czwartek, 9 października 2014

Ułamek sekundy ze skalpelem. Recenzja książki

Czytam wiele książek, czasami kilka dziennie, jeśli są wakacje. Ebooki, wydania papierowe. Pożyczam od chrzestnej, ciotki, rzadziej od koleżanek (one myślą, że zjadam książki), poluję na Allegro, na wyprzedażach, w Empiku. Nie mogę przeżyć dnia bez dotyku książki, bez przeczytania chociaż kilku linijek. Nie pamiętam wielu książek, które czytałam, a zrecenzowanie wszystkich ich jest niesamowicie trudne. No w końcu mój staż jest bardzo długi: namiętnie czytam od szóstego roku życia. Teraz czytam bardzo szybko i bardzo dużo. To jest mój jedyny, najdoskonalszy świat.

Widzę powiązania między różnymi książkami. Widzę wątki, motywy, które się powtarzają. Znam kilkaset wariantów tej samej historii – na przykład morderstwa. Bo przecież na tym bazują kryminały, a ich jest wiele, bardzo wiele. Mnóstwo. Całe stosy, wystarczająco dużo, żeby zrobić z tego bibliotekę. Dlatego pewne rzeczy mogą się powtarzać, niestety. Czytamy jakąś książkę i wiemy, co będzie dalej. Dlaczego? Otóż owa historia niewiele różni się od tej, którą czytaliśmy kiedyś.... albo jakiś czas temu. Są jakieś szczegóły, które różnią fabuły różnych Autorów, bo w końcu każdy ma inny pogląd na świat (prawda?) ale ogólnie jest bardzo, bardzo podobnie. Często mi się tak zdarza, wręcz w nawale współczesnej i nie tylko literatury trudno znaleźć już coś oryginalnego albo świeżego. Czasami, co jest już skandalem, fabuły są dokładnie małpowane, czasami nawet nie świadomie, bo tematy są popularne, a czasami przychodzą do głowy pisarzowi, który nie wie, że ktoś inny pisał na ten temat.

Tak jest z najnowszą książką Autorki thrillerów medycznych, do której twórczości zaczęłam się przekonywać zupełnie niedawno, kiedy przeczytałam jedną z najnowszych książek, rzecz bardzo dobrą. Ponieważ owa książka była w środku serii, chciałam zobaczyć, co było przed i sięgnęłam po następną książkę, również pożyczoną od chrzestnej. I... no cóż. Bardzo przypominało mi inną serię, również bardzo dobrą i również pisarki z Ameryki, której jedna część była prawie taka sama, przynajmniej w najważniejszych aspektach.

Jane Rizzoli ma twardy orzech do zgryzienia. Otóż śledztwo, które teraz rozpoczyna, roztacza przed nią całą falę straszliwych wspomnień – sposób, w jaki zabito doktora Veagera (jego żonę, Gail, uprowadzono, by później znaleźć trupa w momencie dość zaawansowanego rozkładu w lasku, na granicach miasta) wskazuje na jej koszmar, na Warrena Hoyota, który siedzi w najlepiej strzeżonym więzieniu. Człowiek ten ma obsesję na punkcie patrzenia na ofiary, dominowania nad nimi, słuchania ich krzyku, napawania się ich bólem, a ponadto ma obsesję na punkcie krwi, ponieważ kiedyś był analitykiem. Kocha jej konsystencję, zapach, smak, kolor, uwielbia na nią patrzyć, nurzać się w niej. Dlatego dla niego najbardziej podniecającą rzeczą nie są narządy rozrodcze, jak by można było przypuszczać, ale ... szyja. Tak, szyja, gdzie mamy tętnicę i żyłę szyjną, gdzie wyczuwa się puls. Tam jest najwięcej krwi: tej żylnej, ciemnej i tej tętniczej, jasnej i jedwabistej. Można by powiedzieć: Wampir! Człowiek ten sprytnie ucieka z więzienia, zabijając przy tym trzy osoby skalpelem. I wychodzi na miasto, by razem ze swoim wspólnikiem, nekrofilem (nie powiem, co to jest, jak ktoś nie wie, to ciocia Wikipedia powie) i fanem demonstracji swojej dominacji, by zabijać. Mają tylko jeden cel: wyniszczoną psychicznie Jane Rizzoli, z bliznami na rękach od wiercenia w nich skalpelem – pamiątce po Hoyocie. Tymczasem ona nie marnuje czasu - prowadzi śledztwo, dość ślamazarne. I jeszcze ten głupi, tajemniczy i przystojny agent FBI, Gabriel Dean, któremu już raz po ciemku groziła pistoletem. Wie, że kiedyś ją dopadnie, ale kiedy tak się staje, sprawy przybierają niespodziewany obrót i to ostatecznie zwycięża Rizzoli, jednak Hoyot żyje dalej i dalej fantazjuje na tematy związane z szyjami kobiet i krwią.

Od razu nasuwa mi się wyraźny związek tej książki z powieścią innej amerykańskiej pisarki, Alex Kavy. Tam też mamy niesamowicie podobną sytuację. Morderca nazywa się Albert Stucky, podniecenie dla niego do krzyk kobiet, którym odcina niektóre części ciała, uciekł z więzienia. Zwabił Maggie, główną bohaterkę tamtej książki, do magazynu by patrzyła, jak zabija kolejne kobiety, wyniszcza ją psychicznie. Ucieka z więzienia, by skończyć raz z zastraszoną Maggie, która jest na granicy załamania nerwowego. Ma partnera, którego, nawiasem mówiąc, zakatrupił. I jest wcielonym Złem, takim złem, że nie może by większego. Recenzja tej książki – nazywa się ona „W ułamku sekundy” - gdzieś tutaj jest, tylko bardzo już zakopana. Podobieństw zauważamy wiele: ten sam prawie typ zdobywania przyjemności, chęć wykończenia agentki/policjantki, wyniszczenie nerwowe owej, umieszczenie faceta w najgorszym więzieniu, ucieczka, zakończenie. A także wcześniejsza pułapka. I to bardzo typowe zamienianie domu w fortecę. Obie opowieści różnią się szczegółami: Stucky, by uciec zabił strażników, a Warren uciekł się do podstępu medycznego, ten pierwszy został zabity, drugi żyje, obie panie wyszły z tego cało. Maggie miała partnera w śledztwie, ale Tully to rozwodnik z dorastającą córką Emmą, a agent FBI Dean... Hm, to już pozostawię czytelniczkom, dobrze? Poza tym bohaterka Kavy jest agentką federalsów, a Jane tylko bostońskim gliną. Swoje ofiary Stucky zakopuje w śmietnikach, natomiast połowę ofiar Warrena znajdujemy w domu, połowę w lasku. Albert raczej nie przebiera w wyborach narzędzia zbrodni, zaś ten kocha skalpel. Jest chirurgiem.

Ale wracam i zaczynamy sobie analizować książkę, zaczynając, naturalnie, od plusów.

Postaci mamy świetnie skonstruowane i wyraźnie rozdzielone na pierwszo – i drugoplanowe. Główną bohaterką jest Jane, która chce we wszystkim dorównać kolegom z pracy i w dodatku uważa się za twardziela. W rzeczywistości, głęboko pod tą powłoką, kryje się samotna, przerażona koszmarem, który powrócił dziewczyna. Bezbronna, samotna. Oszukująca siebie - nawet bardzo skutecznie – próbuje sobie wmówić, że jest zdolna prowadzić dalej to śledztwo, że się niczego nie boi, że jest osobą wytrzymałą, niezwykłą i tak dalej i mocno owijająca się w tej skorupie. Postać owa ma w sobie dużo wad i zalet, jest wyrazista, pełnokrwista i sympatyczna, bo tak naprawdę nie trzeba być Gabrielem Deanem, żeby wiedzieć, że pod tą skorupą kryje się bezbronna, przerażona kobieta w dodatku wykończona psychicznie i fizycznie. Ale rozumiemy jej potrzeby i tak naprawdę głęboko jej współczujemy i czujemy do niej pewien rodzaj sympatii i respektu. Gabriel Dean – tutaj tajemniczy, piekielnie spokojny i opanowany agent FBI, były wojskowy, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i rządzenia, wobec tego raczej na początku nie czujemy do niego sympatię. Maury jest tutaj jak na lekarstwo, chociaż mamy o niej kilka ciekawych szczegółów – nazywają ją Królową Trupów, na przykład, ale nie dowiedziałam się niczego więcej. Na dobrą sprawę, nie wiem o niej więcej niż z poprzedniej książki - „Autopsji”. Jest tu także Vince Korsak, przez większą część książki jest po zawale, ale w momentach, kiedy jeszcze jest na chodzie, rzuca swoimi dość nieśmiesznymi żartami i robi za 'nierozgarniętego gliniarza'. Bardzo go lubię, nie jest drętwy, jest sobą i niczego nie udaje. Jest prostolinijny, niemal jak dziecko, jednak gdzieś tam ukrywają się jego rany. Ma żonę lekomankę, nieciekawe życie prywatne i lubić pić (o czym świadczy jego brzuch). Barry'ego Forsta nie doświadczyłam, przewija się gdzieś bardzo w tle i rzadko można go spotkać na kartach książki.

Język jest prosty, właściwie się nie zmienił do czasów, gdy Autorka pisała romansidełka wymieszane nierówno z kryminałami. Lekki, przyjemny, staranny. Pedantyczny. Ale to nie wpływa na jakość książki – wręcz przeciwnie – bardzo przyjemnie czyta się opisy. A są to opisy nie byle jakie, bo opisują nie tylko przeżycia bohaterów i obrazują nam plastycznie miejsca zbrodni ( to prawdziwa uczta dla mnie, przyznaję się!). Wielkim plusem jest też to, że wszystko opisane jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale rozdziały z perspektywy Warrena, dające mu głos i pozwalające na wniknięcie do jego mózgu jak najgłębiej jest rzeczą fascynującą – te jego śmierdzące wampiryzmem historie o krwi, czyli pulsującym w żyłach życiu, którego on kochał ludzi pozbawiać. Mmm..
.
Akcja jest szybka i dużo się dzieje, więc czyta się zapartym tchem. Ledwo się kończy wizyta u ofiary, zaczyna się prawdziwa policyjna akcja, a kiedy to się skończy, uczestniczymy w autopsji czy poznajemy losy ofiary Warrena. Na końcu, niestety, lekko stopuje, ale to tylko dlatego, że zaczyna się wątek romantyczny (tym razem mogę spać spokojnie, bo to delikatny romans umiejętnie wtopiony w mocny kryminał), by zakończyć się gwałtownie i niespodziewanie. Nie ma miejsca na nudę, no, chyba że kogoś straszliwie odrzuca od nawet najmniejszej cząstki romansu, albo ktoś czytał setki podobnych do tej książek i wie, jak to się skończy.

Okładka jest – tak jak poprzedniej książki – bardzo dobra. Minimalistyczna, od razu kojarząca się z thrillerem medycznym: sterylna, biała okładka, tytuł i autor oraz czerwona plamka, jakby krwi, u góry w poziomym, lekko innego koloru kwadracie. Gdyby postawić książek w tłumie krzykliwych okładek przyciągałaby wzrok i od razu sugerowała tematykę. Choć.. Mam pewne obiekcje co do tytułu. Tego angielskiego i polskiego, bo to jedno i to samo. Skalpel był ukochanym narzędziem zabijania Warrena, nie powiem, no ale dużo skalpela tam nie ma. Dwie, trzy wzmianki. Tytułem książki powinno być coś, co jest esencją książki, kluczem do zinterpretowania, podsumowaniem i wskazaniem znaczenia tego, o czym mówi nam powieść. A nie... szczegółem.

Pisarka coraz bardziej mnie zadziwia, choć wykorzystuje czasem przereklamowane tematy i schematy. Każda następna jej książka jest coraz lepsza, czyta się szybciej, płynniej, lepiej, z większą chęcią. Szybciej. Podejmuje czasem kontrowersyjne tematy, pokazuje, do czego może dojść umysł psychopatycznego mordercy. I tutaj pojawia się minus, za który, postępując zgodnie z moją tradycją, nie odejmę punktów. Co to? Oczywiście, czyta się błyskawicznie, w ułamku sekundy dosłownie. I jak tamtą powieść Alex Kavy przeczytałam w ułamku sekundy, tę również, z tą jednak różnicą, że trzymałam w ręku śmiercionośny skalpel...

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Skalpel”
Moja ocena: 6/10 

(recenzja archiwalna) 

5 komentarzy :

  1. Spodobała mi się ta książka :) Autorki jeszcze nie znam, ale zapragnęłam ją poznać

    OdpowiedzUsuń
  2. Coraz ciężej o oryginalne kryminały... jakby wszystkie możliwe pomysły zostały już wykorzystane. Mnie jednak najbardziej irytują śledztwa na własną rękę. Tytuł rzeczywiście nie powala, można się było bardziej wysilić. Lubię wartką akcję... więc jeszcze nad tą tutaj pomyślę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie czytałam powieści tej autorki, ale słyszałam pozytywne słowa, dlatego chętnie kiedyś nadrobię zaległości :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Słyszałam już sporo o tej pozycji. Jedni ją chwalą, inni ganią. Aż ciekawa jestem jak ja bym ją odebrała. Rozejrzę się za nią...

    OdpowiedzUsuń
  5. Muszę się w końcu zapoznać z Tess Gerritsen i wyrobić sobie własne zdanie o jej twórczości.

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!