czwartek, 28 maja 2015

Rozum contra serce. Recenzja książki

Jak ja uwielbiam wiek dziewiętnasty! Szeleszczące suknie, wachlarze, kolej parową, dekadencję i romantyzm, wiktoriańską pruderyjność i skryte romanse licznych hrabin, świadomość szybko rozwijającego się świata i tęsknotę za czymś, co odeszło. Belle époque, kiedy wydawało się, cesarzowa Indii i królowa Anglii Wiktoria Hanowerska będzie żyć wiecznie, a wojna krymska nie zburzy konceptu kongresu wiedeńskiego dotyczącego równowagi europejskiej. Kiedy w Rosji szaleli krwiożerczy carowie, z Mikołajem I, żandarmem Europy na czele, siostrzeniec Napoleona Bonapartego stał się cesarzem Francji i nikt nie zdawał się przejmować faktem, że pod koniec stulecia, w Chartum głowę (i to dosłownie) stracił generał-major Charles Gordon, broniąc miasta przed dzikimi hordami mahdystów, tych samych, którzy w Pustyni i w puszczy porwali Stasia i Nel. Anglia królowała na morzach, a Wiktoria na głowie nosiła koronę Indii, które były tylko niewielką częścią imperium kolonialnego wyspiarzy, dzięki czemu społeczeństwo żyło dostatnio i bez większych trosk. A ponieważ obyczaje były purytańskie, arystokracja zajmowała się, poza chodzeniem na wieczorki towarzyskie, rozsupływaniem skomplikowanych zasad konwenansów i reguł powiększania swoich majątków za pomocą małżeństw dzieci, co było sprawą niezwykle ważną i nie najłatwiejszą – bywało tak, że kandydatka na żonę była piękna, młoda i po uszy zakochana, ale, niestety, bez odpowiedniego posagu, a romans młodego młynarza i królewny należy, jak powszechnie wiadomo, włożyć między bajki.

Realniejszą wersję arystokratycznego życia dają nam powieści z epoki, zarówno te polskie, jak i angielskie. O ile nasze rodzime utwory zawsze zahaczały w pewien sposób o kwestie społeczne, ideologiczne i polityczne – wiek dziewiętnasty jest przecież wiekiem powstań, romantyzmu, pozytywizmu, patriotyzmu i rozbiorów – ich angielskie wersje zawsze otaczała aura beztroski. Brytyjczykom powodziło się wtedy świetnie, bilard i plotki były więc najpopularniejszymi rozrywkami ludzi, którzy nie bali się o bezpieczeństwo swojego kraju i nie martwili się o jutro, pewne i o wiele lepsze niż losy Polaków. Jednak zawsze ciekawie sięgnąć po te utwory, nawet jeśli nie jest się historycznym geekiem czy miłośniczką trącających myszką romansów – tchnie z nich duch pięknej epoki, utraconej już na zawsze dla świata okaleczonego dwoma straszliwymi wojnami.

Eleonora i Marianna są siostrami, chociaż bardzo się od siebie różnią – młodsza, Marianna jest romantyczną panienką z głową wypełnioną książkami, muzyką i romantycznymi marzeniami o prawdziwej miłości, a starsza – Eleonora, o umyśle czysto matematycznym – jest zwolenniczką powściągliwości uczuć, myśli i ostrożną naturą, marzy o rozsądnym, szlachetnym mężu. Na drodze panien pojawia się kilku młodych mężczyzn, lepszych i gorszych, jednak uczucia ich nie są stałe, w przeciwieństwie do sieci konwenansów i zasad brylowania w salonach i życia, która szczelnie oplata każdego z bohaterów, zmuszając ich do różnych – trafionych lub nie – wyborów, niekiedy wpływając na ich uczucia. Kto zostanie mężem Eleonory? A kto Marianny? I czy dziewczęta, obie mające wyrobione zdanie na niemal każdy możliwy temat, mogą się nauczyć czegoś nowego, albo dokonać rewizji swoich charakterów?

Wydawać by się mogło, że Autorka podąży drogą wielu naiwnych pisarek, całą swoją energię zużywających na opisywaniu zalet poszczególnych bohaterów i ukazując wspaniałości arystokratycznego życia, pokazując jego różową wersję i wychwalając nad niebiosa. I ja też miałam takie wątpliwości, kiedy otworzyłam książkę, by przeczytać pierwszy rozdział, powieść mnie jednak bardzo zaskoczyła i to pozytywnie – na tyle, by uznać, że bohaterowie to największy plus tej książki. Nie są oni schematyczni, starannie podzieleni na dobrych i na złych, ani też nie próbują być grupą doświadczalną jakiegoś zwariowanego psychologa badającego granice ludzkich wynaturzeń (jak często bywa w literaturze nowoczesnej). Są to postacie zwykłych ludzi, z wadami i zaletami, niezbyt dobre i niezbyt złe, opisane jednak z niezwykłą wrażliwością i przenikliwością, co jest dowodem na dar obserwowania ludzi , jaki posiadała Autorka. Ich postępki często nie są dobre, wręcz przeciwnie, nawet jednak pan Willoughby, który w okrutny sposób postępował z zakochanymi w nim kobietami, ma wiele na swoje usprawiedliwienie; raczej zasługuje raczej na litość niż nienawiść czytelników – pisarka zdaje sobie sprawę z tego, że jej postacie nie są wybitnymi osobistościami czy politykami, na których spoczywa odpowiedzialność za całe państwo, ale zwykłymi ludźmi, wtłoczonymi w gorsety i surduty, zmuszonymi żyć w określonej epoce, wymagającej, jak to każda epoka, określonych zasad zachowania, a także ograniczonych przez kontakty z innymi ludźmi tak jak każdy z nas. Nie sposób nie lubić trochę śmiesznego sir Johna i ograniczonej Lucy Steele, której zazdrość o Edwarda jest w pełni zrozumiała, a także z jej siostry Anny, osóbki cokolwiek inteligentnej, o pani Jennings nie wspomnę, bo chociaż sympatyczna starsza plotkara i swatka jest w niemal każdej powieści, takie postacie nie znudzą się chyba nigdy. Całość utrzymana jest w konwencji zjadliwej ironii, omijającej tylko siostry, ich matkę i absztyfikantów, ironii prześmiewczej, ale i pobłażliwej, która umniejsza niektóre wady i każe nam litować się nad rozmiarem inteligencji – na przykład - Roberta Ferrasa, zamiast nad nią biadać. Zresztą, dzięki temu powieść czyta się o wiele lżej, z przymrużeniem oka, bez poczucia przesytu różem, ale też bez wrażenia śmiertelnej powagi czy sztywniactwa.

Postacie głównych bohaterek z pewnością nie są głębokie, ale analizowanie zawiłych procesów myślowych nie było celem Autorki i nie wymagam od niej tego. Zresztą nie mogły takie się stać, żyjąc pod niejakim kloszem, nawet wtedy, kiedy musiały opuścić ukochane Norland, w bezpiecznym kraju i pięknych czasach. Są raczej przeciętnymi pannami tamtego okresu, choć są może nieco inteligentniejsze od innych bohaterów powieści – a może po prostu lepiej przedstawione. Ponieważ jednym z nadrzędnych celów pisarki było ukazanie ścierajacych się charakterów, tak skrajnie różnych, postacie Marianny i Eleonory są zbudowane schematycznie, na zasadzie kontrastu, a co za tym idzie, dość płasko i przewidywalne – Marianna to romantyczna ślicznotka, bardzo bezpośrednia, co sprawia, że nie ma wielu przyjaciół; kocha książki, muzykę i wszystko, co emocjonalne, a od swojego towarzystwa, w szczególności przyszłego męża, wymaga tego samego. Daje wciąż upust swoim emocjom, tym złym i tym dobrym, czasami tak intensywnie, że zapada potem na choroby, które w skutkach mogą okazać się śmiertelne. Pochwalić muszę to, że pisarka zachowała potrzebny umiar i harmonię, nie popadając w nadmierną egzaltację i marysuizm przy tworzeniu tej postaci – mimo wszystko Marianna to postać bardziej stereotypowej romantyczki bez żadnych dodatkowych zaburzeń niż jęcząca i biadająca nastolatka z powieści mojego ulubionego gatunku, jakim jest paranormal romance. Eleonora to jej przeciwieństwo – ukrywa swoje cierpienie, nie dając innym poznać swoich emocji, nawet nie zdradzając ich powodu. Zwykle używa rozumu, imponują jej ludzie tak jak ona inteligentni i z wyrafinowanym humorem, jednak nie daje po sobie poznać, że czyjeś towarzystwo uważa za nudne bądź zbyt prostackie, swoje myśli zachowuje dla siebie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie sposób polubić takie bohaterki, jednak Autorka zachowała jednak pewien margines sympatii dla postaci, rozsądnie harmonizując ilość cech i pozwalając obu bohaterkom na posiadanie maleńkiej iskry życia, które sprawiają, że nawet rozumiemy problemy dziewcząt i cieszymy się, kiedy ich kłopoty zakończyły się tak, jak każdy zaangażowany w lekturę czytelnik powinien im życzyć. Schematyczność nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – sylwetki obu dziewcząt, proste i jednocześnie dystyngowane, nakreślone na tyle dobrze, bym nie miała ochoty pożyczyć siekiery od mojego wujka, pasują do wygodnych salonów wiktoriańskiej Anglii, jednocześnie nie urągając inteligencji czytelnika.

Warto wspomnieć także o pięknej okładce, która zdecydowała o tym, że sięgnęłam po książkę, kompletnie nie mając pojęcia o treści. Różany wzór, jakby żywcem wyjęty z dawnych tapet czy obić kanap i foteli, sympatycznie staroświecki, jest idealny dla tej powieści, jest jej kwintesencją – klasycznej, dystyngowanej, eleganckiej, niezbyt słodkiej, ale przecież tragicznej też nie, staroświeckiej, ale też nietracącej jeszcze swojego blasku. Jest minimalistycznie, ciekawie i bardzo estetycznie, jeśli chodzi o kolorystykę, nie mam więc powodu, by narzekać – wręcz przeciwnie – okładka sprawia, że po powieść sięga się z chęcią.

Językowo jest dobrze, bardzo dobrze. Tłumaczenie nie zatarło charakterystycznej dla dziewiętnastego wieku maniery stylistycznej, dzięki czemu czytało się bardzo przyjemnie, naturalnie. Styl Autorki jest wiktoriańsko sztywny, momentami nieco naiwny, jednak melodyjny i prosty, widać nieźle już wyćwiczony, czyta się więc lekko i szybko, nie zastanawiając się nad sensem barokowych metafor, których tu po prostu nie ma, mimo że język, jakim posługuje się pisarka, jest dość bogaty. Trzeba też przyznać, że pisarka zaskoczyła mnie dużą dozą sarkazmu, naprawdę ciętej ironii, wywołując nieraz uśmiech na moich ustach, a kilka nawet razy wybuch śmiechu – chodziło o którąś ze scen z naiwną, ale zazdrosną i bardzo prostą Lucy, albo też jej siostrą Anną, która wprost domagała się żartów dotyczących niej i pewnego przystojnego doktora, którego poznała w podróży. Na dialogi także nie wypada narzekać, choć mogą wydawać się nieco zbyt sztywne; wbrew pozorom, arystokracja dawniej tak się wyrażała, co może dzisiaj nawet nieco dziwić (ah, jak ja lubię historie o politykach, którzy niechcący powiedzieli przekleństwo do mikrofonu...), w każdym razie jednak rozpacz Marianny i dialogi sióstr oraz powiedzonka pani Jennings są na tyle żywe, ciekawe i wciągające, że nie mam do nich żadnych, nawet najmniejszych zastrzeżeń. Gorzej jest z opisami, bo tych nie jest dużo – Autorka skupia się bardziej na opisie przeżyć wewnętrznych, myśli bohaterek, analizowaniu powodów ich zachowań i opisywaniu spotkań towarzyskich, które, wydaje się, są jednym z głównych zajęć wszystkich głównych bohaterów powieści. Trochę mnie to rozczarowało, chciałam bowiem poznać bliżej ukochane Norland czy okolice nowej posiadłości, o Londynie nie wspomnę, który, jako że jestem ogromną pasjonatką historii (czytaj: chodzącą skamieniałością), niezwykle mnie interesował. Z drugiej strony rozumiem Autorkę, która pisała dla sobie współczesnych, ale także nie interesował ją świat zewnętrzny – historia Eleonory i Marianny mogłaby wydarzyć się nawet w świecie fantastycznym, a o jej niezwykłości i niepowtarzalności decydują emocje i świat wewnętrzny postaci.

Fabuła nie jest rozbudowana, kto spodziewa się nagłych zwrotów akcji, może być niemile zaskoczony, jednak osoby liczące na łatwy romans, w którym dla pary kochanków idealnych pisarka (lub pisarz, drogie panie, jest równouprawnienie) przygotowuje happy ever after, a za każde cierpienie i ból przychodzi nagroda, mogą się nieźle zdziwić. To raczej powieść obyczajowa, pełna smaczków dotyczących szczegółów życia angielskiej arystokracji w XIX wieku, z wyeksponowanym wątkiem miłosnym; na rozwlekłość nie można jednak narzekać, bo pisarka ma plany dotyczące konkretnej fabuły i konsekwentnie się ich trzyma, co bardzo mi się spodobało. Wątki poboczne zostały jednak zminimalizowane, Autorka pokazuje tylko to, co jest potrzebne i ważne w sposobie postrzegania Eleonory i Marianny, oraz konkretne elementy fabuły, co z kolei momentami mnie drażniło, szczególnie wtedy, kiedy chciałam dowiedzieć się więcej szczegółów na temat – na przykład – zmarłego męża pani Dashwood czy Edwrada. Przez całą książkę denerwowały mnie także ciągłe, niemal cudowne zbiegi okoliczności, co po dłuższym czasie stało się nużące i dość naiwne – wiadomo, że świat jest mały, nawet ja spotkałam koleżankę z klasy w Łodzi na gwarnej ulicy Piorkowskiej, a kolega pomachał mi z czubka Kasprowego Wierchu, choć zupełnie nie wiedziałam, że go tam spotkam, ale trochę dziwne jednak jest to, że idąc do sklepu jubilerskiego, spotykasz brata twojego ukochanego, a potem jeszcze w to samo miejsce przychodzi dawno niewidziany twój własny, przyrodni brat; jakaś daleka kuzynka twojego dalekiego kuzyna okazuje się narzeczoną twojego ukochanego... Trochę tego za dużo – w pewnym miejscu – szczerze mówiąc, robi się mało realistycznie. W każdym razie zwyczaje dawnej arystokracji zostały odtworzone z największą starannością i gustownie wplecione w losy obu bohaterek, co sprawiło mi wielką przyjemność – uwielbiam czytać o nieskończonych balach, kolacjach, spotkaniach towarzyskich, na których królowa etykieta, karty i bilard, konwenanse dotyczyły także zakochanych, a jedynym zmartwieniem była czyjaś poplamiona suknia czy surdut. Dopiero później, po odłożeniu książki, przypominam sobie o dzieciach pracujących dwanaście godzin w fabrykach (szczególnie w Anglii, gdzie proces grodzenia zmusił rolników do przeprowadzki do miast) i nie jestem pewna, czy świat panien Dashwood był aż tak różano-różowy.

Trudno było nadać jakiś tytuł tej recenzji, który nie przypominałby choć trochę sławetnej reklamy Orange czy Neostrady, swojego czasu mojej ulubionej. Bo tak naprawdę Marianna i Eleonora przypominają zupełnie tamte maskotki, chociaż ich problemy są bardziej skomplikowane – każda z nich przekonuje się, że świat jest zaskakujący, kapryśny i bezwzględny zarówno dla chłodnego umysłu Eleonory i gorących uczuć Marianny. Ustawia ludzkie pionki w najprzeróżniejszych konfiguracjach, zmusza do interakcji z innymi ludźmi, co złożone razem daje różne, czasami zupełnie nieprzewidywalne rezultaty. I nie ważne, jacy jesteśmy – rozważni czy romantyczni – musimy się z tym pogodzić, przełknąć czasami własną dumę. Nawet wtedy, kiedy jesteśmy elegancką, wyrafinowaną damą z tuzinem halek pod spódnicą i żyjemy tylko na papierze i w wyobraźni, pod okładką z różanym wzorem, wiodąc życie bez zmartwień o przeżycie następnego dnia, egzystując, tylko by sprawić przyjemność kolejnemu czytelnikowi, zainteresowanemu opowieścią.

Tytuł:Rozważna i romantyczna”
Autor: Jane Austen
Moja ocena: 5,5/10



18 komentarzy :

  1. Nie wiem czemu ale jakoś nie mogę przełamać się i sięgnąć po ten klasyk. Może kiedyś mi się to uda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Ja, diablica -tom 2, anielica 2 a potępiona 3 :)
      Dzięki za zauważenie znany na blogu :)

      Usuń
  2. Obiecuje sobie, że kiedyś zacznę sięgać po klasyki i wszyściutkie nadrobię. Jednak jakoś słabo na razie mi z tym idzie :)
    http://mianigralibro.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam w planie spędzić czerwiec w towarzystwie klasyki i również po tę książkę zamierzam sięgnąć. Spotkałam się już z twórczością Austen przy okazji "Dumy i uprzedzenia", więc nie spodziewam się po tej książce wartkiej akcji, a raczej rozbudowanej charakterystyki bohaterów i mam nadzieję, że się nie rozczaruję. :)
    Pozdrawiam,
    Kalorka czyta

    OdpowiedzUsuń
  4. Słyszałam dużo dobrych opinii na temat tej książki, lecz mnie osobiście do niej nie ciągnie.

    http://diamentowe-slowa.blogspot.com Zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
  5. Całkiem niedawno także sięgnęłam po tę książkę i bardzo mi się podobała :) Racja, że momentami książka jest trochę naciągana i wszystkie te zbiegi okoliczności są mało realistyczne, ale co ja poradzę, że XIX wiek mnie od zawsze fascynuje? :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widziałam już tę boską okładkę. Po Jane Austen bez wahania bym sięgnęła :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam tę książkę jakiś czas temu i podobała mi się, chociaż nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim była ciekawa, zakręcona, nieprzewidywalna i zabawna. Z drugiej jednak strony brakowało mi emocji, głębszego wniknięcia w uczucia bohaterów. Miałam wrażenie jakbym była obok tej historii, a książka powinna mnie wciągnąć do środka.

    OdpowiedzUsuń
  8. Znam historię, lecz jakoś najmniej mi się spodobała...
    Szczególnie biorąc pod uwagę wspaniałą Dumę i uprzedzenie!
    Jednakże chciałabym mieć to wydanie w Angielskim Ogrodzie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie tylko Ty uwielbiasz wiek dziewiętnasty. Bardzo chciałabym udać się w tamte czasy chociaż na chwilę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jane Austen... sławna pisarka. Słyszałam coś nie coś o jej książkach. Jak podejrzewałam są z gatunku obyczajowego z wątkiem miłosnym w tle, czyli dla konkretnych osób. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jane Austen, Jane Austen. Jane Austen.... <3

    Zapraszam do siebie
    http://to-read-or-not-to-read.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  12. Kiedyś próbowałam przeczytać tę książkę, ale nie dałam rady przez nią przebrnąć, gdyż drażnił mnie, jak to nazwałaś: wiktoriańsko sztywny styl autorki. Ale za to oglądałam ekranizację ''Rozważniej i romantycznej'' i w tym przypadku bardzo mi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja lubię wszystkie książki Jane Asten. Co prawda jej styl w dużej mierze dłuży i rozwleka fabułę, ale jakiś taki sentyment u mnie zakwitł i zawsze chętnie do tych książek wracam ;)
    Thievingbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Ostatnio mnie naszło, żeby przeczytać tę książkę i muszę w końcu po nią sięgnąć, z czystej ciekawości;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Mi ta książka podobała się bardziej niż ,,Duma i uprzedzenie" Miło ją wspominam :)
    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń
  16. Ostatnio kupiłam w tym samym wydaniu ;) teraz zbieram się do przeczytania, co prawda słabo mi to idzie, wszystko zawsze okazuje się ważniejsze !

    http://ruderude-czyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!