Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 października 2015

Walka z wiatrakami. Recenzja książki



Kiedy opadł radioaktywny kurz w Hiroszimie i Nagasaki, a hitlerowscy zbrodniarze wojenni zostali powieszeni w Norymberdze, ludzkość stanęła przed kolejnym trudnym zadaniem – odbudową. Ale nie tylko miast – szczególnie tych najbardziej zniszczonych, jak Warszawa, Berlin czy Londyn, ale przede wszystkim wartości. Idei wypracowanych przed straszliwą katastrofą, jaką były obie wojny. Jednak to nie było takie łatwe jak postawienie murów. Moralność, religia, etyka, poszanowanie praw człowieka, wiara w homo sapiens bezpowrotnie obróciły się w popiół, spalone w piecach krematoryjnych Auschwitz, przywalone przez budynki japońskich miast i Pearl Harbor, zagłodzone w Leningradzie i zabite w każdym kawałku świata. Wobec tego wszystkiego wiara w Boga traciła sens. Bo jak jakikolwiek Bóg pozwoliłby na coś takiego? Moralność i etyka, pieczołowicie zachowywane przed wojną, stały się teraz śmiesznym wspomnieniem – jak komuś nie ukraść ostatniego kawałka chleba, skoro a) umieram z głodu, b) inni robią o wiele straszliwsze rzeczy.  Znacznie bardziej straszliwe, takie, których okrucieństwo przechodzi granice wszelkiej imaginacji. Obozy koncentracyjne. Katyń. Tortury zarówno rosyjskich jak i niemieckich oprawców. I przede wszystkim liczby tortur, których liczba przerazi nie tylko wrażliwców. Tysiące, miliony ludzi, zakopanych w najciemniejszych, najmniej dostępnych miejscach globu, daleko od domów. Tysiące trupów pokazujące tylko jak śmiesznie niską wartość miało ludzkie życie. 

Konflikt, nazywany II Wojną Światową, to jednak nie tylko zbrodnie wojenne w Europie i machinacje Hitlera, Stalina i Mussoliniego, a po morzach pływały nie tylko słynne niemieckie łodzie podwodne, U-Booty. Na wodach Pacyfiku toczyła się jeszcze jedna wojna, będąca kolejną koszmarną odsłoną walki pomiędzy Osią a resztą wolnego świata. Wojna straszna, zacięta, polegająca nie tylko na starciu dwóch potęg. Oczywiście mam na myśli tu wojnę amerykańsko-japońską (każdy słyszał o kamikaze, prawda?). Wojnę przypieczętowaną straszliwym pokazem siły USA i tysiącami ludzkich istnień, po dwóch stronach. Jedni ginęli za Amerykę, a drudzy za cesarza, który dla Japończyków był kimś w rodzaju bóstwa. Jednak największą ofiarę w tej wojnie złożyli Australijczycy. Zmuszeni do walki o bezpieczeństwo północnych części swojego miniaturowego kontynentu trafili do niewoli, a stamtąd do obozów pracy. Mieli budować tory do kolei łączącej Birmę i Syjam, by przez dzikie tereny można było transportować ładunki dla wojska, rozpaczliwie broniącego się przed nieustępliwą falą Amerykanów. Zrobić to, co w wieku XXI w Europie i z nowoczesnym sprzętem buduje się dwa lata, w zaledwie piętnaście miesięcy. I to w warunkach nieludzkich, łudząco podobnych do tego, co spotykało ludzi w radzieckich kołchozach i gułagach w głębi Syberii. Bo przecież więźniowie stracili honor dając się wziąć w niewolę. A niewolnik to już nie jest człowiek… 

Dorrigo Evans. Wychowany na wsi australijski bohater narodowy i znany chirurg. Ma żonę, dzieci, kocha poezję. Niemal nikt nie podejrzewa, że znany z mediów wizerunek nie jest prawdą – jest tylko iluzją, którą brzydzi się również sam Dorrigo. Tak naprawdę w jego umyśle kryje się wiele demonów. Koszmarów, od których stara się uciec. Całym jego światem jest dominująca, zimna samotność, rosnąca z każdą chwilą ucieczka we wewnętrzny świat. We wspomnienia, rzeczy, które jednocześnie są integralną jego częścią, ale także tym, co wolałby jak najszybciej zapomnieć. Piekło obozu jenieckiego w Japonii, pewien żołnierz z jego pułku i piękna Amy, z którą miał romans jeszcze przed wojną i o której nie może przestać myśleć, ale z którą nie może być w żaden sposób - pewnego dnia dostaje bowiem list, który zmienia na zawsze jego życie. 

Zwykle nie wierzę temu, co o książce piszą przed premierą. A pochwały na okładce jeszcze mnie odstraszą. Choć od zauważenia znaczka nagrody Bookera, powieść zaczęła mnie intrygować coraz bardziej, chociaż do nagród pochodzę również z dystansem – głowa boli od tego, co dostaje czasami naszą rodzimą nagrodę Nike. Zapowiedzi o premierze na tej lepszej, bardziej ambitniejszej części polskich serwisów i blogów literackich dała mi jednak do myślenia. Pomyślałam sobie, że może i będzie niestrawne fabularnie, to jednak przeczytać radę dam. I jeszcze ta okładka, która wtedy nawet mi się podobała. Kto nie chciałby mieć tak pięknie wydanej książki na półce? Złamałam się. Nie dałam rady odmówić, chociaż otwierając książkę obiecałam sobie, że podejdę do niej z dystansem, nawet jeśli opowiada o czymś tak drastycznym i zapadającym w pamięć. Bo czas na rozmyślanie nad sensem lektury przyjdzie później, a ciekawa byłam, czy powieść rzeczywiście zasługuje na nagrodę takiego rozmiaru. 

Kiedy skończyłam czytać, nie byłam już taka pewna co do gatunku opowieści. Romans to nie jest, ale powieść historyczno-wojenna też nie. Oba te elementy, bardzo istotne dla fabuły i silnie wyeksponowane, są tak samo ważne, ale nie najważniejsze. Postać bohatera, Dorrigo Evansa, jest nakreślona zbyt szeroko na pojemność tych dwóch gatunków, a wymowa powieści jest ogólna, bardzo uniwersalistyczna. Autor bowiem nie odnosi się do problemów konkretnego miejsca w konkretnym czasie – japońskiego obozu dla jeńców czy miejscowości, w której przebywał Dorrigo na czas swojego romansu z Amy; to jest zaledwie punkt wyjścia. Bohater równie dobrze mógłby być niewolnikiem Rzymu budującym drogi albo czarnoskórym człowiekiem przewiezionym do Ameryki, by tam pracować na ogromnych plantacjach konkwistadorów czy w kopalniach złota. Zresztą pisarz jest tego świadomy – często pisze o swoim bohaterze Dorrigo Evans, jakby był jakimś nieznajomym, któremu przygląda się z ogromnego dystansu lub jakby tylko imię i nazwisko umożliwiało identyfikację go jako osoby, dawało możliwość oddzielenia jego historii od innych ludzkich losów. A los ten jest okrutny, bo owa uniwersalna wymowa powieści jest fatalistyczna, ponura – świat jawi się jak miejsce pełne zła i przemocy, której nie można zatrzymać, które ginie pod kłamstwami i iluzjami, sprawiedliwością bez poczucia sprawiedliwości, wymuszający postawy prowadzące do wynaturzenia, zezwierzęcenia i kierowania się najniższymi pobudkami. Pisarz ostatecznie obdziera z piękna nawet uczucie Dorrigo i Amy (które pod innym piórem stałoby się wzniosłym, mdłym uczuciem), pokazując całą marność tego związku i jego brak przyszłości, odkrywając, co kryło się pod miłością kochanków. Co ciekawe, przeciwstawia temu jeszcze bardziej złożoną miłość głównego bohatera do żony, Elli, coś niejednoznacznego, nieuchwytnego; pełnego krańcowych sprzeczności. Odważnie podejmuje temat izolacji, niezrozumienia, życiowego niezadowolenia, z którym nie można nic zrobić, poza męczącym zapadaniem w głąb siebie, jednocześnie próbując się z tego wyzwolić – portretuje człowieka zanurzonego w marazmie, co zresztą teraz zdarza się często, jakby wbrew sobie pnącego się na szczyt, by uświadomić sobie, jak wiele pozostawiło się tam, na dole, łącznie z uczuciem, że się żyje. Jak się okazuje, pogoń za mamidłami dnia codziennego nie przynosi satysfakcji, a obezwładniające i przygniatające poczucie obowiązku przykuwa do rzeczywistości, zmusza do trwania w niewygodnych, niezgodnych z przekonaniami rolach, co prowadzi do alienacji, wycofania.  A im człowiek coraz bardziej odsuwa się od innych tym – cóż za paradoks! – wydaje się obnażony, otwarty, nieatrakcyjny i żałosny. Jednak najbardziej pisarz podkreśla coś jeszcze innego, co w pewien sposób wynika również tego, co napisałam wyżej. Nawiązując bowiem do słynnej walki don Kichota z La Manchy z wiatrakami, będącej przecież jednym z najsłynniejszych przykładów walki bezsensownej, Dorrigo Evans, zarówno doświadczenia obozowe jak i lata późniejsze i wcześniejsze porównuje właśnie do owych wiatraków. I tak jak szlachetny błędny rycerz bohater walczy, wiedząc, że skazany jest na klęskę, zarówno operując nieszczęsnego Jacka Rainbowa, maszerując ze swoimi ludźmi do Przełęczy Trzech Pagód czy myśląc o ukochanej Amy. Takie są też ostatnie słowa Dorriga, niczym, zgodnie z japońską tradycją, wiersz na śmierć. Jakby Autor chciał powiedzieć, że życie jest właśnie taką walką, ciągłym mierzeniem się z niemożliwym, a jeśli nawet jakimś cudem uda się nam, to pewnego razu wiatraki znów wygrają – umrzemy. Postawa Dorrigo jest na tyle lepsza, że on jest tego świadomy na tyle, by w końcu zaakceptować odejście Amy i śmierć „Brudasa” Gardinera wtedy, kiedy inni miotają się w cierpieniu i próbują zmieniać świat na lepsze, a przynajmniej pojmować jego sens. Bo świat nie ma sensu. Autor otwarcie i brutalnie mówi, że świat po prostu jest. 

Oprócz oczywistych analogii do Don Kichota w powieści można odnaleźć wiele ciekawych nawiązań, szczególnie tych poetyckich, bo liryka jest tu niezwykle ważna. Przede wszystkim haiku Issy i Bashō – dwóch mistrzów poezji japońskiej. Co ważne, do poematu tego ostatniego, uważanego zresztą za arcydzieło, nawiązuje tytuł powieści. Jest to zabieg mocno dwuznaczny, ale niezwykle trafny i poniekąd brutalny – Japonia znajduje się na północy od Australii, a naród poety był ciemiężycielem bohaterów książki. Trudno zresztą nie podzielać fascynacji haiku i nie przyznać, że do ta forma do ogólnej wymowy książki pasuje idealnie. Dla równowagi mamy Ulissesa, z którego bohaterem Dorrigo się utożsamia i cały świat mitologii greckiej, z brzydkim, obszarpanym Charonem, którego wizja towarzyszy nam przez całą książkę i tym obolem, którym należało mu zapłacić za przewóz przez Styks. I z Troją, która zawsze przegrywa, bo muszą przecież wygrać Grecy – co ciekawe, ta wątpliwość, która zmusiła mnie kiedyś do wielu refleksji, nabiera tu nowych znaczeń i warstw, przekształcając się w bezwzględną prawdę, która powraca znów do don Kichota i jego żałosnej, bezsensownej walki z rzeczami większymi, a przecież wielkiej metaforze życia i jedynego, zdaniem pisarza, wytłumaczenia na wszystkie jego zawiłości i paradoksy. I choć jestem naprawdę zafascynowana tym porównaniem, tak oczywistym i zupełnie nowatorskim, nie mogę odmówić nośności pozostałym, nadającym powieści wiele nowych, ciekawych znaczeń i sposobów jej metaforycznego odczytywania. 

Fabuła nie jest ułożona chronologicznie – składa się z wielu fragmentów, czasami odległych od siebie czasowo; możemy jednak wyróżnić wyraźnie zarysowane dzieciństwo Dorrigo, czasy przedwojenne, wojenne i powojenne. Wszystko jednak jest powiązane nieliniowo, raczej na zasadzie logiki wspomnień, które łączą dwa odległe obrazy, a czasami łączą się w powiązaną ze sobą, logiczną opowieść. Z drugiej strony pod tekstem kryje się skonstruowana z pietyzmem całość, mająca powoli wzbudzać w czytelniku ciekawość z powodu licznych niedopowiedzeń i coraz większego intrygowania lekturą. Bo pisarz ujawnia kolejne aspekty opowieści powolnie, niespiesznie, po mistrzowsku rozkładając wszystkie akcenty – do ostatniej strony wszystko nie jest pewne, a niektórych rzeczy możemy się tylko domyślać. Jednak Autor sam nie łączy ze sobą tych faktów, nie powtarza pewnych informacji dwa razy – to układanka, którą musimy złożyć sami, dopasowując do siebie poszczególne elementy i fragmenty. Rezultat jest zachwycający, imponujący precyzją i dopracowanymi szczegółami, nie jest to jednak pozycja do biernego relaksu; by czytanie sprawiało radość, albo przynajmniej zakończyło się jakimkolwiek pozytywnym rezultatem, potrzebna jest pewna doza abstrakcyjnego myślenia i wyćwiczona pamięć. Uprzedzam bowiem lojalnie, że sposób obrazowania pisarza do najłatwiejszych nie należy –wymieszanie płaszczyzn czasowych i zachowania pewnych luk skutkuje również rozpoczynaniem kolejnego rozdziału bez uprzedzenia i kontekstu, wrzucania czytelnika w środek fabuły. Zadaniem czytelnika jest orientacja w konkretnych fragmentach i odnalezienie poszczególnych linii fabularnych. Nie jest to jednak tak trudne, jak może się wydawać – co więcej, wydaje mi się, że dzięki temu powieść czyta się łatwiej, a książka wydaje się ciekawa, różnorodna, w pewien pokrętny logicznie sposób bardziej autentyczna i, co chyba najważniejsze w przypadku takich powieści, skutecznie przykuwająca uwagę czytelnika. 

Bohaterowie powieści to osobowości bardzo wyraźne, ciekawe, jednocześnie bardzo skomplikowane, tak jak każdy człowiek. Nie są ideałami, wręcz przeciwnie, wiele razy ich postępowanie – mówiąc eufemistycznie – potępiane jest nawet w świecie zwierząt. Nie jestem nawet pewna czy lubię głównego bohatera – Dorrigo Evans nie jest przecież jednoznacznie dobry, wiele jego wyborów nie jest właściwych, a patrząc na sprawę obiektywnie jego liczne zdrady na pewno nie czynią z niego dobrego męża i ojca. Potrafił jednak zdobyć się na wiele szlachetnych postępków w japońskim obozie. Podziwiam też jego zdolność do patrzenia głębiej, rozumienia poezji i dostrzegania jej wokół siebie, ten sarkastyczny, filozoficzny sposób patrzenia na świat, pozbawiony wszelkich sentymentów, bez iluzji, że coś tak naprawdę nie jest walką z niemożliwym. Współczuję mu koszmarów, jakich życie nie szczędziło i wyrzutów sumienia, rozumiem jego alienację i potrzebę niepamiętania, nienawidzę go za parę grzechów. Bo jest to postać niejednoznaczna, pełna światłocieni, skomplikowana i trudna do nakreślenia w kilku słowach. Autor przeprowadza bowiem niemal brutalną wiwisekcję, wnikając nawet w najbardziej ukryte myśli swojego bohatera, jednocześnie spoglądając na niego jakby z odległego dystansu, w żaden sposób go nie wyróżniając, co pogłębia wrażenie samotności bohatera i pustki wokół niego. Znamy więc najgłębsze myśli Dorriga, wielokrotnie odkrywając, że w wielu sytuacjach reagujemy tak samo, bądź zrobilibyśmy podobnie i czasami, przyznam, nie jest to miłe uczucie. Ale przecież jesteśmy tylko ludźmi, zwykłymi szarymi ludźmi, pełnymi wad, słabostek i paradoksów, a życie prawie zawsze przerasta nas w taki lub inny sposób – Autor podkreśla to już na początku powieści - każąc nam walczyć z wiatrakami. 

Taka sama jest Amy, kochanka i ukochana Dorriga, żona jego wuja, jak możemy się domyślać o wiele lat młodsza od swojego męża. Jej los nie jest lepszy od tego, który dostał się Dorrigowi, a może nawet o wiele gorszy. Pochodząca z nizin społecznych i patologii, Amy nie cofnie się przed żadną możliwością awansu społecznego, robiąc to jednak wbrew sobie, a zdrada nie jest jedynie podyktowana nudną i marazmem – motywy zresztą mogłyby zostać kanwą kolejnej książki. Co więcej, jest świadoma, że robi źle, że będzie musiała kiedyś za to zapłacić, że wchodząc w bliższe relacje z siostrzeńcem męża ryzykuje zakończeniem, które porani ich oboje, że jej życie stanie się przez to jeszcze bardziej zmarnowane. Bo nie jest to uczucie z harlequinów – to brutalna, wszechogarniająca, absolutna siła, której jednak kres położyły dwie osoby z gruntu dobre, zaplątane jednak w uczucia, niejasne dla wszystkich i – przede wszystkim - zazdrość. To ona doprowadza to tamtego spotkania na moście i tragicznego finału uczucia. Chociaż pozostaje jeden melodramatyczny akcent, niezbyt wyszukany zresztą, symbolizujący to coś, co zostanie z tego uczucia. I mimo że dziwnie to wygląda przy brutalnej, realistycznej reszcie, pachnąc w dodatku tanim sentymentem, w pewien sposób przypomina to koniec Tristana i Izoldy, również w innych wątkach rzeczy zadziwiająco podobnej do losów Dorrigo i Amy. Albo to mój skrzywiony, zniszczony mózg. Zresztą to nieważne. 

Skoro ważnym wątkiem powieści jest historia Kolei Śmierci, konieczne jest odnotowanie kilku (kilku!) słów na temat sylwetek tych bohaterów, którzy przyczynili się do cierpienia tysięcy australijskich jeńców wojennych – nowiną nie jest fakt, że motywy zbrodniarzy i ich psychika zawsze fascynowały literatów. Koreańczyk, który zaciągnął się do armii dla pieniędzy i z tego powodu zgodził się być strażnikiem obozu. Nakamura, japoński oficer z aspiracjami i uzależniony od shabu – czyli metamorfiny – doskonały wzór cnót poddanego cesarza, który do końca życia wmawiał sobie, ze jest dobrym człowiekiem. Pułkownik Kota, jedna z najbardziej zapadających w pamięć postaci tej powieści, który poza czytaniem i recytowaniem haiku jest mistrzem w ścinaniu głów i co więcej, uwielbia to, co robi. Różne postacie, różne twarze, różne poglądy na tamte wydarzenia. Są nawet postacie, żyjące w wygodnych domach z żonami, dziećmi i wnukami, które jeszcze wiele lat po wojnie wierzą w słuszność swoich poczynań, są i tacy, jak pewien lekarz, którego poznaje Nakamura, którzy dręczeni są przez sumienie jeszcze wiele lat. Wszyscy bez wyjątku to sylwetki nakreślone żywo, szczegółowo i z wielkim wyczuciem, graniczącym czasami z empatią, chociaż Autor i tu nie ma większych skrupułów - ostatecznie wszyscy przegrywają z wiatrakami, staczając wcześniej walkę ze swoimi przekonaniami i wspomnieniami, a czasami dokonując także rozliczenia ze swojego życia, jakkolwiek zwierzęce by ono było. Przez to wszystko stają się sylwetkami prawdopodobnymi, o ile nie niemal realistycznymi – wydaje mi się, że do tego brakuje jeszcze szerszego zarysowania tych wątków, głębszej analizy i szerszej perspektywy. Choć cóż. Tutaj również powinna powstać następna powieść, może jeszcze lepsza. 

Przez karty powieści przewija się jeszcze wielu innych bohaterów, mniej lub bardziej dobrych, zagubionych i takich, którzy się nad tym nie zastanawiają. Prostoduszna Ella, żona Dorriga, jego kolejna kochanka, brat Tom, koledzy z pułku, ci żywi i ci umarli. Umarli oczywiście dla świata, ale nie dla Evansa, który wciąż nie potrafi o nich zapomnieć, pogrzebać, spalić. Nawiedzający tych, którym udało się przeżyć, nawet jeśli ci po iluś latach oni o tym wszystkim zapominają. Mam tu na myśli Jacka Rainbowa i ową koszmarną operację, która dla mnie była czymś wstrząsającym, a także sylwetkę jego żony. „Królika” Hendricksa. McNeville’a, który codziennie uczył się stronicy z Mein Kampf Hitlera. No i, przede wszystkim, nieszczęsnego, bardzo sympatycznego Franka „Brudasa” Gardinera, szczególnie w kontekście dalszych zdarzeń. Zresztą sam opis bicia tego człowieka jest tak potworny, że gdyby Autor nie dorzucił na jego temat czegoś jeszcze, i tak ta postać zapadłaby mi głęboko w pamięć. Nie. Do teraz nie mogę pogodzić się z tym, co się z nim stało. I nie chcę więcej na ten temat mówić. 

Z pewnością wszystko to nie byłoby w połowie takie dobre, gdyby nie język, jakim posługuje się Autor – nie chodzi tu o kreację bohaterów, ale o mnogość innych znaczeń, o łączenie ze sobą poszczególnych obrazów, przykuwanie uwagi czytelnika, nawet wtedy, kiedy z pewnych powodów ma najszczerszą ochotę skończyć i nigdy do powieści nie wracać, o wywoływaniu pożądanych uczuć już nie wspominam. W warstwie językowej zresztą na jakieś niemiłe niespodzianki – w przeciwieństwie do fabuły – nie zdarzyły się nigdy. Przeciwnie, z radością i niejakim zaskoczeniem w stylu pisarza rozpoznałam elementy poetyki naszego rodzimego Tadeusza Borowskiego i jego mistrzowskich opowiadań o Auschwitz. Autor ma bowiem świadomość, że opisywane przez niego piekło obozu jenieckiego najlepiej będzie oddziaływać na czytelnika wtedy, kiedy styl będzie epatował zimnym, precyzyjnym opisem, jakby znajdywanie trupów w dżungli czy śmierć więźniów były czymś zwykłym dla narratora, albo czymś, o czym można opowiadać beznamiętnie, nawet z pewną dozą czarnego humoru. Nawet jeśli zdarza się przefiltrować rzeczywistość przez oczy jakiejś postaci książki, to relacja jest bardziej opisowa, niż emocjonalna. Co więcej, pisarz poszedł jeszcze dalej niż Borkowski, malując wszystko naturalizmem i turpizmem, niebezpiecznie balansując z wulgarnością, nie tylko w postaci przekleństw, wplatanych w dialogi męskich bohaterów (co zresztą nie dziwi, wiadomo, żołnierze). Choć obiektywnie zabieg ten to mistrzostwo w postmodernistycznym duchu, to dla wrażliwców niektóre opisy są ciężkie do przełknięcia, oczywiście delikatnie mówiąc. Ale co zrobić, gdy misternie splecione zdania, piękne, lekkie i poetyckie wbrew wszystkiemu frazy sprawiają, że książkę po prostu czytać dalej, rozsmakowywać się – jakby przeciw wszystkiemu – w każdym napisanym przez Autora słowie, kiedy spragniony dobrej literatury człowiek boi się, że pominie choćby jedno słowo? Przecież poza owymi straszliwymi fragmentami są też inne sceny, piękne, czysto liryczne, ale wciąż realistyczne. Charakteryzujące się mistrzowskim, klimatycznym i barwnym opisem, przedzielanym przez autentyczne, pełne uczuć dialogi. Opisem, dzięki któremu czujemy to, co bohaterowie, wąchamy te same zapachy, te same dźwięki. Słowa, z których pisarz wyłuskuje pełnych życia bohaterów, ich głębię i charaktery. Szczegóły, które zauważy tylko wprawne pisarskie oko. Ich piękno, prawdziwe i pięknie o opisane piękno, we wszystkim, a także brzydotę. A to wielkie osiągnięcie. Jestem bowiem zdania, że trzeba prawdziwego talentu, wyćwiczonego warsztatu i tego pewnego rodzaju artystycznej wrażliwości, żeby realistycznie opisać prawdziwe piękno i prawdziwą brzydotę, ohydę, cierpienie (chociaż biorąc pod uwagę styl pisarza, przyjemnością byłoby czytanie opisu zwykłego opisu, choćby obiadu). Jestem naprawdę zaskoczona i zafascynowana, nie każdy przecież pisarz, nawet niektórzy z tych naprawdę wielkich, nie dostali takiego daru.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam okładkę, byłam nią zachwycona. Szare tło, z delikatnym motywem brzegu morza, z boku szara sylwetka kobiety w stylowej sukience, ładną twarzą i czerwonym kwiatem we włosach; napisy – tytuł i nazwisko pisarza zostały również wydrukowane czerwoną czcionką, dzięki czemu elegancko wyróżniają się i rzucają się w oczy. Poza tym na okładce można zauważyć logo Nagrody Bookera i napisana czarną czcionką krótka recenzja. Grzbiet jest czerwony, z białym napisem, bardzo skromny i zarazem pasującym do po powieści. Na blurbie, poza opisem napisanym drobną czcionką i kilkoma większymi, czerwonymi recenzjami zachwyconych czytelników i gazet, a także najbardziej wiarygodną, sekretarza kapituły Nagrody Bookera. Poza tym widzimy kawałek kobiety z pierwszej strony okładki i, po stronie przeciwnej, sylwetkę odwróconego mężczyzny w oficerskim stroju. Ładnie, estetycznie, spodobało mi się. Dopiero kiedy przeczytałam książkę, uświadomiłam sobie, że okładka nawiązuje tylko do jednego wątku – miłosnego – i przez to, choć ładna i w ogóle, jakoś spłyca wszystko. Istnieje przecież ryzyko, że książkę kupi ktoś, kto liczy na kolejny łatwy i przyjemny romans o żołnierzu i jego ukochanej, a potem, o ile nie zrozumie, mocno się zawiedzie. Mocniejszy i, moim zdaniem, ważniejszy jest wątek uniwersalistyczny, albo od biedy ten wojenny, więc po co eksponować romans? Do tytułowych ścieżek, czyli Japonii, nawiązuje tylko fragment oceanu oddzielającego Kraj Kwitnącej Wiśni od Australii, zresztą motyw ten w wątku romantycznym również się pojawia. Kiedy skończyłam lekturę, pomyślałam sobie, że jednak samo morze byłoby lepsze. Szara pustka, pofałdowana pianą na brzegach, jakoś wymowniej obrazuje to, co jest w środku niż nawet najładniejszy, najbardziej wyfotoszopowany wizerunek Amy.

Dobre powieści zmuszają do swoich przemyśleń. Do otwarcia się na pewne sprawy, zauważenia i zastanawiania się nad czymś, co wcześniej było oczywiste. O dobrych powieściach można pisać bez końca, wciąż z tym wrażeniem, że jest jeszcze coś, co nie zostało powiedziane. Dobre powieści nastrajają pozytywnie albo negatywnie, mają moc zaklinania rzeczywistości. Dobre powieści nie boją się poruszać takich problemów jak ludobójstwo, jak okrucieństwo w czasie najbardziej krwawej wojny świata, kiedy ludzie zdawali się być opętani; pisarze nie uciekają od własnych diagnoz i interpretacji tych zjawisk. Nie boją się opisywać też życia, bo nawet najokrutniejsze rzeczy są wpisane właśnie w życie. Niektórzy z nich szukają jakiegoś sensu, jakiegoś wytłumaczenia dostosowanego do ludzkiego rozumowania, do wypracowanych przez człowieka pojęć. Tu jednak Autor obiera przeciwną, łatwą ale najtrudniejszą do przyjęcia prawdę, swoją książką kontynuując nurt fatalistyczny w literaturze. Bo przemoc, świat po prostu jest, bez żadnej definicji, wytłumaczenia. A każdy człowiek musi z tym walczyć, by przeżyć – porywać się na świat i machinę przemocy to jak walczyć z wiatrakami don Kichota: dokonać czasami czegoś niemożliwego, by potem i tak przegrać.

Tytuł: „Ścieżki północy”
Autor: Richard Flanagan
Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Premiera: 8 października

środa, 26 sierpnia 2015

Wiele innych gier. Recenzja książki

Zawsze powtarzam – i wydaje się to prawdą – że próbę czasu przetrwają książki wybitne, co jest chyba najskuteczniejszym kryterium, które pozwala nam stwierdzić, czy mamy do czynienia z arcydziełem czy też nie. Można lubić Zmierzch, ale rzadko się już teraz o nim wspomina, jeśli już, to niemal zawsze w kontekście negatywnym. Wydaje się – co też widać po tej słabszej stronie blogosfery książkowej – że fani Edwarda zdradziły go z takimi osobnikami jak Cztery, choć tak naprawdę trylogia Niezgodna powoli odchodzi w zapomnienie, a po premierze ostatniego filmu, które zresztą nie cieszy się zbytnią popularnością, będzie już tylko częścią tej niechlubnej historii literatury młodzieżowej. Zajmując się prorokowaniem -   choć nie jestem żadnym medium czy czymś w tym rodzaju – za kilka lat nikt nie będzie pamiętał – na przykład - o Kierze Cass, o ile nie napisze czegoś jeszcze, a wszystkie inne wygrzebywane przez mniej znane wydawnictwa Autorki, szybko umrą śmiercią naturalną. I to nawet nie jest przykre. Ot, życie. Rozrywka na raz rządzi się swoimi prawami – za kilka, może kilkadziesiąt lat nazwiska takie jak Victoria Aveyard, Sarah J. Mass czy John Green (poza Gwiazd naszych wina!) zostaną wyparte przez inne, może lepsze, może gorsze. Młodzieżowa dystopia, young adult, New Adult, romanse i przyjemne opowiastki o podróżach w czasie zostaną wyparte przez inne trendy, może przez pojawiające się coraz odważniej kryminały dla młodych czytelników czy steampunk, chociaż – znając pomysłowość człowieka – być może, że jakiś pisarz wyczaruje zupełnie coś nowego?  

Ze zdumieniem pomieszanym ze smutkiem odkrywam, że znam zaledwie kilka współczesnych mi opowieści dla młodych czytelników, które mogą stać się klasyką, a chociaż zdobyć zainteresowanie kolejnych pokoleń, może w pewien sposób nawet ich zachwycić. Opowieści, które poza porywaniem nastoletnich serc jakimś wytatuowanym chłopakiem z równie absurdalnym imieniem co pustą osobowością, niosą jakieś uniwersalne przesłanie, coś głębszego, ciekawszego, a przede wszystkim ponadczasowego. Jak powiedziałaby to moja Mama – coś wartościowego, co dostrzeże każdy, kto z wrażliwością szuka w czegoś więcej niż rozrywki. Pomijając Jeżycejadę Musierowicz, która – jak widać po najnowszych tomach – stała się już historią, nie jestem w stanie wskazać ani jednej polskiej powieści, która by spełniała to wymaganie w stu procentach. A zagranicą? Oprócz wspominanego wyżej Gwiazd naszych wina zaryzykuję stwierdzenie, że całkiem słusznie słynna i podziwiana trylogia o losach Katniss Everdeen, młodej buntowniczki z Panem i nie chodzi o to, że po prostu lubię tę opowieść.

Katniss, zniszczona psychicznie dwoma Igrzyskami pod rząd, staje się twarzą rebelii, Kosogłosem. W istocie jest tylko jednym z pionków na politycznej szachownicy, z którym coraz mniej liczą się nawet jej zwolennicy – okazuje się, że sprawiedliwa w założeniach rebelia ma pomóc przetasowaniom u szczytów władzy i skierowaniu terroru, łącznie z wyprawieniem kolejnych Igrzysk, w stronę mieszkańców Kapitolu przez nową prezydent, niejaką Coin. Dziewczyna traci przy tym niemal wszystkie bliskie sobie osoby i dom, a jej serce wciąż jest rozdarte między towarzyszem lat młodzieńczych i ukochanym z czasów Igrzysk. Czy bohaterka, której poczynania na kartach książki i ekranach śledzi cały świat, wyjdzie cało z ostatniej rozgrywki?

Już odpowiadam – niekoniecznie. Całość przecież kończy się stwierdzeniem, że istnieje wiele innych, dużo gorszych gier do rozegrania. Z pewnością niejednoznaczne to i prowokujące, tak jak pozbawiający złudzeń, mocny i kontrowersyjny koniec (jeśli myślisz, że chodzi mi o to, że Katniss nie była z tym chłopakiem, z którym powinna, to możesz właściwie skończyć czytanie tej recenzji, bo mimo że bardzo polubiłam Gale’a, uważam, że wątek o związku z Peetą w kontekście powieści jest odpowiedni i przemyślany). Historia Kosogłosa nie ma właściwie dobrego zakończenia, bo mimo że dowiadujemy się, że doczekała się dwójki dzieci  koszmary zostają, strach przed stratą oplata gardło jak żelazna obręcz, a piękna Łąka jest cmentarzem. To bardzo ciekawe rozwiązanie, o wiele mocniejsze od śmierci Tris (dziękuję za spoilery, mordy wy moje kochane) w Wiernej, z pewnością zaplanowane przez Autorkę już na początku. Zresztą, co jest największą zaletą powieści, nie jedyne – pisarka jest bezwzględna niczym ten parszywy morderca G.R.R Martin, nie oszczędza nawet Katniss, której ciało pokrywają coraz to nowe blizny, nie mówiąc o duszy (w ostatnich rozdziałach jesteśmy świadkami klinicznej depresji bohaterki). W tym właśnie kryje się siła powieści, właściwie całej trylogii – wszystko jest tak ponuro autentyczne i okrutne, że trudno uwierzyć, że to tylko czysta imaginacja Autorki. Literacka tu jest chyba tylko miłość Katniss i Peety, cały ten trójkącik miłosny; reszta to okrutna, bezwzględna wojna i równie bezwzględni gracze, z którymi dziewczyna nie ma szansy, ginący ludzie i brak miejsca na sentymenty. A wszystko do bólu prawdziwe i wiarygodne, że serce łamie się ze smutku, a umysł buntuje się przeciwko rozwiązaniom fabularnym – miała to być ucieczka w lepszy świat, a okazało się, że jest tu co najmniej tak samo jak w naszym. I jeszcze to The Hanging Tree… Czy inny twórca, piszący na tej grupy wiekowej, zdobyłby się na taki krok? I tak – to zdecydowanie najmroczniejszy, ale też najwspanialszy tom trylogii.

Finał jest jeszcze bardziej krwawy, chociaż nie brakuje tu wcale nieźle skonstruowanego  i wiarygodnego wątku politycznego, chociaż pisarka nie sili się na wnikanie w szczegóły – z jednej strony wielka szkoda, bo przez to świat przedstawiony jest nieco uboższy, jednak rozumiem, że machinacje Snowa i innych mogłyby się wydać komuś zbyt poplątane i nużące. Poza tym akcja do złudzenia przypomina gry komputerowe, szczególnie fragmenty o zdobywaniu stolicy – eleganckie domy Kapitolu, wymyślne urządzenia do zabijania, latające wokół flaki i krwawe plamy. Wszystko mknie do przodu z przerażającą szybkością, plenery zmieniają się jak w kalejdoskopie, bohaterka z małymi przerwami trafia z deszczu pod rynnę, a lista bliskich jej ludzi, którzy zostali zabici – na różny sposób – przedłuża się z każdą stroną. Chyba nie było nikogo, kto nie denerwowałby się nagłymi, zupełnie nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, jak choćby powrót Peety z Kapitolu ze zmodyfikowaną pamięcią, zabójstwie prezydent Coin i we wielu innych fragmentach, nie potrafiąc oderwać się od absorbującej lektury. Wszystko jest jednak zbudowane bardzo logicznie i z wielkim pietyzmem, tak, że czytelnik nawet przez chwilę nie czuje się zdezorientowany czy ma jakiś problem dlaczego i po co. To bardzo delikatna, przemyślana konstrukcja, która mogłaby runąć przy pierwszej lepszej okazji sprawiając, że książka straciłaby wiele na swojej ponurej wymowie, a niektóre kwestie jeszcze z poprzednich tomów nie zostałyby do końca wyjaśnione – co ciekawe, w przeciwieństwie do innych zakończeń serii czy trylogii dla młodzieży, historia Katniss jest zamknięta i to w sposób ostateczny: każda kontynuacja zniszczyłby efektowne, niewątpliwe zmuszające do refleksji zakończenie.

Dopiero po przeczytaniu ostatniego tomu można dostrzec sens całej trylogii, tę drugą warstwę, może nawet ciekawszą od historii bohaterki. Choć można interpretować to różnie, moim zdaniem opowieść o Katniss ma wymowę prawdziwie pacyfistyczną – Autorka potępia zarówno terror, jakim były Igrzyska Śmierci (nie wspominam o popycie na skandale i coraz głupsze telewizyjne show) , jak i wojnę, a w rewolucji, jak każdy nieco zorientowany w historii, widzi tylko dążenie pewnej grupy ludzi do władzy w imię szlachetnych idei i przez trupy tych, którzy uwierzyli w lepszy świat. Zresztą ludzie – jak mówi na końcu książki Plutarch – są tylko wrednymi stworzeniami, które kiedyś, z pewnością, znów doprowadzą do rozlewu krwi. Niestety. Ale na razie jest pokój – Katniss obserwuje swoje dzieci bawiące się na łące, pod którą pochowani są mieszkańcy Dystryktu Dwunastego, którzy zginęli w ataku Kapitolu, świadoma, że one nie wiedzą co to jest wojna, nie znają demonów jakie ją dręczą, nie wiedzą, że musi przypominać sobie wszystkie akty dobroci, jakie ludzie jej wyświadczyli, żeby przeżyć kolejny dzień pełen demonicznych wspomnień. Choć to w rzeczywistości mocno spłycony na potrzeby powieści dla młodzieży pogląd, a i dla mnie nienowy, bo ludzie już dużo powiedzieli na ten temat, ale skryte pod ciekawą opowieścią zasługuje na moją uwagę, choćby dlatego, że – mam nadzieję – będą osoby, które z lektury wyciągną jakieś wnioski i nauczą się kilku rzeczy, tak ważnych w niespokojnym świecie.

Panna Everdeen to bohaterka z charakterkiem, która tu jeszcze bardziej ewoluowała. Uparta, niepokorna bardzo silna, mimo tego, że z rozdziału na rozdział stacza się w głąb załamania nerwowego i depresji, tonie w tych starszych wspomnieniach, z podwójnej dawki Igrzysk, a także tych nowszych. Mimo tego nie poddaje się do końca, nawet wtedy, kiedy wiadomo, że Kapitol został zwyciężony, a faktycznym wrogiem okazała się Coin - za każdym razem, gdy myślę o niej, zdumiewa mnie niezwykle sprawny kręgosłup moralny bohaterki i autentyczne, altruistyczne poświęcenie dla rodziny, dla młodszej siostry. Katniss to wojowniczka, taka, jaką sama chciałabym być, ale jednocześnie osoba słaba, jak każdy z nas – daje się ponieść emocjom, swojemu bólowi, rozpaczy i panicznemu strachowi o najbliższych. Znów musi odgrywać rolę, której nie chce, znów nie może robić tego, co uważa za słuszne – nie jest już trybutem, którego zmusza się do zabijania innych, tylko medialną ikoną buntu przeciwko Kapitolowi, bezdomną przykrywką kombinacji Coin i wreszcie osobą, która, w różny sposób, traci niemal wszystkich przyjaciół, siostrę i matkę. I która odkrywa, że wszystko, o co walczyła to kolejna dyktatura. Oczywiście, ma swoje wady, bo czasami jej upór był prawdziwie ośli i głupi, a jako kobieta nie rozumiała wielu aspektów wojny, a dużo decyzji podejmuje emocjonalnie, ale wszystko sprawia, że jest jeszcze bardziej plastyczną, wiarygodną postacią, żywym, czującym człowiekiem; człowiekiem dobrym, ale przecież nie pozbawionym wad i po ludzku słabym. Człowiekiem potrzebującym spokoju, nie tylko po to, by rozważyć swoje sprawy sercowe, ale także by odpocząć. Człowiekiem, od którego wymaga się więcej, niż jest w stanie z siebie dać. Człowiekiem, który musi samotnie stawić czoła śmierci przyjaciół, ludzi, których zabiła sama albo z różnych powodów była jej pośrednio winna. Słowem – najbardziej pełnym, wielowymiarowym portretem bohaterki z całej trylogii; portretem skończonym i bardzo wnikliwym, z wszystkimi psychologicznymi konsekwencjami i cechami, które sprawiają, że nie sposób Katniss nie lubić, a przynajmniej nie dopingować jej czy współczuć. A także – trudno powiedzieć, że nie jest żywym człowiekiem tylko postacią książkową.

Bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni również nieco się zmielili – nie mówię tu o Peecie ze zmodyfikowaną przez Kapitol pamięcią, chociaż była to dla mnie nie lada niespodzianka, bo nie o to chodzi, ale choćby taki Gale. Bardzo przystojny i tak dalej, nie mówię, ale Autorka coraz bardziej eksponuje to, co zarysowała już mocno w poprzednich częściach, łącznie z rozdawaniem pocałunków i na prawo i lewo oraz nienawiścią, jakoś kłócącą się pragnieniem pokoju przez Katniss, przez co  – szczerze mówiąc – nie nadawałby się na osobę, jaka mogłaby towarzyszyć dziewczynie przez resztę życia. Ale przecież nie tylko on. Zaskoczyli mnie Prim i Finnick – ona szybko dorasta, pozostając wciąż dzieckiem, a on przestaje być przystojnym chłopakiem z trójzębem, zakochanym w nieszczęśliwej Annie, zamieniając się w prawdziwego żołnierza (a potem rozdziera moje i tak obolałe serce). Nawet Haymitch i Effie – ich sylwetki zostają pogłębione przez kilka następnych światłocieni, rysów, które zmieniają ich w postacie jeszcze ciekawsze, pełniejsze i w pewien sposób bardziej wiarygodne dla czytelnika. Ciekawią także nowe postacie, które pojawiają się dopiero tu – Pollux, Cressida, a także pokręcona, ale bardzo sympatyczna Tigris; jestem naprawdę zachwycona tą postacią i podziwiam Autorkę, bo sama na taki ekstrawagancki pomysł nie wpadłabym nigdy. O ile w poprzednich częściach mieliśmy dobre postacie literackie, nakreślone w dobry sposób na papierze, to w finale mamy prawdziwych ludzi – co prawda niektórzy z nich mają kocie wąsy i prążki – żyjących i namacalnych tak bardzo, że po odłożeniu książki ciężko rozumieć, że to tylko fikcja.

Autorka ma swój specyficzny, ale doskonały styl. Nie jest on zbyt prosty i lekki, ale niezaprzeczalnie ma swoją hipnotyzującą harmonię, melodię, która – jako że pisarka ma już dość duże doświadczenie – nie jest przerywana jakimkolwiek dysonansem. Zdania są krótkie, ale w pewien sposób malownicze, niezwykle plastyczne i bardzo trafnie odmalowujące kolejne sceny, szczególnie te pełne akcji, – z którą pisarka radzi sobie świetnie; nie ma tam nawet grama chaosu czy topornych opisów, które zamiast zaciekawiać, sprawiają, że czytelnik zaczyna się nudzić - które nabierają jeszcze więcej dynamiki przez narrację w czasie teraźniejszym (wyobrażam sobie, jak bardzo było to trudne dla tłumacza! – w języku polskim są czasowniki, które nie da się powiedzieć w czasie teraźniejszym) i prosty, czasami suchy, jakby surowy język tych scen wywiera jeszcze większe wrażenie na czytelniku, choć pod tym wszystkim pisarka w mistrzowski sposób ukrywa emocje, dające się wyczuć i z zimną krwią podnosi napięcie, zmuszając czytelnika do pożarcia powieści jak najszybciej, by przekonać się, jak to się wszystko skończy – może Katniss skończy jak Tris, a jeśli nie, to będzie z Peetą czy Gale’em? Czyta się przy tym szybko, bo – niestety – książka gruba nie jest, a styl Autorki, choć jak pisałam, dość skomplikowany i nie tak lekki jak innych twórców, sprawia, że powieść można przeczytać bardzo szybko i z zapartym tchem, zwracając uwagę tylko na szybką, sensacyjną akcję, by dopiero później, gdy ochłoniemy, zwrócić uwagę na głębsze przesłanie, tak zmyślnie przez Autorkę ukryte.

Okładki filmowe nigdy mi się nie do końca podobały, ale porównując je do tych poprzednich, mają w sobie coś pasującego do trylogii, a ognisty kosogłos na okładce bardzo przyciąga wzrok na sklepowych półkach. Tym razem nie jest to broszka ze strzałą, jak na okładce pierwszej części, albo broszka z samym kosogłosem, ale ptak z triumfalnie wyciągniętymi skrzydłami, jak na filmowych plakatach. Czarna okładka za bardzo się świeci (wolałabym, gdyby była matowa, bo nie cierpię świecących folii, jakimi się obkleja niektóre książki; to, że źle wygląda to na zdjęciach to chyba najmniejsze zło), ale za to ładnie kontrastuje się z pomarańczową grafiką z płomieniami i napisami w dopasowanej do reszty czcionce, a okładka ma dwa bardzo ładne skrzydełka, które jakoś ozdabiają książkę. W środku wszystko pozostało niezmienne z poprzednim wydaniem – pierwsze strony poszczególnych rozdziałów są ozdobione są taką samą grafiką, dość udaną, ale moim zdaniem niepotrzebną; czcionka jest przyjemna w czytaniu, tak samo jak papier, biały i gatunkowo bardzo dobry – takie estetyczne wydanie sprawia, że książkę trzyma się przyjemnie w ręku i nie ma żadnych przeszkód w delektowaniu się treścią.

Opowieść o Kosogłosie to po prostu bardzo dobra książka i uniwersalna historia, jakich teraz mało, która ma szansę przeżyć wszystkich jej naśladowców w stylu trylogii Veronicy Roth. Bo to pomimo wątku miłosnego nie jest romans – to raczej nowocześnie brutalna powieść dla wrażliwych, młodych ludzi, świadomych tego, że w tym świecie nie ma nic różowego, a jeśli już to więcej jest krwistej czerwieni. Rzecz z prawdziwymi wartościami i trudnymi pytaniami, na które – poza Katniss – każdy musi sobie odpowiedzieć sam, uświadamiając sobie, jak ważny i cenny jest pokój na świecie, jak wielkim darem jest rodzina i spokojne życie bez koszmarnych wspomnień. Jak bardzo Katniss była poraniona. Ale z drugiej strony Autorka pokazuje nam, że nie możemy mieć dużo nadziei – ludzie zawsze znajdą jakiś powód do wzajemnego rozlewu swojej krwi, do obejmowania władzy, do machinacji, do walki o sprawiedliwość, do wojny, do nienawiści, która zapala się nawet w sercach dobrych ludzi. I nawet bohaterka tej powieści, która zaczęła swoją wojnę o sprawiedliwość zgłaszając się na ochotniczkę na Igrzyska, grzebiąc Rue i zwyciężając niemal trzy razy ze swoim wrogiem i pokazując głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale dzieci bawią się na łące, nie wiedząc, że to cmentarz. A na świecie wciąż pozostało wiele innych, gorszych gier do rozegrania.

Tytuł: „Kosogłos”
Autor: Suzanne Collins
Moja ocena: 8/10


wtorek, 18 sierpnia 2015

Piekło sumienia. Recenzja książki

Czy wyobrażasz sobie, jak to jest zabić człowieka? Nie chodzi tu o kwestie estetyczne, wiadomo, większość delikatnych ludzi z trudem zniosłoby widok dużej ilości krwi. Ale czy ktoś z was potrafiłby zabić człowieka? Dostrzec strach i zdziwienie w oczach ofiary, zanurzyć narzędzie zbrodni w jego ciepłym ciele, takim jak nasze, zadać śmiertelną ranę. Słyszeć krzyk, pośmiertne drgawki, nieruchome oczy. Serce tego człowieka biło przed chwilą, przez żyły płynęła krew; nasza ofiara myślała, może marzyła. A teraz wszystko się skończyło, nagle. Przez nas. Może mój opis jest bardzo amatorski i pospieszny, wzruszacie ramionami, ale myślę, że niemal dla każdego byłoby to strasznym przeżyciem, chociaż teraz nie zdajecie sobie z tego sprawy. Zabicie człowieka nawet podczas wojny jest dla jednostek wrażliwych traumą prowadzącą czasami do szaleństwa. I nawet ci, którzy wrogów na wojnie zabijają z zimną krwią, mogą się spodziewać, że krew tamtych ludzi odciśnie na nich niezatarte piętno, jakąś plamę, traumę. Uważam, że tylko psychopaci traktują to jak rzecz naturalną jak jedzenie, a dla totalnych poprańców stanowi to przyjemność (co nie jest takie dziwne, jeśli nad tym się zastanowić). A jakie są motywy zabójstwa? Po wojnie, w której każdy zabija każdego i temu, zemście i chorobie powody dają zmieść w dwóch kategoriach – jeśli nie wiesz o co chodzi, chodzi o pieniądze albo seks, mawiał mój dziadek i to jest święta prawda. Chociaż nie zawsze – czasami powody są abstrakcyjne, trudne do zrozumienia, niekiedy nawet szlachetne (mimo tego bez większego trudu można obalić teorię cel uświęca środki), nierzadko wywodzą się z systemów filozoficznych, religijnych (święta wojna w islamie i chrześcijaństwie) i społecznych; rodzą się w umysłach ludzi na tyle rozsądnych i inteligentnych, że trudno posądzić ich o coś takiego, nawet podejrzenie ich jest absurdalne. Wszystko jednak zależy od punktu widzenia – dla nas, zwykłych ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy nie posuną się do morderstwa, mordercy we wszystkich kryminałach wydadzą się źli i straszni, a ich mózg mroczny i zniszczony. Ale czy na pewno? A co oni sami o sobie myślą?

Rodion Romanowicz Raskolnikow zabił. Jego ofiarami były bogata lichwiarka i jej przyrodnia siostra. Zabił dla pieniędzy, bo jako były student żył na skraju nędzy, ale głównie dla swoich poglądów. Teraz musi zmierzyć się z konsekwencjami swojego czynu - okazuje się jednak, że nie potrafi z tym żyć, co prowadzi ostatecznie do przyznania się do winy. Morderstwo niszczy bohatera, doprowadza go do granic szaleństwa, niemal do śmierci, torturuje w niezwykle wyszukany sposób; niejako gotuje mu piekło na ziemi. Upada tak nisko, że jedną osobą, która jest w stanie go zrozumieć (i pokochać) jest prostytutka Sonia, która zresztą nie wybierała swojego zawodu. To nie jest jednak romans dwójki upadłych ludzi, to raczej głębokie studium niezwykle ciekawej osobowości, genialnej i wypaczonej, na tyle skomplikowanej i niejednoznacznej, że   należałoby poświęcić jej oddzielny tekst i o której można rozmawiać całą noc. Istotnym elementem fabuły jest chorobliwa walka bohatera o zatuszowanie całej sprawy, co zajmuje większą część książki, a także – co chyba i dla pisarza i dla czytelnika najważniejsze – dogłębna analiza motywów bohatera i skutków – szczególnie psychologicznych – jego czynu, z tego powodu w powieści nie dzieje się dużo, co nie jest jej wadą, wręcz przeciwnie. To niezwykła powieść kryminalna (choć bardziej odpowiadałoby mi określenie powieść psychologiczna, chociaż – jak każdą wybitną powieść – ciężko zaszufladkować do jakiegokolwiek   gatunku) opowiedziana przez mordercę, w dodatku mordercę nietuzinkowego, jakiego szukać możemy chyba jedynie u Szekspira.

Tak, u Szekspira. Raskolnikow od początku kojarzył mi się z szekspirowskim Makbetem. Oboje byli normalnymi ludźmi ogarniętymi obsesją, żaden z nich także nie poradził sobie z konsekwencjami zbrodni i sumieniem – chociaż u Rodiona rozgrywa się to na płaszczyźnie bardziej psychologicznej – i oboje niejako zostali ukarani za życia. To skojarzenie bardziej literackie i uniwersalne, bo Szekspir wyczerpał niemal wszystkie wzorce zachowań ludzkich; inna rzecz jest więc bardzo ciekawa. A mianowicie elementy filozofii Nietzschego, a także ideologii nazistowskiej, która – jak wiemy – czerpała dużo, oczywiście w formie nieco zmienionej, z osiągnięć owego filozofa. Rzecz zadziwiająca, bo powieść została napisana w latach 60. XIX wieku, a największe dzieła Nietzschego w około roku 1888, czyli znacznie później. Chodzi mi tu przede wszystkim o przekonania bohatera i jego motywy, przypominające nieco teorię o nadczłowieku – zarówno Autor jak i Nietzsche posługują się tu porównaniem do Napoleona! – znacznie jednak bardziej rozbudowaną i w nieco innym znaczeniu, w każdym razie nieco jakby polemizującą z owymi poglądami, a także ciekawie do nich nawiązującą. Czyżby to właśnie pisarz wymyślił to wszystko? Czy udowodnił, że mrzonki o nadczłowieku są tylko iluzją, pobożnym życzeniem i pokazał, co dzieje się z człowiekiem, kiedy w to uwierzy? A co było tytułową karą?  Tak! To niezwykle ciekawy temat na dyskusję z kimś, kto umie spojrzeć głębiej, kogo jeszcze interesują te zagadnienia, kto ma jakieś ciekawe spojrzenie na sprawę (choć i tak wiadomo, że jakkolwiek spojrzymy na poglądy bohatera, dojdziemy do wniosku, żeby były one po prostu absurdem, niemal takim samym absurdem, jak pogląd, że pewien Austriak ze śmiesznym wąsikiem ma moralne prawo skazywać innych ludzi na straszliwą śmierć w obozach koncentracyjnych, bo takie jest niebezpieczeństwo poglądów bohatera powieści). Chociaż  nie porównuj Napoleona i Juliusza Cezara z Raskolnikowem, bo oni nigdy osobiście nie zabili, więc nie sprawdzili, czy są nadludźmi – powiedziała moja Mama, która fabułę książki zna tylko z mojego opowiadania i swoich szkolnych wspomnień. I ciężko się z nią nie zgodzić, chociaż z każdym dniem, kiedy myślę o książce, zauważam coraz więcej akcentów, ciekawych kwestii i na tym polega jej piękno i niezwykłość.

Inna ważna kwestia to bohaterowie – postacie niezwykle plastyczne, żywe, które Autor konstruuje z niezwykłym pietyzmem i przerażającą wiarygodnością. Najciekawszą z nich jest Raskolnikow – indywiduum  bardzo skomplikowane, ciekawe, niejednoznaczne, ale z pewnością nie dające się nie lubić, mimo popełnionego morderstwa. Jest tylko człowiekiem i to człowiekiem staczającym się po równi pochyłej dręczących wyrzutów sumienia i załamania psychicznego, tkwiącym w piekle swoich przekonań i głębokiego poczucia, że nie jest ich wart, ponieważ próba okazała się kompletną klapą. Jednocześnie – jak napisałam wyżej – nie można Raskolnikowa nie lubić. Budzi litość, współczucie, czasami chcemy nawet, żeby nic się nie wydało i Rodia nie musiał iść na katorgę, jesteśmy gotowi przebaczyć mu nawet całe te niedorzeczne bajanie. Ba! Wydawałoby się, że każdy zdrowo myślący człowiek popukałby się w czoło z współczującym uśmieszkiem słysząc jego wywody, a pisarz, który chciałby napisać na ten temat książki naraziłby się tylko na śmieszność i produkt książkopodobny zupełnie bez sensu, który nie można strawić. Tutaj jednak teorie Raskolnikowa nabierają poważnego, prawdziwie strasznego, a przede wszystkim realistycznego wymiaru. Dzieje się tak, ponieważ Autor nie demonizuje ani nie idealizuje bohatera, przedstawia tylko – z niezwykłą wrażliwością obserwatora i znawcy - pełnowymiarowego człowieka ze wszystkimi elementami ludzkiej psychiki i charakteru; jest szczery z czytelnikiem i lojalny wobec bohatera, nie ocenia i nie przestrzega przed karą Boską, tylko opisuje, a pokazując jego wiarę w wydumane teorie nie podaje pewnych wniosków i poglądów, ukrywając i tuszując pewne akcenty, by czytelnik sam poszukał rozwiązania zagadki, sam ocenił głównego bohatera. Wciąga nas tylko do mrocznego świata jego obsesji i postępującego załamania psychicznego, wyciągając brutalnie na światło dzienne wszystkie jego myśli, analizując każdy jego stan. To niezwykle ciekawe doświadczenie, szczególnie, że w pewnym momencie miałam wrażenie, że Autor pisze o postaci autentycznej, a nie książkowym bohaterze, który wyłazi z kart powieści i któremu jesteśmy niejako zmuszeni kibicować. Przynajmniej mnie zmusił do tego i bardzo mnie to przerażało, bo przecież chciałam, żeby sprawiedliwości stało się zadość - wiadomo, to chyba naturalne.

Jednak pozostałe postacie były równie ciekawe – bardzo polubiłam prostytutkę Sonię, ukochaną Raskolnikowa, a scena, w której czyta Pismo Święte, zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie (pierwotnie scena ta była o wiele dłuższa, ale carska cenzura uznała – niestety- że byłoby to dość nieprzyzwoite). Sonia tak naprawdę jest biedną, nieśmiałą i pobożną dziewczyną, bardzo zakochaną w nieszczęśliwym mordercy, jak on osobą upadłą, jednak nie z własnego widzimisię, ale z konieczności, jedyną, która nie potępia Raskolnikowa, widzi dla niego drogę ocalenia. Dzięki niej delikatny wątek romantyczny jest bardzo piękny i prawdziwy, o wiele bardziej prawdziwszy od większości innych, podobnych wątków bo gorzki i pełny heroicznego przebaczenia. Przez to prawdziwie piękny. Ciekawą, doskonale skonstruowaną postacią jest sędzia, Porfiry Pietrowicz, człowiek z wyglądu i zachowania budzący tylko komiczną sympatię, jednak tak naprawdę doskonały manipulator i znawca ludzkiej psychiki, stosujący swoją wiedzę w pracy – co w tamtych czasach było naprawdę dość niespotykane i innowacyjne – który niemal wyciąga od Raskolnikowa jawne przyznanie się do morderstwa. To ciekawy bohater, postać inna i nieprzewidywalna, bardzo fascynująca, którą po prostu nie można rozgryźć. Na uwagę zasługuje także matka Rodii – nieszczęsna Pulcheria Aleskandrowna, zakochana w swoim synu aż do granic z kompleksem Jokasty, chociaż może bardziej nakreślona niż przedstawiona, ale budząca współczucie każdego czytelnika. Sympatyczna jest także Awdotia Romanowna, siostra Raskolnikowa, której postać aż prosi się o dodanie jeszcze kilku rysów i której związkowi z serdecznym przyjacielem Rodii, Razumichinem, kibicowałam od pierwszej sugestii Autora. Naprawdę! To był zdecydowanie mężczyzna dla niej, a nie jakiś paniczyk Łużyn, który w swą poniekąd udaną zemstę wplątał Sonię i jej rodzinę, doprowadzając do tragicznej śmierci Katarzyny Iwanowny (zaryzykuję nawet stwierdzenie, że był większym i gorszym mordercą niż Raskolnikow, bo udało mu się coś, w czym nasz bohater poległ: otóż nie miał specjalnych wyrzutów sumienia) i nieszczęśliwy, aczkolwiek zły Swidrygajłow, ale tu wolę przemilczeć wszystko – z pewnością będziecie tak samo zaskoczeni jak ja i nie chcę wam tego zaskoczenia odbierać. Choć to postacie poboczne, mają naprawdę ciekawą psychikę i własną historię, jednak nakreślone przez Autora dość szkicowo i aż proszące się o ich pogłębienie – choć z drugiej strony – zburzyłoby to delikatną konstrukcję książki, odpowiedzialną za harmonię w treści.

Bo fabuła jest bardzo harmonijna i wystarczyłby wątek lub dwa, by to wszystko poszło w diabły, zostawiając tylko chaos. Choć akcji nie ma dużo – tylko na początku książki dzieje się coś, co w ten sposób mogłoby wciągnąć czytelnika (szczegółowo opowiedziane zabójstwo), trudno było się od książki oderwać. Intryguje zmiana perspektyw – zwykle sprawę kryminalną oglądamy oczami śledczego lub innej osoby w jakiś sposób zamieszanej w śledztwo, a nigdy, w pełni, przez mordercę. Intrygują same dość egzotyczne poglądy Raskolnikowa. Intryguje więź łącząca go z Sonią, jego choroba, mrok, który siedział w głębi jego duszy (chyba to  jest najciekawsze). Intrygują wątki poboczne, pełne surowego, twardego życia – w szczególności realistyczna historia Katarzyny Iwanowny i jej dzieci – czasami ciężko uwierzyć, że to wszystko fikcja; aczkolwiek wiele sytuacji z powieści ma swoje źródło i inspirację w tym, co przeżył sam Autor. Intryguje rola kolejnych bohaterów – bo historii Rodiona, jakby za sprawą jakiegoś fatum, nic nie jest przypadkowe, od spotkania w szynku zapijaczonego urzędnika Marmieładowa do ducha Marfy nawiedzającego jej męża i tajemniczej topielicy. Intrygują takie drobnostki jak niedopowiedzenia, aluzje, światłocienie i nawet to, że w pewnym momencie Raskolnikowi niemal udaje się przekonać czytelnika do swoich poglądów (przynajmniej było tak ze mną). Powiedziałabym, że więcej zwrotów akcji zniszczyłoby ten niezwykły klimat, te powolne zanurzanie się w mrocznym świecie bohatera – zarówno jego umysłu i uczynku, jak i ludzi wokół, w najlepszym przypadku będących po prostu szlachetnymi biedakami. Odciągnęłaby uwagę czytelnika od tego, co w powieści najważniejsze – już nie tak bardzo jednoznacznych definicji słów zemsta i kara, a złożoność wnętrza Raskolnikowa i jego motywów sama w sobie jest taka ciekawa, że czyta się niemal jednym tchem. I tylko z końcówką miałam problem, bo w stosunku do całej powieści i do tych skończonych, niezwykle trafnych i szerokich opisów psychiki mordercy, opis przełomu, momentu w którym Raskolnikow, na swój pokręcony sposób, zrozumiał istotę swojej zbrodni, zaskoczył mnie prawie negatywnie. Czyżby Autor się spieszył? No tak, było to w epilogu, a epilog oznacza raczej – przynajmniej w tych klasycznych powieściach – rzut na losy bohaterów po skończeniu akcji właściwej. Krótki. Właściwie to bardzo, ale to bardzo szkoda, bo zabrakło szerszej, zwykłej dla tej książki perspektywy, głębszego opisu. W porównaniu z resztą wydaje się to dość liche, mało wiarygodne i dość niezrozumiałe. Nie wiem, to takie tylko moje wrażenie. Zresztą, gdybym potrafiła się gniewać na autorów takich książek ja ta, obraziłabym się na pisarza już dawno – zakończenie jest takie… Kurczę, naprawdę nie ma kontynuacji?

Mimo wszystko czytało się dość ciężko, ale to raczej wina nie pisarza, ale moja. O afrykańskich upałach lepiej już nie wspominać, dość że chodziłam zła, zmęczona i spocona, a w uszach huczał mi wiatrak, przytargany przez kogoś z rodziny. No i jeszcze trzy dni w mojej Arkadii, wspaniałe trzy dni, chyba najpiękniejsze wspomnienie z wakacji. I jak tu czytać taką książkę? Zasypiałam nawet przy oglądaniu Muszkieterów, a jedyne moje marzenie było leżeniem na dnie basenu, ewentualnie gazowaną wodą z sokiem i lodem. Powieść, by odkryć wszystkie jej smaczki i nimi się delektować, wymaga czasu, cierpliwości i skupienia, a mnie brakowało tych dwóch ostatnich, bo słoneczne godziny wlekły się tak, jak gdyby nawet one nie miały siły. Czytało ciężko, wolno, bardzo wolno, mimo że nie ukrywam, że Autor posługuje się moim ukochanym, klasycznym stylem, który jednak dla przegrzanego mózgu okazuje się zbyt ciężki. Kiedy jednak sięgnęłam po książkę wieczorem, zatonęłam po uszy w pięknym, melodyjnym stylu pisarza, pełna podziwu dla niezwykle trafnych określeń i opisów; głębokiego studium człowieka i empatycznego sposobu opisywania ludzkiej biedy – zarówno tej moralnej jak i materialnej. Jak zdania łączą się w melodyjną całość, a pod nimi ukrywa się coś jeszcze – znaczenia, które czytelnik musi odszukać sam. To prawdziwa przyjemność obcować z takim pisarzem, przenikać jego świat, wgryzać się ze smakiem w jego słowa, piękne, klasyczne i na pozór zwykłe, ale mówiące tyle nie tylko o Raskolnikowie, ale o człowieku w ogóle. Trzeba jednak się skupić, zapomnieć o przytłaczającej, gorącej rzeczywistości, być cierpliwym i uważnym; wtedy książka odwdzięczy się nie tylko pięknym, przebogatym stylem Autora.

Przyzwyczajona do pięknych – a przynajmniej ciekawych czy estetycznych - okładek Wydawnictwa, byłam nieco zawiedziona. Owszem, twarda oprawa jak zwykle mi się podoba – bo książki wyglądają znacznie bardziej bogato, a ciężar książki robi wrażenie (jest lekka jak piórko!), jednak z okładką nie jest już tak bardzo optymistycznie. Zestawienie czerwieni z siwym i białym jest naprawdę udane, ale… Młody mężczyzna powyżej z charakterystycznym czarnym paskiem choć nie prezentuje się malowniczo, w jakiś sposób nawiązuje do treści książki, za to kompletnie nie rozumiem tego widoczku z Petersburga, chociaż – faktycznie – bez niego okładka byłaby jeszcze gorsza bo bardziej pusta. Razem z dość dziwną czcionką, jaką napisano imię i nazwisko Autora oraz tytuł, wszystko wygląda dość zwyczajnie i niepociągająco, tym bardziej dla kogoś, kto nie jest mną i szuka książki w konkretnej okładce, a nie książki w ogóle. Sytuację wydaje się ratować ładny, czerwony grzbiet (na półce wygląda to naprawdę dobrze!) i ciekawy szlaczek, nawet w stylistyce rosyjskiej, ozdabiający krawędź okładki z dwóch stron. Blurb jest bardzo ciekawy, napisany klasyczną, czerwoną czcionką na szarym tle, choć raczej trudno powiedzieć, że udało się tam uchwycić to, o co chodzi w książce, a informacja o tym, że Autor interesował się psychiką morderców, z pewnością przekona mniej zainteresowanych. Całość – mimo twardej oprawy – jest nieco lepsza od Jane Eyre, ale wciąż dość przeciętna, daleka od okładek Wichrowych Wzgórz czy choćby Poduszki w różowe słonie. To jednak tylko okładka - tak samo jak z człowiekiem, liczy się bardziej treść niż forma.

Każda książka, która ze mną gdzieś podróżowała czy towarzyszyła w jakimś konkretnym wydarzeniu – miłym czy nie – oprócz historii samej w sobie niesie ze sobą jakieś wspomnienia, momenty z określonego odcinka czasu, gdy czytałam daną powieść. Ba! Gdyby się tak zastanowić, każda z nich ma jakąś swoją historię, która zwykle mi się z nią kojarzy; najczęściej jest to coś, na szczęście, pozytywnego. Z czym kojarzy mi się ta książka? Z latem. Z najpiękniejszymi z niego wspomnieniami. Z afrykańskimi upałami, z tym, że podczas snu wbiłam sobie paznokieć w rękę i potem bardzo bolało. Z głupimi fotkami, przypominającymi piękne (i głupie) czasy gimnazjum. A także z długą dyskusją z Mamą, na tematy poruszone przez Autora, nie tylko dlatego, że jak chcę mówić, to gadam do kogokolwiek, kto nawinie mi się pod rękę, ale też dlatego, że niej wszystko jest takie proste i oczywiste. I z nierozstrzygniętymi, wciąż dręczącymi pytaniami, jakie zrodziły się po przeczytaniu. A ja nie lubię takich pytań, choć uwielbiam książki, które skłaniają mnie do ich zadawania; z niedokończoną charakterystyką Raskolnikowa i którym właściwie można napisać jakąś pracę, jak zresztą o każdym człowieku żywym i realnym. I oczywiście wieloma trafnymi spostrzeżeniami i wnioskami, przez które rodzą się kolejne pytania, które zamiast sprawiać, że ogólny obraz staje się jaśniejszy, przyciemniają go jeszcze bardziej. W każdym razie tylko jedno jest pewne: nieważne, czy morderstwo będzie z dobrych chęci czy nie i tak trafisz do piekła, jakie urządzi ci sumienie. No, chyba że jesteś nadczłowiekiem, geniuszem, a nie normalną, ludzką wszą. Ale co w takim razie oznaczają słowa geniusz, nadczłowiek, wsza? Czy takie pojęcia w ogóle istnieją?

Tytuł: „Zbrodnia i kara”
Autor: Fiodor Dostojewski
Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MG



czwartek, 23 lipca 2015

Oczami dziecka. Recenzja książki



Dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu człowieka. Dopiero teraz to dostrzegam i zaczynam rozumieć Tuomasa Holopainena, lidera mojego ukochanego zespołu Nightwish, który w wielu tekstach porusza problem magii dzieciństwa, przesyconego baśniami i utraty dziecięcej niewinności. Bo stając się dorosłymi, tracimy wiele. Przede wszystkim tracimy świeżość spojrzenia, dziwienie się nad najmniejszym robakiem, którego teraz nie zauważamy, a także niewinność – świat przestaje być piękny, ludzie dobrzy i tak naprawdę przestajemy ufać co najmniej połowie ludzi. Dziecko, któremu nikt nie wyrządził krzywdy, widzi świat jasny, piękny i zdumiewający, pełen oczywistych prawd, których dorośli już nie zauważają. Poza tym jest jeszcze coś, o czym pan Holopainen zapomniał, bo – choć z pewnością zdaje sobie z tego sprawę tak samo jak ja – nie mógł umieścić tego w swoich piosenkach, ozdobionych pięknymi głosami Tarji Turnunen, Anette Olzon i Floor Jansen: rzeczy przeznaczone dla dzieci są naprawdę ładne, takie jakie nie znajdziemy w innych sklepach. Choćby odzież: w każdym porządnym sklepie z dziecięcymi ciuszkami oczy bolą od ilości kolorów, a w choćby w takim H&M często jest po prostu buro, a jeśli już to desenie są zbyt krzykliwe. Albo ksiązki dla dzieci – nie mówię tu o książkowych koszmarkach sprzedawanych w księgarniach z powieściami za złotówkę – ale o tych naprawdę z dobrych wydawnictw. Nie mówię, kocham grube tomiszcza, ale piękne obrazki znajdę już tylko w albumach o sztuce i niektórych powieściach fantasy, co jest naprawdę przygnębiające. Dlatego też nie mogłam sobie odmówić przyjemność zrecenzowania specjalnego, filmowego wydania jednej z moich ulubionych książek – Małego Księcia – w wersji dla dzieci. Może jestem śmieszna, może nie, ale jak można się oprzeć pięknej rzeczy? 

Mały Książę zawsze był książką problematyczną. Niby omawia się to w pierwszej klasie gimnazjum, ale każda wymalowana trzynastolatka, chcąca na siłę być dorosła, kręci nosem na tę bajkę. Natomiast dla dzieci jest niewątpliwie to opowieść zbyt trudna – głównie przez to, że tak naprawdę skomplikowana, wielowymiarowa powiastka filozoficzna, kryjąca się pod powłoką przygnębiającej baśni (tak, właśnie: Mały Książę to baśń bardzo przygnębiająca, żebyście wiedzieli). Dlatego sama idea uproszczenia nieco treści i dostosowania do możliwości dziecka to pomysł sam w sobie bardzo dobry, jednak bardzo trudny do zrealizowania. Zbrodnią byłoby zrobienie samej treści książki jakiejś krzywdy, pominięcie jakiegoś epizodu i jego ogólnej wymowy (dywagacje sobie zostawiam na później), co jest przecież bardzo trudne, przy jednoczesnym przełożeniu książki na język współczesnego dziecka, zdominowany przez kulturę obrazkową i sloganowe filmy z dwuznacznym humorem. Oraz, przede wszystkim zrealizowanie celów, jakie moim zdaniem powinny przyświecać tej książce: zachęcenie już starszych pociech do sięgnięcia po pierwowzór, wyrobienie opowiastką jakiegoś głębszego spojrzenia na rzeczywistość oraz – co najważniejsze – wyrobienie empatii i wpojenie pewnych prawd, jakie wskazane zostały na kartach książki (mam tu na myśli przede wszystkim przykład prawdziwej przyjaźni Małego Księcia z Lisem; uważam, że słynne zdanie o oswajaniu i stawaniu się odpowiedzialnym powinien do serca wziąć każdy człowiek). I naprawdę bałam się, co z tego wyniknie – czy książka udźwignie ciężar moich wymagań? 

Z czystym sumieniem, mogę powiedzieć, że tak. Co prawda, drażniło mnie nieco, że historia zaczyna się w momencie, kiedy Lotnik rozbija się na pustyni, z pominięciem ciekawych dywagacji z początku, ale kiedy spojrzeć okiem dziecka, wszystko jest tak, jak powinno być: język jest prosty, komunikatywny i zrozumiały, ale absorbujący uwagę dziecka. Czuć tu delikatnie klimaty Autora Małego Księcia, jednocześnie zawiłość oryginału została zastąpiona prostotą, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa; krótkie partie narracyjne przeplatane są ciekawymi dialogami, które, czytane na głos z odpowiednią intonacją, zaciekawią małego czytelnika. Autorzy opracowania nie pominęli jednak niczego istotnego (Lis!) ani nie popełnili większego błędu rzeczowego, zachowując pierwotny urok i tę dziwną melancholię, która – kiedy czytam oryginał – sprawia, że czytanie staje się prawdziwą przyjemnością. Całość nie jest zbytnio sentymentalna czy zbyt smutna, co także jest wielkim plusem z uwagi na to, że zakończenie nieodmiennie łamie moje serducho i nie jestem pewna, czy i teraz – będąc dzieckiem i czytając tę książkę – nie popłakałabym się, jak robiłam to w dzieciństwie. Mam nadzieję więc, że ta opowiastka, nieco mniej drastycznie zrealizowana, raczej wywoła u dzieci uśmiech czy okrzyk podziwu, niż kilka łez. 

Jeśli chodzi o książki dla dzieci, istotną sprawą są obrazki. Muszę przyznać, że przyzwyczajona do akwarel Autora, na początku z dystansem podchodziłam ilustracji z tej książeczki. Wydawały mi się jakieś dziwne, tak dalekie od klasyki. Jednak po bliższym przyjrzeniu się pozycji, jak i dostępnym w Internecie grafikom, stwierdziłam, że sylwetki bohaterów nie mogły być po prostu inne. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że jest to animowany film robiony technikami dalekimi od malowanej Królewny Śnieżki, a w graficznych klimatach choćby Pingwinów z Madagaskaru opowieść ta wyszłaby po prostu źle i kiczowato. Obrana stylistyka jest ciekawa, zaskakująca i bardzo oryginalna; łączy ze sobą pomysły z akwarelek pisarza z nowoczesnością (postacie z filmu i z oryginalnych ilustracji mają dużo cech wspólnych). Dzieciom wychowanym na najprzeróżniejszych postaciach z kreskówek taka alternatywa z pewnością przypadnie do gustu, a ponieważ oszczędne obrazki tak naprawdę zawierają dużo zaskakujących szczegółów, samo oglądanie ich będzie rzeczą kształcącą. Mi osobiście do gustu najbardziej przypadła ilustracja przedstawiająca Małego Księcia odlatującego z białymi ptakami na ciemnoniebieskim tle, a także – co za niezwykły pomysł – główny bohater wewnątrz Róży oraz ten, w którym książkę stoi pośród alei ziemskich róż. Bardzo sympatycznie prezentuje się Lis, a planety różnych bohaterów zaskakują pomysłowością i niezwykłymi klimatami, które do gustu przypadną każdemu dziecku – wierzę, że wyczują mgiełkę niezwykłości, jaki udało się wyczarować twórcom filmu – bo przypuszczam, że ilustracje mają coś wspólnego z fotosami z ekranizacji - i dadzą się porwać niezwykłym przygodom Małego Księcia, a czas na miłe akwarele pisarza przyjdzie później. 

Warto też wspomnieć o wydaniu książki, które sprawiło, kiedy otworzyłam paczkę, westchnęłam z zachwytu i która wzbudziła moją zazdrość, jako czytelnika dorosłych książek. Uwielbiam każdy odcień niebieskiego, a okładki w tym kolorze sprawiają, że czuję się jak na niebieskim haju, nawet wtedy, kiedy tylko są dwa paski niebieskiego, jak tu. Okładkowa ilustracja Małego Księcia z Lisem jest naprawdę estetyczna i intrygująca – nie zdradza wiele z fabuły, bo bohaterowie są odwróceni ale zaciekawia, ujmuje i – takie moje odczucie – emanuje spokojem. Książkę wydrukowano na kredowym, naprawdę dobrym papierze, bez żadnych literówek i braków spacji, które niezmiernie mnie irytują. Tekst został napisany dużą czcionką, co maluchom ułatwia czytanie i bardzo ładnie komponuje się z resztą książki. Przyjemnie ją trzymać w ręku, przyjemnie przekładać strony, w ogóle przyjemnie jest mieć taką książkę na półce, chociaż wiem, że to jest dziwne. Wręcz bardzo dziwne, ale nieważne. 
  
Tak sobie myślę, że książka jest idealnym pomysłem na prezent dla znajomego dziecka, bądź kogoś z rodziny; ale nie tylko. To naprawdę dobra pozycja, która dla wielu pociech będzie fantastyczną przygodą, a dla rodzica doskonały pomysł na kreatywne spędzenie czasu z dzieckiem – po przeczytaniu (koniecznie na głos!) można wybrać się na film, który wchodzi do polskich kin już 7 sierpnia (masz ci los, gdybym była o wiele lat młodsza, byłby prezent urodzinowy jak znalazł, bo przecież w ten dzień dochodzi mi na kark kolejny roczek), a potem, kiedy dziecko będzie już większe i – mam nadzieję – miło wspominało tę lekturę z dzieciństwa, zachęcić do sięgnięcia po oryginał. Można też z dzieckiem poprzeglądać opowiastkę, zanurzyć się w wspomnieniach swojego dzieciństwa i zobaczyć tamten Wszechświat oczami dziecka – teraz już nie tak filozoficznie, ale tak po prostu, naturalnie.

Tytuł: „Mały Książę. Dla dzieci”
Autor: Antonine de Saint-Exupery (autor oryginału)
Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Pani Agnieszce z wydawnictwa Znak

poniedziałek, 13 lipca 2015

Pięknie i spokojnie. Recenzja książki



Nasze życie jest nerwowe i szybkie – wymaga się od nas całodobowej przytomności, doskonałej pamięci, punktualności, wymagając przy tym od nas rzeczy, które są czasem niemożliwe. Złościmy się, widząc szeroką ofertę sklepów ze wszystkim, co może nam posłużyć w rozrywce, na którą nie mamy czasu. Z drugiej strony czas wolny również może być stresujący: wizyty rodziny, której nie lubimy; kurtuazyjne gościny, podczas których dalibyśmy wszystko, by stąd wyjść, zmuszając usta do uśmiechu i wysłuchiwania pani domu, godziny oczekiwania na jakąś ważką decyzję, ważny mail, sterczenie na poczekalni do lekarza (najgorsze są punkty pobrań krwi, gdzie można spotkać dużo małych, płaczących dzieci). Nie będę opisywać szczegółowo wszystkich miłych starszych pań, które wpychały się w moją kolejkę i obrażały się, kiedy mówiłam im, że ich lekarz jest prawdopodobnie jest po drugiej stronie korytarza; męczących pięcioletnich hipochondryków i ich rodziców wykłócających się z rodzicami, myślę, że domyśla się, że niezwykle trudno jest wtedy uśmiechać się być miłym. Albo godziny przed operacją, kiedy nie można pić, nie można jeść, a w głowie tysiące historii, kiedy nie udało się wzbudzić kogoś po narkozie. Bądź w tych sytuacjach mądry i czytaj książkę.

Ponieważ jestem bardzo łatwowierna, mimo że całkiem nieźle znam sposoby manipulacji w reklamie, kolorowanki antystresowe od razu przyciągnęły moją uwagę. Lubię kolorować, mam całe stosy kredek i wciąż dokupuję nowe komplety, ale z samymi kolorowankami jest różnie, ponieważ moja drukarka odmówiła współpracy z Windows 7, a wszystkie inne, które są dla mnie dostępne, cierpią na chroniczny brak tuszu (no dobra, trochę fejmu też było powodem, ostatecznie to takie modne, lajfstajlowe i robi to mnóstwo blogerek). Książka z gotowymi wzorami byłaby dla mnie dobrym rozwiązaniem, pomyślałam wtedy, kartki z półpokolorowanymi rysunkami nie będą się gubiły, by po pół roku odnaleźć się w kieszeni jakiejś bluzy. Kiedy zobaczyłam w Internecie wzory, jakie znajdują się w tych książkach, a na Istagramie zdjęcia kolorowanych przez was obrazków oraz  kilka waszych recenzji, wiedziałam, że jest to mój must have. Pozostał tylko wybór wzoru – ponieważ uwielbiam swój ogród, kwiaty, ptaki i tego rodzaju klimaty, zdecydowałam się na piękne, ogrodowe wzory. 

Muszę przyznać, że określenie kolorowanki antystresowe nie jest reklamą i akurat w tym punkcie się nie zawiodłam. Skomplikowane, poplątane wzory cieńszych lub grubszych linii wymaga nie tylko odpowiednich materiałów (cienkich kredek, pisaków), ale skupienia i koncentracji – dzięki temu przestajemy myśleć o otaczających problemach, dając się pochłonąć niemal hipnotycznej plątaninie linii; mózg niemal mechanicznie pokrywa kolejne powierzchnie, dając nam szansę odpocząć od natrętnych myśli, przegnać zmęczenie, które wcześniej trzeba było odganiać mocną i niezdrową kawą, która nieco odurza i często – zamiast zastrzyku energii – wywołuje niepotrzebne rozdrażnienie. Dla bardzo znerwicowanych umieszczono strony z powtarzającymi się elementami (w moim przepadku jest to strona zadrukowana identycznymi różami; mam zamiar każdą z nich pokolorować na inny kolor, będzie zabawnie), co uspakaja jeszcze bardziej – nie mówiąc: usypia. Jednocześnie kolorowanki wywierają także pozytywny wpływ na naszą psychikę, bo nie sposób nie czuć satysfakcji, widząc, jakie piękne dziełka wyszły spod naszej ręki, ożywając strony pokryte czarnymi liniami i białymi, pustymi powierzchniami wewnątrz. 

Ilustracje są naprawdę piękne i ciekawe, niemal secesyjne. Mnóstwo sympatycznych ptaków wszelkich gatunków, motyli, konewek, nawet fragmentów fantazyjnych ogrodzeń. Najwięcej jest tu jednak wijących się łodyg, miękko opadających liści, wielkich, pięknych kielichów kwiatów, szczególnie róż z każdym starannie wyrysowanym płatkiem. Na wiele rysunków położono światłocień, drobne, czarne linie, a liście mają żyłki, które sprawiają, że wszystko wygląda bardziej realnie. To naprawdę przyjemność w kolorowaniu takich pięknych obrazków, trzeba jednak uważać na używane przez nas kolory, by nie wprowadzić niepotrzebnych dysonansów i zniszczyć takie piękne grafiki. Trzeba także pochwalić ogólne wydanie książki, szczególnie ciekawą, kolorową, jednak niekrzykliwą i bardzo ładną okładkę, która przyciąga wzrok i zachęca do zajrzenia do środka. Aż ciężko uwierzyć, że taka estetyczna i piękna swoją zawartością książka została wydana przez wydawnictwo Amber, do którego mam pewne uprzedzenia, jeśli chodzi o jakość wydawanej literatury i okładki. Tylko wyobraźcie sobie, co będzie, kiedy pokoloruję wszystko! 

Można by powiedzieć, że znalazłam sobie nowe hobby, które staram się rozwijać nie tylko wtedy, kiedy jestem wyjątkowo zdenerwowana. Ciekawy, oryginalny i kreatywny (choć zdecydowanie kreatywność jest teraz byt przereklamowana; większość pomysłów mających podnieść naszą kreatywność tylko bardziej ją wypala, nie mówiąc o coraz większej dostępności wszystkiego, co zabija ludzką pomysłowość zastępowania sobie czegoś czymś innym) sposób na zabicie wolnego czasu lub nudy podczas deszczowego dnia nigdy nie jest zły. A w dodatku to naprawdę dobry wypoczynek, nie tylko po ciężkiej lub nużącej lekturze, która szarpie nerwy swoją bylejakością, rozwlekłością i wszystkim innym, co tak tępię w książkach. Zachęcam was do spróbowania – to nie tylko coś innego niż zwykle, ale i rozrywka naprawdę uniwersalna. I nie, to nie jest tekst pisany na zlecenie czy paskudna reklama, ale słowa wypływające z mojego serducha: kolorujmy. Pięknie i spokojnie. Może chociaż wtedy, osoby takie jak ja, które niemal nie potrafią rysować, poczują się choć przez chwilę jak prawdziwi malarze.

Tytuł: „Antystresowe, kreatywne, kolorowanie dla dorosłych: Piękne Ogrody”
Moja ocena: 8/10

Myślę, że na Instagramowym profilu bloga pojawią się efekty mojej nowej pasji

niedziela, 5 lipca 2015

Zwykłe życie niezwykłego człowieka. Recenzja książki



Literatura, na której się wychowałam, daleka była od epoki, w której przyszło mi żyć – chyba dlatego, że moja Mama nigdy nie nadążała za popularnymi wtedy książkowymi trendami, zresztą i tak znałam tamten kanon: Barbie, W.I.T.C.H i Winx, ale jakoś – poza wykłócaniem z koleżankami, która będzie Cornelią i oglądaniu wieczorynek o Kubusiu Puchatku – nie ciągnęło mnie do tego typu literatury. Kiedy byłam zupełnie mała, zamęczałam Mamę prośbami o wiersze klasyków baśni polskich (Tuwimie, czytałam niedawno twój Bal w Operze; jakie to odległe od twoich niewinnych wierszyków!), ale prawdziwa epoka baśni zaczęła się wraz z książkową adaptacją Jeziora Łabędziego i Dziadka do orzechów, sfatygowanym już tomem Bajarka opowiada i baśniami duńskiego magika epoki romantyzmu – Hansa Christiana Andersena, którego opowieści o Brzydkim Kaczątku, Małej Syrence, Kaju i Gerdzie oraz Elizie (w pięknie ilustrowanym tomie wydawnictwa Elipsa z końca poprzedniego wieku) już wiele razy rozdarły moje małe serce (i robią to do dziś). To właśnie temu człowiekowi zawdzięczam magię mojego dzieciństwa i zaszczepienie we mnie eskapizmu.
Wypadałoby poznać więc tę postać bliżej, prawda? Przez te wszystkie jednak lata nie byłam na to gotowa, bojąc się zniszczenia nimbu magii, jaki unosił się nad moim dzieciństwem, poznania mniej lub bardziej prawdziwego portretu tej postaci, obdartej z czaru bajek, dzięki którym wyjątkowo miło wspominam swoje dziecięce lata. Nierzadko zdarzało się przecież, że dany autor był zupełnie innym człowiekiem, niż moglibyśmy wywnioskować z lektury jego książek, nawet tych bardziej osobistych, co okazywało się dopiero podczas czytania biografii. 

Ale czy biografie zawsze są szczere? Nawet opisując ogórka czy cegłę nie można zapobiec chociaż maleńkim sugestiom dotyczących naszych obiektywnych poglądów, a co dopiero człowieka! Pisząc biografię pomijamy szczegóły, które wydają się nam nieistotne, ale dla opisywanej postaci wydałyby ważnymi sprawami; czasami musimy się tylko domyślać motywacji, nie widząc jasnych związków przyczynowo-skutkowych; niekiedy niesprawiedliwie kogoś ocenić lub – świadomie lub nie – kogoś wybielić. To jak poznać człowieka, dotrzeć do jego najważniejszych myśli, poczuć, że dana osoba jest naszym przyjacielem, kimś dobrze znanym, a jednocześnie ulubionym pisarzem? Chyba nie do się tego nigdy do końca nie dowiemy, bo sami siebie znamy tylko trochę, już o innych nie mówiąc, ale istnieje jeden sposób, by znaleźć się bliżej celu… 

W tym miejscu zaznaczam, że Autorowi należy się wielki szacunek – trzeba naprawdę żelaznej konsekwencji i samozapracia, by codziennie notować coś w swoim dzienniku, tworząc z tego czterotomowe dzieło, z czego w Polsce wydrukowano tylko jedną czwartą (tomiszcze ma osiemset stronic) Notować bieg swoich myśli, wydarzenia wokół, nawet przebywając w podróży, zwierzać się papierowi ze swoich problemów – w szczególności tych zdrowotnych (Andersen był wielkim hipochondrykiem, bo kto pisałby w dzienniku o bólu zębów, nie mówiąc o problemach z moczem i kałem?) i czasem bardzo intymnych problemów, chociaż pisarz od pewnego momentu miał świadomość, że jego dzienniki wyjdą drukiem. Już samo to sprawia, że jestem pod wrażeniem. Pozostaje tylko pytanie: dlaczego? Czy chciał opowiedzieć o swoim życiu innym? Napisał przecież autobiografię, zatytułowaną Baśń mojego życia. Może chodziło o sam akt pisania, zebrania myśli, uporządkowania ich, stworzenia jakiegoś tekstu, poszukiwania siebie w zgiełku tego wszystkiego wokół, zwanego życiem? A może tak po prostu – na pytanie o cel tworzenia dziennika musi odpowiedzieć sobie każdy, kto go pisze, inaczej nie będzie wychodzić dobrze. 

Jaka postać wyłania się z notatek? Dziwna. Malownicza, niezwykła. Pełna sprzeczności, kontrastów, zalet i wad. Andersen kochał kobiety i bał się seksu, cierpiał na melancholię i był świadomy swojego niezwykłego awansu społecznego z syna praczki na człowieka, z którym pod rękę chadzali królowie i książęta; cierpiał i cieszył się, wytrwale podróżował i tak naprawdę nigdy nie miał swojego domu, płatając się między wynajmowanym mieszkaniami i domami przyjaciół, u których potrafił mieszkać nawet tygodniami (!). Kochał sztukę, teatr i muzykę; był pisarzem-dyslektykiem i uważał, że niektóre fragmenty Brzydkiego Kaczątka były śmieszne (!!), ale, trzeba oddać sprawiedliwość, że nie tylko on. Pełen uroku osobistego, prostolinijności i serdeczności; potrafił być nadmiernie egzaltowany, wredny bądź po prostu irytujący, pobożny wyznawca protestantyzmu, zachwycający się Madonnami Rafaela. Tak jak chyba każdy z nas był postacią wielowymiarową, nieoczywistą, zawieszoną między dobrem i złem, złożoną, trudną, osobą z krwi i kości, choć momentami nieco podmalowaną na potrzeby przyszłych pokoleń – te nuty fałszu pojawiają się jednak rzadko i można ostatecznie przebaczyć je z uwagi na nadzieję, że przyszłe pokolenia fanów będą czytać jego osobiste notatki, potępiając niektóre fragmenty jego życia i niektóre cechy jego charakteru. 

Nie będę oceniać treści dzienników, bo nie mam prawa, ale i nie chcę. To przecież czyjeś życie, czyjeś myśli, poglądy; czyjś charakter – nie czuję się kompetentną osobą, jako że to licentia poetica a także ocenianie żyjącego kiedyś człowieka, co sprawiłoby, że czułabym się po prostu źle. I tak do szczęścia wystarczy mi świetnie przetłumaczona próbka Andersenowego stylu i niezwykle realistyczna podróż w pierwszą połowę XIX wieku i fragment drugiej, bo tekst dostarcza mimochodem wielu informacji na temat Europy i Danii widzianych uważnymi oczyma pisarza i wiedzy z zakresu życia codziennego, pomijanego przy wszystkich ważniejszych monografiach historycznych; warto wspomnieć także o opisach przyjaźni z wszystkimi wielkimi tamtej epoki, takimi jak Balzac czy Liszt, co sprawia, że książka staje się niezłym źródłem wiedzy o tamtej epoce. 

Być może tego wszystkiego nigdy by nie było, gdyby nie tłumaczka, pani Bogusława Sochańska, która podjęła się tej tytanicznej pracy, dbając nie tylko o jakość, ale i o jak najbardziej popularną formę – na początku umieszczając dość długi wstęp, będący raczej esejem i bardzo dobrym wprowadzeniem w dzienniki. Jej pracę trzeba również docenić ze względu na doskonałe i wierne tłumaczenie, które bardzo dobrze odzwierciedla brzmienie oryginału (zostało to szerzej docenione, bo książka została nominowana do Literackiej Nagrody Gdynia w kategorii przekład na język polski) oraz szeroką i przenikliwą znajomość wszystkiego, co Andersena dotyczy. Jestem pod wrażaniem wszystkiego, co ta pani w tej książce zrobiła – już sama bibliografia, w większość po duńsku, sprawiła, że zakręciło mi się w głowie. 

Należy także pochwalić Wydawnictwo – książka została wydana bardzo pięknie, poczynając od okładki, a kończąc na smaczkach czekających w środku, ale po kolei. Okładka jest sztywna, brązowa, z oszczędnym portretem Autora na przedniej jej części i fotografią na tylnej, obok której zamieszczono fragment wstępu Autorki. Wewnętrzna część to fragmenty rękopisu, co znacznie ozdabia całość i samo w sobie stanowi ciekawostkę. Jednak jeszcze lepsze rzeczy znajdują się w środku: to obrazki, jakie pisarz malował w swoich rękopisach. Chociaż nie są one bardzo dobre – wręcz przeciwnie – w przedziwny sposób zmniejszają dystans między pisarzem a czytelnikiem, czyniąc Andersena jeszcze bardziej ludzkim, sympatycznym i swojskim. Ponadto z tych maleńkich drobiazgów możemy także nieco dowiedzieć się o samym Autorze i odpocząć nieco od jego myślotoku

Bo to nie jest książka do łyknięcia na jeden raz – Andersenowe wynurzenia należy dawkować, jak to było w moim przypadku, do pięćdziesięciu, sześćdziesięciu stron dziennie, ewentualnie podwójną dawkę rano i wieczorem; muszę jednak przyznać, że po wgłębieniu się w treść książka wciąga i ciekawi coraz bardziej, wymagając jednak zrozumienia dla świata Autora, większej chęci poznania go bliżej i pewnego zrozumienia konwencji dziennika. Jednak książka nie bez słuszności jest jedną z najważniejszych w mojej biblioteczce – za poświęcenie swojego czasu tomiszcze to odwdzięczyło mi się z nawiązką: jeszcze raz odkryłam ukochanego pisarza, poznałam go bliżej i jeszcze raz – mimo że to tylko zwykłe życie – otworzyły się przede mną wrota zaczarowanej krainy dzieciństwa, teraz zaklętej w gorzkiej codzienności i rzeczywistości naszego świata, która nie rozpieszcza nawet takich dzieci szczęścia jak Andersen, ale wciąż tak obecnej i żywej w swoim twórcy.

Tytuł: „Dzienniki 1825-1875”
Autor: Hans Christian Andersen / Bogusława Sochańska
Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Media Rodzina