sobota, 20 czerwca 2015

Świat kobiet walczących. Recenzja książki




Często słyszę opinie, że nasz świat jest zły. A to że homoseksualiści, a to że homofoby, albo jakiś sympatyczny polityk w świecącej nowością markowej marynarce, nie komentując drobnych sprzeczek w naszym otoczeniu i ogólnej niesprawiedliwości. Żony narzekają, że mężowie mało zarabiają, nie bawią się z dziećmi, a wieczorami zasiadają przed telewizorami; mężowie skarżą się, że żony z przekroczeniem pięćdziesiątki przestają o siebie dbać, a dla dzieci są zbyt nadopiekuńcze, o teściowych nawet nie myślmy. Kylie biada, że w domu zawsze brakuje kawy i kakao, a sąsiad Kylie wścieka się, na Kylie, że za głośno włącza muzykę. Tak naprawdę nie powinniśmy tak robić – mamy spokój i pokój, pax Europa, jak dumnie mówią ważniaki z Brukseli, który niewiadomo ile jeszcze potrwa i nie tylko dlatego, że pan prezydent Putin kombinuje coś na swoich granicach, a wszyscy (oprócz Polski) opracowują w swoich laboratoriach nowe generacje bomb atomowych. Nasz brak radości z uprawy ogródka, rozkwitłych róż czy zwykłego posiłku bierze się z poczucia bezpieczeństwa, który traktujemy jak zwykły stan świata, a nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy ktoś z naszej rodziny jest daleko od nas, codziennie narażając życie, a każda przesyłka zwiastuje dobre lub złe wieści a nie nową książkę. Pardon, bo przecież w naszym kraju jest mnóstwo rodzin żołnierzy, których wysłano na misję do Afganistanu, a wiadomo, że zginąć można nawet w kamizelce kuloodpornej – moja dalsza rodzina, niestety, przekonała się o tym jakiś czas temu. Tak samo jak rodziny policjantów czy służb antyterrorystycznych, żyjące w strachu nie tylko o życie bliskich, ale i o swoje. Są to jednak sytuacje dość rzadkie, bo pobór do wojska nie jest masowy, a mnóstwo kobiet oczekuje powrotu męża z nudnego biura, położonego niedaleko domu po pięciu godzinach pisania na komputerze czy innej, równie bezpieczniej i nudnej (przy założeniu, że taki człowiek nie pracował w WTC w roku 2001). A jeśli będzie inaczej? Co wtedy zrobimy? 

Świat Normanów był bezwzględny, jak pogoda panująca w Skandynawii, a bogowie równie źli jak zima. Odyn, Jednooki pan Asgardu i Walhalla. jego syn miotający wielkim młotem Thor (taaak, skarby, niech żyje Marvel!), mroczny Loki (filmidła fantasy niszczą mi mózg), oraz inni, pomniejsi bogowie, z trwogą oczekujący Rangoku, Ostatniej Bitwy, w której zginą i dobrzy i źli, by nastał nowy świat. Normy, niczym greckie Parki tkające ludzki los i Walkirie, zaprowadzające z pól bitew do Walhalli najdzielniejszych wojowników. Niewolnice sprowadzane aż z Rusi, bezwzględne palenie i rabowanie oraz wyprawy w nieznane, aż po kres świata, do Ameryk, które odkrył Leif Eriksson i Cesarstwa Bizantyjskiego na gorącym południu. Między fanami nordyckiej mitologii krążą mroczne historie o rytualnym wieszaniu ludzi na drzewach, a potem czczeniu tych drzew, jako że Jednooki kazał powiesić się głową na dół na Midggardzie, by poznać tajemnicę runów; palili swoich zmarłych na łodziach, podążających na Północ. Chłód, mrok półrocznych nocy i krwawe blaski zorzy polarnej sprzyjały niewątpliwie takim podaniom, a rozbicie feudalne Norwegii było przyczyną walk potężnych jarlów, rządzących się jak osobni władcy. Wybuchały wojny domowe, wojny z tymi, którzy ośmielali się nazywać królami Norwegii, wyprawy grabieżcze we wszystkie strony świata po złoto, niewolników i sławę. Czytając opisy walk poznajemy jednak tylko samych mężczyzn – tych, którzy byli zwycięzcami i tych, którzy ginęli, zasługując na pamięć następnych pokoleń. Nikt jednak nie zastanawiał się nad ich żonami, pozostającymi w domu z dziećmi i rodziną, ba!, nawet nie znamy ich imion i bliższych losów, a co dopiero uczuć i myśli. Możemy tylko przypuszczać, że były bardzo odważne, wysyłając swoich synów i mężów na wielkie wojny, tak daleko, że trudno było im sobie to wyobrazić, a nawet kiedy pozostawali w domu, poświęcali się sztuce wojennej, czasami zapominając o swoich obowiązkach rodzinnych, które w większości ograniczały się do szkolenia syna we władaniu mieczem i staraniach o większą ilość potomstwa, będącego pewniejszym gwarantem ciągłości rodu. O kobiety nikt nie dbał. Stały w cieniu swoich mężów, kochane przez nich czy nie, godząc się na wszystko. Umierały zapomniane, bo nie stawiano im tak okazałych kopców; pochłaniał je mrok kolejnych stuleci, chociaż wcale na to nie zasługiwały. 

Jak dobrze więc, że jest literatura! Od dawna pisarze eksploatują nieznane lądy, w na pozór błahych i oklepanych motywach okrywając nowe wymiary i dna. Znajdując ciekawą perspektywę do opowiedzenia jakiejś historii od nowa, w sposób nieoczekiwany i odważny. Dzięki temu możemy poznać to, co zwykle pomijane, ale jednocześnie niezwykle istotne, jakiś szczegół, który może posłużyć za temat do wcale odkrywczej książki, powieści, gdy do głosu w powieści dochodzi ktoś kto zwykle spychany był na plan dalszy. Bo czy kobiety – żony i matki – nie były ważne w świecie Normanów? Czy ich historie są mniej fascynujące od bitew i okrywania wielkiego, niekończącego się świata? Autorka tej książki udowadnia, że  nie. 

Sigrun w wieku szesnastu lat zostaje żoną jarla Regina, pana Namsen, co rozpoczyna niezwykle ciekawy okres w jej życiu, pełen – jak to w życiu bywa – blasków i cieni, radości i smutków. Będąc już starą kobietą, brzydką i czującą się źle w zmieniającym się świecie, wraca wspomnieniami do przeszłości, opisując słuchającym swoje życie, ze smutkiem przypominając sobie przemijający powoli świat wielkich Normanów i postacie, które już dawno odeszły z jej życia, a które były dla jej ważne, jak każda osoba stojąca nad grobem, żyjąca już tylko piękną przeszłością. A ma Sigrun co wspominać – splendor, szczęście, miłość, uśmiech dzieci, które wypełniały jej dom, świat Asów i Wanów a nie ukrzyżowanego Chrystusa, którego nie rozumie i się boi. Malowniczy świat, zamknięty już tylko w jej głowie, a dla nas zupełnie niezrozumiały, znany tylko z popularnych seriali, które – niestety – nie mają na celu pokazanie historycznej prawdy, zbliżając się do hollywoodzkich superprodukcji w stylu tragicznego Królestwa Niebieskiego czy jeszcze gorszego sequelu 300 (to filmidło ze statkiem i taką babką na nim). Świat mroźny, dziki, ale w pewien sposób piękny. 

Już od pierwszych stron książka przypomina wyrafinowany, wielowarstwowy kobierzec, pełen dodatkowych znaczeń i wynikających z tego zapętlonych interpretacji, chociaż patrząc pobieżnie, powieść jest prostą, drastycznie skróconą historią pewnej kobiety. Pod prostymi, przypominającymi mowę potoczną słowami, kryją się jednak kolejne znaczenia, ciekawe, niejednoznaczne obrazy i pytania, zmuszające czytelnika do przemyślenia pewnych spraw jeszcze raz. Dlatego jest to powieść dla wymagającego czytelnika – cierpliwego i dociekliwego, rządnego czegoś więcej niż akcji, bo tej tu nie ma wiele; Autorka konstruuje historię z wspomnień głównej bohaterki, w których czasami szczegóły i uczucia pozostały jak żywe, zasuwając mgłą ważne wydarzenia, przedstawione czasami pobieżnie i niedokładnie, zaledwie tylko w zarysach. Wielka polityka przeplata się więc z prywatnym życiem Sigrun, w które za sprawą przyjaciela Einara wsącza się chrześcijaństwo, dołączając do śmierci, miłości, tęsknocie i strachu o najbliższych, który wyruszyli na wojnę, tworząc skomplikowany, ale niezwykle ciekawy portret kobiety tamtej epoki, jednak zaskakująco uniwersalny,  żyjącej w cieniu swojego męża, ale niemniej interesującej. Myślę bowiem, że książka jest niczym innym jak portretem (zresztą tak jest z całą sagą: kolejne powieści przybliżają nas do Haldred, Einara, Gudrunn i innych bohaterów) – utkanym z ułożonych chronologicznie wydarzeń, które lepiej oddają kształtowanie się bohaterki i dodawanie kolejnych rysów niż płomienne monologi,  składających się na akcję, bardziej podobną jednak do opowieści rodowych seniorów czy fabuły trzymającego w napięciu thrillera. Niektórych może irytować jakby fragmentaryczne ukazanie wydarzeń, niczym osobnych klatek z dłuższego filmu, ale każda z historii jest skończona, mistrzowsko ujęta w literackiej miniaturce (gdzie czasami jest czas na przyspieszone bicie serca, a nawet o jakąś mroczną intrygę), bez szerszego kontekstu jednak niesamodzielnej. To tylko pogłębia wrażenie gawęd przy kominku, kiedy za oknem śnieg, mróz i mrok, podmalowanych tą sentymentalną tęsknotą ludzi starych do świata, który minął i który mogą jedynie odtwarzać w pamięci – jednak ten wymiar powieści jest dostępny tylko dla wrażliwego czytelnika, lubiącego smakować historii, wolno rozwijającej się jak haftowana historia z setkami osobnych scen. 

Warto jednak zaznaczyć, że nieco zdenerwowało mnie podobieństwo  niektórych wątków i sformułowań do najnowszego cyklu pisarki, Odrodzone Królestwo. Może to dziwne, ale w scenie pierwszego spotkania Sigrun i Regina przypomniało mi się spotkanie Przemysła II i Rikissy – która, co za zbieg okoliczności, była Szwedką. Nie będę bronić Autorki, mimo że bardzo cenię sobie jej twórczość, ale też nie oskarżę ją o autoplagiat w stylu kompozytora Harry’ego Gregsona-Williamsa ale to naprawdę irytuje. I wytłumaczeniem nie jest objętość pisanych powieści. Takie argumenty też mnie nie interesują. Chociaż… nie było aż tak źle, jak w pewnej książce, w której bohaterowie kłócili się i kochali przez sześćset stron (Anno Todd, piję do ciebie!). 

Warto też poświęcić osobny akapit zarzutom pod adresem powieści, szczególnie tych bardzo niedorzecznych, jak to, że książka to erotyk w historycznej powłoczce. Ha! Ciekawe, co każdy z nas napisałby, gdyby kazano mu opisać swoje życie szczerze i bez żadnych ubarwień, patrząc z dystansu na całość, obejmującą wielką miłość. To przecież nie jest typowa powieść o Normanach, jedynie intymna spowiedź żony jednego z nich, żony kochanej i kochającej; świat, jaki przedstawia, jest zupełnie subiektywny, a ponieważ miłość jej męża była dla niej rzeczą ważną, wątek ten wypełnia nieco książki. Zupełnie normalne. Zarzuty, i to bardzo poważne, miałabym, kiedy bohaterka mieszałaby się w politykę, pięła się po drabinie władzy niczym lady Makbet czy walczyła w bitwach, bo to nie byłoby zupełnie normalne. Powieść nie jest – jak już pisałam – opowieścią o Norwegii, ostatecznie przecież Autorka mogłaby przenieść historię Sigrun do czasów II Wojny Światowej i intymna historia małżeństwa zupełnie by się nie zmieniła. Hm. Wcale nie bronię książki, bo mi się podoba. Bronię, bo myślę, że warto pokazać mój punkt widzenia. 

Język Autorki jest dostosowany do przyjętej konwencji – luźny,  potoczny gawędziarski ton, wzbogacony, jak napisałam wyżej, smutkiem i powagą, jednocześnie bardzo prosty i wyrafinowany. Ma swój zawiły rytm, niczym sagi skaldów (tak! To jest to – nawet tytuł pasuje!) i niemal werbalny wydźwięk, pełen emocji, drgających pod powierzchnią, dzięki czemu mamy wrażenie, że siedzimy z Sigrun przy kominku, a ona, ufając nam bezgranicznie, opowiada nam o całości swojego życia, nie pomijając tematów tabu. Słowa są zupełnie subiektywne, bardzo emocjonalne, skrywające wiele światłocieni i znaczeń, co sprawia, że mimo wszystko powieść jest niezwykle bogata. To jak woda płynąca pod zimnym, iście norweskim, chłodem, surowością i oszczędnością słów, o nieco średniowiecznym posmaku – trzeba nieco zaangażowania, by wniknąć w tę głębię i spojrzeć na tamten świat oczami bohaterki oraz odkryć piękno języka – faktycznie przypominającego poemat skaldów: prostego, ale pięknego i skomplikowanego, momentami patetycznego, ale nigdy nie kiczowatego. Do tego trzeba dodać opisy, w których objawia się niezwykle głęboka miłość Autorki do szczegółu, czasami nabierającego cech wręcz symbolicznych. Z tych szczegółów pisarka pieczołowicie odtwarza tamten świat z całym jego, tak często pomijanym, tłem: z zapachem ryb, zimnymi podmuchami wiatru, chrzęstem śniegu pod stopami, dotykiem futer i smakiem wina. Całe tło historii Sigrun staje się więc na tyle realistyczne, by czytelnik mógł spojrzeć oczami bohaterki i wejść w jej skórę, przeżywając niezwykle silnie opisywane przez nią emocje. Należy także podkreślić, że sceny erotyczne zupełnie nie przypominają opisów z wyrażeniami, w najlepszym przypadku, wyczytanym w łacińsko-polskim atlasie anatomicznym, może są i zbyt przepoetyzowane, ale te wszystkie porównania do łódki i pływania są fajne, bo nowatorskie i bardzo pasujące do norweskiego świata. W każdym jednak razie język jest dopracowany i melodyjny na tyle, by mieć wrażenie, że czytając, płyniemy po zimnych wodach Bałtyku i Morza Północnego, zaglądając czasami do wnętrza ciepłych komnat Sigrun i dotknąć miękkich zwierzęcych futer, przez chwilę chociaż żyć w innym świecie.  

Trzeba także nadmienić, że Autorka – jak zwykle zresztą – nie zawiodła mnie w kwestii poprawności historycznej (prawda, że potknęła się nieco przy tematyce łódź, pisząc o płynięciu przez rzekę dakkarami, ale koniec końców kobiety mogą być militarnymi laikami), wręcz zaskoczyła dogłębną znajomością religii nordyckiej: swobodnego poruszania się w skomplikowanej, dziwnej dla nas, ludzi Południa, mitologii, dogłębnej znajomości nordyckich bóstw i – co mnie chyba najbardziej zainteresowało – religijnych rytuałów. Te ostatnie obfitują w ciekawe, malownicze szczegóły, wyglądające na oryginalne obrzędowe teksty i dowodzą szerokiemu, merytorycznemu przygotowaniu pisarki do opowieści o świecie średniowiecznej Skandynawii; czytając te fragmenty, mamy wrażenie, że oglądamy je na własne oczy, cofając się do przeszłości za sprawą jakiegoś przedziwnego wehikułu czasu. Brawa należą się także za zadziwiającą orientację w zaplątanych bardziej niż Gra o Tron dziejach królów Norwegii, pełnych dobrych i złych Hakonów, Grunhild, z których każdy ma inną religię. Jestem pewna, że tak wierne odtworzenie świata Normanów zajęło więcej czasu, niż napisanie objętościowo niewielkiej – w porównaniu z Odrodzonym Królestwem – powieści. Nie jestem pewna, czy jeden człowiek jest w stanie ogarnąć taką ilość materiału  jeszcze wybrać tak, by złożyć w wszystko w ciekawą, wciągającą książkę, dla Autorki więc należą się brawa. 

Ciężko napisać cokolwiek o bohaterach, w powieści znajdziemy przecież ich subiektywne opisy dokonane przez Sigrun. Idealizuje swojego męża, tak, że nie możemy poznać jego wad, jedynie same zalety. Zresztą, wbrew pozorom, mało jest Regina w powieści – najczęściej jest gdzieś daleko, a bohaterka siedzi w domu, tęskniąc za nim, co tylko sprawia, że postać ta staje się bardziej wyidealizowana. Narracja z punktu widzenia kobiety sprawia także, że postacie takie Bodvar, jego słowiańska żona Mislava (czytając ten wątek czułam lekki niedosyt), wieszczka Urd, Haldred – a w szczególności – Einar,  czy druga z Thor, jakie Sigrun spotkała w swoim życiu, są owiane mgiełką tajemnicy, pewnego niedomówienia – bohaterka wielu rzeczy może się tylko domyślać, co sprawia, że książka staje się jeszcze bardziej intrygująca i tajemnicza, jak prawdziwa, pełna postaci mitologicznych i magii saga. Niestety, zdarzają się także postaci nudne, nijakie, które tylko irytują, jak na przykład Hela, o której, poza tym, że jest zielarką, nie dowiadujemy się zbyt dużo, czy Gudrunn i Bjorn, zbudowani chyba ze zbyt wielkim pietyzmem i zbyt wyidealizowani przez matkę, co jest, chociaż zrozumiałe, to jednak nieco irytujące. 

Główną bohaterkę poznajemy za to bardzo dokładnie – nie ukrywa przed nami nawet przelotnych, złych i dobrych myśli, wszystkich elementów życia, składających się na życie i charakter najpierw małej dziewczynki, potem dziewczyny i kobiety. Jest osobą dobrą, nawet niezłą matką i doskonałą żoną, tęskniącą i kochającą. Autorka stara się jednak jej nie idealizować, pokazując kilka mrocznych stron jej osobowości. Mimo że wszyscy wokół chwalą Sigrun (to jednak było irytujące, trzeba przyznać), a ona sama jest świadoma swoich atutów,  mimo że wie, iż czasami popełnia błędy. Jest pełnokrwistą bohaterką, ciekawą i jednocześnie zupełnie zwykłą, z jaką może utożsamiać się każda z nas, albo przynajmniej zrozumieć kierujące nią uczucia – znamy je przecież, czy jesteśmy w stanie sobie je wyobrazić. Strach o dzieci, miłość do męża, szczęście i smutek są autentyczne, głęboko przez nią przeżywane, ciekawe, jak sama postać, mimo że nie jest ona nikim niezwykłym niecodziennym czy oryginalnym, nie kłuje w oczy i stoi raczej w cieniu swojego męża i syna; mimo niemal boskiego czczenia ją przez poddanych, jest zwykłą kobietą, w której oczach świat ma ciekawą perspektywę. I myślę, że Sigrun da się lubić przez każdego, ale tą zwykłą, szarą sympatią jaką darzymy naszych dawnych znajomych, albo szacunkiem, jaki każdy szanujący się człowiek ma dla swojej babci czy innej, starszej i doświadczonej osoby, która widziała wiele i czuła więcej niż my. 

Jedyną rzeczą, która zdecydowanie nie spodobała mi się w powieści, to okładka. O ile do całej serii, utrzymanej w podobnej stylistyce, nie mam pretensji, bo w pewnym sensie nawiązuje do nordyckich sag i tamtejszej twórczości, okładka tomu pierwszego nie jest ładna. Kiedy przyjrzymy się jej uważnie, zauważamy, że na szarym tle ktoś rozpostarł kawałek jakiejś tkaniny, z nitkami wystającymi na krawędziach, owijając nim większą część okładki. Na środku widnieje charakterystyczny bębenek do wyszywania, a w nim obrazek przedstawiający plan jakiejś bitwy; czerwonymi strzałkami zaznaczono kierunek ruchu dakkarów i snekkarów, a błękitną ruchy statków nieprzyjaciela. Pod bladoniebieską linią widnieje wbita igła, jakby tkanina była haftowana przez Sigrun, która na chwilę odłożyła robótkę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dziwne podobieństwo ilustracji do map w moich atlasach historycznych. Jeszcze tylko legendy brakuje: kierunki uderzenia Norwegów, kierunki uderzenia ich wrogów. Podobne, kolorowe strzałki pojawiają się przy mapach obrazujących jakiekolwiek podboje, ekspansje, a także rozbiory Polski. W atlasach jest to zupełnie w porządku, nawet bardzo cenię sobie ten system, ale nie oznacza to, że ma pojawiać się to na okładkach książek, prawda? W końcu powieść nie jest monografią, ale literaturą piękną, a w takich przypadkach okładka decyduje o tym, czy czytelnik kupi książkę (przyznaję, że kupując tę powieść dla nazwiska Autorki, ale gdybym nie czytała Odrodzonego Królestwa, z pewnością nie sięgnęła po tę pozycję). Okładka ozdobiona także szlaczkiem z nordyckim motywem i czcionką kojarzącą się ze Skandynawią. Całość jednak wygląda bardzo ubogo, nawet z eleganckimi skrzydełkami i z nieciekawą czcionką, gdzie wydrukowano fragmenty – nie ukrywam, że było to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie – recenzji nie blogerów, ale kulturoznawcy, literaturoznawcy i Olgi Tokarczuk, a także sympatyczne zdjęcie Autorki z krótkim życiorysem. Szkoda jednak, że Wydawnictwo nie zdecydowało się na ciekawą okładkę i przez to wiele ludzi, nie wiedząc, co tracą, omijało powieść, nie poznając nigdy świata Sigrun, tak ciekawie odmalowanego przez Autorkę. 

W 1066 roku nastąpił przełom – w sławnej bitwie pod Hastings Wilhelm I Zdobywca jako jedyny człowiek w historii pobił Anglię, zabijając  króla Harolda strzałą, która utknęła mu w oku (według tkaniny z Bayeux), a większość mieszkańców Normandii nawiązywała coraz ściślejsze kontakty handlowe z Południem, przyjmując chrześcijaństwo. Na Rusi władała dynastia Rurykowiczów, ale ich legendarny przodek, Ruryk ze Skandynawii, był już legendą, nie mówiąc już o byłych niewolnikach Panów Północy, Słowianach Zachodnich, którzy tworzyli swoje państwa – między innymi Królestwo Polskie, własność królów i książąt piastowskich. Niedługo potem, w 1095, papież Urban II rozpoczął całe to zamieszanie z krucjatami i wzrok całej Europy zwróciły się na Bliski Wschód, gdzie Baldwin, hrabia z Flandrii, koronował się na króla Jerozolimy. Bezkrwawy Rangok Asów skończył się, a z upadającymi murami Asgardu i Walhalli odszedł świat bezpowrotnie świat Sigrun i Regina. Jednak historia kobiet jej podobnych nigdy się nie kończy – zawsze jacyś mężczyźni idą na wojnę, by czasami nie wrócić, a kobiety czekają, tocząc walkę z samą sobą, ze światem, z codziennością, ze strachem. Walkę o to, by mimo wszystko wpuścić do ciemnego pokoju promień światła, radości i nadziei.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Tytuł: „Saga Sigrun”
Moja ocena: 7/10

15 komentarzy :

  1. Nie jestem jakoś zachęcona do książki. Jedyni jarle jakich znam to ci ze Zwiadowców i z Drużyny i tak zostanie ^^ A co do Marvela - jak słyszę Thor to widzę tego przystojniaczka z Avengersów ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje, zostałaś nominowana do LBA. Sczegóły u mnie. Zapraszam do zabawy :)

    http://diamentowe-slowa.blogspot.com/2015/06/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajna recenzja, zachęciłaś mnie. ;) Książka wydaje się naprawdęfascynująca, chyba wstawię ą na moją listę oczekującą <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie specjalnie mnie zachęciłaś do tej książki... A przy okazji ostudziłaś mój zapał do "After" bo kłótnie i seks przez 600 stron kojarzy mi się z Greyem, co nie jest zbyt pozytywnym skojarzeniem

    Zapraszam do siebie
    http://to-read-or-not-to-read.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety książka nie dla mnie :)

    Pozdrawiam, Insane z przy-goracej-herbacie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Na początku wyłączyłam myślenie i nie zrozumiałam części Twojej recenzji, więc musiałam wrócić i przeczytać jeszcze raz. Teraz zrozumiałam i mi się spodobało :) Fajnie, że piszesz takie długie posty! Nie wiem czy przeczytam, ale jeśli wpadnie mi w łapki, to nie pogardzę.
    Pozdrawiam serdecznie!
    Fanny http://buszujacawsrodksiazek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się, że obaliłaś moje obawy, że to jedynie romans, czy powieść erotyczna. Piszesz długo, ale nie czuję kompletnie tego, że zdradzasz fabułę, to niesamowite, rzadko spotyka się takie recenzje. :) Jestem zaintrygowana tytułem, chętnie poznam życie tamtejszych ludzi, jeszcze przyjemniej, że to życie tak dokładnie odwzorowane religijnie i historycznie.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawa fabuła,ale książka ogólnie chyba nie dla mnie.

    Pozdrawiam:*
    http://klaudiaczytarecenzuje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozpisałaś się:)))) Myślę, że to coś dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zainteresowałaś mnie niesamowicie tą pozycją :)

    Zapraszam do siebie :)
    http://poczytajmycos.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Książka wydaję mi się ciekawa, znaczy... średnia. Są w niej elementy, które mnie zaciekawiły i te, które wprost przeciwnie. Nie wiem... Zastanawia mnie, czy te opisy nie nudzą czasami? Nie czytam książek tego typu, stąd moje wahanie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Hm... Raczej nie jest to literatura dla mnie...

    OdpowiedzUsuń
  13. Wow, wyczerpująca recenzja. Jestem jak zawsze pod wrażeniem:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tej serii Autorki jeszcze nie czytałam, ale po lekturze innych jej pozycji jestem pewna, że po ten tytuł też sięgnę w niedługim czasie :)

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!