Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo BUKOWY LAS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo BUKOWY LAS. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2016

Co nie jest winą pisarki. Recenzja książki



W społeczeństwie – przynajmniej w większości - pozostał pewien bardzo szkodliwy mit, sięgający jeszcze średniowiecznych stosów z czarownicami a także teorii Hitlera o czystości rasowej. Zresztą wiele w nim także zwykłego, ludzkiego strachu przed czymś niewytłumaczalnym i wyglądającym dość strasznie, na tyle, że wywołuje obawę przed zarażeniem (mimo że jest to niemożliwe). Chodzi mi o choroby psychiczne – niewątpliwie gorsze od najbardziej sprytnego nowotwora, a może i nawet eboli. Choroby, o których opowiada się przyciszonym głosem, jakby zaraz któraś z nich miała zaatakować nas, niczym zaraza cholery lub czegoś podobnie ohydnego. I te szpitale psychiatryczne! Nam, książkomaniakom, przypominają się sceny z rozmaitych horrorów, w których duchy zmarłych pensjonariuszy przychodzą się mścić za krzywdy doznane za życia, bo przecież osoby psychicznie chore też mają jakieś uczucia. Na szczęście nie każdy z nas zna osoby ze schizofrenią, jakąś koszmarną psychozą czy choćby dwubiegunową afektywną (mówiąc nawiasem, na coś były chore takie sławy jak Mark Twain, Kurt Cobain czy Ludwig van Beethoven); wielu z nas zna tylko te schorzenia z opowiadań innych ludzi i internetów, chociaż lepiej dla naszego zdrowia będzie, kiedy nie będziemy za wiele na ten temat wiedzieć. Jednak są i schorzenia powszechne, nazywane już chorobami cywilizacyjnymi, dotykające co roku wiele tysięcy ludzi, szczególnie na globie zachodnim. Nerwica, anoreksja, bulimia… a przede wszystkim zabójcza depresja. Nazywana przez wielu inną odmianą raka, bardzo niebezpieczna i powodująca wiele cierpień nie tylko u chorego, ale i całej jego rodziny. 

Może pojawić się u każdego – osoby starszej, dorosłego, nastolatka; ostatnio mówi się także o depresji u małych dzieci i niemowlaków (!). Charakteryzuje się przede wszystkim obniżeniem nastroju, zaniedbywaniem się i wszystkiego, co wcześniej było interesujące lub ważne, nadmierną sennością lub jej całkowitym brakiem i w ekstremalnych przypadkach myślami samobójczymi, próbami zabicia się, które nierzadko kończą się śmiercią. To najlepiej obrazuje, czym jest depresja; wielu z wam zapewne ciężko sobie wyobrazić, jak wielki musi być ból człowieka, u którego znika instynkt samozachowawczy i który pragnie przerwać życie, które tak wielu chciałoby zatrzymać i o które niektórzy walczą do końca. Wydaje się jednak, że nie jest to trudna do wyleczenia choroba – w ekstremalnych wypadkach wystarczą odpowiednie tabletki (przeciwdepresyjne, psychotopropy; również te oparte na słynnym już licie) czy terapia. Łatwo jednak mówić, bo to jedna z tych chorób, które ciężko zdiagnozować, a nawet zauważyć – osoby chore na depresję często są radosne, pełne energii i zapału, śmielsze nawet od tych zdrowych, bardzo impulsywne; przynajmniej na pokaz, dla znajomych. Zresztą wyżej wspomniane tabletki nie zawsze działają, a i nie wszyscy chorzy chcą je brać – łatwo bowiem ulec złudzeniu, że jest się wystarczająco zdrowym, by nie kontynuować terapii; że wszystko będzie dobrze, nawet bez pomocy chemii. Niestety, skutki takich działań mogą być opłakane. Jeśli w dodatku szuka się pomocy i oparcia w Internecie, ale zamiast na bloga Kylie czy strony z poradami wchodzi się na fora dla chorych tworzone przez innych chorych. W których, tak jak na analogicznych stronach dla anorektyczek, depresja nie jest traktowana jako choroba, ale stan umysłu, który nie wymaga leczenia. I tu zaczyna się największy dramat. 

Przyjaciółka Cody Reynolds, Meg, wyjechała na prestiżowe studnia i popełniła samobójstwo. Tak naprawdę nikt nie wiedział, dlaczego. Meg była energiczną dziewczyną, wesołą, pełną uroku osobistego i wygadaną, w przeciwieństwie do zamkniętej w sobie Cody. Dziewczyna postanawia więc sprawdzić, co kryje się za okrutną, ale wyglądającą na bardzo przemyślaną śmiercią przyjaciółki. To, co okryje, zmieni jej całe życie, opinię na temat Meg, a także sprawi, że Cody pozna ciemniejszą stronę samej siebie, stronę, o której posiadanie nigdy się nie podejrzewała. No i – bez tego żadna nowoczesna książka dla młodzieży nie byłaby kompletna – Cody pozna miłość swojego życia, a przynajmniej faceta, w którym zakochuje się ze wzajemnością. Jaka tajemnica kryje się za śmiercią Meg? Czy bohaterka udźwignie ciężar prawdy? I czy przebaczy przyjaciółce, pogodzi się z tym, co się stało?  

Temat chwytliwy, trzeba to przyznać. To również powód, dla którego w ogóle sięgnęłam po książkę, mimo że należy do powieści młodzieżowych, których zazwyczaj nie trawię. Będzie o samobójstwie, pomyślałam (kierowana dziwnym dla mojej wrażliwej natury upodobaniem do makabresek i medycznych wątków rodem z Dr.House’a, który zresztą jest jednym z moich ulubionych seriali), może nie będzie tyle przygryzania wargi, romantycznych dialogów między zakochanymi i innych mdłych, sentymentalnych elementów. Zresztą w tym okresie potrzeba mi było coś niezbyt ambitnego, lekkiego, dość krótkiego i w ogóle, choćby od autorki Zostań, jeśli kochasz, pozycji, którą wpisałam na swoją prywatną czarną listę. Poza tym nie wypada odmawiać pani bibliotekarce, jeśli ma się uprzywilejowaną pozycję w bibliotece. Ostatecznie powieści młodzieżowe są tym rodzajem (zazwyczaj) złych książek, które wyrządzają mojej psychice najmniejsze szkody. Jeśli mi się nie spodoba – pomyślałam, otwierając książkę na pierwszej stronie i wygodnie rozsiadając się z kubkiem kakao na tapczanie – przynajmniej będę miała materiał na negatywną recenzję na bloga. Zawsze jakaś korzyść, prawda? 

Niewątpliwym plusem pozycji jest sam pomysł, który – co ciekawe – zainspirowała rzeczywistość. Autorka w posłowiu, zatytułowanym tradycyjnie jako Podziękowania i zawierającym listę ludzi, którzy są współwinni powstania powieści, wspomina o dziewczynie, która stała się inspiracją do powstania postaci Meg, użyczając jej swojej historii. Pisarka jednak rozszerza pomysł o wątek internetowy, bardzo ciekawy i, jak na płaskie powieści dla nastolatek, dość błyskotliwy. Bo chociaż o nastoletnich samobójstwach dla  napisano wiele (pozostaje zastanowić się, ile w tych książkach grania na ludzkiej fascynacji makabrą, czyimś nieszczęściem, chęci wzbudzenia sensacji czy zarobienia, a ile prawdziwej chęci pokazania prawdy, a przynajmniej sportretowania tego – i owszem – ciekawego zjawiska jak samobójstwa nastolatków, którego przyczyny wciąż nie są do końca poznane, a przynajmniej mało spopularyzowane) to jeszcze o takim ujęciu nie słyszałam. Oczywiście należą się za to brawa, choćby dlatego, że dzisiaj, w dobie gloryfikacji Internetu – szczególnie wśród młodzieży – trzeba mówić o zagrożeniach, jakie za sobą niesie (i przy okazji dementować mity o depresji) ale mówić bez moralizowania, którego młode pokolenie nie lubi. Najlepiej właśnie w stosunkowo lekkiej konwencji powieści. Na czym zyskuje również sama powieść, bo dzięki temu fabuła tej książki mocno pozytywnie wyróżnia się na tle innych opowiastek dla nastolatek, pełnych nierealnie naiwnych scenariuszy i złamanych serc, które urastają do rangi jakiejś apokalipsy. Dzięki temu książkę czytało się – przynajmniej powierzchownie – bez tego bólu i nawet z przyjemnością; o dziwo, książkę także streściłam mamie, podczas gdy inne, o tematyce bardziej romantycznej, chowałam po zakamarkach pokoju, żeby uniknąć zarzutów, że psuję sobie gust i napycham łepetynę miłostkami, które niczego nowego mnie nie nauczą. Tak, sama również byłam w pewnym momencie bardzo zaintrygowana fabułą i naprawdę niepokoiłam się, co będzie dalej. Aż sama byłam zdziwiona, szczególnie że dalej już tak kolorowo nie jest. 

Mogłabym przecież przyczepić się do fabuły, na którą pomysł przed chwilą tak wychwalałam. Świetny pomysł został częściowo zniszczony przez nieumiejętne – a może i specjalne – złe rozłożenie akcentów i wplecienie nieudolnego, przewidywalnego od pierwszej rozmowy bohaterów wątku miłosnego, który właściwie nie pełni żadnej funkcji w książce, plącząc się tylko i ciągnąc się gorzej od makaronu spaghetti czy starego sera do pizzy. W dodatku jest bardzo powtarzalny, bo w poprzedniej, czytanej przeze mnie książce pisarki główna bohaterka również zakochała się w zniewalająco przystojnym gitarzyście lokalnego rockowego bandu. Czy mam przez to rozumieć, że to pisarka ma słabość do przystojnych rockmanów bez koszulek, czy też myśli, że to ideał każdej dziewczyny? Mniejsza z tym, ale wątek miłosny skuteczne zniechęcał mnie do książki i spowalniał akcję, kiedy coś zaczynało się dziać, a w dodatku fabularnie odstawał od wszystkiego, o czym była książka, przez co wszystko wspaniale rozłaziło się na boki i rozklejało, co irytowało mnie na tyle, że nie chciało się wracać do powieści. Największą jednak wadą był fakt rozładowywania emocji – kiedy nieznacznie wrastało napięcie, a Cody pisała z tajemniczym mordercą na forach dla samobójców, jednocześnie zaglądając do wnętrza siebie i mierząc się ze swoim mrokiem, niczym w niezłych amerykańskich kryminałach, przychodził taki Ben i Autorka zaczynała wmawiać czytelnikowi, że między tym dwojgiem jest chemia, której i tak nie czułam. Zupełnie jak we wspomnianych wyżej kryminałach amerykańskich, kiedy w oczekiwaniu na mordercę policjant robi słodkie oczy do potencjalnej ofiary i rozmyśla nad strategią flirtu. Bardzo to fajne, prawda? No, może tylko dla fanów gatunku, ale przecież to nie polega na kupowaniu miłośników romansów dorobionymi na siłę wątkami. To samo można powiedzieć o zakończeniu, typowo happy-endingowym i sprawiającym, że książka staje się mokrym fajerwerkiem – niby wszystko miało być fajnie, ale tak właściwie nic z tego nie wynika. Zresztą całość niszczą także postacie z typowych książek dla młodzieży jak nieodpowiedzialna matka Cody czy znajomi Meg z akademika, co zapewne ma służyć rozrzedzeniu dusznej, pełnej napięcia atmosfery wątku głównego (w przypadku gdyby ktoś nie wytrzymał nerwowo). Ale pewnie i rozciągnięciu opowieści do standardów książkowych, co miało przecież miejsce w przypadku poprzedniej opowieści Autorki. Tylko po co? Żeby się lepiej sprzedawało? Ja tam wolałabym krócej, ale lepiej. I trochę bardziej ambitniej w warstwie fabularnej, bo poza wątkiem tajemniczej śmierci Meg (która zresztą taka wydaje się przez jakieś czterdzieści początkowych stron książki) wszystko jest zupełnie takie samo jak innych romansidłach dla nastolatek; co więcej, większość zdarzeń można z łatwością przewidzieć. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, jeden ciekawy pomysł – jeszcze z kulejącym wykonaniem – nie sprawia, że książka jest dobra. Niestety. 

Czy nie przypominacie sobie coś, patrząc na okładkę? Jeśli tak, to brawo. Jesteście bardzo spostrzegawczy. Dla mnie, już od pierwszego spojrzenia ta okładka była podejrzana, a ponieważ słynę z opóźnionego zapłonu, dopiero później zauważyłam to, co jest przecież oczywiste: okładka została wystylizowana na bliźniaczkę tej do Zostań, jeśli kochasz. Przypadek? Nie sądzę. Naprawdę. Chociaż tamta była okładką filmową, Wydawca wpadł na genialny pomysł stylizacji okładek innych pozycji Autorki, zupełnie niezwiązanych z tamtą. Żeby czytelnik, spragniony posiadania wszystkich książki pisarki, miał wszystkie pozycje w podobnych okładkach, co – przyznaję – ładnie wygląda na półkach? He. A może chodziło o to, że myśląc, że nowa pozycja przypomina tamtą, czytelnik skusi na kupno tej? E, lepiej w to nie wnikać, bo na zarabianiu pieniędzy nie znam się tak dobrze jak marnowaniu ich w księgarni, trzeba jednak powiedzieć, że ta zdecydowanie nie jest taka ładna i pomysłowa jak tamta (jak to bywa zwykle z podróbkami naśladowania czegoś innego). Znów mamy białe tło i układankę na nim, z czego większość zajmuje – jak się domyślam – twarz Meg, a reszta ukazuje różne sceny i fragmenty książki. Mamy więc tam fragment jakiegoś maila (to list wysłany przed samobójstwem dziewczyny, jak możemy się domyślić po przybliżeniu), samotna, smutna dziewczyna w kącie, która ma zapewne obrazować depresję Meg, a w rzeczywistości kojarzy mi się z tymi wszystkimi głupimi informatorami na poczekalni u psychologa, pełnymi bzdur na temat tej choroby (nie wierzcie temu, depresja tak nie wygląda). Jest też także zdjęcie dwóch nastolatek, coś na kształt selfie z nieśmiertelnym dzióbkiem, kojarzące się z kolei z wszystkimi reklamami Butiku, modelkami z Instagrama czy innymi miejscami, w których ludzie myślą, że tak właśnie wygląda nastoletnia przyjaźń. Oprócz tego jest jeszcze tam taka ładna róża, ale nie wiem, co ona tam robi i jakaś kałuża czy coś, w czym pływają zeschłe liście. Może to jakieś symbole nieskończoności, życia, śmierci i tak dalej, których nie potrafię rozszyfrować? Bardzo możliwe. Oprócz tego wszystkiego jest jeszcze kawałek jakiegoś przystojnego chłopaka w lusterku, a konkretnie jego magnetyczne spojrzenie, na widok którego majki każdej dziewczyny powinny spaść same. Przesadzam? I to bardzo, bo to nie pierwsze i zapewne nie ostatnie takie spojrzenie na okładce książki młodzieżowej, nie ma w nic ciekawego. W każdym razie pod układanką i napisem informującym, że Autorka napisała jeszcze dwie inne książki, które warto byłoby przeczytać, widnieje tytuł. Faceci się może na tym nie znają, ale ja nie mam wątpliwości – faktura napisu przypomina szminkę. Różową. Wow, tylko dlaczego kojarzy mi się z tym teledyskiem disco polo, w którym dziewczyny piszą szminką na lustrze swoje imiona (daj spokój Kylie, po co się przyznajesz, że oglądasz teledyski disco polo?) albo w innych podobnych rzeczach, kiedy kobieta chce znaczyć swoją obecność. W kontekście samobójstwa pomysł dość makabryczny, ale frapujący, nie powiem. Poza tym u góry – tym razem dużymi literami – wydrukowano nazwisko pisarki. Mimo tego okładka jednak jest dość niepozorna wśród tych wszystkich dzikich kolorów w dziale z powieściami młodzieżowymi; oryginalnością specjalnie się też nie wyróżnia, a patrząc na nią nie odczuwamy żadnych silnych emocji, ani dobrych ani złych. Może tylko ci, którym podobały się poprzednie książki pisarki, ubrane w podobne okładki, sięgną z chęcią po pozycję i wyłowią ją wzrokiem w nawale innych. Ale na mnie to by nie podziałałoby. 

Nie podziałałoby nie tylko ze względów, o których pisałam wyżej, ale także przez bohaterów książki. Postacie, które ciężko byłoby zaakceptować nawet wtedy, kiedy formalnie byłyby dobrze skonstruowane, a przecież tak nie jest. Może to też z mojej strony zmęczenie materiału i znudzenie niemal takimi samymi bohaterkami we wszystkich tych książkach, ale naprawdę. Cody, będąca przecież narratorką, prezentuje jeden z tych klasycznych już archetypów dziewcząt z takich książek dla młodzieży: twarda, nauczona przez życie, szorstka w rozmowach, ale w momencie, kiedy spotyka fajnego, przystojnego gitarzystę i tak miękną jej nogi, aż w końcu poddaje się czarowi Prawdziwej Miłości i cała jej wcześniejsza szorstkość znika. To nawet jest kopia tego archetypu, bo mam dziwne wrażenie, że głównej bohaterce Autorka poświęciła najmniej czasu. Cody wydaje się postacią po prostu niedopracowaną, nudną, znikającą w tłumie nieco lepiej zarysowanych postaci w powieści (jeśli w tym przypadku możemy w ogóle mówić o jakimkolwiek dopracowaniu), nawet Bena i – oczywiście – Meg. Nawet lepsza, bo bardziej irytująca, wydaje się matka dziewczyny. Tricia okazała się moją faworytką, jeśli chodzi o poziom techniczny postaci tej książki, bo – może niechcący – pisarka sprawiła, że spotykająca się wciąż z różnymi mężczyznami młoda kobieta, nie potrafiąca posługiwać się jakimś bardziej zaawansowanym od najprostszego telefonu komórkowego sprzętem jest niezwykle żywa i prawdziwa. Choć oczywiście nie chciałabym mieć takiej matki; te całe young adult uwielbia babrać się w patologii, czemu dowodzi także scena, w której Cody postanawia odwiedzić swojego ojca (zadziwiająco podobna do tej w nieszczęsnym Hopeless, chociaż mniej brzemienna w skutki). Nie wiem, czy poświęcić trochę miejsca Meg, w końcu od początku jest martwa, ale jej duch (może nie dosłownie) wciąż unosi się nad próbującą rozwikłać jej śmierć Cody, a bohaterka miejscami mówi czytelnikowi więcej o Meg niż o sobie. Oczywiście w samych superlatywach, opisując ją jako osobę wygadaną i szczęśliwą. I pisarce wychodzi to naprawdę nieźle, bo naprawdę każe przez chwilę czytelnikowi wierzyć, że Meg była właśnie taka, jaką ją opisała przyjaciółka, że nie mogła popełnić samobójstwa. To naprawdę zasługiwałoby na pochwałę, tylko gdyby Autorka w tej kwestii nie inspirowała się tak bardzo rzeczywistością, a konkretnie owym przypadkiem dziewczyny, której pamięci poświęciła książkę. Rozumiem potrzebę inspiracji, ale takie dosłowne potraktowanie rzeczywistości w książce obniża mój szacunek dla pisarza, który albo nie umiał, albo się bał, albo mu się nie chciało. To w końcu czym jest powieść – reportażem o śmierci dziewczyny czy autorskim dziełem? No niech mi pani nie wmawia, że dziełem autorskim. Wtedy takiego czegoś by tu nie było, droga pani pisarko. Pozostałe postacie już dawno wyleciały mi z głowy równie szybko, jak tam wleciały – były papierowe, archetypiczne, nudne, podobne do siebie i bez jakiegokolwiek życia, czyli dokładnie takie same jak wielu innych powieściach dla nastolatek. Po jakimś tam wysiłku umysłowym kojarzę narajanego kolesia nieco w klimatach rasta i jakąś Alice (?). Zresztą nieważne. Za dużo przeczytałam tych książek i teraz wszystko mi się zlewa. Moja wina, moja bardzo wielka wina. 

No i teraz przechodzimy do najlepszego. Francuzi mówią na to cremé de la cremé, Polacy wisienka na torcie. Chodzi mi tu o styl Autorki, sposób, w jaki książka została napisana. Krótkie, jakby urwane zdania i niezwykle bogate słownictwo w nich wykorzystane… Nic, tylko czytać. Naprawdę. A każde takie zdanie, kiedy czuje się, że po przecinku dobrze by było dopisać coś jeszcze, to jakby wyrywany ząb. Boli. Człowiek szuka wzrokiem dalszej jego części, przyzwyczajony do wspaniałych, długich zdań, jakie sam pisze na co dzień (he, he) i innych gąsienic, a tu kropka. Koniec. Na początku paradoksalnie ciężko się czytało, chociaż chodzi tu tylko o to, żeby połknąć książkę w czasie kilku godzin, później z bólem musiałam to zaakceptować. I ciężko jednak potraktować to jako styl pisarki, bo to raczej takie pisanie, żeby każdy zrozumiał, a nie żeby ładnie wyglądało i było artystycznie. Tak samo ciężko ocenić zasób słownictwa naszej pisarki, bo trudno w ogóle o czymś takim mówić. Ile trudnych, barwnych słów mogła upchnąć w takie krótkie zdania żeby to jakoś zrozumiale brzmiało? Zresztą na tę kwestię należy spuścić zasłonę milczenia, bo słownictwo pisarki jest bardzo ubogie i ledwo wyrabia z nadawaniem opisywanym wydarzeniom takiej plastyki, żeby można było sobie cokolwiek wyobrazić, nie mówiąc o osiąganiu jakiegoś większego efektu artystycznego czy coś w tym rodzaju. Tak w ogóle o czym jak mówię? Czy w przypadku takiej literatury można mówić o artyzmie? Ha, ha. Znów wyjdzie na to, że oceniam te książki niewłaściwą miarą, godną największych arcydzieł albo nie rozumiem celu takiego gatunku. Ale ja przecież wiem o co chodzi w takiej literaturze – ma być na tyle przyjemnie, żeby się zrelaksować, przeczytać i zapomnieć. Tyle że w tym wypadku temat trochę nie tego, a i przecież jak można się zrelaksować, kiedy bolą zęby? Czytanie po to, żeby zapomnieć nie ma największego sensu, przynajmniej dla mnie. Cóż. I tak wychodzi na to, że nawet na kolejny produkt popkulturowy książka jest za słaba. Takie życie. 

Chciałoby się napisać, że kolejna książka dla młodzieży to kolejne wielkie rozczarowanie. Ale tak nie jest, bo ja wiedziałam, że się rozczaruję. Ot, kobieca intuicja. Nie liczyłam przecież na wiele, może poza tematem samobójstwa, które jest – niestety – tematem, który trzeba poruszać często i w kontekście delikatnego przekonywania nastolatków, że jednak nie warto (chociaż i tak po te książki sięgną przeważnie ludzie, którzy spragnieni są makabry bądź romansu, jak zwykle będącego gdzieś na marginesie opowieści). Rozczarowanie więc nie było bolesne, może tylko trochę oburzenia wywołało we mnie użycie historii tej nieszczęsnej dziewczyny. Dość długo po przeczytaniu, jeszcze przed tym, jak zasiadłam przed komputerem by oddać się dość zapomnianej już czynności pisania recenzji (he) przyszła mi do głowy oczywista refleksja – po co mi to było? Ten czas poświęcony na czytanie i pisanie recenzji, kiedy i tak zapomnę fabułę książki, robiąc miejsce w mózgu na coś fajniejszego, na przykład inną książkę na ten sam temat. No po co? W sumie po nic, bo nawet samobójstw i smutku wszędzie jest za dużo. A książka nie zachwyca optymizmem ani czymś odkrywczym. O skłanianiu do refleksji czy jakimś morale lepiej już nie mówiąc. Bo ostatecznie uwagi, żeby brać regularnie prochy na depresję nie zmienią nic a nic w postrzeganiu chorych przez innych ludzi, ani nie uratują nastoletnich samobójców (a może podziałają na niektórych odwrotnie). Bo czytelników mniej wrażliwych na błędy Autorki – do których nie należę – bardziej zapewne zainteresują losy głównej bohaterki i jej chłopaka, którzy mają przed sobą całe życie, niż Meg, której w grobie już nic nie może pomóc. I to, wyjątkowo, nie jest – niestety – winą pisarki. 

Tytuł: „Byłam tu”
Autor: Gayle Forman
Moja ocena: 1/10

poniedziałek, 30 listopada 2015

Zdeformowane obrazy. Recenzja książki



Każdy z nas potrafić wymienić przykłady dzieł, które na początku były odrzucane przez publiczność i krytykę, a potem okazały się hitem bądź przełomowym arcydziełem. Jeden najsławniejszych przykładów to oczywiście seria powieści o Harrym Potterze, z początku odrzucanych przez wszystkich potencjalnych wydawców. Jak bardzo pomylono się, sądząc, że saga powieści fantasy dla młodzieży nie odniesie sukcesu! Joanne Rowling i tak miała szczęście, bo wszystko to stało się za jej życia, więc śmiało może teraz odrywać kupony od swojej niesłabnącej popularności, pławić się w luksusach i cieszyć się swoim sukcesem. Gorzej, kiedy autora wrzucą do grobu – często tego zbiorowego, dla biednych – a dopiero później odkryją jego dzieła na nowo, zachwycając się jego genialnością, kunsztem i nowatorską myślą, która wytyczyła następcom nową ścieżkę odkryć, pomysłów a publiczności nowe doznania w zakresie sztuki. Ciężko wtedy, poza wybudowaniem przyzwoitego nagrobka, w jakikolwiek sposób wynagrodzić to autorowi albo jakoś go przeprosić (zresztą wątpię, czy nowy grób będzie go w jakikolwiek sposób obchodził). Poza tym powstanie kolejna plama na honorze krytyków, którzy nie rozumiejąc dzieła i jego twórcy, a nie chcąc tego po sobie dać poznać, zawyrokowali, że to jest złe. Tak samo jak przeciętni ludzie, tacy jak my, którzy po trochu zazdrościmy tym, którzy wydają się w czymś od nas lepsi, ale też po prostu rozumiemy tylko rzeczy należące do najbardziej przyziemnej popkultury. I samy nie wiemy, co tracimy – powyższy przykład potwierdza, że często nie chciane dzieła ostatecznie tworzą naszą kulturę, warunkują przemiany i ostatecznie trafiają do szkolnych podręczników, kształtując nasze gusta. 

O dziwo najwięcej takich przypadków zdarza się w malarstwie. Może dlatego, że książki czytają wyłącznie wybrańcy z IQ na pewnym poziomie, które w większości przypadków pozwala na większe otwarcie się na nowe rozwiązania, a może po prostu krytycy nie są tak bardzo skostniali i nie tak bardzo podążają za sztywnymi schematami (a może dlatego, że krytykiem literackim może być byle blogerka, taka jak ja) i akademickimi pojęciami. W muzyce zdarza się to czasami, ale na szczęście łatwiej się poznać na czyimś talencie, zresztą teraz reklamowanie muzyki jest nieograniczone; dla chcącego nic trudnego. Malarstwo chyba bardzo szybko ewoluuje, twórcom szybko nudzą się poszczególne kierunki, wielu z nich ma swój własny, niepowtarzalny styl, swój kierunek. A krytycy, przynajmniej do pierwszej połowy dwudziestego wieku, z uporem zamykali się w akademiach, wśród nagich bogiń, zefirów, rubensowskich kształtów, Prometeuszy i różnych części ciała dyskretnie zasłoniętych listkami. A na dziewiętnastowiecznych ulicach marzł taki Vincent van Gogh, twórca psychodelicznych gwiazd i pulsujących pomarańczom słoneczników, uznany po swojej tajemniczej śmierci za geniusza i mistrza. W Paryżu natomiast przymierał głodem Claude Monet, znany każdemu z reprodukowanego nawet w podręcznikach obrazu Impresja. Wschód słońca (a właściwie został tak złośliwie nazwany przez krytyków), od którego swoją nazwę wziął impresjonizm. Niewtajemniczonym należy powiedzieć, że kierunek ten charakteryzował się przewagą w ukazywaniu ruchu, zmienności i przeplataniu się barw, a malarstwo ma ukazywać przede wszystkim emocje towarzyszące danej chwili i chwilowe zmiany światła, tak jak w innym obrazie twórcy, gdzie portretował tę samą budowlę w trzech porach dnia, za każdym razem malując ją na inne kolory, w miarę jak słońce przemieszczało się wschodu na zachód; staranny rysunek nie ma dużego znaczenia, artystę interesuje rzeczywistość trwająca tylko przez chwilę, skomplikowany miraż barw. Rzecz ciekawa, na pewno bardzo innowacyjna, ciekawa i do przyjęcia przez opinię społeczną, która przyczajona była do starannych dzieł akademickich i szlachetnych tematów, jakie podejmowali artyści. Monet więc, jak powiedzieliśmy już wyżej, bogaty nie był. Wręcz przeciwnie. Ale to, co dla niego było okrutną prozą życia czyni jego życiorys ciekawym dla przeciętnego czytelnika, szczególnie tego, który sam w życiu nic takiego nie zaznał. Szczególnie że to jedna z tych wybitnych postaci, o których każdy mówi z szacunkiem i docenia. No i to malarz – a ci, wiadomo, z reguły mieli ciekawe życie. 

Jak zresztą sugeruje tytuł, Autorka bardziej niż na przełomowych poczynaniach artystycznych Moneta skupiła się na jego życiu prywatnym, a konkretnie na historii związku z Camille Doncieux. I nic w tym dziwnego, bo to historia niemal jak z tych wszystkich starych romansów o nieszczęśliwej miłości – on jest biedny, ale utalentowany; ona pochodzi z szlacheckiej rodziny i jest bardzo piękna. Pozuje mu do obrazu, potem rozpoczyna się romans, który przeistacza się prawdziwą miłość. Miłość trudną, bo nie ma happy endu – rodzina Camille odwraca się od niej, na świecie pojawiają się kolejne dzieci pary a w końcu wybucha wojna z Niemcami Ottona von Bismarcka i mimo że Monet ucieka z żoną do Paryża to wojenna trauma będzie prześladowała ich jeszcze długo. Miłość tragiczną, bo zakończenie nie należy do tych szczęśliwych, nawet w połowie. Ale przede wszystkim miłość przesyconą sztuką – tak mocno, że po poznaniu historii Moneta i jego wielkiej miłości zupełnie inaczej patrzy się na wiele obrazów w twórczości malarza, nie tylko te tematycznie związane z Camille, chociaż takich można znaleźć naprawdę wiele. Wydaje mi się, że dzieła staną się dla odbiorcy bardziej żywe, kiedy pozna emocje artysty. A ta historia teoretycznie umożliwia nam to. Przynajmniej teoretycznie. 

Na okładce powieści umieszczono obraz Claude’a Moneta, czego zapewne domyślaliście już wtedy, kiedy zaczynaliście czytać ten tekst. Rzeczywiście, grafik nie musiał się męczyć, bo obraz sam w sobie jest bardzo ładny i idealnie pasuje na okładkę ze względu na swoją lekkość i przyciąganie wzroku o wiele bardziej skutecznie niż te wszystkie romansidła z kwiatami i domkami. Ja również nie czepiam się do niczego, bo ciężko krytykować dzieło uznanego mistrza, a i na tego typu malarstwie znam się tylko tyle, ile udało mi się nauczyć w szkole czyli niewiele. Zaznaczyć jednak trzeba, że Wydawnictwo postąpiło bardzo rozsądnie w kwestii pozostałych elementów okładki – ani elegancko napisany tytuł, ani imię i nazwisko Autorki, umieszczone na wąskim, żółtym pasku nie zasłaniają na tyle obrazu na okładce na tyle, by oznaczało to profanację albo chociaż całość nie wyglądała estetycznie. Przy tym całość nie wygląda minimalistycznie, co raczej w tym przypadku nie byłoby najlepszym pomysłem, a akurat ten obraz celnie oddaje zamierzoną przez pisarkę treść książki i – według mojej nieomylnej intuicji – istotę związku Claude’a i Camille. Tak czy siak, po prostu miło patrzy się na białą spódnicę kobiety z parasolką, stojącej pośród falującej na niewidzialnym wietrze. Aż chciałoby się zobaczyć, co kryje się pod okładką, prawda? 

Chociaż czytelnicy lubiący dramatyczne zwroty akcji pewnie będą rozczarowani i do książki nie wrócą po kilku stronach. Bo to nie jest książka, w której dużo się dzieje i wynika to raczej z formuły powieści, co jestem w stanie jak najbardziej zaakceptować. Jednak jeśli nie ma dramatycznych zwrotów akcji i skomplikowanych intryg, interesująca powinna być perspektywa opisywanych zdarzeń a może jakiś motyw, przewijający się przez całą powieść. W tym przypadku to było malarstwo - życie i uczucia Claude’a, a także jego środkiem ekspresji. Bo maluje głównie emocje. Jednak Autorka nie wykorzystała tego motywu tak, jak – myślę – byłoby to potrzebne, a przynajmniej tak, by uczynić powieść ciekawszą. Wybrała łatwiejszą, nudniejszą drogę i w ostatecznym rozrachunku Camille było więcej niż malowania, co przyczyniało się do wydłużenia opisów miłosnych rozterek bohaterów i skracania tych, które dotyczyły sztuki. To bardzo spłaszcza książkę i sprawia, że jest to dość prosta opowiastka o malarzu i jego muzie, oparta na odwiecznych schematach niewybrednych romansideł. Jeszcze żeby zarysowała relację między tymi w dwojga w jakiś ciekawy sposób, w ten sposób tworząc coś w rodzaju powieści psychologicznej, ale pisarka nawet z tego rezygnuje. Efekt jest więc taki, że otrzymujemy dłużącą się opowiastkę, z której przez długi czas nic nie wynika, a kolejne kłótnie pary i koleje ich życia są męczące i nudne bez wyraźnego tła psychologicznego. Autorka zresztą do ostatniej strony nie wiedziała, co tak naprawdę pisze i niezgrabnie balansowała między powieścią biograficzną malarza i opisanym wyżej romansem – na początku dostajemy rozdział czy dwa z wczesnej młodości Moneta, jeszcze za życia matki i rozwoju jego malarskich zainteresowań, dowiadujemy się o jego relacji z ojcem oraz jesteśmy świadkami pewnego incydentu, kiedy na przyjęciu wymknął się kuzynką. Następnie pisarka raczy nas opowieścią o pierwszych miesiącach w Paryżu (i kolejnym romansie), by wątek Camille zacząć dopiero na stronie pięćdziesiątej, kiedy mój cały entuzjazm wygasł. Całość kończy się w środku życia malarza, w sposób bardzo rozmyty i chyba Autorka ma tego świadomość, bo co jakiś czas umieszcza w książce interludia, w którym Monet jest już stary, maluje ów słynny obraz z liliami i wspomina Camille. Chociaż to urozmaica fabułę, to samo w sobie nie ma sensu – owe fragmenty są krótkie i zwykle wyrwane z kontekstu. Nie, nie chodzi mi o to, że panuje chaos; w niektórych pozycjach chaos jest zamierzony przez pisarza, ale jest w nim jakaś metoda – tu natomiast konceptu nie ma żadnego. I nawet nieskutecznie odrywa od panującej w powieści płaskości, schematycznego myślenia i jak najprostszych rozwiązań, które prowadzą do prostego, nijakiego romansidła, które niczym nie wyróżnia się spośród wielu innych. 

Jest to także zasługa bohaterów, postaci mdłych i nudnych. Przede wszystkim Autorka nie miała na nich pomysłu, który uczyniłby z nich prawdziwych, pełnowymiarowych ludzi. Zamiast tego posługuje się wytartymi schematami, które nawet nie wypełnia własnym mięsem. Bohaterowie nie mają osobowości, nie mówiąc o tej właściwej najciekawszym postaciom w literaturze iskry życia; ich charaktery to niezbyt udana mieszanka tradycyjnych cech w takim wypadku i tego, co niektórzy uważają za geniusz wielkich artystów. Dziwi i wkurza mnie to tym bardziej, że pisarka czytała jakieś książki o Monecie, jakieś napisane przez specjalistów biografie, w których – jak przypuszczam – zawarte były chociaż pobieżne opisy osobowości malarza. Wystarczyło tylko na podstawie tego wykreować choćby przeciętny portret malarza, nic przy tym nie wymyślając, jeśli to było dla Autorki zbyt trudne (swoją drogą jak można napisać książkę i jeszcze ją wydać, jeśli się wie, że z słabo się radzi z kreacją bohaterów). Wtedy może nie byłabym taka zła, a każdą stronę przewracała z ciężkim westchnieniem znudzenia ale też ulgi, że do końca pozostało już mniej stron. I nie dlatego, że Claude Monet w tej powieści nie ma w sobie cech geniusza, jakim niewątpliwie był, reaguje jak kawał drewna i jest zaledwie niestarannym, węglowym szkicem, narysowanym na kolanie w rozpędzonym aucie; jego psychika wywołuje alergię u każdego zwolennika autentyzmu w książkach. Bardziej dlatego, że jego zachowania są nieracjonalne (nawet na artystę), ciężkie do zrozumienia z punktu widzenia powieściowej logiki, w czym uwidaczniają się poważne techniczne braki pisarki i skrajne kombinatorstwo, prowadzące do oddalenia się opowieści od jakiejkolwiek naturalności. I w ostateczności jest nużące. No bo ile błędów naraz można popełnić? Postać Camille, w której Autorka miała duże pole do popisu, bo nie pozostało po niej niemal nic poza obrazami Moneta, wyszła również źle, nijako i boleśnie płasko. Niezbyt cnotliwa, wyzwolona ślicznotka z dobrego domu, obdarzona za to wszystkimi innymi zaletami – anielską cierpliwością tudzież salomonową mądrością, która pomaga Claude’owi przezwyciężyć twórcze kryzysy, ponadprzeciętnymi marzeniami o napisaniu powieści dorównującej Gregorges Sand (też mi autorytet - znana dziś głównie ze związku z Fryderykiem Chopinem pisarka z pewnością nie zyskała nieśmiertelności jak inni francuscy twórcy z jej epoki, co też świadczy o jakości jej dzieł). Jedyne rysy, jakie pojawiają się na jej anielskiej sylwetce to symptomy choroby, więc ostatecznie można to przebaczyć. Przynajmniej tak twierdzi Autorka, bo mnie w ogóle Camille nie przekonuje; więcej, bardzo mnie denerwuje. I dużo w tym winy topornej budowy postaci i ogólnych braków warsztatowych, ale i postmodernistycznej brutalności i dosłowności, która nie pasuje do tej – z założenia – staroświeckiej, delikatnej opowieści, przesyconej emocjonalnym malarstwem i wielkim uczuciem, które sprawiło, że dziewczyna ze społecznych wyżyn poślubiła człowieka praktycznie bez perspektyw. Ukazać to w taki sposób, żeby czytelnik zrozumiał. Bo po lekturze tej książki, kiedy wydawałoby się, że powinnam wiedzieć wszystko na temat tej dwójki, wciąż ta kwestia jest dla mnie bardzo niezrozumiała. 

Jeszcze gorzej jest z przyjaciółmi Moneta. Na początku ucieszyłam się, bo z kart książki popłynęły nazwiska wszystkich wspaniałych impresjonistów, ale potem moja mina robiła się coraz rzadsza. Poszczególne postacie różniły się od siebie tylko tym, że inaczej się nazwały. Wszyscy malowali, żartowali, przymierali głodem i wchodzili w różne relacje z głównymi bohaterami. Nuda. Nikt nie wyróżniał się niczym ciekawym – jak na malarza przecież przystało – chyba że miałabym pogrupować ich pod względem denerwowania mnie. Ale raczej tego nie zrobię, dlatego że ze znudzenia przestałam zawracać sobie głowę, czy kwestię tę wypowiedział Renoir czy Manet, bo w pewnym momencie przestało to być dla mnie ważne. Wybaczcie, wielcy malarze. Ale nie mnie, bo ja miałam jak najlepsze chęci, tylko tej Autorce. Zasługujecie na o wiele lepsze kreacje, na ukazanie was w sposób, który zapadnie w pamięć, na o wiele więcej ekspresji, najlepiej takiej, jaką widać w waszych obrazach! Wielką, ale zmarnowaną szansą była rodzina Camille – w wielu złych książkach bywa tak, że czarne charaktery budzą w czytelniku jakieś emocje, a i są ciekawej zbudowane, wyraźnie i ciekawie naszkicowane.  W tym przypadku siostra i rodzice naszej kochanej Camille, którzy tutaj pełnią rolę tych złych, przeciwnych wielkiej miłości, po prostu sam są. Bez lepszych lub gorszych szkiców, bez żadnych, najmniejszych cech. Pojawiają się tylko po to, by wygłosić parę słów i zniknąć z kart książki, robiąc na czytelniku – przynajmniej na mnie – wrażenie mniejsze niż ci wszyscy anonimowi Niemcy, którzy zdobyli Paryż i zabili jednego z przyjaciół Moneta. Ale nie oto w tej książce chodzi. Zdaje się, że chodzi za to o Alice, drugą żonę malarza, której Autorka próbowała wykreować na pełną ciepła, mądrą dojrzałą kobietę, tworząc tym samym kolejny koszmarek. I to jeszcze taki, że palce na klawiaturze omdlewają i nie chce się męczyć tego tekstu – będącego podobno recenzją – najlepiej będzie wiec, jak przejdziemy dalej. 

Przeglądając książkę po raz pierwszy, miałam nadzieję, że została napisana jak przystało na powieść o malarzu. Czyli pięknym, potoczystym językiem, z ponadprzeciętną ilością opisów. Jak zwykle miałam nadzieję, że to jakaś mało popularna mistrzyni pióra, która potrafi przenosić obraz na wyraz. Albo ktoś, kto się stara napisać coś dobrze. Bo przecież doceniam dobre chęci, nawet jeśli rezultaty są słabe. Jednak z każdą stroną traciłam i nadzieję, i ochotę na czytanie tego dalej. I to z kilku powodów. Po pierwsze, wspomniana już wyżej charakterystyczna dla współczesnej, postmodernistycznej prozy brutalność i dosłowność, pod piórem słabych twórców nabierająca niesmacznego prymitywizmu; ani jedno, ani drugie nie pasuje do tematu tej powieści. Postmodernizm raczej psuje delikatny, staroświecki klimat opowieści i zresztą nie pasuje do epoki – może to konserwatywne, ale uważam, że o każdej epoce najlepiej jest pisać jej językiem, operując tamtym zbiorem pojęć. Zresztą co ja mówię o postmodernizmie! I nie narzucam komukolwiek – w tym Autorce – mojego widzimisię; po prostu mi to tam zupełnie nie pasuje i uwiera jak metka przy bluzce. I to nie jest wina mojego gustu, bo pisarka po prostu ma niewielki zapas słownictwa, nawet jak na powieść współczesną, a plastyczny w gruncie rzeczy język współczesny w jej wykonaniu jest toporny i kulawy, nie mówiąc już o jakiejkolwiek stylizacji, plastycznych opisów obrazów, czy szansy na poczucie tego wielkiego uczucia między bohaterami, o którym pisali na okładce (a którego nie czułam). Co więcej, w tekście nie ma żadnych ciekawych pomysłów na narrację i sposób opowiedzenia historii, która rozwija się w sposób przewidywalny i nudny, a językowa monotonia sprawia, że zasypia się jeszcze bardziej, co w sumie jest dziwne, bo nie od dzisiaj wiadomo, że przy straszliwych zgrzytach spać nie można, a złe książki spędzają mi sen z powiek (dlatego wciąż jestem zmęczona). Kto wie, może sen jest lepszy, bo od naiwnych wyrażeń, pomieszanych z tymi mocno niewyszukanymi i tymi prostych, znanych z wielu innych pozycji oraz dialogów czytanych jakby przez odpowiednio zaprogramowane androidy głowa szybko zaczyna boleć; zresztą nikt nie zasługuje na taką torturę. No i jeszcze ta wyglądająca zza każdego zdania pewność swoich umiejętności, udawane zabiegi językowe i sztuczność. Dużo sztuczności i naiwności. Może to pisała jakaś XXI- wieczna pensjonarka? Nie, to tylko kolejne tanie romansidło w historyczno-artystycznym płaszczyku i opakowane w ładną okładkę, profanującą zresztą lekki, ulotny i niezwykły obraz Moneta. Kiedy byłoby tu coś niezłego, a przynajmniej przeciętnego, napisałabym szkoda. Ale napiszę niestety. To słowo mogłoby być tak naprawdę całą moją recenzją, bez tych wszystkich dłużyzn. 

W pewien sposób podziwiam kreatywność twórczyń romansów – znajdą je wszędzie i zawsze. Nieważne, czy w prehistorii czy w przyszłości. I nie byłoby w tym nic złego, bo romans to też gatunek i jak się chce, można pisać je w bardzo inteligentny i ciekawy sposób, co udowodniły między innymi Jane Austen czy siostry Brontë. Ale można też robić to nijako i na jedno kopyto, powtarzając wciąż te same motywy i powołując do niby-życia podobne do siebie postacie, za każdym razem polewając całość innym sosem i doprawiając inną przyprawą, zmieniając tylko imiona i elementy scenografii. Można. Przecież gdyby tego nikt nie czytał, takie książki już by nie powstawały, a kolejne autorki nie mnożyły się jak grzyby po deszczu. Gorzej jednak, kiedy idee tego gatunku przenosić na tematy wcześniej zarezerwowane dla innych konwencji i bardziej ambitnych twórców. Wtedy pojawia się nieznośne uczucie, że potencjał historii został zmarnowany, ciekawe perspektywy straszliwie spłaszczone do jednowymiarowej, irytującej bajki. Jeśli to zupełnie fikcja to jeszcze pół biedy, ale jeśli to historia na poły prawdziwa jak ta ból w moim sercu rośnie i nie chodzi tu bynajmniej o brak kontaktu Autorki z rzeczywistością, o której pisze. Płaczę raczej nad tym, co tak źle i płasko zostało opisane – w tym przypadku o płótnach Moneta, ulotnych, delikatnych, pełnych emocji i pasji – i jakby sprofanowane i bardzo zdeformowane. Przynajmniej dla mnie, nie tylko dlatego, że mam sentyment do tych obrazów i bardzo je lubię. Bo jak uczcić arcydzieło to tylko arcydziełem. Jak nakreślić piórem (a raczej komputerem) portrety osób wielkich i zmarłych to tylko tak, by po przeczytaniu nie wzbudzały w nas niechęci i szybko znikały z naszego życia razem z wieloma innymi książkami, które zostają wyparte dla zdrowia mózgu. Bo mam nadzieję, że z tą książką właśnie tak się stanie.

Tytuł: „Claude i Camille”
Autor: Stephenie Cowell
Moja ocena: 0,5/10

niedziela, 16 sierpnia 2015

Szukając tożsamości. Recenzja książki

Życie nastolatka przypomina stanie na rozchwianym moście pomiędzy dzieciństwem a dorosłością i każdy to wie. Już nie dziecko, ale i nie dorosły; nastolatkowie przeżywają dorosłe problemy na swój – raczej dziecinny – sposób, wyobrażając sobie dorosłe życie, które i tak później jest zupełnie inne. Dlatego to taki ważny okres w życiu człowieka, to całe przygotowanie do dorosłości, ciągnącej się nawet po sześćdziesiąt, pięćdziesiąt lat  (wbrew temu, co mówią niektórzy, to jest naprawdę mnóstwo czasu). Młody człowiek, buntując się przeciw rodzicom, poszukuje swojej własnej drogi, rewiduje swoje poglądy, zaczyna zauważać na dawnej bagatelizowane sprawy, naśladuje dorosłych (czasem będąc w tym bardzo zabawnym) ale jednocześnie w pewien sposób drwi z nich. Otwiera się przed nim świat – tajemniczy, przerażający, dziwny, jak w piosence Niemena. Zaczynają się pojawiać te pytania (hm, może ja za bardzo wierzę w inteligencję społeczeństwa?) - kim jestem?, jaki cel mam w życiu?; próba samookreślenia się, kształtowanie swojej samodzielnej tożsamości, tego, kim się jest, dokąd się zmierza, jaki ma się cel. No i jeszcze nie mogę zapomnieć o hormonach! Głupie hormony. Pomijając wszelkie trądziki, szybko przetłuszczające się włosy, przygody z makijażem u dziewcząt i golarką u chłopaków, płcie przeciwne – oczywiście nie interesują mnie przypadki homoseksualizmu, bo to kontrowersyjny temat-rzeka, którego się boję – zaczynają się przyciągać. Cóż, mało kto jest Romeem, a większość gimnazjalnych związków to po prostu zmiana statusu na Facebooku (generalizuję, ale co tam), co więcej - pewien znany mi chłopak swoją przygodę z pornografią rozpoczął w drugiej klasie podstawówki, natomiast pewna dziewczyna została mamą w szóstej, ale marzenie o tej drugiej połówce omija w tym wieku mało kogo. I cóż – problemy tylko czekają na okazję, szczerząc swoje wampirze ząbki i wymachując skórzanymi paskami (ponoć nie można bić dzieci, ale czasami wyjścia nie ma). To jednak nie wszystko. Bezcelowy pośpiech, kryzys wartości i dominująca samotność na Facebooku – by nie rzec w sieci – wiele wrażliwych, nastolatkowych doprowadza do depresji, samookaleczeń, samobójstw i przemocy, szczególnie że wielu ludzi ma straszliwe traumy z dzieciństwa, które, jak słusznie twierdził Freud, mają swoje konsekwencje w dalszym życiu. I często doprowadzają do tragedii. Do upadku z tego rozchwianego mostka, zanim człowiek zdąży dowlec się do dorosłości.

Miles to wycofany, nieco dziwny outsider (pasjonuje się znajdywaniem ostatnich słów różnych sławnych ludzi; to naprawdę, naprawdę dziwne, ale niezwykle interesujące, chyba mogłabym dorzucić do jego kolekcji parę rzeczy).  Rodzice posyłają go do szkoły z internatem, stawiając synka przed nowymi, nieznanymi wyznaniami. Przed brutalną, bezkompromisową rzeczywistością szkolnych struktur, bez limitowym alkoholom, bonusowymi kąpielami w jeziorku i miłością. A przynajmniej fascynacją, bo tak najtrafniej określić to, co Miles poczuł do tajemniczej Alaski (byli już ludzie nazywający się Europa, America, Azja; teraz czekam na dziewczynę o imieniu Sahara albo Australia). Dziewczyny, która pali, bo chce umrzeć. Dziewczyny, która kocha książki i seks. Dziewczyny fascynującej, innej niż wszystko innej. Dziewczyny z raną, która domaga się zaleczenia. Podążając za nią, Miles zacznie naprawdę dorastać, zadawać sobie trudne pytania, pozna smak pierwszej miłości – bynajmniej nie niewinnej – i prawdziwej przyjaźni. A także pozna zdecydowanie gorzki smak ludzkiej tragedii.

O Autorze słyszał każdy. Każdy. Nawet jeśli ktoś nie czytał Gwiazd naszych wina to z pewnością w ucho wpadła mu piosenka Eda Sheerana All Stars do filmu o tym samym tytule, która dryfowała sobie po toplistach na fali popularności genialnego I See Fire. Zresztą tamta książka to była książka! Z czystym sumieniem uznałam ją jaką najlepszą do tej pory przeczytaną młodzieżówkę, chociaż teraz, gdy na niemal każdym nastolatkowym chomiczku, blogasku i półeczce uśmiecha się twarzyczka Tris z Niezgdonej jako Hazel Grace, cała fascynacja mi przeszła. Przy historii miłosnej wszyscy zapominają, że to jest historia o raku, jak uważa mój mózg (chociaż nie wiem, czy słusznie). W każdym razie stwierdziłam, że z przyjemnością sięgnę po inne książki Autora, a może w końcu przekonam się do tych wszystkich powieści dla młodych ludzi, bo jakoś tak wstyd, kiedy mówię znajomym, że dużo czytam, a potem nie kojarzę kim, u licha, jest jakaś tam Alaska (stan w USA!). Zresztą po śmierci Augustusa (nie ma sensu tego ukrywać i tak wszyscy są źli, bo każdy myślał, że to Hazel umrze) byłam gotowa sięgnąć po jakąś książkę pisarza na ślepo i wybór padł na tę. Ktoś porównał powieść do Buszującego w zbożu i wiedziałam, że ją przeczytam. Tak więc wypożyczyłam książkę z biblioteki i zaczęłam, pewnego leniwego popołudnia, czytać. Zaskoczenie, rozczarowanie? Hm. Hm, hm.

Z wiekiem robię się coraz bardziej subiektywna, widzę to. A może jestem jedną z tych zadufanych blogerek, które myślą, że wiedzą wszystko? Boże, jeśli widzisz, dlaczego nie grzmisz? Ale co zrobię - ta książka po prostu mi nie leży, bo chociaż powinnam rozumieć bohatera, ostatecznie nie ma między nami jakiejś makabrycznej różnicy wieku i jestem osobą otwartą i tolerancyjną. Primo, nigdy nie uczyłam się w szkole z internatem, nie wiem, jak tam jest. I do alkoholu, papierosów i nieposłuszeństwa jakoś mnie nie ciągnie. Bo nie. Secundo, nigdy nie byłam na koloniach i chociaż pruderyjna za bardzo nie jestem, wybryki Alaski z chłopakami i tak w ogóle jakoś mnie zdziwiły, jak zresztą te wszystkie szesnastolatki z paranormal romance, które obmyślają szczegóły swojego pierwszego razu. Po prostu jakoś to mnie nie kręci i moich znajomych też nie, co udowadnia, że nie wszyscy młodzi ludzie tacy są. Dlatego dużo scen z książki po prostu mnie zdziwiło. Nie dałoby się inaczej opowiedzieć tej historii? Naprawdę? Cóż, może wtedy chociaż polubiłabym bohaterów (ale o tym później), bo gdybym ich spotkała teraz, ciężko byłoby mi się z nimi zaprzyjaźnić. Ale to tylko takie moje tam wynurzenia. Lolita Nabokova (czy choćby wspominany wyżej klasyczny już Buszujący w zbożu, który powinien zastąpić w szkolnych lekturach Syzyfowe Prace) to o wiele bardziej kontrowersyjna opowieść, ale trzeba być ślepym czy coś, żeby nie wiedzieć, że to arcydzieło literatury jest.

Lubię sposób, w jaki Wydawnictwo oprawia książki pisarza. Sama nie mam żadnej, ale z pewnością taka dość jedolita seria musi naprawdę ładnie prezentować się na półce. Chociaż tak naprawdę zachwyciła mnie tylko okładka Gwiazd naszych wina i kilka z tych nowych, które niedawno wydano – tu ilustracja jest... jakaś taka. Pomarańcz i biel razem pięknie wyglądają to prawda, ale z samym obrazkiem mam jakiś problem. Czarny szkic twarzy Alaski na pomarańczowym tle wygląda ładnie i w ogóle, ale to ciemnopomarańczowe coś (co to jest w ogóle? W przypływie sarkastycznego humoru i wyobraźni pomyślałam, że to strach na wróble)? Sylwetka Milesa, tak? A może jego cień? Niefajnie to wygląda. Tak naciapane. Zniszczony minimalizm i tak dalej. Chociaż w pozostałej części okładki jest już lepiej, Wydawca oszczędził czytelnikom stu dziesięciu recenzji i rekomendacji, ograniczywszy się do jednego, jakże mocnego zdania pod tytułem, który z kolei znajduje się pod owym nieszczęsnym obrazkiem – wyżej jest już tylko nazwisko Autora. Słowem, wszystko gra oprócz tego szczegółu, ale ponieważ grzbiet ładnie prezentuje się na półce, a książka przyciąga samym kolorem obwoluty i nazwiskiem, więc w sumie nie trzeba było się az tak bardzo wysilać.  Chociaż gdyby nie ten mały dysonans, chociaż patrzyłoby się miło na tę książkę.

Już gdzieś przy dwudziestej stronie przeżyłam rozczarowanie. Powieść ma tyle z Buszującym w zbożu co ja z fizyką kwantową. No dobrze, przesadzam. Były przekleństwa, a sam opis nieco przypominał ową książkę. Ale wydaje mi się, że to nie ta liga – nie ma pewnego artyzmu, intensywności, owych ciekawych, interpretacyjnych smaczków, niezwykłej głębi i oczywiście tego, co wiąże się z tytułem. Chyba że pisarz postanowił stworzyć wersję light, to jednak jest taką zbrodnią, że umówmy się, że o tej inspiracji nie było mowy, dobrze? W każdym razie powieść pełna jest odliczania jak w moim ulubionym GONE (kiedyś dokończę tę serię!) również do czegoś, o czym nie mamy pojęcia i dowiadujemy się dopiero na końcu, co chyba miało podnieść ciśnienie czytelnika. Poza tym nic się nie dzieje. Miles idzie do nowej szkoły, poznaje kolegów, ląduje w jeziorku, pije, pali, uczy się, zadurza się Alasce, wyrządza różne psoty nauczycielom i tak dalej. Akcja nabiera tempa dopiero na końcu, jednak rozwiązanie zagadki jest cokolwiek bolesne i mało szokujące, bo pisarz tak zaciekawił, że czytelnik spodziewał się wszystkiego... a przynajmniej czegoś w rodzaju tajemnicy z Jane Eyre. Można by powiedzieć, że życie, nic więcej, ale momentami cała trauma Alaski wydaje się szyta grubymi nićmi i naciągana, zakończenie jej wątku jakieś niedopracowane, chociaż Autor udaje, że nie chce ujawniać całej prawdy. A już myślałam, że będzie lepiej! Bo jak długo można czytać dialogi pijanych bohaterów? Miałkie rozważania pretendujące do filozofii? Kolejne rozdziały zapełnione byle czym, byle dalej i byle się coś działo, nic niewnoszące do powieści i do ostatecznego zakończenia. Owszem, są i lepsze sceny, z Alaską stylizowaną na jakąś wielką femme fatale, może nawet boginię, pewien dialog, który wyjaśnia niektóre jej motywy, ale zaraz znów jest nudo, kontrowersyjnie i ponoć prawdziwie. A czasem nawet romantycznie, co Autor usiłuje zakryć młodzieżowym stylem i kolejnym żartem. Ale tak naprawdę to kolejna książka o niczym, ciężko mi cokolwiek jeszcze napisać, wyłuskać z pamięci jakiś element, który może tam tkwi. Ale nic. No to przechodzimy dalej.

W Gwiazd naszych wina – bo, jak widać, nie mogę przestać porównywać tych dwóch książek – bardzo podobał mi się styl pisarza. Nie był pretensjonalny, bo nie użalał się nad bohaterami, za to żartował tyle, w jakim stopniu pozwalał mu humor. No ale to, jak mi się wydaje, najlepsza książka Autora, a nie debiut, cóż. Bo tu nie jest kolorowo, chociaż Autor – i owszem – się stara. Chociaż samo imię bohaterki, z czego wynika ta bardzo sentymentalna dwuznaczność w tytule. Albo zabawne przezwiska, jak Kula i cały język dialogów, gdzie pisarz powrzucał sucharów do oporu, mieszając z młodzieżową gwarą, o dziwo niezniszczoną przez tłumacza (zresztą chwała Panu za tłumaczenie tytułu!) bądź całkowicie przystosowaną do warunków polskich, bo kilka wyrażeń brzmiało nadzwyczaj znajomo. Fakt, dzięki niesamowicie lekkiemu stylowi i zupełnie nieskomplikowanemu słownictwu czyta się bardzo szybko – ot, pozycja na jeden dzień, jak wiele, wiele innych; może to i dobrze, bo nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby język w jakiś sposób był skomplikowany bądź ciężki – czytać w takim stylu o tym, o czym jest ta książka (czyli o niczym) byłoby torturą równą wyrywaniu zęba, nie przeczytałabym więc książki do końca. Nie ma tu plastycznych opisów, sensualnych wrażeń i refleksów, jakie powinny – przynajmniej według mnie – owijać Alaskę i zawsze jej towarzyszyć (nie mówiąc o aurze tajemniczości i pewnego rodzaju bólu) ani niczego, co w jakiś sposób mogłoby rozproszyć uwagę czytelnika czy zanudzić opisem czegoś. Pisarz postawił na akcję, której nie ma, opisując lekkim, prostym językiem bezsensowne dysputy Milesa i w końcu wyszedł mu męczący, niemożliwie lekki zapis jakiegoś czasu jakiegoś nastolatka w jakiejś szkole, niezbyt mądry i ciekawy, ale wystarczający dla nastoletnich odbiorców. Dla mnie brzmiało to jak rozwodzenie się nad niczym, szczególnie, że kiedy coś stało się Alasce, czyli w najciekawszych partiach książki, pisarz i jego język gonili własnego twora. Hm! To naprawdę nie gra. I tak – na korzyść Autora – przemilczam, że był sentymentalny. I to jeszcze jak! Ja jestem czujnikiem na sentymentalizm, niezwykle wrażliwym. A tu taki pretensjonalności, szczególnie na końcu, no bo tak, bo biedna Alaska. Bardzo biedna. Ale żeby od razu tak? Musiałam jeszcze raz upewnić się, czy czytam książkę Autora Gwiazd naszych wina, w której to powieści pisarz nie tracił nawet rezonu przy scenie pogrzebu. Hm, nazwisko to same. Dziwne!

Jak już zostało to powiedziane kilometr wyżej, Miles jest outsiderem. Trochę dziwakiem. I już myślałam, że się zaprzyjaźnimy, a nawet wymienimy ostatnimi słowami różnych sławnych ludzi. On wolał jednak Alaskę. Jak można być tak naiwnym? Wpływowym? Denerwował mnie ten chłopak. Ba! Chłopak! Żeby nie obrazić żadnego homoseksualisty, nie nazwę go ciotą. Ale biednym, zagubionym dzieckiem już tak. I źle skonstruowaną postacią również. Oczywiście, poza tym, że zabrakło jakiejś iskry życia, czegoś  autentycznego, Miles posiada niedopracowane dziury w charakterze, owe irytujące białe plamy, o których pisarze myślą, że pogłębią w ten sposób opisywane przez siebie postacie i jest mdły. Taki jakiś niewydarzony, bez jakiś wyraźniejszych emocji, bez większych pragnień (oprócz Alaski) i dążeń co jest przykładem tego, że nie można upychać do swojego bohatera dwóch tysięcy piętnastu cech, bo wtedy będzie skrajnie nieautentyczny i sztuczny, taki wyphotoshopowany do oporu – jestem ciekawa także, czy trzeba być bohaterem tej książki, żeby mimo niemal ciągłego kaca mieć dobrą średnią. Hm. A z takim Milesem to nie sposób się zaprzyjaźnić, nawet gdyby nie postępował jak anioł, bo – słowo honoru – nawet po przeczytaniu tej książki nic a nic o nim nie wiem.

A Alaska? Kiedy przeczytałam opis, spodziewałam się czegoś więcej. Zresztą ja zawsze zbyt dużo się spodziewam i to chyba jest błąd. Chciałam tajemniczej, owiniętej czymś intrygującym postaci. Prawdziwie fascynującej. Dostałam młodą samobójczynię, która pali, bo chce umrzeć (wyjątkowo okrutna śmierć ten rak płuc), ma chłopaka, ale nie przeszkadza jej to flirtować z Milesem. Jedynie jej historia ratuje całą książkę. Gdyby ... gdby Autor pokusił się o bardziej wielowymiarowe przedstawienie postaci, dodał do obrazu nieco światłocieni, mogłabym nazwać Alaskę nawet postacią tragiczną. A miał szansę tak zrobić, naprawdę – choćby nieco odważniej i głębiej pociągnąć niektóre wątki, być może wydobyć zabłąkane cechy bohaterki, wykorzystać zmarnowany przecież potencjał tej postaci, stworzyć kogoś ciekawszego od bardzo wiarygodnej i sympatycznej, ale przecież przeciętnej Hazel Grace; dziewczynę-tajemnicę, dziewczynę-zagadkę. Oczywiście nie śmiem marzyć o tym, co by się stało, gdyby Autor jeszcze bardziej wyeksponował jej niewątpliwie cierpienie, nie zanurzając ją przy tym w otchłań typowej, narzekającej na każdym kroku Mary Sue. Nawet przebaczyłabym jej to, że nie miała zbytnio skomplikowanych zasad moralnych, naprawdę. Ale moje marzenia są tak samo nierealne, jak reszta bohaterów powieści – galeria person bladych, nudnych, po przeczytaniu szybko znikających z mojej pamięci i serca, tak pełnego innych, znacznie lepszych postaci, które – co tu ukrywać – stanowią sporą część mojego świata. Nauczycieli (biedni, biedni ci nauczyciele!) i innych, poza Alaską, kolegów i znajomych Milesa znam tylko wyrywkowo. I choć czytałam zaledwie pięć miesięcy temu, nie pamiętam już kto, jak, z kim i dlaczego. Wryło mi się w pamięć, że z pewnością nie byli ciekawymi postaciami, wręcz przeciwnie, nie mówiąc o technicznej stronie ich osobowości, istnieli tam chyba dlatego, żeby powieść była dłuższa. W każdym razie nie wiem. Kiedy wysilam mój zmęczony całym dniem mózg, przypominam sobie tylko białe kartki papieru książki. Żadnych twarzy. Żadnego życia.

Trzeba jednak przyznać, że powieść czegoś mnie nauczyła. Wiedzieliście, że John F. Kennedy widząc w Dallas wiwatujące na jego cześć tłumy, powiedział, że to miasto go kocha i zaraz został zabity? Ha, nie wiedziałam tego, ale dzięki Milesowi – właściwie Autorowi – teraz to wiem. Pamiętam to bardziej niż fabułę, której sens zgubił mi się jakoś w połowie. Czego chce ta Alaska? Czego chce Miles? Jakoś podświadomie, chociaż są kiepscy, bohaterowie szukają czegoś, ale sam Autor nie wie czego. Może tożsamości? Może jakichś jasnych, określonych zasad, według których mają żyć? O sposób poradzenia sobie z życiem? A może ja po prostu znów nadinterpretuję, bo już tak mam i jestem głupia? Może nie chodzi o nic głębokiego, tylko o dobrą rozrywkę, o to, że Alaskę dogoniły demony dzieciństwa? Jeśli tak, to ja już nie wiem. Bo nawet rozrywka przednia nie jest, poza tym, że znika z głowy niemal tak szybko, jak została przeczytana. A może to nieświadomie namalowany obraz dzisiejszych nastolatków, rozpaczliwie zagubionych w życiu, szukających własnej tożsamości? Hm! No to ja życzę im, żeby ją znaleźli i nie wodzili mnie na pokuszenie czytania takich książek.

Tytuł: „Szukając Alaski” 
Autor: John Green

Moja ocena: 1/10 

niedziela, 28 września 2014

Miłość przeklęta przez gwiazdy. Recenzja książki

Lubię książki, które kończą się, że tak powiem, jak życie. To dowód na to, że opowieść, chociaż dziejąca się nawet miliony lat świetlnych od nas, jest prawdziwa, prawdziwa tak jak życie. Najczęściej, niestety, zakończenie nieoczywiste, dyskusyjne czy coś w rodzaju urwanej w połowie akcji, kończy się śmiercią bohaterów, albo czymś, co happy endem na pewno nie jest. Albo, gdy to jest zwykła powiastka opisująca losy miłości dwóch nastolatków, wampirów, aniołów i innych istot we wszystkich możliwych konfiguracjach, niech chociaż umrze ktoś z otoczenia bohaterów, jakaś przyjaciółka czy coś. Albo niech dokona jakiegoś kontrowersyjnego wyboru, niech czytelnicy gryzą paluchy w złości (tak było ze mną, kiedy obejrzałam trzecią część Piratów z Karaibów i niemal nie mogłam zasnąć, nie mogąc się pogodzić z wyborem Willa Turnera) i wrzeszczał na pisarza, że miało być, durniu, inaczej, jak ja często to robię. W życiu przecież tak jest – mało rzeczy jest takich, jakie chcielibyśmy je widzieć, a czasami, na przykład śmierć jest najlepszym wyjściem. Jak na przykład we Władcy Pierścieni - w sumie życie Froda po zniszczeniu Pierścienia nie miałoby większego sensu. Nikt nie potrafiłby żyć w świecie, w którym nie ma elfich cudów ze wspomnieniami o okropnościach Mordoru. Prawda? Albo zakończenia niektórych, co lepszych, kryminałów, kiedy okazuje się, że przestępcy, mordercy albo kogoś w tym rodzaju nie można złapać z różnych przyczyn. Czy udowodnienie, że mordercą był ktoś, kogo byśmy nie podejrzewali. W każdym razie mówiąc węzłowato i skrótowo, nie lubię happy endów. I, wiem, że to okrutne, ale nie lubię happy endów szczególnie w romansach dla nastolatków.

I jak tu się usprawiedliwić, że sięgnęłam właśnie po jeden z nich? Oszustka parszywa ze mnie i cyganka! Zanim pomyślicie, że celowo wybrałam właśnie nastolatkowy romans, by poznęcać się nad nim i wyładować negatywne emocje, które z wielu przyczyn zbierają się we mnie podczas jednego z ostatnich lat mojej jakże niezwykle udanej i przymusowej edukacji szkolnej (wyglądam studiów jak zbawienia). A może, gdy wam powiem, że to nie jest zwykły romans, z bajkowym żyli długo i szczęśliwie? Już sam opis to zapowiada. A więc skoro będzie coś ciekawszego, to i może się i zakończy jakoś ciekawiej? Miałam taką nadzieję. O tym, czy jak zwykle (w 99.9 procentach przypadków) zwiodę się, rozczaruję, a może nawet wpadnę w gniew, w którym rzucam książkami o ścianę mojego pokoju, (mimo że niedawno pomalowaną, wciąż pokrywającymi się nowymi grobami komarów), czy nawet książka mnie bardzo pozytywnie zaskoczy, przeczytacie niżej.

Z pozoru najbanalniejszy z banalnych romansów: ona, on, przyjaźń i miłość. Może nie wartoby nawet marnować czasu na pisanie tego, bo takich historii jest zbyt wiele i w sumie nie ma o czym pisać, gdyby nie … No właśnie. Hazel (albo, jak chcecie, Hazel Grace) i Augustus to dwóch nastolatków chorych na raka. Ona w wieku trzynastu lat dostała raka tarczycy, który przerzucił się na płuca, a on ma kostnomięśniaka i nie ma nogi. Hazel wozi za sobą wózek z butlą tlenową i wąsy, a co jakiś czas muszą z jej płuc odciągać płyn nowotworowy – ohydną, brązową ciecz, która pewnego dnia ją udusi. On ma protezę i chwilową poprawę. Obaj mają książki, szczególnie jedną – Cios udręki, powieść napisaną przez niejakiego Petera van Houtena. Opowiada ona o Annie, chorej na raka, jej matce, tajemniczym zalotniku jej matki, oraz o chomiku Syzyfie. Powieść jednak kończy się w samym środku i Hazel koniecznie chce się dowiedzieć, jak się skończyło, więc razem z mamą i Augustusem wyjeżdżają do Amsterdamu, gdzie mieszka ów pisarz. Amsterdam jest ostatnim miejscem, jakie razem odwiedzili – jak można się domyślać ich życie powoli i nieuchronnie zmienia się ruinę. Wiadomo, jak się kończy, tylko tym, którzy nie czytali, nie powiem, kto umarł.

Historia ta jest gęsto opleciona także faktami z życia owego pisarza, Petera van Houtena i Issaca, przyjaciela głównych bohaterów z grupy wsparcia. Issac ma raka oczu i, by żyć, musi stracić oboje oczu. Z tego powodu rozstaje się z miłością swojego życia, Monicą, co bardzo przeżywa. Issac, mimo że niewidomy, wie, że będzie długo żył, więcej niż Hazel i Augustus razem, co go również denerwuje. Opowieść przetykana również treścią książek, które czyta Hazel (szczególnie Ciosem udręki), a także opowieściami o różnych innych dzieciach z rakiem, co tworzy ciekawą, niespotykaną mieszankę.

Niewątpliwie to jedna z tych książek, które są dla myślących ludzi. Odważnych. Takich, którzy mają odwagę poczytać o czymś innym niż bitwach wilkołaków i wampirów z innymi wampirami. Którzy mają odwagę stawić czoła rzeczywistości, straszliwej chorobie i – w końcu – śmierci. Którzy wiedzą, że nawet nieskończoność miłość ma kiedyś swój koniec, słowem, nic nie jest tak, jak próbuje nam wmówić dzisiejszy świat. I że nie wszystko jest tak różowe, jak nam próbują wmówić inni, kiedy nam coś się stanie. Przecież powieść podejmuje także wątki filozoficzne – problem zapomnienia, śmierci, miłości (nie mylić ze szczeniackim zauroczeniem pozorowanym na wielkie uczucie z większości powieści dla młodzieży), wagi naszych uczynków, innych ludzi i wielu tematów, które, dla większości osób w tym godnym pożałowania świecie, są doskonale obojętne. Chociaż z niektórymi się nie zgadzam, w większości przypadków Autor doszedł do zaskakująco trafnych (a jednocześnie bolesnych) wniosków. I to jest chyba największym plusem – to nie tylko opowieść, do bólu prawdziwa i szczera (ale o tym później), ale także młode, buntownicze spojrzenie na sens ludzkiego życia i umierania w młodym wieku. Autor w dodatku nie dochodzi do jakiś wydumanych wniosków, jak większość dzisiejszych filozofów (ostatnim dobrym był Leszek Kołakowski, a tak to płakać się chce), ale do jednej z prawd, do jakiej samemu się dochodzi tylko wtedy, kiedy ma się otwarty umysł i nie podchodzi się do sprawy z perspektywy utartych przez ludzkość stereotypów. Chodzi mianowicie o to, że prawdziwym bohaterstwem nie jest staranie się, by świat żywych zapamiętał nas po naszej śmierci. Prawdziwym bohaterstwem jest potrzeba, żeby nie zranić śmiercią najbliższej rodziny, na czym bardzo zależy Hazel. Zgadzam się z tym. Ba! Mało! Jestem porażona głębią tego przemyślenia, wciąż nie potrafię o tym zapomnieć i się z tym pogodzić. Chociaż wiem, że to prawda.

Język i punkt widzenia również mnie zaskoczył. Autor pisze bowiem z perspektywy, uwaga, dziewczyny, Hazel. To ona opowiada nam o wszystkim, łącznie z blaskami i cieniami życia z rakiem, oprowadza czytelnika po swoim świecie i oswaja go z nim, jak również i ze swoim umieraniem (książka jednak nieprzyjemnie przypomina ulubioną powieść Hazel, Cios udręki, która również opowiada o nastolatce z rakiem i urywa się w połowie, prawdopodobnie śmiercią bohaterki. Podobieństw się tyle, że aż straszno). Styl jest prosty, potoczny, co sprawia, że czyta się lekko i szybko, jednocześnie jednak Autor potrafi go tak wykorzystać, by stał się artystyczny i ciekawy. Manipuluje nim, zaskakuje, często wprowadzając czytelnika w zaskoczenie, a także, chociaż nie jest to dość odpowiednia książka, sprawiając, że na jego (przynajmniej czasami) pojawia się uśmiech. Pojawiają się także opisy, szczególnie Amsterdamu, jednak nie jest dużo. W tej książce jednak nie odczuwałam ich bardzo, bo powieść ma tak specyficzną konstrukcję, że opisy, paradoksalnie, wszystko zepsułyby. Hazel ma ciekawy sposób opowiadania o świecie, pełen dystansu i ironii, czasami jednak zachowuje się jednak jak prawdziwa, typowa nastolatka. Chociaż u niej to nie razi, wręcz przeciwnie – Hazel nie jest pusta jak jej koleżanki z innych powieści, a dzięki temu nie jest także zbyt poważna. Osobiście uważam, że kiedy facet pisze z perspektywy kobiety, wnikając głęboko w jej psychikę, tak, że mamy wrażenie, że napisała to kobieta, jest geniuszem. Szczególnie kiedy książka nie dotyczy takich płytkich tematów jak wybór szminki, ale spraw życia i śmierci – dosłownie - i wychodzi wszystko bardzo wiarygodnie. Moje gratulacje, panie Autorze.

Ogólnie mówiąc, nie lubię okładek filmowych, szczególnie kiedy plakat filmowy nie jest zbyt oryginalny, a jak przyzna każdy skulturyzowany człowiek na tej planecie, większość dzisiejszych plakatów filmowych nie charakteryzuje się oryginalnością – po prostu jest to zdjęcie głównych bohaterów, najczęściej w produkcjach dla młodzieży. Okładka filmowa tej powieści szczególnie mi się nie podoba, nie tylko dlatego, że aktorzy grający bohaterów (którymi możemy cieszyć nasze oczy na okładce) nie pasują mi. Okładka jest po prostu pospolita i nudna. Dlatego bardziej wolę tę pierwszą – białą, minimalistyczną i ciekawą. Niebieski obrazek, przedstawiający zarys sylwetki Hazel, a w ciemnych odcieniach, dalej, ciemnoniebieską sylwetkę Augustusa oraz plamy, niczym namalowane akwarelą, w różnych odcieniach błękitu. Obrazek, niezajmujący nawet połowy okładki, nawiązuje do tytułu, ale także w ładny, graficzny sposób i bez spoilerów pokazuje treść książki. Jest ciekawie, estetycznie niebanalnie, bardziej przyjemnie niż w przypadku okładki filmowej i na pewno zachęca do przeczytania, przynajmniej mnie.

Bohaterowie wydają się ciekawi, choć są tylko zwykłymi nastolatkami... śmiertelnie chorymi, co sprawia, że zachowują się bardziej dorośle. Hazel, jak mówiłam (a raczej pisałam) wcześniej, jest w dużej mierze zwykłą nastolatką, jednak znacznie bardziej dorosłą i poważną niż inne osoby w jej wieku, nie mówiąc o zainteresowaniach i gustach. Dziewczyna ma swoje wady i zalety, ale ogólnie jest bardzo dobrze rozbudowaną, wiarygodną ciekawą postacią (o czym dowodzi chociażby to, że można o niej cokolwiek powiedzieć więcej niż to, że istnieje). Targają ją wewnętrzne rozterki, boi się przerzutów, śmieje się, jak każda nastolatka buntuje się przed rodzicami, czyta książki i ogląda telewizję. Gdzieś w jej tle przewijają się jej rodzice, jak to rodzice, po swojemu zatroskani, przerażeni chorobą córki (jak wszyscy rodzice, zresztą) i zdecydowanie nadopiekuńczy, o czym Hazel wciąż im przypomina, jednak oni są tylko tłem – w wieku nastoletnim rodzice przestają być tacy ważni jak wcześniej, nawet kiedy jest się tak chorym jak bohaterka. Augustus. O, tak. Spodobał mi się bardziej od większości amantów z innych romansów dla nastoletnich czytelników, ale nie tylko (nie wspominam, ze zrozumiałych powodów o Harlequinach). Przede wszystkim dlatego, że jego jedynym zajęciem nie jest obmacywanie bądź myślenie o obmacywaniu, ale jest także wiele innych rzeczy – jak na przykład miłość do metafor, choćby do trzymaniu w zębach niezapalonego papierosa jako metafory tego, że chociaż ma coś śmiercionośnego, nie jest to w stanie go zabić, słynny krzywy uśmiech, dystans do wszystkiego, łącznie z chorobą, inteligencja … Tak, to jeden z tych chłopaków, którzy nie mają puchu zamiast mózgów, takiego to nawet ja bym chciała spotkać, szczerze mówiąc. Ma jakieś wady, nie powiem, jak każdy z nas, kłóci się ze swoimi rodzicami, wyrzuca sobie, że wręcz obsesyjnie myśli o tym, by zapamiętano go po jego śmierci. Jednak Hazel nie przedstawia nam go dokładnie, tylko na tyle, na ile on dał jej się poznać, co jest wadą konstrukcji opowieści. Ale w sumie dzięki temu Gus (Autor prawdopodobnie nie zrozumie, jakie dodatkowe, makabryczne znaczenie ma to przezwisko w języku polskim) przynajmniej mi wydaje się osobą nieco tajemniczą i niecodzienną. Tajemnicze osobniki w powieściach obyczajowych, no, no.

Nie sposób zapomnieć o van Houtenie, autorze ukochanej książki Hazel. Jeśli nastawialiście się na fizjonomię pisarza pasującą do treści książki albo maili, które przysyłał bohaterom, będzie rozczarowani tak jak ja. Jednak to najlepiej zarysowana w książce postać dorosłego, obrazująca całą nędzę człowieka, ból po stracie bliskiej osoby i stopniową degenerację. Pokazana w dodatku ciekawie, inaczej i bardziej sugestywnie niż w większości czytadeł dla dorosłych. Inną wartą uwagi postacią jest Issac. Ten młody, przez większość książki całkowicie ślepy chłopak, który stracił ukochaną Monicę (która obiecywała mu „zawsze”) wzbudził moją sympatię. Chociaż jest zarysowany ogólnikowo, wybiórczo i pojawia się tylko od czasu do czasu, jednak gdyby Autor chciał go rozbudować, powstałaby zapewne bardzo ciekawa postać, a może po prostu kolejny sympatyczny mój rówieśnik. Szkoda więc, że pisarz nic z tym zrobił.

Fabuła to, paradoksalnie i niestety, najsłabsza część książki. Jest, oczywiście, realistyczna, nie ma jakiś ckliwych wątków (czyli zbyt wielu miłosnych wyznań, głupich gatek i wiader egzaltowanych łez) i czasem nie pozostawia złudzeń, co dalszych losów niektórych bohaterów - to na plus. Jest ciekawa, zaskakuje, szokuje szczególnie w zakończeniu, ale... No właśnie. Minusem było skarcenie na siłę niektórych epizodów, do wręcz nienaturalnych odcinków czasowych (wieczorem Hazel spotyka się ze swoim chłopakiem, a rano ów ma już adres mailowy do asystentki van Houtena), a już po wizycie w Amsterdamie czas powieściowy mknie niczym rollercoaster, jakby Autorowi było spieszno, by jak najszybciej zakończyć powieść. Ja chciałam (wiem, to trochę niezdrowe) więcej poczytać o jawnym, końcowym umieraniu, poniżeniu przez coraz mniej sprawne organy i zewnętrzne i wewnętrzne, degeneracji ciała, odchodzeniu. Zasmakować się w emocjach bohaterów, przeczytać o ich uczuciach, o uczuciach i rodziców, zatrzymać się przy tych uczuciach, wgłębić się w je w miarę możliwości i poznać. Jednak jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, ze dla mniej wprawionego czytelnika taka wyprawa wydawałaby się zbyt nudna, a dla tych, którzy zrozumieliby, zbyt traumatyczna (na przykład dla mnie). Niech sobie więc będzie tak, jak jest, jednak trochę, na przykład trzydzieści, czterdzieści stron więcej nie zaszkodziłoby, wręcz przeciwnie. Trochę szkoda, bo to, co się działo po Amsterdamie, miało wielki potencjał.

Wiele jest książek o miłości. Wiele miłości zostało przeklętych przez gwiazdy – wojna, niezgoda w rodzinach (jak w znienawidzonym przeze mnie Romeo i Julii wujcia Szekspira) i śmierć z różnych przyczyn, choćby w wyniku zabójstwa nie sprawiają, że miłość rozkwita. Jednak teraz, w naszym wieku, gdy, jak na razie, nie wisi nad nami widmo żadnej wojny, a rodziny są raczej liberalne, grozą dla ludzi jest coś nie do zaakceptowania przez nowoczesną medycynę – nowotwór, nazywany cesarzem chorób. Nowotwór złośliwy, którego leczenie (chemioterapia też jest zabójcza) jest niebezpieczne, nowotwór niezłośliwy i wszystkie szkaradne mutacje (jak jeden z raków mózgu, nazwany w książce typem „dupek” z tego powodu, że zżera mózg, robiąc z człowieka potwora) nie mówiąc już o stwardnieniu rozsianym, białaczkach i innych okropnościach. Choroba nie do wyleczenia, która zamienia życie niektórych ludzi, często przypadkowo wybranych, w tragedię. Tak, przypadkowo wybranych. Bo jak zgrzeszyły takie niewinne, w gruncie rzeczy, istoty, jak Augustus i Hazel? Czy to była ich wina? Ich rodziców? A może faktycznie wina gwiazd – kosmosu, Tajemnicy, która wybrała dla nich taki, a nie inny los – takie zakończenie ich miłości, zwykłej, najzwyklejszej, która niechcący stała się jedną z tych wielkich tragedii – miłości przeklętych przez gwiazdy. Przez Wszechświat.

Tytuł: „Gwiazd naszych wina”
Autor: John Green
Moja ocena: 7/10