
Jeśli chodzi o horror, jestem zatwardziałą konserwatystką.
Duchy, klątwy, wampiry, diabły, opętania i inne rzeczy są dla mnie najbardziej
ciekawe, mimo że często narzekam na schematyczność – w tych tematach można
naprawdę wiele nowego napisać. Takie tematy wydają się też pewnym straszakiem,
którego czasami potrzebuję: niezwykle kreatywny pomysł z Carrie bardzo mnie zainteresował, jednak nie przeraził, tak jak
powinien to robić; duchy zaś, byty dość kontrowersyjne, niewątpliwie
przerażające i bardzo fascynujące, sprawiają zwykle, że po kręgosłupie
przechodzą ciarki, jednak człowiek chce jeszcze więcej. Tak było i tym razem –
ledwo zobaczyłam okładkę i przeczytałam opis, już byłam pewna, że Halloween z
przyjemnością spędzę w towarzystwie – chciałoby się powiedzieć – Krwawej Anny,
której duch będzie prześlizgiwał się po ścianach mojego pokoju. Czy to był
dobry wybór?
Tezeusz Cassio Lowood jest łowcą duchów, zabijającym te
problematyczne, szkodzące żywym zjawy. Ten niebezpiecznyy zawód odziedziczył po
ojcu, który został zabity przez pewnego ducha, wciąż przebywającego na wolności
i - jak obawia się matka Tezeusza – tropiącego chłopaka. On ma jednak inne
zadanie, równie trudne do wykonania: w pewnym małym miasteczku grasuje
straszliwy duch młodej dziewczyny w skrwawionej, białej sukience, uwięziony w jej
rodzinnym domu, który rozrywa na strzępy wszystkich, którzy się tam dostaną.
Misja jest podwójnie niebezpieczna, bo na karku bohater czuje oddech swojego największego wroga,
równie nieżywego co sprytnego, którego misją jest zgładzenie Tezeusza, jak
zrobił to z jego ojcem. Szanse na jednoznacznie dobre zakończenie powieści
maleją, ale za to wzrastają na nietuzinkową fabułę i kilka makabrycznych
momentów, myśli sobie przeciętny, taki jak ja, czytelnik. Ale czy na pewno?
Żeby nie było tak mrocznie i pogrzebowo przez cały ten
tekst, zajmijmy się na początku okładką książki, niewątpliwe rzucającą się w
oko, choć może jednak niezbyt straszną, co od początku mogło mnie ostrzec przed
zawartością. Każdy jednak musi przyznać, że przyjemnie jest na nią po prostu
popatrzyć: mieszanka widmowej bieli, szarości, rozmytego niebieskiego z
czerwienią i czernią wygląda bardzo estetycznie i pociągająco; szczerze mówiąc,
najbardziej podoba mi się czarna koronka u dołu, obok paska, na którym
wydrukowano imię i nazwisko Autorki. Chociaż to może było niepotrzebne, bo
element ten nie ma większego związku z historią, wygląda to bardzo dziewczęco i
jakoś tak skojarzyło mi się z subkulturą gotycką; warto wspomnieć, że w wydaniu
oryginalnym tego nie ma – to taki drobny pomysł wydawcy polskiego, jak widać.
Reszta nie jest już taka zaskakująca, aczkolwiek bardzo podoba mi się postać
głównej bohaterki, otoczona jakimiś widmowymi obłokami, z rozwianymi włosami i
w swojej poplamionej krwią sukience. W tle jest jej dom, tradycyjnie już ujęty
pomiędzy nagimi drzewami, na którym siedzi kruk (jesteś zaskoczony, panie Poe?)
i nocnym niebem pełnymi chmur i plam księżycowego światła. Dobrze, że w oknach
domu nie palą się żadne światła, bo wtedy wyglądałoby, że książka jest
klasycznym przedstawicielem horroru klasy D, a przynajmniej okładką, która
próbuje straszyć czytelnika gotycką czcionką i żarówkami w pokojach jakiegoś
tajemniczego zamczyska (chociaż horrorem mojego dzieciństwa są zdecydowanie
samozapalające się światła). Odrzuca może trochę tytuł, napisany wyraźną,
krwistoczerwoną czcionką, która jakoś nie pasuje do ponurej reszty i wygląda
jak skopiowany skądś slogan reklamowy czy tytuł filmu, przynajmniej tak mi się
dziwnie skojarzyło. Na samej górze mamy jeszcze krótką recenzję jakiegoś
amerykańskiego magazynu, co raczej mnie nie zachęciło do przeczytania książki
bardziej niż okładka czy blurb – który niemal nigdy nie mówi dokładnie, o czym
jest książka. No właśnie. W tym jest cały problem.
Wciąż zastanawiam się, czy jest to bardziej horror czy
paranormal romance i od którego z tych gatunków się zaczęło. Może to
mroczniejsza odmiana gatunku o miłości istoty nadprzyrodzonej do zwykłego
człowieka, a może to horror z elementami – bardzo obszernymi jednak – romansu?
Raczej to pierwsze, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i, raczej w
negatywnym sensie, Autorka zaskarbiła sobie moje uznanie tymi
nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, których, czytając pierwszą, lepszą część
książki, nikt by się nie spodziewał. Bo cokolwiek się tam dzieje, duch Anny na
serio rozrywa ludzi i zachowuje się tak, jak na porządnego upiora przystało,
łącznie z czarnymi żyłami, krwią i całym korowodem zjaw pomordowanych przez
nią, którzy przychodzą, by pokazać, w jaki sposób zginęli. Strona po stronie
pisarka zamienia powieść w ckliwy romans o dwóch kochankach, którzy niczym
Romeo i Julia nie mogą ze sobą być, ponieważ jedno z nich jest duchem ze zdjętą
właśnie klątwą, a drugie mordercą duchów i człowiekiem. Powiedzcie, skąd ja to
znam? Co prawda, Autorka próbuje uratować sytuację i wplata tam wątek innej, jeszcze
bardziej niebezpiecznej i sprytnej zjawy, ale to już nie jest to – klimat
oświetlonego tajemniczym, białym światłem domu, pełnego pomordowanych i
widmowej, straszliwej morderczyni; napięcie związane z tajemnicą, jaką otoczona
jest klątwa Anny oraz to, czego świadkiem jest Tezeusz (wybaczcie, nazywanie go
imieniem z greckiej mitologii jest silniejsze ode mnie) znika i zostajemy z
tekstem, który musimy zmęczyć do
końca – byłam w tak tragicznej sytuacji, że postanowiłam przeczytać książkę w
jeden wieczór, by nic nie stracić z halloweenowego klimatu, więc zamiast
odłożyć męczącą lekturę na następny dzień i zacząć się czymś bardziej
konstruktywnym, przemęczyłam się do końca. O ile początek jest przemyślany,
naprawdę ponury i obfitujący w ciekawe zdarzenia, zbudowany z wyczuciem i
według pewnego rytmu, to wraz z zbliżaniem do końca akcja staje się coraz
bardziej nieprzemyślana, chaotyczna, skrótowa i pozbawiona przede wszystkim
klimatu, odpowiedniego dla horrorów ciężaru (nie brakuje tego nawet Wichrowym Wzgórzom, powieści będącej stricte horrorem, ale przecież nie
rasowym straszakiem!) i napięcia, co sprawia, że nawet kiedy bohaterowie
przygotowują się do ostatecznej rozprawy z prześladowcą rodziny głównego
bohatera czytelnik nie czuje nic, oprócz rozkosznego uczucia zmęczeniem lekturą
i powstrzymywaniem się przed ziewaniem. Równie dobrze mogłaby być to zwykła
przygodówka czy cokolwiek innego, bo kiedy Anna, dziwnym zbiegiem okoliczności
bardziej ludzka niż zjawowa, walczy z
antagonistą, można poczuć tak doskonałą obojętność jak podczas kilometrowych
opisów przyrody w Nad Niemnem Elizy
Orzeszkowej, że nawet najmroczniejsza, podprogowa muzyka nie pomoże. Widać, że
Autorka siliła się na pisanie kolejnych akapitów, może znudzona historią, może
wypalona, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – cierpiąca na brak weny
twórczej i rozdmuchane ego pisarzy, którzy twierdzą, że książka o dwustu czy
stu stronach jest z założenia zła. Sama historia Anny, wzbogacona kilkoma
pobocznymi, może równie ponurymi wątkami w zupełności wystarczyłaby mi do
szczęścia, a wepchnięcie do jednej książki dwóch zupełnie różnych historii nie
było dobrym pomysłem, szczególnie, że – delikatnie mówiąc – nie wszystko udało
się pisarce na tyle, by przyznać, że choć niepotrzebnie to zrobiła, to jednak
wyszło jej to doskonale.
Sam pomysł na powieść nie jest ciekawy – wiele (żeby nie
powiedzieć, że za wiele) jest na rynku powieści o łowcach demonów, duchów,
ufoludków i innych stworzeń, którzy ostatecznie zakochują się w tych, których
mają zabić, by miało mnie to chociaż trochę szokowało czy interesowało, chociaż
z Tezeuszem, Anną i kilkoma innymi postaciami udałoby się zrobić coś innego,
ciekawego, Autorka jednak – czy to ze strachu, czy też z braku lepszych
pomysłów, postanowiła iść na łatwiznę i wypełnić wcześniejsze schematy swoimi
słowami. Bo nawet temat samych duchów nie jest tu ujęty interesująco; ot, ostatecznie
duchy o rosyjskich nazwiskach
(przypadek?) zabijają i w innych horrorach w jeszcze bardziej upiorne sposoby,
a sama kreacja tych istot, mimo wymyślania naprawdę skomplikowanych rzeczy jak
kilka osób w jednym duchu czy dziwna, wciąż jeszcze niewyjaśniona cielesność
tych bytów – najlepszy przykład to oczywiście pocałunek – które pisarka
traktuje jak oczywistą oczywistość i nie próbuje nawet w jakikolwiek sposób
tłumaczyć. Mimo tego było kilka doskonałych sytuacji, w których mogła wykazać
się kreatywnością, jednak tego nie zrobiła, niszcząc wszystko co było dobrze
zaczęte, łącznie z klątwą Anny (która okazała się być niczym ciekawym i wartym
całego napięcia, ale za to bardzo w stylu hollywoodzkich straszaków i mrocznych opowieści o patologicznych
rodzinach) i wątkiem tego straszliwego ducha; jedno i drugie okazało się
niewypałem w stylu kryminałów, w których morderstwa są inne niż zwykle, ale
motyw naciągany i trywialny; dowodzi to tylko o braku pomysłów u Autorki,
ciągnięciem książki tam, gdzie już dawno powinna się skończyć. A przepaść
między potencjałem wymyślonych przez pisarkę bohaterów i efektem końcowym jest
ogromna – to tak, jakbym kupiła sobie superkomputer do pisania moich nikomu
niepotrzebnych recenzji. Czyli, przyznacie, że marnotrawstwo wielkie.
Język, jakim powieść została napisana, nie wyróżnia się
niczym wśród innych tego rodzaju książek – Autorka ma styl bardzo prosty, językowo
dość ubogi, jednak dość płynny, by napisać książkę bez większych zgrzytów. Z
pewnością niezbyt radzi sobie z dynamiką akcji, przez co ciężko czyta się te
fragmenty, szukając tych bardziej kameralnych partii w tekście, napisanych z
większą płynnością i polotem, zwykle jednak przepełnione są one romantyczną
ckliwością i sentymentalizmem (vide: pocałunek;
wciąż nie może pomieścić mi się w głowie jak można pocałować ducha nawet jeśli
Autorka twierdzi, że w pewnym momencie Anna bardziej przypominała człowieka…
cóż ) tylko czasami i na początku epatującymi grozą, na co przecież czekałam. Jak
wspominałam już wcześniej, styl pisarki nie odznacza się niczym ciekawym, nie
można tu znaleźć jakiejś ciekawych konstrukcji, barkowych zapętleń,
malowniczych opisów, ciekawych metafor czy pięknych sformułowaniem, samym swoim
brzmieniem sprawiającym, że na skórze człowieka pojawiają się ciarki. Na
początku nie jest to dużym minusem, jednak kiedy akcja przestaje być ciekawa,
na wierzch jak czerwie wyłażą potknięcia językowe czy to tłumacza czy Autorki,
dysharmonie i problem z szybką akcją, co jest bardzo powszechne u
początkujących czy słabych pisarzy i co bardzo męczy czytelnika. Pisarka nie
chciała – czy nie mogła zauważyć – że kiedy akcja powieści powoli się
rozchodzi, może to wszystko zatuszować pięknym stylem, porwać czytelników czy
porządnie ich przestraszyć, tak, żeby z bijącym sercem czytali dalej,
zapominając o niedostatkach fabuły. Przecież to horror ludzie, czy mi się tak
wydawało, przestępstwem jest nudzić i nie bać się, szczególnie że właśnie mija
nam idealny do tego halloweenowy wieczór. Autorka mogła się trochę postarać,
chociaż na tyle, by czytelnikowi przyjemnie się czytało, zamiast potykać się o
jedno z wielu słów, niszczących harmonię i swoistą melodię książki.
Bohaterowie nie wyróżniają się niczym ciekawym, więcej,
żadną, nieciekawą nawet cechą charakteru – można by powiedzieć, że w tej
kwestii papier jest poganiany przez papier, bo postacie z pewnością nie należą
do najciekawszych. Ba! Nie wyróżniają się niczym, jeśli już to chyba tą
doskonałą papierowatością, zupełną
bezpłciowością. Sytuację na początku ratuje Anna, bo będąc złym, obciążonym
klątwą duchem rozrywającym ludzi, ale z biegiem czasu, kiedy okazuje się, że
słodka zjawa dziewczyny w białej sukience nie robiła tego, bo chciała, tylko że
musiała, postacie stają się
czarno-białe i zupełnie nieciekawe. Dobry Tezeusz, przywracający spokój świata
żywych od mszczących się za swoją śmierć duchów, Anna która wzbudza w głównym
bohaterze zupełnie inne uczucia czy strach lub zawodowe zainteresowanie,
sympatyczna, nieco ekscentryczna matka i serdeczni przyjaciele z miasteczka contra sprytny duch mordercy ojca
głównego bohatera, makabrycznie wyglądający oraz o wielkiej mocy, jednoznacznie
zły, bez żadnych odcieni. Zresztą i tak jest postacią bardziej plastyczną niż
główny bohater i nieszczęsna Anna, postać dość ciekawa tylko na początku, potem
coraz bledsza, z coraz mniejszą ilością cech, wreszcie będąca tylko cieniem
własnego cienia, jeśli duch w ogóle rzuca cień, do czego nie mam zupełnej
pewności, szczerze mówiąc. Oczywiście w zakończeniu pisarka przeszła samą
siebie, każąc dziewczynie zdobyć się na bardzo, ale to bardzo altruistyczny postępek,
który sprawił, że zjawa stała się wcieleniem dobra, a paranormal romance
przeważył nad horrorem. Cóż, przecież głównych bohater, Tezeusz, też nie jest
lepszy, chociaż w zawodach na fajtłapowatość i brak domyślności mógłby być
najlepszy. Gdybym ja była na jego miejscu bez wątpienia sprawdziłabym, skąd
biorą się dziwne sny. Każdy by chyba sprawdził, bo to przecież bardzo
niebezpieczny zawód taki morderca duchów, o czym Tezeusz musiał się przekonać
się nie raz. To, że ma fajną, zjawową
dziewczynę, nie znaczy, że jest bezpieczny czy coś, wręcz przeciwnie. Naprawdę!
Poza tym bohater nie wyróżnia się niczym ciekawym, a może się wyróżnia tym, że
jest najmniej pozbawioną charakteru postacią w całej książce. W każdym razie
coś takiego. To całkowita porażka, zważywszy, że pisarka narrację prowadzi z
jego punktu widzenia (że też udało jej się to udało!; mówiłam, że ma talent,
tylko jest leniwa) i jest to główna postać książki, której osobowość pisarka
powinna najmocniej i najbardziej ciekawie rozbudować, zamiast tworzyć najbardziej
papierową i nieciekawą postać. Gorsza od niego jest chyba tylko Bella z równie straszliwej sagi Zmierzch,
a to już jest – jak wiecie – zupełne mistrzostwo świata.
Książka, po dzisiejszym i wczorajszym małym odświeżeniu
zdaje się być jeszcze gorsza niż wcześniej, może dlatego, że jednak klimat
Halloween trochę zadziałał na pozytywniejszy odbiór powieści, a może dlatego,
że od tego czasu zdążyłam przeczytać mnóstwo o wiele lepszych horrorów i
podobnych nieco do tego gatunku powieści, jak moje kochane Wichrowe Wzgórza a niemal zupełnie – jak możecie wywnioskować
obserwując kolejne recenzje na blogu – zarzuciłam czytanie paranormal romance i
marnych dystopii, dzięki czemu jest teraz o wiele mniej negatywnych recenzji
niż przedtem (zauważyliście to, mam nadzieję) Mniejsza ilość polukrowanych
dziewczątek o niezwykłej urodzie i nadnaturalnych zdolnościach, które biegają
sobie to tu to tam z ślicznymi chłoptasiami podziałała na mnie orzeźwiająco,
więc książka trafiła nieco na zły czas. A tamto Halloween? Cóż, wyjątkowo nie
byłam zadowolona, więc ze smutku wypiłam mnóstwo truskawkowego kompotu,
zostawiając w piwnicy zapasy bardzo uszczuplone, a tym razem, nauczona
doświadczeniem, sięgnę z pewnością po jakiś pewny straszak, bo eksperymentować
aż strach, bardziej niż czytać tę książkę o duchach pod maską klątwy kryjących
tak wiele różu, że aż mdli, zamiast wywoływać dreszcze przechodzące po
kręgosłupie. I oczywiście nudy. Wszechogarniającej, straszliwej nudy, będącej
uczuciem tak potwornym, że chowają się przed nią wszystkie duchy-mordercy i dla
której z pewnością nie warto jest czytać tę powieść.
Tytuł: „Anna we krwi”
Autor: Kendare Blake
Moja ocena: 1/10
Dawno nie czytałam recenzji, której autor oceniłby książkę na 1/10. Jak widać słabe opowieści też się zdarzają.
OdpowiedzUsuńmelomol.blogspot.com
Pomysł był ciekawy, ale kiedy w drogę horrorowi weszło paranormal romance tak na dobrą sprawę odechciało mi się lektury. Ale przeczytałam do końca. Jeśli wydawnictwo kiedyś zdecyduje się na przetłumaczenie i wydanie w Polsce kolejnego tomu serii, raczej po nią nie sięgnę.
OdpowiedzUsuńŁadna okładka to nie wszystko! :D
OdpowiedzUsuńJa jakoś nie przepadam za czytaniem horrorów. Może to i lepiej ...?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
ksiazkowepodroze.blogspot.com
Miałam zamiar przeczytać tą książkę chyba jednak się powstrzymam ;)
OdpowiedzUsuńCzytałam tą książkę bardzo dawno temu - wtedy odbierałam ją jak najbardziej pozytywnie, podobała mi się kreacja Anny i ogólnie dreszczyk w tle. Teraz, moja opinia pewnie w jakiś sposób by się zmieniła, ale jak na razie nie mam ochoty czytać jej drugi raz :3
OdpowiedzUsuńHeh, różowy lukier pod cienką warstwą grozy. xD
OdpowiedzUsuńPierwszy raz widzę, że ktoś tak nisko ocenił książkę. Ale nie dziwię Ci się... Dziękuję za przestrogę ;)
OdpowiedzUsuńOkładka bardzo mi się spodobała, jest mroczna, tajemnicza i z pewnością przykuwa uwagę czytelnika. Ale środek... dziękuję, że napisałaś tę recenzję! Już wiem co omijać szerokim łukiem :D
OdpowiedzUsuńhttp://mianigralibro.blogspot.com/
Czytałam wiele negatywnych recenzji tej książki i widzę, że Ty także nie masz o niej dobrego zdania. Zatem odpuszczę ją sobie.
OdpowiedzUsuńFakt, okładka jest bardzo ładna i przyciąga wzrok. Szkoda tylko że reszta pozostawia wiele do życzenia.
OdpowiedzUsuńAż do ostatniego akapitu nie spodziewałam się, że książkę oceniłaś 1/10, więc tutaj totalnie mnie zaskoczyłaś! O książce wcześniej nie słyszałam i to chyba nawet dobrze, bo i tak po Twojej recenzji nie mam zamiaru sięgnąć :)
OdpowiedzUsuńa ja od jej premiery w Polsce mam na nią wielką chrapkę.
OdpowiedzUsuńi mimo twojej niskiej opinii chyba kiedyś ją przeczytam. nawet jeśli miałby być kiepska. :)
po prostu nie wyobrażam sobie po tylu latach czekania zrezygnować z tej pozycji
Nie slyszałam o tej książce, ale to chyba lepiej :) Na pewno po nią nie sięgnę. Po Twojej recenzji widze, że ma w sobie wszystko to, czego nienawidzę: brak charakteru i niewykorzystany potencjał.
OdpowiedzUsuńZ reguły uwielbiam powieści grozy ciężkie jak i te lżejsze, typu paranormal romance czy po prostu horror z watkiem miłosny lub tez bez niego, dla mnie to nie ma różnicy. Aczkolwiek wszystko jest w rękach autora, by stworzył coś innowacyjnego z tego a nie kolejnego "odgrzewanego kotleta bez smaku" niczym nie wyróżniającego się na tle innych. Całkowicie popieram Twoje zdanie.
Pozdrawiam!
Swego czasu się nad tą książką zastanawiałam... dobrze jednak, że się nie skusiłam. Mam dość paranormali, schematów i braku akcji :/ Zdecydowanie sobie odpuszczę.
OdpowiedzUsuńCzytałam ją jakiś czas temu już i mnie się akurat podobała, ale czy teraz byłoby tak samo to już nie wiem :)
OdpowiedzUsuńChciałam przeczytać tą książkę, ale teraz nie wiem czy się za nią w ogóle brać
OdpowiedzUsuń