, których gatunek wciąż pozostaje niezidentyfikowany, trudny do zdefiniowania. Czy to dobrze, tego nie wiem, bo czasami można przesadzić z rozpiętością gatunkową i polec, tutaj jednak oba gatunki bardzo się przenikają, dzięki czemu Autorka uniknęła chaosu, przynajmniej w wątku Madory. Bo bądź co bądź, w historii Djanga można by z powodzeniem wyrzucić całą tą opowieść o rodzinnych tajemnicach, które rozwiązują się po śmierci matki chłopca, Caro, i spadają na barki ciotki Robin. Nie wiem, jaki miało to wpływ na całą fabułę, chyba że pisarka chciała wprowadzić dysonans do harmonijnej historii i narazić się na moją krytykę. Owszem, historia ciekawa, ale przecież chciałam czytać o czymś innym! 

Fabuła rozwija się powoli, niemal niezauważalnie. Pisarka cierpliwie, rozdział po rozdziale, rozbudowuje percepcję czytelnika; z każdą stroną wzbogaca świat Madory o kolejne szczegóły, wypełniając początkowe zarysy postaci o nowe cechy. Najpierw, zanim przejdziemy do właściwej akcji,  dowiadujemy się historii młodości dziewczyny, by później obserwować Willisa i Madorę jako zwykłą parę, do której nie możemy mieć żadnych  - może poza miejscem zamieszkania – zarzutów, a on wydaje nam się naprawdę dobrym, szlachetnym człowiekiem, szczególnie, że jego działania na pierwszy rzut oka wydają się naprawdę szlachetne. Z każdym jednak rozdziałem powieść staje się mroczniejsza, niczym powoli przyciemniane zdjęcie, aż w pewnym momencie wydaje się, że dojdzie do ostatecznego rozwiązania, które, niestety, nie przyszło Autorce na myśl (morderstwo jednak nie pasowałoby do klimatu całości). A przecież trochę akcji jest dopiero na końcu książki, przez całą niemal powieść bohaterowie spełniają swoje codzienne obowiązki, żyją tak jak dotychczas – pod zwykłymi z pozoru zajęciami kryje się jednak podskórne napięcie, przez co powieść staje się pełna niedomówień i podtekstów – wymaga od czytelnika umiejętności czytania między wierszami i wrażliwej podświadomości. Druga z historii, mam wrażenie, że należy je omawiać oddzielnie, nie stawia takich wymagań, nawet jeśli chodzi o zrozumienie owej zagadki z przeszłości. Co prawda, grzechem byłoby stwierdzenie, że nie zdarzają się tam perełki, jak wizyta Djanga w szkole podstawowej w miasteczku ciotki, taka bolesna w swoim autentyzmie (wciąż mam nadzieję, że powstanie jakaś powieść poświęcona przemocy w szkole i jej mechanizmom) czy scena, w której bohater wpatruje się w puste samochody rodziców, wiedząc, że już nie wrócą. Jednak to już nie jest to – może jednak dlatego, że, powiedzmy sobie wyraźnie, Django nie jest tak ciekawą postacią, a jego wątek został za bardzo rozbudowany i wzbogacony o niepotrzebne sceny, mające tylko symboliczne nawiązanie do tytułu i tematu powieści. Czasami, szczególnie przy końcu, powieść epatuje tą miłą naiwnością, jaką jeszcze trzy lata temu nazwałabym nadzieją na lepszą przyszłość, tutaj jednak pisarka zaserwowała nam to w wersji mocno polukrowanej, radosnej, a przez to zupełnie nierealnej. Przynajmniej dla mnie. Zresztą, wszystko, co działo się przy końcu książki było nadciąganie, jakieś takie zbyt piękne, żeby było prawdziwe, drażniące. Mimo wszystko powieść potrafi wciągnąć czytelnika do wnętrza, w pewien sposób zaintrygować, trzeba dać jej tylko szansę i być cierpliwym, przedzierając się przez kolejne warstwy, w przypadku historii Madory, precyzyjnie skonstruowane w ciekawą, starannie napisaną opowieść. 

Jasne jest, że pierwszoplanową bohaterką jest Madora. Dziewczyna zagubiona w swoim życiu i uczuciach, córka marnotrawna, dziewczyna wykorzystana i dziewczyna skrzywdzona, nie tylko przez swojego chłopaka. To ona stanowi centrum tej historii, jej myśli i uczucia są ważne, najważniejsze. Autorka dość umiejętnie kreśli obraz ofiary, ale nie tylko Willisa – przecież dziewczyna nigdy nie spotkałaby go, gdyby nie narkotyki i szalone imprezy, a one były skutkiem rodzinnych, mrocznych spraw. Madora desperacko szuka bezwarunkowej miłości, ocalenia i akceptacji, dlatego tak łatwo poddaje się manipulacjom drugiej osoby, przecież tak dobrej i prawej, jaką jest Willis, lepszy nawet od matki dziewczyny. Paraliżuje ją strach, nie potrafi sama nic zrobić sama; potrzebuje kogoś, kto będzie ją prowadził, dopiero na końcu, kiedy jest być może już za późno, bierze los w własne ręce i zaczyna nim kierować. Budzi jednak sympatię czytelnika i współczucie, a także pewnego rodzaju obrzydzenie, bo my, istoty raczej niezależne, nie wyobrażamy sobie, jak z własnej chęci można komuś służyć i nie widzieć w tym nic złego (pachnie sektami, prawda?). Postać jest także nieźle skonstruowana, z pewnością widać, że w Autorka w kreację tę włożyła dużo pracy, ukazując możliwie jak najwięcej aspektów psychicznego uzależnienia Madory od drugiego człowieka. Jednak już od początku coś się psuło i Autorka, niestety, nie poprawiła tego do końca książki – postać głównej bohaterki jest bez życia, co takie znowu niepopularne wśród postaci książkowych nie jest. Bohaterka nie przypomina Belli ze Zmierzchu, jednak przypomina bardziej modelowy przykład psychicznego zniewolenia, jaki studenci psychologii poznają na zajęciach i z podręczników – zbiór cech, przeżyć, wspomnień i nic poza tym. Z pewnością to wina języka, jaki używa Autorka, o czym jeszcze będzie, ale także przerostu formy nad treścią. Pisarka, konstruując koronkową, wielopoziomową fabułę, zapomniała przede wszystkim o bohaterce, malując ją starannie zewnątrz, żeby pasowała, a środek, niestety, pozostawiając pusty. Wielka szkoda, bo w postać tę można by się z wgryźć, tworząc ciekawą, fascynującą wręcz osobowość, która wzbogaciłaby konstrukcję pisarki o nowe znaczenia i światłocienie. 

Z Willisem jest podobnie, chociaż jest postać pełniejsza i barwniejsza o historię z dzieciństwa, cień tajemniczej w gruncie rzeczy matki. Czasami, w najświetniejszych momentach powieści, staje się naprawdę groźny, straszny, jakby nie potrzeba było wiele środków, by stworzyć bohatera, którego wszyscy by się bali, złego do szpiku kości i będącego w rzeczywistości socjopatą, tylko grającego rolę dobrego chłopaka Madory i opiekuna zagubionej w życiu Lindy oraz starszych ludzi, którymi się opiekował (gdy odkryłam, jakie są jego prawdziwe zamiary wobec nich, bardzo się przeraziłam). Mimo że nie jest postacią dobrze zarysowaną, niewystarczająco szczegółowo nakreśloną (a Autorka raczej nie stosuje się do konkluzji księdza Twardowskiego, który kiedyś napisał, że warto pochwalić diabła tylko za to, że ma wyczesany ogon) ma w sobie coś fascynującego, pierwotnego i pociągającego; może przez wojskową przeszłość czy długie włosy, a może przez nienawiść, jaką darzy większość ludzi. Przez większość czasu jednak, niestety, zachowuje się jak modelowy psychopata i nie wzbudza żadnych emocji w czytelniku, przynajmniej we mnie. Może Autorka bała się zbytniego zbliżenia do kryminału? A może nie potrafiła sprostać zadaniu i zagłębić mroczną, pełną cierpienia, psychikę socjopaty? Przecież trudno to oddać słowami i nie popaść w kicz, jest trudniejsze niż większość innych rzeczy. Znów muszę powtórzyć to słowo, którego ostatnio nadużywam, co jest znakiem z pewnością złym: szkoda! Ile dałaby tej powieści postać, będąca jedną dziesiątą osobowości Hitlera czy (porównanie może zbyt jaskrawe) Hannibala Lectera, a nie jedną tysięczną!

Postaci innych jest niewiele – tu wyróżnia się Django, niczym nie wyróżniający się dwunastolatek, który ma sławnych, umarłych rodziców i, ponoć, wysokie IQ. Depresja chłopaka wyszła słabo, tak samo jak jego biadanie po śmierci rodziców, za to pisarka świetnie ukazała bogatą wyobraźnię chłopaka, dzięki czemu nawet go polubiłam, jeśli można lubić kolejną płaską postać, która, chociaż Autorka to wciąż powtarza, nie ma żadnych cech charakteru, które sprawiłyby, że postać ta stała się bardziej wiarygodna i żywa. Już lepsza od niego jest Linda ze swoim ognistym charakterem, z pewnością traumatyczną przeszłością i bezpośredniością, jednak ciężko jest ją polubić, a wyobrażanie sobie przebywanie z taką osobą w jednym pomieszczeniu z pewnością nie byłoby jedną z najmilszych rzeczy, delikatnie mówiąc (dlatego też podziwiam Madorę i przecieram oczy ze zdumienia, że można być tak łatwowiernym i poddanym komuś). Z drugiej strony, nie można się dziwić osobie tak długo przetrzymywanej w jednym miejscu, będącym jej więzieniem. Poza nimi mamy jeszcze suchą, nudną ciotkę Robin, zwykłą kobietę, która niczym się nie wyróżnia i nie budzi jakiś szczególnych emocji, jej matkę-podróżniczkę i ojca, postacie dramatu z tajemniczej karty życia matki Djanga. Wszystkie są podobne, przeciętnie nakreślone, bez ciekawszych, głębszych charakterów i ciekawych interakcji, idealnych na przeciętnych bohaterów książkowych, służących do popychania akcji do przodu. A szkoda, bo powieść w tej materii ma bardzo duży potencjał, rezolutnie zaprzepaszczony przez Autorkę – samych uczuć Madory i Willisa starczyłoby na sześćset stronicową powieść. 

Okładka przede wszystkim pasuje do serii, ponadto odznacza się nowoczesnym, ciekawym designem. Zastosowanie niemal całej tęczy tutaj nie razi, sprawia tylko, że pomimo minimalistycznej ilustracji, okładka sprawia wrażenie pełnej, a jednocześnie bardzo ciekawej i odpowiedniej dla powieści. Prosty krój czcionki, jakim na okładce napisano nazwisko pisarki i tytuł, również jakoś dziwnie pasuje, sprawiając, że po prostu miło patrzy się na okładkę, nie dostając oczopląsu przy licznych zawijasach i rozmiarach użytej czcionki. Trzeba także przyznać, że obrazek na okładce jest ciekawy, intrygujący; dziewczyna wpatrująca się w motyla uwięzionego w słoiku to metafora nawiązująca nie tylko do treści książki, ale i do samej jej treści, co chwali się Wydawnictwu.  Wydanie jest bardzo przyzwoite – miękka okładka przyjemna w dotyku, tak samo jak kremowy papier, a skrzydełka dodają powieści nieco powagi (mam takie dziwne uczucie, że oprawa broszurowa jest najskromniejsza, a skrzydełka dodają książce nieco szyku, cóż, może jestem dziwna). 

Najbardziej przygnębiającą rzeczą, jaką zaznaczali także inni recenzenci, jest język, jakim powieść została napisana. Oczywiście, z zasady nie mam nic przeciwko stylowi prostemu i komunikatywnemu, który sprawia, że daną powieść czyta się szybko i sprawnie, nawet w jeden czy dwa wieczory, jednak nie lubię popadania w skrajności – w barkowe frazy z jednej strony i suchy język znudzonego reportera z drugiej, najgorzej jednak jest z wahaniem się pomiędzy stylem prostym, przyjemnym, ale pełnym emocji, warstw i znaczeń, które potrzebują skupienia i czasu a suchymi, plastikowymi niemal relacjami o myciu się, ubieraniu oraz podobnych czynnościach, na co decyduje się pisarka. Jeśli rozdziały o Madorze napisane są co najmniej przyzwoicie, na tyle, bym czuła pulsujące emocje, to historia Djanga i jego rodziny zdecydowanie nie grzeszy dobrym stylem, jeśli można tak delikatnie powiedzieć, czyta się jak pierwszą lepszą opowieść obyczajową, taktującą o problemach miłosnych młodej Francuzki, czyli zupełnie nie tak, jak powinno się pisać o tematach poruszanych przez pisarkę. Za prosto. I w ogóle, jakoś tak czasami za sztuczno. A przede wszystkim za powierzchownie, by wgryźć się w problem, odkrywając przed czytelnikiem kolejne warstwy i znaczenia opowieści, by ukazać bohaterów jako pełnowartościowe, żyjące osoby, przeżywające swoje problemy i  radości, wiarygodne i wzbudzające żywsze uczucia czytelników. Na dłuższą metę dostałabym także choroby lokomocyjnej, albo zemdliłoby mnie od kolejnych fragmentów, które czyta się tak miło, pośród których czai się sztuczność i zbytnia prostota, jak przeciągnięcie długimi pazurem po tablicy. 

Należy jednak pochwalić Autorkę za dialogi, momentami bardzo żywe, a także podjęcie wielkiego trudu, jakim jest napisanie opisów, niedługich i niezbyt ciekawych, to prawda, ale samo zauważenie wokół bohaterki przyrody i jej opisanie, podkreślające jeszcze bardziej jej alienację i samotność zasługuje mój szacunek dla pisarki i wszelkie pochwały – jak widać jest jeszcze ktoś, kogo w świecie łączy internetowych i metropolii potrafi zauważyć urodę kamienia w kanionie Evers… 

Szczerze mówiąc, sięgając po książkę nie wiedziałam, czego miałam spodziewać się po książce, dlatego zbytnio nie czuję się zawiedzona, chociaż temat zasługiwałby na znacznie rozszerzenie, spojrzenie głębsze i bardziej przenikliwe, bardziej szczegółowe pytania, sięgające jeszcze bardziej w psychikę i przeszłość bohaterów; bez tych skoków w bok do innych historii i wątków, za to jeszcze bardziej pogłębiając uczucie samotności Madory i ograniczając akcję do tego, co dzieje się między główną bohaterką, jej chłopakiem i Lindą. Wtedy książka byłaby mniej pospolita a bardziej jeszcze ciekawa i jednoznaczna, bardziej niepokojąca i bliższa moim ideałom. Jeszcze raz powtórzę to słowo, które zbyt często tu czytacie: szkoda! Wielka szkoda! Ale po co biadam, skoro wszystko się skończyło się dobrze? Madora przecież wróciła do domu, odbierając od życia jedną z tych wielkich lekcji. A to najlepsze zakończenie dla tej historii – chociaż niezbyt prawdopodobne – jakie można sobie wyobrazić. Prawda?

Tytuł: „Uwięziona”
Autor: Dursilla Campbell
Moja ocena: 4,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Media Rodzina