Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo ZNAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo ZNAK. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 grudnia 2015

Kochanie, masz mózg we włosach. Recenzja książki



Może się to wyda dziwne, ale nie lubię lekkoduchów i tych, którzy widzą świat przez różowe okulary. I to nie dlatego, że skręca mnie na widok różowego, bo to zupełnie inna historia, czy mam zamiar zostać emo (Mama by się przeraziła). Myślę, że to wina moich życiowych doświadczeń i znajomości tego, co w życiu człowieka może spotkać. Jest pewien limit traumatycznych zdarzeń, po przekroczeniu którego optymizm staje się irytujący. Zresztą wokół nas jest wystarczająco dużo dramatów innych ludzi, wobec których nie możemy być obojętni, by w końcu tych największych optymistów dopadło przeświadczenie, że tak naprawdę nie zawsze (a raczej prawie nigdy) szklanka jest do połowy pełna. Ale takim znów pesymistą nie jestem, a przynajmniej staram się nie być; staram się zachowywać złoty środek, tak jak starożytni stoicy i postępować według słynnego angielskiego hasła keep calm and carry on. Świat wydaje mi się wtedy umiarkowanie dobry i umiarkowanie zły, co sprawia, że nie czuję się dobrze. 

W sztuce tak nie jest, bo częściej możemy przeczytać, obejrzeć czy posłuchać rzeczy smutnych, wręcz depresyjnych. I to nie tylko dlatego, że ludzie lubią czytać o nieszczęśliwej miłości, chorobach psychicznych, tragediach, wojnach i innych sprawach tego rodzaju. Po prostu takie rzeczy się lepiej pisze i trudnej jest coś sknocić. Sprawdza się to często w muzyce, gdzie łatwiej w kicz popaść śpiewając teen pop albo pop rock i produkując radiowe bangery niż kiedy jesteś songwriterem albo zajmujesz się szeroko pojętą alternatywą. Tak samo w książkach: wiele tych opowiadających o życiu w sposób entuzjastycznie optymistyczny trąci kiczem, a wiele z tych smutnych staje się arcydziełami. Trudniej jest pisać o miłości spełnionej, szczęśliwej unikając cukierkowatości niż ciekawie i głęboko opisać tą nieszczęśliwą. Ciężko w ogóle jest napisać coś, co każdy strawi i jednocześnie być naiwnym, śmiesznym i przesłodzonym. Trudno jest napisać coś lekkiego, zabawnego, ale nie kiczowatego. Świadczą o tym góry zabawnych i ciepłych powieścidełek dla kobiet i młodzieży, których okładki, często utrzymane w ciepłych barwach (najczęściej intensywnym różu, od którego skręca mnie w żołądku), piętrzą się na półkach księgarni i bibliotek i wyprowadzają mnie z równowagi. Szczególnie te powieści dla nastolatek. Kiedyś je czytałam, ale tylko dlatego, że będąc chora i leżąc w łóżku nie miałam nic lepszego do roboty i na nic innego sił. Po kilku tytułach zaczęło mnie niebezpiecznie mdlić. W takiej jednej książce było więcej lukru i czekolady niż na całym talerzu pączków mojej babci, które aż lepią się do rąk. Od tamtego jakoś nie miałam ochoty na takie pozycje, odkrywając wielu ciekawych Autorów, którzy nie mieli z tym problemów, co sprawiło, że ja nie miałam kulinarnych skojarzeń i mogłam czytać w zupełnym spokoju. 

Ponownie pozycjami dla młodszego czytelnika zainteresowałam się niedawno, kiedy zaczęła się ta cała moda na new adult. To gatunek – przynajmniej z założenia – bliższy życiu niż te wszystkie powiastki o bogatych nastolatkach, ciągnące się jak Moda na Sukces (tak, Pamiętniku Księżniczki, do ciebie piję). Miłość, traumy z przeszłości, odkupienie, przebaczenie, zemsta. Takie rzeczy się w życiu zdarzają, zdarzają się wokół młodych czytelników, którzy – tak sobie myślałam – pozbędą się różowych okularów i zaczną patrzeć na ten świat realistycznie, może z gorzką refleksją. Zachęcona pozytywnymi recenzjami, pełnymi ekscytacji dorównującej mojej fazie na Władcę Pierścieni i nabożnej czci, z jaką traktuję tylko wszystko związane z historią, musiałam się przekonać się, czy moje nadzieje się spełnią. Zresztą byłam też ciekawa, jak zwykle (a ciekawość to pierwszy stopień do piekła). Sięgnęłam po losowo wybrany tytuł. Porażka. Drugą pozycją była pierwsza część losów niejakich Tessy i Hardina, również porażka. Pomyślałam, że za trzecim razem musi się udać, bo to przecież trzeci raz. Chciałam także sprawdzić, czy popularne przysłowie mówi prawdę. Bo dlaczego nie? 

Sky jest raczej zwykłą nastolatką chociaż nie posiada konta na Facebooku ani telefonu komórkowego. Ma przyjaciółkę, Six i przybraną mamę a także popsutą reputację. Jej przyjaciółka bowiem nie należy do cnotliwych, a nocami do pokoju Sky wchodzą mężczyźni, którzy obściskują się z naszą bohaterką. Ale tylko obściskują, bo dziewczyna nie pozwala na więcej – całusy i pieszczoty dają jej miłe odrętwienie, ale na pewno nie podniecenie. Dlaczego? Dziewczyna nie wie. Pewnego razu w dziwnych okolicznościach spotyka Deana Holdera, bardzo przystojnego i tajemniczego chłopaka, z którym szybko zaczyna łączyć ją coś więcej. Jednak okazuje się, że rozwijający związek budzi wiele demonów z przeszłości, które Sky przypomina sobie dopiero teraz. To będzie najpiękniejszy, ale także najgorszy okres w jej życiu – bo zapewne każdy z nas wolałby żyć w nieświadomości i spokoju, bez straszliwej prawdy o sobie i tym, co zostało wyparte przez świadomość. Ale każdy z nas, kto stracił nadzieję, chciałby poczuć to szczęście, gdy pewnego dnia ją odzyskuje, prawda? 

Trochę wbrew sobie, ale by stało się zadość sprawiedliwości, muszę podkreślić zalety powieści. Przede wszystkim to kilka ciekawych i kreatywnych pomysłów, które Autorce z całą pewnością się udały. Mówię tu przede wszystkim o wieloznaczności angielskiego tytułu i wynikających z tego konsekwencji. Jedno słowo – a właściwie dwa – a cała gama znaczeń, które nie raz zaskoczą czytelnika. Po drugie nawiązania gatunkowe do kryminału, co prawda tego bardzo popularnego i z niskiej półki, ale zawsze to jakieś novum. Nutka sensacji zdecydowanie pomogła fabule książki nie utykać w mieliznach i sentymentalnych zapętleniach, skutecznie też wprowadza napięcie, które sprawia, że czytelnik nie nudzi się i nie męczy tak bardzo, jak w przypadku, gdyby tego nie było, a przede wszystkim nadaje książce nieco świeżości. Przecież jeszcze nigdy nie spotkałam się z pozycją dla nastolatek, w której byłoby tyle krwi, flaków i dramatów (nie dziwię się więc, że niektórym może zniszczyć psychikę). Literatura dla młodzieży jest tak skostniała w niezbyt ciekawych schematach, że każdy, chociaż najmniejszy, ciekawy i autorski pomysł zasługuje choćby na przelotną uwagę i odnotowanie. Szczególnie że dalej już tak różowo nie będzie. 

Wydanie książki jest niepozorne i zwykłe, oczywiście oprócz okładki. To ten rodzaj okładek, który moja Mama uznałaby za obsceniczny (oni wyglądają jak nadzy albo są, prawda?) a wiele nastolatek za interesujący. Na pierwszy szaro-czarne zdjęcie wydaje się surowe, a nawet trochę mroczne. Widzimy na nim przede wszystkim męską – owłosioną – rękę z wielkim tatuażem będącym jednocześnie tytułem książki. Dalej jest głowa dziewczyny, z zamkniętymi oczami i wyrazem ulgi na twarzy; domyślamy się, że chłopak obejmuje ją, a ona przytula się do jego piersi (romantyczne!). Całość została ujęta w ciekawym, dość tajemniczym na pierwszy rzut oka kadrze, co bardzo przyciąga uwagę w księgarniach, szczególnie kiedy ustawi się książkę na widocznym miejscu w dziale dla młodzieży. Jednak po dłuższym przyglądaniu się pod różnymi kątami w celu napisania tego akapitu, uznałam, że jest w tym coś, co mi się nie podoba. Wydaje mi się, że to jest jakaś sztuczność, jak w – czy to przypadek – utrzymanej w podobnej kolorystyce okładce ostatniej płyty Madonny, na której niemłoda już gwiazda prezentuje jędrną skórę bez zmarszczek. Brakuje naturalności, jakby ktoś wiedział, że taka a nie inna okładka spodoba się młodym odbiorcom, zwróci uwagę pewnego grona osób, które zazwyczaj czytają tego rodzaju opowieści (czyli nie do mnie). Być może dlatego – mimo że uwielbiam minimalistyczne okładki – nie mogę się przekonać się do tej. Poza tym wydaje się za bardzo sterylna i estetyczna, niepotrzebnie wygładzona. Lepiej wygląda po drugiej stronie, chociaż grzbiet i tylna okładka utrzymane są w kolorze różowym – ten straszny kolor został jednak przybrudzony i na grzbiecie ozdobiony tytułem, napisanym wymyślną czcionką, co sprawia, że całość wygląda ładnie i dziewczęco, ale i – co jest wielkim plusem – elegancko. Jakbym zobaczyła książkę od tyłu, może i zainteresowałaby mnie bardziej. W środku jest przeciętnie. Dobry papier, raczej zwyczajna czcionka, zero bardziej spektakularnych rozwiązań graficznych i mnóstwo recenzji na pierwszych kilku stronach. Oczywiście bardzo pozytywnych. Nie wiem, co Wydawca chciał tym udowodnić, ale na mnie podziałało raczej negatywnie, bo zwykle im bardziej reklamowana książka, tym większe kwiatki otrzymuję. 

Jeśli jesteśmy przy kwiatkach, to uprzedzam, że zaraz w tej recenzji rosnąć będą wielkie drzewa, bo narzekania będzie niemało. Zacznijmy może od języka pisarki, ponieważ zjawisko blogowych opowiadań jest mi – z różnych powodów – bardzo bliskie. A styl Autorki jest właśnie jakby żywcem z nich wyjęty, oczywiście w wersji poprawionej przez sztab redaktorów: prosty, komunikatywny, szybki w czytaniu i leksykalnie wołający o pomstę do Boga. Na pierwszy rzut oka całość wygląda jak efekt pracy i ćwiczeń osoby mało utalentowanej i bez polotu, ale ambitnej i z pewnym pomysłem, jednak po dłuższym obcowaniu z książką pod tym ujawnia się niestrawna dawka taniego sentymentalizmu i jeszcze tańszych pomysłów. Narracja jest bardzo płaska, pozbawiona wszelkich emocji (co w kontekście treści książki wydaje się dość dziwne) i nużąca swoim ślimaczym tempem, nawet wtedy, kiedy dzieje się wiele i to w dodatku rzeczy bardzo dramatycznych. A jeśli już jakieś są, to najczęściej te dotyczące niezwykłej, niesamowitej, wielkiej miłości Sky i Holdera, które mają przejmować czytelniczki dreszczami rozkoszy, a w istocie warsztatowym poziomem nie dorównują nawet średniej podobnych opisów w innych tego typu książkach, nie mówiąc o tej prawdziwszej, z założenia lepszej literaturze, gdzie Autorzy raczej nie przypominają egzaltowanych pensjonarek piszących o doznaniach erotycznych siedemnastolatek i – o zgrozo – trafiających w gust XXI-wiecznej młodzieży. Dobrze chociaż, że dysponując tak ubogim językiem, niemal żywcem przeniesionym z wielu przeciętnych internetowych blogów, pisarka nie sili się na artyzm, który potęgowałby tylko wrażenie kiczu. Dość, że całość wydaje się bardzo naiwna i prostsza od budowy cepa, a dialogi nie powalają (a wręcz przeciwnie). Nawet w tych momentach, kiedy teoretycznie powinno być mnóstwo emocji, a to wszystko powinno się kryć się w dialogach, bohaterowie mówią jak nakręcone roboty albo kiepscy aktorzy w jakimś podrzędnym filmidle, a sama treść ich rozmów z powodu swojej nieskładności i naiwności jest charakterystyczna dla tego rodzaju książek i raczej niemożliwa do odtworzenia w rzeczywistości. Chyba że w ostatnich czasach zaniedbałam trochę kontakty z mentalną gimbazą i ludzkimi pokemonami, przez co już nie wiem, jak tacy ludzie się wyrażają. E, to również dość niemożliwe, bo nic w ponurej rzeczywistości nie jest takie różowe, nawet język. 

Ogromną wadą książki jest to, co zasygnalizowałam już powyżej, a teraz powiem bez owijania w bawełnę: tu nie ma nic realistycznego. No dobra, prawie nic. Takie rzeczy jak w rodzinie Sky zdarzają się naprawdę i niestety bardzo często, ale poza tym nawet gdybym stanęła rzęsach nie znalazłabym niczego innego. A i to, co przeżyła bohaterka nie brzmi jakoś realistycznie – drastyczności i cierpienia w jej losie aż do przesady, zresztą całość została odmalowana jakoś kiczowato i krzywo, jakby pośród tych wszystkich okropnych krzywd zagubiły się prawdziwe, intensywne emocje. Zupełnie jak w tych przeładowanych nieszczęśliwymi wypadkami serialach, których twórcy liczą na to, że widz będzie oglądał kolejne odcinki niepokojąc się o bohatera i nie zauważył, że ilość nieszczęścia przekroczyła poziom realizmu, melodramatu i w ogóle wszystkiego. Bo nie wystarczyłoby dużo, nawet katastrofa mniejszych rozmiarów, żeby czytelnikowi rozszarpać serce i już nigdy nie skleić. Co więcej, do tego nie potrzeba jakiś zaawansowanych umiejętności pisarskich czy niezwykle bogatego słownictwa. Tylko dawki logicznego, zwykłego myślenia, żeby nie namotać za dużo. Poza tym można znaleźć tu jeszcze dużo innych kwiatków, które psułyby jakąkolwiek powagę, jeśli taką udałoby się Autorce stworzyć. Choćby to prowadzenie samochodu, co jest już w książkach młodzieżowych tradycją i powodem wielu wypadków samochodowych – chłopak prowadzi samochód, głaszcząc swoją dziewczynę po nogach/miejscach intymnych, całując ją i Bóg wie co jeszcze, a jednocześnie daje gaz do dechy i nie powoduje żadnej kraksy. Mówię wam, kiedy z jakichś powodów cierpię na bezsenność, zastanawiam się, jak to możliwe. Albo to wszystko – co jest motywem wyjętym z gorących harlequinów – co dotyczy seksu. Wszędzie, zawsze, niemal w każdych okolicznościach, bo inaczej będziemy przez pięć stron czytali o fantazjach bohaterki. Ani jedno, ani drugie nie jest ciekawe, już o estetyce nie mówiąc – kilka scen zbudziło mój niesmak swoją nieodpowiedniością; tam, gdzie powinno być trochę odpoczynku, pustej przestrzeni na wzięcie oddechu po (przynajmniej teoretycznie) dramatycznych scenach, pisarka funduje niezwykle głębokie opisy miłości naszych bohaterów. Czasami aż dziw, że mieli na to siły, ochotę i brak przyzwoitości, a może nawet uszanowania czyjeś śmierci. A może to ja jestem taka staroświecka? Cóż, jeśli teraz takie rzeczy są normą, to już wolę być taka, jaka jestem. A co mi konkretnie chodzi? Cóż, przeczytajcie i się dowiedzcie. O owych dramach Sky elektroniką lepiej już nie wspominam, bo rozumiem, że można nie mieć w domu komputera z Internetem czy telefonu komórkowego, ale żeby nie wiedzieć czym jest SMS czy jak się go wysyła… W tych czasach trudno znaleźć takiego człowieka, naprawdę, chyba że przez całe życie nie wychodzi się z domu, albo jest się tak… Dobra, lepiej już nie kończę. Chyba wiecie, o co mi chodzi. Gdzieś wyżej chwaliłam Autorkę za kilka oryginalnych pomysłów, jakie udało się w jakiś sposób wepchnąć w skostniały schemat tego typu powieści, ale trzeba także przyznać, że miejscami przesadziła, chociaż – z drugiej strony – owe ciągłe erotyczne myśli nastoletnich, często jeszcze niepełnoletnich bohaterów, wypełniają każdą książkę tego gatunku, to nic oryginalnego. Tak samo jak wiele innych elementów w powieści, jak tempo zakochiwania się bohaterów, problemy szkolne, najlepsza przyjaciółka czy nawet sekwencja poszczególnych zdarzeń. Sprawia to, że czytając, mamy to samo wrażenie kiedy słuchamy kolejnej popowej, boleśnie wtórnej płyty - irytujące deja vu i ziewanie, szczególnie że tempo rozwija się dopiero przy końcu, czyli wtedy, kiedy już dawno straciłam nadzieję, że coś z tej książki będzie. Ba! I nawet wtedy z grubsza wiedziałam, co się stanie, bo pisarka nie próbowała trików w stylu Cobena; już na początku kilka rzeczy zapaliło lampkę w mojej głowie i potem tylko uśmiechałam się, kiedy wszystko było tak, jak przewidziałam. I nie potrzeba do tego żadnego tarota czy magicznych kuli, ale nieco zwykłego użycia tego pofałdowanego organu, który mamy w głowach. 

Teraz się dopiero zacznie, bo muszę napisać o bohaterach. Mój Boże, aż sama się boję. Przełączam muzykę na jakąś delikatną piosenkę Enyi, która ma moc uspakajania mnie, żebym w tym amoku nie rozwaliła sobie klawiatury, bo doprawdy szkoda jej na coś takiego. Pisanie tekstów recenzjopodobnych wymaga też odpowiedniego wyważenia słów i możliwego ograniczania swoich emocji, co w moim przypadku jest raczej niemożliwe. Ale po kolei. Główna bohaterka – Sky. Tak naprawdę nie wiem, co o niej myśleć, jest taka nijaka. Ani nie wkurza jak większość panienek z tego typu książek, ani zaskakująco ciekawa. Po prostu sobie jest, przygryzając co chwilę wargę, myśląc o swoim przystojnym chłopaku i przeżywając na nowo wszystkie etapy swojej traumatycznej historii, przy czym żadna z tych trzech rzeczy nie wyszła Autorce przekonywująco. Dziewczyna jest nijaka, pusta, bez ciekawszych, głębszych emocji i starannego rysunku psychologicznego (jak może być ciekawy, skoro w ogóle go tam nie ma), nie mówiąc o jakiś charakterystycznych cechach, dzięki którym zapamiętałabym ją na dłużej, albo chociaż przeżywała jej historię i było mi jej naprawdę żal. Okazuje się, że ja na tę książkę postać ta była niezwykle ciekawa i rozbudowana, bo dalej jest tylko gorzej. I tak, mówię tu o owym Holderze. Jest tak typowy, że boli. Z mięśniami brzucha na których widok każdej heteroseksualnej dziewczynie miękną nogi, z dziarą i nieskończonymi pokładami testosteronu, o szczęściu do szybkiego znajdywania tej jedynej (niezbyt cnotliwej zresztą) jakiego niejeden stary kawaler mógłby pozazdrościć. Ale to tylko czepianie się, bo typowe nie musi oznaczać, że coś jest złe - typowy polski rosół może być smaczny albo nadawać się tylko do wylania. Ten jest akurat zły. Głównie dlatego, że poza pięknym ciałem Holder nie ma nic, a jego mózg składa się tylko i wyłącznie z pięknie wyrzeźbionych mięśni. Nie posiada również żadnych ciekawych cech charakteru (poza niemęskim nawykiem patrzenia na gwiazdy… jakie to romantyczne!), rysów i na tyle rozbudowanej psychiki, bym mogła powiedzieć coś więcej, chociaż wskazać to, co Autorce nie wyszło. Ale pisać o czymś, co w ogóle nie istnieje? Tego nawet Salomon nie potrafi. Bardziej niepokojąca za to jest drugoplanowa postać przyjaciółki Sky – istota o imieniu Six, posiadająca opinię – za przeproszeniem -  puszczalskiej. Można i tak, bo postać ta jest wyzbyta wszystkich możliwych cech ludzkich i nie można skategoryzować ją do książkowych bohaterów w ogóle, a przez większą część egzystuje gdzieś na marginesie w postaci SMS-ów; o wiele gorsze jest jednak to, że aspekt jej rozwiązłości został pokazany w sposób zabawny, wręcz sympatyczny. Jakby problem dziewczyn, które nocami wpuszczają chłopaków do pokoju we wiadomych celach (sic!) można było traktować z przymrużeniem oka. Tak wiem, jestem staroświecka, ale literatura, nawet ta popularna, zwykle miała aspekt dydaktyczny. Jeśli to ma być nauka przez bardzo popularną (by nie rzec dość prostacką) rozrywkę, to ja dziękuję za takie coś. Naprawdę. Gdzieś w tle pojawiają się jeszcze postacie opiekunki Sky, osoby bardzo liberalnej w wychowaniu, ale zakazującej posiadania telefonu (to podejrzane, prawda?) i ojca Sky, którego dość groteskowy wątek wprawił mnie w dobry humor, co, jak podejrzewam, było sprzeczne z intencjami Autorki. O ile jeszcze twórcy większości nudnych kryminalnych czytadeł starają się uwiarygodnić tego rodzaju sprawy, pisarka myślała, że wystarczy tylko coś tam napisać, by wszystko było cacy. Ba! Ten wątek wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobny i prymitywny od romansu głównych bohaterów. Czyli już lepiej nie wspominać o tym więcej. 

Najlepiej w ogóle nie wspominać więcej o tej książce. Kiedy o niej myślę, ogarnia mnie pewnego rodzaju zażenowanie. Nie chodzi o to, że przyznaję się do czytania czegoś takiego, albo że mimo wszystko chciałabym mieć chłopaka takiego jak Holder (nie martwcie się, nie jest w moim typie) czy mam coś do poniekąd szczeniackiej miłości dwojga bohaterów. Po prostu jestem zażenowana jej niskim poziomem i tym, że w końcu dałam się namówić na jej przeczytanie. Że uwierzyłam w dobre opinie o tej książce. A także trochę rozczarowana, bo to nie jest to, czego oczekiwałabym po dobrej książce o rozterkach młodych ludzi i tym, co ich spotyka. A nawet o tej pierwszej miłości. Cóż, to nie jest nawet gulity pleasure, które w połączeniu z pysznym espresso z pianką relaksuje po nerwowym dniu; uważam, że nawet książka napisana w takim celu powinna mieścić się w jakiś kryteriach estetyki i dobrego smaku (inna sprawa czy takie tematy mogą być używane w książkach z założenia mających być dobrą rozrywką). Jaka to rozrywka, kiedy ktoś czuje się zniesmaczony? No chyba że robi się to dla perwersyjnej przyjemności, ale do tego trzeba mieć dużo zdrowia, jak dla wszystkich ludzi, którzy mają mózgi we włosach a nie tam, gdzie powinny być, czyli w głowie.

Tytuł: „Hopeless”
Autor: Coleen Hoover
Moja ocena: 0,5/10

poniedziałek, 23 listopada 2015

Kot w śmietanie. Recenzja książki



Zdecydowanie nie należę do łasuchów – kiedy byłam mała problem jedzenia pożywnych kaszek spędzał sen z powiek mojej Mamy. Jeszcze kilka lat temu moje fochy wkurzały niejednego kelnera w eleganckich restauracjach, a moich znajomych i rodzinę w zakłopotanie wprawiały porcje jedzenia zostawione na moim talerzu. Z wiekiem jednak stałam się mądrzejsza (mam przynajmniej taką nadzieję), nie marnuję jedzenia, nakładając sobie małe porcje. Zrozumiałam, że podczas gdy wyrzucamy psu lub innym zwierzętom jakieś jedzenie, gdzieś na świecie dziecko umiera z głodu. Straszna to świadomość. I ta nie dająca spokoju myśl, co to byłoby, gdybym to właśnie ja była na miejscu tamtego człowieka. To, że z zasady nie potrzebuję dużo jedzenia nie znaczy, że czułabym się dobrze nie mając w ustach nic od kilku dni. Co prawda człowiek umiera szybciej od braku wody, ale śmierć z głodu jest długa i straszliwa. Szczególnie kiedy ma się świadomość, że gdzieś tam na świecie ludzie umierają z przejedzenia, wyrzucają mnóstwo dobrych rzeczy. Oczywiście nie wspominam o prawdziwej i mentalnej gimbazie, która wrzuca dobre kanapki do toalet i pisuarów (przyczyniając się tym samym do częstych awarii) oraz koszów na śmieci. Jednak z drugiej strony taka wiedza może też być marzeniem – dziecko wychowane w slumsach ma jakąś szansę na życie w świecie, w którym zabijającego szybko głód fast fooda można kupić za kilka euro. I chociaż dziecko to – czy dorosły – mieszka w skleconym byle jak domku w fawelach czy na afrykańskiej pustyni. Gorzej jest w czasie wojny, tym bardziej, że nowoczesne sposoby walki często niszczą zapasy poczynione przez cywilów i magazyny, niekiedy celowo. Głód zaczyna zaglądać w oczy, stając się największym wrogiem… 

Takim konfliktem była największa dotychczasowa wojna – II Wojna Światowa. W przeciwieństwie do poprzednich konfliktów, prowadzonych dla osiągnięcia konkretnych celów politycznych, wojna była wcielaniem w życie dwóch chorych idei – komunizmu i nazizmu, a Hitlerowi i Stalinowi marzyło się panowanie nad światem. To był konflikt o wiele bardziej okrutny niż poprzednie. Na ulicach obleganego przez Niemców Leningradu zdarzały się przypadki kanibalizmu. Pracujący na Syberii w straszliwych warunkach ludzie otrzymywali tylko talerz cienkiej zupy i kawał chleba; tak samo amerykańscy i australijscy jeńcy Japonii. Oni mieli jednak na tyle dobrze, że psi kawałek chleba otrzymywali dla siebie i mogli go zjeść (o ile ktoś im nie ukradł) nie martwiąc się o przygotowywanie jedzenia ze składników, których nie było i wyżywienie innych osób, na przykład dzieci, które same jedzenia nie zdobędą. O to musiały się martwić gospodynie w innych krajach, jak na przykład w Generalnym Gubernatorstwie, utworzonym na zajętych przez hitlerowców terytoriach polskich. Niemcy z jasnych przyczyn dążyli do wyniszczenia naszego kraju, ograniczali więc przydziały pokarmu do niezbędnych podstaw, jednocześnie zmuszając do ciężkiej pracy. A nikt nie chciał przecież umrzeć; pragnienie życia i obiektywny brak szans zmuszały do sprytu i korzystania ze wszystkich dostępnych i niedostępnych środków, stwarzania czegoś z niczego jak Salomon. A to, jak głosi stare porzekadło, Polak potrafi.

Dowód na to znajdziemy w tej książce – historycznej opowieści o kuchni i jedzeniu w czasach okupacji niemieckiej. Autorka, skupiając się na mieszkańcach wielkich miast, a w szczególności Warszawie, w kilku rozdziałach opisuje panujące tam warunki i sposoby zapobiegania powszechnemu głodowi, jaki powoli zaczynał zaglądać w oczy mieszkańcom Generalnej Guberni. Na samym kartkowym chlebie, słusznie nazywanym dźwiękowcem (chodziło oczywiście o sensacje żołądkowe i związany z tym efekt dźwiękowy) i marmoladzie, która konsystencją i barwą przypominała bardziej masę z utartych buraków i brukwi człowiek nie wyżyje – szczególnie że codzienna dawka dla dorosłego, pracującego ciężko mężczyzny była za mała i trzeba było się jakoś ratować. Tak więc w następnych rozdziałach Autorka pisze o szmuglu czyli przemycaniu żywności ze wsi do miasta i, ponieważ za ten proceder groziły duże kary, technikach ukrywania cennych towarów przed Niemcami. Nie będę tu wyjawiać dużo, żeby nie psuć potencjalnym Czytelnikom zaskoczenia, jakie ich czeka podczas lektury – zdradzę tylko, że Niemcy bali się chorób zakaźnych, wymyślano więc wiele kreatywnych sposób przenoszenia mięsa, ale nie tylko. W każdym razie gwarantuję wielokrotne zbieranie szczęki z podłogi, pomieszane z oczywistym podziwem dla naszych utalentowanych przodków. W kolejnych rozdziałach opisuje także kwitnący czarny rynek i sposoby działania rekinów pokątnego biznesu, którzy – jak się okazuje – tworzyli niemalże przedsiębiorstwa zajmujące się kupowaniem i transportem zakazanych przez okupanta towarów, co bardzo się opłacało i było bardzo potrzebne – bez nich nie działaby kawiarnie, o których traktuje następny rozdział. Bo choć najbardziej luksusowe lokale były zarezerwowane dla Niemców, to Polacy też potrafili urządzić sobie niezłą restaurację. Na przykład taką, w której kelnerkami były przedwojenne gwiazdy, a czas spędzony na piciu erzacu kawy umilał głos Mieczysława Fogga. Nie brzmi przyjemnie? Ba, może na dzisiejsze standardy, ale w tamtych czasach nie każdy mógł sobie pozwolić na coś takiego – większość oszczędzała to, co miała, z niepokojem licząc pozostałe pajdy chleba i ziemniaki, głowiąc się, jak zastąpić podstawowe, ale niedostępne produkty czymś innym i jeszcze przy tym zaoszczędzić. Taką codziennością zajmują się kolejne rozdziały: Autorka z okupacyjnych podręczników dla gospodyń wyławia ciekawe, praktyczne rady dotyczące gotowania kawy z żołędzi (smakowała drzewem) i herbaty ze skórek jabłek; wyrabiania chleba z kartoflami i z mąki żołędziowej; a także pichcenia tortu z fasoli czy piernik z marchwi (mniam). Wspomina także o technikach oszczędzania na gazu, czyli gotowaniu wieżowemu i o tym, jakie korzyści wynikały z hodowli królików w łazience czy kozy w piwnicy, a także o szerokich zastosowaniach spasionych gołębi miejskich. Finalną i chyba najbardziej drastyczną częścią jest opowieść o gotowaniu dla obrońców Warszawy podczas Powstania, chociaż i tu nie braknie weselszych akcentów takich jak tytułowy kot, którego zjadł generał Tadeusz Bór-Komorowski (i który był ponoć smaczny), to całość kończy się dość ponurym akcentem i morałem. A ty, wydaje się pytać Autorka, kończąc opowieść słowami pewnej kobiety, która przeżyła piekło wojny, cieszysz się z tego, co masz na talerzu? 

Ciekawym dodatkiem do całości jest kilkadziesiąt przepisów zaczerpniętych z okupacyjnych książek kucharskich, które możemy wypróbować i ugotować coś innego dla siebie bądź rodziny. Zresztą myślę, że dla celów edukacyjnych również – wielu z nas, ludzi posiadających cokolwiek ponadprzeciętnie rozwiniętą wyobraźnią, nie potrafi dokładnie zrekonstruować tamtej rzeczywistości, w której zwykłe kartofle były droższe od złota, a zrywając pomidory na porzuconym polu można było zginąć. Może te smaki coś nam uświadomią, dodadzą książce kilku nowych znaczeń. Ale przede wszystkim ekscentrycznym smakoszom i kucharzom-amatorom (bo są to dania proste i szybkie w przygotowaniu) dostarczą wielu ciekawych wrażeń – ze swojej strony z czystym sumieniem mogę polecić ciasto piernikowe z marchwią i chleb z kartoflami. Naprawdę mniam

Książka została wydana bardzo estetycznie i ładnie, zarówno jeśli chodzi o wnętrze jak i okładkę. Twarda oprawa, ze zdjęciem dużej rodziny jedzącej i pijącej coś z termosu na przykrytym kamieniu pośród gruzów (domyślam się, że to zdewastowana Warszawa) przyciąga wzrok i intryguje, szczególnie że sterylną biel okładki i śladową czerń połączono z zielonym napisem i paskiem. Nie ma dużo haseł reklamowych, a blurb został wydrukowany oszczędną czcionką bez irytujących i krzykliwych recenzji (czytaj: reklam). Podobnie jest w środku: średniej wielkości przyjemna na wzroku czcionka, z graficznie wyróżnionymi cytatami, a na początku każdego rozdziału sympatyczny obrazek z kucharką, może trochę za optymistyczny, ale i tak nieźle pasujący. Całość przetykana jest zdjęciami, ilustrującymi wybrane fragmenty tekstu; interesujące były w szczególności fragmenty gazet i okładki książek, zapewne unikatowe i dlatego ciekawe. Z resztą miałam jednak kłopot i to całkiem duży. Ponieważ wzrok mam jeszcze niezły, przyglądając się jednej z nich zauważyłam, że fotografia bardziej przypomina rysunek, a potem dowiedziałam się, że opracowaniem ilustracji zajęła się firma graficzna. Ilustracji? To wygląda jak wyostrzanie konturów albo inny efekt GIMP-a czy Photoshopa, no – ewentualnie – zwykła ilustracja. Ale umieszczanie tychże w książce popularnonaukowej, stricte historycznej według mnie nieco mija się z celem. Zresztą pozostawienie pewnego rozmycia, jakichś elementów niewyraźnych to ocalenie czasu w zdjęciu, magicznie zatrzymanego w niewyraźnych czarno-białych plamach; edycja tego sprawia, że pozycja ma mniej autentyzmu niż powinna. Zresztą owe zdjęcio-rysunki nic nie zyskały na wyrazistości, wręcz przeciwnie – dla odmiany wszystko jest szare i gładkie jak twarze na szkolnych zdjęciach (również edytowane), przez co całość wygląda jak jakieś dzieło sztuki współczesnej, taka tam sztuka dla sztuki, a nie zdjęcie w porządnej książce historycznej, w której powinno być widać jak najwięcej, bo przecież takie funkcje ma pełnić ma tu zdjęcie. Albo tylko moje dziwne poglądy. Zresztą nieważne.  

Oprócz tekstu głównego i przepisów, ozdabianych zdjęciami z epoki, do książki dołączono dwa indeksy – z nazwiskami osób występujących w pozycji i nazw okupacyjnych dań, dzięki czemu korzystanie z książki jest wygodne, a całość zaczyna przypominać okupacyjny podręcznik przetrwania. Po krótkim tekście od Autorki, w którym wyjaśnia czym nie jest napisana przez nią książka (nie sądzę jednak, że cofnę swoje zarzuty o ograniczanie pozycji do tak wąskiego zakresu tematu jak gastronomiczne perypetie inteligencji Krakowa i Warszawy), następuje bibliografia. Chociaż jest to tylko wybrany spis użytych źródeł i brak przypisów bardzo mnie zmartwił, wszystko zostało estetycznie pogrupowanie, a wymienione przez Autorkę pozycje wydawały się w większości wiarygodne i profesjonalne. Dużo tu także źródeł mówionych, co decyduje o dodatkowej, dokumentarnej wartości książki. I chociaż wciąż nie mogę zrozumieć braku przypisów, biorąc pod uwagę inne czytane przeze mnie popularne pozycje historyczne, pozycja ta jest utrzymana na dobrym poziomie. Przynajmniej na takim, że mogę czytać bez strachu, że podane przez Autorkę informacje są w logiczny i historyczny sposób prawidłowe. 

Autorka ma to coś, co nazywamy lekkim piórem, które pozwala na przekazanie informacji w sposób prosty i przystępny dla każdego Czytelnika. Jej styl jest lekki, nieskomplikowany, jednocześnie konkretny i z pewnością nie minimalistyczny. Tam, gdzie można pisze ze swadą, wplatając subtelne żarty, ale tam, gdzie należy być poważnym – a wiele jest takich momentów – stara się zachować powagę, na szczęście trzymając się daleko od zbędnej patetyczności, z jaką wielu pisze bohaterskich czynach Polaków podczas II Wojny Światowej i nie tylko.  Myślę, że to najlepszy sposób na opisanie tego typu historii – proste słowa obrazują najlepiej dramat i najdokładniej przekazują emocje. Całość jest utrzymana w tonacji lekkiej, tak, że czyta się bardzo szybko i przyjemnie, czasami aż za bardzo. Na ogół z książki tchnął lekkostrawny optymizm (może poza rozdziałem o Powstaniu, ale to tylko subiektywne wrażenie) opierający się na przeświadczeniu, że Polacy potrafią poradzić sobie w każdej sytuacji; optymizm bardzo sympatyczny, ale po dłuższym czasie dość nużący, nieco może naciągnięty i nieszczery. Mimo wielu pomysłów i rozwiązań scenariusze przedstawione przez Autorkę nie zawsze się sprawdzały – przecież inaczej wszystko wygląda w praktyce, a nie każdemu wiodło się w czasie okupacji na tyle dobrze, by trafić na karty tej książki. Lekkość jest też wadą pod innym względem. Otóż kiedy odłożyłam książkę na bok, miałam wrażenie, że skończyło się, zanim naprawdę rozpoczęło. Już z łatwością zaczynałam wyobrażać sobie obiad powstańca warszawskiego czy smak żołędziowej kawy, kiedy zorientowałam się, że właściwie skończyłam czytać. To było naprawdę przykre uczucie, trochę jak to, kiedy dostajemy do przeczytania tylko fragment jakiejś książki albo wersję demo jakiegoś programu. A zapowiadało się tak dobrze! Jestem w stanie zrozumieć, że – tak samo jak portal Ciekawostki Historyczne, którego współredaktorką jest Autorka – książka jest adresowana do szerokiego grona odbiorców, dla których specjalistyczny język historii jest zbyt skomplikowany i ciężki, ale w takim razie można było się jeszcze rozpisać. Naprawdę, w tym przypadku nawet dwieście stronic więcej nie zaszkodziłoby. A nawet przeciwnie. 

Miałoby to także wiele innych plusów – na przykład to, że Autorka potraktowałaby temat bardziej szczegółowo. I to nie tylko dlatego, że w historii detale są bardzo ważne (i bardzo mnie pasjonują), ubogacając portret wybranej epoki. Szczególnie, że nie jest to przekrojowa monografia czy książka dla ludzi, którzy nie wiedzą, kim był Adolf Hitler, ale pozycja skupiająca się na wąskim zagadnieniu, rzadko przecież poruszanym i niesprawiedliwie spychanym na margines, który jest jednak bardzo ciekawy. Ograniczenie informacji do samej Warszawy i – momentami – Krakowa jest dość nieprofesjonalne (cóż, w takim razie Autorka mogła napisać, że chodzi jej tylko o te miasta), bo ciężko jest generalizować jeśli mamy do czynienia z zjawiskiem tak złożonym. Zresztą trudno jest mówić nawet o generalizowaniu, bo Autorka dotyka tylko niektórych problemów, przedstawiając je w bardzo ogólnych zarysach i w sposób możliwie uproszczony, przez co pomija wiele ciekawych aspektów, które podczas czytania bardzo mnie zainteresowały, ale i zdenerwowały swoim brakiem. Jakieś szczegóły dotyczące czarnego rynku i powody, dla których pomimo częstych nalotów policji niemieckiej miejsca te wciąż kwitły? Produkcja erzaców, jak na przykład jajek w proszku, syntetycznych galaretek i innych dóbr, które Autorka określiła dosadnym słowem sugerującym coś, czego nie da się zjeść? Zresztą błędem samym w sobie było ograniczać książkę do Warszawy i Krakowa – we Lwowie, na przykład, leżącym już na rubieżach Rzeczpospolitej z pewnością wszystko wyglądało inaczej. A na wsi, o której wspomniano tu tylko jako o zapleczu jedzenia dla miasta? Chciałabym dowiedzieć się na przykład o sposobach na ukrywanie takich zwierząt jak krowy przed Niemcami; czuję wręcz, że byłoby to bardzo ciekawe i, lekko opisane przez Autorkę, w pewien sposób nawet zabawne. Ale tutaj takich informacji nie otrzymujemy. Zamiast tego zostajemy zasypani dość niekonkretnymi informacjami o tym, co warszawiacy jedli w święta, jakby to nie była rzecz, którą można omówić w jednym akapicie, zostawiając miejsce choćby na sprawy wymienione wyżej przeze mnie. I choć powinnam być wyrozumiała, bo to dopiero książkowy debiut Autorki, przyzwyczajonej do krótkich artykułów na tematy ważkie, to chociaż na okładce powinni napisać, że to nie pierwsza książka o gastronomicznym aspekcie okupacji, ale pierwszy popularnonaukowy szkic. Wtedy może podeszłabym do lektury inaczej, a po skończeniu czytania nie byłabym taka … głodna. 

CiekawostkiHistoryczne.pl to specyficzny, autorski portal. Chociaż redaktorami są historycy, do opisywanych spraw podchodzą na luzie, może czasami aż za bardzo. Treść artykułów stanowią historyczne ploty (przyznaję, że bardzo do lubię, bo konstruowanie coraz bardziej skomplikowanych drzew genologicznych królów, ich żon i metres jest bardzo ciekawe, zresztą alkowiane problemy i podboje koronowanych głów nigdy nie przestaną smakować pikantnym skandalem), anegdoty i sprawy marginalne, często pomijane w poważnych pozycjach albo po prostu ciężkie do zweryfikowania pomówienia. Prawdziwego historyka przyprawiłoby to o stan przedzawałowy albo i gorzej, ale dla zwykłych laików strona może być ciekawa, a tych, którzy zawsze uważali, że historia to rzędy dat i wojny, z pewnością zaciekawi opowieściami z przeszłości i w przyszłości, kto wie, sięgnie po poważniejsze opracowania. Tak samo jest z książkami pisanymi przez Autorów portalu i nie tylko, szczególnie jeśli chodzi o serię, która ukazuje się z logiem strony: kompletna, dobra technicznie książka historyczna to nie jest, ale zawsze można spróbować, bo może to będzie nasza furtka do pasjonującego świata historii. Wstęp, który pokaże nam, że dawniej działy się takie same rzeczy jak teraz; dzięki któremu niemal namacalnie poznamy walkę o jedzenie, która – na szczęście – jest nam z doświadczenia nieznana. I posmakujemy wybornego kota w śmietanie, danie, które jeszcze nie zagościło (mam nadzieję) na naszych stołach, ale według generała Bór-Komorowskiego jest bardzo pożywne i dobre.

Tytuł: „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania”
Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka
Moja ocena: 5,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Katarzynie z wydawnictwa ZNAK

sobota, 24 października 2015

Baśnie z życia wzięte. Recenzja książki



Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być bajkową królewną. Miały piękne suknie, tańczyły na balach nie brakowało im niczego, a jeśli w ich życiu zdarzyła się jakaś tragedia, zawsze na końcu pojawiał się przystojny królewicz lub rycerz a wraz z nim happy ever after czyli nieśmiertelne „ żyli długo i szczęśliwie”. Ponieważ od zawsze miałam historyczne ciągoty, fascynowały mnie zamki, flagi powiewające na flankach, złota korona na skroniach króla, zbroje, miecze i świat o wiele bardziej kolorowy niż ten za oknami. Wychował mnie więc Disney z najstarszą wersją Królewny Śnieżki i Kopciuszkiem w żółtej sukni, usypiały historie o arabskiej księżniczce, która nigdy nie płakała, ziarnku grochu, Dziadku do Orzechów i Elizie, której braci w pięknej opowieści Andersena przemieniono w łabędzie. Chciałam być którąś z nich, żyć w zaczarowanym świecie pełnym dzielnych rycerzy i bogatych książąt, nieustannie rozglądających się za małżonką również wśród tajemniczych panienek, które zostawiły swój pantofelek uciekając z balu. Życie zrewidowało i to głupie przecież pragnienie, nie tylko dlatego, że na świecie jest już niewiele księżniczek w starym tego słowa znaczeniu, a i one wychodzą zwykle za biznesmenów, którzy nie mają już nic wspólnego z rycerzami w błyszczących zbrojach, a dzisiejsi książęta paradują w firmowych garniturach i krawatach, a chociaż są nie mniej bogaci, często w różny sposób muszą zarabiać na swoje utrzymanie, a dolary wpłacają do banku. Później, kiedy zaczęłam się na dobre interesować historią, okazało się, że prawdziwe królowe, królewny i księżniczki nie miały tak lekko, jak przedstawia się to w baśniach. Często ich życie w zupełności nie przypominało żadnej z nich. Wręcz przeciwnie! Polityczne, aranżowane małżeństwa z niekiedy starymi królami, niepewne losy na oddalonych od domu dworach, śmierć przy porodzie, zapomnienie, szaleństwo, akceptowanie metresy, kochanek i bękartów, czasem znoszenie szaleństwa męża, stawianie czoła dworskim intrygom i szpiegom… I jeszcze ta odpowiedzialność, bo królowa ma istotny wpływ na losy państwa – choć w większości przypadków nie dopuszczano kobiet do polityki, to właśnie królowa rodziła potomka, mającego zapewnić ciągłość dynastii. Tym, że przy porodzie przypadkiem umarła, mało sentymentalny i słabo przywiązany do swojej żony król niekoniecznie się przejmował – zawsze przecież mógł ożenić się jeszcze raz. Przy czymś takim wszystkie klejony i suknie, jakie miała na wyposażeniu królowa traciły swoje znaczenie, prawda? 

Okazuje się jednak, że życie ma i tak dużo wspólnego z baśniami. Albo – żeby było poprawnie – baśnie mają dużo wspólnego z rzeczywistością; pokazują bowiem archetypy ludzkiego losu i ludzkich charakterów, generalizują więc to, co często przeżywamy i o czym piszemy w książkach. Są ludzie źli i dobrzy; lisy i kruki, złe macochy i wróżki, nadzy cesarzowie oraz tacy, którzy chcą słuchać śpiewu słowika, świniopasy, przebiegłe królowe, Czerwone Kapturki i Baby-Jagi (czasami pojawi się jakiś książę na białym koniu, jednak zatrzymanie go na dłużej jest już znacznie trudniejsze, bo uroda nie zawsze idzie w parze z inteligencją czy – co gorsze – charakterem) Z pewnością po dłuższym zastanowieniu potrafilibyśmy wskazać takie osoby i w naszym otoczeniu. Czasami zdarza się też, że bajkowe scenariusze – do których czasami należą niezwykłe przypadki i spełnienie się głęboko skrywanych marzeń – w pewnym stopniu są obecne i w naszym życiu, oplecionym szczelnie przez pajęczynę trudnej rzeczywistości i bujania w obłokach podczas czytania kolejnej dość bezmyślnej opowiastki z happy endem. I nie tylko w naszym. Ponieważ losy ludzkie są takie same w każdej epoce, a zmienia się tylko wystrój i rekwizyty, w niektórych biografiach naszych przodków, znanych i nieznanych, fragmenty baśni były obecne. Tylko nie zawsze te dobre, bo wielu podzielało los Dziewczynki z Zapałkami czy stawało się czarnym charakterem. I nie zawsze z tym dobrym zakończeniem, bo mówi się, że życie z zasady nie zna takich. No ale nie zmienia to faktu, że baśnie są obecne wszędzie. Nawet w historii, uważanej przez wszystkich za rzecz nudną i nieżyciową. 

Z takiego założenia wyszła Autorka tej książki, prowadząca w sieci bloga Kobiety i historia, która do historii, a ściślej mówiąc biografii znanych kobiet, podeszła z baśniowego punktu wiedzenia. Zabieg to ciekawy, wcześniej jeszcze przeze mnie nie spotkany, miałam więc nadzieję na coś nowego, świeżego, a może i przełomowego. Blogerzy, przynajmniej ci lepsi, to kreatywni ludzie, pomyślałam, ciesząc się, że istnieją jeszcze tacy zapaleńcy, którzy w nowatorski sposób chcą pokazywać, że historia nie jest listą dat, nazwisk i pojęć, ale życiem i jego nauczycielką. Kto wie, może to właśnie ta książka, jak dla mnie Poczet Jagiellonów dla dzieci kiedyś dawno, będzie tą, od której zacznie swoją niekończącą się przygodę z najbardziej fascynującą dziedziną nauki? A może choć trochę podniesie świadomość historyczną w naszym kraju, zachęci kogoś chociaż do spojrzenia na ten szkolny przedmiot łaskawszym okiem czy zmobilizuje do sięgnięcia bo znacznie bardziej szczegółową biografię wybranej postaci? Mając takie nadzieje, bałam się konfrontacji z rzeczywistością bardziej, niż możecie to sobie wyobrażać. 

Prawda jest taka, że chociaż długo przed wydaniem książki o blogu Kobiety i historia stało się dość głośno i zostałam o nim poinformowana, nigdy on mnie specjalnie nie interesował. Nie dlatego, że podejście do tematu nie było ciekawe, co przecież bardzo sobie cenię, ale jakoś nie mogę się przekonać do większości blogosfery historycznej. Alergicznie reaguję na błędy, które są wiele bardziej oczywiste i podstawowe niż te, które można spotkać na Wikipedii. I nie tylko dlatego, że nie mam zaufania do źródeł, które nie posiadają długich wykazów bibliografii (bo nie mam, ale nie w tym rzecz), ale po prostu znudziło mnie pisanie długaśnych komentarzy, na które i tak nikt nie odpisywał, bo choć bloger nie musi być alfą i omegą, to jeśli jego strona jest pewnego rodzaju firmą, musi posiadać jakieś kompetencje, czyli przynajmniej przeczytać kilka książek na poważnie. A przynajmniej ja to tak traktuję – nie lubię kogoś oszukiwać, przynajmniej w ten sposób. Tak więc teraz, kiedy pozycja trafiła w moje łapki, weszłam na stronę Autorki, nie chciało mi się zbytnio rewidować treści postów, których przecież było wcale dużo. Zmartwiły mnie tylko gabaryty książki i – sprawdzam to na początku – bibliografia. Zwykle wychodzę jednak z założenia, że nadzieja umiera ostatnia i, jako że pewnego dnia miałam dość wolnego czasu, zabrałam się za lekturę, mimo wszystko licząc na coś ciekawego, a przynajmniej na mile spędzony czas, w którym będzie czas  na kolejną podróż do przeszłości – do czasów mojego dzieciństwa, kiedy ubierałam się w sukienki mamy i dorośle upinałam włosy, jak i do wieków pełnych królowych, królewien i księżnych, ich sukien, karoc oraz politycznych intryg, które nieraz przekreślały ich szczęście. 

Ale żeby było bardziej optymistycznie, Autorka pogrupowała ich postacie według baśniowych scenariuszy. Są historyczne Kopciuszki, Śpiące Królewny, Królewny na Ziarnku Grochu, Królewny Śnieżki i – co zapewne jest najbardziej ciekawe – Piękne i Bestie. Snuje więc historie o Elżbiecie Rakuszance, która była bardzo brzydka, ale i tak stała się ukochaną żoną przystojnego Kazimierza Jagiellończyka oraz matką królów, o Zofii Chotek, zwykłej hrabiance, która została żoną arcyksięcia, o Czarnej Halszce i jej toksycznej matce oraz o księciu Konstantym Pawłowiczu i jego polskiej żonie, Joannie Grudzińskiej. Nie brakuje także takich sław jak Bona, Barbara Radziwiłłówna, Maria Tudor (znana jako Krwawa Mary nieszczęśliwa królowa Anglii jest postacią, której zawsze współczuję, cieszę się więc, że Autorka, w odróżnieniu od wielu innych zajmujących się tą tematyką w sposób hobbystyczny osób traktuje ją sprawiedliwie i z wyrozumiałością), cesarzowa Sissi, Joanna Szalona czy lady Jane Grey. Blogerka opowiada również o postaciach mniej znanych, dość niepopularnych, albo zapomnianych: Anna Lenowens, Stefania Klotylda Koburg czy Sydonia von Borck, niejako odświeżając ich sylwetki i, kto wie, może przywracając ogólnej świadomości historycznej. I bardzo dobrze, bo szczerze mówiąc wolę poczytać o nieszczęściach córki Sobieskiego czy przekleństwie, jaki na ród Gryfitów rzekomo rzuciła piękna i odtrącona Sydonia, niż po raz setny przypominać sobie oklepaną historię miłości Zygmunta Augusta i Radziwiłłówny, która fascynująca była kilka lat temu, a o której wspomina każda bardziej popularna książka o historii Polski (zresztą to bardzo, ale to bardzo pesymistyczna opowieść). Jak większość na kartach tej pozycji, muszę zauważyć – tylko kilka z nich kończy się jeśli nie bajkowym happy endem to przynajmniej jakimś pozytywnym, przynoszącym nadzieję akcentem. Przez to całość ma mniej baśniowy akcent, niż można było się spodziewać - cała ta bajkowość jest tylko opakowaniem, w którym Autorka przemyca prawdziwe życie ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. 

Jest coś, co w książce bardzo mi się podoba, a czym szeroko Autorka napisała we wstępie. Chodzi o dostrzeżenie konieczności pisania i opowiadania o historii inaczej niż robi się to w szkole oraz większości pozycji popularnonaukowych i przeznaczonych dla profesjonalnych historyków. O poszukanie jakiegoś klucza, którym można otworzyć furtkę do świata historii dla każdego, nawet osoby, która wcześniej uważała, że kłótnie królów, papieży i niekończące się wojny, w których było pełno bitew niedaleko miejscowości o czasami trudnych do wymówienia nazwach. Bo przecież, jak pisze Autorka, problem nie polega na tym, że ludzie nie są zainteresowani historią, tylko zwykłe spojrzenie na tą dziedzinę nauki sprawia, że wielu – niesłusznie – uznaje, że to bardzo nudne. A później już trudno zmienić swoje zdanie. Blogerka postanowiła więc to zmienić, odwołując się do naszych najgłębszych wspomnień i sentymentów, wpisać w baśniowe scenariusze historie prawdziwych, żyjących kobiet, minimalizować ilość dat, nazw miejsc i nazwisk, tak, by uczynić lekturę książki prostszą i bardziej przyjemną, a jednocześnie zaciekawić czytelnika, zaintrygować, zaczarować i zahipnotyzować magią historią. Może ktoś potem postanowi przeczytać coś innego, może bardziej skomplikowanego, a potem zostanie miłośnikiem historii? Kiedy przeczytałam Wstęp do pozycji, pod niektórymi stwierdzeniami Autorki chciałam podpisać się wszystkimi czterema  łapkami i pełna nadziei czytałam dalej, licząc może nie na jakieś rewelacje i sensacyjne ciekawostki, ale na dobrą lekturę, odmienne od mojego spojrzenie, które z pewnością mnie czegoś tam nauczy. 

Największą zaletą pozycji jest język, pasujący do luźnej konwencji, jaką przyjęła Autorka, choć czasami jej krótkie, mało rozbudowane zdania drażniły mnie i sprawiały, że czytanie nie było niezbyt płynne. Dzięki temu jednak książkę czyta się właściwie błyskawicznie, pożera za jednym razem, niemal przepływając wzrokiem po stronach. Styl zresztą odkrywa tożsamość: mimo że każdy z nas jest inny, pewne cechy wskazują na blogera. Wiecie, subiektywność wypowiedzi, charakterystyczna narracja, luz i elementy typowo dziennikarskie, które są obecne we wszystkich dobrych tekstach blogerskich. No i długość rozdziałów, odpowiadająca przyzwoitemu postowi (nie, moje są nieprzyzwoite), ale na książkę za krótka, przez co ma się wrażenie, że tekst przecieka między palcami, a dana opowieść kończy się zanim dostatecznie oswoimy się z daną bohaterką. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo Autorka nie traci dystansu właściwego skromnym blogerom, a i tekst w tym stylu jest znacznie lżejszy i łatwiejszy w przekazie, szczególnie dla tych, którzy są przyzwyczajeni do tego typu prostego języka. Nie można jednak Autorce odmówić bogatego słownictwa i dobrego warsztatu, którego delikatne niedociągnięcia tuszuje pasją opowiadania i przeżywaniem opisywanych wydarzeń, a także – co, myślę, było najważniejsze – umiejętność zaciekawienia czytelnika (każdy dobry bloger powinien coś takiego mieć, ale lepiej nie rozpisuję się na ten temat, bo ja nie posiadam takiego daru od losu), zaintrygowania go i zmuszenia do inicjatywy. Bo tu potrzeba dość własnej kreatywności – bez tego książka będzie jak ciastko bez nadzienia. Do zaprezentowanych przez Autorkę scenariuszy można bowiem dopisywać własne przykłady według wzorów, wymyślać inne baśniowe wzory postaci, albo po prostu poszukać innych, które nie zostały przedstawione w książce, a zasługują na większą uwagę. Ostatecznie na świecie żyło już tyle ludzi, że znajdzie się jeszcze wiele innych ciekawych przykładów – na przykład – złych macoch. Wystarczy uważnie szukać… 

Czytając miałam bowiem często wrażenie niedosytu  Bo poza wymienionymi (niewieloma) przykładami mniej znanych bohaterek Autorka sięgała po oklepane historie i odsmażane wielokrotnie kotlety: Bona, Barbara Radziwiłłówna, Joanna Szalona, Maria Tudor (Elżbieta też pojawiła się w kilku miejscach) oraz siostry Jagiellonki: Anna, Katarzyna i Zofia. Może wiele osób nie wie o takich postaciach, ale o nich poczytać można w innych, równie nowatorskich opracowaniach. Nie są to zresztą najciekawsze historie, bo o ile Katarzyna Jagiellonka, więziona z mężem przez cztery lata w wieży przez Eryka Szalonego, to ciężko tyle samo napisać o jej siostrze Zofii, której życiorys był mało skomplikowany i w gruncie rzeczy – poza kilkoma szczegółami – niezbyt interesujący, przynajmniej dla kogoś piszącego tego rodzaju książkę. Ten rozdział Autorka mogła zastąpić czymś innym, mniej znanym. Na przykład historią królowej Melisandy i króla Fulka d’Anjou, który urodą nie grzeszył, więc nadawałby się idealnie na książkową bestię (tyle że opowieść nie skończyłaby się dobrze, bo spory małżeńskie doprowadziły niemal do wojny domowej). Albo o występnych żonach synów Filipa Pięknego, chociaż te trudno byłoby dopasować do jakiejś kategorii. A w starożytności nie było królowych? Taka chociażby Kleopatra, albo Nefretete, to najprostsze zresztą przykłady. Semiramida. Albo nieszczęsna pierwsza żona Nerona, Oktawia. W roli Kopciuszka doskonale czułaby się Rokosana, ukochana żona sułtana Sulejmana Wspaniałego, która – jak plotka głosi – była słowiańską branką i niewolnicą. Eh, tomy można pisać. Wystarczy poszperać, znaleźć w sobie dawkę oryginalności i kreatywności, chęć opowiadania o czymś innym niż wszyscy. Bo myślę, że prawdziwy romans z Bliskiego Wschodu działa na wyobraźnię odbiory bardziej niż Bona-trucicielka; przynajmniej tak mi się wydaje. 

Z drugiej jednak strony przytoczone wyżej przykłady wymagają większego nakładu pracy i czegoś więcej niż podstawowych wiadomości historycznych. A nawet z tymi, jak wynika z książki, Autorka ma problem. I jeszcze się z tego cieszy; we Wstępie stwierdza, że na szczęście nie jest historykiem. Na szczęście. Bo historyk traktuje te wszystkie postacie jako figurki, razem z tłem tworzących pewne ściśle naukowe konfiguracje, nie rozumie ich uczuć, ocenia ich z perspektywy naukowego mądrali, który połknął encyklopedię i zamienił się dinozaura. A przynajmniej tak twierdzi Autorka, nazbyt przeceniając swój blogerski zapał. Świadczy to o tym, że czyta mało dobrych monografii – owszem, są historycy którzy swoje oceny biorą z kosmosu, ale zazwyczaj kierują się empatią i prawdziwym wyczuciem tematu. Zresztą mniejsza o oceny i zanudzanie trudnymi do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika kłótniami królów i papieży, skoro Autorka popełniła w swojej książce wiele kardynalnych błędów, które płazem nie uchodzą nawet ogarniętym uczniom. Przede wszystkim szok i zrozumiały niesmak wywołała u mnie historia Klary Zach. I to nie dlatego, że w jakiś sposób chcę bronić późniejszego króla Kazimierza Wielkiego, bo nie można mu odmówić wątpliwej moralnie słabości do płci pięknej, ale cała historia zbudowana wokół tego faktu jest najprawdopodobniej krzyżacką plotką (kto jak kto, ale Krzyżacy w propagandzie byli mistrzami) i próbami wytłumaczenia sobie zamachu ojca zgwałconej dziewczyny, Felicjana Zacha na Karola Roberta i Elżbietę Węgierską, która straciła wtedy cztery palce. Branie niesprawdzonych faktów, do których historycy mają wątpliwości, jest dość nieprofesjonalne, szczególnie że wielu ludzi uzna tę informację za prawdziwą. Zresztą rozdmuchiwanie jakiegoś epizodu z życia Kazimierza, których w jego biografii jest na pęczki, to robienie z igły widły. Ale jest jeszcze gorzej, bo około 27-letni Jagiełło w oczach Autorki był już starcem. Ha! Co prawda w średniowieczu pogląd na ludzki wiek był nieco inny, ale nawet wtedy litewski książkę był uważany za człowieka w sile wieku; nie da się tego nawet wytłumaczyć z punktu widzenia Jadwigi, bo różnica wynosiła jakieś trzynaście – czternaście lat, czyli niewiele (o starcach możemy rozmawiać, kiedy dwudziestolatka wychodzi za mężczyznę sześćdziesiąt, pięćdziesiąt lat starszego i Hedwiżka z pewnością o tym wiedziała). Ów starzec dożył zresztą osiemdziesiątki i zdążył być dobrym królem, więc trochę nie zasługuje na takie określenie. Trochę. Za to Zygmuntowi Staremu pisarka oddała z nadwyżką – został najlepszym polskim królem. Serio? W skali światowej był, owszem, niezły, ale brakowało mu energii, zapału i strategicznego myślenia, czyli wszystkich cech, jakie są potrzebne, żeby wygrać w polityczne szachy albo być przynajmniej poważnie traktowanym. Bo niby ten hołd pruski w 1525 ładnie wyglądał, ale 1 września 1939 roku poznaliśmy jego konsekwencje. Wiadomo jakie. Drobniejszych spraw jest więcej – przede wszystkim nachalne odbrązowienie królowej Bony i oczyszczanie z niej zarzutów o trucicielstwo, utyskiwanie na Barbarę Radziwiłłównę i rozpaczanie, że nikt już o wielkiej królowej nie pamięta. Cóż, może i racja, ale wszyscy książęta mazowieccy nie popełnili chyba zbiorowego samobójstwa, kiedy Włoszka miała chrapkę na ich ziemię. Autorka pomija tę kwestię – jak się domyślacie – milczeniem. 

Szukanie w książce bibliografii, kiedy natknęłam się na nieszczęśliwą historię Klary Zach, zajęło sporo czasu, tylko dlatego, że spis książek używanych przez Autorkę zajmuje stronę. I to jest jeszcze wybrana bibliografia (sic!). Rozumiem, czasami używając jednej książki można napisać następną, a to jest nie lada sztuka. Użyte przez blogerkę pozycje są jednak dość nieprzekonywujące; mało tu pozycji specjalistycznych, a tym samym wiarygodnych – dużo pozycji wydanych niedawno, zajmujących się historycznymi plotkami, nie wiem czy rzetelnych (mogę szerzej wypowiedzieć się na temat Dam Złotego Wieku Kamila Janickiego, którą zrecenzowałam na blogu, biadając nad oczywistymi i podstawowymi błędami Autora). Jest Kromer, słownik Kopalińskiego – pozycja nijak pasuje do tematu, ale to wielkie dzieło – i sporo szkiców biograficznych oraz popularnonaukowych biografii. Mało tego, a niektóre, sądząc po tytułach, brałabym z przymrużeniem oka. I spisałabym raczej całą bibliografię, bo to po prostu lepiej wygląda, tak samo jak obecność przypisów. Może Autorka uważała, że ich brak ułatwi czytanie? Ja czuję jedynie dyskomfort, bo z pewnością jestem inna niż reszta społeczeństwa, jednak ponieważ książka nie jest powieścią, ale czymś w stylu monografii, więc wynika to nawet z zasad dobrego wychowania. Jeśli chciała wyjść naprzeciw oczekiwaniom masowego czytelnika, który w świat historii (jeszcze) nie wsiąknął, to zawsze można było przypisy umieścić w specjalnej części, na końcu książki, tak, by można było pominąć, a każdy, kto tak jak ja, uważnie je czyta (tylko nie pytajcie o powód, bo go nie znam), czuł się usatysfakcjonowany. Jakkolwiek byśmy na to nie spojrzeli, to wciąż jest historia, nie baśń. 

Wydanie za to jest porządne i całkiem niezłe. Okładka utrzymana jest w delikatnych, pastelowych kolorach - beżach, ercú, delikatnych, pudrowych różach i jasnych brązach, tworzących razem harmonijną, przyjemną dla oka całość. Na przedniej okładce widzimy odwróconą plecami kobietę w eleganckiej sukni przeglądającą się w lusterku, w którym widzimy jej twarz (wywołuje to dość dziwne uczucie, szczególnie że mam słaby i zmęczony wzrok), tajemniczo i smutno spoglądającą na czytelnika. Bajkowo-historyczne klimaty, powiedziałabym, a w dodatku pomysłowo i bardzo kobieco.  Tytuł, zapisany na sukni postaci, jest wydrukowany ładną czcionką, aczkolwiek zawiera jeden dość poważny błąd (jestem bardzo konserwatywna, jeśli chodzi o rozdzielenie słowa bajka od słowa baśń). Pod spodem mamy podtytuł i jeszcze dopisek o tajemnicach, a na końcu, pomarańczową czcionką, imię i nazwisko Autorki, wraz z informacją o jej blogu (to powtarza się na tyle okładki, jakby była to jedyna rzecz, jaką pisarka osiągnęła). Na tylnej stronie jest długi, ale pobieżny opis w dwóch różnych kolorach, a także króciutka biografia blogerki, będąca raczej opisem jej książki. A szkoda. Chętnie dowiedziałabym się o niej coś więcej, może nawet uśmiechnęła się do jej zdjęcia. Grzbiet jest nieco ciemniejszy, z czerwonym tytułem, wygląda zupełnie przeciętnie, ale chyba z powodu skromnych rozmiarów. Szkoda. Przez to ginie na mojej półce obok grubych, kolorowych towarzyszek, a zawsze smuci mnie, kiedy jedna z książek zostaje przysłonięta przez inne, ale co na to poradzić. Warto też wspomnieć o nalepce, jaka była na moim wydaniu, która informowała, że książkę poleca Ewa Stachniak, jak wiecie, pisarka i Autorka dwóch doskonałych powieści o Katarzynie Wielkiej. Z blogerką łączy ją charakterystyczne, kobiece podejście do historii, rozwikływanie supłów losu postaci historycznych i niezwykle sensualne portrety kobiet, królowych i caryc, nie dziwię się więc, że poleca pozycję, włączając się w bardzo ważną akcję wspierania blogerów. To bardzo miło z jej strony, chociaż z pewnością ma większą wiedzę historyczną. 

Zaczynając lekturę miałam pewność, że to historia w wersji pop, nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo – poza miłą rozrywką w ukochanych klimatach nie zyskałam nic nowego. Chyba że mówimy o wiedzy pozahistorycznej, bo pozycja, paradoksalnie, nauczyła mnie trochę życia. Teraz zaczynam dostrzegać baśnie w rozmaitych opowieściach, a w baśniach, tych najbardziej klasycznych, kawałki ludzkiego życia. Skomplikowanego, pełnego warstw, nie zawsze sprawiedliwego. Bo, na przykład, zamiast jednej z wielkich księżniczek, żoną przystojnego królewicza zostało popychadło kuchenne, a Śpiąca Królewna, by znaleźć tego jedynego, musiała czekać aż sto lat. A baśniowe scenariusze z życia wzięte kończyły się czasami zupełnie inaczej, niż chcieli tego opowiadacze baśni, nie chcąc niszczyć dziecięcej niewinności i naszej nadziei – czasami maska Bestii nie opada, a książę na białym koniu nie przyjeżdża, myśliwy dopada i zabija Śnieżkę, a ziarnko grochu okazuje się kamieniem młyńskim. I nie ważne kim jesteś i w jakim wieku żyjesz: królową w klejnotach i pięknych sukniach czy pomywaczką w brudnym fartuchu albo marzycielką myślącą wciąż o happy ever after – baśń zwana życiem dopada każdego.

Tytuł: „Bajki, które zdarzyły się naprawdę”
Autor: Anna Moczulska
Moja ocena: 3,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa Znak

wtorek, 22 września 2015

Zapomniane zbrodnie. Recenzja książki



Nigdy się tyle nie kłamie, jak przed wyborami, w czasie wojny lub po polowaniu – powiedział Otto von Bismarck, „Żelazny Kanclerz” , który poza wygraniem wojny z Francją w latach 1870-1871 zjednoczył państwo niemieckie i wskrzesił Cesarstwo. Obserwując historię poszczególnych krajów i kontynentów trudno się z nim nie zgodzić – oszustwo zdaje się podstawą dobrej polityki, szczególnie w czasie wojen, które, jak pokazuje wiele przykładów, wygrywa nie lepszy, ale sprytniejszy. I nie ma tu miejsca na sentymenty, przykazania czy zwykłą, ludzką moralność, a tym bardziej prawdę. Prawda! Właściwie nigdy nie było dla niej miejsca, nawet w czasach szeroko pojętej demokracji, nie mówiąc o rozmaitych formach władzy absolutnej, od boskości cesarzy rzymskich i królów perskich, oświeconych monarchii do totalitarnych dyktatur w wiekach dwudziestym i dwudziestym pierwszym. Uczciwość? Konstelacja sojuszy zmienia się szybko, twój niedawny przyjaciel pośle skrytobójcę, a wróg będzie całować cię w policzek; ty musisz być bardziej sprytny, bardziej okrutny i bardziej wyzbyty sumienia od nich wszystkich razem wziętych, żeby mieć jakąś szansę na przeżycie. Prawdziwa polityka to wciąż prawo dżungli, dobór naturalny. Świat, w którym chrześcijańskie wartości są dla słabych. Darwin. Nietsche. 

Właściwie przestało już mnie to dziwić. Znając kondycję ludzi historia przestała mnie szokować. Bo choć można wskazać wiele postaci szlachetnych i wiele czynów chwalebnych, niewątpliwie bohaterskich, historia polityczna świata jest opowieścią o – mówiąc językiem dzieci – złych ludziach. Złych? Większość po prostu lepiej czy gorzej chciała przeżyć, jakoś nie przejawiając ambicji  czy marzeń o władzy. Byli jednak i tacy, dla których określenie zły byłoby eufemizmem. Jedni i drudzy na ogół, jak to ludzie, przejawiali tak powszechną dla gatunku homo sapiens zdolność niszczenia. Świata, tego, co stworzyli, ale najbardziej – siebie samych i innych, raz po raz rozkładając w różnych miejscach globu wojenną szachownicę, czy w słusznej sprawie, czy nie. I kłamią, a skutkiem ich kłamstw jest śmierć wielu innych (często ginących w imię ideologii, które w rzeczywistości są marzeniami szaleńca albo zasłoną dymną pragnienia władania światem) i – zdarzyło się to już dwa razy – cały świat ogarnięty wojną, po czym niemal niemożliwe jest już odbudowanie dawnego porządku moralnego, a tym bardziej wymazanie ze zbiorowej pamięci. Dla nich jednak nie liczy się nic. 

Dokładnie siedem dni przed wybuchem II Wojny Światowej, 23 sierpnia 1939, do Moskwy przybył Joachim von Ribbentrop – minister spraw zagranicznych III Rzeszy Niemieckiej Hitlera. Jego misja, udana zresztą, była bardzo ważna: miał podpisać z Rosją Sowiecką ważny pakt, formalnie będący umową o nieagresji i przyjaźni – a nieformalnie – ustaleniem granic pomiędzy mocarstwami. Mocarstwami, które, powiedzmy sobie szczerze, bardzo się wcześniej nienawidziły; co więcej, uważały tę nienawiść za podstawy swoich ideologii. Adolf Hitler, Austriak ze śmiesznym wąsikiem i typowy Aryjczyk oraz Józef Stalin, gruby Gruzin z pseudonimem sugerującym stalową odporność i wytrzymałość, od tamtego dnia stali się przyjaciółmi i sojusznikami w dopiero co rozpoczętej wojnie Chociaż nienawidzili się nawzajem, przyciągnął ich do siebie wspólny interes, dla którego potrafili skłamać, oszukać i zdradzić nawet swoje straszliwe ideały: razem mieli zdobyć świat i podzielić się nim, by w ten sposób zrobić zadość swoim wielkim, chorobliwym ambicjom, a ich oficerowie jakiś czas później salutowali sobie na wspólnej paradzie wojskowej w osławionym Brześciu nad Bugiem. Na dobry początek ich ministrowie w tajnym protokole dołączonym do paktu dokonali IV rozbioru Polski i zdecydowali o losach państw nadbałtyckich, co –  chyba w pewien sposób podejrzewali – zaważy znacząco na dziejach Europy, a szczególnie jej wschodniej części. Współpraca, z lepszym lub gorszym skutkiem, trwała do agresji nazistowskich Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941, a jej efekty, takie jak współpraca gospodarcza i handlowa, ale przede wszystkim geopolityczny podział stref wpływów i propagandowe machinacje, stanowią ważny kontekst i źródło wielu zdarzeń na Wschodzie – w tym pogromu Żydów w państwach bałtyckich i wschodniej Polsce i mord na Polakach w Katyniu – bez której nie będzie można zrozumieć tego, co wydarzyło się tam podczas największej i najbardziej skomplikowanej wojnie w historii świata. 

Od lewej: J. von Ribbentrop, J. Stalin, W. Mołotow  [źródło]  


Niestety, historia tego paktu, a nawet fakt jego zawarcia nie jest znana na Zachodzie, a Stalina w wielu miejscach uważa się nadal za wujka Joego – czasem brak im nawet podstawowej wiedzy, co czasem prowadzi do wysnuwania w niektórych kwestiach bardzo krzywdzących wniosków. Bardzo dobrze zatem, że angielski historyk – nieprzypadkowo związany z prof. Normanem Daviesem, który uważany jest za największego zachodniego znawcę historii Polski i wschodniej Europy w ogóle – podjął się zadania utrwalenia w świadomości zachodnich odbiorców specyfiki tego paktu, ukazując przy tym prawdziwy charakter obu dyktatorów i ujawniają – co dla Polaków zresztą nie wydaje się już tajemnicą ani też sensacją – ich realne zamiary w kwestii nie tylko wycinka Starego Kontynentu, ale i całego świata, którym oba diabły chciały się podzielić. Bo metaforyczny tytuł jest jak najbardziej trafny i przy tym ciekawy: samo wymierzenie postanowień paktu w życie tysięcy ludzi, nie pozostawia złudzeń co do tożsamości zarówno Hitlera jak i Stalina. 

Pozycja, rozpoczynająca się ukazaniem kulis podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, przedstawia w kompleksowy i wyczerpujący sposób historię porozumienia dwójki dyktatorów. W kolejnych rozdziałach poznajemy wydarzenia rozgrywające się podczas trwania paktu, z naciskiem na te, które są bezpośrednimi skutkami tego porozumienia. Ponieważ trudno byłoby przedstawić je chronologicznie w innej formie niż kalendarium, Autor zdecydował się pogrupować całość tematycznie. Jest więc część poświęcona reakcji Zachodu, szczególnie funkcjonujących tam partii komunistycznych, od których Moskwa wymagała zmiany linii, będącej zresztą zaprzeczeniem podstaw ideologicznych komunizmu, na pakt i poglądów na tą sprawę w  samych nazistowskich Niemczech, szeroko omówiono też skutki polityczne – realizację IV rozbioru Polski, aneksję państw bałtyckich i ich trudną sytuację, niewygodną kwestię Rumunii, a także reakcję władz aliantów i ich grę dyplomatyczną, gdzie najbardziej zaciekawiła mnie nieudana operacja Pike. Dużo miejsca – co dla mnie, osoby znającej II Wojnę Światową bardziej ze strony militarnej niż faktograficznej było bardzo ciekawe i zaskakujące – poświęcono wzajemnym stosunkom gospodarczym III Rzeszy i Związku Radzieckiego, opartym na wymianie materiałów, maszyn i gotowego sprzętu do przemysłu wojennego. Przykładem może być choćby pancernik Lűtzow, który – co za ironia losu! – pod zmienioną na rosyjski nazwą ostrzeliwał Niemców oblegających Leningrad. Ale to dopiero później, bo końcom pozytywnych stosunków między oboma państwami Autor również poświęca osobny rozdział, a nawet dwa, wcześniej szeroko relacjonując pobyt Wiaczesława „Kamiennego Tyłka” Mołotowa (pseudonim pochodzący od młotka, tak samo jak pseudonim Stalina – łatwo można się domyślić – pochodzący od stali) w Berlinie, na nieudanych negocjacjach. I choć kończy na początku agresji Niemiec na Rosję (summa summarum jest to zrozumiałe, bo konflikt ten był przekreśleniem wszystkich postanowień, co oznacza, że porozumienie przestało istnieć), co na początku sprawia uczucie dyskomfortu i niedosytu, to, mówiąc ogólnie, przedstawia historię paktu w sposób jak najbardziej całościowy. 

Dodatkowym plusem są wstawki funkcjonujące jako ciekawostki: dlaczego Mołotowa nazywano „Kamiennym Tyłkiem” bądź „Żelaznym Zadkiem”? Kim był Ribbentrop, zanim stał się von Ribbentrop? Już nie wspominam oczywiście o prasowych ilustracjach, z których kilka umieszczono w książce i które w pewien sposób rozładowują ciężką atmosferę, dzięki czemu czytanie książki nie jest tak ciężkim zadaniem dla osób o słabszej psychice. 

Napisałam, że książka pozostawia uczucie niedosytu i to jest prawda, ale nie z powodu historii – przecież po napadnięciu Stalina przez Hitlera w sprawie paktu o nieagresji ciężko jest jeszcze coś napisać. Chodziło mi tu bardziej o to, że nie obraziłabym się, gdyby była grubsza i to głównie z powodu, że pozycja jest świetnie napisana. Styl Autora jest lekki, przystępny nawet dla historycznego laika, a język – mimo użycia, z konieczności, rzecz jasna, pewnych historycznych terminów – żywy i ciekawy. Dzięki temu książkę czyta się szybko, bez nadmiernego wczytywania się w karkołomnie zbudowane, długie zdania, których tu po prostu nie ma, tudzież zastanawiania się, co Autor miał na myśli, z trudem odczytując złożone, dziwne wyrazy i czytając o wydarzeniach, o których poza pisarzem wie wąska grupa osób. Choć też nie oznacza to, że nie trzeba mieć podstawowych informacji o II Wojnie Światowej – temat paktu jest już bardziej szczegółowy, a Autor zakłada, że czytelnik wie, czym była Dunkierka, wojna zimowa, Pearl Harbor czy państwa osi, a nazwisk takich jak Mussolini, Goebbels czy Roosvelt nie słyszy pierwszy raz, nie mówiąc o podstawnej znajomości wojennych militariów. W każdym razie czyta się jak dobrą powieść, z napięciem czekając na znany lub nie rozwój wypadków i śledząc powody i konsekwencje tych fragmentów, które być może znamy, ale wydawały się zawsze nieco wyrwane z kontekstu, pozbawione pewnej ciągłości. Być może jednak to tylko mój zniszczony historią mózg, bo traktowanie tej pozycji lepiej niż wielu powieści jest cokolwiek osobliwe, ale nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się doskonale, a Autor jest niewątpliwie obdarzony lekkim piórem, tak ważnym dla precyzji opisywanych problemów i odbieraniu treści przez czytelnika. 

Wierzcie lub nie, ale kiedy po raz pierwszy zobaczyłam książkę, nie mogłam powstrzymać się od wyrażenia swojego zachwytu okładką w jakiś sposób bardziej cywilizowany niż pisk. Chociaż byłoby to dziwne, kiedy ktoś zachwycałby się umieszczonymi na okładce wizerunkami dwóch diabelskich dyktatorów-sojuszników, to całości nie można odmówić elegancji i tego czegoś, co w księgarniach będzie przyciągać wzrok. I czaru temu złotemu tytułowi, bo jeśli chodzi o mój subiektywny gust, do spodobało mi się najbardziej. W każdym razie wydawnictwo bardzo się postarało, dzięki czemu czyta się przyjemniej, już o samym trzymaniu książki w rękach nie mówię. Obłożony czarną, lśniącą okładką tom, z wytłoczonymi złotą czcionką literami tytułu i czerwonym, odcinającym się od reszty nazwiskiem Autora. I te mordy – wyłaniające się z mroku, złowrogo skontrastowane z resztą na siwo i biało, wyglądające naprawdę szatańsko. Kto choć trochę o nich wie, może się naprawdę przerazić, kiedy niechcący natknie się na tą książkę ciemną nocą. W środku jest już mniej strasznie, choć dalej bardzo estetycznie: pod miękką obwolutą kryje się właściwa, twarda okładka książki, zupełnie taka sama, tylko bez owego złotego napisu, a blurb, utrzymany w białej i czerwonej kolorystce, na którym, poza streszczeniem i entuzjastyczną opinią prof. Daviesa (przypadek?) umieszczono cytat z Hitlera i Stalina na temat paktu. Nie znałam ich wcześniej, ale umieszczenie ich tu wydaje się jak najbardziej trafne – poza kwintesencją tez wysnutych przez Autora ilustrują też faktyczne nastawienie obu stron do zawartego porozumienia. Nastawienie, powiedziałabym, rasowych polityków. Chociaż Stalin znów wyszedł na typowego Rosjanina i jak zwykle zbyt pewnego siebie kombinatora. Czyta się przyjemnie także dzięki wygodnej czcionce, użytej przez Wydawnictwo i przejrzystemu układowi stron. U góry strony zawsze podano rozdział, jaki aktualnie czytamy, co bardzo ułatwia nawigację, szczególnie że rozdziały do najkrótszych nie należą, a obszerniejsze cytaty wyróżniono graficznie. Tekst uzupełniają zdjęcia, bardzo wyraźne (czasami aż za bardzo – vide kolejna fotografia ekshumowanych zwłok polskich oficerów w Katyniu) i dobrze podpisane. Są one niebanalne, z kilkoma wyjątkami powszechnie nieznane i – co chyba najważniejsze – ciekawie ilustrujące temat, na który właśnie czytamy. Gdyby tylko w tych kwestiach było tak w każdej tego typu publikacji! 

Ile potrwa miesiąc miodowy? [źródło]

Na końcu lektury publikacja zaskoczyła mnie jeszcze raz – książka nie kończy się na tekście głównym. Zamieszczono tam także dodatki: przede wszystkim kilka czytelnych map, niezwykle pomocnych w lekturze tym, którzy niezbyt orientują się w geografii politycznej i nie tylko, a także skrótowe kalendarium, obejmujące w ściśle chronologiczny sposób całą treść publikacji i oryginalny tekst paktu łącznie z tajnym porozumiem, dotyczącym wyznaczenia granic wpływów. Bardzo mnie to ucieszyło, bo chociaż nie miałam problemów z uświadomieniem sobie kolejności wydarzeń ani z umiejscowieniem czegoś na mapach, to z pewnością przyda się to nawet wtedy, kiedy nie będę miała zamiaru wracać do tekstu głównego książki, natomiast czytanie oryginału paktu było dla mnie kolejną ciekawostką, wiążącą się z dziwnym przeżyciem obcowania z  tekstem z epoki. Mój entuzjazm wzbudziła także obfita bibliografia – jestem pod wrażeniem ilości użytych opracowań, dodatkowo napisanych w różnych językach. Tytaniczny wysiłek, benedyktyńska praca. Chociażby dlatego powinno się docenić Autora i jego książkę. Na końcu umieszczono wyczerpujący, zwięzły indeks najważniejszych pojęć wraz z odpowiadającymi im stronami. Dobre wrażenie sprawia też ilość szczegółowych przypisów, zamieszczanych na praktycznie na każdej stronie – nadaje to książce odpowiedniej powagi i tego, czego od pozycji historycznych wymagam najbardziej: wiarygodności, najważniejszej chyba kwestii w tego typu książkach. 

Bo książka jest wiarygodna, co stwierdzam z prawdziwą ulgą. Rozpoczynając lekturę obawiałam się kontrowersyjnych poglądów dotyczących szczególnie owego drażliwego tematu pogromów Żydów na terenach odebranych przez nazistowskie Niemcy Związkowi Radzieckiemu w czasie hitlerowskiej inwazji. Wiadomo, o co chodzi – Jedwabne i te sprawy zawsze budzą w Polsce i na świecie, delikatnie mówiąc, spory ideologiczne. Chociaż Autor, szanujący się przecież historyk, nie opierałby się na jakichś uprzedzeniach, ale nawet w kraju istnieje wiele opracowań, którymi nie warto się w tej kwestii sugerować, a pisarz mógłby o tym nie wiedzieć. Na szczęście, z tego impasu książka wyszła zgrabnie – poza tym, że Autor szczegółowo tłumaczy powody pogromów Żydów w Europie Wschodniej i nie unika przypisywania Niemcom dużej w tym roli, o kontrowersyjnym Jedwabnem nie wspomniał. I dobrze, nie tylko dlatego, że kwestia ta jest drażliwa i elektryzująca – badanie historii najnowszej to nauka w dużej mierze empiryczna i trudno coś powiedzieć na pewno, jeśli tego się dokładnie nie zbadało, a wokół narosło tyle mitów i kłopotów. Na uznanie zasługuje również nacisk położony na zbrodnie sowieckie – jako że społeczeństwa zachodnie nie wiedzą o tym nic lub bardzo mało – przy jednoczesnym braku szukaniu usprawiedliwień do niektórych decyzji Stalina i podkreślaniu tragedii Polski i całej Europy Wschodniej (co sądzi Autor o rosyjskim dyktatorze wyjawił już przecież w tytule). Ale to przecież nie jedyny temat, bo szerokie i zgodne z precyzyjną wiedzą, nakreślenie panoramy czasów wojny i wskazanie przyczyn i skutków kolejnych losów politycznych paktu to główne atuty książki. Doprecyzowane szczegóły i śmiałe tezy, brzmiące dość wiarygodnie i ciekawie, sprawiają także, że niejeden z czytelników zrewiduje swoje poglądy lub też nakłoni do refleksji nad sprawami, którym wcześniej nie poświęcał dużo czasu lub o których wiedział niewiele. Polemizowałabym jedynie w kwestii pretensji geopolitycznych jako powodu do agresji Niemiec na ZSRR – wydaje mi się to dużym uproszczeniem tego złożonego problemu, a uznania także ludobójstwa polskich oficerów i elity w Katyniu, jako bezpośredniego skutku paktu, trochę zarzutów mam także do opisu traktatu Sikorski-Majski, a w szczególności do poświęcenia mu stosunkowo mało miejsca. Cóż, tak naprawdę te kwestie wymagają osobnych opracowań, a najlepiej osobnych studiów i badań, zresztą w czasie II Wojny Światowej, kiedy układ figur na politycznej szachownicy zmieniał się błyskawicznie, na jedną decyzję wpływało wiele złożonych czynników. Nietrudno wtedy o błąd, przeoczenie czy użycie nietrafnych słów – Hitler tkwi w szczegółach, które może i przeoczyłam, bo po pierwsze od niedawna gromadzę rzetelne fakty na temat tego okresu, a po drugie historia ma tę cudowną właściwość, że im bardziej wgryzamy się w nią, tym bardziej staje się nieoczywista i poplątana, a podstawowe fakty niepewne. 

Bardzo się cieszę, że taka publikacja powstała. Choć nie jest do końca pozbawiona wad, stanowi zupełnie udaną próbę przybliżenia paktu Ribbentrop-Mołotow także tym, którzy wcześniej o nim z różnych powodów nie słyszeli, ale także jako doskonała pomoc w zrozumieniu wielu procesów i wydarzeń w tej części Europy. I choć jest to bardziej pragmatyczny głos zewnątrz, punkt widzenia obserwatora, to historia została opowiedziana tak, jak być powinna. Z empatią. Z wyczuciem. Z brakiem przemilczeń, wręcz z jaskrawym podkreślaniem niektórych aspektów (co może drażnić bardziej wrażliwych). Bo o ile dla sygnatariuszy, a także dla Hitlera i Stalina, była to tylko część wojennej gry w oszukiwanie i przechytrzanie przeciwnika, misterna siatka kłamstw, pozorów i politycznych planów, dla 50 milionów ludzi, którzy skutki owego porozumienia odczuli (dosłownie) na własnej skórze, było to tragedią i gehenną. I choćby dla nich, bezimiennych zwłok w zbiorowych grobowcach gdzieś pośród śniegów Syberii, katyńskich lasów i prochów spalonych w Auschwitz, warto przypomnieć światu te dawne, zapominane już powoli zbrodnie i ich powody. Jesteśmy im to winni.

Tytuł: „Pakt diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina”
Autor: Roger Moorhouse
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję panu Maciejowi z wydawnictwa Znak