Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Green. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2015

Szukając tożsamości. Recenzja książki

Życie nastolatka przypomina stanie na rozchwianym moście pomiędzy dzieciństwem a dorosłością i każdy to wie. Już nie dziecko, ale i nie dorosły; nastolatkowie przeżywają dorosłe problemy na swój – raczej dziecinny – sposób, wyobrażając sobie dorosłe życie, które i tak później jest zupełnie inne. Dlatego to taki ważny okres w życiu człowieka, to całe przygotowanie do dorosłości, ciągnącej się nawet po sześćdziesiąt, pięćdziesiąt lat  (wbrew temu, co mówią niektórzy, to jest naprawdę mnóstwo czasu). Młody człowiek, buntując się przeciw rodzicom, poszukuje swojej własnej drogi, rewiduje swoje poglądy, zaczyna zauważać na dawnej bagatelizowane sprawy, naśladuje dorosłych (czasem będąc w tym bardzo zabawnym) ale jednocześnie w pewien sposób drwi z nich. Otwiera się przed nim świat – tajemniczy, przerażający, dziwny, jak w piosence Niemena. Zaczynają się pojawiać te pytania (hm, może ja za bardzo wierzę w inteligencję społeczeństwa?) - kim jestem?, jaki cel mam w życiu?; próba samookreślenia się, kształtowanie swojej samodzielnej tożsamości, tego, kim się jest, dokąd się zmierza, jaki ma się cel. No i jeszcze nie mogę zapomnieć o hormonach! Głupie hormony. Pomijając wszelkie trądziki, szybko przetłuszczające się włosy, przygody z makijażem u dziewcząt i golarką u chłopaków, płcie przeciwne – oczywiście nie interesują mnie przypadki homoseksualizmu, bo to kontrowersyjny temat-rzeka, którego się boję – zaczynają się przyciągać. Cóż, mało kto jest Romeem, a większość gimnazjalnych związków to po prostu zmiana statusu na Facebooku (generalizuję, ale co tam), co więcej - pewien znany mi chłopak swoją przygodę z pornografią rozpoczął w drugiej klasie podstawówki, natomiast pewna dziewczyna została mamą w szóstej, ale marzenie o tej drugiej połówce omija w tym wieku mało kogo. I cóż – problemy tylko czekają na okazję, szczerząc swoje wampirze ząbki i wymachując skórzanymi paskami (ponoć nie można bić dzieci, ale czasami wyjścia nie ma). To jednak nie wszystko. Bezcelowy pośpiech, kryzys wartości i dominująca samotność na Facebooku – by nie rzec w sieci – wiele wrażliwych, nastolatkowych doprowadza do depresji, samookaleczeń, samobójstw i przemocy, szczególnie że wielu ludzi ma straszliwe traumy z dzieciństwa, które, jak słusznie twierdził Freud, mają swoje konsekwencje w dalszym życiu. I często doprowadzają do tragedii. Do upadku z tego rozchwianego mostka, zanim człowiek zdąży dowlec się do dorosłości.

Miles to wycofany, nieco dziwny outsider (pasjonuje się znajdywaniem ostatnich słów różnych sławnych ludzi; to naprawdę, naprawdę dziwne, ale niezwykle interesujące, chyba mogłabym dorzucić do jego kolekcji parę rzeczy).  Rodzice posyłają go do szkoły z internatem, stawiając synka przed nowymi, nieznanymi wyznaniami. Przed brutalną, bezkompromisową rzeczywistością szkolnych struktur, bez limitowym alkoholom, bonusowymi kąpielami w jeziorku i miłością. A przynajmniej fascynacją, bo tak najtrafniej określić to, co Miles poczuł do tajemniczej Alaski (byli już ludzie nazywający się Europa, America, Azja; teraz czekam na dziewczynę o imieniu Sahara albo Australia). Dziewczyny, która pali, bo chce umrzeć. Dziewczyny, która kocha książki i seks. Dziewczyny fascynującej, innej niż wszystko innej. Dziewczyny z raną, która domaga się zaleczenia. Podążając za nią, Miles zacznie naprawdę dorastać, zadawać sobie trudne pytania, pozna smak pierwszej miłości – bynajmniej nie niewinnej – i prawdziwej przyjaźni. A także pozna zdecydowanie gorzki smak ludzkiej tragedii.

O Autorze słyszał każdy. Każdy. Nawet jeśli ktoś nie czytał Gwiazd naszych wina to z pewnością w ucho wpadła mu piosenka Eda Sheerana All Stars do filmu o tym samym tytule, która dryfowała sobie po toplistach na fali popularności genialnego I See Fire. Zresztą tamta książka to była książka! Z czystym sumieniem uznałam ją jaką najlepszą do tej pory przeczytaną młodzieżówkę, chociaż teraz, gdy na niemal każdym nastolatkowym chomiczku, blogasku i półeczce uśmiecha się twarzyczka Tris z Niezgdonej jako Hazel Grace, cała fascynacja mi przeszła. Przy historii miłosnej wszyscy zapominają, że to jest historia o raku, jak uważa mój mózg (chociaż nie wiem, czy słusznie). W każdym razie stwierdziłam, że z przyjemnością sięgnę po inne książki Autora, a może w końcu przekonam się do tych wszystkich powieści dla młodych ludzi, bo jakoś tak wstyd, kiedy mówię znajomym, że dużo czytam, a potem nie kojarzę kim, u licha, jest jakaś tam Alaska (stan w USA!). Zresztą po śmierci Augustusa (nie ma sensu tego ukrywać i tak wszyscy są źli, bo każdy myślał, że to Hazel umrze) byłam gotowa sięgnąć po jakąś książkę pisarza na ślepo i wybór padł na tę. Ktoś porównał powieść do Buszującego w zbożu i wiedziałam, że ją przeczytam. Tak więc wypożyczyłam książkę z biblioteki i zaczęłam, pewnego leniwego popołudnia, czytać. Zaskoczenie, rozczarowanie? Hm. Hm, hm.

Z wiekiem robię się coraz bardziej subiektywna, widzę to. A może jestem jedną z tych zadufanych blogerek, które myślą, że wiedzą wszystko? Boże, jeśli widzisz, dlaczego nie grzmisz? Ale co zrobię - ta książka po prostu mi nie leży, bo chociaż powinnam rozumieć bohatera, ostatecznie nie ma między nami jakiejś makabrycznej różnicy wieku i jestem osobą otwartą i tolerancyjną. Primo, nigdy nie uczyłam się w szkole z internatem, nie wiem, jak tam jest. I do alkoholu, papierosów i nieposłuszeństwa jakoś mnie nie ciągnie. Bo nie. Secundo, nigdy nie byłam na koloniach i chociaż pruderyjna za bardzo nie jestem, wybryki Alaski z chłopakami i tak w ogóle jakoś mnie zdziwiły, jak zresztą te wszystkie szesnastolatki z paranormal romance, które obmyślają szczegóły swojego pierwszego razu. Po prostu jakoś to mnie nie kręci i moich znajomych też nie, co udowadnia, że nie wszyscy młodzi ludzie tacy są. Dlatego dużo scen z książki po prostu mnie zdziwiło. Nie dałoby się inaczej opowiedzieć tej historii? Naprawdę? Cóż, może wtedy chociaż polubiłabym bohaterów (ale o tym później), bo gdybym ich spotkała teraz, ciężko byłoby mi się z nimi zaprzyjaźnić. Ale to tylko takie moje tam wynurzenia. Lolita Nabokova (czy choćby wspominany wyżej klasyczny już Buszujący w zbożu, który powinien zastąpić w szkolnych lekturach Syzyfowe Prace) to o wiele bardziej kontrowersyjna opowieść, ale trzeba być ślepym czy coś, żeby nie wiedzieć, że to arcydzieło literatury jest.

Lubię sposób, w jaki Wydawnictwo oprawia książki pisarza. Sama nie mam żadnej, ale z pewnością taka dość jedolita seria musi naprawdę ładnie prezentować się na półce. Chociaż tak naprawdę zachwyciła mnie tylko okładka Gwiazd naszych wina i kilka z tych nowych, które niedawno wydano – tu ilustracja jest... jakaś taka. Pomarańcz i biel razem pięknie wyglądają to prawda, ale z samym obrazkiem mam jakiś problem. Czarny szkic twarzy Alaski na pomarańczowym tle wygląda ładnie i w ogóle, ale to ciemnopomarańczowe coś (co to jest w ogóle? W przypływie sarkastycznego humoru i wyobraźni pomyślałam, że to strach na wróble)? Sylwetka Milesa, tak? A może jego cień? Niefajnie to wygląda. Tak naciapane. Zniszczony minimalizm i tak dalej. Chociaż w pozostałej części okładki jest już lepiej, Wydawca oszczędził czytelnikom stu dziesięciu recenzji i rekomendacji, ograniczywszy się do jednego, jakże mocnego zdania pod tytułem, który z kolei znajduje się pod owym nieszczęsnym obrazkiem – wyżej jest już tylko nazwisko Autora. Słowem, wszystko gra oprócz tego szczegółu, ale ponieważ grzbiet ładnie prezentuje się na półce, a książka przyciąga samym kolorem obwoluty i nazwiskiem, więc w sumie nie trzeba było się az tak bardzo wysilać.  Chociaż gdyby nie ten mały dysonans, chociaż patrzyłoby się miło na tę książkę.

Już gdzieś przy dwudziestej stronie przeżyłam rozczarowanie. Powieść ma tyle z Buszującym w zbożu co ja z fizyką kwantową. No dobrze, przesadzam. Były przekleństwa, a sam opis nieco przypominał ową książkę. Ale wydaje mi się, że to nie ta liga – nie ma pewnego artyzmu, intensywności, owych ciekawych, interpretacyjnych smaczków, niezwykłej głębi i oczywiście tego, co wiąże się z tytułem. Chyba że pisarz postanowił stworzyć wersję light, to jednak jest taką zbrodnią, że umówmy się, że o tej inspiracji nie było mowy, dobrze? W każdym razie powieść pełna jest odliczania jak w moim ulubionym GONE (kiedyś dokończę tę serię!) również do czegoś, o czym nie mamy pojęcia i dowiadujemy się dopiero na końcu, co chyba miało podnieść ciśnienie czytelnika. Poza tym nic się nie dzieje. Miles idzie do nowej szkoły, poznaje kolegów, ląduje w jeziorku, pije, pali, uczy się, zadurza się Alasce, wyrządza różne psoty nauczycielom i tak dalej. Akcja nabiera tempa dopiero na końcu, jednak rozwiązanie zagadki jest cokolwiek bolesne i mało szokujące, bo pisarz tak zaciekawił, że czytelnik spodziewał się wszystkiego... a przynajmniej czegoś w rodzaju tajemnicy z Jane Eyre. Można by powiedzieć, że życie, nic więcej, ale momentami cała trauma Alaski wydaje się szyta grubymi nićmi i naciągana, zakończenie jej wątku jakieś niedopracowane, chociaż Autor udaje, że nie chce ujawniać całej prawdy. A już myślałam, że będzie lepiej! Bo jak długo można czytać dialogi pijanych bohaterów? Miałkie rozważania pretendujące do filozofii? Kolejne rozdziały zapełnione byle czym, byle dalej i byle się coś działo, nic niewnoszące do powieści i do ostatecznego zakończenia. Owszem, są i lepsze sceny, z Alaską stylizowaną na jakąś wielką femme fatale, może nawet boginię, pewien dialog, który wyjaśnia niektóre jej motywy, ale zaraz znów jest nudo, kontrowersyjnie i ponoć prawdziwie. A czasem nawet romantycznie, co Autor usiłuje zakryć młodzieżowym stylem i kolejnym żartem. Ale tak naprawdę to kolejna książka o niczym, ciężko mi cokolwiek jeszcze napisać, wyłuskać z pamięci jakiś element, który może tam tkwi. Ale nic. No to przechodzimy dalej.

W Gwiazd naszych wina – bo, jak widać, nie mogę przestać porównywać tych dwóch książek – bardzo podobał mi się styl pisarza. Nie był pretensjonalny, bo nie użalał się nad bohaterami, za to żartował tyle, w jakim stopniu pozwalał mu humor. No ale to, jak mi się wydaje, najlepsza książka Autora, a nie debiut, cóż. Bo tu nie jest kolorowo, chociaż Autor – i owszem – się stara. Chociaż samo imię bohaterki, z czego wynika ta bardzo sentymentalna dwuznaczność w tytule. Albo zabawne przezwiska, jak Kula i cały język dialogów, gdzie pisarz powrzucał sucharów do oporu, mieszając z młodzieżową gwarą, o dziwo niezniszczoną przez tłumacza (zresztą chwała Panu za tłumaczenie tytułu!) bądź całkowicie przystosowaną do warunków polskich, bo kilka wyrażeń brzmiało nadzwyczaj znajomo. Fakt, dzięki niesamowicie lekkiemu stylowi i zupełnie nieskomplikowanemu słownictwu czyta się bardzo szybko – ot, pozycja na jeden dzień, jak wiele, wiele innych; może to i dobrze, bo nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby język w jakiś sposób był skomplikowany bądź ciężki – czytać w takim stylu o tym, o czym jest ta książka (czyli o niczym) byłoby torturą równą wyrywaniu zęba, nie przeczytałabym więc książki do końca. Nie ma tu plastycznych opisów, sensualnych wrażeń i refleksów, jakie powinny – przynajmniej według mnie – owijać Alaskę i zawsze jej towarzyszyć (nie mówiąc o aurze tajemniczości i pewnego rodzaju bólu) ani niczego, co w jakiś sposób mogłoby rozproszyć uwagę czytelnika czy zanudzić opisem czegoś. Pisarz postawił na akcję, której nie ma, opisując lekkim, prostym językiem bezsensowne dysputy Milesa i w końcu wyszedł mu męczący, niemożliwie lekki zapis jakiegoś czasu jakiegoś nastolatka w jakiejś szkole, niezbyt mądry i ciekawy, ale wystarczający dla nastoletnich odbiorców. Dla mnie brzmiało to jak rozwodzenie się nad niczym, szczególnie, że kiedy coś stało się Alasce, czyli w najciekawszych partiach książki, pisarz i jego język gonili własnego twora. Hm! To naprawdę nie gra. I tak – na korzyść Autora – przemilczam, że był sentymentalny. I to jeszcze jak! Ja jestem czujnikiem na sentymentalizm, niezwykle wrażliwym. A tu taki pretensjonalności, szczególnie na końcu, no bo tak, bo biedna Alaska. Bardzo biedna. Ale żeby od razu tak? Musiałam jeszcze raz upewnić się, czy czytam książkę Autora Gwiazd naszych wina, w której to powieści pisarz nie tracił nawet rezonu przy scenie pogrzebu. Hm, nazwisko to same. Dziwne!

Jak już zostało to powiedziane kilometr wyżej, Miles jest outsiderem. Trochę dziwakiem. I już myślałam, że się zaprzyjaźnimy, a nawet wymienimy ostatnimi słowami różnych sławnych ludzi. On wolał jednak Alaskę. Jak można być tak naiwnym? Wpływowym? Denerwował mnie ten chłopak. Ba! Chłopak! Żeby nie obrazić żadnego homoseksualisty, nie nazwę go ciotą. Ale biednym, zagubionym dzieckiem już tak. I źle skonstruowaną postacią również. Oczywiście, poza tym, że zabrakło jakiejś iskry życia, czegoś  autentycznego, Miles posiada niedopracowane dziury w charakterze, owe irytujące białe plamy, o których pisarze myślą, że pogłębią w ten sposób opisywane przez siebie postacie i jest mdły. Taki jakiś niewydarzony, bez jakiś wyraźniejszych emocji, bez większych pragnień (oprócz Alaski) i dążeń co jest przykładem tego, że nie można upychać do swojego bohatera dwóch tysięcy piętnastu cech, bo wtedy będzie skrajnie nieautentyczny i sztuczny, taki wyphotoshopowany do oporu – jestem ciekawa także, czy trzeba być bohaterem tej książki, żeby mimo niemal ciągłego kaca mieć dobrą średnią. Hm. A z takim Milesem to nie sposób się zaprzyjaźnić, nawet gdyby nie postępował jak anioł, bo – słowo honoru – nawet po przeczytaniu tej książki nic a nic o nim nie wiem.

A Alaska? Kiedy przeczytałam opis, spodziewałam się czegoś więcej. Zresztą ja zawsze zbyt dużo się spodziewam i to chyba jest błąd. Chciałam tajemniczej, owiniętej czymś intrygującym postaci. Prawdziwie fascynującej. Dostałam młodą samobójczynię, która pali, bo chce umrzeć (wyjątkowo okrutna śmierć ten rak płuc), ma chłopaka, ale nie przeszkadza jej to flirtować z Milesem. Jedynie jej historia ratuje całą książkę. Gdyby ... gdby Autor pokusił się o bardziej wielowymiarowe przedstawienie postaci, dodał do obrazu nieco światłocieni, mogłabym nazwać Alaskę nawet postacią tragiczną. A miał szansę tak zrobić, naprawdę – choćby nieco odważniej i głębiej pociągnąć niektóre wątki, być może wydobyć zabłąkane cechy bohaterki, wykorzystać zmarnowany przecież potencjał tej postaci, stworzyć kogoś ciekawszego od bardzo wiarygodnej i sympatycznej, ale przecież przeciętnej Hazel Grace; dziewczynę-tajemnicę, dziewczynę-zagadkę. Oczywiście nie śmiem marzyć o tym, co by się stało, gdyby Autor jeszcze bardziej wyeksponował jej niewątpliwie cierpienie, nie zanurzając ją przy tym w otchłań typowej, narzekającej na każdym kroku Mary Sue. Nawet przebaczyłabym jej to, że nie miała zbytnio skomplikowanych zasad moralnych, naprawdę. Ale moje marzenia są tak samo nierealne, jak reszta bohaterów powieści – galeria person bladych, nudnych, po przeczytaniu szybko znikających z mojej pamięci i serca, tak pełnego innych, znacznie lepszych postaci, które – co tu ukrywać – stanowią sporą część mojego świata. Nauczycieli (biedni, biedni ci nauczyciele!) i innych, poza Alaską, kolegów i znajomych Milesa znam tylko wyrywkowo. I choć czytałam zaledwie pięć miesięcy temu, nie pamiętam już kto, jak, z kim i dlaczego. Wryło mi się w pamięć, że z pewnością nie byli ciekawymi postaciami, wręcz przeciwnie, nie mówiąc o technicznej stronie ich osobowości, istnieli tam chyba dlatego, żeby powieść była dłuższa. W każdym razie nie wiem. Kiedy wysilam mój zmęczony całym dniem mózg, przypominam sobie tylko białe kartki papieru książki. Żadnych twarzy. Żadnego życia.

Trzeba jednak przyznać, że powieść czegoś mnie nauczyła. Wiedzieliście, że John F. Kennedy widząc w Dallas wiwatujące na jego cześć tłumy, powiedział, że to miasto go kocha i zaraz został zabity? Ha, nie wiedziałam tego, ale dzięki Milesowi – właściwie Autorowi – teraz to wiem. Pamiętam to bardziej niż fabułę, której sens zgubił mi się jakoś w połowie. Czego chce ta Alaska? Czego chce Miles? Jakoś podświadomie, chociaż są kiepscy, bohaterowie szukają czegoś, ale sam Autor nie wie czego. Może tożsamości? Może jakichś jasnych, określonych zasad, według których mają żyć? O sposób poradzenia sobie z życiem? A może ja po prostu znów nadinterpretuję, bo już tak mam i jestem głupia? Może nie chodzi o nic głębokiego, tylko o dobrą rozrywkę, o to, że Alaskę dogoniły demony dzieciństwa? Jeśli tak, to ja już nie wiem. Bo nawet rozrywka przednia nie jest, poza tym, że znika z głowy niemal tak szybko, jak została przeczytana. A może to nieświadomie namalowany obraz dzisiejszych nastolatków, rozpaczliwie zagubionych w życiu, szukających własnej tożsamości? Hm! No to ja życzę im, żeby ją znaleźli i nie wodzili mnie na pokuszenie czytania takich książek.

Tytuł: „Szukając Alaski” 
Autor: John Green

Moja ocena: 1/10 

niedziela, 28 września 2014

Miłość przeklęta przez gwiazdy. Recenzja książki

Lubię książki, które kończą się, że tak powiem, jak życie. To dowód na to, że opowieść, chociaż dziejąca się nawet miliony lat świetlnych od nas, jest prawdziwa, prawdziwa tak jak życie. Najczęściej, niestety, zakończenie nieoczywiste, dyskusyjne czy coś w rodzaju urwanej w połowie akcji, kończy się śmiercią bohaterów, albo czymś, co happy endem na pewno nie jest. Albo, gdy to jest zwykła powiastka opisująca losy miłości dwóch nastolatków, wampirów, aniołów i innych istot we wszystkich możliwych konfiguracjach, niech chociaż umrze ktoś z otoczenia bohaterów, jakaś przyjaciółka czy coś. Albo niech dokona jakiegoś kontrowersyjnego wyboru, niech czytelnicy gryzą paluchy w złości (tak było ze mną, kiedy obejrzałam trzecią część Piratów z Karaibów i niemal nie mogłam zasnąć, nie mogąc się pogodzić z wyborem Willa Turnera) i wrzeszczał na pisarza, że miało być, durniu, inaczej, jak ja często to robię. W życiu przecież tak jest – mało rzeczy jest takich, jakie chcielibyśmy je widzieć, a czasami, na przykład śmierć jest najlepszym wyjściem. Jak na przykład we Władcy Pierścieni - w sumie życie Froda po zniszczeniu Pierścienia nie miałoby większego sensu. Nikt nie potrafiłby żyć w świecie, w którym nie ma elfich cudów ze wspomnieniami o okropnościach Mordoru. Prawda? Albo zakończenia niektórych, co lepszych, kryminałów, kiedy okazuje się, że przestępcy, mordercy albo kogoś w tym rodzaju nie można złapać z różnych przyczyn. Czy udowodnienie, że mordercą był ktoś, kogo byśmy nie podejrzewali. W każdym razie mówiąc węzłowato i skrótowo, nie lubię happy endów. I, wiem, że to okrutne, ale nie lubię happy endów szczególnie w romansach dla nastolatków.

I jak tu się usprawiedliwić, że sięgnęłam właśnie po jeden z nich? Oszustka parszywa ze mnie i cyganka! Zanim pomyślicie, że celowo wybrałam właśnie nastolatkowy romans, by poznęcać się nad nim i wyładować negatywne emocje, które z wielu przyczyn zbierają się we mnie podczas jednego z ostatnich lat mojej jakże niezwykle udanej i przymusowej edukacji szkolnej (wyglądam studiów jak zbawienia). A może, gdy wam powiem, że to nie jest zwykły romans, z bajkowym żyli długo i szczęśliwie? Już sam opis to zapowiada. A więc skoro będzie coś ciekawszego, to i może się i zakończy jakoś ciekawiej? Miałam taką nadzieję. O tym, czy jak zwykle (w 99.9 procentach przypadków) zwiodę się, rozczaruję, a może nawet wpadnę w gniew, w którym rzucam książkami o ścianę mojego pokoju, (mimo że niedawno pomalowaną, wciąż pokrywającymi się nowymi grobami komarów), czy nawet książka mnie bardzo pozytywnie zaskoczy, przeczytacie niżej.

Z pozoru najbanalniejszy z banalnych romansów: ona, on, przyjaźń i miłość. Może nie wartoby nawet marnować czasu na pisanie tego, bo takich historii jest zbyt wiele i w sumie nie ma o czym pisać, gdyby nie … No właśnie. Hazel (albo, jak chcecie, Hazel Grace) i Augustus to dwóch nastolatków chorych na raka. Ona w wieku trzynastu lat dostała raka tarczycy, który przerzucił się na płuca, a on ma kostnomięśniaka i nie ma nogi. Hazel wozi za sobą wózek z butlą tlenową i wąsy, a co jakiś czas muszą z jej płuc odciągać płyn nowotworowy – ohydną, brązową ciecz, która pewnego dnia ją udusi. On ma protezę i chwilową poprawę. Obaj mają książki, szczególnie jedną – Cios udręki, powieść napisaną przez niejakiego Petera van Houtena. Opowiada ona o Annie, chorej na raka, jej matce, tajemniczym zalotniku jej matki, oraz o chomiku Syzyfie. Powieść jednak kończy się w samym środku i Hazel koniecznie chce się dowiedzieć, jak się skończyło, więc razem z mamą i Augustusem wyjeżdżają do Amsterdamu, gdzie mieszka ów pisarz. Amsterdam jest ostatnim miejscem, jakie razem odwiedzili – jak można się domyślać ich życie powoli i nieuchronnie zmienia się ruinę. Wiadomo, jak się kończy, tylko tym, którzy nie czytali, nie powiem, kto umarł.

Historia ta jest gęsto opleciona także faktami z życia owego pisarza, Petera van Houtena i Issaca, przyjaciela głównych bohaterów z grupy wsparcia. Issac ma raka oczu i, by żyć, musi stracić oboje oczu. Z tego powodu rozstaje się z miłością swojego życia, Monicą, co bardzo przeżywa. Issac, mimo że niewidomy, wie, że będzie długo żył, więcej niż Hazel i Augustus razem, co go również denerwuje. Opowieść przetykana również treścią książek, które czyta Hazel (szczególnie Ciosem udręki), a także opowieściami o różnych innych dzieciach z rakiem, co tworzy ciekawą, niespotykaną mieszankę.

Niewątpliwie to jedna z tych książek, które są dla myślących ludzi. Odważnych. Takich, którzy mają odwagę poczytać o czymś innym niż bitwach wilkołaków i wampirów z innymi wampirami. Którzy mają odwagę stawić czoła rzeczywistości, straszliwej chorobie i – w końcu – śmierci. Którzy wiedzą, że nawet nieskończoność miłość ma kiedyś swój koniec, słowem, nic nie jest tak, jak próbuje nam wmówić dzisiejszy świat. I że nie wszystko jest tak różowe, jak nam próbują wmówić inni, kiedy nam coś się stanie. Przecież powieść podejmuje także wątki filozoficzne – problem zapomnienia, śmierci, miłości (nie mylić ze szczeniackim zauroczeniem pozorowanym na wielkie uczucie z większości powieści dla młodzieży), wagi naszych uczynków, innych ludzi i wielu tematów, które, dla większości osób w tym godnym pożałowania świecie, są doskonale obojętne. Chociaż z niektórymi się nie zgadzam, w większości przypadków Autor doszedł do zaskakująco trafnych (a jednocześnie bolesnych) wniosków. I to jest chyba największym plusem – to nie tylko opowieść, do bólu prawdziwa i szczera (ale o tym później), ale także młode, buntownicze spojrzenie na sens ludzkiego życia i umierania w młodym wieku. Autor w dodatku nie dochodzi do jakiś wydumanych wniosków, jak większość dzisiejszych filozofów (ostatnim dobrym był Leszek Kołakowski, a tak to płakać się chce), ale do jednej z prawd, do jakiej samemu się dochodzi tylko wtedy, kiedy ma się otwarty umysł i nie podchodzi się do sprawy z perspektywy utartych przez ludzkość stereotypów. Chodzi mianowicie o to, że prawdziwym bohaterstwem nie jest staranie się, by świat żywych zapamiętał nas po naszej śmierci. Prawdziwym bohaterstwem jest potrzeba, żeby nie zranić śmiercią najbliższej rodziny, na czym bardzo zależy Hazel. Zgadzam się z tym. Ba! Mało! Jestem porażona głębią tego przemyślenia, wciąż nie potrafię o tym zapomnieć i się z tym pogodzić. Chociaż wiem, że to prawda.

Język i punkt widzenia również mnie zaskoczył. Autor pisze bowiem z perspektywy, uwaga, dziewczyny, Hazel. To ona opowiada nam o wszystkim, łącznie z blaskami i cieniami życia z rakiem, oprowadza czytelnika po swoim świecie i oswaja go z nim, jak również i ze swoim umieraniem (książka jednak nieprzyjemnie przypomina ulubioną powieść Hazel, Cios udręki, która również opowiada o nastolatce z rakiem i urywa się w połowie, prawdopodobnie śmiercią bohaterki. Podobieństw się tyle, że aż straszno). Styl jest prosty, potoczny, co sprawia, że czyta się lekko i szybko, jednocześnie jednak Autor potrafi go tak wykorzystać, by stał się artystyczny i ciekawy. Manipuluje nim, zaskakuje, często wprowadzając czytelnika w zaskoczenie, a także, chociaż nie jest to dość odpowiednia książka, sprawiając, że na jego (przynajmniej czasami) pojawia się uśmiech. Pojawiają się także opisy, szczególnie Amsterdamu, jednak nie jest dużo. W tej książce jednak nie odczuwałam ich bardzo, bo powieść ma tak specyficzną konstrukcję, że opisy, paradoksalnie, wszystko zepsułyby. Hazel ma ciekawy sposób opowiadania o świecie, pełen dystansu i ironii, czasami jednak zachowuje się jednak jak prawdziwa, typowa nastolatka. Chociaż u niej to nie razi, wręcz przeciwnie – Hazel nie jest pusta jak jej koleżanki z innych powieści, a dzięki temu nie jest także zbyt poważna. Osobiście uważam, że kiedy facet pisze z perspektywy kobiety, wnikając głęboko w jej psychikę, tak, że mamy wrażenie, że napisała to kobieta, jest geniuszem. Szczególnie kiedy książka nie dotyczy takich płytkich tematów jak wybór szminki, ale spraw życia i śmierci – dosłownie - i wychodzi wszystko bardzo wiarygodnie. Moje gratulacje, panie Autorze.

Ogólnie mówiąc, nie lubię okładek filmowych, szczególnie kiedy plakat filmowy nie jest zbyt oryginalny, a jak przyzna każdy skulturyzowany człowiek na tej planecie, większość dzisiejszych plakatów filmowych nie charakteryzuje się oryginalnością – po prostu jest to zdjęcie głównych bohaterów, najczęściej w produkcjach dla młodzieży. Okładka filmowa tej powieści szczególnie mi się nie podoba, nie tylko dlatego, że aktorzy grający bohaterów (którymi możemy cieszyć nasze oczy na okładce) nie pasują mi. Okładka jest po prostu pospolita i nudna. Dlatego bardziej wolę tę pierwszą – białą, minimalistyczną i ciekawą. Niebieski obrazek, przedstawiający zarys sylwetki Hazel, a w ciemnych odcieniach, dalej, ciemnoniebieską sylwetkę Augustusa oraz plamy, niczym namalowane akwarelą, w różnych odcieniach błękitu. Obrazek, niezajmujący nawet połowy okładki, nawiązuje do tytułu, ale także w ładny, graficzny sposób i bez spoilerów pokazuje treść książki. Jest ciekawie, estetycznie niebanalnie, bardziej przyjemnie niż w przypadku okładki filmowej i na pewno zachęca do przeczytania, przynajmniej mnie.

Bohaterowie wydają się ciekawi, choć są tylko zwykłymi nastolatkami... śmiertelnie chorymi, co sprawia, że zachowują się bardziej dorośle. Hazel, jak mówiłam (a raczej pisałam) wcześniej, jest w dużej mierze zwykłą nastolatką, jednak znacznie bardziej dorosłą i poważną niż inne osoby w jej wieku, nie mówiąc o zainteresowaniach i gustach. Dziewczyna ma swoje wady i zalety, ale ogólnie jest bardzo dobrze rozbudowaną, wiarygodną ciekawą postacią (o czym dowodzi chociażby to, że można o niej cokolwiek powiedzieć więcej niż to, że istnieje). Targają ją wewnętrzne rozterki, boi się przerzutów, śmieje się, jak każda nastolatka buntuje się przed rodzicami, czyta książki i ogląda telewizję. Gdzieś w jej tle przewijają się jej rodzice, jak to rodzice, po swojemu zatroskani, przerażeni chorobą córki (jak wszyscy rodzice, zresztą) i zdecydowanie nadopiekuńczy, o czym Hazel wciąż im przypomina, jednak oni są tylko tłem – w wieku nastoletnim rodzice przestają być tacy ważni jak wcześniej, nawet kiedy jest się tak chorym jak bohaterka. Augustus. O, tak. Spodobał mi się bardziej od większości amantów z innych romansów dla nastoletnich czytelników, ale nie tylko (nie wspominam, ze zrozumiałych powodów o Harlequinach). Przede wszystkim dlatego, że jego jedynym zajęciem nie jest obmacywanie bądź myślenie o obmacywaniu, ale jest także wiele innych rzeczy – jak na przykład miłość do metafor, choćby do trzymaniu w zębach niezapalonego papierosa jako metafory tego, że chociaż ma coś śmiercionośnego, nie jest to w stanie go zabić, słynny krzywy uśmiech, dystans do wszystkiego, łącznie z chorobą, inteligencja … Tak, to jeden z tych chłopaków, którzy nie mają puchu zamiast mózgów, takiego to nawet ja bym chciała spotkać, szczerze mówiąc. Ma jakieś wady, nie powiem, jak każdy z nas, kłóci się ze swoimi rodzicami, wyrzuca sobie, że wręcz obsesyjnie myśli o tym, by zapamiętano go po jego śmierci. Jednak Hazel nie przedstawia nam go dokładnie, tylko na tyle, na ile on dał jej się poznać, co jest wadą konstrukcji opowieści. Ale w sumie dzięki temu Gus (Autor prawdopodobnie nie zrozumie, jakie dodatkowe, makabryczne znaczenie ma to przezwisko w języku polskim) przynajmniej mi wydaje się osobą nieco tajemniczą i niecodzienną. Tajemnicze osobniki w powieściach obyczajowych, no, no.

Nie sposób zapomnieć o van Houtenie, autorze ukochanej książki Hazel. Jeśli nastawialiście się na fizjonomię pisarza pasującą do treści książki albo maili, które przysyłał bohaterom, będzie rozczarowani tak jak ja. Jednak to najlepiej zarysowana w książce postać dorosłego, obrazująca całą nędzę człowieka, ból po stracie bliskiej osoby i stopniową degenerację. Pokazana w dodatku ciekawie, inaczej i bardziej sugestywnie niż w większości czytadeł dla dorosłych. Inną wartą uwagi postacią jest Issac. Ten młody, przez większość książki całkowicie ślepy chłopak, który stracił ukochaną Monicę (która obiecywała mu „zawsze”) wzbudził moją sympatię. Chociaż jest zarysowany ogólnikowo, wybiórczo i pojawia się tylko od czasu do czasu, jednak gdyby Autor chciał go rozbudować, powstałaby zapewne bardzo ciekawa postać, a może po prostu kolejny sympatyczny mój rówieśnik. Szkoda więc, że pisarz nic z tym zrobił.

Fabuła to, paradoksalnie i niestety, najsłabsza część książki. Jest, oczywiście, realistyczna, nie ma jakiś ckliwych wątków (czyli zbyt wielu miłosnych wyznań, głupich gatek i wiader egzaltowanych łez) i czasem nie pozostawia złudzeń, co dalszych losów niektórych bohaterów - to na plus. Jest ciekawa, zaskakuje, szokuje szczególnie w zakończeniu, ale... No właśnie. Minusem było skarcenie na siłę niektórych epizodów, do wręcz nienaturalnych odcinków czasowych (wieczorem Hazel spotyka się ze swoim chłopakiem, a rano ów ma już adres mailowy do asystentki van Houtena), a już po wizycie w Amsterdamie czas powieściowy mknie niczym rollercoaster, jakby Autorowi było spieszno, by jak najszybciej zakończyć powieść. Ja chciałam (wiem, to trochę niezdrowe) więcej poczytać o jawnym, końcowym umieraniu, poniżeniu przez coraz mniej sprawne organy i zewnętrzne i wewnętrzne, degeneracji ciała, odchodzeniu. Zasmakować się w emocjach bohaterów, przeczytać o ich uczuciach, o uczuciach i rodziców, zatrzymać się przy tych uczuciach, wgłębić się w je w miarę możliwości i poznać. Jednak jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, ze dla mniej wprawionego czytelnika taka wyprawa wydawałaby się zbyt nudna, a dla tych, którzy zrozumieliby, zbyt traumatyczna (na przykład dla mnie). Niech sobie więc będzie tak, jak jest, jednak trochę, na przykład trzydzieści, czterdzieści stron więcej nie zaszkodziłoby, wręcz przeciwnie. Trochę szkoda, bo to, co się działo po Amsterdamie, miało wielki potencjał.

Wiele jest książek o miłości. Wiele miłości zostało przeklętych przez gwiazdy – wojna, niezgoda w rodzinach (jak w znienawidzonym przeze mnie Romeo i Julii wujcia Szekspira) i śmierć z różnych przyczyn, choćby w wyniku zabójstwa nie sprawiają, że miłość rozkwita. Jednak teraz, w naszym wieku, gdy, jak na razie, nie wisi nad nami widmo żadnej wojny, a rodziny są raczej liberalne, grozą dla ludzi jest coś nie do zaakceptowania przez nowoczesną medycynę – nowotwór, nazywany cesarzem chorób. Nowotwór złośliwy, którego leczenie (chemioterapia też jest zabójcza) jest niebezpieczne, nowotwór niezłośliwy i wszystkie szkaradne mutacje (jak jeden z raków mózgu, nazwany w książce typem „dupek” z tego powodu, że zżera mózg, robiąc z człowieka potwora) nie mówiąc już o stwardnieniu rozsianym, białaczkach i innych okropnościach. Choroba nie do wyleczenia, która zamienia życie niektórych ludzi, często przypadkowo wybranych, w tragedię. Tak, przypadkowo wybranych. Bo jak zgrzeszyły takie niewinne, w gruncie rzeczy, istoty, jak Augustus i Hazel? Czy to była ich wina? Ich rodziców? A może faktycznie wina gwiazd – kosmosu, Tajemnicy, która wybrała dla nich taki, a nie inny los – takie zakończenie ich miłości, zwykłej, najzwyklejszej, która niechcący stała się jedną z tych wielkich tragedii – miłości przeklętych przez gwiazdy. Przez Wszechświat.

Tytuł: „Gwiazd naszych wina”
Autor: John Green
Moja ocena: 7/10