Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5-5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5-5/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Kot w śmietanie. Recenzja książki



Zdecydowanie nie należę do łasuchów – kiedy byłam mała problem jedzenia pożywnych kaszek spędzał sen z powiek mojej Mamy. Jeszcze kilka lat temu moje fochy wkurzały niejednego kelnera w eleganckich restauracjach, a moich znajomych i rodzinę w zakłopotanie wprawiały porcje jedzenia zostawione na moim talerzu. Z wiekiem jednak stałam się mądrzejsza (mam przynajmniej taką nadzieję), nie marnuję jedzenia, nakładając sobie małe porcje. Zrozumiałam, że podczas gdy wyrzucamy psu lub innym zwierzętom jakieś jedzenie, gdzieś na świecie dziecko umiera z głodu. Straszna to świadomość. I ta nie dająca spokoju myśl, co to byłoby, gdybym to właśnie ja była na miejscu tamtego człowieka. To, że z zasady nie potrzebuję dużo jedzenia nie znaczy, że czułabym się dobrze nie mając w ustach nic od kilku dni. Co prawda człowiek umiera szybciej od braku wody, ale śmierć z głodu jest długa i straszliwa. Szczególnie kiedy ma się świadomość, że gdzieś tam na świecie ludzie umierają z przejedzenia, wyrzucają mnóstwo dobrych rzeczy. Oczywiście nie wspominam o prawdziwej i mentalnej gimbazie, która wrzuca dobre kanapki do toalet i pisuarów (przyczyniając się tym samym do częstych awarii) oraz koszów na śmieci. Jednak z drugiej strony taka wiedza może też być marzeniem – dziecko wychowane w slumsach ma jakąś szansę na życie w świecie, w którym zabijającego szybko głód fast fooda można kupić za kilka euro. I chociaż dziecko to – czy dorosły – mieszka w skleconym byle jak domku w fawelach czy na afrykańskiej pustyni. Gorzej jest w czasie wojny, tym bardziej, że nowoczesne sposoby walki często niszczą zapasy poczynione przez cywilów i magazyny, niekiedy celowo. Głód zaczyna zaglądać w oczy, stając się największym wrogiem… 

Takim konfliktem była największa dotychczasowa wojna – II Wojna Światowa. W przeciwieństwie do poprzednich konfliktów, prowadzonych dla osiągnięcia konkretnych celów politycznych, wojna była wcielaniem w życie dwóch chorych idei – komunizmu i nazizmu, a Hitlerowi i Stalinowi marzyło się panowanie nad światem. To był konflikt o wiele bardziej okrutny niż poprzednie. Na ulicach obleganego przez Niemców Leningradu zdarzały się przypadki kanibalizmu. Pracujący na Syberii w straszliwych warunkach ludzie otrzymywali tylko talerz cienkiej zupy i kawał chleba; tak samo amerykańscy i australijscy jeńcy Japonii. Oni mieli jednak na tyle dobrze, że psi kawałek chleba otrzymywali dla siebie i mogli go zjeść (o ile ktoś im nie ukradł) nie martwiąc się o przygotowywanie jedzenia ze składników, których nie było i wyżywienie innych osób, na przykład dzieci, które same jedzenia nie zdobędą. O to musiały się martwić gospodynie w innych krajach, jak na przykład w Generalnym Gubernatorstwie, utworzonym na zajętych przez hitlerowców terytoriach polskich. Niemcy z jasnych przyczyn dążyli do wyniszczenia naszego kraju, ograniczali więc przydziały pokarmu do niezbędnych podstaw, jednocześnie zmuszając do ciężkiej pracy. A nikt nie chciał przecież umrzeć; pragnienie życia i obiektywny brak szans zmuszały do sprytu i korzystania ze wszystkich dostępnych i niedostępnych środków, stwarzania czegoś z niczego jak Salomon. A to, jak głosi stare porzekadło, Polak potrafi.

Dowód na to znajdziemy w tej książce – historycznej opowieści o kuchni i jedzeniu w czasach okupacji niemieckiej. Autorka, skupiając się na mieszkańcach wielkich miast, a w szczególności Warszawie, w kilku rozdziałach opisuje panujące tam warunki i sposoby zapobiegania powszechnemu głodowi, jaki powoli zaczynał zaglądać w oczy mieszkańcom Generalnej Guberni. Na samym kartkowym chlebie, słusznie nazywanym dźwiękowcem (chodziło oczywiście o sensacje żołądkowe i związany z tym efekt dźwiękowy) i marmoladzie, która konsystencją i barwą przypominała bardziej masę z utartych buraków i brukwi człowiek nie wyżyje – szczególnie że codzienna dawka dla dorosłego, pracującego ciężko mężczyzny była za mała i trzeba było się jakoś ratować. Tak więc w następnych rozdziałach Autorka pisze o szmuglu czyli przemycaniu żywności ze wsi do miasta i, ponieważ za ten proceder groziły duże kary, technikach ukrywania cennych towarów przed Niemcami. Nie będę tu wyjawiać dużo, żeby nie psuć potencjalnym Czytelnikom zaskoczenia, jakie ich czeka podczas lektury – zdradzę tylko, że Niemcy bali się chorób zakaźnych, wymyślano więc wiele kreatywnych sposób przenoszenia mięsa, ale nie tylko. W każdym razie gwarantuję wielokrotne zbieranie szczęki z podłogi, pomieszane z oczywistym podziwem dla naszych utalentowanych przodków. W kolejnych rozdziałach opisuje także kwitnący czarny rynek i sposoby działania rekinów pokątnego biznesu, którzy – jak się okazuje – tworzyli niemalże przedsiębiorstwa zajmujące się kupowaniem i transportem zakazanych przez okupanta towarów, co bardzo się opłacało i było bardzo potrzebne – bez nich nie działaby kawiarnie, o których traktuje następny rozdział. Bo choć najbardziej luksusowe lokale były zarezerwowane dla Niemców, to Polacy też potrafili urządzić sobie niezłą restaurację. Na przykład taką, w której kelnerkami były przedwojenne gwiazdy, a czas spędzony na piciu erzacu kawy umilał głos Mieczysława Fogga. Nie brzmi przyjemnie? Ba, może na dzisiejsze standardy, ale w tamtych czasach nie każdy mógł sobie pozwolić na coś takiego – większość oszczędzała to, co miała, z niepokojem licząc pozostałe pajdy chleba i ziemniaki, głowiąc się, jak zastąpić podstawowe, ale niedostępne produkty czymś innym i jeszcze przy tym zaoszczędzić. Taką codziennością zajmują się kolejne rozdziały: Autorka z okupacyjnych podręczników dla gospodyń wyławia ciekawe, praktyczne rady dotyczące gotowania kawy z żołędzi (smakowała drzewem) i herbaty ze skórek jabłek; wyrabiania chleba z kartoflami i z mąki żołędziowej; a także pichcenia tortu z fasoli czy piernik z marchwi (mniam). Wspomina także o technikach oszczędzania na gazu, czyli gotowaniu wieżowemu i o tym, jakie korzyści wynikały z hodowli królików w łazience czy kozy w piwnicy, a także o szerokich zastosowaniach spasionych gołębi miejskich. Finalną i chyba najbardziej drastyczną częścią jest opowieść o gotowaniu dla obrońców Warszawy podczas Powstania, chociaż i tu nie braknie weselszych akcentów takich jak tytułowy kot, którego zjadł generał Tadeusz Bór-Komorowski (i który był ponoć smaczny), to całość kończy się dość ponurym akcentem i morałem. A ty, wydaje się pytać Autorka, kończąc opowieść słowami pewnej kobiety, która przeżyła piekło wojny, cieszysz się z tego, co masz na talerzu? 

Ciekawym dodatkiem do całości jest kilkadziesiąt przepisów zaczerpniętych z okupacyjnych książek kucharskich, które możemy wypróbować i ugotować coś innego dla siebie bądź rodziny. Zresztą myślę, że dla celów edukacyjnych również – wielu z nas, ludzi posiadających cokolwiek ponadprzeciętnie rozwiniętą wyobraźnią, nie potrafi dokładnie zrekonstruować tamtej rzeczywistości, w której zwykłe kartofle były droższe od złota, a zrywając pomidory na porzuconym polu można było zginąć. Może te smaki coś nam uświadomią, dodadzą książce kilku nowych znaczeń. Ale przede wszystkim ekscentrycznym smakoszom i kucharzom-amatorom (bo są to dania proste i szybkie w przygotowaniu) dostarczą wielu ciekawych wrażeń – ze swojej strony z czystym sumieniem mogę polecić ciasto piernikowe z marchwią i chleb z kartoflami. Naprawdę mniam

Książka została wydana bardzo estetycznie i ładnie, zarówno jeśli chodzi o wnętrze jak i okładkę. Twarda oprawa, ze zdjęciem dużej rodziny jedzącej i pijącej coś z termosu na przykrytym kamieniu pośród gruzów (domyślam się, że to zdewastowana Warszawa) przyciąga wzrok i intryguje, szczególnie że sterylną biel okładki i śladową czerń połączono z zielonym napisem i paskiem. Nie ma dużo haseł reklamowych, a blurb został wydrukowany oszczędną czcionką bez irytujących i krzykliwych recenzji (czytaj: reklam). Podobnie jest w środku: średniej wielkości przyjemna na wzroku czcionka, z graficznie wyróżnionymi cytatami, a na początku każdego rozdziału sympatyczny obrazek z kucharką, może trochę za optymistyczny, ale i tak nieźle pasujący. Całość przetykana jest zdjęciami, ilustrującymi wybrane fragmenty tekstu; interesujące były w szczególności fragmenty gazet i okładki książek, zapewne unikatowe i dlatego ciekawe. Z resztą miałam jednak kłopot i to całkiem duży. Ponieważ wzrok mam jeszcze niezły, przyglądając się jednej z nich zauważyłam, że fotografia bardziej przypomina rysunek, a potem dowiedziałam się, że opracowaniem ilustracji zajęła się firma graficzna. Ilustracji? To wygląda jak wyostrzanie konturów albo inny efekt GIMP-a czy Photoshopa, no – ewentualnie – zwykła ilustracja. Ale umieszczanie tychże w książce popularnonaukowej, stricte historycznej według mnie nieco mija się z celem. Zresztą pozostawienie pewnego rozmycia, jakichś elementów niewyraźnych to ocalenie czasu w zdjęciu, magicznie zatrzymanego w niewyraźnych czarno-białych plamach; edycja tego sprawia, że pozycja ma mniej autentyzmu niż powinna. Zresztą owe zdjęcio-rysunki nic nie zyskały na wyrazistości, wręcz przeciwnie – dla odmiany wszystko jest szare i gładkie jak twarze na szkolnych zdjęciach (również edytowane), przez co całość wygląda jak jakieś dzieło sztuki współczesnej, taka tam sztuka dla sztuki, a nie zdjęcie w porządnej książce historycznej, w której powinno być widać jak najwięcej, bo przecież takie funkcje ma pełnić ma tu zdjęcie. Albo tylko moje dziwne poglądy. Zresztą nieważne.  

Oprócz tekstu głównego i przepisów, ozdabianych zdjęciami z epoki, do książki dołączono dwa indeksy – z nazwiskami osób występujących w pozycji i nazw okupacyjnych dań, dzięki czemu korzystanie z książki jest wygodne, a całość zaczyna przypominać okupacyjny podręcznik przetrwania. Po krótkim tekście od Autorki, w którym wyjaśnia czym nie jest napisana przez nią książka (nie sądzę jednak, że cofnę swoje zarzuty o ograniczanie pozycji do tak wąskiego zakresu tematu jak gastronomiczne perypetie inteligencji Krakowa i Warszawy), następuje bibliografia. Chociaż jest to tylko wybrany spis użytych źródeł i brak przypisów bardzo mnie zmartwił, wszystko zostało estetycznie pogrupowanie, a wymienione przez Autorkę pozycje wydawały się w większości wiarygodne i profesjonalne. Dużo tu także źródeł mówionych, co decyduje o dodatkowej, dokumentarnej wartości książki. I chociaż wciąż nie mogę zrozumieć braku przypisów, biorąc pod uwagę inne czytane przeze mnie popularne pozycje historyczne, pozycja ta jest utrzymana na dobrym poziomie. Przynajmniej na takim, że mogę czytać bez strachu, że podane przez Autorkę informacje są w logiczny i historyczny sposób prawidłowe. 

Autorka ma to coś, co nazywamy lekkim piórem, które pozwala na przekazanie informacji w sposób prosty i przystępny dla każdego Czytelnika. Jej styl jest lekki, nieskomplikowany, jednocześnie konkretny i z pewnością nie minimalistyczny. Tam, gdzie można pisze ze swadą, wplatając subtelne żarty, ale tam, gdzie należy być poważnym – a wiele jest takich momentów – stara się zachować powagę, na szczęście trzymając się daleko od zbędnej patetyczności, z jaką wielu pisze bohaterskich czynach Polaków podczas II Wojny Światowej i nie tylko.  Myślę, że to najlepszy sposób na opisanie tego typu historii – proste słowa obrazują najlepiej dramat i najdokładniej przekazują emocje. Całość jest utrzymana w tonacji lekkiej, tak, że czyta się bardzo szybko i przyjemnie, czasami aż za bardzo. Na ogół z książki tchnął lekkostrawny optymizm (może poza rozdziałem o Powstaniu, ale to tylko subiektywne wrażenie) opierający się na przeświadczeniu, że Polacy potrafią poradzić sobie w każdej sytuacji; optymizm bardzo sympatyczny, ale po dłuższym czasie dość nużący, nieco może naciągnięty i nieszczery. Mimo wielu pomysłów i rozwiązań scenariusze przedstawione przez Autorkę nie zawsze się sprawdzały – przecież inaczej wszystko wygląda w praktyce, a nie każdemu wiodło się w czasie okupacji na tyle dobrze, by trafić na karty tej książki. Lekkość jest też wadą pod innym względem. Otóż kiedy odłożyłam książkę na bok, miałam wrażenie, że skończyło się, zanim naprawdę rozpoczęło. Już z łatwością zaczynałam wyobrażać sobie obiad powstańca warszawskiego czy smak żołędziowej kawy, kiedy zorientowałam się, że właściwie skończyłam czytać. To było naprawdę przykre uczucie, trochę jak to, kiedy dostajemy do przeczytania tylko fragment jakiejś książki albo wersję demo jakiegoś programu. A zapowiadało się tak dobrze! Jestem w stanie zrozumieć, że – tak samo jak portal Ciekawostki Historyczne, którego współredaktorką jest Autorka – książka jest adresowana do szerokiego grona odbiorców, dla których specjalistyczny język historii jest zbyt skomplikowany i ciężki, ale w takim razie można było się jeszcze rozpisać. Naprawdę, w tym przypadku nawet dwieście stronic więcej nie zaszkodziłoby. A nawet przeciwnie. 

Miałoby to także wiele innych plusów – na przykład to, że Autorka potraktowałaby temat bardziej szczegółowo. I to nie tylko dlatego, że w historii detale są bardzo ważne (i bardzo mnie pasjonują), ubogacając portret wybranej epoki. Szczególnie, że nie jest to przekrojowa monografia czy książka dla ludzi, którzy nie wiedzą, kim był Adolf Hitler, ale pozycja skupiająca się na wąskim zagadnieniu, rzadko przecież poruszanym i niesprawiedliwie spychanym na margines, który jest jednak bardzo ciekawy. Ograniczenie informacji do samej Warszawy i – momentami – Krakowa jest dość nieprofesjonalne (cóż, w takim razie Autorka mogła napisać, że chodzi jej tylko o te miasta), bo ciężko jest generalizować jeśli mamy do czynienia z zjawiskiem tak złożonym. Zresztą trudno jest mówić nawet o generalizowaniu, bo Autorka dotyka tylko niektórych problemów, przedstawiając je w bardzo ogólnych zarysach i w sposób możliwie uproszczony, przez co pomija wiele ciekawych aspektów, które podczas czytania bardzo mnie zainteresowały, ale i zdenerwowały swoim brakiem. Jakieś szczegóły dotyczące czarnego rynku i powody, dla których pomimo częstych nalotów policji niemieckiej miejsca te wciąż kwitły? Produkcja erzaców, jak na przykład jajek w proszku, syntetycznych galaretek i innych dóbr, które Autorka określiła dosadnym słowem sugerującym coś, czego nie da się zjeść? Zresztą błędem samym w sobie było ograniczać książkę do Warszawy i Krakowa – we Lwowie, na przykład, leżącym już na rubieżach Rzeczpospolitej z pewnością wszystko wyglądało inaczej. A na wsi, o której wspomniano tu tylko jako o zapleczu jedzenia dla miasta? Chciałabym dowiedzieć się na przykład o sposobach na ukrywanie takich zwierząt jak krowy przed Niemcami; czuję wręcz, że byłoby to bardzo ciekawe i, lekko opisane przez Autorkę, w pewien sposób nawet zabawne. Ale tutaj takich informacji nie otrzymujemy. Zamiast tego zostajemy zasypani dość niekonkretnymi informacjami o tym, co warszawiacy jedli w święta, jakby to nie była rzecz, którą można omówić w jednym akapicie, zostawiając miejsce choćby na sprawy wymienione wyżej przeze mnie. I choć powinnam być wyrozumiała, bo to dopiero książkowy debiut Autorki, przyzwyczajonej do krótkich artykułów na tematy ważkie, to chociaż na okładce powinni napisać, że to nie pierwsza książka o gastronomicznym aspekcie okupacji, ale pierwszy popularnonaukowy szkic. Wtedy może podeszłabym do lektury inaczej, a po skończeniu czytania nie byłabym taka … głodna. 

CiekawostkiHistoryczne.pl to specyficzny, autorski portal. Chociaż redaktorami są historycy, do opisywanych spraw podchodzą na luzie, może czasami aż za bardzo. Treść artykułów stanowią historyczne ploty (przyznaję, że bardzo do lubię, bo konstruowanie coraz bardziej skomplikowanych drzew genologicznych królów, ich żon i metres jest bardzo ciekawe, zresztą alkowiane problemy i podboje koronowanych głów nigdy nie przestaną smakować pikantnym skandalem), anegdoty i sprawy marginalne, często pomijane w poważnych pozycjach albo po prostu ciężkie do zweryfikowania pomówienia. Prawdziwego historyka przyprawiłoby to o stan przedzawałowy albo i gorzej, ale dla zwykłych laików strona może być ciekawa, a tych, którzy zawsze uważali, że historia to rzędy dat i wojny, z pewnością zaciekawi opowieściami z przeszłości i w przyszłości, kto wie, sięgnie po poważniejsze opracowania. Tak samo jest z książkami pisanymi przez Autorów portalu i nie tylko, szczególnie jeśli chodzi o serię, która ukazuje się z logiem strony: kompletna, dobra technicznie książka historyczna to nie jest, ale zawsze można spróbować, bo może to będzie nasza furtka do pasjonującego świata historii. Wstęp, który pokaże nam, że dawniej działy się takie same rzeczy jak teraz; dzięki któremu niemal namacalnie poznamy walkę o jedzenie, która – na szczęście – jest nam z doświadczenia nieznana. I posmakujemy wybornego kota w śmietanie, danie, które jeszcze nie zagościło (mam nadzieję) na naszych stołach, ale według generała Bór-Komorowskiego jest bardzo pożywne i dobre.

Tytuł: „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania”
Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka
Moja ocena: 5,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Katarzynie z wydawnictwa ZNAK

sobota, 12 września 2015

Mroki samotności. Recenzja książki



Jednym z najgorszych uczuć jest samotność w tłumie. Spoglądanie na ludzi, z którymi wiążą nas wszystkie więzy, oprócz tych najważniejszych -  emocjonalnych. To wrażenie, że jest się tylko niepotrzebną istotą, jedną z tych, po których śmierci nie zapłacze nikt. Z napięciem wsłuchiwać się w wiatr, zamiast siedzieć i żartować po kominku, mieć tą – poniekąd – straszliwą świadomość, że nikt nas nie potrzebuje, nikt nas nie dostrzega, nie zajmuje się nami; powoli ogarnie nas bezsens i wrażenie, że jesteśmy tylko nieuważnymi obserwatorami swojego życia. To potrafi przytłaczać. Zatruć duszę i zniszczyć psychikę, doprowadzić niemal do obłędu, niemal do dotknięcia namacalnego mroku, a może nawet śmierci, zupełnie przecież niepotrzebnej. I ten brak nadziei, cierpienie przez marzenia, które tak naprawdę się nie spełnią, a tylko dodadzą bólu. Człowiek zamyka się wtedy w sobie, zapada w głąb siebie, w świat własnej imaginacji, własnych doznań i uczuć. Można powiedzieć – chroni się przed bólem, przed zimną, przytłaczającą samotnością. Wbrew pozorom jednak nie robi jednak nic w kierunku odmienienia swojego losu, zwrócenia na siebie w jakiś sposób uwagi – codziennie coraz bardziej kryje się w swojej skorupie, coraz bardziej nieśmiało i z powściągliwością spoglądają na świat wokół. A wtedy twarze znajomych osób wokół stają się jeszcze bardziej obce i nieprzyjemne… 

Wyobcowanie. Tak to się nazywa. Stan bardzo bolesny, niemiły nawet dla innych, zły dla samej natury człowieka, pierwotnie przecież stadnej. Wyobcowani byli niezrozumiani przez nikogo artyści, szczególnie ci w romantyzmie, marzący o zbawieniu swojego kraju czy całego świata jedynym heroicznym postępkiem, zupełnie nierealnym i nielogicznym dla myślących trzeźwo szarych zjadaczy chleba. Dla nich samotność i związane z nią cierpienie były jednak natchnieniem do tworzenia arcydzieł, bo o bólu jest pisać najłatwiej i najpiękniej. Nie trzeba być jednak poetą, by cierpieć – to zupełnie ludzka rzecz, której w swoim życiu doświadcza każdy bez wyjątku, choć w różnym stopniu. To jakaś pociecha, bo kiedy samemu jest się samotnym i wyobcowanym, nie ma się w dodatku sił, by w jakikolwiek sposób tego zmienić, można odnaleźć podobną sytuację i zrozumienie w książce, odszukać swoje emocje w tym, co przeżywają bohaterowie, podzielić się z nimi swoim cierpieniem, a także zapomnieć o problemach, chociaż na chwilę zatapiając się w inny, wcześniej nam nieznany, świat.

Lucy Snowe też jest bardzo wyobcowaną osobą. Z natury przeciętna, o przeciętnej urodzie i inteligencji, wiele przeszła w życiu. W niejasnych okolicznościach straciła całą najbliższą rodzinę, pozostając tak naprawdę bez dachu nad głową. Zaczyna opiekować się nad pewną schorowaną kobietą, ale kiedy ona niespodziewanie umiera, postanawia zdobyć się na odwagę i opuścić Anglię udając się – bez znajomości jakiegokolwiek innego języka obcego – do Europy.  Przeznaczenie czeka na nią w mieście nazywającym się Villette, na pensji niejakiej madame Beck, w której zatrudnia się jako opiekunka jej dzieci, a potem nauczycielka angielskiego. Ale czy przeznaczenie jest dobre? Czy bohaterka będzie mogła w końcu poczuć się, że jest w domu, czy jej sekretne nadzieje i życzenia będą miały szansę się ziścić? I czy Lucy znajdzie rozwiązanie dręczącej ją zagadki, nie gubiąc się na cienkiej granicy, oddzielającej prawdę od iluzji, rzeczywistość materialną od tej duchowej? 

Mówią, że pod fikcyjną nazwą Villette kryje się dziewiętnastowieczna Barcelona. Piszą, że to w takim razie najbardziej autobiograficzna powieść Autorki słynnej (i bardzo dobrej) Jane Eyre, zresztą ostatnia, jaka ukazała się drukiem przed jej śmiercią. Co więcej, ponoć to kolejne zapomniane arcydzieło literatury, co więcej – pionierska powieść pisana strumieniem świadomości, który później zastosuje James Joyce w swoim słynnym Ulissesie; powieść, którą zachwycała się Virginia Woolf. Myślę sobie, że grzech byłoby nie znać, szczególnie, że opowieść o panu Rochesterze i Jane zachwyciła mnie na tyle, by chcieć więcej stylu i opowieści Autorki, a i opis zrobił swoje. Duchy? Zmarła zakonnica? Dziewiętnasty wiek? Jakby nie patrzeć, moje klimaty, nakreślone ręką pisarki jeśli nie doskonałej to bardzo dobrej. I ta widmowa okładka, zaostrzająca mój apetyt na książkę. Jak nie miałabym przeczytać? I jak nie polubić? 

Ponieważ obiecałam sobie ostatnio, że wraz z nadejściem ponurej i brzydkiej jesieni będę bardziej szczera i sprawiedliwa, ocena tej książki sprawia mi wiele trudności. Bo jak być inteligentnym człowiekiem i przyznać się, że potencjalne arcydzieło w jak najbardziej obiektywnej opinii nie wydaje się być do końca tym, czym pragnęłabym, żeby było, czy po prostu dobrą książką. Po drugie, jak sprawiedliwie napisać, że w książce było naprawdę bardzo dużo momentów świetnych i bardzo dobrych, gdy całokształt niezbyt przekonuje? I sama książka jest przecież niezwykle trudna do interpretacji, a pisanie o niej czegokolwiek przypomina trochę chodzenie po cienkim lodzie w strachu o wydanie niesprawiedliwej opinii, czyli wpadnięcie do zimnej wody. Mam też wiele wątpliwości, bo przecież mogę ją nie rozumieć; jej sens, którym wszyscy się zachwycają, może dotrzeć do mnie dopiero po wielu latach, a wtedy będę żałować, że przez moje ewidentnie niskie IQ wiele osób nie przeczytało naprawdę dobrej książki. Cóż. W każdym razie czytacie na własną odpowiedzialność, jak zwykle zresztą. 

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że największą zaletą powieści jest język Autorki. Mimo że styl wydaje się znacznie mniej konkretny niż ten z czytanej przeze mnie wcześniej powieści pisarki, nadal zdumiewa niezwykłą wirtuozerią i precyzją opisu. Nakreślone przez Autorkę obrazy wydają się barwne, ciekawe, bardzo sugestywne i plastyczne, niemal namacalne. Opis nocy ma w sobie wystarczająco dużo tajemniczości i mroku, a radosny dzień lata tej świeżości, zapachów i promieni jasnego słońca. Mimo że składnia i słownictwo charakterystyczne są dla wieku dziewiętnastego, w stylu pisarki ukryte jest coś świeżego, charakterystycznego tylko dla niej, coś, co sprawia, że udaje jej się balansować na granicy rzeczywistości i iluzji, stwarzając niepowtarzalny klimat opowieści. Klimat jak z jakiegoś dziwnego snu, nierozerwalnie złączonego z rzeczywistością, jakby na tle niezwykłej scenerii rozgrywały się wydarzenia najzwyklejsze i zupełnie oczywiste. Tak samo jak te wszystkie wspaniałe szczególiki – wystrój dziewiętnastowiecznych wnętrz, wspaniałych toalet i kilku przedstawień, na których była Lucy – te ostatnie to fragmenty bardzo ciekawe, intensywne, będące prawdziwym popisem sztuki pisarskiej i tym, za co cenię Autorkę. Mimo że owym przereklamowanym już strumieniem świadomości popisała się tylko w jednej scenie – kiedy Lucy w środku nocy wyrusza do miasta – dogłębna znajomość języka i niezwykłe wyczucie, co świadczy zresztą o wielkim talencie, pozwoliły Autorce na wiarygodnie oddanie nierzadko dziwnych, graniczących z chorobą psychiczną stanów emocjonalnych bohaterki, jak również jej załamania i dominującej samotności, która – czy tego chcemy czy nie – wylewa się każdego zdania na każdej stronie powieści. Chaos i mrok panujące w Lucy, jej samotność i cierpienie zostały tak dobrze i dokładnie (niestety!) oddane, że, jeśli nie czujemy tego samego co bohaterka, to przynajmniej dogłębnie poznajemy jej emocje, starannie nakreślone i niezwykle prawdopodobne. Zresztą, dzięki temu portrety innych bohaterów są bardzo żywe i plastyczne, a słowa, które wypowiadają, naturalne, jednak pełne podskórnej poezji. Podskórnej, bo Autorka przykryła ją warstwą trzeźwej, ale monotonnej prozy tak, że liryczna delikatność i eteryczność jest rzeczą wyczuwaną tylko intuicyjnie, zupełnie przeciwnie do napisanych przez siostrę Emily Wichrowych Wzgórz czy doskonałego debiutu, Jane Eyre. Przez to także powieść jest bardzo nierówna – fragmenty, gdzie poezja jest wyczuwalna bardziej, są zdecydowanie najlepsze, a te, w których dominuje – i owszem – wyrafinowana proza, dłużą się i są, mimo wszystko, o wiele słabsze. Cóż, zamiast uderzać w tony o zabarwieniu studium psychologicznego, co wyszło bardzo rozwlekle, powinna była skupić się nad podmalowaniem powieści eteryczną, mroczną poezją (tak jak w rozdziale o pannie Marchmont, zresztą chyba najlepszym fragmencie całej historii, który czytałam z prawdziwym zainteresowaniem) może nawet w stylu Wichrowych Wzgórz, właściwą i dla tego tematu. Przypuszczam, że powieść byłaby nie tylko lepsza, ale i po prostu ciekawsza. 

Okładka spodobała mi się bardziej niż ta, która zdobi przeczytaną wcześniej powieść Autorki. W pewien sposób nawiązuje do treści książki, a także oddaje jej dziwny, niesamowity w gruncie rzeczy klimat, kusząc każdego zaintrygowanego. Jest tam bowiem kobieta stojąca przy otwartym oknie. I nie byłoby to nic dziwnego, bo każdy z pewnością widział coś podobnego w swoim życiu, ale za owym oknem rozciąga się nocny, księżycowy pejzaż z czarnymi chmurami rozświetlonymi widmowym, srebrnym blaskiem. Oświetla także nieosłonięty czepkiem kawałek bladej twarzy kobiety, co wygląda dość niesamowicie i sprawia, że postać wygląda jak najprawdziwszy duch. A raczej wyglądałaby, gdyby nie kolorowy, bardzo skromny zresztą strój składający się z brodowej bluzki i długiej, szarej spódnicy, której koniec ginie rozmyty w ciemnej okładce książki, co nasuwa kolejne, bardzo niepokojące podejrzenie (musicie wiedzieć, że bardzo boję się duchów i mocno w to wierzę). Nie jest to może najlepsza okładka Wydawnictwa, na którą miło jest patrzyć, ale z pewnością przyciąga wzrok i ma swój niepowtarzalny charakter. Tło wokół ilustracji jest czarne, co uwypukla zimne, srebrne akcenty, a do tytułu i nazwiska Autorki użyto bardzo jasnej, widmowej zieleni, również odcinającej się od tła. Jak zwykle podziwiam zawijasy przy literze R w nazwisku pisarki, coś bardzo malowniczego i pomysłowego, dzięki czemu całość wygląda nawet kobieco i klasycznie. Gorzej jest z blurbem i całą tylną okładką – złym pomysłem było powielenie ilustracji z okładki i nałożenie na nią wielu białych i jasnozielonych napisów. Naprawdę wielu. Zlewają się z widmową postacią i oknem, tak, że osobom ze słabszym wzrokiem z będzie trudno odczytać kilka niezwykle entuzjastycznych recenzji, porównujących książkę do Joyce’a i Prosta (to jakaś plaga) i opis, niezbyt pasujący do tego, co znajdziemy w książce, nie mówiąc o tym, że zdradza trochę zbyt dużo z fabuły. I jeszcze ten pasek z patronatami medialnymi! Gdyby tył tej książki był czarny, wszystko wyglądałoby o wiele lepiej, ilustracja na okładce zostałaby wyeksponowana, a mi oszczędziłoby nieco bólu oczu i poczucia estetyki. Najgorsze jest to, że przy poprzedniej książce Autorki Wydawnictwo zastosowało podobny zabieg. Trzymajcie mnie! 

Dlaczego narzekałam, że blurb zdradza za dużo fabuły? Przecież napisano tam najbardziej podstawowe rzeczy – Lucy traci najbliższych, jedzie do Europy, gdzie zostaje nauczycielką angielskiego na pensji madame Beck, pewnego razu spotyka zakonnicę z mrocznych legend szkoły, której zwłoki zakopano w ogrodzie pensji. Problem w tym, że to jest większość fabuły, bo w książce naprawdę dzieje się niewiele, a przynajmniej tak można powiedzieć na pierwszy rzut oka: kolejne dni życia bohaterki leniwie kończą się i zaczynają, większość z nich jest podobnych, bez żadnych fajerwerków i ciekawych, budzących zainteresowanie czytelnika wydarzeń. Każdy wątek jest nakreślony rozlegle, z wszystkimi możliwymi szczegółami, a zanim Autorka dotrze do czegoś naprawdę istotnego dla całości, minie już kilka rozdziałów. I nic w tym dziwnego – to przecież powieść psychologiczna, więc wszystko, co istotne, dzieje się na poziomie bardziej podświadomym. Pisarkę bardziej interesują więc procesy i towarzyszące im reakcje i myśli bohaterki, niż sama kwintesencja jakiegoś wątków, jakieś przełomowe wydarzenie. Ciekawsze dla niej wydają się myśli bohaterki podczas dłużących się, rozpaczliwie samotnych  letnich dni, niż cała intryga z ową tajemniczą zakonnicą, która kilka razy przemyka przez akcję książki, pozostawiając po sobie – szczególnie w moim przypadku – najpierw niedosyt mrocznych, mistycznych zagadek, a potem rozczarowanie naciąganym i zupełnie przyziemnym rozwiązaniem, które jakoś nie pasuje do całości, co więcej, psuje wszystko, co było zrobione dobrze. Zresztą, szkielet fabularny książki nie uniósł ciężaru wyrafinowanego studium kobiecej świadomości i w tym punkcie powieść rozłazi się we wszystkie możliwe strony. Pisarka przede wszystkim nie jest konsekwentna – czasami pisze powieść obyczajową, zagłębiając się w szczegóły panoramy wielkiego europejskiego miasta odbitego w nieskażonych globalizacją oczach przybysza z Wysp i ciekawymi spostrzeżeniami o mentalności tamtejszych ludzi widzianych przez osobę zewnątrz; czasami jest to powieść lekko gotycka, wspaniale mistyczna, podmalowana chorobą głównej bohaterki graniczącą z obłędem; najczęściej jednak jest to powieść psychologiczna, opowiadająca o samotnej kobiecie w wielkim świecie, a najbardziej opowieść pisarki o swojej podróży na kontynent, dość topornie ujęta w ramy powieści. Bo bynajmniej nie jest tak, że – jak na przykład w Wichrowych Wzgórzach czy Jane Eyre – jeden gatunek czy konwencja nakłada się z drugą, tworząc kolorową, różnorodną mozaikę. Tu wszystko się gryzie – psychologia z romansem, romans z obyczajowym portretem ludzi otaczających bohaterkę, a to z owym wątkiem zakonnicy, którym pisarka próbuje nadać powieści jakąś określoną formę, robiąc to niestety bez pomysłu. I choć wszystkie rwące i plączące się wątki w pewnym momencie splatają się kunsztowną całość, przy całym psychologicznym realizmie trudno uwierzyć w te wszystkie cudowne zbiegi okoliczności, tym bardziej, że znając prawidłowości w takich powieściach można zabawić się we wróżbitę Macieja i już na początku przewidzieć zakończenie choćby jednego z wątków. Więc brak pomysłu? Tak, chyba to. Autorka chciała napisać coś o swoich przeżyciach (a wiemy, że były one intensywne i stanowiły dobry materiał na książkę) w Brukseli, jednocześnie tworząc splątaną, mroczną historię o samotności i wyobcowaniu, nie wiedziała jeszcze, jak ukryć to wszystko pod warstwą beletrystycznego zmyślenia. Albo miała zły pomysł. Bo można pisać jak najpiękniej, zgłębiać psychologiczne kwestie samotności czy nieszczęścia balansując na granicy z poważną filozofią, ale jeśli chodzi o powieści, koncept na precyzyjną, poukładaną i zaskakującą czymś fabułę (i nie tak boleśnie naiwną, bo jeśli w Jane Eyre przełknęłam jeszcze jakoś fakt, że Riversowie byli rodziną Jane, to tu bardzo trudno jest zrozumieć cel tych wszystkich cudownych zbiegów okoliczności), będącą szkieletem, to grunt i podstawa wszystkiego.

Nie polubiłam głównej bohaterki i widzę, że nie jestem odosobniona w mojej opinii. Nic dziwnego, bo chociaż mamy wgląd w jej myśli i dzieli się z nami najbardziej intymnymi myślami i wydarzeniami, nie jest miłą osobą. Milcząca, powściągliwa w uczuciach, skryta, uparta, surowa, cokolwiek dziwna; nikt nie przypuszczałby, że może mieć bogate życie wewnętrzne i niezwykłą inteligencję emocjonalną, pozwalającą na trafną ocenę otaczających ją ludzi (to czasem było trochę irytujące, bo oceny Lucy były zawsze trafne, przez co niektórych – szczególnie tych, których nie lubiła i o których miała złe zdanie – traktowała z góry), a przede wszystkim ogromną wrażliwość, przez którą niejednokrotnie musiała bardzo cierpieć. Najbardziej irytującą rzeczą w jej zachowaniu jest jednak bierność wobec sytuacji, w jakich się znajduje. Ona, przynajmniej na początku, nawet nie marzy, żeby zmienić swoją sytuację, wyjść z cieni i zacząć żyć normalnie, nawet nie walczy ze swoją chorobą, nie szuka żadnego wyjścia. To tak, jakby nie miała instynktu samozachowawczego, co jest niemal niemożliwe. I tylko snuje się ze swoimi smutnymi przemyśleniami i swoim pięknie opisanym, niemal namacalnym, wciągającym mrokiem bardziej widmowa od ducha mniszki, którym nie martwi się zbytnio, a nawet nie myśli tak często jak o pewnym dość przystojnym lekarzu (podziwiam odwagę, bo potkawszy podobną zjawę, przez dłuższy czas nie byłabym w stanie myśleć o czymkolwiek innym), u którego nie ma przecież żadnych szans. Nie ukrywam też, że wiele jej uwag – jako protestantki – tyczących się wyznania rzymskokatolickiego dotknęło mnie osobiście. I to nie z powodu samej krytyki – jestem świadoma błędów popełnianych przez kler i problemów, które pojawiają się często i dotyczą przecież każdej ludzkiej w gruncie rzeczy instytucji, ale z powodu tonu: Lucy brzmi, jakby zjadła wszystkie rozumy i tylko ona jedna wiedziała wszystko i o wszystkim, jakby nie miał prawa wierzyć w świętych, bo ona śmieje się z legend o nich. Jak na nienawidzę takich ludzi! Trzeba jednak przyznać, że technicznie postać Lucy jest dobra, wręcz bardzo dobra – minimalistyczna, ze starannie i logicznie powiązanymi cechami, niezwykle wiarygodna (a przez to jeszcze bardziej irytująca) oraz harmonijnie zbudowana. Objawy dotykającej jej choroby są wiarygodne, mrok i samotność niemal namacalne i przytłaczające, a subiektywnie widziany przez nią świat zgodny z jej światopoglądem; co więcej, czytając, mamy wrażenie, że jesteśmy w stanie zrozumieć jej problemy i rozterki, zgodzić się z nią nawet w niektórych kwestiach, a przy końcu dopingujemy jej i cieszymy się z jej szczęścia. Sęk w tym, że po skończeniu lektury, kiedy refleksje jakoś się skonkretyzowały, uznałam, że to tylko kwestia talentu Autorki, która potrafiłaby sprawić, że współczulibyśmy nawet samej Miley Cyrus z brokatem na twarzyczce, gdyby to o niej postanowiła napisać. 

Z pozostałych bohaterów udało polubić się tylko Paulinę Home i to od pierwszego rozdziału o niej. Ta postać ma w sobie jakiś delikatny czar, coś niewinnego, delikatnego czego nie mają pozostali bohaterowie, z Lucy włącznie. I choć postać tej dziewczyny jest tylko kontrastem irytującej Ginevry Farnshave, to naprawdę można ją polubić. Ma w sobie życie, duszę, coś, co czyni ją żywą, mimo dziwnej dziecinności i braku konkretniejszych wad, co sprawia, że jest nieco za bardzo idealna. Nawet Lucy mówi o niej, że ma w sobie coś, co prześwietla przez jej ciało, jakąś lekkość i czystość, co wydaje się prawdą. Tak, ta postać oczarowała mnie już od początku, kiedy była małą, nieco dziwną i bardzo nerwową dziewczynką o niespotykanej w jej wieku inteligencji i zdolności przywiązywania się całym sercem do innych, wybranych przez siebie ludzi, a później, kiedy powróciła na karty książki jako niemal już dorosła kobieta, utrwaliła moje przekonanie, że ta postać, nakreślona o wiele mniej dokładnie niż Lucy, jest jednym z tych powodów, dla których – mimo wszystko – warto byłoby książkę przeczytać. Doktor John nie ma już w sobie tego czaru, jest bardziej zwykły, przyziemny i z pewnością zbytnio wyidealizowany przez główną bohaterkę, więc nieprawdziwy. Takich bohaterów jak on to ja znam, nie chwaląc się, pęczki. Tak samo, jak pozwolę sobie zauważyć, bezbarwny i nieciekawy, nieco irytujący profesor Paul Emanuel, chyba jedna z tych postaci, która okazała się kompletną klapą, chociaż miała ogromny potencjał (szczególnie jeśli chodzi o konflikt wyznaniowy i ta cała historia z nieszczęśliwą Justyną Marią). Gdzie mu tam do pana Rochestera, który do dzisiaj zapiera mi dech w piersiach! Nie ma tu nie tylko tych pięknych, przesyconych uczuciem dialogów jak w Jane Eyre, ale i wyraźnych cech charakteru i logiki w tym wszystkim. Mimo że wiadomo, że kto się czubi, to się lubi, (przez co cały ten wątek był strasznie przewidywalny) to jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że para nagle stała się przyjaciółmi – nie wierzę zresztą w przyjaźń damsko-męską – a już na pewno nie w to, że wychowanek jezuity i gorliwy katolik będzie tak pobłażliwy w stosunku do protestantki. Bo o ile niedopowiedzenia i nieścisłości w wątku chociażby owej Justyny Marii nadają całości pewien tajemniczy posmak, to takie rzeczy, związane z logiką całej akcji, powinny być wyjaśnione, przynajmniej ja bym chciała, żeby tak się stało. Oczywistej antypatii do panny Farnshave nie muszę chyba tłumaczyć nikomu, kto powieść czytał, a dwie drugoplanowe bohaterki kobiece – chrzestną Lucy i panią Beck – darzę neutralnym uczuciem, zabarwionym jedynie lekkim ubolewaniem nad kolejnymi zmarnowanymi szansami nakreślenia ciekawych postaci, które wspominałabym długo potem. Bo niestety – oprócz może Pauliny, żaden z bohaterów książki nie pozostanie ze mną na dłużej, w przeciwieństwie do Jane Eyre

Jane Eyre, Jane Eyre … Jedyna różnica między tą a tamtą książką jest taka, że o ile tamtą czytało się szybko i uśmiechem na ustach, ta wymagała dużo więcej czasu i skupienia. I – w tym przypadku wyjątkowo zgodzę się z blurbem – różnią się klimatem, bo ta jest mistyczna, a tamta gotycka. A poza tym jest niemal tak samo: samotna młoda kobieta, cudowne zbiegi okoliczności (tutaj aż ich przesyt), mężczyzna, który się interesuje ową dziewczyną i zawód młodej bohaterki, a także forma przypominająca autobiografię czy intymną spowiedź. Hm. Boję się, że w przyszłości, po przeczytaniu wszystkich książek Autorki, wszystkie te opowieści zleją się jedno, skoro już teraz przez podobne schematy jej proza staje się dla mnie coraz bardziej przewidywalna. Ten sam sposób obrazowania, w tamtej książce jednak o wiele barwniejszy i różnorodny, a tutaj wzięty niczym z okładki powieści z landrynkowo różowymi akcentami przy końcu. Tam podszyty liryzmem i pasją, tu – tylko ledwo wyczuwalnym liryzmem, maniakalnym analizowaniem samotności opakowanym w wyrafinowaną prozę bez duszy. Bo jeśli w Jane Eyre czuć było młodość Autorki, tu mamy tylko zmęczenie materiałem, duszenie się we własnych słowach, owijanie w mroczne zwoje stroju mniszki-widma, której tajemnica jest tak racjonalna i wyzbyta odrobiny tej dziwnej magii z tamtej powieści, że aż boli. I to bardzo. 

Gdy skończyłam czytać byłam rozczarowana. Ale nie książką, tylko sobą. Nie rozumiem przecież arcydzieła! Nie potrafię go docenić! Co się ze mną stało? Obejrzałam jeden głupi film czy odcinek czegoś idotycznego za dużo i drastycznie spadło mi IQ? Może w ogóle zgłupiałam albo padł mi mózg? Ale przecież jestem zachwycona mroczną, mistyczną aurą, zasługą niezwykle pięknego języka Autorki, jaką owinięta jest powieść; jestem zachwycona ciemnymi nocami, zjawą mniszki, aleją, Villette, miastem jak ze snu, pełnym mistyki cierpieniem Lucy, dotykającym szaleństwa, opisem samotności, wyobcowania i pustki, które przytłaczają również czytelnika, sceną z panną Marchmont, świetnie napisaną, pomysłową i niesamowitą. Bardzo lubię Paulinę, muszę też sprawiedliwie przyznać, że Lucy była bohaterką dobrze skonstruowaną. Ale arcydzieło to nie jest, bo wszystkim nie można się zachwycać, a przynajmniej ja tak sądzę - dobra powieść psychologiczna, na miłość Boską, nie jest taka długa i rozwlekła, a Joyce’a i Prosta tu po prostu nie ma, to samo się tyczy śladowych ilości owego strumienia świadomości. To na tyle dobra powieść, by zacząć modę na literaturę psychologiczną, na analizę ludzkich stanów emocjonalnych, na zgłębianie mroku samotności, najbardziej skomplikowanego z nich, ale na tyle przeciętna, by nie być zaliczona do największych osiągnięć owego gatunku, a nawet – wydaje mi się – pisarki, choć nakreślone w niej słowa były jednymi z ostatnich, jakie wyszły spod jej pióra.

Tytuł: „Villette”
Autor: Charlotte Brontë
Moja ocena: 5,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MG

wtorek, 28 lipca 2015

Całusy pod Pałacem Kultury. Recenzja książki



Często, kiedy za oknami już ciemno, a w ręce paruje kubek cieplutkiego kakao, wspominamy z Mamą moje czasy gimnazjalne. Mama śmieje się do rozpuku, bo byłam wtedy rozkosznym dzieckiem (tak przynajmniej mówi), ale ja nie mogę się odpędzić od uczucia… zażenowania. Tak bardzo chcieliśmy być dorośli, że nie zauważaliśmy, że jesteśmy coraz większymi dzieciakami. Koleżanki malowały się w ubikacji tanim tuszem i pudrowały twarze, oglądając teledyski Dody, Nicki Minaj i innych, a wszyscy emocjonowali się, że mogą oglądać filmy powyżej lat dwunastu. Kiedy zaproszono mnie na noc do jednej z koleżanek włączyłyśmy komedię Woody’ego Allena, szczęśliwe, że możemy poplotkować o facetach i rozumiemy wszystkie żarty o seksie. Tyle że za Chiny Ludowe nie przyznawałyśmy się przed nikim, że oglądamy komedie romantyczne, choć wszyscy o to nas podejrzewali. Mój czas absorbowały książki, historyczne fascynacje, na przemian z klasyką i fantastyką, czytałam wszystko co się dało i ile się dało. Kiedyś na Wiedzy o Społeczeństwie, który to przedmiot wspominam bardzo miło, bo normalnych lekcji właściwie nigdy nie było, dzięki pewnej grupce dziewczyn z klasy, które podrywały nauczyciela (który był brzydkim starym kawalerem), oskarżono mnie o czytanie romansu, kiedy ja pożerałam właśnie coś historycznego, co mnie wtedy piekielnie oburzyło. A było o co się obrażać. Nabuzowani hormonami chłopcy wyśmiali moją koleżankę, która sięgnęła po jakiś paranormal romance czy powieść dla nastolatek w różowej okładce. Jakby to było coś złego – wiadomo, każdy ma inny gust, każda książka to książka, no oprócz harlequinów. 

Teraz już wszystko jest inaczej. Stary, dobry Woody Allen się przejadł, wakacje we Francji zakończyły się traumą z powodu ukąszenia osy w rękę, a Wenecja śni się po nocach, chociaż i tak nie mogłabym tam zamieszkać z powodu wilgoci. Do romansów wymieszanych z powieścią obyczajową mam stosunek nijaki, który zamienia się w sympatię bądź wrogość, co zależy od ilości realizmu i wielu innych czynników – w tym występowania w opowieści ciepłych kawiarenek, miłych panienek od ciast czekoladowych, cukierenek i powrotów na bagna czy inne rozlewiska. Im więcej humoru i dystansu, tym lepiej dla książki i dla mnie. Bo tak trudno pisać o miłości, choć wydaje się, że to temat zupełnie ograny, zresztą całe te uczucie przeżywa teraz kryzys. Można to robić poważnie i głęboko, tak dla refleksji, albo z przymrużeniem oka i z celowym pokolorowaniem świata na różowo, by czytelnik odetchnął od przygniatających każdego problemów i szarzyzny. Żadnych półśrodków, naiwnych opowieści o kobietach doświadczonych przez los, które kupują domek i znajdują Wielką Miłość, a przyszłość maluje się w wściekle różowych barwach - to jedyna rzecz, która mnie denerwuje. Sto razy bardziej wolę poczytać sobie, coś, co jest czystą rozrywką bez cierpiętniczych wstawek, pełną energii i komediowego zacięcia, coś, co nie będzie ciągnęło się jak flaki z olejem i przy tym wszystkim będzie jak najbardziej relaksujące. Takie coś mogę sobie od czasu do czasu przeczytać, bo, czego dowodem są liczne filmy i powieści, napisać dobrą komedię romantyczną czy też romantyczną obyczajówkę, jest tak trudno, jak podrobić obraz Vincenta van Gogha. Naprawdę. 



Piotrek pracuje dla tajemniczej Fundacji, a jego zadaniem jest uwodzić kobiety, a potem je porzucać. Zajmuje się różnymi zleceniami: spaceruje z piękną pisarką Zosią Grocholą (to nazwisko), przekonuje Tatianę, żeby żądała więcej pieniędzy za swoje usługi oraz próbuje uświadomić Natalii, że nie każdy facet jest skończonym durniem. To ostatnie jest najtrudniejszym zadaniem, bo Piotrek okazał się jednym z najgorszych dotychczasowych chłopaków delikatnej dziewczyny, a sam dochodzi do wniosku, że jest w niej nieszczęśliwie zakochany. Czy, jako zawodowy amant, nad którym wisi zemsta zdradzonych kobiet, ma jakąkolwiek szansę na zwykły związek? Czy Natalia, klasyczny geek, zdoła się oprzeć jego urokowi? I czy przyjaciele zdołają uratować Piotrka przed psychofankami Zosi Grocholi, podwójną tożsamością pewnych kobiet i wieloma innymi zasadzkami? 

Najlepszą rzeczą w powieści są jej bohaterowie. Nie są to postacie targane jakimiś ważnymi problemami moralnymi czy filozoficznymi, zmagające się z traumą przeszłości, ale Autor skonstruował je dobrze i ciekawie. Sam Piotrek – główny bohater – nie przypomina bezmyślnego, umięśnionego przystojniaka z paranormal romance, daleko mu nawet do rozpieszczonego dzieciaka z dzisiejszych obyczajówek. Ma określoną przeszłość, pełną różnych, lepszych i gorszych, wspomnień, swoje wady i zalety. Gryzie się z przeszłością. Miewa wyrzuty sumienia, czasami zdobywa się na jakiś szlachetny uczynek, po ludzku się cieszy i wątpi w sens tego, co robi. W pewien sposób to postać ciekawa, nieco nawet wielowymiarowa, pełnokrwista i w dodatku urocza w pewien nieporadny sposób. Nie jest ani wyrachowany, przeżarty kasą i powodzeniem, a miłość do jazzu sprawiła, że polubiłam go jeszcze bardziej. W każdym razie lubiłabym go nawet wtedy, kiedy słuchałby dico polo, bo postać ta wyszła naturalnie i przekonywująco, że trzeba pogratulować za nią Autorowi oddzielnie. Rzadko w literaturze popularnej można spotkać tak ciekawy portret zwykłego chłopaka, co więcej, bez żadnych retuszy i udoskonaleń, a także go szczerze polubić, nie mając żadnych wyrzutów sumienia. 



Jego ukochana, Natalia, wyszła nieco gorzej – mimo całej rezolutności i cech typowego geeka, jest nieco … mdła? Brak jej charakteru, czegoś, co definiowałoby jej postać. Dużo tu wszystkiego, jednak ciężko cokolwiek napisać: standardowe problemy z rodzicami i mężczyznami, bogata wyobraźnia, afro, luźne koszulki, które niczego nie sugerują… Poza tym, że kocha Batmana, pewną oryginalnością i uporem, jest zwykła, brakuje mi rumieńców, może nieco więcej brawury ze strony Autora, więcej uwagi poświęconej pogłębieniu postaci. Z pewnością jest sympatyczną, przeciętną postacią, ale zupełnie gnie w cieniu uroku osobistego Piotrka i nieprzeciętnych osobowości, które panoszą się po całej powieści. Trochę nie pasuje do absurdalnego klimatu całości, będąc nieco melancholijna, może poważna, o sercu z czystego złota i niewinności. Gdyby to wszystko było choćby przebraniem dla temperamentnej złośnicy, zrobiłoby się jeszcze ciekawej niż jest. Bardziej odpowiada mi już Tatiana (o nie, nie zdradzę jej sekretu), inteligentna, wyrachowana, o silnym charakterze, sprzedająca swe wdzięki z innych pobudek niż pieniądze – co było dla mnie zaskoczeniem – gdzieś tam głęboko skrywająca jednak jakąś poważną zadrę, wątpliwości, które ukrywa pod pewnością siebie. To naprawdę ciekawa postać, żałuję tylko, że nie doczekała się jeszcze większej uwagi Autora, dopieszczenia i wygładzenia, wyciągnięcia z tej postaci jeszcze więcej, pogłębienia jej w jakiś sposób. Pisarka Zosia Grochola została dołączona tam zupełnie nie wiem po co, bo tak naprawdę poza pierwszym rozdziałem pojawia się tylko kilka razy, a oprócz jej fankami, ganiającymi za Piotrkiem po Warszawie, nie ma nic z nim wspólnego. To też ciekawa postać, dzięki której Autor pożartował sobie z wielkich pisarzy, wydawnictw i całego tego światka, ale niezbyt rozumiem podkreślanie jej postaci w blurbie i poświęcenie jej całych dwóch rozdziałów. Wprowadza to do powieści nieco naprawdę niepotrzebnego bałaganu. Poza nią mamy jeszcze zabawnego, bardzo absurdalnego Witka ze swoimi dziwnymi pomysłami – tym razem jak najbardziej pasującymi do dość absurdalnej, wykrzywionej wizji Warszawy, ale nie sposób go nie lubić, szczególnie po tej scenie, kiedy idzie ulicą, czytając książkę. Czyżby to było ostrzeżenie dla każdego mola książkowego, w tym dla pewnej chudej blondynki, którą miesiąc temu widziano na jednej z najruchliwszych ulic miasta z nosem w książkowej cegle? Cóż, okazuje się, że nie jest to do końca literacka fikcja… W tle przewija się następne mnóstwo innych postaci: narzeczona Witka, różne koleżanki, w tym jedna vlogerka, kumple, przypadkowo spotkane osoby i wiele innych person, zarysowanych mniej lub bardziej szkicowo, które ciężko jest zliczyć. Myślę, że nie powinno być ich aż tyle, bo mniej uważny czytelnik może się pogubić, a i o wiele ciekawsze byłoby stworzenie kilku dobrych technicznie, sympatycznych bohaterów – choćby w stylu Piotrka czy Witka – również dlatego, by uniknąć naprawdę niepotrzebnych dłużyzn, które tylko spowalniały czytanie. 

Nie można powiedzieć, że ze wszystkimi bohaterami jest źle lub nijak, ponieważ nie jest to prawdą, a żywymi dowodami są Jarek i Stasiu. Powalili mnie na kolana. Naprawdę. Od dłuższego czasu nie śmiałam się tak bardzo podczas czytania. Co prawda, czasami absurdalność niektórych ich postępków niemal boli i zamiast bawić zasmuca, ale w ostatecznym rozrachunku sensei i jego uczeń z powodzeniem mogą zastępować inne słynne duety filmowe i literackie, w szczególności, że owa dwójka niezwykle inteligentnych młodzieńców potrafi rozśmieszyć żartami na każdy temat, a dzięki nim powieść ma w sobie coś z karykaturalnego, wykrzywionego obrazu naszej rzeczywistości (warszawskie Chinatown pełne Wietnamczyków!, padłam) z jej prawdziwymi, niekoniecznie już śmiesznymi absurdami, co Autor doskonale uchwycił. Dobry śmiech z otaczającego nas świata nie jest zły, jak powiedziałby Jarek. O tak, muszę napisać, że naprawdę zazdroszczę pisarzowi takiego duetu i mam nadzieję, że przeczytam jeszcze o nich nieraz w innych powieściach Autora, bo takich szans po prostu się nie marnuje. Po prostu nie. 



Okładka jest ładna, mimo że różowo-fioletowa, co nie do końca zadowala mnie, fankę raczej kolorów bardziej stonowanych, zimnych. Na pierwszy planie widzimy mnóstwo fioletowych sylwetek  kobiet biegnących za uciekającym chłopakiem, co – bądźmy szczerzy – nie do końca nawiązuje do treści książki, chyba że do fanek Grocholi, czy uwiedzionych przez Piotrka dziewczyn. W tle – w różnych odcieniach różu – prezentuje się Warszawa z wieżowcami, Zygmuntem III Wazą na kolumnie i, ośmielę się rzec, polską wieżą Eiffla, Pałacem Kultury i Nauki (podręcznikowym przykładem architektury socrealistycznej, darem miłości od Wujka Stalina, który powinni wyburzyć, a nie pokazywać w każdym odcinku Bulionerów i chwalić się niemal tak samo jak słynną paryską wieżą). Z nitek zwieszają się chmury, a tytuł, bardzo duży i rzucający się w oczy, napisano kolorową żółto-turkusową czcionką, a wszystko razem skutecznie przyciąga wzrok. Co do owego tytułu, muszę zaznaczyć, że jest bardzo pomysłowy, bo chyba każdy będzie chciał się dowiedzieć czym – lub kim – jest tytułowy Phong i co on ma wspólnego z różdżką (której również nie ma na okładce). E-book jest dobrej jakości, z przyjemnym do czytania krojem czcionki i odpowiednimi marginesami. Jak na czytanie na komputerze i tablecie, estetycznie była to naprawdę przyjemna lektura. 



Książka napisana jest prosto, językiem potocznym, pełnym kolokwializmów i odniesień do popkultury (to bardzo rzadko spotykane, szczególnie w takiej ilości, więc bardzo mi się spodobało) i żartów wszelkiej maści, które Autor stosuje szczególnie w dialogach. Dzięki temu wydają się trochę bardziej naturalne, jednak z czasem powtarzanie pewnych zwrotów – na przykład irytującego heh – staje się z czasem nieco denerwujące, tak samo jak powtarzanie pewnych przymiotników jak piotrkowy, witkowy, nataliowy, co skojarzyło mi się dziwnie z klasyką, co jakoś nie pasuje do całości powieści, tak jak pewne fragmenty o filiżankach i talerzykach, zupełnie nie śmieszne i dość dziwne, nie wiem, po co pisarzowi to było, książka byłaby nawet lepsza bez tego. Ogólnie czytało się dość szybko, płynnie i sympatycznie, co jest bardzo dużym osiągnięciem jak na debiutanta. Mało tu sztywniactwa, za to dużo pewnego prowadzenia fabuły i choć Autor ma jeszcze nieco problem z scenami dynamicznymi, myślę, że z każdą kolejną książką będzie lepiej, styl wykrystalizuje się i pisarz wypracuje własne metody opisywania rzeczywistości. 

W powieści od pierwszej strony dzieje się wiele, nie można narzekać na nudę. Autorowi udaje się podtrzymać zaciekawienie czytelnika do ostatniej strony, choć zakończenie jest bardzo przewidywalne i trochę, muszę przyznać, zawiodło mnie (aż tak źle nie było, a co to za romans bez happy endu?). Pisarz nie przeciągał fabuły w nieskończoność, choć momentami popadał w mielizny i dłużyzny, wątki i zdarzenia zupełnie zbędne, które tylko wydłużały książkę, tak jak szerokie pisanie o Zosi Grocholi, która tak naprawdę nie okazała się postacią dla powieści istotną, a czasami jest zbyt dużo wątków, co sprawia, że niekiedy się rwą i co mnie niezmiernie, jak zwykle, irytuje. Warto byłoby jeszcze zrobić coś ze wspomnieniami Piotrka – to były fragmenty ciekawe, bo mieliśmy okazję poznać postać tę bliżej – ale nie wyróżnione w żaden sposób wprowadzają pewien rozgardiasz i zanim zorientowałam się, że to jeden z takich fragmentów, musiałam dużo się zastanawiać, o co, do licha, chodzi. Może wystarczyło zaznaczyć to kursywą, albo jakoś wyodrębnić z tekstu za pomocą inaczej oznaczonych rozdziałów? To wystarczyłoby w zupełności. Sama fabuła faktycznie momentami jest bardzo absurdalna, to prawda, ale większość z tych rzeczy to po prostu przerysowane zachowania znane nam z codziennego życia – nawet wiele z cech moich ukochanych Jarka i Stasia to niektóre zjawiska w krzywym zwierciadle, nie mówiąc o VIP-owskiej imprezie na koniec, na którą wkręca się Piotrek (przynajmniej ja tak to odebrałam) i epizodzie z fankami Zosi Grocholi, z czym pisarz trochę przesadził, bo pisarka nigdy nie będzie tak popularna jak Justin Bieber czy nieodżałowane One Direction, którego sława ma się już ku końcowi (wreszcie! wreszcie!). Zdarzają się też fabularne dziury, choć może Autor chciał pewne wydarzenia okryć płaszczykiem niewyjaśnionej tajemnicy – mówię tu w szczególności o tym, że gips Witka zniknął w tajemniczych okolicznościach, a bohater przyniósł drugą różdżkę od Phonga (he, to też bardzo dobra postać, ten cały Phong) i kompletnie nie wiem, do czego to przyczepić, bo Autor nawet nic nie zasugerował, tym bardziej, że nieco skraca to fabułę, która przy końcu nieco się już rozrosła. Cóż, myślę, że lepiej byłoby wyrzucić wszystkie niepotrzebne, nieistotne dla fabuły  fragmenty, zamiast tego skupiając się na najważniejszym – różdżce i  uczuciu głównych bohaterów, pogłębiając znacznie ten wątek. Dzięki temu powieść nie wyglądałaby jak opowiadanie z rozlicznymi wątkami pobocznymi i legionem zbędnych bohaterów, a wewnętrznie spójna i wciągająca całość, którą miała szansę zostać.  



Recenzując niezbyt udany debiut pani Agnieszki Tomczyszyn, napisałam o wyjątkowej przyjemności obcowania z tekstami debiutantów. Choć nie wszystko im wychodzi tak, jakby tego chcieli, a ja muszę sobie postękać i doradzić, by dalej szło lepiej, ich książki są pełne entuzjazmu, świeżości, chociaż czasami piszą na tematy ograne zupełnie. Są młodzi literacko, pełni entuzjazmu, pomysłów, nie żerują na czytelniku i nie szukają kasy. Doceniam ich za odwagę. Rynek jest zdominowany przez pisarzy importowanych, wielu nawet nie spojrzy na polską literaturę – dla mnie to absurd – z powodów bliżej mi nie znanych, a agencje literackie wciąż są w powijakach, nie mówiąc o niechęci dużych wydawnictw do debiutantów, ale oni wciąż wierzą w powodzenie swojej powieści i to jest naprawdę fajne. I tak jak – Autor – mają odwagę wydawać brawurowe komedie romantyczne czy też sympatyczne, wcale nie kiczowate i sztywne obyczajówki. Może tym razem, w debiucie, nie wszystko się udało, ale po prostu spędziłam kilkanaście godzin na leniwym czytaniu, śmiejąc się czasami do tableta jak głupia (Jarku i Stasiu, kocham was!) i chyba o to chodziło. Ale czekam na więcej, bo – kto wie – niesztampowe historie miłosne i ciekawi bohaterowie zawitają nad Wisłę i będzie można w końcu z czystym sumieniem powiedzieć, że całusy spod Pałacu Kultury nie są wcale gorsze od tych spod wieży Eiffla.

Tytuł: „Oddawaj różdżkę, Phong!”
Autor: Łukasz Wasilewski
Moja ocena: 5,5/10

Za e-booka oraz materiały prasowe dziękuję serdecznie Autorowi

sobota, 18 lipca 2015

Budowanie mostów. Recenzja książki



Czasami przebywanie między ludźmi staje się uciążliwe. Może przez to, że książki rozwinęły mi empatię zbyt mocno, a może dlatego, że otworzyły mi oczy na coś, co większość społeczeństwa nie dostrzega. A może zawsze byłam buntowniczką, broniącą tego, co niepopularne, próbującą stanąć ponad podziałami, spojrzeć z dystansu i dlatego obrywa mi się od obu stron. Myślę też, że to pragnienie i szukanie piękna, wobec czego każde złe słowo, każde ohydne zachorowanie wobec drugiego człowieka wywołuje u mnie ból, smutek i zażenowanie, pewien rodzaj wstydu za społeczeństwo. Oczywiście, nie twierdzę, że jestem idealna – staram się jednak pracować na tym, by choć trochę ów ideał przypominać. 

Szkoda jednak, że moje stanowisko jest niepopularne, chociaż powszechnie wiadomo, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje i w historii jest na to dość przykładów. Dlatego kurczę się w sobie albo zaczynam gotować się ze złości, kiedy słyszę określenia takie jak moherowy beret, lewak czy czerwony. Ale to nie wszystko – są podziały majątkowe (chociaż wydaje się, że nie powinno tak być), światopoglądowe (wymienione wyżej to tylko przykłady niektórych, nie wspomniałam jeszcze podziałów wynikających z zaborów), religijne i … rasowe.

Z tym ostatnim ludzie mieli, delikatnie mówiąc, dużo problemów i wciąż  mają. Od czasu, kiedy hiszpańscy i portugalscy konkwistratorzy wpadli na pomysł transportowania czarnej ludności do Ameryki Murzyni (to nie jest rasistowskie słowo, bo nie wiem jak inaczej określić tę rasę) życie mają jeszcze cięższe, choć na swoim kontynencie mają już wystarczająco dużo problemów. Kiedy doszło do wojny secesyjnej, w wyniku której (za cenę życia tysięcy pomordowanych w Getysburgu żołnierzy) doszło do wyzwolenia wszystkich czarnoskórych mieszkańców USA, Europejczycy jednak, jak zwykle nienasyceni w swej żądzy podbijania kolejnych ziem, zaczęli zakładać swoje kolonie między innymi w Afryce. Nawet podczas walk z arabskimi buntownikami od Mahdiego obie strony zabijały i brały w niewolę czarnoskórych, mimo że to oni byli prawdziwymi właścicielami tych ziem. Nic nowego, znam podobne rzeczy z krucjat, ale kiedy przyjrzymy się temu bliżej, wesoło nie jest, wręcz okropnie do granic absurdalnego, okrutnego żartu. Safari. Apartheid w RPA. Segregacja rasowa w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych, sto lat po wojnie secesyjnej, rzecz jak z komedii, która zamiast być śmieszna, jest po prostu straszna. 

To z pewnością bolesny temat dla Południa. Drażliwy nawet teraz, bo historii, przeszłości, nie da się wymazać. I choć dziś wydaje się, że społeczność czarnoskóra i białoskóra coraz bardziej się integruje, temat niewolnictwa jest wciąż cieniem na USA. Tamtejsi ludzie próbują się tłumaczyć, rozliczać z przeszłością, bo czas, kiedy jeszcze można spojrzeć na to z pewnego dystansu, mija bardzo szybko, a ludzie umierają; coraz trudniej będzie o wiele ciekawych spojrzeń na temat, interesujących opinii i błyskotliwych analiz, a więcej rozwlekłych i łzawych powieści w stylu Przeminęło z wiatrem, owiniętych w elegancki płaszczyk postmodernistycznych rozwiązań fabularnych. Ale jednocześnie temat ten, w czasach kolejnej rewolucji społecznej, gender, tolerancji, Ikei i galerianek, nabiera nowych barw i znaczeń, widzimy tamte czasy przez pryzmat naszej dzisiejszej filozofii i moralności, podejmując raz jeszcze temat różnic i barier dzielących ludzi przez rzecz tak mało znaczącą, jak kolor skóry. Czy jednak z powodzeniem? 

Jackson jest małym miasteczkiem w najprzyjemniejszym ze wszystkich stanów – Missipi. Miasteczkiem zwykłym, nie różniącym się niczym od reszty: jest Liga Pań, coca-cola i fryzjer, pierwsze kolorowe telewizory i zamordowany gdzieś pod koniec prezydent Kennedy. Panie tam nie przejmują się zagrażającą światu wojną nuklearną, Żelazną Kurtyną i resztą wielkiego świata. Biegają do fryzjera, chodzą na bale i zajmują się ploteczkami i brydżem z przyjaciółkami, oddając się wszystkim tym przyjemnościom, o jakich dzisiejsza kobieta sukcesu może tylko pomarzyć. Dziećmi przecież zajmują się czarnoskóre pomoce domowe, kobiety właściwie od wszystkiego: poza niańczeniem sprzątają, piorą, prasują, robią zakupy i gotują, nie mówiąc już o wycieraniu sreber z deseniami, co jest sprawą wagi państwowej. I jeszcze są niekiedy źle traktowane przez swoje panie, spoglądające na Murzynki jak na gorsze. A one? Cóż, muszą to akceptować, w końcu trzeba za coś żyć, prawda?

Eugenia „Skeeter” Plath, młoda dziewczyna z dobrego domu, marząca o zostaniu pisarką i dziennikarką, po tajemniczym odejściu swojej pomocy domowej, Constatine, z którą się kiedyś bardzo zaprzyjaźniła i która kiedyś była jej bliższa niż matka, coraz bliżej przygląda się życiu czarnoskórych kobiet. Zaprzyjaźnia się jedną z nich, Aibileen i postanawia napisać książkę, zbiór historii z życia podobnych jej kobiet. Pomysł to oryginalny, bo jeszcze nikt wcześniej nie spojrzał na temat od tej strony, nie dał dojść do głosu służącym i pokazać prawdę, niekiedy gorzką, czasami wręcz straszną. Jednak los rzuca pod jej nogi wiele problemów, a chęć przełamania granic, tak naprawdę iluzorycznych, w niektórych przypadkach jest niemal niemożliwa. I czy da się przełamać strach przed konsekwencjami czasem niewygodnej prawdy, z pokorą znieść nieprzyjemności, jakie – niemal na pewno – wynikną z tego wszystkiego?  

Rzeczą, która rzuca się w oczy od pierwszych stron powieści i którą bardzo cenię, jest język. Styl ogólny Autorki jest lekki, płynny i wciągający, co sprawia, że powieść czyta się niemal błyskawicznie. Nie czuć tu zupełnie warsztatu debiutanta czy silenia się na jakąś oryginalność, wręcz przeciwnie – wszystko jest naturalne, niewymuszone, niezwykle plastyczne i zgrabne; z pewnością z wielką chęcią przeczytałabym cokolwiek innego tej pisarki, bo to nieliczna z tych Autorek, którym to po prostu dobrze wychodzi i można czytać bez najmniejszych żołądkowych sensacji. Co więcej, pisarka, starając się, by powieść była jak najbardziej wiarygodna, w partiach książki z punktu widzenia służących wprowadza charakterystyczny dialekt, który został, co również trzeba odnotować, doskonale przetłumaczony na język polski. Piszę to dlatego, że dla mnie, czytelniczki nie spodziewającej się zupełnie nic, pierwsze strony były – nie przymierzając – jak kubeł zimnej wody. Nie wiedziałam jak się zachować, bo nikt nie ostrzegł mnie, że nie będzie to zwykły, prostszy lub bardziej artystyczny język, do jakiego przywykłam w innych powieściach, tylko coś nowego, ciekawego, intrygującego. Uczucie to jednak znika już gdzieś w środku książki, kiedy przyzwyczajamy się do trzech, wyraźnie zróżnicowanych językowo opowieści trzech różnych kobiet, w których najzwyczajniejsza jest ta dotycząca panienki Skeeter, nieco może sztywna i blada przy tamtych dwóch. Często bawiło mnie nawet, kiedy Aibileen lub ktoś inny popełniał błędy językowe; świadome naśladownictwo potocznego języka bardzo mi zaimponowało, nie tylko dlatego, że dialogi i w ogóle narracja wydają się ciekawsze, bardziej żywe i prawdziwe – zabieg ten udaje się tylko odważnym, posiadającym dobry warsztat pisarzom, ale i tak wymaga benedyktyńskiej pracy, za którą naprawdę podziwiam Autorkę. Tekst wibruje emocjami i humorem (naprawdę dużymi dawkami humoru), mniej lub bardziej wyrafinowanym, zupełnie nie kontrastując z bardziej poważnymi sprawami, o których pisarka potrafi pisać delikatnie i taktownie, czasem zostawiając ciszę między słowami tam, gdzie trzeba coś przemilczeć. Wszystko to czyta doskonale, bez bólu zębów czy też czterech liter, gdzieś pod koniec stwierdzając, że apetyt rośnie w czasie jedzenia i gdyby słowa pisarki byłyby tortem, pochłonęłabym, nie licząc się – wyjątkowo - z kaloriami. A takie wyznanie z moich ust wiele znaczy. Naprawdę. 

Fabuła jest w starym stylu, nieskażona nawet gramem postmodernistycznej literatury. Czasami naprawdę ciężko uwierzyć, że w świecie czarnoskórych niań i maszyn do pisania istnieje coca-cola, telewizor a za kilka lat wystartuje misja Apollo; klimaty są pastelowe – jeśli nawet Autorka będzie się wzbraniać - niemal wyjęte żywcem dziewiętnastowiecznych powieści dla kobiet, do czego sceneria z domu Celii Foote pasuje najbardziej. Akcja toczy się raczej wolno, ale miarowo, nigdzie się nie spieszy ani też nie wlecze. Nie ma niepotrzebnych, porzuconych w połowie wątków, rozwleczonych kwestii, które nie są nikomu do szczęścia potrzebne oraz rozbudowanych części tekstu dotyczących postaci drugoplanowych. Jedyny wątek, który wydaje się być dodany na siłę, to opowieść o Celii, chociaż historia ta przez jakiś czas nadrabia swoją atrakcyjnością i tajemniczością – potem po prostu (przynajmniej tak było ze mną) zaczynamy lubić tę nieszczęsną dziewczynę i kibicujemy jej do końca książki (miałam jednak nieprzyjemne wrażenie, że Autorka po prostu rzuciła ten wątek po wyjaśnieniu nurtującej każdego fana tej postaci kwestii, a szkoda). Pisarka się z niczym nie spieszy, nie komplikuje i nie gmatwa, ale brak nagłych zwrotów akcji i nieskomplikowana fabuła są w tym przypadku bardziej zaletą niż wadą – dzięki temu możemy poczuć klimat, dziwną, bardzo melancholijną magię peryferyjnego miasteczka amerykańskiego przeszło pięćdziesiąt lat temu, przyjrzeć się bliżej bohaterkom i mieć trochę czasu do namysłu nad lekturą, do pewnej refleksji.
Czytając notkę odautorską zdałam sobie sprawę, że książka jest pewnym powrotem do przeszłości dla pisarki, powrotem domu i do najpiękniejszych chwil jej dzieciństwa, a dużo faktów z biografii Skeeter i innych bohaterek ma jakieś odniesienie w wydarzeniach z życia Autorki. Może więc dlatego pisarka podchodzi do opisanego problemu z wielką łagodnością, bojąc się być choć trochę kontrowersyjną (w obojętnie którą stronę) starając się wypośrodkować stanowiska bohaterów, podkreślając zachowania tych białych pań i panów, którzy traktowali swoje służące jak kogoś naprawdę ważnego, jak część rodziny. Często jest tak, że w naszej pamięci miejsce i ludzie ważni dla wtedy, pozostają wyidealizowani i nieco nierzeczywiści. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas czytania naprawdę uwierało mnie większość rozwiązań fabularnych, choć może uroczych, to bardzo prostych. Lwia wątków kończy się idealnie, albo prawie idealnie, a zamknięcie mordy jednej wrednej babie sprawia, że w miasteczku jest niemal idealnie – pisarka niemal usprawiedliwia jej wspólniczki, które, choć głupie i strachliwe, robiły wszystko, co ona im kazała, tym samym uczestnicząc w jej niecnych postępkach. Wszystko skonstruowane tak, by bardziej skomplikowane dramaty i problemy nie miały wstępu do zbudowanego przez Autorkę świata, albo rozwiązywały się same i to jest denerwujące. Odpadają też negatywne konsekwencje działań bohaterek, bo w tym świecie wystarczy tylko zniszczyć krępujące nas granice, zdać sobie sprawę z tego, że schemat myślenia, do którego przywykliśmy, jest błędny, a my sami jesteśmy ofiarami swoich ograniczeń i nasze czujemy się wolni. Może i tak, nigdy nie próbowałam bo nie mam pomysłu na jakąś zmianę w swoim życiu poza zmianą tapety na komputerze, dzwonka w telefonie i przemalowania swojego pokoju. Nie jestem jednak przekonana, że to zmieniło coś w moim życiu, poza tym, że musiałam kupić nową lampę. Trochę więc to nieprawdziwie wyszło, jakoś tak słodko i optymistycznie, jak w jakimś romansidełku, a przecież w życiu nic tak łatwo nie jest, szczególnie jeśli chodzi o tak delikatny i trudny temat. Nawet jeśli historia ma jakiś ukryty sens, a pisarka po prostu chce pokazać, żebyśmy nie bali się działać, by sprawić, by wszystko było lepsze, to zdecydowanie wątek czarnoskórych pomocy domowych do tego się nie nadaje – zbyt łatwo tu o uproszczenia, spłycające problem. Już lepiej żeby opisała mój dramat ze ścianą i lampami, naprawdę. 

W jednej z recenzji filmu, jaką czytałam, autor zwrócił uwagę na fakt, że większość bohaterów tej książki to kobiety. Faktycznie, bo ja tego nie zauważałam, prawdopodobnie dlatego, że sama jestem jedną z nich. Mężczyźni przewijają się w tle – poza Williamem (ten człowiek przypomina mi trochę mojego sąsiada: nigdy nie mogę wyjść z podziwu, jak on może tak wytrzymywać ze swoją żoną) i mężem pani Leeflot bliżej poznajemy sympatycznego Johnny’ego, człowieka niezwykle wyrozumiałego dla swojej – delikatnie mówiąc – dziwnej żony. Najmocniej naszkicowaną postacią męską jest Stuart, nieszczęsny młodzieniec, który nie potrafi zdefiniować swoich uczuć wobec obu  swoich dziewczyn i bezmyślnie kopiuje poglądy swojego ojca, senatora, który doskonale wie, gdzie jest miejsce czarnych. Mężczyźni tu, zredukowani tu do niezbędnego minimum, wydają się w większości sympatycznymi, nieszkodliwymi typami słuchającymi swoich żon, rodziny, albo przebywającymi ciągle w pracy i zaabsorbowanymi problemami służbowymi. Przewijają się gdzieś w tle, na granicy akcji książki, w większości nie mając żadnego wpływu na akcję książki i wybory dokonywane przez żony. Trochę szkoda, bo niektórzy z nich aż proszą się o głębsze przedstawienie – co nawet wskazuje tytuł książki – jest to opowieść o kobietach. 

A mamy tu różne kobiety: takie, dla których najważniejsze są spotkania towarzyskie, ploteczki i nowinki ze świata mody, a w przykrych przez pofałdowane od wałków włosami mózgach nie mają nic, a prawie nic, już o miłości do własnych dzieci nie mówiąc. Mamy też panie złe, czyli grubiutką panienkę Hilly, bardzo nieobiektywnie potraktowaną, która jest zła, ponieważ jest zła, a ciasny umysł każe jej nazywać Murzynów czarnuchami. Bynajmniej nie popieram jej poglądów, ale zabrakło tu wiarygodności i jakiejś głębi, dzięki którym bohaterka i jej poglądy budziły prawdziwą grozę. Panienka Skeeter jest już trochę lepszą postacią, bo choć pisarka nie może powstrzymać się od nachalnego tłumaczenia popełnionych przez nią błędów, to naprawdę miło się o niej czyta – to zwyczajna dziewczyna, a jednocześnie buntownicza pisarka, która – co jest rzeczą charakterystyczną dla artystów – za nic ma zasady swojego świata i jest gotowa bronić do upadłego swoich ideałów, za co ją podziwiam, bo doskonale wiem, jakie to jest trudne (ona też się o tym, niestety, przekonuje). Jest generalnie postacią bardzo dobrą, bardzo jasną i bardzo pozytywną, co w innych powieściach bardzo by mnie raziło, ale tu, o dziwo, dam radę to znieść. Jednak najciekawszą z „białych” bohaterek jest Celia Foote: postać żałosna, budząca czasami wielką litość i żal, jednocześnie na swój sposób bardzo, ale to bardzo urocza. Polubiłam ją chyba najbardziej ze wszystkich bohaterek, nie tylko dlatego, że pisarka doskonale opisała ją i jej wątek; myślę, że doskonale rozumiem jej położenie i naprawdę cieszyłam się, że postanowiła coś zmienić w swoim życiu, chociaż nadal zazdroszczę jej męża – takiego to nawet ze świecą nie znajdziesz. 

Bohaterki ciemnoskóre są bardzo sympatyczne i niezwykle naturalne, chociaż są uosobieniem dobra, a pisarka zgrabnie łączy protestancką, typowo amerykańską moralność z dzisiejszymi pojęciami o tolerancji i bardzo nowoczesnym sposobem patrzenia na problem ras – chodzi tu szczególnie o Aibileen, kobietę niezwykle mądrą i ciepłą, rozsądną i mądrą pod wszystkimi względami oraz nieco irytującą swoją doskonałością. Wątpię zresztą, kto oprócz wyzwolonych pisarek tak myślał, a szczególnie, że Aibileen była tylko niewykształconą służącą lubiącą czasami czytać zakazane książki. Zbliża to powieść do pięknej, sentymentalnej baśni z głupimi księżniczkami i mądrymi służącymi, ale trudno to zauważyć, bo cała historia jest na tyle baśniowa, że te mankamenty stają się zaletami, częściami ogólnego klimatu. Kontrastem dla Aibileen jest Minny, o niezwykle ciętym języku, co sprawia, że postać ta jest o wiele bardziej wyrazista i ciekawsza niż jej przyjaciółka. Minny bawi, lekko gorszy, mocno szokuje (Potworne Okropieństwo dla panienki Hilly!) i daje się po prostu lubić, chociaż nie ma zupełnie kolorowego życia, co sprawia, że postać jest jeszcze bardziej autentyczna, ciekawa i naprawdę zapada głęboko w pamięć, a z jej tekstów śmiejemy się jeszcze długo po przeczytaniu książki, przypominając sobie niektóre scenki z panienką Celią. Na moje to Minny mogłaby być jedną czarnoskórą służącą w tej powieści. Naprawdę! 

Z wydaniem, okładką powieści mam naprawdę duży problem. Niebieski jest jednym z moich ulubionych kolorów, a minimalistyczne okładki serii Gorzka Czekolada mają swój urok. Fartuszek wygląda sympatycznie, bardzo elegancko, ale … No właśnie. Książka, o której w fabule mowa, nazywa się Pomoc i ma niebieską okładkę z gołębiem. Oryginalny tytuł powieści to The Help, czyli tak, jak napisana przez Skeeter. W Polsce tytuł przetłumaczono po swojemu, a na okładce umieszczono fartuch, bo w naszym kraju to już tak jest i wszystko zostało zniszczone. Bo czy nie byłoby zabawnie, gdyby powieść miała taki sam tytuł i okładkę ja ta, którą napisała bohaterka? Niestety, w polskim wydaniu tego po prostu nie ma. Chociaż wydanie jest naprawdę przyzwoite, z układem skrzydełek znanym z poprzednich części serii (na początku fragment książki, który zwykle mnie dobija, bo, jak wiecie, nie lubię tego, a na końcu notka o Autorce ze zdjęciem) i nowoczesne. Powiedziałabym, że wydanie jest przyzwoite i tak dalej, gdyby no właśnie. Gdyby nie byłoby pominięcia tego fajnego efektu książki w książce. I już wcale nie mówię szkoda, wielka szkoda!. Dlaczego? Bo mi się już znudziło. 

Czy mam to czego chciałam? Szczerze mówiąc, liczyłam na coś poważniejszego, ale ciepła historia i momentami śmieszna historia nie była przecież zła – wręcz przeciwnie. Może liczyłam na coś tylko o problemie segregacji rasowej, tymczasem otrzymałam historię bardziej o przekraczaniu granic, budowaniu mostów (od razu przypomina mi się Eurowizja) i burzeniu powstałych w naszych umysłach ograniczeń, tak naprawdę nieistniejących. Szlachetna do idea, bo wielu osobom przyda się taka opowieść do refleksji nad ich postępowaniem, ale zastanawiam się, czy aby na pewno ten temat dobrze ilustruje to, co Autorka chciała pokazać. Mam wątpliwości, bo przy wybranej przez pisarkę konwencji stworzenie uproszczeń jest nieuniknione. A czy wypada w ten sposób mówić na ten temat? Czy uproszczenie w tym trudnym, delikatnym temacie jest właściwe, czy ktoś może poczuć się skrzywdzony tym, że Autorka bagatelizuje pewne kwestie, a takie ujęcie może spowodować wyciąganie złych wniosków? Może i nie, ale pisarka wyszła z klasą i chociaż powieść nie jest i nie będzie ważnym głosem w amerykańskiej dyskusji rozliczeniowej z rasizmem i segregacją rasową, ale myślę, że Autorka nie miała takich ambicji – to po prostu sentymentalny powrót do tamtych lat i ciepła, momentami zabawna historia na temat konieczności budowania mostów nad rzekami barier międzyludzkich, wypływających z naszych umysłów.

Tytuł: „Służące”
Autor: Kathryn Stockett
Moja ocena: 5,5/10 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Media Rodzina