środa, 2 lipca 2014

Osaczona romansami. Recenzja książki

Po zakończeniu dostępnych mi powieści z cyklu o przygodach dzielnej agentki FBI Maggie O'Dell rozejrzałam się za jakimś następnym kryminałem, thrillerem czy czymś, gdzie będzie śledztwo, krew i inne takie fajne rzeczy, w których ostatnio zasmakowałam. Niestety, oprócz Alex Kavy nie miałam niczego innego w zasięgu wzroku. I wtedy w oko wpadła mi książka – była cienka, a na okładce przedstawiono nóż ubabrany krwią. Ponieważ podobną okładkę miała mikropowieść Kavy, uznałam, kierując się jedynie nosem, że będzie to coś ciekawego i dobrego. Książka gruba nie była – pomyślałam, że to dobrze dla mnie, bo szybciej skończę. Pożyczyłam więc powieść od cioci, która z radością mi ją dała, bo ona teraz nie ma czasu na czytanie,rozsiadłam się więc w fotelu i, panie i panowie, zaczęłam czytać.

Miranda Wood wpakowała się w niezłe kłopoty, kiedy postanowiła zerwać ze swoim kochankiem Richardem Tomainem. Facet był bardzo, bardzo nachalny, a ona miała wyrzuty sumienia, ponieważ ukochany miał żonę i dwójkę dorosłych już dzieci. Nawet chciała się zwolnić z pracy w redakcji pisma, w którego Tomain był właścicielem. Kiedy mężczyzna oznajmia jej przez telefon, że właśnie do niej idzie, Miranda po prostu ucieka z domu. Po powrocie zastaje Richarda, i owszem w łóżku i nagiego, ale .. nieżywego. A obok leży jej nóż, w który w normalnych warunkach służy do cięcia mięsa i tortów. Panna Wood zostaje oskarżona o zabójstwo. Na wyspę przyjeżdża Chase, brat zabitego w charakterze pocieszacza wdowy i dwójki dzieci. Jednak od razu czuje, że coś jest nie tak, szczególnie gdy domniemana morderczyni wychodzi z więzienia za kaucją, którą ktoś anonimowo wypłacił z banku. Razem z Mirandą wplątują się w amatorskie śledztwo, ale zegar tyka i ktoś chce zabić Wood. Kto? Odpowiedzi próbują znaleźć w posiadłości i prywatnym królestwie Richarda, a między nimi zaczyna się coś iskrzyć.. W końcu rozwiązanie zagadki staje się zaskakujące. Okazuje się, że winnymi były osoby, które były najmniej podejrzane – zagadkowa kochanka podrzucająca do Richarda bolesne liściki, podpisująca się jako M i osoba związana z Tomainami. No i na końcu – a jak żeby inaczej – mamy happy end. „Dobry” Chase Tomain i skrzywdzona, niewinna Miranda odnajdują się i kończy się z resztkami niewiary.

Na plus będzie zdecydowanie panna St. John, moja ulubiona postać w powieści. Miła, wesoła siedemdziesięciolatka, której narzeczony zginął gdzieś na jakiejś wojnie, wraz ze swoim psem – osoba inteligentna, dowcipna i sympatyczna. Bardzo sympatyczna. Ma coś w sobie z dam z powieści Montgomery – jakąś taką ekstrawagancką archaiczność, babciowatą mądrość i rozbrajającą naturalność. Tak, panna St. John to świetnie wykreowana postać. Polubiłam także inną figurkę, co prawda stojącą na uboczu, ale również świetną. To Cassie, skrót od Cassandry. Cassie nie jest ładna, ale za to inteligentna. Żyje w cieniu swojej rodziny, uważnie śledzi rozpustę ojca, jego stosunki z dziadkiem i naprawdę stara się pokazać, że nie tylko jej brat bliźniak jest czegoś wart. Tak, naprawdę polubiłam te postacie, a to dowód, że Autorce udało się stworzyć autentyczne sylwetki i dobrze opisać ich psychikę.

Nieco zdziwiłam się, patrząc na tylną okładkę. Wydawnictwo Harlequin, znane z pięknych, jakże oryginalnych i porywających powieści romantycznych w miękkich okładkach ze zdjęciami przytulonej pary w jakiejś ładnej scenerii, sprzedawanych za grosze. Aż z wrażenia weszłam na stronę internetową tego wspaniałego wydawcy. Tak, zgadza się. Oprócz tych cudownych powieści wydawca zdecydował się także na powieści psychologiczne i kryminały, oczywiście z wątkiem romantycznym. Ja nie mogę.

Ponieważ bardzo cenię sobie to wydawnictwo, byłam już nieco uprzedzona, kiedy otwierałam książkę. No i proszę: list do czytelników, w którym pisarka opowiada nam, w jaki sposób polubiła romanse (nazywane inaczej wiadomą nazwą) i w jej pierwszych ośmiu powieściach kryminalno – sensacyjnych umieściła wątki miłosne. Dziękuje także wydawnictwu za to, że chciało, z łaski swojej, wydać to. Jakie to wzruszające i romantyczne! Później jest jeszcze lepiej – spis głównych bohaterów. Już chciałam powiedzieć na głos 'What a fuck?' ale powstrzymałam się, bo czytałam na przyjęciu rodzinnym, gdzie chrzestna zrozumiałaby, co gadam. Przeszłam więc od razu do treści, tłumacząc sobie, że spis może się przydać dla mniej rozgarniętych czytelników.

Po pierwsze. Bohaterowie. Miranda kojarzyła się z mi się z Mirandą Kiss, bohaterką jakże udanego opowiadania z antologii „Bale z piekła rodem” czy jakoś tak. Taka niewinna, naiwna dziewczynka, która nie miewa romansów, mieszka w domku imitującym domek wiejski i ogólnie ciężko przeżywa to, że Richard tylko ją wykorzystywał. Ot, taka sobie młoda dziewczynka, żyjąca wśród pastelowych kolorków. Nic specjalnego, mdłe, chodzące dobro. Chase. Superprzystojny, czarna owca w rodzinie, silny, sprawny, mądry, odważny, wytrzymały tak, że nawet by nie jęknął, gdyby wszyscy diabli polali mu skórę smołą, o ile Miranda była obok. Och. Kocha pannę Wood miłością idealną, nie tylko jej pożąda, ale i kocha jej duszę. Romeo, Wener, Kmicic, Winicjusz i tysiąc innych idealnych kochanków z Edwardem ze „Zmierzchu” na czele, skrzyżowanych z Rolandem, Zawiszą Czarnym, Supermanem i dobrą dupą. Mhm, miam..a może ble, ble, ble. Tak. Ble, ble, ble. Szczególnie że Autorka traktuje wszystko piekielnie poważnie i tylko raz ironizuje. Można się poryczeć z rozpaczy, gdy ta dwójka w końcu łączy się, tym razem bez żadnych braków zaufania.

Opisy, kochana pisarko, to gdzie. A takie małe cuś, taki, wydawałoby się drobiazg w kryminałach coś się nastrój grozy i akcja nazywa? Hę? Nie żadne intrygi i knowania mafii, tylko afekt. I ta piękna scenka, gdzie morderczyni Richarda wkłada sobie rewolwer do buzi? To nie mogła się inaczej zabić? Nie wiem, w łeb sobie strzelić. A Mirandzie to schodki przeciwpożarowe strzeliły w rękę, jeśli później była w szpitalu? Gdzie to jest napisane? Chyba coś przeoczyłam, rozumiem, nie ma sprawy.

Język jest taki prosty i pretensjonalny, że boli piekielnie. Ze sceny erotycznej Autorka rezygnuje, w porządku. Plastycznie to napisane nie jest, bynajmniej, ale topornie też nie. Czyta się całkiem lekko i bardzo szybko, bo dużo się dzieje, to fakt, choć i to przedstawiono dość chaotycznie i ogólnikowo. Bez żadnych dygresji, powierzchowne opisy uczuć, czasem nieścisłości. Dzięki temu jest tu dość.. hm, powiedziałabym szarawo i tylko dwoje bohaterów wprowadza tu dużo światła, bo główni bohaterowie to, jak już wyżej powiedziałam, nieco nieudani, a reszta to tłumek postaci wyciętych z białej kartki papieru. Osobiście nie przekonała mnie także nienawiść mieszkańców miasteczka, a także zachowanie panny Wood po zapłaceniu kaucji. Ogólnie wygląda to tak, jakby pisarka wepchnęła kryminał do romansu, a nie odwrotnie.

To taki lekki szok. Po świetnej serii o Maggie O'Dell, z wyżyn thrillerów, spadłam w dół sympatycznych romansidełek z jednym trupem, w dodatku humanitarnie zabitym. Po tym nożu i tytule spodziewałam się czegoś lepszego. Fascynującej opowieści o kobiecie uwikłanej w ponurą, straszliwą sprawę i swoje uczucia, których wcześniej nie znała. I rozczarowanie było wielkie. No ale co? Czego można było się spodziewać po moim ukochanym wydawnictwie. No raczej nic dobrego. No, ale w końcu spojrzałam na książkę z lepszej, jaśniejszej strony. Bo prawda, nie można przez cały czas tłuc tematu psychopatycznych morderców i ich dzieł, ponieważ, jakby nie patrzeć, można od tego sfiksować. Dlatego jako przerywnik można przeczytać coś lekkiego, słodkiego i bajkowego z nutką kryminału w tle. Poczuć się na chwilę tak, jakbym była osaczona romansem.

Tytuł: „Osaczona”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 5,5/10

(recenzja archiwalna) 

10 komentarzy :

  1. Mimo dość niskiej oceny przeczytam, choćby dla samej kochanej St. John:) Chociaż tym brakiem opisów mnie zmartwiłaś...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam zbyt dużej styczności z tego typu książkami, więc dobrze, że przeczytałam tę recenzję. Gdybym zaczęła od tej książki to szybko bym skończyła na niej. Tym bardziej, że nienawidzę tego typu książek, ogólnie książek, które choć troszeczkę są słodkie.
    Pozdrawiam ;)
    lustrzananadzieja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę słaba twoja ocena. Mnie się ta książka bardzo podobała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem bardzo wymagająca jeśli chodzi o książki :)

      Usuń
  4. Pretensjonalny język jest dla mnie wystarczającym powodem, by tą książkę omijać.

    OdpowiedzUsuń
  5. To dobrze, że dużo wymagasz od książki. Z łatwością przychodzi Ci odróżnić perełki, książki lepsze, dobre i beznadziejne. Ja tam umiem tylko podzielić na fajne i nie fajne :D

    OdpowiedzUsuń
  6. To ciekawe, bo wydawało mi się, że autorka zbiera tak dobre recenzje, a tu proszę! Odmiana :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem pod wrażeniem :)http://autografy-patrycji.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytałam "Osaczoną" i mam podobne zdanie na temat tej książki, jak ty. Ja dałbym nawet 4/10. Nie wchodząc w szczegóły, "Osaczona" była strasznie nuda, niewciągająca, niezaskakująca i do bólu przewidywalna. Jeśli chodzi o Tess Gerritsen to wolę jej thrillery medyczne.
    Bardzo fajny blog i chętnie będę tutaj częściej zaglądać. Możesz mnie poinformować o nowym wpisie?
    Pozdrawiam ^^
    PS Zapraszam do mnie, jeśli masz ochotę
    ZARAZA
    http://zycie-bez-ksiazek-to-nie-zycie.bloog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  9. Hm... Nie mój gatunek przyznam szczerze, a i opinia mnie nie zachęciła także... Raczej nie ma co się nawet zastanawiać :)
    Pozdrawiam,
    Sherry

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!