poniedziałek, 9 czerwca 2014

Nowe tchnienie, nowa krew. Recenzja książki

Hiroszima. Nagasaki. Czarnobyl. Te trzy miejsca mają ze sobą dużo wspólnego. Wszystkie trzy stanęły przed potworną tragedią – bomba atomowa. Ta potworna broń, mogąca bezkrwawo zniszczyć miliony istnień ludzkich, pozostawiła na świecie wciąż niezagojoną ranę. Chociaż się o tym nie mówi, jej wybuch/lub wybuch elektrowni atomowej powoduje straszliwe okropieństwa (ten pozorny błąd jest tutaj jak najbardziej na miejscu). Wtopienia się w ludzi w różne rzeczy, innych ludzi, ziemię, skały. Wyparowanie. Budzące grozę mutacje dzieci, utworzone w wyniku promieniowania, urodzonych się kilka lat po katastrofie. Nowotwór. Wystarczy obejrzeć kilka przykładowych filmików na YouTubie, by nie spać całą noc. Wystarczy przeczytać moją recenzję, jak zwykle beznadziejną, by nie móc przestać o tym myśleć, przynajmniej ja tak zrobiłabym na waszym miejscu.

A co, jeśli faktycznie Europa czy Ameryka zostały zbombardowane, a ci, którzy byli w to wtajemniczeni, ukryli w się w Kopule, miejscu, gdzie można żyć normalnie (no, w miarę normalnie)? Co, jeśli na zewnątrz żyją dzicy, pokaleczeni ludzie, a po ulicach krąży OPR, którzy zabierają szesnastoletnich ludzi, by ćwiczyć ich jako żołnierzy, albo zabijać, gdy są zbyt pokaleczeni? Co, jeśli ci ludzie postanawiają się zbuntować i zająć Kopułę, gdzie, wbrew wszelkim pozorom, ludzie nie mają się dobrze? Co jeśli Ziemia jest jednym wielkim piekłem? I co, gdy syn jednego z największych przywódców kopuły postanawia się zbuntować?

Już dużo wam zdradziłam. Chyba nie powiedziałam tylko, że główna bohaterka nazywa się Pressia, a ów zbuntowany młodzieniec Patrige. Razem, wraz z ukochanym Pressi, wyruszają na pełną niebezpiecznych perypetii podróż, by odnaleźć matkę .. Dobra, powiem inaczej: Łabędzicę. Kogoś w rodzaju Kosogłosa z Igrzysk Śmierci. Kosogłosem była Katniss, a Łabędzica to matka.. No i znów bym powiedziała, bo ten wątek jest bardzo fascynujący i nawet mnie, osobę, którą ponoć nic w książkach już nie zaskoczy, szczęka opadła, dotykając klawiatury. Musicie sami przeczytać i sprawdzić. Choćby dlatego. W każdym razie podróż jest pełna niespodziewanych zwrotów akcji, sytuacji, których byśmy się nie spodziewali oraz ciekawych bohaterów i okropieństw świata po Wybuchu.

Największym plusem powieści są chyba postacie. Dość głębokie, oryginalne, wyważone, ciekawe. Pressia to zwykła dziewczyna, która już prawie nie pamięta świata Przed, a Patrige jest niezwykle silną osobowością, a także jest niezwykle inteligentny i odważny – wychowany w sterylnej, pozornie bezpiecznej rzeczywistości Kopuły decyduje się wyjść na Zewnątrz. Co na pewno zachęci przyszłych czytelników, możemy także prześledzić jego miłość do Lydy, również ciekawej postaci kobiecej. Jednak nic nie dorówna oficerowi OPR, który swój los łączy z Pressią – El Capitanowi. On chyba sam zapomniał, jak się naprawdę nazywa, a los i okrutny Wybuch złączył go na zawsze z młodszym bratem. I właśnie ta relacja, pełna miłość i nienawiści, sprawia, że jest to najgłębsza, najciekawsza i najlepsza postać z tej książki. Pisarka przeszła samą siebie. Każdy z tych bohaterów jest inny i bardzo rzeczywisty. Pełnokrwisty. Nie zerwany jak Filip z konopi, jak wszystkie lalusiowate dziewczynki z paranormal romance, które pasują do powieści przepełnionych złem jak kwiatek do kożucha, albo jak ja do kursu fizyki kwantowej. Tutaj każda postać sprawia wrażenie, tego, że jest na swoim miejscu, jeśli wiecie, co to ma oznaczać. Mamy buntowników i w Kopule i poza nią, ludzi oddających Kopule niemal boski kult, ludzi takich, którzy starają się przeżyć dzień po dniu i takich, którzy zostali wojownikami, by przetrwać jakoś w tym świecie i zapewnić sobie spokój.

Język Autorki jest prosty, jednak barwny i pełen zaskakującej świeżości. Nie wypisuje jakiś totalnych bzdur, jakiś ochów i achów Pressi do jej chłopaka, wyraża się jasno, konkretnie, a jednak jej styl ma pewien urok. Czasami pisarka stosuje porównania i są to porównania jedyne ze swoim rodzaju, nie takie w stylu mroku jak aksamit,co można spotkać w każdym paranormal romance. Dzięki temu czyta się lekko, szybko i z wielkim zaciekawieniem, co sobie chwalę. Jest niejako płynność, finezja i całkiem niegłupio przedstawione wydarzenia. Gratulacje i za to.
Jednocześnie styl pisarki to największe przekleństwo tej książki. Historie przez nią opowiadane są realistycznie opisane, że czytelnik wierzy w ich prawdziwość, a jednocześnie wżerają się w umysł i chyba już nigdy stamtąd się nie wydostaną. Chyba nigdy w życiu nie zapomnę historii mężczyzny, który stopił się z silnikiem własnego samochodu i poprosił żonę, by włączyła samochód i go zabiła.. Nie wspominam o tym, przeczytajcie sami, jeśli macie odwagę.

Szczerze mówiąc, nie można mi dogodzić. Jestem kapryśna niczym hiszpańska infantka. Kiedy nie ma w książce wystarczającej liczby opisów, lub gdy te opisy są takie, że Pan Bóg by umarł z przerażenia, narzekam, że nie ma i wystawiam powieści bardzo niską ocenę. A kiedy są – jak w tej książce – piszę, że powinno ich nie być. Powinny być didaskalia, bez opisów. Opisów, które zostają pod powiekami, nawet kiedy zamknę oczy. Opisów, w których oczami Pressi widzimy okaleczonych ludzi i jednocześnie czytamy jej obojętne komentarze, jakby widok człowieka, który ma w plecach żyjące ptaki czy drut wokoło szyi, był zupełnie normalny. Przepraszam. Dla niej jest normalny. Dla mnie, przykładowo, nie. Opisy Autorki są wystarczająco plastyczne, żebym czuła klaustrofobiczną obecność Kopuły wokoło mnie i nade mną, ten strach, który ogrania cię, kiedy uświadamiasz sobie, że zaraz zginiesz marną śmiercią.. Brr.. Zbyt plastyczne, jak ta żona wieśniaka zawinięta w tataraki. Ciągle, kiedy sobie to przypomnę, mam ową nieszczęśnicę przed oczami. Nie wspominając o Pyłach czy innych straszliwych istotach, w które przemienili się ludzie po Wybuchu. O upiornych Matkach i istotach, w których przemieniali się chłopacy z Akademii Patrige'a. Nie chcę o tym myśleć, a jednocześnie nie mogę przestać.

Fabuła, jak rzadko której książki, wciąga. Mimo grozy świata przedstawionego, człowiek ma ochotę śledzić wydarzenia, kibicować bohaterom w ich zmaganiach z groźnym światem i dowiedzieć się więcej o Łabędzicy. Niestety – książka jest zbyt ciekawa i w końcu docieramy do ciekawego, ale nie pozostawiającego żadnej nadziei finału pierwszej części. Finału takiego, że przez jakiś czas trzeba odsapnąć i pomyśleć, zanim zdecyduje się na sięgnięcie po część drugą. Choć tą jeszcze nie skończyłam – trzeba odpocząć od makabrycznego świata. W każdym razie mamy pecha czuć się tak, jakbyśmy z bohaterami przemierzali kilometry ruin pełnych niebezpiecznych istot, które kiedyś były ludźmi i widzieć śmierć.. Ojej. Zaraz byłby spojler. Przepraszam.

Wkurzała mnie jednak rzecz, która zawsze wkurza mnie w dystopiach „poigrzyskowych”, mianowicie powtarzalność pewnych wątków i motywów. Najbardziej rzucającą się kwestią jest obecność kobiety-symbolu ze znakiem jakiegoś ptaka, w formie broszki czy naszyjnika. O ile u pani Collins był to jej wymyślony, autorski kosogłos, to Autorka tej powieści zdecydowała się na dość banalnego łabędzia. No i w dodatku na naszyjnik, co za bardzo kojarzy się z broszką Katniss. Poza tym, kiedy dowiedziałam się o tym, że OPR zabiera ludzi w wieku 16 lat, zrobiło mi się, mówiąc delikatnie, niemiło, zupełnie jak wtedy, kiedy czytam o tym samym wampirze tylko pod innym imieniem i w innej książce. W dodatku już się bałam, że będzie znienawidzony przeze mnie trójkącik miłosny, ale Patrige okazał się... Nieważne. W każdym razie nie ma trójkącika miłosnego, a wątki romantyczne są poboczne (w sumie, ta Lyda była bardzo denerwująca). Jednak, mimo że Kopuła nie przypomina Kapitolu, rozkład sił niemal do złudzenia przypomina Złego Wujaszka Snowa. Cóż, zawsze widać, czym się ktoś inspirował. Niestety.

Mimo że to jest dobre wydawnictwo, okładka nie jest raczej dobra, wręcz przeciwnie. Zbyt jasna, jak na książkę, którą zakrywa mrok i straszliwe rzeczy, które dzieją się przed oczami czytelnika. Mamy tam Pressię w kapturze, czerwone coś, co powinno być chyba łabędziem, jakąś czarną łunę w tle (czy to jest bomba atomowa?), bardziej różową niż czerwoną i coś w górze co zawsze będzie mi przypominać balon z dżinsu. Co to, do tysiąca pieczonych kurczaków, jest? Ogólnie przypomina okładkę jakiś wspomnień wojennych, albo jakąś powiastkę SF, a nie coś takiego. Czy w świecie zainfekowanym pyłami bomby atomowej może być tak jasno, jak jest na okładce? Nie sądzę.

Nie polecam ludziom o słabych nerwach, nawet tym, którzy potrafią obejrzeć jakikolwiek film wojenny (albo historyczny) bez mrugnięcia okiem. To jest, jak to mówi moja ciocia, wyższa szkoła jazdy. Nie bluzgające krwią ludzkie gardła i inne miejsca na ciele, ale żyjące monstra, potwory i ludzie z kawałkami szkła wtopionymi w ciało. Bardziej straszne, bo realne – Autorka na końcu umieszcza tytuły książek o Hiroszimie, które inspirowały pisarkę i służyły jako pomoc naukowa. Kto nie wierzy, pełno tych przerażających świadectw znajdzie w Internecie. Proszę, wpiszcie to w Google, tylko później nie miejcie koszmarów w nocy.

Technicznie to bardzo dobra książka. Bardzo. Jestem zadowolona, że na nią trafiłam. Może nie będzie popularna długo, ale na pewno pozostawi po sobie jakiś ślad u bardziej ambitniejszych czytelników, którzy szukają czegoś nowego. Nowej, świeżej krwi w literaturze, nowych bohaterów i nowe tchnienie pachnące pyłem, który będzie zasłaniał słońce przez sto lat..

Tytuł: „Nowa Ziemia”
Autor: Julianna Baggot
Ocena: 7,5/10


6 komentarzy :

  1. Hej kochana! fajny post..powinnaś pisać takich więcej na swoim blogu ;) zdjęcia też mi się podobają :) Może OBS=OBS? Zacznij a ja odwdzięczę się tym samym jeszcze dzisiaj. juliandjuliet.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę kiedyś poszukać pierwszej części w bibliotece. Brzmi ciekawe.
    Pozdrawiam
    przygody-mola-ksiazkowego.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakiś czas temu zaczęłam czytać tę książkę, ale jakoś mnie nie wciągnęła, więc w końcu ją odłożyłam. Ale od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy nie spróbować jeszcze raz. Ostatnia klasa liceum była dla mnie dość stresującym okresem, byłam ciągle rozdrażniona i miałam mało czasu dla siebie, więc szybko porzucałam książki, które wolno się rozkręcały. A teraz trafiam na kolejną pozytywną recenzję, więc może faktycznie warto :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mężczyzna stopiony z silnikiem samochodu, matko kochana. Boję się tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawa książka - Ty to potrafisz zachęcić do przeczytania! :P
    Zapraszam do siebie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Moim zdaniem książka nie była zła, ale nie zachwyciła mnie specjalnie:)

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!