środa, 29 kwietnia 2015

10 ulubionych lektur szkolnych

Szkoła czasami zła nie jest. Na przykład, kiedy są święta i siedzimy w ciepłych domkach w czasie weekendów, świąt i wakacji, zamartwiając się problemami książkowych bohaterów, chodząc ze znajomymi po kawiarniach czy odpoczywając w jakiś uzdrowiskach, w tropikach czy po prostu włócząc się z wycieczkami i aparatem po jakichś ciekawych miejscach, o koncertach idoli nie wspominam. Ale nieźle też jest, kiedy w wykazie lektur pojawia się coś, co lubię, albo czytana lektura zaczyna mi się podobać. Nawet jeśli tkwię po uszy w roku szkolnym, w jakiś smutny, deszczowy poniedziałek – bo książka to jedno z tych uzależnień, które wywołują mój uśmiech nawet wtedy, kiedy wszystko jest smutne. Tak więc oto lista ulubionych lektur szkolnych – całkowicie subiektywna, nieuporządkowana.






1. Aleksander Fredro Zemsta
Większość kabaretów w telewizji, czasem bardzo wyrafinowanych, nie wywołuje tego na moich ustach, co Zemsta, chociaż chciałoby się powiedzieć, że to wszystko już było. Jednak sceny z krokodylem i pisaniem listu są niepodrobienia – wirtuozeria, lekkość, jakiej mogą pozazdrościć Fredrze inni komediopisarze, błyskotliwość i złożoność przy jednoczesnej prostocie… Okazuje się, że można, bez żartów o seksie, które są już nudne. Za pierwszym razem byłam zachwycona, za drugim śmiałam się jak wariatka, pamiętam. Do dzisiaj Zemsta jest jednym z moich ulubionych dramatów, ma swoje specjalne miejsce w mojej biblioteczce, często do niej wracam, jak do leku na chandrę.


2. Michaił Bułhakow Mistrz i Małgorzata
Piekielnie oryginalna. Diabelsko pokręcona. Z bogactwem wątków, odniesień, treści z innych wielkich dzieł literatury, z samą Biblią i Doktorem Faustem na czele. Tu nie ma nic, co jest takie, jakim mogłoby się wydawać. Jednak pod tym szaleństwem, rodem z karnawałowych przebieranek we Wenecji, kryją się głębokie pytania i filozoficzne przemyślenia, a Autor nie podaje gotowych odpowiedzi. Czy niewiara jest grzechem? Co jest grzechem, a co – cnotą? Powieść wcisnęła mnie w fotel, zaintrygowała, odpychała, intrygowała i przyciągała. Byłam zafascynowana, jak mało kiedy. I chyba nie tylko mi się podoba – w końcu zespół Nergala nazywa się Behemoth, a The Rolling Stones nagrali Sympathy for the Devil…


3. Dorota Terakowska Samotność Bogów
Wielu Autorów podejmowało się zadania ukazania losu pogańskich bóstw w czasach, kiedy na Słowiańszczyźnie nastało chrześcijaństwo. Bogów zapominanych, utopionych w rzekach, ale fascynujących. Bogów, na których czele stał Światowid – patrzący w cztery strony świata mężczyzna o czterech twarzach. A jeśli oni istnieli naprawdę? Jon, chłopiec z Wioski, jest wybrany, by podążyć drogą Światowida, śladami okrutnego chłopaka o sercu z lodu. Historia świetnie napisana, głęboka, a jednocześnie lekka w czytaniu, absorbująca wszystkie zmysły czytającego. Spodobało mi się to, że powieść stawia trudne pytania, wykraczająca poza przyjęte przez nas Tabu, dlatego nieco niewygodna. I chociaż rozmowa w klasie nam się spaliła, wiadomo, a sama powieść nie jest tak genialna jak Córka Czarownic, chwała szkole, że dała mi okazję przeczytać taką dobrą książkę. Boże. Co ja napisałam?!


4. Władysław Reymont Chłopi
Sława Jagny żyje dłużej niż ona sama. Z drugiej strony, fajnie jest pomyśleć, że nawet dawnej, na wsi, też były patologie. I zdrady. I kłótnie, wraz z bójkami kobiet. A wszystko to ukazane z wielu perspektyw, bez oceniania, z reporterskim zacięciem i wielkim artyzmem. Zresztą, wiadomo, Noblista. Nie musiałabym tu chyba pisać żadnego komentarza. Samo nauczenie się gwary, niemal odrębnego języka, i napisanie tak całej książki zasługuje na szacunek. A opisy, zwyczaje chłopskie, które Autor ciekawie pokazuje, starannie wplecione w wątki poszczególnych bohaterów. Wciągnęła mnie bardzo, z każdą stroną coraz bardziej – nie czytałam tylko dlatego, by dowiedzieć się, jak to było z Jagną, choć na początku jej postać bardzo mnie zafascynowała, szczególnie tym zachowaniem, kochliwością i talentami. I jeszcze niech ktoś powie, że dawniej wszystkie powieści były cnotliwe i chrześcijańskie!


5. William Shakespeare Makbet
W klasie wyrastam powoli na znawcę tej sztuki – czytałam już dawno i mogłabym czytać jeszcze tysiące razy. Mistrzostwo, szczególnie w angielskim oryginalnie. Mroczny, ciężki nastrój, zagadkowe losy postaci, poplątana fabuła, tragiczny koniec i wszystko, co składa się na tę genialną sztukę. Uniwersalizm losów tytułowego bohatera, który znalazł przecież kontynuację choćby w popularnym serialu House of Cards, a także (zaryzykuję) w Pieśni Lodu i Ognia , a swój rodowód ma historii, pełnej większej lub mniejszych tyranów, zwykle przedstawianych w sposób jednoznacznie zły. I ta kryjąca się w cieniu swojego męża lady Makbet, niejednoznaczna, tajemnicza, mroczna kobieta z krwią na rękach. Fascynująca do dziś. Cóż, więcej nie napiszę, bo to trzeba przeżyć na własnej skórze.


6. Henryk Sienkiewicz Ogniem i mieczem
Heńkowi naprawdę chciało się pisać tą powieść, bardziej niż dwa kolejne – Potop i Pana Wołodyjowskiego. Jest tu dzikość, mrok, tajemnica, prawdziwa miłość i niezwykle okrutna wojna. Czasami zabłyśnie nawet nieśmiało odrobinką fantastyki jak fragmenty z wiedźmą Horpyną. Postaci są tu wyjątkowe, pan Zagłoba sypie żarcikami, które przeszły do mowy potocznej, chwali się wyczynami młodego oficera Wołodyjowskiego, doskonałego szermierza z zabawnym wąsikiem i natrętem poruszania tym wąsikiem. I to wszystko w tle najstraszliwszej, najdzikszej wojny domowej w Polsce, co prawda nieco w zmienionej formie. Przeczytałam w jeden dzień i zemdlałam, a do dziś powieść zajmuje dużo miejsca w moim sercu. Tylko dlaczego Helena wolała tego sztywniaka Skrzetuskiego od Bohuna?


7. Lucy M. Motgomery Ania z Zielonego Wzgórza
Ulubiona lektura z podstawówki, a resztą tomów cieszyłam się jeszcze niedawno. Ukochana książka z czasów, kiedy chłopcy byli dla mnie pojęciem abstrakcyjnym i byłam tak niewinna, jak niewinna może być fanka Rihanny i Jennifer Lopez. Co prawda powieść była od początku bardzo przewidywalna, a w następnym tomie Ania i Gilbert stają się parą, ale bardzo polubiłam Anię i ubzdurałam sobie, że byłabym dla niej lepszą przyjaciółką niż Diana. Pisarka ma dobre, lekkie pióro, a powieść ma swój delikatny, staroświecki klimat, pełen ludzkich, czasem ponurych historii, pięknych domów, sukien, opowieści i przyrody, podszyta dyskretnym mrokiem i smutkiem. Zawsze jednak to jest świat, w którym większość historii ma szczęśliwie zakończenie, ludzie odnajdują siebie nawzajem, a samotne dzieci trafiają do kochających rodziców zastępczych. I to właśnie jest piękne w tej opowieści.


8. J.R.R Tolkien Hobbit
Wiadomo, jestem tolkienomaniaczką, fanką Autora i wszystkiego, co w życiu napisał, w tym może jestem trochę nieobiektywna, ale pal to licho. Dlatego też, kiedy mieliśmy kiedyś tam Hobbita, wygrałam nawet szkolny konkurs oparty na powieści, ale po prostu się dobrze bawiłam – nawet tradycyjne, schematyczne omówienie lektury nie zabiło obcowania z prologiem jednej z najważniejszych książek w moim życiu. Chociaż i tak trzeba winić Ministerstwo za to, że dla gimnazjum dają książkę, która powinna, moim zdaniem, należeć do kanonu lektur podstawówki. Cóż, takie mamy klimaty.


9. Antoine de Saint-Exupery Mały Książę
Jedna z tych lektur, która do dziś stoi na mojej półce i która pociesza mnie w złych chwilach. Krytyczne spojrzenie na świat dorosłych, tych, którzy utracili wewnętrzne dziecko, zyskując tylko bezsens życia i jałową pustkę, które chcą czymś zapełnić. Rzecz o przyjaźni, miłości, sensie życia, poszukiwaniu Najważniejszego. Odświeżająca umysł filozofia – prosta, jednak mająca więcej sensu niż wywody innych; mówię tu w szczególności o tej przesyconej dekadencją. Głębokie spojrzenie, przenikliwość i zamknięte w zgrabnej, przyjemnej bajce-niebajce ze smutnym zaskoczeniem, niezwykłe spostrzeżenia. Tak, to o wiele lepsze niż wywody pana Coelho, rzecz ponadczasowa, w dodatku piękna i taka swojska. Chociaż pamiętam, że w szkole nie każdy zrozumiał (wcale się nie dziwię).


10. Henryk Sienkiewicz Quo Vadis
Mało komu udało się tak bardzo, jak Sienkiewiczowi przywrócić magię starożytnego Rzymu, ożywić go przed oczami czytelnika, nie pokazując przesadnie zniekształconego obrazu – piękno i brzydotę, oba równie widowiskowe. Prawda, że śpiewaka-wariata, Nerona, ostatnio nieco zrehabilitowano, ostatecznie Wieczne Miasto miało tendencje do pożarów i prawda, że Dioklecjan postawił sobie za cel zniszczenie wszystkich chrześcijan, więc jego prześladowania były większe od tych za czasów Nerona, jednak zapierającego dech rozmachu wizji Autorowi należy pogratulować. Nie przeczę, że przez sentymentalizm wątek romantyczny zawalił, ale zawsze są genialni Chilon i Petroniusz, no i oczywiście Neron. Czasami wątki się rwą, ale dałabym wszystko za piękne opisy uczt i znajomość tamtych czasów, miłość do nich, jakie ma Heniek. Tak, największa powieść Autora ma w sobie to coś, że zapewne będzie przyciągać kolejnych czytelników, a może niektórych zachwyci. Mnie oczarowała. Świadczyć może o tym zaczytany egzemplarz i moja opinia na forum klasy, jedna z niewielu pozytywnych…






poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Lipa na polu bitwy. Recenzja książki

Jak może nie wiecie, wasza ukochana książkowa blogerka, nazwana sama przez siebie Kylie Raven, nie ma życia towarzyskiego, co, podejrzanie, nawet cieszy jej mamę. W jej wieku ludzie szlajają się po szkole po mieście i zakazanych klubach, zasłaniając swój wiek pod tapetą z makijażu, Kylie natomiast siedzi w domu z kilogramami książek, albo dłubie na komputerze jakąś długą formę wypowiedzi (która niekoniecznie jest recenzją). Kylie nie ćpa, nie pali, nie ugania się za chłopakami (he, he, serio?) myśli o czymś, co nie jest literaturą i muzyką. Na przerwach, zamiast chodzić do podstawówki i dręczyć biednych pierwszaków, korzystając z faktu, że szkoła jest zespołem szkół, siada w kącie z książką i odtwarzaczem MP3. I dlatego, że prawie cały swój czas poświęca na pisanie i czytanie, ma czas przeczytać każdą książkę, nawet taką, którą nie przeczytałaby, kiedy czasu byłoby mniej. Stąd te wszystkie głupie paranormale, jeszcze bardziej odmóżdżające obyczajówki i mnóstwo innych rzeczy. Albo, na przykład, książki, które napisane zostały przez ludzi z hm... pewnych ugrupowań. Będące reakcją pewnych ugrupowań na nie tylko popkulturę, ale na wydarzenia, które są w danym czasie przerażająco popularne i głośne i w których jest więcej niż jedna warstwa. I, czy wiecie, że takich książek jest więcej, niż moglibyście przypuszczać? Dzisiaj wasza Kylie przedstawi wam jedną z nich.

Przeczytałam tylko dwa pierwsze tomy przygód Harry'ego Pottera, dopóki zrozumiałam, że nie będzie to coś w stylu opowieści Tolkiena, a zamiast elfów po lesie hasają jednorożce (tak na marginesie, ktoś mógłby mi wytłumaczyć skąd taka popularność tych zwierząt? Niby Internety mam, ale raczej nie wchodzę na tzw. gimbusiarskie strony internetowe, a na Twitterze jestem za rzadko, by to wszystko zrozumieć, więc zwykle jestem mniej mądra niż moi koledzy i moje koleżanki z mojej kochanej klasy i szkoły). Nie wiem więc, jak się mają do prawdy te wszystkie oskarżenia dotyczące prawdziwej magii i okultyzmu w tej sadze i nie dociekam. W każdym razie fakt faktem, że różne praktyki tego rodzaju pojawiają się coraz częściej w świecie i w Polsce, a każdy, kto wyznaje wiarę w jakieś sacrum – obojętnie jakie, nawet to ciemne, jak nasz słodziuchny Nergal – wierzy, że za magią ktoś stoi. Autorka więc, wywodząca się, jak się domyślacie, z konserwatywnych kręgów Kościoła Katolickiego, zaniepokojona tą modą na magię, postanowiła napisać coś, co, teoretycznie, odciągnęłoby ludzi od magii, czy też zapoczątkowało – tylko się nie śmiejcie – nurt fantasy specjalnie dla katolików, jakby istniały jakieś podziały między ludźmi i jakby nawet katolicy byli jacyś inni. Nie śmiejcie się, błagam. Były świecące wampiry, książęta zaklęci w tygrysy, to dlaczego nie ma być fantasy dla katolików? Tak, mówię całkiem poważnie. A teraz przełknijcie ślinę i uspokójcie się, ponieważ przechodzimy do poważniejszej części tej recenzji, czyli oceny tego, jak się Autorce udało.

Kiedy w Internecie pojawiły się reklamy w postaci ruchomych bannerków (znikąd przypominające reklamy Gry o Tron i wielu, wielu innych popularnych książek) pomyślałam, że warto jednak się zapoznać i hańba by była, gdybym nie skończyła tej trylogii. Szczególnie że poprzednia część pozytywnie mnie zaskoczyła, tym swoim gęstym i mrocznym klimatem dark fantasy (!).

Wnuk Alhara, tego z poprzedniej części, jest hodowany przez mistrza Lucerusa, wyznawcy Boga Mądrości. Wychowuje się samotnie, przyjaźniąc się z zamkowym błaznem i wciąż przeżywając dylematy moralne, polegające na dumaniu, którego z kilkudziesięciu bogów Królestwa wybrać. Wiara w Tego Samego bowiem wygasła, a każdy ma swojego prywatnego boga, który Rodzice księcia Ariela, natomiast, zginęli podczas pożaru zamku, tak samo, jak, prawdopodobnie, brat naszego głównego bohatera, Adam. Jednak pewnego dnia, kiedy Lucerus coraz widoczniej dąży do władzy absolutnej, bibliotekarz i błazen, uciekają z księciem i piękną Ameeą, by wyruszyć w podróż do zamku-klasztoru, ukrytego w górach, niegdyś (odsyłam do drugiego tomu) został rozłupany przez wulkan gór Hogen. Tak rozpoczyna się dość klasyczny quest, podejrzanie znany z pierwszego tomu, a zakończony, jak zapewne domyśla się każdy fan fantastyki, wybuchowym końcem i powrót prawdziwego króla na stolicę (Aragorn, mamy problem – ktoś cię podrabia z tym prawowitym królem, nie sądzisz?), który obiecuje obudować mocno zachwianą wiarę w Tego Samego. Tymczasem otrzymujemy mieszankę podziemnych (znów odsyłam do drugiego tomu...) jaskiń, siarki, kurzu z dróg, humoru (?) i, co najważniejsze, nauk. Staram się więc nie być zgryźliwa, wredna i sarkastyczna, ale faktycznie, jak głosi wszem wobec okładka, Tolkien by się nie powstydził.

Plusy. Są jakieś? Szybko przypominam sobie akcję książki, ale jednak nie znajduję nic, co jest zdecydowanie na plus i nie mogę nic ciekawego wymyślać. Okładka? Malowana, tak samo jak okładka serii o Harrym Potterze (kolejne świadome nawiązanie, mam wyliczać?), jest dość urokliwa. Niezbyt, wbrew pozorom, oddaje to, o czym jest książka (oprócz tej całej symboliki Lucerusa w czerni i tak dalej), ale jest kolorowa i sympatyczna. Lekko naginając niektóre rzeczy, do jakich z wielką chęcią mogłabym się przyczepić, okładka jest na plus. Jak w wielu, wielu innych książkach, niestety.

Powieść jest napisana takim samym stylem jak dwie poprzednie części, czyli stylem dość prostym, z pojawiającymi się metaforami, które burzą resztkę uroku i służą tylko temu, żeby, pokazać ludziom (w mniemaniu Autorki), że umie pisać, oraz, na szczęście teraz w mniejszej dawce, słynnymi wielokropkami, którymi pisarka ma w zwyczaju nas raczyć. Na szczęście, nie ma krótkich, jakby uciętych zdań jakimi, w przeważającej części, częstuje nas Autor Pieśni Lodu i Ognia, więc w żadnym wypadku nie miałam wrażenia, że przedzieram się lodową pustynię, grzęznąc po pas w śniegu. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że swobodnie płynęłam sobie z jakąś rzeczką, problem jednak w tym, że zimną. Czyli też nie było zbyt miło, szczególnie z powodu tych metafor. I dziwnemu humorowi, który wcale nie jest śmieszny tylko żałosny, a bohater, który właśnie taki humor posiada, jest kolejnym przykładem nerwicy dwubiegunowej z ciężkim ADHD i ilorazem inteligencji poniżej przeciętnej, przynajmniej wtedy, kiedy żartuje. Poza tym jest dość sympatycznie – czasami Autorka zaskoczy nas ciekawą, naprawdę udaną metaforą, zabłyśnie udanym opisem czy fragmentem dialogu, które, czasami, są nawet ciekawie, chociaż przesadnie, indywidualizowane . Pisarka ma nawet swój charakterystyczny styl, prosty i klarowny, więc czasami, kiedy się wysili, jest nawet ciekawie. No, na tyle ciekawie, by brnąć dalej.

Zresztą, jak zobaczycie, pisarka niemal plagiatowała samą siebie, co znaczy, że od średniego tomu pierwszego jej warsztat nie poprawił się, albo ona nie chce, żeby się poprawił. Cóż. W każdym razie wszystkie części różnią się jedynie fabułą, chociaż, szczerze mówiąc, nawet to nie jest takie pewne. W każdej części książęta przecież przechodzą gruntowne nawrócenie z wiary w bożków (może następna powieść będzie o ludziach niewierzących w nic?) w wiarę w Tego Samego, niby Boga, który stworzył ten ich świat, ale tak naprawdę Boga chrześcijan, co odczyta dosłownie każdy (już nie będę poruszać tematu, jak to denerwuje człowieka – przecież nawet sam Mistrz Tolkien mówił, żeby tak nachalnie nie wpychać religii do fantasy, jeśli chcemy być obiektywni). Również stylistycznie jest tak samo – Autorka popełnia wciąż te same błędy, ale, co ciekawe, żadnych nowych. W sumie, gdybym miała trochę mniej ambicji recenzenckich i byłoby mi spieszno do mojej ukochanej matematyki i również kochanej geografii, chemii i fizyki, wkleiłabym, jaki ktokolwiek fragment dwóch poprzednich recenzji, zmieniając tylko imiona, fakty i nazwy miejsc, w których rozgrywa się akcja. Sprawia to, że trzeci tom jest jeszcze bardziej nużący, nie mówiąc już o tych teologicznych wstawkach, na każdym, każdziuchnym momencie, nawet wtedy, kiedy dwójka głównych bohaterów umiera na siarkowej pustyni. Ale temu osobliwemu zjawisku poświęcimy jeszcze oddzielny akapit.

Natomiast z bohaterami jest dość kiepsko. Tak kiepsko, że to raczej oni byli powodem, dla którego tyle razy przerywałam lekturę. Autorka w dalszym ciągu bardzo boi się dawać swoim bohaterom jakieś wady, więc raczej nie przypominają normalnych ludzi, tylko jakieś anioły, którzy, jeśli wyzwolą się z okowów magii, stają się niemal idealni, a właściwie idealni (o ile nie mają lub przestali mieć wspólnego cokolwiek z magią), choć wzorem z pewnej bardzo popularnej powieści o wampirach (jakby ta pisarka i Zmierzchu nie krytykowała) wciąż narzekają, cierpią i uważają się za najgorszych, podczas gdy, o zaskoczenie, wszyscy wokół wychwalają ich pod niebiosa – tak, książkę, perło dynastii, o tobie teraz mówię. No ale przypatrzmy się bliżej. Nasz główny bohater, książę Ariel, jest dość płaską, rozmytą postacią. Przez zdecydowaną większość książki jęczy i narzeka lub ma te swoje, dość wydumane, problemy moralne. Nie ma jakiś określonych, stałych cech charakteru, co właściwie znaczy, że nie ma żadnych. Nie mówiąc już o Perinie (pochodzącym zresztą z niezwykłego rodu bohaterów), błaźnie królewskim, o którym można powiedzieć, że cierpiał na iście błazeńską chorobę polegającą na zachowaniu się w określony, błazeński sposób, by później zachowywać się inaczej i zaprzeczyć swoim zachowaniem posiadanie cech, o które go wcześniej podejrzewaliśmy. To ma jakąś swoją nazwę, ale pomijając go i jego ukochaną Ameę także, bo tę dziewczynę spotkaliśmy tylko na chwilę i w dodatku spotkanie to nam o niczym nie powiedziało, nawet, jaki miała kolor skóry. Eh. Kogo tu jeszcze mamy? Wszystkowiedzącego, pięknego i niezwykle odważnego księcia Adama, który, niestety, chce zostać zakonnikiem (a może był przystojny?...), ojca Perina, ale tylko w migawkach, kilka kobiet, również w migawkach i nawet sympatycznego chłopca, Kennę, który najpierw zdejmuje księciu buty pod stołem, a później, niczym mężczyzna, prowadzi tegoż samego do podziemnych jaskiń za wodospadem i potrafi uciec wrogowi. Mimo tego nawet muszę przyznać, go lubię. Natomiast mistrz Ido, bibliotekarz, gdyby Autorka miała więcej talentu lub dłużej popracowałaby nad powieścią, byłby ciekawą, barwną i inną od wszystkich, ale oczywiście, kiedy Autorka spieszyła się z pisaniem, jak nie wiem co, wyszło coś z ADHD i w dodatku chaotycznie, a przez to nijakie. Są postacie albo i grupy postaci, które zachowują się kompletnie irracjonalnie, na przykład ci leśni zbóje. Jednak to jest raczej spowodowane przez chaotyczność fabuły, ale jak można coś takie go zrobić swojej książce? Inne postacie, które gdzieś tam, na chwilę się pojawiają, by zaraz kompletnie wyparowywać w atmosferę. Taką postacią jest Miria, dziewczyna naszego głównego bohatera. Gdyby zagościła na kartkach dłużej, byłoby ciekawie. Szczególnie że przez całą książkę nie ma ani śladu, rozumiecie, ani śladu wątku romantycznego. Chociaż, prawda, w książkach jest go aż za dużo, ale chociażby się tam gdzieś przewijał. To, że bohater patrzy się na bohaterkę, nic jeszcze nie znaczy. O, nie. Może patrzeć na nią z nienawiścią. Pomijając to, w powieści jest mnóstwo kapłanów, bo nasi bohaterowie nie nocują w szczerym polu, ale u kapłanów właśnie. Albo innych zakonników. O ile postacie pojedyncze, marginalne z tej wielkiej, okazuje się społeczności, są na pewno sympatyczne,tyle kapłan Ur, będący głównym towarzyszem w wędrówce księcia jest nieco nadpobudliwy i, jak to bywa, bardzo lubi zmieniać charakter. Inni kapłani są świątobliwi i resztę ich cech charakteru Autorka zakrywa welonem milczenia. Cóż. Może i dobrze. Ale nawet i kapłani są ludźmi – jedni są śmieszni, inni poważni, a jeszcze inni chodzą naburmuszeni. Nie mam racji, droga pani pisarko?

Obiecałam, że o nauce płynącej z książki napiszę oddzielny akapit, bo owa nauka jest tego warta, uwierzcie. O tym, że magia, jakkolwiek, jest zła i należy wierzyć w Tego Samego, co przychodzi niezwykle łatwo, dowiedzieliśmy się już w pierwszym i w drugim tomie. Jednak na tym się nie skończyło, wręcz przeciwnie. Doszły do tego niezwykle delikatne, jak na tę Autorkę, aluzje polityczne (także o narkotykach), ciągłe refleksje na temat innych bożków, ludzi błądzących w ciemnościach, którzy nie znają Jasności. I to zawsze – dwóch przemytników nie rozmawia o niczym innym tylko o bogach, ślepa jaszczurka żyjąca w jaskiniach nakłania umierających z wycieńczenia wędrowców do porównania jej do smutnego człowieka, który urodził się w ciemnościach i nie wie, czym jest światło. Hm. Hm. W porządku. Każdy przecież ma prawo myśleć tak, jak chce, ale ja się pytam, jak można tak zanudzać i męczyć Czytelnika – na każdym kroku, niemal strona po stronie tym samym. Magia jest zła, inni bogowie są źli, w kraju się źle dzieje, Ten Sam jest największy, jesteś perłą dynastii, jestem głupi i od nowa. Aż czytać się nie chce, a jak już, to oczy niemal same omijają te fragmenty i trzeba się zmuszać, żeby czytać. A także, co najgorsze, czasami nie mogłam znaleźć czytanego fragmentu, nawet wtedy, kiedy założyłam sobie zakładką, bo ciągle miałam wrażenie, że czytam to samo. I później Autorka się dziwi, dlaczego, zamiast inni ludzie nawracać się z magii, podejmować z powieściami dyskusję o to, czym mają rację, śmieją się z nich. Nie można, przecież być takim napastliwym, nie można przecież wysypać na człowieka całą beczkę cukru, nie zwabiwszy go wcześniej kostką, w której by się rozsmakował. Albo zwodzić go, intrygować, by nabrał ochoty na szukanie inspiracji Autora, jak to zrobił Mistrz Tolkien. Pisarce piszącej opowiastki o niebie dla dzieci dużo można przebaczyć, ale chyba braku zdrowego rozsądku nie popuszczę.

Fabuła nie zachwyca, wręcz przeciwnie. Jest jeszcze gorzej niż powyżej, z bohaterami i całą resztą. To klasyczny, nudnawy quest, z mocno przepojony naukami, a momentach, które atmosferę podgrzewa jakaś przygoda, jakiś pościg, albo emocje opadają tak szybko, jak wzrosły, albo, co gorsza, boleśnie nas rozczarowują. Czasami akcja pędzi na złamanie karku, jak w urywku o pustyni Grecesa i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy wszystko się rozegrało, bo chwilę uciekają, a kilka słów później są już daleko od swoich prześladowców. Albo jest tak groteskowo nielogicznie, jak na początku, w scenie z dowódcą Lasów Wschodnich. Przez resztę powieści bohaterowie sobie idą, snując nieciekawe rozmyślania i zatrzymując się w klasztorach, które dla Autorki są kolejną okazją do rozmyślań teologicznych i wykładów, które, cóż, jak już wspomniałam wyżej, nie wydają się potrzebne ani dobre (i, na logikę, skoro Lucerus tępi wiarę Tego Samego, to dlaczego w kraju jest tyle klasztorów?) Nie mówiąc o tym, że na końcu, kiedy na twierdzę Holin zbliżało się niebezpieczeństwo w postaci wojsk maga, któremu marzyła się władza absolutna, nieograniczona i wieczna, tak naprawdę do bitwy nie doszło, bo zanim przeciwnicy skrzyżowali miecze, Ten Sam postanowił zainterweniować i czarnoksiężnik zabił się sam, a właściwie został porażony białym światłem czy czymś w tym rodzaju. Cóż, Tolkienowi szczęka opadłaby, gdyby się o czymś takim dowiedział, szczególnie że dla Drużyny Pierścienia, czy też później dla Trójki Myśliwych (nie mówiąc o Eowyn, która bez hełmu zabiła Czarnoksiężnika z Angmaru) zabijanie orków było zajęciem przyjemnym, pożytecznym i już nudnym. Ja też byłam rozczarowana i to jak! Myślałam już o świetnym opisie bitwy, chociaż o odrobinie krwi, ale okazało się, że zamiast tego mamy lipę. Bardzo niezłą, wysoką, ot, taką lipę, jaką w swoim ogródku miał Jasio Kochanowski. Tyle że nie o to chodziło. Gdyby chociaż stało się coś, jakiś mały cud i bohaterów spotkało coś, co wymagałoby naprawdę poświęcenia i odwagi, walki na miecze i tak dalej, wyszłaby porządna chociaż baśń. No bo, jeśli opisuje się wojnę, nie trzeba od razu opisywać okrucieństwa, ale, po prostu, powiedzieć nawet, że kogoś, choćby w imię Tego Samego, zaciukali mieczem. Nawet laser w Gwiezdnych Wojnach znajdował się w mieczach. Co ta pisarka sobie myślała? Że fajnie jest czytać książkę z gatunku przygodowej fantasy, w której nie wylewa się nawet kropla krwi? Hm, szczerze mówiąc, niekoniecznie.

Wydaje mi się, że cokolwiek Autorka zrobi (nawet napisze kolejną część) dalej tak wytrwale przez nią tępiony Harry Potter będzie popularny, a jej książki nawet nie ruszą jego fanów. Dlaczego? Książka jest zbyt fatalna, a o tym, czy porywa, lepiej nie mówić. Gdyby było lepiej... powieści byłyby dyskusyjne, kontrowersyjne czy coś tam, byłoby inaczej, a poglądy pisarki być może rozpowszechniły się. A taka lipa? Taka, przy której Kochanowski, znany z miłości do tych drzew (wcale nie wiem dlaczego, bo to świetny pisarz był), nawet by nie usiadł? Fani Garncarza się tylko pośmieją, bo każdy, co jakieś książki w życiu czytał, wyczuje, że powieści Rowling są zwyczajnie lepiej napisane. Ba! O wiele lepiej! I żeby skutecznie coś zrobić przeciwko nim, trzeba wyczarować coś równie dobrego. A ponieważ Autorka wciska na siłę ludziom to, w co wierzy (chociaż, muszę przyznać, że niektóre jej argumenty są przesadzone i śmieszne) i robi to tak nieudolnie, wszyscy się śmieją lub też wkurza ich to. A co na to Autorka? Ignoruje. Nie słucha dobrych rad. Jest przekonana, że jej powieść jest w stanie zmienić świat, jakby nie wiedziała, że do zawojowania Błękitnej Planety trzeba mieć w zanadrzu wyjątkową historię i to nieważne, czy przekazującą prawdę, czy kłamstwo (a żeby powieść była dyskusyjna, wszystko musi być mniej oczywiste i bardziej przypominające rzeczywistość). Jakby nie wiedziała, że kijem Wisły nie nawrócisz, już nie mówiąc o tamie z lipy – która, jak wiecie, słabym bardzo drzewem jest.

Tytuł: „Ariel. Wnuk Alhara”
Autor: Małgorzata Nawrocka

Moja ocena: 2,5/10

sobota, 25 kwietnia 2015

Bolesna droga przebaczenia. Recenzja ksiązki


Są wspomnienia, których się boimy. Każdy je ma: dla jednych są to wspomnienia jakiegoś wypadku, śmierci kogoś ważnego, czy jakaś wyjątkowo kompromitująca chwila. Pod skórą każdego z nas czają się demony, przed którymi mózg ucieka jak może, najczęściej każąc nam zapomnieć, albo przyjemniej nie myśleć, wmawiać sobie, że pewne rzeczy nie wydarzyły się nigdy, albo, przynajmniej, starać się nie robić nic, co przypominałoby tamte chwile – zupełnie jak wtedy, kiedy nasze palce, czy tego chcemy czy nie, oddalają się od zapalonej świeczki, a oczy zamykają się, gdy ktoś próbuje nam je zakropić. Jednak tak naprawdę nie ma od nich ucieczki, czy tego chcemy, czy nie – one tworzą nas, to, czym jesteśmy. Wpływają na nasze zachowanie, a skrywane wiele lat sekrety potrafią zniszczyć naszą psychikę, jak woda powoli drąży kamień. Ciężko jest to jednak zaakceptować, mimo że z dnia na dzień powtarzamy sobie, że jakoś to będzie, od tamtych złych zdarzeń każdego poranka dzieli nas następna noc. Pewnego dnia to wszystko przyjdzie, wróci się do nas, będziemy musieli jeszcze raz zmierzyć się z tym wszystkim, przeżywając to od nowa i albo polegniemy, albo wyjdziemy zwycięsko, bo, jak mówi przysłowie, co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Literatura obyczajowa ma za zadanie rejestrować rzeczywistość, uogólniać jakoś splątane ludzkie losy, zwyczajne, realne, pozbawione jakichś aniołów czy innych mocy pozaziemskich. Autorzy prześcigają się w więc w mniej lub bardziej skomplikowanych fabułach, odgadując, co najczęściej spotyka czytelników, tak, by sprawić, by powieści były im jak najbardziej bliskie. Oprócz uniwersalnych tematów takich jak miłość mężczyzny do kobiety czy zdrada, problemami dotykającymi nas na co dzień są konflikty z najbliższymi nam ludźmi – rodzicami. Wiadomo przecież, że historie rodzinne mogą być nieprawdopodobnie dziwne i tragiczne: to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i to, co zafundowali nam mama i tata. Jak twierdzi Zygmunt Freud, w tym okresie kształtuje się osobowość człowieka, więc to, co przeżyjemy, jacy byli dla nas rodzice, zostanie z nami na całe życie, może w formie koszmarnych wspomnień, ran, które często nieświadomie będziemy próbowali zagoić. Niestety, wiem, o czym mówię. Jednak nie wszystkie historie muszą być proste, wynikać ze zwyczajnych kłótni i tak dalej – bywają wielopokoleniowe problemy, będące zazwyczaj dziełem jakiegoś tragicznego wypadku, która wywoła efekt domino, pociągając za sobą zbyt wiele ofiar.

Gabriela Kern jest pisarką, odpowiednio dziwną i kontrowersyjną, nawet wtedy, kiedy nie musi udawać. Życie jej się nie poukładało – mimo że dużo wspomnień z dzieciństwa wiąże się wiejską sielanką, na wszystko rzuca cień matka. Matka, która po wypadku, kiedy Gabriela była mała, wyjeżdża z nowym mężczyzną do Francji na leczenie swoich chorych nóg, zostawiając córeczkę z ojcem, profesorem historii i znanym opozycjonistą w czasach Solidarności. Konflikty z rodzicielką, na Gaby przecież obcą osobą, doprowadzają do tego, że nie chce o niej słyszeć, żyjąc w Polsce i po czasach PRL-u rozwijając swoją karierę. Jednak pewnego dnia Maciej, mężczyzna żyjący z jej matką we Francji, dzwoni do niej z wiadomością o chorobie matki i spodziewanej bliskiej śmierci. Kobieta z początku nie chce tam jechać, broni się, ale ten telefon zapoczątkuje wyprawę w głąb siebie, w swoje wspomnienia – te dobre i te złe – oraz rozpocznie wyprawę ku wybaczeniu, takiemu prawdziwemu, jak z książki, którą główna bohaterka napisała, nie do końca chyba rozumiejąc jej sens.

Największą zaletą książki jest niewątpliwie jej okładka. Ciemne ni to niebieskie, ni to zielone tło zostało zestawione z różową koszulką bohaterki i tytułem w tym samym kolorze, natomiast tył książki jest dyskretnie kremowy, z różowymi napisami. Wszystko tworzy elegancki, minimalistyczny zestaw, bardzo chłodny – wbrew temu, co mamy w tytule – i nowoczesnym. Miłym zaskoczeniem dla mnie była twarda oprawa, świadcząca niewątpliwie o dbałości Wydawcy o szczegóły i o książkę. Prawda jest taka, że jestem estetką, a rogi książek w miękkich okładkach mają to do siebie, że zginają się, podróżując razem ze mną czy przeżywając jedną z tych przygód polegającą na wciskaniu jak największej ilości książek w jak najmniejszą powierzchnię. Zresztą, powieść w twardej okładce przedstawia naszemu mózgowi jakąś większą wartość, tak samo jak dziewczyna z długimi włosami (ekhem). Miło jest taką rzecz trzymać po prostu w ręku.

Muszę powiedzieć, że czytało się naprawdę szybko, co, mimo wszystko, jest zasługą języka, jakim posługuje się Autorka. Jest prosto i przyjemnie, pisarka nie stosuje jakiś ciężkich zabiegów językowych, tylko najprostszymi środkami próbuje stworzyć artystyczny tekst – mamy więc tu dużo przenośni, porównań, gier językowych i tym podobnych, wśród czego sama pisarka kilka razy się gubi i potyka, mimo że udało jej się stworzyć kilka naprawdę błyskotliwych momentów, kiedy uśmiechałam się nawet, mając nadzieję na jeszcze lepsze fragmenty. Czasami sama nie wytrzymuje swojej konwencji i wstawia gdzieniegdzie jakieś zbyt pospolite albo niepasujące do niczego słowo, tworząc zgrzytliwą dysharmonię, co tylko, moim zdaniem, pokazuje, że pisarka powinna naprawdę przejść na prostszy język. Co więcej, styl momentami zbliżał się niebezpiecznie do rokoko, które, jak uważam, jest przesadzoną formą baroku, kiedy indziej muskając przyjemną, chyba najwłaściwszą, polszczyznę potoczoną, sprawiając, że tekst jest bardzo nierówny. Zresztą, bardzo łatwo można zauważyć, że pisarka świetnie radzi sobie ze statycznymi, eterycznymi scenami, na przykład z dawnymi, rozświetlonymi słońcem wspomnieniami Gabrieli niż jakimiś rzeczowymi, pełnymi akcji, w których potrzeba konkretów, suchych faktów, a nie rozwodzenia się nad blaskiem słońca. Trzeba także wspomnieć o dziwnej manierze Autorki, która co jakiś czas wtrąca słowo specyficzny w różne miejsca tekstu, nawet tam gdzie niekoniecznie ono pasuje. Żeby być choć trochę sprawiedliwa, muszę przyznać, że nie występuje ono tak często jak ten legendarny już tekst z młodym, greckim bogiem, który Stephenie Meyer umieszczała na większości kart coraz bardziej zapomnianego już Zmierzchu. Trochę to psuło fabułę i odbiór powieści, najmocniej w miejscach, które wydawały się zupełnie nieodpowiednie na to słowo, ale i tak, po trzech, czterech razach miałam dość nawet tam, gdzie dzwonek budzika czy coś w tym rodzaju był naprawdę specyficzny. Innym mankamentem jest tytułowanie rozdziałów imionami niektórych osób, w jakimś momencie ważnych dla akcji – uważam, że sama numeracja by wystarczyła. Z początku myślałam, że kolejne rozdziały dotyczą poszczególnych osób, tworzących tę historię, trochę jak w Grze o Tron G.R.R Martina albo Koronie śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej, co mnie bardzo zmyliło, a później zaczęło denerwować. Być może to przez mój mózg, mocno zlasowany tymi książkami nie widzę sensu nadawać takich tytułów rozdziałom, kiedy nie postępuje się z tak z historią, jak powyżsi wielcy twórcy fantastyki.

Opisy wyszły ładnie – z nimi pisarka radziła sobie chyba najlepiej. Nie ma ich wiele ani nie są też zbyt plastyczne, jednak sam fakt ich istnienia, posiadanie jakiejś melodii i przyzwoitego kształtu, jakoś tam oddziaływające na nasze zmysły, sprawia, że miło mi je czytać. Pisarka stara się, by były plastyczne, ciekawe, pełne doznań, może nawet impresjonistyczne, nie ogranicza się do tych nudnych, szkolnych wyrażeń w kącie… czy były tam…, co jak najbardziej mnie zaskoczyło i sprawiło, że poczułam do pisarki pewien rodzaj sympatii. Powinno się przecież chwalić także dobre chęci, nie tylko rezultat.

Dialogi są martwe. Bohaterowie wypowiadają się poprawną, literacką polszczyzną, tak, że czasami mam to niemiłe wrażenie, że czytam nie rozmowę, nie monolog – a takie tu bywają – a komentarz narratora. Nie wiem, czy celem pisarki było jak najwierniejsze oddanie rzeczywistości, bo jeśli tak, to kwestie, jakie wygłaszają bohaterowie niczym w helleńskim teatrze, nie brzmią zupełnie prawdziwie, naturalnie, ludzko. Bo nawet ja tak nie mówię, mimo ton przeczytanych książek – nie mam głowy do wymyślania barwnych metafor, ale i nikt tego po prostu nie wymaga. Poza kilkoma wyjątkami nie ma w nich emocji, jakiejś rozpoznawalnej podświadomie gry uczuć dwóch rozmawiających postaci, wszystko jest płaskie i boleśnie proste, co razem z pięknym, gramatycznym językiem polskim daje wrażenie czytanej na głos, znudzonym głosem, książki. I tak jest lepiej, bo strach pomyśleć o powieściach z dialogami prostymi, albo wręcz prostackimi, wyjałowionymi z tego, co powinna czuć osoba wypowiadająca dane zdanie. To fałsz, który sami, podświadomie, wytropimy.

Gabriela to dość sympatyczna postać. Nie jest może tak barwna i dziwna, jak na pisarkę przystało, ani tak głęboka psychologicznie, na jaką próbowała ją ukształtować Autorka. Ma kilka cech, ma kilka wad, a także mrocznych wspomnień, które determinują jej charakter. Kocha, nienawidzi. Nie udało się pisarce głęboko przeanalizować jej zachowania, dotarcia do najgłębszych, zakurzonych zakamarków duszy, jest więc raczej osobą oglądaną z oddali, nieco zamazaną przez usilne starania pogłębienia jej postaci i zatuszowania kolejnych poprawek i szwów. Nie czuć samotności, jaka powinna ją otaczać, ciężko jest też pisarce znaleźć granicę między pisarskim szaleństwem, depresją (?) jaką przeszła bohaterka i normalnością – między tym, co w Gabie dorosłe, dojrzałe, a tym, co wciąż młode, przez co przypomina nieco Madonnę. No dobrze, przesadziłam. W każdym razie bohaterka nie jest źle skonstruowaną postacią, nie zapada się, ciągnąć za sobą resztę i doprowadzając powieść do ruiny, jak to ma miejsce w wielu przypadkach, ale wyrazistością nie grzeszy, pomimo swoich rudych włosów. Można w niej wyczuć nieco fałszu, pisarskiej kreacji, ale także prawdziwego człowieka, z kości i krwi – brak jednak życia, czegoś, co ożywiłoby tę postać przed naszymi oczami i sprawiło pisarce problemy, bowiem każda pełnokrwista postać chce podążać swoją drogą, niekoniecznie taką, jaką wybrał dla niej Autor. Szkoda, bo potencjał tu był, tyle że może zachowawczość czy jakaś nieumiejętność pisarska sprawiły, że Gabriela jest kolejną postacią z kolejnej książki, niezostającą z nami długo.

Bohaterów drugo – i trzecioplanowych jest kilku, w sam raz tyle, by nie przerażać czytelników ich ilością. Mamy więc przystojnego Łukasza (coś mi mówi, że jeśli pisarka zdecyduje się na kolejną część, to właśnie będzie o związku Gabrieli z tym panem), typowego przystojniaka: seksownego, inteligentnego (prawnik!), oryginalnego, dobrego; słowem, idealnego niemal w każdym calu. Poznajemy także wesołego, mądrego i tak dalej, idealnego syna Gaby, Janka i nawet jego sympatyczną dziewczynę, Zuzę. Jest także Hubert Kern, prawicowy polityk i były mąż Gabrieli, postać poczciwa, ale nie budząca cieplejszych emocji. Istnieje gdzieś na którymś tam planie także i Maciej, poczciwy straszy pan, wciąż kochający swoją żonę oraz Kalina, postać przedstawiona głębiej, chociaż z pewnymi lukami, które, mam taką nadzieję, zapełnia poprzednia część cyklu. Migawkowo zostali przedstawieni znajomi i przyjaciele Gaby z Warszawy – jej przyjaciel i wydawca Błażej, postać dość tajemnicza i intrygująca oraz płasko, nieciekawie przedstawiony Igor, jeden z wielu kochanków kobiety. Sylwetki te nie są dokładne, Autorka przedstawia ich zdawkowo, fragmentarycznie, obdarowując ich dwoma, lub trzema cechami, porządkując ich według schematu czarny/biały – chociaż do tych pierwszych należy tak naprawdę tylko głupi redaktor z radia, ograniczony konserwatysta, nierozumiejący przesłania powieści Gabrysi i podejrzany typ. Trochę przez to za słodko, szczerze mówiąc, szczególnie wtedy, kiedy niewierna matka rehabilituje się w oczach córki.

Fabuła nie toczy się szybko, wręcz przeciwnie, jednak nie ma tu ospałości. Wiele tu przerywników w postaci wspomnień, tworzących właściwie szkielet powieści, ale i tak wszystko jest prosto i miło skonstruowane, nawet wtedy, kiedy pisarka tworzy – a przynajmniej stara się – niejednoznaczne sytuacje, nadając opowieści jakiś rys oryginalności i nieprzewidywalności (z różnym skutkiem, niestety) Przez jakieś osiemdziesiąt procent objętości książki Gaba mieszka w swojej samotni na Mazurach, jednej z tych sielskich posiadłości, które tak bardzo uwielbiają nie tylko polskie pisarki, a różni ludzie przyjeżdżają do niej, determinując to, co się dzieje, to, co myśli. Na końcu akcja trochę przyspiesza, nie na tyle jednak, by mówić o jakimś przyspieszeniu, zapierających dech w piersiach scenach i tym podobnym. Pisarce przez cały ten czas udaje się utrzymać delikatny, kameralny klimat, unoszący się nad powieścią (może jednak zbyt słodki i sentymentalny), a fabuła ma rytm, dzięki któremu nie nudzi się czytanie, nawet wtedy, kiedy dzieje się coś mniej istotnego lub po prostu nudnego. Pisarka zgrabnie uniknęła dłużyzn i niepotrzebnych fragmentów, a wątki, które ze sobą splata, nie urywają się w przypadkowych miejscach – zresztą trudno byłoby to zrobić, skoro nie jest ich dużo. Nie można nie zaznaczyć, że nielogiczności w akcji się zdarzają, jak choćby fragment, w którym Gabriela pływa po jeziorze w czasie burzy (brr) , w dodatku nago, ale ciężko zarzucić jakieś większe niekonsekwencje – wszystko wydaje się starannie skonstruowane, rozplanowane, bez żadnego miejsca na przypadek. Z jednej strony sprawia to, że fabuła jest jakby bez duszy, z drugiej strony to nalepszy sposób na uniknięcie kłopotów i, na przykład, zmieniania połowy książki, czy słuchania wymówek na temat nielogiczności, nierówności akcji.

Można by powiedzieć, że książka nie wyróżnia się niczym, bo to jest prawda. Wiele możemy znaleźć opowieści o matkach, córkach i ojcach – najróżniejszych problemach, przed jakimi stawia rodziny życie. Z różnych punktów widzenia, niektórzy bowiem próbują – tak jak Autorka tej książki – w jakiś sposób usprawiedliwić postępowanie rodziców, inne natomiast zrzucają winę na nich, na osoby postronne, na los, na dzieci. Ile ludzi, tyle historii, chociaż, co w jakiś sposób pokazuje ta książka, pewne motywy są nieśmiertelne, bardzo uniwersalne. Wspomnienia. Te złe, o których nie chcemy pamiętać, które zamiatamy pod dywan, od których uciekamy. I te dobre, na których wspomnienie się uśmiechamy, albo płaczemy, tak jak ja, bo wiadomo, że już nigdy nie wrócą, nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Wybaczenie to chrześcijańskie uczucie, tak bardzo trudne, ale i niezwykle potrzebne – co pokazuje ilość książek na ten temat, ilość powieści. I to jest właśnie jedna z nich, różniąca się tylko innych tym, że Autorka wplotła do swojej powieści inne realia, kostiumy, słowa, myśli i bohaterów; inne miejsca. Ale tak naprawdę to kolejny, nawet nieróżniący się głos w dyskusji o rzeczy uniwersalne, kolejna kopia historii o tym, jak trudne jest przebaczenie i zapomnienie.

Tytuł: „Upalne lato Gabrieli”
Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Moja ocena: 4/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MG

czwartek, 23 kwietnia 2015

Zamiast perły - kamień. Recenzja książki

Łatwo mi teraz mówić, że nie boję się wojny. Łatwo mi jest teraz mówić, że nie, wcale, krew nie jest taka obrzydliwa i nie zemdleję na widok weflonu. Łatwo mi, siedząc w ciepłym pokoju z laptopem, gdzieś pomiędzy National Anthem Lany del Rey a ostatnią płytą Nightwish, mówić że jestem szczęśliwa i kiedy przyjdzie mrok, nie załamię się, zostanę stoikiem. Że ZSP i depresja to nic, przemijające wraz z zimą przygnębienie. Innym też jest łatwo oceniać kogoś w takim stanie, dopóki samemu nie spadnie się tak nisko, do myśli o śmierci jako o najlepszym rozwiązaniu problemów, wciąż wyświetlaniu w pamięci tych strasznych chwil, kiedy myślało się, że cały świat trzęsie się w posadach i spada na głowę, kiedy gasła ostatnia, najmniejsza nadzieja. I wydaje się, że łatwo jest o tym pisać. Opisywać mrok, w którym ktoś błądzi i który niszczy. I ten ból, przy każdym kroku. Opowiedzieć o walce, by to wszystko od siebie odepchnąć, w której człowiek rani się jeszcze bardziej, albo o zaakceptowaniu bólu i mroku, stopniowym zapominaniu o świetle, by żyć jak kret. Wbrew pozorom, nawet najlepsze, najbardziej agresywne metalowe hymny nie opiszą nigdy wszystkich uczuć, głębi bólu, która owija i tamuje oddech. Chyba nie ma to słów, a jeśli są, ja ich nie znam. Ale słowa są potrzebne, bo ludzie, przynajmniej ja, czują potrzebę wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, w pewien sposób otworzenia sobie żył, by trucizna wypłynęła na zewnątrz, by być znów zdrowym i szczęśliwym. Szczęśliwym!

Ludzie lubią także czytać o czyimś bólu i myślę, że nie ma w tym nic złego. Wielu z nas cierpi, cierpi samotnie, bo cierpienie (paradoksalnie) pogłębia samotność, mimo że samotność pogłębia cierpienie. Lubimy wtedy czytać o kimś, kto cierpi tak jak my, chcemy poczuć, że nie jesteśmy sami. Zresztą, temat cierpienia był, jest i będzie popularny – jest poetycki, starcza go na opasłe tomiszcza, a ludzie i tak kupią książkę, i tak, nieważne nawet, czy pisarz wie o czym pisze, czy nie. Jest uniwersalny, a także często wiąże się z miłością, kolejną rzeczą wprost kochaną przez literatów. Razem z śmiercią tworzą nieśmiertelne trio, w  którym my, czytelnicy, tkwimy po uszy i wcale to kochamy, bo inaczej nie odkrywalibyśmy coraz to nowych książek, zaczytywali się w coraz to innych, najczęściej pełnych cierpienia, historiach wymyślonych – i nie – ludzi.

Kacey to jedna z takich postaci. Dziewczyna ma już dwadzieścia lat, młodszą, piętnastoletnią siostrę i ostrą postać wspominanego ZSP. Przeżyła wypadek, w którym zabito jej najlepszą przyjaciółkę Jenny, chłopaka Billy’ego i rodziców. Razem z siostrą uciekają od superwierzącej ciotki i wujka, który, tradycyjnie, próbuje zgwałcić młodszą i uległą Livie. W nowym miejscu – bloku w gorącej Kalifornii – zaczynają mieć przyjaciół, a Kacey poznaje, co za niespodzianka doprawdy, chłopaka. Facet nazywa się Trent, ma piękne dołeczki i, naturalnie, kaloryfer, bicepsy i całą resztę, czym sprawia, że główna bohaterka ma na niego chęć, więcej, rujnuje wypracowane przez nią mechanizmy obronne. Chłopak się do niej zbliża, co przy końcu powieści doprowadza do – w końcu! – przespania się ze sobą w kilku miejscach, a także bardzo poważnego związku. Wszystko byłoby bardzo pospolite, gdyby nie to, że ów fascynujący kawaler ma wiele wspólnego z bolesną, straszliwą przeszłością Kacey. I wiadomo, co się stanie, gdy dziewczyna to odkryje.

Bez wątpienia największym plusem książki jest jej okładka. Jest taka błękitna, a ja bardzo lubię ten kolor, kojarzy mi się ze spokojem. Jednak największe smaczki to coś innego – pod niebieską powierzchnią wody spaceruje rudowłosa dziewczyna w czymś białym, na pierwszy rzut oka przypominającym prześcieradło, ale chyba będącym po prostu białą sukienką. Cała postać dziewczyny obija się w powierzchni wody. W stosunku do fabuły powieści, okładka może mieć wiele znaczeń – samochód z rodziną głównej bohaterki wpadł do wody, przez co większość koszmarów Kacey wiąże się właśnie z tonięciem. Może też być pewnym symbolem oczyszczenia, obmycia z tego, co było wcześniej. Albo też nawiązywać do tytułowych dziesięciu płytkich oddechów, bo, jak wiadomo, ciężko jest oddychać pod wodą. W każdym razie, każdy przecież może sądzić inaczej, bardzo przyjemnie patrzy się na okładkę, myśląc, że pod spodem kryje się ciekawa treść, bardzo przyjemna i delikatna jak dotyk wody – nastrojowa okładka, bardzo dobrze zrobiona, nawet minimalistyczna, chociaż, trzeba przyznać, zupełnie nie pasuje do mrocznej zawartości, pełnej negatywnych emocji, jakie kłębią się w tej opowieści.

Pochwała należy się także za samo podjęcie tematu ZSP i chociaż próbę opisania i zrozumienie tego, co dzieje się z osobami cierpiącym z tego powodu. Jest to bardzo trudne, nie tylko ze względów emocjonalnych (kiedy nigdy się tego nie przeżyło, trudno opisać to w bardzo wiarygodny, a przynajmniej jak najmniej kiczowaty sposób), ale także i technicznych, w każdym razie obranie możliwie najlepszego sposobu opisania tego zabiera mnóstwo czasu, nie mówiąc o trzymaniu się tej samej konwencji przez całą książkę, by uniknąć użalającej się nad sobą Mary Sue, która – mimo że przeżyła jakąś tragedię, to i tak jęczy ponad wszelkie możliwe przeciętne.

Autorka chciała właśnie uniknąć takiego problemu, dlatego swoją bohaterkę, Kacey, kreuje na zamkniętą w sobie, wredną, sarkastyczną jędzę, która próbuje oszukać swój ból alkoholem, narkotykami i przygodnym seksem z nieznajomymi, których twarzy już nawet nie pamięta. Żadnego śmierć metalu, żyletek, przesiadywania w ciemnych pomieszczeniach, gadania o śmierci i innych rzeczy robionych przez mdlejącą, bladą dziewczynę w zapyziałym psychiatryku, chociaż szczerze mówiąc, zrobiłoby to na mnie większe wrażenie, mimo tego, że wtedy ciężko jest uniknąć kiczu. Tymczasem tutaj nie jestem w stanie polubić Kacey, mimo że ją rozumiem. Może dlatego, że nie jest postacią naszkicowaną głęboko? Odnoszę wrażenie, że jest to niestety prawda. Pisarka nie bawi się w kształtowanie delikatnych, psychologicznych światłocieni, tych drobnych, niemal niewidzialnych smaczków, które składają się w  skomplikowany, ale za to bardzo prawdopodobny obraz człowieka, niemal umarłego, ale wciąż żyjącego, człowieka-ruiny. Kacey jest kanciasta, a dodatek mocno kontrastująca ze swoją siostrą Livie, jakby to było jednym z celów pisarki. Niestety, na dobre to nie wychodzi – tak naprawdę dostajemy kawał rudej jędzy, z niewyparzonym językiem i hormonami niczym burza, rozpalonymi widokiem i myślami o jakimś przystojniaku dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Nic poza tym się nie dowiadujemy, nie czytam o jakiś głębokich, utajonych może uczuciach, wszystkich odcieniach i rodzajach bólu, jakie Kacey powinna przeżywać, o myślach, o wspomnieniach. Znamy ją tylko powierzchownie, ale nie jest to, niestety, celowy zabieg Autorki – postać dziewczyny została źle skrojona już na samym początku, pisarka nie była do końca świadoma, jak bardzo przeżywany przez dziewczynę ból wżyna się w psychikę i jak bardzo ta postać musi być głęboka by być wiarygodną. Szkoda. Potencjał zmarnowany na starcie i ten żal, że Autorka pozbawiła mnie najlepszych fragmentów, rozwiewając tym samym moje złudzenia.

Z innymi postaciami też nie jest dobrze. Charakter Trenta wyparował gdzieś pomiędzy pięknymi, błękitnymi oczami, dołeczkami w policzkach i kaloryferem. I to nie przez moje uprzedzenia i stereotypy, nieświadomie ukształtowane przez tony takich i owakich książek, że chłopacy z boskim ciałem mają zupełnie nieboski rozum. Przez jedną drugą powieści chłopak ów zdaje się tylko gapić na ciało Kacey i żartować z podtekstem erotycznym (a ona mu na to pozwala… nie, błagam, kochane feministki, już słyszę wasze teksty o tym, że mężczyzna widzi w kobiecie tylko ciało, pogódźcie się z tym, że taki mamy teraz klimat), tak więc jego wyskok z dramatyczną historią rodziną i z tym wszystkim jest dość zaskakujący. No proszę! Jest zdolny głębszych uczuć niż podniecenie, a czasami okazuje się, że ma mózg w innym miejscu niż przypuszczałabym (skończ z tymi żartami, Kylie, to jest żenujące). Wszystko zebrane razem dowodzi tylko, że ukochany naszej Kacey jest jeszcze płytszy niż ona. Płaski, schematyczny we wszystkim, co mówi co robi, łatwy do pomylenia z mnóstwem innych przystojniaków z powieści, jakich miałam okazję do tej pory poznać. Nie ma żadnego charakteru, zalet, wad, nawet Autorka zapomniała opowiedzieć o ulubionych rzeczach bohatera (wiadomo, że wypasiony motor to zabaweczka każdego przystojniaka, który występuje w książce dla młodzieży i jest seksowny, przynajmniej większości) na przykład o ulubionym kolorze. Takie szczegóły, zwykłe i przyziemne, ale charakterystyczne chyba dla każdego osobnika gatunku ludzkiego, sprawiają, że postać staje się bardziej wiarygodna, a tym samym zyskuje naszą sympatię, czy nienawiść, w każdym razie jakieś mocniejsze uczucia, które każą czytać nam książkę dalej. Tyle że tutaj nie ma takich rzeczy – samymi oznakami napalenia na główną bohaterkę nie wygra się wojny o moją uwagę, bardzo mi przykro.

Im dalej tym gorzej – tworząc postać Nory, częściej nazywanej Storm, pisarka próbowała nakreślić głęboki, psychologiczny portret, przy czym poległa na całej linii. Niby Strom jest ciepła, dobra, a przy tym niezwykle silna, z wieloma umiejętnościami akrobatycznymi, ale i tak jej nie wierzę. Wszystko jest płaskie, proste i jakieś sztuczne, tak, że w ostatecznie wydaje mi się, że owa najlepsza przyjaciółka Kacey nie ma żadnych cech, jest po prostu następną prostą, topornie nakreśloną sylwetką, bezpłciową jak kartka papieru. Siostrę Kacey, Livie, na początku lubiłam. Ułożona, dobra piętnastolatka, tak przyjemnie niewinna przy zepsutej siostrze, która myśli tylko o jednym, była jakąś ciekawszą odskocznią, jednak po jakimś czasie zaczęła mnie denerwować, chyba jeszcze bardziej od siostry. Jak można być tak bardzo sterylnym, w dodatku pozbawionym jakichkolwiek cech? Przecież nawet ja nie jestem święta ani niewinna – jeśli nie zauważam jakiegoś gapiącego się na mnie chłopaka, oznacza to, że akurat coś czytam - a co dopiero ona, kiedy miała taką siostrę! I jak można się nie złościć, zawsze być taką dobrą? No dobrze, jeśli postać ta byłaby wiarygodna, tylko żeby pisarka umiała jakoś nas do niej przekonać, co, oczywiście, nie udaje jej się. Dziewczyna przy całej swojej dobroci jest płaska i nudna, nijaka. Po prostu kolejna postać w kolejnej książce.

O pozostałych postaciach, a właściwie niczym nie wypełnionych szkicach, wolę nie wspominać. Tanner, Nate, Ben, Cain… Naprawdę muszę ich wszystkich wymieniać? Niedługo zapomnę ich imiona, to, kim byli, a w końcu to, z jakiej książki pochodzą ich postacie. Nie powiem, że Autorka się starła, bo trzeba być choć trochę sprawiedliwym, ale coś jej nie wyszło. Znaczy, dużo jej nie wyszło, skoro są to kolejne imiona i postacie, których jedną do końca wiarygodną i dopracowaną cechą są właśnie owe imiona. Bohaterowie, którzy się niczym nie wyróżniają, albo cechy ich wyróżniające są pospolite, nigdy nie zostają ze mną długo. Nie mam przecież pamięci absolutnej.

Pomysł nie jest oryginalny. Wręcz przeciwnie. Wiecie co? Albo mam intuicję, albo jestem żeńską odmianą wróżbity Macieja, lub też, co jest najbardziej możliwe, naczytałam się już tyle, że pewne schematy fabularne znam na pamięć, w każdym razie od pierwszego spotkania Kacey z chłopakiem wiedziałam, że on będzie tym, kim się okazał. Po prostu wiedziałam. Nawet nie byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że mam rację – chyba nawet czułam się zawiedziona, bo wszystko okazało się takie, jakie przewidywałam. Zresztą, sam schemat jest już mocno wyświechtany, szczególnie motyw wypadku samochodowego, przebaczenia, współczucia. Nawet jeśli Autorka zdecydowała się na tak powszechne rzeczy, zawsze mogła maksymalnie wysilić swój mózg i zbudować jakąś nieoczywistą, wielowymiarową historię, z niejednoznacznym zakończeniem. Taką, która budziłaby dyskusje, zamiast powtarzać po raz setny komunały o przebaczeniu, miłości i leczeniu straszliwej traumy, która – wbrew temu, co napisała Autorka – nie da się wyleczyć dziesięcioma płytkimi oddechami, radością z każdego szczegółu, z każdej chwili dnia i z której później nic nie zostaje. I bez tego bajkowego zakończenia, w stylu żyli długo i szczęśliwie, co przy jakimś tam realizmie reszty powieści, wygląda dość nienaturalnie. Rozwiązania fabularne nie zachęcają do dalszego czytania, a nagłe zwroty akcji, które mogłyby, w ostateczności, uratować książkę, należą do rzadkości, a ten kluczowy dla akcji, jak już pisałam, jest bardzo przewidywalny. Zresztą, o czym piszę – to po prostu klasyczna powieść swojego gatunku, która w znakomicie się w niego wpisuje, nie próbując być nawet oryginalna. A może tak ma być? Cóż, chyba nie rozumiem tego gatunku, albo coś.

Wynika z tego, że fabuła mnie nie zaciekawiła, wręcz przeciwnie. Bez przekonania przewracałam kartki, interesując się perypetiami bohaterów tylko na tyle, by wiedzieć, o czym czytam. A czytałam o niewielu ciekawych rzeczach, bo kiedy Kacey i Livie na dobre rozgościły się swoim nowym domu na horyzoncie pojawił się Trent, co sprawiło, że kilka godzin swojego życia poświęciłam na czytanie o pożądaniu, kłopotach Kacey z ZSP i resztą swojej zrujnowanej psychiki, o pożądaniu, o przyjaciołach dziewczyny, o pożądaniu i o pożądaniu. Gdzieś w tle przewijają się  sentymentalne motywy miłosne i pomysły, jakich nie powstydziłaby się żadna dziewiętnastowieczna hrabina, dla zabicia czasu pisząca o jednej rzeczy, na jakiej się zna. Kiedy akcja książki przeniosła się gdzieś indziej i punkt ciężkości z hormonów płciowych przesunął się na prawdziwe kłopoty, okazało się, że powieść się skończyła i czułam się zawiedziona. Technicznie rzecz biorąc, akcja często utykała w zbyt romantycznych mieliznach, czasami pisarka skupiała się na szczegółach, zupełnie nieistotnych, a najczęściej jednak niebezpiecznie zbliża się do powieści erotycznej, przez co miałam dziwne wrażenie, że trochę odchodzi od tematu. Co prawda, na nadmierny chaos i nielogiczność nie mogę narzekać, bo widać, że pisarka za sobą ma jakieś doświadczenie w tej materii, ale zdarzyło się kilka momentów, w których Kacey zachowała się irracjonalnie, nawet jak na osobę z wiadomymi zaburzeniami, nie mówiąc już o innych bohaterach, a do powieść wkradło się nieco nielogiczności, głównie wtedy, kiedy akcja pędziła jak szalona, a pisarka nie potrafiła nad tym zapanować. Niestety, wiadomo co się wtedy dzieje – spodziewana dramaturgia, jak na przykład w scenie, kiedy Kacey spotyka rodziców swojego chłopaka, idzie do lasu i strzela sobie w łeb. Albo idzie na dno w worku z kamieniami, jeśli jesteśmy w depresyjno-samobójczej tematyce.

Język jest chyba główną wadą powieści. Wiadomo, jak źle się napisze, to bohaterowie wyjdą nie tak, jak chcieliśmy, choćby nie wiem co, a nawet przemyślnie skonstruowana runie jak domek z kart. Chociaż tu nie tylko to zawiodło. Po pierwsze, nie jestem pewna, czy język był odpowiedni do tematu. Jeśli staramy się opisać ten straszny ból, rozrywający klatkę piersiową, najlepiej jest chyba połknąć i strawić w całości kilka słowników i, najważniejsze, znaleźć równowagę między kiczowato-barokowym stylem i prostym, niemal prostackim. Autorka chyba tego nie wiedziała, albo nie chciało się jej, co chyba bardziej możliwe. Styl powieści jest bardzo prosty i lekki, czasami za bardzo prosty i lekki jak na powieść o głębokich problemach psychicznych, stracie rodziców i o ZSP ogólnie. Wszystko jest proste, zbyt dosłowne, nie ma miejsca na aluzje, ulotne uczucia wyrażone czasami tylko jednym słowem, mroczne widoki, plastyczne opisy snów, krwawych koszmarów, jakie co noc wracają do Kacey. Owszem, czyta się szybko, ale świat stworzony przez pisarkę nie jest plastyczny, ciekawy, kolorowy. No może kolorowy nie powinien być, jednak Autorka nie hipnotyzuje swoim stylem, nie owija napisanymi słowami, które przeniosłyby nas w głąb mrocznego wnętrza bohaterki, a może nawet pozwoliły z nią przeżyć wypadek – cokolwiek, co sprawiłoby, że powieść stała się pełna autentycznych emocji, nawet na tyle, by słowa z okładki nie były tylko reklamą. Jednak styl pisarki jest w pewnym sensie toporny, senny a także niepewny, jakby bała się napisać coś więcej, może sprawić, by narracja była bardziej skomplikowana. To zdecydowanie nie ułatwia czytania. Tak samo jak przekonanie Autorki, że przekleństwa dodają akcji dramatyzmu, a relacji Kacey autentyzmu, co sprawia, że niecenzuralne fragmenty pojawiają się bardzo często. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom, mogą przecież urozmaicać akcję powieści, czy dodać postaci charakterku, ale trzeba z nimi rozważnie, na pewno nie tam, gdzie mogło być jakieś inne słowo, jeszcze bardziej wyrażające emocje, tyle że może mniej znane. Kiedy widzę przekleństwa w takim miejscu to po prostu myślę, że Autorka nie wiedziała jak wyrazić swoje myśli, jak wielu ludzi, którzy przeklinają, bo im po prostu słów brakuje, lub też – to jest tak samo możliwe – chciała się przypodobać swoim czytelnikom, którzy uznają, że język powieści jest ich. Chociaż raczej jestem bliższa pierwszej opcji, patrząc na nieliczne, niezgrabne opisy i dialogi, jakie mamy niezwykłą przyjemność przeczytać.

Sięgając po powieść miałam głęboką nadzieję, że powieść mnie przygnębi, a może w pewien sposób i ja, czytając o smutkach kogoś innego, tylko kilka lat starszego, pocieszę się i popłaczę razem z bohaterką. Zresztą książka miała ciekawy tytuł i piękną okładkę, a ja jestem stara i naiwna, więc zawsze dam się na to złapać. Bo to, co dostałam bardzo mnie rozczarowało. Mimo tego, że – trzeba to Autorce sprawiedliwie przyznać - trauma głównej bohaterki była nawet nieźle wyeksponowana (i tak najwięcej jest o epickiej miłości do Trenta, która potrafi nawet przebaczać najgorsze rzeczy) chociaż powieść wywołała u mnie inny rodzaj traumy. Ten rodzaj, kiedy sfrustrowana odkładam lichą książkę, ze złością myśląc, że znów zamiast perły złowiłam kamień. Cóż, znów nie tym razem. Biorę dziesięć płytkich oddechów, żeby jeszcze nie napisać czegoś nieodpowiedniego i znów zanurzam się w poszukiwaniu innych perełek. Może kiedyś znajdę, może wtedy, kiedy historia Kacey zostanie zapomniana, a książka pokryje się kurzem, tonąc w milionach podobnych historii.

Tytuł: „Dziesięć płytkich oddechów”
Autor: K. A. Tucker
Moja ocena: 1/10



Zapowiedź wydawnictwa MG: Igor Sokołowski "Spokojnie. To tylko Rosja"

Igor Sokołowski zadebiutował w zeszłym roku ciekawym tomem reportaży Białoruś dla początkujących
Mimo, że temat nie był wcale oczywisty – rzadko wybieramy dziś Białoruś jako kierunek naszych wojaży – książka cieszyła się sporym zainteresowaniem.
Dzisiaj, w Spokojnie. To tylko Rosja Autor pokazuje naszego kolejnego sąsiada tak, jak go widzi współczesne pokolenie Polaków. Spogląda na Rosję oczyma chłopaka, który zna i rozumie historię, ale nie jest nią osobiście obciążony. Potrafi być w stosunku do Rosji bezlitośnie krytyczny, ale też jest nią zafascynowany. 



Bo Rosja to żywioł, stan umysłu i ducha, potęga pełna słabości, przekleństwo historyczne i szaleństwo w jednym. Ten kraj to ocean patologii, humoru, nieszczęścia, miłości i brudu, których żadne środki wyrazu nie opiszą w pełni. A jednak Rosja silnie uzależnia. Po prostu jest jak narkotyk. Chcąc ją poznać w całości, w pewnym sensie zdobyć i okiełznać, z góry jesteśmy skazani na porażkę. Ciężko jest oswoić chociaż ułamek, jakąś niewielką część tej potęgi. Zrozumieć Rosję można próbować, jedynie starając się osiodłać jej fragmenty. 
To właśnie starał się zrobić Igor Sokołowski w swojej najnowszej książce.


Polecam

(tekst od wydawcy)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Recenzja książki

źródło fotografii: olx.pl 
Kiedyś, pewnego śnieżnego poranka, gdzieś w czasie ferii, oglądałyśmy z koleżanką jakieś romansidło, z gatunku tych, które ona uwielbia (a ja nie), zaniepokoiłam ją swoim zachowaniem. Otóż w pewnym momencie streściłam to, co zaraz stanie się na ekranie, dodając, że wcześniej tego filmu nie oglądałam, ani nie czytałam recenzji, słowem, nie znałam go. Koleżanka po chwili stwierdziła, że mam jakieś zdolności paranormalne, albo w tajemnicy przed światem param się magią. Ponieważ szerzyła się do ekranowego przystojniaka, nie miałam jej serca mówić, że tak naprawdę fabuła jest boleśnie przewidywalna i prosta, a każdy, kto trochę książek w życiu przeczytał, przewidzi kilka najbardziej prawdopodobnych zwrotów akcji. Zresztą, większość filmów, jakie razem obejrzałyśmy była do siebie podobna. No, żeby skrajnie nie uogólniać i nie być niesprawiedliwą, kilka było naprawdę ciekawych, a kilka innych w jakiś tam sposób było nieprzewidywalnych, ale większość to samo: romanse, całowanie się i – wisienka na torcie – odpowiednio, artystycznie zmontowana scena łóżkowa, która ma zapierać oddech widzom. W końcu, co do mnie nie podobne, zaczęły mi się mieszać tytuły, co dla mnie jest niepodobne. A później dałyśmy sobie z romansidłami spokój, bo przypominałyśmy sobie Igrzyska Śmierci i moja koleżanka polubiła Niezgodną (która jest również, jakby nie patrzeć, romansidłem, tyle że dystopicznym). W końcu!

Tak też jest z książkami. Czytając – na przykład – kryminały, w końcu nie trzeba zbytnio wysilać się, by wydedukować, kto jest mordercą, a fabuły zaczynają się powtarzać. Morderca zabijający kobiety. Morderca zabijający młode dziewczynki, by ochronić ich czystość, morderca zabijający je, bo po prostu lubi widok młodych twarzy, wiecznie młodych. Morderca mszczący się na kimś. Od schematów nie da się zupełnie uciec, ale można sprawić, by przynajmniej jak mniej przypominały inne powieści. A ambitniejsi pisarze w fabułę swoich książek, czasami nawet bardzo schematycznych, wplatają głębsze, rozważania filozoficzne i społeczne, sprawiając, że kryminał, thiller, jest tym, czym w założeniu miał być – nie tylko prostą rozrywką. Podejmują tematy trudne, zawikłane, które opowiadają z brawurą i psychologiczną przenikliwością, a temat zbrodni, czasami, przechodzi na drugi plan, staje się tylko doskonałym argumentem na opowiedzenie czegoś o człowieku, a może i  rozwinięciu jakiejś głębszej myśli, czy polemizowaniu z jakimś filozoficznym zagadnieniem. Wtedy, czytając taką książkę, mamy wrażenie, że książka jest inna, lepsza od wszystkich – ciekawsza, oryginalniejsza. Jednak przecież to nie jedyny sposób by opowiedzieć inaczej niż wszyscy kryminalną historię,  a stosują ją ci, którym po drodze nie jest filozofią, za to lubują się klasycznym, męskim mordobiciu. I tak, przykładowo, Harlan Coben, istna supergwiazda kryminału, z wyglądu człowiek mocno przeciętny, konstruuje przeraźliwie skomplikowane fabuły, w których kolejne mordy nie wiążą się z niczym, lub wszeli słuch po ofiarach zaginął, by na końcu rozwiązanie okazało się banalne, albo zupełnie zaskakujące. Bywają też jeszcze bardziej skomplikowane metody, tak karkołomne, że osobiście bałabym się ich na miejscu każdego nawet doskonałego pisarza, nie mówiąc o tych mniej wspaniałych i dobrych, więc podziwiam każdego, kto spróbuje coś takiego zrobić, nawet jeśli wyjdzie zakalec lub jajecznica przypominająca zwęglone szczątki czegoś, co kiedyś było jajkiem. A co mi chodzi? Przekonajmy się!

Jedyną rzeczą, na którą Ben Hawkins nie może się uskarżać, jest miłość jego wieloletniej dziewczyny, Amandy Diaz. Reszta życia to gruzy – był gliniarzem, ale jego partrer z szefem wkopali go w taką kabałę, że pracę stracił od razu, a powieść kryminalna, jaką napisał, przepadła z kretesem, jeszcze z niezbyt ciekawymi recenzjami. Teraz jest reporterem i mieszka w Los Angeles, jakoś tam żyjąc z dnia na dzień. Pewnego dnia, gdy na Hawajach ginie piękna, młoda topmodelka, Ben jedzie tam na jakiś czas zrobić reportaż. Morderca  to człowiek przebiegły, dosłownie posiadający wiele masek, pod którymi nie można go poznać, genialny i doskonały, więc nikt nie może go znaleźć, w szczególności policja, która, prawdę mówiąc, obija się między jednym a drugim rajskim kurortem.  Nasz reporter, gapowaty mężczyzna, który lubi się wściubiać nos w nie swoje sprawy, za późno orientuje się, że pomagając rodzicom pięknej Kim, wkręcił się w niezłą sprawę, która w przyszłości zaowocuje pisaniem powieści pod dyktando psychopatycznego mordercy, strachem przed owym osobnikiem i jego potężnymi protegowanymi, co w końcu doprowadza do zaskakującego końca... Zaskakującego? No dobrze, może być zaskakującego. Nie lubię kasować tego, co napisałam, więc powyższe słowa możecie odebrać jako sarkastyczne, takie w moim stylu.

Znów mój wieczny dylemat. Co jest w tej książce na plus? Co mogłabym nagrodzić, bez narzekania, bezdyskusyjnie? Wpatruję się w drzewo oblepione jemiołą na tle prawdziwego, błękitnego nieba i przeczesuję powieść wzdłuż i wszrerz, jednak do głowy przychodzą mi tylko jakieś blade wspomnienia z dzieciństwa, dotyczące bladego nieba, co jest niechybnym znakiem na to, że nic takiego nie znalazłam. Przechodzimy więc dalej, szukać błędów – od tych rzucających się w oczy, do diabełków tkwiących złośliwie w szczegółach.

Zaczniemy od strony wizualnej, bo to przecież pierwsza rzecz jaką widzimy,  biorąc do ręki książkę. Oprócz wielkiego nazwiska Znanego Pisarza, które powinno magnetyzować czytelników obeznanych z trendami i (mniejszymi) nazwisko Tego Drugiego, zapewne jakiegoś biednego debiutanta, który ma spore trudności z wybiciem się w książkowym rynku, a może jakiś znajomy pisarza. Zupełnie na dole, pod tytułem, napisanym prostą czcionką, mamy jedyną ozdobę graficzną – wygięte dziewczęce ciało w czarnym bikini, tkwiące w jakiejś wodopodbnej cieczy. Ciało nie ma jakichkolwiek oznak brutalnego mordu, wręcz przeciwnie – jest gładkie, opalone, jędrne i w dodatku szczupłe – później narzekają, że tyle młodych dziewczyn ma anoreksję – co razem tworzy, prawdopodobnie, ciało supermodelki Kim. Wszystko razem wygląda jak okładka powieści erotycznej wydanej w podrzędnym wydawnictwie i jak zaprzeczenie okładki powieści kryminalnej, bo jakiegoś ponurego klimatu nie ma nawet brązowe tło. Tak, jak wiem, zachlapane krwią okładki, wszelkie noże, żyletki, pistolety, ręki i karty do gry są już tak ograne, że na nie narzekałabym również, ale co ma kwiatek do kożucha? Morderca z tej powieści zabił nie tylko kobiety w bikini, a sam strój plażowy nie był czymś szczególnym, żadnym motywem ważnym dla fabuły. Dlatego sam tytuł – a ten został przetłumaczony z języka angielskiego dosłownie i jak najbardziej poprawnie – z większością książki nie ma nic wspólnego. Tak samo jak ostrzeżenie, wypisane na dole okładki małymi literami, bo teren polowań pschopaty obejmował nie tylko hawajskie plaże. Zamiast iść na plażę, by po prostu czytać książki w innym miejscu, będę się bać czytać inne powieści tego Autora. Choćby dlatego, że jeśli kryminał z okładki przypomina książkę po pięć złotych na wyprzedażach, albo powieść erotyczno-obyczajową dla niewybrednych.

Mam nieodparte wrażenie, że Ben Hawkins, główna postać tej wybitnej powieści, jest książkowym alter ego Autora, chociaż w jakiejś części, ale niewykluczone, że się mylę. Dość spory kawałek fabuły to użalanie się bohatera nad sobą, jak bardzo pokrzywdzony jest przez okrutny los, który skazał go na marną pracę w czasopiśmie, a jego talent na płodzenie krótkich reportażyków. Jaka wielka szkoda! Przecież, jak wydaje się mordercy, wcześniejsze powieści dorównują Milczeniu Owiec, a nawet ją przewyższają. Zresztą Bena bezpardonowo wykorzystują wszyscy: i gliniarz, z którym pracował, i morderca, i jego wcześniejszy pracodawca, i wydawca jego książek… Co za ofiara! Nie dziwię się, skoro całe życia spędza na użalaniu się lub myśleniu o swojej pięknej dziewczynie Amandzie, zdecydowanie bardziej męskiej od niego. Może po prostu wybitni pisarze tak mają? Być może, ale Autorzy nie potrafili stworzyć wiarygodnej postaci, gubiąc granicę między wielowarstwową, ciekawą postacią a istotą o niezbyt ustalonym charakterze, z nawpychania do jego postaci zbyt wielu cech, w większości irytujących, źle dobranych do charakteru książki. Zresztą, gdyby Ben został wykreowany ciekawie, z polotem, a resztę zostawiono tak, jak jest teraz, powieść byłaby kompletą ruiną, bo przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni. Teraz, kiedy Ben jest irytującym, ciapowatym mydłkiem, niezdolnym do odczuwania jakiś głębszych, bardziej skomplikowanych uczuć, staje się kamieniem pociąganym książkę na najgłębsze dno.

Postać psychopatycznego mordercy, zabójcy mnóstwa postaci w powieści, nie zachwyca – wręcz przeciwnie. Chcąc stworzyć dobrą postać, Autorzy postawili na ilość, ale nie jakość, co poskutkowało nijaką, boleśnie płaską, nudą i źle skonstruowaną postacią, która, zamiast fascynować swoim okrucieństwem, irytuje i śmiertelnie nudzi. Zresztą, ta jego choroba jest ukazana w sposób ściśle podręcznikowy i pokrywa się z tym, co inni mu podobni wyczyniali w innych powieściach, co sprawia, że książka jest bardzo przewidywalna i bez polotu, bez jakiegoś ciekawego pomysłu. Zresztą większość tego, co robi nasz czarny charakter, nie ma logicznego wytłumaczenia, albo pachnie naiwnością rodem z cienkich książeczek dla dzieci, a udaje się mu jedynie dlatego, że egzystuje w pokrzywionym, nierealnym świecie tej powieści. Już nie mówię o uczuciach, bo te ów bohater ma na poziomie człowieka wyprostowanego, homo e, bardziej małpiaka niż człowieka. Powiecie pewnie, że psychopata nie powinien ich mieć, z czym jak najbardziej się zgodzę, tyle że pisarze wymyślili sobie, że będzie je miał, czego jednak dostatecznie realistycznie tego nie umotywowali. Samo deklarowanie w powieści, że ktoś coś tam czuł, nie wystarczy – moim zdaniem czytelnik powinien czuć to, co bohater i rozumieć go doskonale, nawet jeśli jest nim morderca albo psychopata pragnący władzy nad światem. Wiem, że to bardzo trudna sztuka, ale każdy, kto jej dokona, moim zdaniem zdaje test na mistrza cechu pisarzy. Tutaj niestety, hmm, tutaj tak nie jest.

Pozostałe postacie są ledwo naszkicowane, porozkładane według prostego, ale irytującego mnie schematu, skrajnie dobre lub skrajnie złe. Więcej cech nie mają, a także nie zamierzają mieć, bo przecież jakiś szczególik popsułby kryształowy wizerunek rodziców Kim, samej Kim, albo pokazałby, że któryś z Podglądaczy ma ludzkie cechy i interesuje ich coś innego niż zbijanie kasy i oglądanie filmów, na których ów psychopatyczny morderca w wyrafinowany sposób zabija różne piękne dziewczyny. Nie mają jakiś cech osobistych, które odróżniałaby ich od innych, są tak schematyczne jak dobre wróżki i źli czarnoksiężnicy z bajek, których imiona po kilku latach zacierają się, mylą z innymi, a w których powody postępowania Autorzy wolą się nie wgłębiać, poprzestając na walce dobra z złem. A ponieważ nie jest to opowieść, w której czarnoksiężnicy noszą czarne szaty, a mordercy mają odrażający wygląd, nic nam nie każe bać się tych złych. Dlatego też drugo – i trzecio- planowe postacie z powieści wywołały tylko mój zgryźliwy uśmieszek, minę zarezerwowaną dla sytuacji, w których coś jest tak złego albo głupiego, że nie aż nienadającego się do narzekania na to.

Język powieści jest prosty. A właściwie prostacki. Ma łopatologiczną konstrukcję właściwą debiutantom, którzy, po roku niezbyt intensywnych ćwiczeń, uparli się, że napiszą całą powieść, bo ich styl jest taki wspaniały.  Nie ma harmonii, nie ma żadnego wyczuwalnego rytmu, za to częste mielizny i karkołomne konstrukcje zgrzytające niczym drapanie długimi paznokciami o tablicę na kredę. Ktokolwiek tworzył tekst powieści, nie miał bogatego słownictwa, a ponieważ sądził że ma, starał się nim opisać bardzo trudne, skomplikowane sprawy nawet dla pisarzy doświadczonych i bardziej utalentowanych, jak sceny erotyczne. Tu, ograniczone do niezbędnego minimum, i tak brzmią bardzo prostacko, o krok od medycznej pornografii, ale nie tylko to – opisy morderstw, które, zgodnie z przybraną konwencją, powinny być wyrafinowane również językowo, by stworzyć odpowiednio wyrafinowany, a przez to mroczny klimat, jaki starał się stworzyć w swoich filmach. Dialogi są również sztuczne, tak sztuczne, jak tylko mogą książkowe dialogi być; kiepskie rozmowy cyborgów, albo beznadziejnych aktorów, z trudem i naśladujące ludzkie rozmowy, nie mówię o tym, że są strasznie bezpłciowe i wzute ze wszystkich emocji, jakie można przekazać. Nawet, rzecz dziwna, przekleństwa nie nadają kwestiom wypowiadanym przez bohaterów, nawet odrobiny życia ani rysu prawdziwości. A żeby tak było, to trzeba mieć naprawdę wielki talent do pisania. Bo nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale trzeba mieć talent, żeby pisać źle. Serio. Nawet to nie jest tak łatwe, jak się niektórym wydaje.

Na początku, kiedy czytałam opis na okładce, miałam nadzieję, że Autorzy nie zmarnują tak ciekawie przedstawionych zarysów fabuły. Opowiedzenie historii kryminalnej w inny sposób niż inni też jest wyzwaniem, a na zdradzenie czytelnikowi kto jest mordercą już zaraz na początku, to krok niewątpliwie bardzo odważny i ryzykowny, zarezerwowany dla najlepszych. Jednak po pierwszych pięćdziesięciu stronach byłam już pewna, że wszystko wzięło w łeb, albo samo się zabiło. Wszystko jest przewidywalne, nie ma miejsca na żadną, nawet najmniejszą niespodziankę, a to co powinno nas interesować, wydaje się nieciekawe, nie warte uwagi. Nic nie splata się ze sobą w sposób zaskakujący, żaden wątek nie kończy się ciekawie. Mam dziwne wrażenie, że Autorzy właściwie zaczynali z szczątkami, kawałkami pomysłu, które powinny zostać obrobione, a nie zostały – czy dlatego, że któryś z pisarzy chciał napisać książkę jak najszybciej, czy powodem jest kompletny brak pomysłu, czy też przekonanie o własnej genialności. Nie wiem, ciężko jest cokolwiek powiedzieć, w każdym razie powieść nie opowiada o niczym konkretnym, a fabuła nie układa się w jakąś zaskakującą, ciekawą całość. Już o oryginalności nie mówię, bo mimo wysiłków obu pisarzy, zapewne tak intensywnych, że aż pot ciekł im z czoła. Ponadto fabuła bywała w większej części nielogiczna, niespójna, z tendencjami do wpadania w mielizny i niepotrzebne, niezwykle nużące dłużyzny, których brak skróciłyby powieść o  jakąś jedną drugą, no, może trochę mniej.

Jak już pisałam wyżej, pomysł nie grzeszy oryginalnością, choć to jest akurat jedną wielką zmarnowaną szansą. Czasami pisarze starali się być nadmiernie inteligentni, pomysłowi, kreatywni, rzucać powiedzonkami i mądrymi, głębokimi myślami filozoficznymi, a może nawet plastycznie ukazać nam zawiłości charakteru mordercy-psychopaty. Jednak dzięki postaciom, fabule, a przede wszystkim językowi – nie mówiąc o talentach Autorów, bo przecież nie można kogoś obrażać w nieskończoność – pomysł przestał być ciekawy, przeistaczając się głównie w wypełniacz i jakiś kurtuazyjny powód dla bezsensownej fabuły. Cóż, przyznam, czasami zastanawiałam się, co właściwie czytam i dlaczego. Ani ciekawe, ani fascynujące, ani błyskotliwe. Ludzie, może zamiast pisarzami powinniście zostać ekologami? W sensie, tymi specami od ochrony środowiska? Przynajmniej zamartwialibyście się los drzewek, które przez, między innymi, tę powieść zostały tak nikczemnie wykorzystane. Chcecie nosić maski tlenowe? A czym, dzięki tym waszym arcydziełom, ludzie będą oddychali, co?

Powieść pisało dwóch pisarzy, a raczej trzech, bo wszystko jest stylizowane na książkę, którą w finale Ben Hawkins wydał i na której zrobił furorę, jak się w chwali w Posłowiu swojego arcydzieła. Co prawda, książka jest jednolita, tak jakby jeden – albo dwóch – było na doczepkę, kąpało się w chwale tego jednego. Tyle, że nie wiem, który z nich jest tym głównym, mózgiem tego wszystkiego. Hm, zapewne ten, którego imię i nazwisko pyszni się na okładce największą czcionką, jaką można było tylko wymyślić, która sprawia, że wszystko na okładce jest mniejsze. Magia nazwiska? Czar imienia? Sława niczym blask jupiterów, oślepiająca przyszłego czytelnika? Jakieś międzynawowe bestsellery, albo przynajmniej napis na okładce jednej z książek, podrabiany czy nie, oświadczający wszystkim szaraczkom, że to bestseller New York Times? A ten drugi? Pisarska chudzina, gryzipiórek w moim stylu, chcący zaznać trochę prawdziwego, jak to mówią poczciwe gimbusiaki, fejmu? Nie wiem, może się nigdy nie dowiem, jednak tak czy inaczej mam wrażenie, że przysłowie o mnóstwie kucharek i braku jedzenia sprawdza się zawsze i wszędzie – bo jeśli dwóm pisarzom i temu wymyślonemu uda się coś wypichcić, to jedynie coś mało jadalnego.

Tytuł: „Bikini”
Autor: James Patterson, Maxine Patreo

Moja ocena: 0,5/10