czwartek, 12 czerwca 2014

Zamknięci w kręgu powieści. Recenzja książki

Wkurza mnie to. Naprawdę. Ta cała medialna otoczka wokół Igrzysk Śmierci, jakby ta trylogia była pustą, pozbawioną polotu powiastką paranormal romance dla nastolatek. Jakby nie niosła ze sobą czegoś więcej niż kolejny trójkącik miłosny. A, przepraszam. Większość fanek nawet nie przeczytała książek (nie chcę nikogo obrażać, broń mnie Boże) tylko obejrzała filmy, co skończyło się stadnym polowaniem na aktora, która gra Peetę (nawet nie wiem, jak się nazywa), albo dała się ponieść modzie na to, co jest cool i co (nie chcę znów nikogo obrażać) reklamują w Bravo i innych takich pisemkach. To jest książka dla ludzi myślących, takich, którzy wydobędą coś z morza krwi, które, faktycznie, wylewa się z tej książki. Przecież Autorce chodziło o coś o wiele bardziej głębokiego niż zabijanie.

Katniss i Peeta wyruszają w Tournee Zwycięzców. Jednak są czujnie obserwowani przez Kochanego Wujcia Snowa, który nie wierzy, że wspólna próba zjedzenia trujących jagód była aktem miłości, szczególnie, kiedy władza Kapitolu chwieje się, a dystrykty się buntują. Tak więc Snow postanawia wyeliminować Katniss, a także jej podobnych – zwycięzców z poprzednich Igrzysk. Organizuje jedyne w swoim rodzaju Igrzyska – Igrzyska dla zwycięzców, Igrzyska okrutniejsze od innych. Igrzyska, które kończą się nieoczekiwanie, inaczej, niż wredny prezydent mógł przewidzieć. Już na początku Katniss dowiaduje się, że dystrykt 13 tak naprawdę istnieje (wcześniej, po spotkaniu dwóch uciekinierek, kiedy spytała Haymitcha o istnienie tego wręcz mitycznego miejsca, zaprzeczył; to była część większego planu) i, ponieważ wcześniej zajmował się energią jądrową, wzbudza w Kapitolu respekt. I tam właśnie wybucha największy, zbrojny bunt, którego twarzą ma być Kosogłos – Katniss Everdeen. Dziewczyna płaci za to cenę najwyższą - jej dystrykt zostaje zniszczony, a wszyscy, oprócz Gale'a, mamy Katniss i Prim giną. Umierają.
Trzeba przyznać, że ta część jest bardziej różnorodna niż poprzednia. Tu się więcej dzieje i chyba bardziej kibicujemy bohaterom, bo uświadamiamy sobie, kto jest prawdziwym wrogiem. Postacie się rozwijają, a akcja nabiera tempa. To nie jest opowieść o wygrywaniu morderczych Igrzysk, tu chodzi o Wielką Politykę, terror i aspiracje wolnościowe ludzi, dzięki czemu powieść zyskuje nowy wymiar, nową głębię. To jest już opowieść o wolności. O prawie do wolności, którą trzeba sobie wywalczyć krwią. Katniss, idąc pierwszy raz na arenę, nie wie prawie nic. A kiedy teraz wraz z innymi zwycięzcami wkracza na pole bitwy, które tak naprawdę ma za zadanie wykończyć ich wszystkich, wie, o co walczy i kto jest jej wrogiem. I wie, co ryzykuje.

Jak to zauważyłam powyżej, postać Katniss dojrzała. Bardziej zdaje sobie sprawę z ciężaru, jaki na niej spoczywa, cierpi na szok pourazowy i jest naznaczona krwią przyjaciółki Rue, której nie potrafiła ocalić. Nie potrafi wybrać, kogo kocha – Peetę czy Gale'a, a może żadnego z nich...? Wyczuwa zagrożenie ze strony Kapitolu, Snowa i innych paskudnych bohaterów, widzi, jak zabierają jej przyjaciela, Cinnę. Jest bogatsza o śmierć, bardziej dorosła. Chociaż i tak nie potrafi pogodzić się ze zniszczeniem dystryktu 12 i coraz straszliwszą rzeczywistością. No ale kto by mógł.

To samo możemy powiedzieć o Peecie. Nie jest to już chłopak od piekarza, ale młody człowiek, zakochany w Katniss bardziej niż to oboje grają. Młody człowiek świadomy tego, co zrobił, co wciąż robi i w czym uczestniczy, ale jednocześnie młody chłopak przerażony tym, gdzie jest i co się wokół niego dzieje, czasami zachowuje się jak zagubione dziecko. W dodatku artysta, za co polubiłam tę postać najbardziej. Doskonale maluje obrazy, zna się na kolorach, nawet na tych, które pojawiają się na zachodzącym wieczorem słońcu. Za to go lubię, bo nie jestem jedną z tych głupich nastolatek, które obejrzały film, i , proszę was nie obrażajcie się na mnie, zakochały się w aktorze, który gra Peetę.

Pomysł pisarka miała i zgrabnie go zrealizowała. Jest on tak realistyczny, tak prawdopodobny, że człowiek zastanawia się, czy to, nie daj Panie Boże, prawda. Zostajemy omotani jej straszliwą wizją, zamknięci w kręgu jej powieści, z którego – w przeciwieństwie do Areny – wyjścia nie ma. Bo chociaż nie chcemy, boimy się i tak dalej, nie możemy przestać czytać, zastanawiać się, co jest na następnej stronie. Nie ma wyjścia – trzeba przeczytać do końca. Inaczej będzie bolało. Bardzo.

W tej części poznajemy kilku nowych bohaterów, równie ciekawych. Są to przede wszystkim trybuci z innych dystryktów: Johanna, Finnick, Mags, Wiress i Beete. Są to osoby wtajemniczone w projekt ochrony Katniss, a także jej nowi przyjaciele. Chyba najciekawszą postacią (i najprzystojniejszą, prawda?) jest Finnick Odair, jak mówi sama Katniss, żyjąca legenda Panem. Zakochał się w chorej psychicznie zwyciężczyni Igrzysk, a od innych wyciąga tajemnice, dzięki czemu jest bardzo niebezpieczny dla Snowa i Kapitolu. Finnick wygrał Igrzyska w wieku czternastu lat, zabijając trójzębem, który stał się jego bronią. Johanna z kolei uwielbia zabijanie toporem i z pozoru wydaje się zła, burkliwa i zepsuta (ta scena, kiedy rozbiera się w windzie przy Katniss i Peecie..), ale okazuje się dziewczyną, która straciła wszystkich i nie ma już nikogo, a w dodatku zostaje najbliższą przyjaciółką głównej bohaterki. Mags zgłosiła się za ukochaną Finnicka, straszą panią, która ginie na początku w mackach trującej mgły, a Wiress i Beete to para, oboje są raczej technicznymi geniuszami i dzięki temu wygrali igrzyska. Gdzieś na drugim planie spotykamy się znów z ulubioną Effie i Cinną, który w tej części zostaje zabity za sukienkę Katniss. Wszystkie postacie mają pogłębione portrety psychologiczne, są ciekawe, inne od siebie, nie stanowią tła dla głównych bohaterów. Wszyscy bohaterowie są dzielni, ale tak naprawdę są wewnętrznie połamani i to Autorka pokazuje bezbłędnie. Nie są słodcy i nijacy. Są właśnie tacy, jacy mieli być. Tacy, jacy mieli być Zwycięzcy Igrzysk. (Nie wspominam tu o osobach, które ćpają coś w rodzaju morfiny, co Autorka też sobie dobrze wymyśliła).

Akcji jest tu dużo, dużo, dużo. Bardzo dużo. Ktoś kiedyś napisał na jakimś blogu, że książka ta przypomina grę RPG i w sumie się z tym zgadzam. Pisarka, poza fragmentami dotyczącymi wątku romantycznego, nie odpuszcza nawet na chwilę: ciągle ktoś kogoś zabija, lub bohaterowie chronią się przed jakimiś niebezpieczeństwami. Każde morderstwo jest jednak uzasadnione – nie ma bezsensownej krwi i trupów, a także tak naprawdę wiele z głównych postaci nie umiera (dla tych, którzy nie czytali Kosogłosa nie będę mówić, kto umrze, żebyście nie mieli traumy zbyt wcześnie). Autorka nie popada także w jatkę, ani ilość morderstw nie męczy. Wszystko jest wyważone i eleganckie, a w dodatku wciąga. No i nikt się nigdy nie nudzi, co jest także sekretem powodzenia powieści.
Plenery w sumie się nie zmieniają: mamy Wioskę Zwycięzców, nową arenę i trochę dystryktów. Mimo tego pisarka doskonale poradziła sobie z dynamicznym, ciekawym opisaniem ich. Jej opisy są krótkie, przyciągają uwagę, ale i ciekawe. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn, ale ważne, że także w ogóle są. Dzięki temu można sobie wyobrazić to, co się dzieje.

Okładka podobała mi się bardziej, oczywiście mówię o tej filmowej, bo ta wcześniejsza jest, delikatnie mówiąc, brzydka. Czerwona, pełna jakiś wzorków i linii biegnących bez żadnego sensu. Kosogłos ma teraz rozpostarte skrzydła, a wokół otacza go ogon. No, ktoś się Photoshopa nauczył. Nawet w dotyku okładka jest lepsza, tak samo jak papier. Chociaż grafiki na początku rozdziałów wciąż do mnie irytują. Mogliby dać jakąś małą grafikę, jak na przykład obramowania wokół stron, albo jakiś, ja wiem, łuk ze strzałami przy każdym nowym rozdziale. Co to w ogóle jest? Ja się pytam. Chyba coś, co miało być nowoczesne, ale już bardziej pasowałoby do jakiejś powieści o robotach, albo coś w tym stylu, ale na pewno nie do tej trylogii. Na pewno.

Szwankuje mi jedynie osławiony trójkącik Peeta-Katniss-Gale. Jedyna rzecz, którą wyrzuciłabym z tej książki. Ten wątek jest, ale tak naprawdę go nie ma, co sprawia, że jest mocno naciągnięty. W końcu Katniss i tak większość swojego czasu spędza z Peetą, a Gale pojawia się tylko na początku i na końcu opowieści. Czytając pierwszy raz, byłam, niestety, pewna, że Katniss będzie z Peetą. Zresztą pisarka za bardzo rozbudowała ten wątek, nachalnie włączając go w każdą prawie scenę, co autentycznie irytuje. W takiej książce romans powinien być tłem, powinien być pokazany w kilku tylko epizodycznych scenach, w podtekstach. Cała ta zabawa w miłość, chociaż, że tutaj już nabiera większego sensu, jest tylko zabawą i pójściem Autorki na komercję. Wiadomo, trójkąciki, nawet takie, których praktycznie nie ma, budzą fascynację u ludzi, którzy normalnie na książkę nie spojrzeliby w ogóle. Trochę mnie te wszystkie umizgi Katniss i Peety wkurzały, szczególnie, kiedy zakochani myśleli o sobie wtedy, kiedy powinni myśleć o swoim ocaleniu, na straszliwej krwiożerczej Arenie. No i te zachowania Katniss, kiedy, niestety, pokazywała, że ma coś w sobie z naiwnej, słodkiej nastolatki z powieści o wampirach.

Zawsze powtarzam i będę powtarzać, że ta powieść jest dobra. A nawet bardzo dobra. Niesie ze sobą większe przesłanie niż niejedna wystawa sztuki współczesnej (tak mi się skojarzyło, bo widziałam tę trylogię w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu.. więc), niż wydumana powiastka obyczajowa. To jest rzecz dla tych, którzy nie są pozbawieni empatii, wiedzą, jak to pisało na okładce, że zło i przemoc są częścią świata, w którym żyjemy. No i, oczywiście, jest to także doskonała fabuła, która zostanie z nami na długo.

Tytuł: „W pierścieniu ognia”
Autor: Suzanne Collins
Moja ocena: 7/10

5 komentarzy :

  1. Niestety, moja własna trylogia jest w starej oprawie, więc tą filmową zachwycam się tylko chwilami w księgarni. A szkoda, bo nowa również o wiele bardziej mi się podoba.
    Jak dla mnie medialny szum niesamowicie spłyca przesłanie całej serii. Oglądając ekranizację, sama gdzieś zatraciłam główną ideę, skupiając się na rzeczach bardziej błahych. Mogę tylko współczuć wszystkim tym, co postanowili odpuścić sobie twórczość pani Collins, bo oglądnęli Igrzyska na wielkim ekranie. Według mnie tracą coś o wiele więcej niż kilka godzin przy wyśmienitej lekturze :)
    Bardzo dobra recenzja, natchnęłaś mnie żeby wreszcie zabrać się za Kosogłosa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny post :)
    http://by-sandraa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tak szczerze nie czytałam tej trylogii (?), bo po prostu nie interesuje mnie ona, ale ogólnie rzecz biorąc denerwuje mnie takie nagłe zainteresowanie jakąś książką, bo powstał film (nie mówię tylko o tym). Taki najłatwiejszy przykład - Kamienie na szaniec, lektura szkolna, większość nie czyta, duża cześć nastolatek obejrzała film, spodobał się jej któryś z głównych bohaterów i wielce zainteresowała się książką (zostały wydane nawet "Kamienie na szaniec" z bohaterami filmu na okładce książki, także spoko).

    OdpowiedzUsuń
  4. Szum medialny rzeczywiście był i chyba nadal jest. Mam nadzieję, że przy lekturze odnajdę przesłanie, o którym piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Fakt, ten medialny szum zaszkodził jej bardzo. Ja sama sięgnęłam po trylogię chyba po półtora roku od wydania, a i tak było o niej głośno. Masz racje ze wszystkim o czym piszesz, ale właśnie przez te ochy i achy odrobinę się zawiodłam. Nie mniej ma w sobie mocny przekaz i nic tego jej nie odbierze.

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!