
Trzeba
przyznać, że bardzo zafascynował mnie wątek Alberta Stucky'ego i
jego roli w życiorysie agentki specjalnej FBI Maggie O'Dell. Gdzieś
było napisane, że kiedy jeszcze nie znano jego imienia i nazwiska,
przezywano go Kolekcjonerem, bo kolekcjonował swoje ofiary, a
później je powoli zabijał, odcinając im części ciała i
podniecając się ich krzykiem. Maggie wciąż wspomina, jak
przywiązał ją do słupa i kazał patrzyć na krwawe dzieło.
Chciałam o tym przeczytać szczegółowo, jednak ... no, cóż.
Książka, która, jak sądziłam, jest prequelem właśnie o Stuckym
(zmylił mnie tytuł i fantastyczna, pełna krwi okładka),
opowiadała o czymś całkiem innym i w dodatku o czymś, co nie
dzieje się jakiś czas po „Zabójczym wirusie”, książce, którą
na razie nie mogę przeczytać, bo chrzestna ją zgubiła czy gdzieś
zostawiła.
Moje
niezadowolenie powiększył jeszcze fakt, że będę musiała
przeczytać to na ebooku, bo oczywiście chrzestna tą pożyczyła.
Kiedy zasiadłam przed komputerem i zorientowałam się, że nie jest
to powieść tylko obszerne opowiadanie, coś w rodzaju
mikropowieści, zdziwienie powoli ustępowało złości. To, co
zastałam w środku, sprawiło, że niemal dostałam szewskiej pasji.
Na
plaży Pensacola niedługo ma się rozpętać huragan. Ratownik
wodny, Elizabeth Baliey, odkrywa lodówkę z kawałkami ludzi: torsem
mężczyzny, który zginął w czasie huraganu, nogę przestrzeloną
kulą i kilka rąk. Tymczasem szef zakładu pogrzebowego, Scott,
zawiera znajomość z pewnym człowiekiem, który rżnie ludzi na
kawałki i sprzedaje chirurgom. Maggie, która przyjechała na
miejsce zbrodni, ma odszukać mordercę. Jej przyjaciel jedzie do
szpitala dla żołnierzy, którzy po misji w Afganistanie potrzebują
protezy, ponieważ zapanował tam jakiś dziwny wirus, na który
umierają żołnierze. W ogóle dzieje się coś niezrozumiałego, a
wszystko wskazuje na to, że za tym stoi jakaś wielka korporacja.
Gdy w dzień przewidywanego huraganu, Maggie, która wie wszystko o
mordercy, co jej się przyda, rusza na odsiecz porwanemu ojcu Liz i
Charlotte, pani w starszym wieku mieszkającej nad morzem. Wszystko
staje się jasne – morderca porwie swe ofiary, by je poćwiartować
i sprzedać. W czasie huraganu nikt przecież tego nie zauważy.
Dołączone
do mikropowieści opowiadanie jest jakby kontynuacją, ponoć
rozstrzygnięciem całej sprawy zostawionej w mikropowieści. Akcja
to znalezienie trupa, jak się domyślam, Joego Blacka i poznanie
jego żony.
Bez
ogródek muszę stwierdzić, że to najsłabsza książka Autorki
doskonałych thrillerów psychologicznych. Plusami są... chyba tylko
mrok, jaki posiada ta historia. Bo jednak czuć na plecach powiew
huraganu Issac, w nosie gryzący zapach maści VapoRub, a przed
naszymi oczyma pojawiają się to młodzi, umierający żołnierze, a
to poćwiartowane kawałki ludzi wymieszane z różowawym płynem i
upchnięte do turystycznej lodówki. Ale reszta? Oprócz świetnej,
jak zwykle, Maggie O'Dell, mnóstwo określeń na sztywniaków nie ma
tu nic, co by ciekawiło. Trochę wszystko po wierzchu, mikropowieść
pozbawiona normalnego zakończenia a opowiadanie przypominające
nieco kadr z podrzędnego filmidła „kryminalnego”. A to
tłumaczenie spaprało całą książkę jeszcze bardziej.
Pokawałkowane? Eh, a poćwiartowane to synonim i ładnie brzmi,
jakby ktoś nie wiedział. Całość nie fascynuje, nie pociąga, nie
bawi, nie interesuje. Szkoda, bardzo wielka szkoda, bo ta historia ma
wielki potencjał.
Styl
opowiastki? Prosty i nieco męczący, jakby pisarka pisała, leżąc
w łóżku na świnkę, albo inną chorobę. Albo jakby jej się nic
nie chciało i opowieść nią samą nudziła. Bohaterowie? Oprócz
Maggie O'Dell i Scotta nic ciekawego naprawdę. Liz to taka
wonderwoman, że krzyczeć się chce, Joego Blacka tak naprawdę nie
poznajemy, a ojciec Liz i Trish, żony Scotta, nie zachowuje się jak
staruszek, jakim jest naprawdę. I gdzie się podział Tully? Gwen? O
Nicku to już nic nie mówię.
Czytając
już opowiadanie, miałam niemal łzy zawiedzenia w oczach. Taka
dobra pisarka, takie świetne powieści, a tu nagle plama! Gorzej –
nie wynagrodziła mi tego, że ta książka jednak nie była
prequelem o Stuckym. Może trochę przesadzam, ale ja mam takie
skłonności do przesadzania i było mi naprawdę źle. Może to
kryzys twórczy? Chyba tak, ale wiadomo – kryzys zmniejsza
popularność, bo gdybym zaczęła czytać od tej pozycji, wątpię
czy bym w ogóle czytała dalej, inne, lepsze powieści. Tak czy siak
– nie wiem, czy polecam, chyba że ktoś jest takim napaleńcem jak
ja i chce przeczytać wszystkie książki. Wtedy lepiej jest
wypożyczyć z biblioteki lub też ściągnąć ebooka, żeby nie
marnować kasy i przeczytać o Kolekcjonerze, ale nie numerze
pierwszym – idealnie złym Albercie Stuckym, tylko o jakimś tam
kolekcjonerku, oznaczonym podrzędnym numerem dwa.
Tytuł:
„Kolekcjoner”
Autor:
Alex Kava
Moja
ocena: 3/10
(recenzja archiwalna)
(recenzja archiwalna)
Niewiele zalet. Jak widać dobór słów przez tłumacza ma też duże znaczenie...
OdpowiedzUsuńZaskoczyła mnie Twoja recenzja, sporo dobrego słyszałam o książce
OdpowiedzUsuńMiałam identyczne odczucia po tej książce. Mocno mnie zawiodła.
OdpowiedzUsuńKsiążke Kavy już mam. W końcu poznam pióro tej wychwalanej pisarki.
OdpowiedzUsuńDla mnie Kava w ogóle jest bardzo marną pisarką i wcale się nie dziwę, że książki spod jej pióra wypadają dosyć blado.
OdpowiedzUsuń"Kolekcjoner" jest faktycznie jedną z gorszych książek autorki, ale od następnej części już się robi o wiele lepiej i pani Kava wraca na dobre tory :)
OdpowiedzUsuńhttp://pasion-libros.blogspot.com
A myślałam, że tylko ja jestem niezadowolona po lekturze. Czytałam jakiś czas temu i nie podobała mi się ta książka. Pozycje Kavy lubię choć nie czytałam jeszcze wszystkich :) Po lekturze tej książki nie zniechęcam się :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :D