wtorek, 11 sierpnia 2015

„…śmierć nie znalazła w nim niczego, co nie byłoby piękne”. Recenzja książki

To mogłaby być piękna opowieść. Połączenie epickich pieśni o rycerzach w zbrojach na koniach, religijnego poematu i opowiedzianej przez Szeherezadę baśni. Opowieść o miłości, wojnie, wierze i bohaterskich czynach, o prawdziwych bohaterach i straszliwych zdrajcach. Opowieść suto przetykana zmysłowym orientem, bizantyjskim przepychem i europejskim żelazem. Historia pełna tajemniczych asasynów, ponurych braci z zakonów rycerskich, bajecznie bogatych arabskich kalifów i kobiet – pięknych i fatalnych. Baśń o miejscu, gdzie Niebo zdaje się bliższe niż gdziekolwiek wcześniej: można tu pochylić się nad Świętym Grobem, Całunem Turyńskim, dotknąć skały, z której unosił się Eliasz, a Abraham chciał złożyć swego syna Izaaka; gdzie do walki prowadzi relikwiarz z drzazgami Krzyża, znalezionymi niegdyś przez cesarzową Helenę. Miejscu, gdzie łaciński i grecki krzyż splata się z islamskim wyznaniem wiary oraz ruinami świątyni Dawida. Tak! Tam każdy może być bogaty i sławny, dostąpić zaszczytu poślubienia księcia czy samej królewny, a król ma szczególne względy u Boga – jest największym z jego pomazańców, najważniejszym spośród ważnych, bo nawet cesarz nie służy w Stolicy Pana, nie włada Królestwem Niebieskim na Ziemi. Szczęśliwy to musi być król, pomyślicie; prawdziwy władca z tych baśni i powieści fantasy.  Szczególnie gdy jest młody, bardzo przystojny, zdolny i pobożny, a dodatku wygrał bitwę z najgorszym wrogiem swojego państwa. Wydawałoby się, że jego serce wypełnia się radością i nadzieją, a jego posłowie szukają wszędzie godnej dla niego małżonki. Otóż tak nie jest. Dlaczego? Bo ów król jest trędowaty.

Trąd (inaczej lepra) jest chorobą bakteryjną, wywoływaną przez szczep Mycobacterium leprae. Okres inkubacji choroby jest długi; może wynosić nawet do dziewięciu lat. Znane są dwie jego odmiany – trąd lepromatyczny (lepra lepromatosa tuberoza) i tuberkulodiowy (lepra tuberculoides). Pierwsza z nich jest bardziej zaraźliwa, jednak znacznie lżejsza w przebiegu; na skórze pojawiają się guzowate krosty podobne do innych infekcji czy alergii, poza tym nie wyrządza znacznych szkód w ciele człowieka. Trąd tuberkulodiowy jest mniej zaraźliwy, jednak ostrzejszy w przebiegu – pierwszym objawem są plamy pojawiające się na skórze oraz utrata wrażliwości na jakikolwiek ból (tzn. niszczenie układu nerwowego), następnie rany na całym ciele. Brak leczenia doprowadza do utraty tkanki i niektórych narządów (nos, usta, uszy, palce), a w konsekwencji do gnicia ciała chorego, który umiera najczęściej w wyniku zakażenia narządów wewnętrznych. Pierwszy skuteczny lek odkryto dopiero w latach 30. XX wieku – przez wszystkie tysiąclecia jedna z najstraszliwszych chorób, uważana również za karę dla nieczystych grzeszników, dotykała wielu ludzi – w tym młodego władcę Królestwa Jerozolimskiego, Baldwina IV (1161-1185).

Być może, że gdyby jego choroba, ta książka by nie powstała. Albo nosiłaby inny tytuł, bo Baldwin okazałby się na tyle wielkim królem, że wartym oddzielnej powieści, może docierając do ścisłego zestawu najwybitniejszych postaci historii. Być może nigdy nie usłyszeliśmy o nim, jego siostrze Sybilli i przede wszystkim o jakimś nieznanym szlachetce Gwidonie de Lusignan, którego rodzina pochodzi od Meluzyny i musi giąć kark pod potęgą Anglii. Być może wszystko, łącznie z bitwą pod Montgistard, nie wydarzyłoby się. Ale się stało. Kiedy Baldwin miał dziewięć lat, jego nauczyciel, Wilhelm z Tyru, zauważył dziwną u chłopca odporność na ból, a badania potwierdziły śmiertelny wyrok – trąd. Najgorsza odmiana. Piętnaście lat cierpienia. Fizycznego może nie, bo przecież nic go nigdy nie bolało, ale z pewnością psychicznego. Upodlenie. Radość wrogów. Nieczystość w oczach kapłanów, drwina wśród możnych. Strach, kiedy spoglądał na swoje ciało. Nieustanne walki o regencję między dwoma stronnictwami, matka, która wykorzystywała chorobę syna do własnych celów i stado szakali-zalotników siostry, pięknej Sybilli, która bała się nawet spojrzeć na brata, a co dopiero podejść. No i jeszcze zagrożenie, straszliwsze niż kiedykolwiek, zwiastujące koniec Królestwa. Morze ignorancji możnych, którzy wolą prywatę. Ach tak – jeszcze Gwidon de Lusignan, piękny i ambitny, który – co Baldwin z pewnością przeczuwał – doprowadził do całkowitej klęski dwa lata po jego śmierci, w słynnej bitwie pod Hittin w 1187, kiedy krzyżowcy stracili Jerozolimę już (z kilkuletnim wyjątkiem) na zawsze. I cierpienie. Tajemnica cierpienia.

Akcja powieści zaczyna się prawdopodobnie w roku 1177, kiedy umiera pierwszy mąż Sybilli, Wilhelm de Montferrat, a kończy dziesięć lat później. Na początku poznajemy samego Gwidona de Lusignan, zwanego tu Witem (to spolszczony wariant jego imienia) i jego wcale sympatyczną rodzinkę, dopiero w rozdziale drugim przenosimy się zza morze, do nowego kraju; oba wątki jednak splatają się ze sobą w pewnym momencie, by nadać tempa już i tak rozpędzonej akcji, aczkolwiek nieco skondensowanej – wszystko to, co zostało pomięte, lub wymaga wytłumaczenia, Autorka wplata jednak w fabułę w sprawnych opisach czy dialogach, gdzie wspomina o tym jak gdyby mimochodem, powoli budując niezwykły świat i łącząc kolejne wątki jak nitki w splotach przepysznego arrasu, miękko i po mistrzowsku przechodząc od wydarzenia do wydarzenia, łącząc spokojniejsze – a czasem humorystyczne – fragmenty z zapierającymi dech scenami. Narracja jest szybka, momentami bardzo sensacyjna, jednocześnie wolna, z dokładnie odmalowanym tłem i tą melancholią, smutkiem, rysem czasu (bo dziś już nikt tak nie pisze), niezwykłą subtelnością, jakby grą świateł. Kończy się wszystko upadkiem Jerozolimy, a dokładnie enigmatycznym, zmuszającym do refleksji pytaniem, niejednoznacznym, ale stanowiącym kwintesencję całego utworu pytaniem. Zresztą – co stanowi wielki atut książki - fabuła przeplatana jest przemyśleniami; zapisem myśli nieszczęsnego Baldwina, próbującego zgłębić istotę tego, co przeżywa, ale i uważnie obserwującego świat i oceniającego go z mądrością starego człowieka, a przynajmniej kogoś, kto świat ocenia już z perspektywy Wieczności. Nadaje to powieści głębi, czegoś dramatycznego, poszukiwania odpowiedzi na odwieczne pytanie ludzkości, zapisu walki ze straszliwym losem. Głębi przejmującej. Strasznej. Pochłaniającej chyba bardziej niż sama fabuła, która dla każdego, kto zna historię Królestwa Jerozolimskiego jest dość (tak to bywa z powieściami historycznymi) przewidywalna.

Oczywiście najbardziej fascynującą postacią jest Baldwin, nawet jeśli pisarka, wierna starej szkole, nie zakryła jego twarzy legendarną już  maską. To przede wszystkim wnikliwy, pełen światłocieni, głęboki portret człowieka opuszczonego, cierpiącego. Młodego, niewinnego człowieka, dotkniętego niewyobrażalną tragedią, świadomego nieodwracalności swojego losu. Dźwigającego ciężar korony, odpowiedzialności za stale zagrożone Królestwo i ten jeszcze straszliwszy – własnej choroby. Baldwin nie jest jednak egoistą; jest tylko człowiekiem. Buntuje się. Błaga Boga, żeby nie musiał spełniać tej ofiary, jak swojego czasu robił to Chrystus, przed śmiercią godzi się jednak z przeznaczeniem, a serce rozdziera się od tej wiary żywego trupa, który na łożu śmierci ufa, że zmartwychwstanie (to jest ta scena, przy której wylałam wiadro łez). To przedwcześnie dojrzałe dziecko, a jednak wielki król, rozumiejący dobrze ideę poświęcenia się za własny kraj, prawdziwie religijny i z każdą kolejną stroną coraz bardziej zatopiony w świecie niewidzialnym. Jest jednak człowiekiem: zamyka oczy, by nie widzieć swojego ciała, obsesyjnie ogląda swoje palce, gdy nikt nie patrzy, modli się o swoje uzdrowienie i brzydzi się sobą (w jednym z początkowych rozdziałów wypomina Wilhelmowi z Tyru, że nie zabito go, kiedy wykryto u niego tę chorobę), cierpi z powodu samotności i krzywd, jakie wyrządzają mu matka i siostra (i Gwidon, a żeby go tak…), ma własne marzenia i myśli; nie pozbawiając go wad, uraz i bardziej przyziemnych cech. Dużo tu też niedomówień, ciszy między słowami (jako że właściwie nie ma słów, by opisać słowami cierpień Baldwina), delikatnych muśnięć, sugestii, mistrzowskiego operowania dialogiem i opisem, i czegoś ulotnego, jakiejś tajemnicy, która owija się wokół króla. Z tego rysunku wyłania się jednak postać plastyczna, ciekawa, fascynująca, tak, że nie sposób go nie lubić, nie współczuć – i nie mieć na końcu rozerwanego serca, pełnego jednak jakiejś pokrzepiającej nadziei.

Edward Norton jako Baldwin IV Trędowaty w filmie Ridley'a Scotta Królestwo Niebieskie (2005) 
[źródło] 

Z postaci drugoplanowych bardzo lubię Renalda z Sydonu, Rajmunda III z Trypolisu, Wilhelma z Tyru i obu braci Ibelinów – jakkolwiek są to bohaterowie w książce  pozytywni, więc moje prywatne sympatie, ale w sensie techniki zachwyca – na przykład - postać bezmyślnej, złej Sybilli czy owego Gwidona de Lusignan, którego poznajemy jako dziecko piękne i rozpuszczone przez matkę zakochaną w nim bałwochwalczo, jednakowoż tępe cudo natury z tą budzącą uśmiech na twarzy prostodusznością i naiwnością. Albo mateczka Baldwina, Agnieszka de Courtaney.   Bohaterowie są jednak wykreowani bardzo dobrze, bez oceniania i biadolenia nad ich złym postępowaniem; są to postaci scharakteryzowane dynamicznie, w ruchu, pociągnięciami pióra, żyją własnym życiem i nawet tym najgorszym – templariuszom – nie można odmówić  plastyczności, wiarygodności. Przedstawienie Saladyna jest bardzo konwencjonalne, przy czym, pomimo całej jego rycerskości, ma rys mocno orientalny i dziki; niewątpliwie pisarka wyposażyła go o coś z diabła, bo i tak widzieli go, w gruncie rzeczy, zachodni krzyżowcy. To jednak on zadaje na końcu pokrętne, bardzo niepokojące (pewnie dla niego samego również) pytanie, które przez całą lekturę męczy czytelnika, trzeba go też podziwiać, nie był przecież dzikusem, tylko przedstawicielem innej religii, innej kultury, innego świata, co Autorka dobitnie zaznacza.

Narracja, przez język, jakim książka została napisana, jest nostalgiczna, smutna. Powiedziałabym tęskna, czasami przeradzająca się w gorliwą, piękną modlitwę (nie sposób czytać tego bez szybszego bicia serca i bez łez w oczach), a czasami w porywający opis, który bliższy jest stylistyki poematu niż prozy (to, moim zdaniem, odpiera zarzut o ilości wielokropków; po pierwsze mnie nikt nie bije za ilość nawiasów, a po drugie wymagała wspomniana wyżej stylizacja, pewien sposób ukazania emocji towarzyszących danemu fragmentowi, to zabieg, a nie niechlujstwo á la pani Nawrocka)   – trzeba tu wspomnieć o zapierającym dech w piersiach opisie bitwy pod Montgisard, największym i samodzielnym militarnym zwycięstwie Baldwina IV, bitwy, w której trędowaty władca przedłużył egzystencję swojego państwa, mając zaledwie szesnaście lat i około pięć setek ludzi przeciwko tysiącom Saladyna (!). Książka przepełniona jest zresztą uczuciami, emocjami; czasami niemalże sensualnością, tak charakterystyczną dla Wschodu, często – szczególnie w partiach dotyczących bezpośrednio Baldwina IV – wyczuwalnych niemal intuicyjnie, nie zasugerowanych wprost, z tymi dziurami ciszy między słowami, słowami oplatającymi biednego króla, jednak nie dotykającymi go, co wobec jego choroby jest zabiegiem jak najbardziej przemyślanym i trafnym. Styl pisarki jest cokolwiek nieco dawny, zabarwiony słownictwem z początków poprzedniego wieku jak i średniowieczną konstrukcją zdań i wyrażeń, tak pasującą do tej książki i tematu. A wszystko to zatopione w niezwykłym klimacie Jerozolimy, Ziemi Świętej, z bizantyjskim przepychem, orientalną ornamentyką, gorącym słońcem, zabójczą pustynią i surowymi zamkami Franków, posłodzone z lekka jakimś żartem. Słowa pisarki, niezwykle plastyczne i precyzyjne (nie dziwię, że powieść jest tak krótka; to, na co inny pisarz potrzebuje całego akapitu, Autorka potrafi ująć w krótkim zdaniu), w dziwny sposób mi bliskie, z nostalgią ożywają świat bajkowy, zapomniany, pogrzebany już dawno; świat mroczny, święty, tajemniczy, przerażająco piękny. Piękny aż do bólu.

Moje wydanie, pochodzące z wydania wszystkich dzieł pisarki w podobnej stylistce, nie jest może zbyt ładne, ale estetyczne. Prawda, że dostałam zawału, gdy po złożeniu zamówieniu jeszcze raz przyjrzałam się zdjęciu okładki, gdzie przy słowie trędowaty brakowało ogonka przy ę, ale ostatecznie okazało się, że wygląd rzeczywisty książki pozytywnie odbiega od zdjęcia i nie popełniono tak strasznego błędu. Chociaż okładka jest nijaka (te wszystkie rozmazane niebieskości…), to w sumie ciężko jest wymyślić coś ciekawego. Maska? Tu Baldwin nie nosi maski, jego twarz okręcona bandażami wyglądałaby o wiele bardziej źle. Herb Królestwa Jerozolimskiego? Za bardzo oczywiste. Cenię sobie tego wydawcę za estetykę wydawanych dzieł, więc z pewnością zdjęcia rozpadających się ruin El-Keraku też by nie zachęcały, trzeba było więc coś wymyślić. Zresztą w tyle książka jest brązowa, z ładnym, brązowym grzbietem i ładnie prezentuje się na półce z powieściami historycznymi, a czcionka (krój dotąd przeze mnie nie spotkany) i papier tylko umilają czytanie, nie dając po sobie jednak poznać, że w tak niepozornej formie kryje się … coś takiego!

Czytając powieści historyczne zwracam szczególną uwagę na traktowanie faktów przez pisarza. Choć te dadzą się naginać i pisarz nie robi tylko w celu dostosowania faktów do swoich potrzeb, ale także odmiennej percepcji (ktoś może nienawidzić Napoleona, mimo że ja go kocham), ale – to chyba zrozumiałe dla wszystkich – nie można przeinaczać takich podstawowych faktów jak imiona osób i daty śmierci czy urodzin, dopuszczając się przy tym zbytnich uproszczeń. Szczególnie w grząskim, spornym wciąż temacie krucjat – o templariuszach już lepiej nie wspomnę. Dlatego nie jestem w stanie wybaczyć twórcom filmu Królestwo Niebieskie, ale pisarce już tak (za jej czasów w Polsce nie słyszano o sir Stevenie Runcimannie ani tym bardziej o Hamiltonie i jego biografii trędowatego króla; miała do dyspozycji dzieła łacińskie w oryginałach). W filmidle Scotta pewien francuski kowal imieniem Balian (znam takiego jednego, ale to zupełnie inna postać), który umie czytać i pisać po łacinie, zostaje wielkim baronem, rozkochuje w sobie śliczną i dobrą królewnę Sybillę, jej trędowaty brat chce go uczynić królem (czapki z głów dla gry Edwarda Nortona, jeszcze raz chciałabym go zobaczyć w roli Baldwina IV), ale źli templariusze wszystko psują i mądry Saladyn postanawia zająć Jerozolimę. Tu też są źli, bo to templariusze i ich ponura legenda, ale de Lusignan – na miłość Boską – bratem zakonnym nie był, bo by nie mógł mieć takich zamków i nie mógłby ożenić się z Sybillą! Mało tego: Baldwin IV umiera w 1186, w hollywoodzkim stylu przybywając do Keraku, a jego pogrzeb odbywa się bardzo hollywoodzko. Pomijając nowe, dziwne imię Rajmunda III. W książce takich rażących błędów nie ma, na szczęście, poza owym nieszczęsnymi spiskiem de St. Amand, inną śmiercią de Montferrat, innym niż w źródłach opisem wykrycia choroby królewicza (wszyscy są zgodni do tego, że była to chłopięca zabawa, różnią się szczegóły, jaka konkretnie), pochodzeniem Marii Komneny, złym stwierdzeniem, że Agnieszka de Courtenay była królową oraz ostatnimi słowami Baldwina IV, jakkolwiek te są równie piękne i wyciskające mnóstwo łez (powiedział: Bóg tak chce!) no i niewłaściwym przedstawieniem Gwidona de Lusignan. O ile ta postać literacko jest atrakcyjna, to wydaje mi się, że prawdziwy Gwidon (czy Wit) był równie wyrachowany jak Sybilla i doskonale wiedział, czego chce, kiedy przyjechał do Palestyny. No ale to już inne rozważania, inne książki i skoro Autorka miała taką wizję to niech jej będzie, a jeśli ktoś w ten sposób napisze jego biografię czy typową monografię, wtedy pogadamy. W każdym razie jest wiarygodniej niż w filmie, realistycznie, z wieloma ciekawostkami, z zaznaczoną wyraźnie mentalnością ludzi Średniowiecza, ludzi Zachodu i Franków palestyńskich, ich obyczajami i rysami tamtejszej wielkiej polityki. I o ile Autorkę, która potknęła się tylko w szczegółach, można jeszcze bronić tym, że do dziś w gruncie rzeczy temat jest sporny i poszczególni historycy różnią się także przy całkowitej ocenienie panowania Baldwina IV, jednego z najbardziej tajemniczych monarchów świata, a to tylko powieść, to Królestwa Niebieskiego nie obroni nawet argument, że to film dla ludzi, którzy krzyżowców mylą z Krzyżakami.

Są takie postacie w historii, które stały się legendami – tymi dobrymi i złymi. Kleopatra, Juliusz Cezar, Aleksander Macedoński, Napoleon Bonaparte, Adolf Hitler. Czy współcześni Baldwinowi IV Saladyn i Ryszard Lwie Serce. Wydawałoby się, że trędowaty władca Jerozolimy nie ma co pośród nich szukać ze swoim jednym zwycięstwem i koszmarną chorobą. Ale ja myślę, że to miejsce należy mu się bardziej niż wszystkim innym i to nie z powodu słynnej maski. Umierając miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, nieszczęśliwe życie i poczucie – zresztą słuszne – że po jego śmierci wszystko pójdzie, za przeproszeniem, w diabły. Cierpiał niewyobrażalnie, trudno to sobie nawet wyobrazić. Dlaczego? Papież napisał mu w liście, że to jest rodzaj kary, ale nie kary za jego grzechy. Był człowiekiem nie herosem. Wygrał wielką bitwę, nie oszczędzając sił, nie wątpiąc w sens swojego zadania. I choć można tu mówić o legendzie, to fakty mówią za siebie – to była wielka postać, wielki człowiek. Doświadczony najbardziej ohydną chorobą, jaką można sobie wyobrazić, rządził tyle, na ile pozwoliły mu siły, nawet muzułmanie i sam Saladyn szanowali go bardzo. I jeśli większość legendy takiego choćby Ryśka Lwie Serce stworzono po jego śmierci, to Baldwin był nią już za życia. I z pewnością – chociaż ta książka z pewnością zasługuje na miano niedocenionego arcydzieła, godnego Baldwina – filmowcy i pisarze będą się nim zawsze interesować. Nie sposób znaleźć drugiej takiej historii, nie sposób jej wymyślić. Prawdziwszej od Władcy Pierścieni. Bardziej dramatycznej od Wichrowych Wzgórz. Tak strasznej. I tak pięknej.

Tytuł: „Król Trędowaty”
Autor: Zofia Kossak-Szczucka
Moja ocena: nieskończoność/10

Hm, ja mam już najlepszą książkę 2015 roku, a Wy?



Cytat z tytułu: Homer Iliada (22,73) 

6 komentarzy :

  1. Swoją recenzją przekonałaś mnie do książki, choć nie bardzo jest w moich klimatach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm... Nie lubię książek historycznych osadzonych w realiach średniowiecza, ale może ta mi się spodoba, o ile kiedykolwiek ją przeczytam. W każdym razie tytuł zapamiętam :)
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
  3. Chcę przeczytać "Króla Trędowatego"! :) Bardzo zaciekawiła mnie Twoja recenzja, opis fabuły i sama postać Baldwina IV.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oczarowałaś mnie swoją recenzją, więc koniecznie muszę przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Po takiej recenzji po prostu muszę książkę przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
  6. Postaram się przeczytać.
    Pozdrawiam.
    http://miedzy--stronami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

.... Pozostaw po sobie ślad na jednej z Zakurzonych Stronic.Każdy, nawet najmniejszy sprawi, że się uśmiechnę...

***

PS Komentowanie anonimowe jest możliwe tylko w weekendy. Spam, propozycje obserwacji, reklamowanie swojego bloga w inny sposób niż podanie odnośnika pod komentarzem ląduje w koszu. Do spamowania jest osobna zakładka, a ja spam czytam. Zachowujmy porządek na swoich blogach!