Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo PRÓSZYŃSKI&S-KA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo PRÓSZYŃSKI&S-KA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

Moja słodka zjawa. Recenzja książki



Nigdy w żaden sposób nie obchodziłam Halloween i nie tylko z powodu chodzenia po domach czy mieszkaniach, ale szczerze mówiąc, nie kręcą mnie maski czarownic, diabłów czy duchów, jakoś tak odległe od stylistyki Karnawału, z którą zawsze mi się kojarzyły. Zresztą, to, że uwielbiam mitologię celtycką nie oznacza, że mam naprawdę odprawiać obrzędy kojarzące się z ich świętem. Dla mnie dobrą zabawę w Halloween oznacza ciekawy, przeczytany horror. Staram się wtedy wyjść poza klasykę (Stephen King i Jack Ketchum) i poszukać czegoś nowego, inspirującego i maksymalnie strasznego – czasami po prostu zdrowo się trochę postraszyć i przy okazji poszerzyć swoje literackie horyzonty, sięgając po rzeczy, na które wcześniej nie miałabym albo czasu albo po prostu chęci. To taka moja mała tradycja Halloweenowa, może ukłon w kierunku samego święta, może po prostu fakt, że ponura, jesienna pogoda, ciemne noce i zbliżające się Zaduszki zachęcają do sięgnięcia po naprawdę mroczne rejony dark wave, metalu i muzyki gotyckiej jako soundtrack do prawdziwie strasznego horroru (przez co rozumiem horror a nie paranormal romance z dziewczyną, upadłymi aniołami czy wampirami). 

Jeśli chodzi o horror, jestem zatwardziałą konserwatystką. Duchy, klątwy, wampiry, diabły, opętania i inne rzeczy są dla mnie najbardziej ciekawe, mimo że często narzekam na schematyczność – w tych tematach można naprawdę wiele nowego napisać. Takie tematy wydają się też pewnym straszakiem, którego czasami potrzebuję: niezwykle kreatywny pomysł z Carrie bardzo mnie zainteresował, jednak nie przeraził, tak jak powinien to robić; duchy zaś, byty dość kontrowersyjne, niewątpliwie przerażające i bardzo fascynujące, sprawiają zwykle, że po kręgosłupie przechodzą ciarki, jednak człowiek chce jeszcze więcej. Tak było i tym razem – ledwo zobaczyłam okładkę i przeczytałam opis, już byłam pewna, że Halloween z przyjemnością spędzę w towarzystwie – chciałoby się powiedzieć – Krwawej Anny, której duch będzie prześlizgiwał się po ścianach mojego pokoju. Czy to był dobry wybór? 

Tezeusz Cassio Lowood jest łowcą duchów, zabijającym te problematyczne, szkodzące żywym zjawy. Ten niebezpiecznyy zawód odziedziczył po ojcu, który został zabity przez pewnego ducha, wciąż przebywającego na wolności i - jak obawia się matka Tezeusza – tropiącego chłopaka. On ma jednak inne zadanie, równie trudne do wykonania: w pewnym małym miasteczku grasuje straszliwy duch młodej dziewczyny w skrwawionej, białej sukience, uwięziony w jej rodzinnym domu, który rozrywa na strzępy wszystkich, którzy się tam dostaną. Misja jest podwójnie niebezpieczna, bo na karku bohater czuje oddech swojego największego wroga, równie nieżywego co sprytnego, którego misją jest zgładzenie Tezeusza, jak zrobił to z jego ojcem. Szanse na jednoznacznie dobre zakończenie powieści maleją, ale za to wzrastają na nietuzinkową fabułę i kilka makabrycznych momentów, myśli sobie przeciętny, taki jak ja, czytelnik. Ale czy na pewno?

Żeby nie było tak mrocznie i pogrzebowo przez cały ten tekst, zajmijmy się na początku okładką książki, niewątpliwe rzucającą się w oko, choć może jednak niezbyt straszną, co od początku mogło mnie ostrzec przed zawartością. Każdy jednak musi przyznać, że przyjemnie jest na nią po prostu popatrzyć: mieszanka widmowej bieli, szarości, rozmytego niebieskiego z czerwienią i czernią wygląda bardzo estetycznie i pociągająco; szczerze mówiąc, najbardziej podoba mi się czarna koronka u dołu, obok paska, na którym wydrukowano imię i nazwisko Autorki. Chociaż to może było niepotrzebne, bo element ten nie ma większego związku z historią, wygląda to bardzo dziewczęco i jakoś tak skojarzyło mi się z subkulturą gotycką; warto wspomnieć, że w wydaniu oryginalnym tego nie ma – to taki drobny pomysł wydawcy polskiego, jak widać. Reszta nie jest już taka zaskakująca, aczkolwiek bardzo podoba mi się postać głównej bohaterki, otoczona jakimiś widmowymi obłokami, z rozwianymi włosami i w swojej poplamionej krwią sukience. W tle jest jej dom, tradycyjnie już ujęty pomiędzy nagimi drzewami, na którym siedzi kruk (jesteś zaskoczony, panie Poe?) i nocnym niebem pełnymi chmur i plam księżycowego światła. Dobrze, że w oknach domu nie palą się żadne światła, bo wtedy wyglądałoby, że książka jest klasycznym przedstawicielem horroru klasy D, a przynajmniej okładką, która próbuje straszyć czytelnika gotycką czcionką i żarówkami w pokojach jakiegoś tajemniczego zamczyska (chociaż horrorem mojego dzieciństwa są zdecydowanie samozapalające się światła). Odrzuca może trochę tytuł, napisany wyraźną, krwistoczerwoną czcionką, która jakoś nie pasuje do ponurej reszty i wygląda jak skopiowany skądś slogan reklamowy czy tytuł filmu, przynajmniej tak mi się dziwnie skojarzyło. Na samej górze mamy jeszcze krótką recenzję jakiegoś amerykańskiego magazynu, co raczej mnie nie zachęciło do przeczytania książki bardziej niż okładka czy blurb – który niemal nigdy nie mówi dokładnie, o czym jest książka. No właśnie. W tym jest cały problem. 

Wciąż zastanawiam się, czy jest to bardziej horror czy paranormal romance i od którego z tych gatunków się zaczęło. Może to mroczniejsza odmiana gatunku o miłości istoty nadprzyrodzonej do zwykłego człowieka, a może to horror z elementami – bardzo obszernymi jednak – romansu? Raczej to pierwsze, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i, raczej w negatywnym sensie, Autorka zaskarbiła sobie moje uznanie tymi nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, których, czytając pierwszą, lepszą część książki, nikt by się nie spodziewał. Bo cokolwiek się tam dzieje, duch Anny na serio rozrywa ludzi i zachowuje się tak, jak na porządnego upiora przystało, łącznie z czarnymi żyłami, krwią i całym korowodem zjaw pomordowanych przez nią, którzy przychodzą, by pokazać, w jaki sposób zginęli. Strona po stronie pisarka zamienia powieść w ckliwy romans o dwóch kochankach, którzy niczym Romeo i Julia nie mogą ze sobą być, ponieważ jedno z nich jest duchem ze zdjętą właśnie klątwą, a drugie mordercą duchów i człowiekiem. Powiedzcie, skąd ja to znam? Co prawda, Autorka próbuje uratować sytuację i wplata tam wątek innej, jeszcze bardziej niebezpiecznej i sprytnej zjawy, ale to już nie jest to – klimat oświetlonego tajemniczym, białym światłem domu, pełnego pomordowanych i widmowej, straszliwej morderczyni; napięcie związane z tajemnicą, jaką otoczona jest klątwa Anny oraz to, czego świadkiem jest Tezeusz (wybaczcie, nazywanie go imieniem z greckiej mitologii jest silniejsze ode mnie) znika i zostajemy z tekstem, który musimy zmęczyć do końca – byłam w tak tragicznej sytuacji, że postanowiłam przeczytać książkę w jeden wieczór, by nic nie stracić z halloweenowego klimatu, więc zamiast odłożyć męczącą lekturę na następny dzień i zacząć się czymś bardziej konstruktywnym, przemęczyłam się do końca. O ile początek jest przemyślany, naprawdę ponury i obfitujący w ciekawe zdarzenia, zbudowany z wyczuciem i według pewnego rytmu, to wraz z zbliżaniem do końca akcja staje się coraz bardziej nieprzemyślana, chaotyczna, skrótowa i pozbawiona przede wszystkim klimatu, odpowiedniego dla horrorów ciężaru (nie brakuje tego nawet Wichrowym Wzgórzom, powieści będącej stricte horrorem, ale przecież nie rasowym straszakiem!) i napięcia, co sprawia, że nawet kiedy bohaterowie przygotowują się do ostatecznej rozprawy z prześladowcą rodziny głównego bohatera czytelnik nie czuje nic, oprócz rozkosznego uczucia zmęczeniem lekturą i powstrzymywaniem się przed ziewaniem. Równie dobrze mogłaby być to zwykła przygodówka czy cokolwiek innego, bo kiedy Anna, dziwnym zbiegiem okoliczności bardziej ludzka niż zjawowa, walczy z antagonistą, można poczuć tak doskonałą obojętność jak podczas kilometrowych opisów przyrody w Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, że nawet najmroczniejsza, podprogowa muzyka nie pomoże. Widać, że Autorka siliła się na pisanie kolejnych akapitów, może znudzona historią, może wypalona, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – cierpiąca na brak weny twórczej i rozdmuchane ego pisarzy, którzy twierdzą, że książka o dwustu czy stu stronach jest z założenia zła. Sama historia Anny, wzbogacona kilkoma pobocznymi, może równie ponurymi wątkami w zupełności wystarczyłaby mi do szczęścia, a wepchnięcie do jednej książki dwóch zupełnie różnych historii nie było dobrym pomysłem, szczególnie, że – delikatnie mówiąc – nie wszystko udało się pisarce na tyle, by przyznać, że choć niepotrzebnie to zrobiła, to jednak wyszło jej to doskonale. 

Sam pomysł na powieść nie jest ciekawy – wiele (żeby nie powiedzieć, że za wiele) jest na rynku powieści o łowcach demonów, duchów, ufoludków i innych stworzeń, którzy ostatecznie zakochują się w tych, których mają zabić, by miało mnie to chociaż trochę szokowało czy interesowało, chociaż z Tezeuszem, Anną i kilkoma innymi postaciami udałoby się zrobić coś innego, ciekawego, Autorka jednak – czy to ze strachu, czy też z braku lepszych pomysłów, postanowiła iść na łatwiznę i wypełnić wcześniejsze schematy swoimi słowami. Bo nawet temat samych duchów nie jest tu ujęty interesująco; ot, ostatecznie duchy  o rosyjskich nazwiskach (przypadek?) zabijają i w innych horrorach w jeszcze bardziej upiorne sposoby, a sama kreacja tych istot, mimo wymyślania naprawdę skomplikowanych rzeczy jak kilka osób w jednym duchu czy dziwna, wciąż jeszcze niewyjaśniona cielesność tych bytów – najlepszy przykład to oczywiście pocałunek – które pisarka traktuje jak oczywistą oczywistość i nie próbuje nawet w jakikolwiek sposób tłumaczyć. Mimo tego było kilka doskonałych sytuacji, w których mogła wykazać się kreatywnością, jednak tego nie zrobiła, niszcząc wszystko co było dobrze zaczęte, łącznie z klątwą Anny (która okazała się być niczym ciekawym i wartym całego napięcia, ale za to bardzo w stylu hollywoodzkich straszaków i mrocznych opowieści o patologicznych rodzinach) i wątkiem tego straszliwego ducha; jedno i drugie okazało się niewypałem w stylu kryminałów, w których morderstwa są inne niż zwykle, ale motyw naciągany i trywialny; dowodzi to tylko o braku pomysłów u Autorki, ciągnięciem książki tam, gdzie już dawno powinna się skończyć. A przepaść między potencjałem wymyślonych przez pisarkę bohaterów i efektem końcowym jest ogromna – to tak, jakbym kupiła sobie superkomputer do pisania moich nikomu niepotrzebnych recenzji. Czyli, przyznacie, że marnotrawstwo wielkie. 

Język, jakim powieść została napisana, nie wyróżnia się niczym wśród innych tego rodzaju książek – Autorka ma styl bardzo prosty, językowo dość ubogi, jednak dość płynny, by napisać książkę bez większych zgrzytów. Z pewnością niezbyt radzi sobie z dynamiką akcji, przez co ciężko czyta się te fragmenty, szukając tych bardziej kameralnych partii w tekście, napisanych z większą płynnością i polotem, zwykle jednak przepełnione są one romantyczną ckliwością i sentymentalizmem (vide: pocałunek; wciąż nie może pomieścić mi się w głowie jak można pocałować ducha nawet jeśli Autorka twierdzi, że w pewnym momencie Anna bardziej przypominała człowieka… cóż ) tylko czasami i na początku epatującymi grozą, na co przecież czekałam. Jak wspominałam już wcześniej, styl pisarki nie odznacza się niczym ciekawym, nie można tu znaleźć jakiejś ciekawych konstrukcji, barkowych zapętleń, malowniczych opisów, ciekawych metafor czy pięknych sformułowaniem, samym swoim brzmieniem sprawiającym, że na skórze człowieka pojawiają się ciarki. Na początku nie jest to dużym minusem, jednak kiedy akcja przestaje być ciekawa, na wierzch jak czerwie wyłażą potknięcia językowe czy to tłumacza czy Autorki, dysharmonie i problem z szybką akcją, co jest bardzo powszechne u początkujących czy słabych pisarzy i co bardzo męczy czytelnika. Pisarka nie chciała – czy nie mogła zauważyć – że kiedy akcja powieści powoli się rozchodzi, może to wszystko zatuszować pięknym stylem, porwać czytelników czy porządnie ich przestraszyć, tak, żeby z bijącym sercem czytali dalej, zapominając o niedostatkach fabuły. Przecież to horror ludzie, czy mi się tak wydawało, przestępstwem jest nudzić i nie bać się, szczególnie że właśnie mija nam idealny do tego halloweenowy wieczór. Autorka mogła się trochę postarać, chociaż na tyle, by czytelnikowi przyjemnie się czytało, zamiast potykać się o jedno z wielu słów, niszczących harmonię i swoistą melodię książki. 

Bohaterowie nie wyróżniają się niczym ciekawym, więcej, żadną, nieciekawą nawet cechą charakteru – można by powiedzieć, że w tej kwestii papier jest poganiany przez papier, bo postacie z pewnością nie należą do najciekawszych. Ba! Nie wyróżniają się niczym, jeśli już to chyba tą doskonałą papierowatością, zupełną bezpłciowością. Sytuację na początku ratuje Anna, bo będąc złym, obciążonym klątwą duchem rozrywającym ludzi, ale z biegiem czasu, kiedy okazuje się, że słodka zjawa dziewczyny w białej sukience nie robiła tego, bo chciała, tylko że musiała, postacie stają się czarno-białe i zupełnie nieciekawe. Dobry Tezeusz, przywracający spokój świata żywych od mszczących się za swoją śmierć duchów, Anna która wzbudza w głównym bohaterze zupełnie inne uczucia czy strach lub zawodowe zainteresowanie, sympatyczna, nieco ekscentryczna matka i serdeczni przyjaciele z miasteczka contra sprytny duch mordercy ojca głównego bohatera, makabrycznie wyglądający oraz o wielkiej mocy, jednoznacznie zły, bez żadnych odcieni. Zresztą i tak jest postacią bardziej plastyczną niż główny bohater i nieszczęsna Anna, postać dość ciekawa tylko na początku, potem coraz bledsza, z coraz mniejszą ilością cech, wreszcie będąca tylko cieniem własnego cienia, jeśli duch w ogóle rzuca cień, do czego nie mam zupełnej pewności, szczerze mówiąc. Oczywiście w zakończeniu pisarka przeszła samą siebie, każąc dziewczynie zdobyć się na bardzo, ale to bardzo altruistyczny postępek, który sprawił, że zjawa stała się wcieleniem dobra, a paranormal romance przeważył nad horrorem. Cóż, przecież głównych bohater, Tezeusz, też nie jest lepszy, chociaż w zawodach na fajtłapowatość i brak domyślności mógłby być najlepszy. Gdybym ja była na jego miejscu bez wątpienia sprawdziłabym, skąd biorą się dziwne sny. Każdy by chyba sprawdził, bo to przecież bardzo niebezpieczny zawód taki morderca duchów, o czym Tezeusz musiał się przekonać się nie raz. To, że ma fajną, zjawową dziewczynę, nie znaczy, że jest bezpieczny czy coś, wręcz przeciwnie. Naprawdę! Poza tym bohater nie wyróżnia się niczym ciekawym, a może się wyróżnia tym, że jest najmniej pozbawioną charakteru postacią w całej książce. W każdym razie coś takiego. To całkowita porażka, zważywszy, że pisarka narrację prowadzi z jego punktu widzenia (że też udało jej się to udało!; mówiłam, że ma talent, tylko jest leniwa) i jest to główna postać książki, której osobowość pisarka powinna najmocniej i najbardziej ciekawie rozbudować, zamiast tworzyć najbardziej papierową i nieciekawą postać. Gorsza od niego jest chyba tylko Bella z równie straszliwej sagi  Zmierzch, a to już jest – jak wiecie – zupełne mistrzostwo świata. 

Książka, po dzisiejszym i wczorajszym małym odświeżeniu zdaje się być jeszcze gorsza niż wcześniej, może dlatego, że jednak klimat Halloween trochę zadziałał na pozytywniejszy odbiór powieści, a może dlatego, że od tego czasu zdążyłam przeczytać mnóstwo o wiele lepszych horrorów i podobnych nieco do tego gatunku powieści, jak moje kochane Wichrowe Wzgórza a niemal zupełnie – jak możecie wywnioskować obserwując kolejne recenzje na blogu – zarzuciłam czytanie paranormal romance i marnych dystopii, dzięki czemu jest teraz o wiele mniej negatywnych recenzji niż przedtem (zauważyliście to, mam nadzieję) Mniejsza ilość polukrowanych dziewczątek o niezwykłej urodzie i nadnaturalnych zdolnościach, które biegają sobie to tu to tam z ślicznymi chłoptasiami podziałała na mnie orzeźwiająco, więc książka trafiła nieco na zły czas. A tamto Halloween? Cóż, wyjątkowo nie byłam zadowolona, więc ze smutku wypiłam mnóstwo truskawkowego kompotu, zostawiając w piwnicy zapasy bardzo uszczuplone, a tym razem, nauczona doświadczeniem, sięgnę z pewnością po jakiś pewny straszak, bo eksperymentować aż strach, bardziej niż czytać tę książkę o duchach pod maską klątwy kryjących tak wiele różu, że aż mdli, zamiast wywoływać dreszcze przechodzące po kręgosłupie. I oczywiście nudy. Wszechogarniającej, straszliwej nudy, będącej uczuciem tak potwornym, że chowają się przed nią wszystkie duchy-mordercy i dla której z pewnością nie warto jest czytać tę powieść.

Tytuł: „Anna we krwi”
Autor: Kendare Blake
Moja ocena: 1/10

środa, 15 kwietnia 2015

Miłość w czasach nienawiści. Recenzja książki

Zastanawiam się właśnie, dlaczego miłość, jedno z wielu uczuć, zrobiło tak wielką karierę. Jest przecież jeszcze wiele innych, a niektóre z nich są bardziej intensywne i powierzchowne. Nienawiść. Chęć zemsty. Smutek. Czasami potrafią one tak zdominować człowieka, że na nic innego nie ma miejsca, a na miłość już w ogóle. Ale też okazuje się, że miłość miłości nierówna - wiele czytałam o miłości do ojczyzny, domu, ideałów, Boga, ale i tak to wszystko mało w porównaniu z wierszami, powieściami i muzyką o miłości mężczyzny do kobiety, lub kobiety do mężczyzny. Na ten temat powstało takie coś jak Pięćdziesiąt Twarzy Greya i nieśmiertelne Sonety do Laury czy wiersze do Beatrycze. Wielkie arcydzieła muzyczne i kolejne piosenki popowe, które sprawiają, że mam chęć najpierw zasłonić sobie oczy (teledyski!) a później ogłuchnąć. Co jest takiego w tym uczuciu? I czy na pewno... ta miłość, w teologii określona łacińskim słowem amor, ma więcej ze szczęścia czy ze smutku, złości, nienawiści?

Przyznam, że widok par macających się na korytarzach szkoły, wymalowanych pannic w dekoltach do ziemi budzi, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Tak samo, jak podrywanie chłopaków. Nie wiem, może jestem staroświecka, nadmiernie zakopana w książkach czy coś, ale wolę poczekać, jakoś mi się nigdzie nie spieszy, ale to nawet wygląda jakoś ... nieestetycznie? Szczególnie że moja szkoła jest zespołem szkół i można popatrzyć sobie na takie sceny już pierwszej gimnazjalnej i w podstawówce. Już. Nieco za wcześnie, nie uważacie? Zastanawiam się jednak, do dla nich znaczy to słowo, miłość. Bo, może nie jestem życiowa, ale same kotki, różowe serduszka i francuskie pocałunki, nie wystarczą, żeby uczucie to nazwać miłością. Więc czym jest miłość? Ponieważ sama jeszcze nie sprawdziłam w praktyce, spróbuję poszukać odpowiedzi na to pytanie w książkach. Ale takich, które nawet przed przeczytaniem wzbudzają mój szacunek. W najszlachetniejszej klasyce.

Dziwiłabym się bardzo, gdyby ktokolwiek nie znał tej książki, chociaż z grubsza. Jest przecież ten film Luhrmanna z Leonardo DiCaprio, zrobiony w tym dziwnym, fascynującym mnie stylu, charakterystycznym dla tego reżysera. W stosach książkach, nawet tych dla nastolatek, można znaleźć odwołania do tego dramatu, nie mówię tuż o muzyce, bo to zupełnie inny temat, na podzielny tekst. Zresztą, to wciąż grają w teatrach – byłam chociażby w warszawskim Buffo (Natasza Urbańska grała Rozalinę), ale jestem pewna, że przy odrobinie szczęścia można to znaleźć jeszcze gdzieś indziej. Nie widzieliście? Nie znacie? Nawet jeśli, to jest to historia bardzo znana w naszym kręgu kulturowym, słyszał każdy. Tak czy inaczej, nie mam zamiaru streszczać tu fabuły i od razu przechodzę dalej: jestem nieco stremowana, bo pierwszy raz recenzuję dramat. I to jeszcze taki dramat, nie byle co.

Muszę przyznać, że miałam wątpliwości i to poważne, czy mi się spodoba, przecież romantyczką nie do końca jestem, chwalę się tym, że zwykle nie brakuje mi rozsądku. Czy przypadkiem nie będzie egzaltowane jak historyjki o wróżkach żyjących wśród kwiatków? I, co gorsze, czy nie będą to monologi zakochanej pary dzieciaków (Julia w momencie całej akcji ma lat czternaście, a Romeo nie jest specjalnie starszy) Teraz w ich wieku jest niedojrzała gimbaza z iPhone'ami i dziwnymi wyznaniami na Facebooku; jeśli czyta to jakiś gimnazjalista, to przepraszam, bo skoro czytasz bloga książkowego, oznacza to, że jesteś wyjątkiem w tej szkole) na trzy-cztery strony, pełne sentymentalnych porównań do pączków róży, białych gołąbków, księżyca i tym podobnych. W sumie oglądałam ten musical w Buffo, ale tam historia była przedstawiona w realiach nowoczesnych, nie mógł zostać więc użyty oryginalny tekst. Film Luhrmanna, jak to film Luhrmanna, ale bardziej przypominał raczej spektakl niż oryginał. A często jest tak, że wariacje na różne tematy podobają się bardziej niż tekst podstawowy. Na początku podchodziłam z rezerwą, ale im dłużej czytałam, tym bardziej hipnotyzujące słowa pisarza oplatały się wokół mnie, zmuszając do wejścia w historię głębiej. I co z tego wyszło? Ano, zobaczcie.

W przypadku dzieł tego pisarza wielkie znaczenie ma tłumaczenie – przez lata nagromadziło się ich tyle, że trudno wybierać, szczególnie że i tak, w gruncie rzeczy, dramaty te są nieprzetłumaczalne, a ich czar najbardziej zachwyca w oryginale. Czytałam dwa – pana Paszkowskiego i pana Barańczaka i oba bardzo mi spodobały, jednak - z całym szacunkiem do najwierniejszego tłumacza wszystkich dzieł Autora – pan Paszkowski zrobił to w sposób starodawny już, archaiczny, co, wydaje mi się, nadaje tekstowi pewnej oryginalności i nie psuje ciężkiego, średniowiecznego klimatu. Chociaż, niestety, przekład sam w sobie zniszczył kilka ciekawych gier językowych z oryginału. Dlatego postanowiłam napisać o moich wrażeniach po przeczytaniu sztuki po angielsku (najlepiej jest zrobić to przed przeczytaniem polskiej wersji).

Największą zaletą jest język – przejrzysty, niezwykle zrytmizowany, pełen emocji i jednocześnie barokowy – pełen metafor, które jeszcze za czasów pisarza były oryginalne, świeże. Na podstawie samych wypowiedzi bohaterów dramatu został wytworzony klimat, pełen magii, zmysłowości, ale i iście romantycznego mroku. Jednoczenie Autor nie popada w nadmierną poetyzację, czasami wręcz uderza w rubaszny humor (czasem żarty stają się bardziej wyrafinowane, z większą ilością odniesień do literatury średniowiecznej), z wirtuozerską pewnością siebie między wniosłe dramaty kochanków wprowadzając dialog służących pełen prostych, zwyczajnych słów. Nie zapomina także o indywidualizacji – inaczej mówi pan Kapulet, inaczej zakochany Romeo, inaczej sympatyczny ojciec Laurenty. Słowa malują przed naszymi oczami bohaterów; mistrzowsko opisują ich, nawet na chwilę nie charakteryzując ich bezpośrednio. Nie ma też, czego się, przyznam, bardzo mocno obawiałam, egzaltacji graniczącej z bezwstydnym kiczem, ani narzekania rodem ze Zmierzchu pani Meyer, wręcz przeciwnie – słownictwo jest eleganckie, poetyckie i jednocześnie pokazuje głębię uczuć bohaterów, zgrabnie balansując po granicy z nieprawdopodobną. Bo z tym problem ma wielu podobnych formatem Autorowi – XXI -wieczny czytelnik ma problem ze zrozumieniem, dlaczego ten gość stoi i gada, wygłaszając ukwiecone skomplikowanymi figurami, co raczej dyskwalifikuje prawdziwość historii w naszych uszach. Tutaj tego nie ma, na scenie zawsze się coś dzieje, a nie stoją tylko i gadają, doskonale widać to szczególnie w zakończeniu. To też było dla mnie zaskoczeniem.

Trzeba wspomnieć także o tym, czego dowiedziałam się z przypisów (nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam przypisy), a co świadczy o kunszcie i pomysłowości pisarza. Mianowicie pierwsza rozmowa Romea i Julii ma postać kanonicznego sonetu, które przecież Autor opanował do perfekcji. Taki szczegół, ale bardzo mnie ucieszył i zaskoczył, bo nie spodziewałam się, że w dramacie znajdę jeszcze inne formy. Ma też to jakiś głębszy sens, niż oddanie piękna pierwszego spotkania, moim skromnym zdaniem nawiązuje bowiem do dokonań Dantego i Petrarki – piewców miłości podobnej do tej, jaka złączyła głównych bohaterów.

Jak wieść gminna niesie, pisarz wynalazł tę historię, jak zresztą większość przez siebie napisanych, w dawnych kronikach i legendach. Wydaje się to bardziej fascynujące niż gdyby miał wymyślić wszystko od nowa, szczególnie że w Weronie pokazują ich ponoć prawdziwy grób (nie mówię, że wierzę, chociaż chciałabym! ). Jednak Autor wszystkiego nie ściągnął, bo znany był z tego, że pomysły przetwarzał, zmieniał, nieco przeinaczał, a do tego wszystkiego dodawał swoje własne, tak, że później dzieło z historią wyjściową miało mało co wspólnego. Zresztą, w tamtych czasach nie było takiego terroru za plagiat (czego jednak nie pochwalam, wiadomo).

Prawdą jednak niestety jest, że Romeo jakoś mnie nie przekonał. Co prawda, bił się dobrze, zabił Tybalta, ale jego przemowy do Julii, szczególnie w tej słynnej scenie, w której stoi pod jej balkonem, raczej wskazują na egzaltowanego młodzieńca, że tak powiem, kochliwego ladaco. Żeby już mu nie wypominać miłości do Rozaliny z początku utworu, od której wysychał na wiór, dopóki nie znał Julii. Niepoprawny romantyk, młody, naiwny, szczery w swych uczuciach chłopiec, a do tego porywczy. Z całą pewnością to świetnie zbudowana postać, ale nie podoba mi się on. Bo jeszcze tak sentymentalna nie jestem, o nie! Julia natomiast jest osobą bardzo rozgarniętą, praktyczną, myślącą o czymś, co nie jest światłem księżyca, słowikiem etc., a wielka miłość nie zasłania trzeźwego spoglądania na życie. Do czasu, oczywiście, ale wolę nie oceniać czyiś wyborów, szczególnie jeśli te wybory były dokonywane pod wpływem tak wielkiego uczucia. Najsympatyczniejszymi postaciami byli jednak niania Julii i ojciec Laurenty. O ile tę pierwszą przestałam lubić po tym, jak niejako namawiała Julię do ślubu z Parysem, od początku do końca czułam sympatię do franciszkanina, postaci barwnej, niejednoznacznej i jednocześnie wywołującej, szczególnie na początku, uśmiech na mojej twarzy. Reszta bohaterów to role poboczne – dość schematyczna pani Kapulet, stary Kapulet, narzekający, jak to stara głowa rodu, młody Parys, który, jak to Parys, znalazł sobie dziewczynę będącą już mężatką, złośnik Tybalt i nie gorszy Merkucjo i gdzieś na pozostałym, ostatnim planie Benwolio i książę, reprezentujący interesy mieszczan pośród awanturniczej arystokracji. Rodzice Romea pojawiają się w kilku scenach, ale są to już bohaterowie egzystujący.

Oczywiście, mam świadomość, że to tylko doskonalsza forma scenariusza, a aktor, grając daną postać, stara się dostosować do niej, jednak większa część to jego interpretacja, jego pomysł i umiejętności. Dlatego nie jestem pewna, czy powinno się oceniać postaci dramatu. No ale analizując sam suchy tekst, ma to jakiś sens, prawda?

Nie mówię, że fabuła była przewidywalna, bo każdy ją przecież zna, przynajmniej tak ustaliliśmy, a akcja biegnie zaskakująco szybko – wyznań miłosnych było bardzo mało, mimo moich obaw (mam wątpliwości czy momentami nie za szybko – Autor chyba też je miał, bo między wygnaniem Romea a śmiercią obojga upływa trzy czy cztery dni). Wszystkie elementy, z które obserwowaliśmy przez całą akcję, wszystkie wątki spotykają podczas tragicznego zakończenia, żadna, najmniejsza scena nie kończy się na niczym, żadne słowo nie jest bezcelowe, ale to dopiero zobaczymy, kiedy poszczególne wątki będą się kończyć. Może czasami zdarzały się sceny, które można by usunąć bez szkody dla fabuły, jednak musiałabym być bez serca, bo to były prawdziwe perełki same w sobie, pełne ciekawych językowych zabiegów, celnych uwag i humoru, aż gotującego się pod maską sztywnego elżbietańskiego teatru i przyjętej konwencji mroczno-smutnej tragedii. Jednak ograniczenie żartów i słownych potyczek bohaterów było niezbędne, by zachować harmonię przy jednoczesnym przepychu, bogactwie form.

Lektura pozostawiła mnie jeszcze z większą ilością pytań – czy miłość, która doprowadziła do takiej tragedii, jest, wobec tego, uczuciem pozytywnym, takim jak radość, szczęście? Czy może jest piękną, ale i boleśniejszą wersją nienawiści, złości, zazdrości, smutku? Przeżera człowieka tak samo, jak tamte, przytłacza, nie pozostawia miejsca na nic innego. Splata się przecież z tamtymi – bardzo blisko do nienawiści i zazdrości, a co za tym idzie i złości; nie mówiąc już o smutku towarzyszącego tym chwilom, kiedy nie ma ukochanej osoby. Jest to też uczucie na pewno totalne, niezwykle też, zapewne, przyjemne i powszechne (gdyby takie nie było, zapewne nie byłoby też dzieci. Eh, ja, zawsze muszę z takim tekstem wyskoczyć i popsuć powagę wszystkiego!) i w założeniu mające należeć do tych szczęśliwych. Jednak... jednak jesteśmy tylko ludźmi, ranimy siebie nawzajem, a miłość, wydaje mi się, można porównać do małej rośliny, która w czasach zajadłej nienawiści nie wyrośnie, ale zostanie zdeptana buciorami tych, co się nienawidzą. Choćby nawet była tak czysta, jak ta Romea i Julii.

Tytuł: „Romeo i Julia”
Autor: Wiliam Shakespeare
Moja ocena: 9,5/10


sobota, 14 marca 2015

Miasteczko wampirów. Recenzja książki

Wampiry są diabelnie popularne tak jak gwiazdeczki Disneya, którzy ich grają. W każdej książce dla nastolatków, której Autorzy mają nieco więcej ilorazu inteligencji od Bridget Jones, umieszczają jakiegoś wampira, od którego śmierdzi przystojnością na osiemdziesiąt dziewięć kilometrów, żeby tylko głupie nastolatki zachrypły z pisku, gdy ten odsłoni swoje kły, umazane krwią zwierząt i seksownie zalśni w powietrzu.

Biedy Dracula! Płaczę nad jego nędznym losem. Przewraca się w trumnie gdzieś w swoim mrocznym zamczysku i próbuje wyrwać kołek, żeby wstać i postraszyć w nocy jedną z wielu tych pań, która w przerwach pomiędzy pisaniem kolejnych rozdziałów osiemdziesiątego ósmego tomu przygód owego wampira przelicza zarobioną, jeszcze ciepłą kasę. Już, po przeczytaniu kilku podobnych do wiekopomnego i przerażająco pięknego „Zmierzchu” Stephenie Meyer, nie miałam nadziei, że znajdę jakąś dobrą, straszną książkę o wampirach. Jakąś świetną książkę o wampirach. Powieść, na którą się skusiłam, sygnowana nazwiskiem Króla Horroru, zapowiadała się trochę lepiej i w moim sercu zapaliła się iskierka nadziei: może będę się chociaż trochę bać?

Młody pisarz Ben, mający na sumieniu kilka literackich gniotów, wraca do miasteczka swojej młodości, Jerusalem, w skrócie Salem. Chce nabrać dystansu po śmierci ukochanej żony spowodowanej zbyt szybką jazdą motocyklem, a także stawić czoła demonom z przeszłości. Kiedy był małym chłopcem, wszedł do domu, którego właściciel powiesił się, wcześniej zabijając żonę i w jednym z pokojów spotkał właśnie tego faceta, uśmiechającego się do niego ze stryczka. Po jakimś czasie dom zostaje kupiony przez tajemniczą osobę, a właściwie dwie osobistości. Kilka dni później ginie dwóch chłopców, a drugi z nich zostaje znaleziony w ciężkim stanie: choruje na coś w rodzaju ciężkiej, tajemniczej białaczki, a późnej umiera. Jednak to nie koniec – podobne objawy ma coraz więcej osób, a pewnemu małemu – no wcale nie aż tak małemu – chłopcu za oknem przedstawia się postać kolegi, który pierwszy na to umarł. Ale czy na pewno umarł? I czy na pewno są to złudzenia? A może to wampiry, o czym przekonuje się Ben, Susan (młoda dziewczyna, w której jest zakochany), sympatyczny nauczyciel Matt, rudy lekarz Jimmy i mały specjalista od potworów, Mark. Razem stawią czoła potworom, jednak z nich przeżyje tylko Ben i, dzięki oczytaniu, Mark. Susan, jako jedyna stanie się wampirem, a Ben (tak, to jedna z moich ukochanych stron powieści) będzie musiał przebić ją kołkiem...

Szczerze mówiąc, nie było potwornie strasznie, wręcz przeciwnie. Co jest bardzo dziwne, bo teoretycznie boję się wszystkiego, o ciemności już nie mówiąc. Jednak przy opisach strachu bohaterów czułam to samo, co świadczy o tym, że Autor faktycznie jest dobrym pisarzem. A nawet bardzo dobrym. Ale o tym już niżej.

Chyba największym plusem tej książki jest to, że w ogóle mnie nie nudziła, chociaż do najchudszych nie należy, a akcja pełznie dość wolno do przodu, przedstawiając na początku zwykłe sprawy zwykłych ludzi, pozornie niezwiązane ze sobą. Wydawałaby się, że książka jest nudna i dziwna, bo przecież dużo czasu minie, zanim wszystkie wątki połączą się w jedną, zaskakującą układankę. Wręcz przeciwnie. Człowiek z zaciekawieniem przewraca kolejne strony i zagłębia się w opowieści, która – nie oszukujmy się – w pewnym stopniu jest bardzo przewidywalna (wiemy, że to będą wampiry). W każdym razie styl pisania Autora jest lekki, niewymuszony i czasami niezwykle obrazowy. Bardzo mi się spodobało to, że ten dorosły facet potrafi pisać zarówno z perspektywy dziecka, młodego naiwnego pisarza, jak i starszego nauczyciela. W dodatku zawsze potrafi zachować dystans do opisywanych wydarzeń, ocenić je z przymrużeniem oka i opisać rzeczywistość tak, że wydaje się bardzo prawdopodobna i realistyczna. Mało pisarzów i pisarzyn już to umie.

Styl Autor ma lekki, ciekawy i płynny. Pisze dość obrazowo, klimatycznie, a opisy, których, jak w każdym porządnym horrorze, jest sporo, wciągają i wydają się naprawdę realistyczne i, chociaż nie straszne, to przynajmniej ponure i mroczne. I to nie tak plastikowo mroczne, jak, na przykład Monster High czy te wszystkie horrory dla nastolatek, ale naprawdę mroczne. Różnicuje wypowiedzi bohaterów, daje im rozmaite, nigdy nie czarno-białe charaktery, a wszystko owija w płaszczyk ironii. Dlatego czyta się szybko, chętnie i bez żadnych większych zgrzytów, a liczba stron do przeczytania znika z przerażającą szybkością.

Podoba mi się to, w jaki sposób Autor odnosi się do wątku walki Dobra ze Złem, który również został wpleciony w fabułę książki. Otóż Dobro ma szansę wygrać tylko wtedy, gdy w nie wierzymy. Kiedy zaczynamy się bać Zła, a i tracić wiarę w istnienie Dobra, Dobro nie wygra, ponieważ nie jest Dobrem bez naszej wiary w nie. Najbardziej dobitnie pokazuje to fragment ze świecącym jasnym światłem krzyżem, który, co ciekawe, świecił tylko wtedy, kiedy ksiądz wierzył w to, co robi. Mark i Ben nie poddają się do końca i dlatego mają szansę wygrać z wampirami. Niezwykle krzepiące i głębokie przesłanie pisarza, w książce, która na pozór powinna być bezmyślnym, nudnym horrorem.

Postacie... Nie są to jacyś pogromcy wampirów, tylko młody, żółtodziobowaty pisarczyk i młodociany fan horrorów i fantastyki, mistrz w oszukiwaniu rodziców. Obie postacie są dobrze zarysowane i ciekawe, jednak reszta jest jakby rozmyta i niezbyt ciekawa. W sumie są to po prostu najzwyklejsi ludzie, jednak brak im tego „czegoś” by na dłuższy czas zapadli w pamięć. Z drugiej strony jednak, przyznaję, że nie jest to powieść, w której jest czas na większe rozważania nad psychologią postaci, to przecież nie powieść obyczajowa, psychologiczna czy jakakolwiek inna, w której można było zamieszczać dłuższe dywagacje na uniwersalne tematy, bo to – już – klasyk horroru.

W sumie w ogóle się nie bałam, bo nawet nie było straszne (o tym już pisałam, co świadczy o beznadziejnym bałaganie w tej recenzji). Chyba tylko w tym momencie, kiedy dwoje chłopców idzie przez ciemny las i opowiada sobie straszne historie, a za nimi, trzeszczą gałązki... Stary patent, ale wciąż straszy. I jeszcze inną, równie straszną rzeczą była scena z krzyżem. Wampir przybierał kształt potwora, którego ksiądz wymyślił i panicznie bał się, kiedy był mały. Miał miękkie, kobiece usta, eleganckie ubranie, śmiertelnie białą twarz.. Brr. Mnie też, kiedy byłam mała, prześladowało coś podobnego, dlatego tak strasznie się przeraziłam. Nie mogłam przez to spać całą noc. Jednak gdzieś głęboko została mi fascynacja tą postacią, bo, muszę się przed wami przyznać, też miałam coś podobnego w dzieciństwie.

Okładka. Obrzydlistwo utrzymane w odcieniach zieleni i bieli. Jakiś kształt wyglądający nieco jak krzyż, a w środku dwoje oczu, fragment białej, zdeformowanej skóry. Hm. Wampir? Raczej tak nie wygląda. Kompletnie bez pomysłu, dość efekciarsko, a przecież to jest książka, do której można by zaprojektować mnóstwo ciekawych okładek! I to takie dobre wydawnictwo.. Ja was ludzie proszę. Taka okładka odstraszy bardziej fanów Autora i horrorów, niż takich, którzy (tak jak moja mama) boją się takich powieści i nie chcą mieć nic z nimi wspólnego.

Książka rozczarowała mnie tylko tym, że nie była straszna. Myślałam, że będę trzęsła się ze strachu, nie mogła spać, ale ... nic takiego nie nastąpiło. Chociaż po plecach łaziły mi zimne dreszcze (szczególnie na początku), nic innego się nie działo. Szkoda. Może po prostu za dużo po nich oczekuję? Być może. W każdym razie polecam tym, którzy narzekają na upały i rozgrzaną, zatłoczoną plażę. Efekt murowany.

Tytuł: „Miasteczko Salem”
Autor: Stephen King
Moja ocena: 6,5/10





czwartek, 4 września 2014

Świeczka znikająca za zakrętem. Recenzja książki

Szkoła, szkoła... Fajne miejsce, prawda? Jak ja je lubię.. Nikt nie ma o tym zielonego pojęcia, jak mi się chce wstawać rano i pędzić ile sił w moich sprinterskich płucach, żeby zdążyć na matematykę. Po to człowiekowi tak naprawdę? Nie wiem jak wy, ale ja nie zamierzam spędzić całego życia na obliczaniu pola wycinka kołowego albo na obliczaniu pola trójkąta opisanego na kole, wybaczcie. Wciąż zastawiam się także, do czego przyda fizyka. Hmmm.. Ma ktoś jakiś pomysł?

Jednak szkoła może być jeszcze większym problemem. A co, jeśli ludzie cię prześladują? Nienawidzą cię? Na każdym kroku chcą się wykończyć? Tylko dlatego, że odstajesz od innych. Ale to nie są tortury słowne, takie, jakie się da wytrzymać. To jest przemoc fizyczna. Potworna przemoc fizyczna, taką, jakiej doświadczyła Gotka Sophie, ta, na której cześć Delain nagrali płytę "We Are The Others". A co jeszcze, kiedy własna matka, fanatyczna chrześcijanka, nie rozumie twoich potrzeb? Tylko iść i się zachlastać, prawda?

A jeśli ma się tajemniczy, straszliwy dar? Czy nie wykorzystaliśmy tego przeciw naszym wrogom? Pierwsza odpowiedzią jest "NIE". Ale czy na pewno?

Carrie ma zdolności telekinetyczne, czyli potrafi przenosić przedmioty wzrokiem. Jest to jednak jedyna pociecha w jej życiu, ponieważ w szkole jest tępiona. Tępiona! To mało powiedziane. Wredne, chore psychicznie dziewczyny zrobiłyby wszystko, łącznie z zabiciem. Dlaczego? Carrie jest inna, niegustownie się ubiera. No i jeszcze matka, fanatyczka perfekcyjna. Uważa, że dziecko z takimi zdolnościami jak Carrie jest grzechem za to, że współżyła z własnym mężem (!). Wychowuje ją na taką samą fanatyczkę jak ona, ale dziewczyna jest zdrowa psychicznie i nie chce przez całą noc klęczeć na zimnej ziemi nago i modlić się. Matka chroni córkę przed chłopakami, zabrania chodzić na imprezy, każe jej tylko szyć ubrania i uczyć się. A kiedy dziewczyna łamie jej zakazy uznaje, że to jej wina i postanawia się okaleczyć... Tymczasem na balu, na który Carrie idzie z chłopakiem jednej z dziewczyn, która postawiła się nad nią, na miejscu czeka ją niespodzianka, za którą zapłaci całe miasto..

Lapidarność tej opowieści była dla mnie szokiem. Jak może być, że Autor takich długaśnych rzeczy jak Miasteczko Salem, Dallas '67 napisał książkę, która liczy sobie sto ileś stron?!, pomyślałam, otwierając plik z książką. Później dopiero przekonałam się, że wszelkie dłużyzny są niewskazane, wręcz popsułyby delikatną konstrukcję opowieści. Bo żeby szokowała, nieistotnych szczegółów musi być jak najmniej.

Bo szokuje, i to jest największą zaletą opowieści. Wstrząsa człowiekiem. Daje takiego kopa, że choćby się było ze stali, nie można o tym zapomnieć, wyrzucić sobie z głowy. Po przeczytaniu książki leżałam pół nocy i nie mogło mi pomieścić się, że ktoś może zrobić coś takiemu dziecku, którym była jeszcze Carrie, żeby doprowadzić ją do czegoś takiego. I jak można być takim fanatykiem religijnym i hipokrytą, takim jak matka nieszczęsnej dziewczyny, która nie widziała, lub nie chciała widzieć, jak powinna żyć nastolatka. To także zatrważające studium członka sekty religijnej – o wypranym umyśle, zdolności myślenia wyłącznie w kategoriach religii, skrajnym przytępieniu i surowości religijnej. Brr. Lepiej już o tym nie myślę, bo jeszcze taka istota mi się w nocy przyśni.

Nie ważne co powiedzą ludzie, to jest prawdziwy horror. Horror powstały z połączenia bólu, cierpienia i mocy, które w końcu obracają się przeciwko wszystkim, a także przeciwko osobie, która posiada owe moce. To horror prawdziwy jak ogień, bo przemoc istnieje w każdej szkole, nie wspominając o sektach. To horror dla mnie, bo ja jestem jedną z tych niewielu ludzi, którzy doskonale znają uczucia szarpiące Carrie w szkole. Przez jakiś czas zastanawiałam się nawet nad tym, czy cała książka to jakaś reakcja na słynne w Ameryce wydarzanie zabicia przez chłopaka połowy szkoły jako zemstę za prześladowania. Mamy przecież na ten temat książkę Picolut i piosenkę Nightwish. Ale chyba nie – to jest przede wszystkim książka tego Autora, jego autorska opowieść.

W tej opowieści Autor pokazał chyba wszystkie największe atuty swojego stylu. Lapidarność, bagaż emocji, które pisarz przekazuje czytelnikom, są wielkie, a przecież o tylko opowiada historię. Nie żali się nad bohaterką, jak zrobiłyby to niektóre pisarki, nie ocenia nikogo – pozostawia historię do ocenienia czytelnikowi. Nie sugeruje, kto jest jego sympatią kto antypatią, a jego opisy są opisami, a nie subiektywnymi przedstawieniami czegoś. W dodatku jego styl jest lekki, pełen ironii, celnie nazywający opisane zjawiska (najbardziej to widać w scenie z dyrektorem i ojcem Christine). Jednocześnie wszystko jest niesamowicie plastyczne, szczególnie w scenach zagłady miasteczka przez dziewczynę. Mimo że widzimy to tylko w głowach i tak zapiera dech w piersiach.

Ciekawostką jest realistyczne pokazanie, jakie są procedury szkolne wobec przemocy i jak to naprawdę wygląda. Dyrektor niemal traci posadę, dlatego, że postanowił zrobić krzywdę jednej z największych prześladowczyń Carrie. Wiem, że to przykre i niewyobrażalne, ale tak, niestety jest. Nawet teraz.

Oprócz tekstu właściwego Autor przybliża nam także fragmenty książek napisanych po zdarzeniach. Książka Sophie, książka jakiegoś faceta zajmującego się telekinezą, wypowiedzi świadków zdarzeń i nie tylko, zebrane już po całej sprawie, fragmenty artykułów prasowych, a także na końcu książki – rzecz, która wprawia każdego fana opowieści w osłupienie. List jakiś dziewczynki do swojej ciotki, z typowymi błędami dziecka, w którym Autorka pisze o niezwykłych, telekinetycznych zdolnościach swojej siostry. Następczyni Carrie, każdy sobie pomyśli. I od razu zgroza przejmuje człowieka.

Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Dziewczyny z klasy Carrie wystarczająco wredne i złe, chociaż, szczerze mówiąc, Autor nie ma w opisywaniu takiej przemocy doświadczenia, ale w sumie, skąd ma je mieć? Nie wie, że najbardziej wyniszczająca jest inna forma przemocy. Kiedy prześladowczynie wyśmiewają kogoś, rozmawiając między sobą na tyle głośno, by prześladowany usłyszał, ale jednocześnie nie miał możliwości wtrącenia się do rozmowy. Kiedy śledzą człowiek krok w krok.. Komentują wszystko, każdy najmniejszy błąd i to, co błędem nie jest. I najgorsze to, że osoba prześladowana nie wie, dlaczego tak jest. No ale już nie dryfuję. W każdym razie biedna Carrie. Były dla niej naprawdę chamskie, nawet te, które jej nie znały – Autor pokazuje siłę zabójczego instynktu stadnego. I w końcu bardzo chamski, potworny żart doprowadza do potwornej tragedii. Tragedii po obu stronach konfliktu. Tragedii zwykłych ludzi. Ale miałam pisać o postaciach, a nie o nie wiadomo czym. Ogarnij się, Kylie.

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że najciekawszą postacią książki jest Carrie. Dziewczyna, która chciałaby być tak jak reszta, ale niestety nie może dzięki swojej kochanej mamusi. Dziewczyna, która odkrywa swoje dziwne zdolności i boi się ich. Wyobrażam sobie jej potworny ból po incydencie na balu i chyba jestem (nie przechwalam się, bo to nie jest powód do domu) jedną z tych niewielu osób, które czują, jak bardzo cierpiała. Mało kto potrafi sobie wyobrazić sobie, jak to boli.

Spośród innych postaci, które warto opisać (bo inne nie są godne tego zaszczytu) jest Sophie i... matka Carrie. Sophie zna Carrie tylko ze szkoły, ale w tym wszystkim odrywa dość dużą rolę: jest jedną osobą w klasie dziewczyny, która jej współczuje. I to ona namawia swojego chłopaka Thomasa, by wziął dziewczynę na bal. Polubiłam ją. Mimo wszystko ma dobre serce i nieco empatii, to ona towarzyszy umierającej Carrie i widzi, jak świeczka jej życia znika za mrocznym zakrętem, by zniknąć i zgasnąć na zawsze. To ona jest jedyną osobą, która uroniła kilka łez po śmierci nieszczęśniki. Czuję wielką sympatię do tej bohaterki. Żeby w każdej szkole, gdzie jest przemoc, była taka osoba..

Matka Carrie to ewenement w skali światowej. Jej sekta.. To było straszne. Nie powiem, że każdy się boi, kiedy dziecko ma takie dziwne talenty, ale żeby się okaleczać.. Albo dziewczynie mówić, żeby nie patrzyła na chłopaków (pomijając historię o tym, że kobieta twierdziła, że Carrie jest karą Boga za to, że współżyła.. z własnym mężem). Niektórzy gadają, że nie ma większego Ciemnogrodu od tzw. moherowych beretów, ale to nie jest prawda: poznajcie osobę, która nie chciała, żeby jej córka wiedziała o istnieniu miesiączki i piersi.. Nie mówiąc o wganianiu Bogu duszy winnej dziewczyny do pokoju, w którym był tylko Jezus, przed którym należało się modlić, klęcząc godzinami na zimnej, twardej podłodze. Każdy, kto jest katolikiem, ten zapewne wie, że tylko w sektach Bóg wymaga takich ofiar. Nie mówię już o tym, że nieszczęsna kobieta zaczęła się okaleczać się, kiedy zrozumiała, co zrobiła jej córka. O tym to już nie mogłam czytać.

Lubię okładkę opowieści, tę filmową. Samego filmu nie widziałam, bo jakoś nie mam czasu czy ochoty, by w ogóle coś oglądać (na sumieniu mam nieobejrzenie Kamieni na Szaniec, ale raczej nie jestem zainteresowana). Carrie jest przedstawiona jako normalna dziewczyna, tyle że oblana świńską krwią i to w dodatku na czarnym tle. Jak na mnie, jest wystarczająco mrocznie i ciekawie – ktoś, kto widzi książkę po raz pierwszy, będzie myślał – bardzo słusznie - że to nie jest wesoła książka, wręcz przeciwnie. Na mnie zrobiła wielkie wrażenie, chyba największe z powieści tego Autora. Ma w sobie coś mrocznego, niepokojącego, a jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę pełen boleści wzrok aktorki z okładki, to wychodzi jedna z najlepszych okładek, jakie kiedykolwiek widziałam.

Minusy? Są tu jakieś? Na pierwszy rzut oka, nie. Kiedy jednak zagłębiłam się w treść, pomyślałam, że jednak jest za dużo fragmentów książek, gazet i wypowiedzi tuż po katastrofie, a treść, którą nazwałabym tekstem właściwym, jest tylko komentarzem, chronologicznym pokazaniem, co stało się i jakie motywy miała Carrie oraz inni bohaterowie. Czasami z trudem przebrnęłam przez taki fragment, czasami, kiedy zobaczyłam tekst, napisany inną czcionką, przyszło mi na myśl O nie, znów to samo!, szczególnie wtedy, kiedy dzieje się coś ciekawego, a tu – fragment gazety czy książki. Oczywiście można omijać, ale wtedy omija cię spora część faktów dotyczących bohaterki, sytuacji, telekinezy i tak dalej. Trochę szkoda. Chociaż... chociaż ta historia jest idealna na taką zwięzłą formę, marzyłoby się coś bardziej rozbudowanego, na tyle, by uniknąć choć połowy tych wycinków. Mówiąc już bardzo subiektywnie, to, że są wycinki i fragmenty książek nie sprawiło, że myślałam o tej historii jako o bardziej autentycznej – ona byłaby dla mnie autentyczna (jest nawet karta ze szpitala potwierdzająca fakt zgonu dziewczyny!), nawet gdyby akcja umieszczona była w kosmosie w dalekiej przyszłości. Jej wymowa jest przecież bardzo, niestety, aktualna.

To chyba najlepsza z książek tego pisarza. Idealna. Przerażająca. Zapierająca dech w piersiach. Mogłabym napisać jeszcze całą stronę epitetów, sławiących opowieść, ale nie chcę. Wolę patrzeć na światło, moje światło, które też, pewnego dnia, zniknie za zakrętem tunelu i jeszcze raz, w zadumie, zastanowić się nad losem Carrie. Carrie, której zrobiono taką wielką krzywdę. A jak wielką, to można sobie wyobrazić, jeśli nie jest się podobnym do niej nieszczęśnikiem...

Tytuł: „Carrie”
Autor: Stephen King


wtorek, 19 sierpnia 2014

Dobrze baw się w Joylandzie. Recenzja książki

Lubicie się bać? Czytać po nocach książki pełne zjaw, duchów i psychopatycznych morderców? A może lubicie oglądać filmy z nimi? Dla fanów odchudzania dodam, że oglądanie horroru sprawia, że spalamy mnóstwo kalorii. Ja dopiero, kiedy na jakiś czas pewne książki zbrzydziły mi paranormal romanse do granic wytrzymałości, teraz sięgnęłam po horrory. Ale, żeby już nie zniechęć się do gatunku na samym początku (na to czas będzie później) sięgnęłam po najnowszą powieść amerykańskiego Mistrza Horrorów, mając nadzieję, że na początku mojej przygody z horrorami będzie to coś softowego, co wynikało z opisu na okładce. Pełna więc nadziei, pewnego słonecznego, wakacyjnego dnia zabrałam się więc za cienką, jak na Autora, książkę, przygotowując się, mimo wszystko, na najgorsze.

Sześćdziesięcioletni Dev wspomina po latach swoją przeszłość, czas kiedy był jeszcze, jak to sam nazwał, młodym szczeniakiem: pracę w podupadającym wesołym miasteczku, znajomość z niepełnosprawnym Mike'em (który, jak to bywa w powieściach Autora, ma pewien paranormalny dar) i jego matką, Wendy, która go nie chciała i dwójkę najlepszych przyjaciół: Erin i Toma, poznanych właśnie tamtego pamiętnego lata w Joylandzie.

Nie są to jednak wesołe wspomnienia, jakby się mogło wydawać. Szybko okazuje się, że w tunelu strachu naprawdę straszy i w dodatku jest to duch młodej dziewczyny, z którą wiąże się nierozwiązane morderstwo. Dev zostaje, by to rozwiązać, jednak, jak się szybko okazuje, morderca niekoniecznie będzie chciał, by młody człowiek pomieszał mu szyki i nie cofnie się przed niczym. Międzyczasie Dev przeżywa depresję po utracie Wendy i romans z młodą matką Mike'a, mistrzynią olimpijską w strzelaniu i zbuntowaną córką przywódcy jednej z sekt. Niezła mieszanka, to trzeba przyznać.

King jest Królem. Muszę to facetowi przyznać. Sposób, w jaki słowa go słuchają i znaczą dokładnie to, co chciał powiedzieć, przeraża mnie. Boże, żebym ja tak pisała, to bym była szczęśliwsza od królowej Elżbiety i dyrektora Microsoftu razem wziętych! Nie przesadza ze szczegółami, nie eksperymentuje, pisze prosto i dobitnie, a jednak te książki mają coś takiego, że nie można się oderwać. Mają w sobie jakiś taki powiew świeżości, coś innego, ciekawego. A jednocześnie King jest do bólu szczery i autentyczny. Pomijając oczywiście wszystkie wątki paranormalne i zjawy, powieść wieje prawdziwym klimatem tamtych lat, niemal namacalnym.

Jednocześnie świetnie wychodzą także postacie – każda z gamą zalet i wad. Szczerze mówiąc, nikt tu nie jest święty, wręcz przeciwnie, co sprawia, że postacie są plastyczne i pełnokrwiste. Każdy coś robi nie tak, upada, ma takie a nie inne myśli, pragnienia i taki a nie inny charakter. Każdy też jest inny: ma inne poglądy, odgrywa inną rolę w opowieści, a niektóre postacie nawet bawią i to jeszcze jak!

Pomysł jest ciekawy, inny. Nieco tu kryminału, naprawdę przewrotnego, nieco dość banalnego paranormal romanse i horroru, okraszonego dość archaiczną powieścią obyczajową. Mieszanka nadzwyczaj intrygująca, którą każdy koneser książek musi znać, a w szczególności wszyscy, którzy lubią relaksującą, niebanalną literaturę.

Właśnie opowieść. Lekko przechodzi się od rozdziału do rozdziału (trzeba tu napisać, że nie wszystkie rozdziały mają kanoniczną długość – niektóre składają się tylko z kilku zdań. Gdyby był to jakiś przeciętny lub słaby pisarz, w książce zrobiłby się bałagan nieodgarnięcia, ale tutaj dzięki temu jest większy porządek i jest także jakoś tak.. ciekawiej, inaczej, mniej nużąco. Autor ma doskonałe wyczucie, kiedy zakończyć dany rozdział, co napisać, by czytelnik, wzdychając z zaciekawienia, czytał dalej i nie zasypiał z nudy, choćby była to książka o fizyce kwantowej (przynajmniej poprawnie napisałam ten wyraz!).

Nie jest strasznie, wręcz przeciwnie. Tak naprawdę duch Lindy nie straszy, a scena na Carolina Spin z mordercą jest, w porównaniu z tym, co wymyślają niektórzy ludzie, bardzo delikatne. Mistrz Horroru poszedł tym razem w stronę powieści obyczajowej, niemal już historycznej (dla mnie lata '70 to już historia..), dodając tylko mały, paranormalno-kryminalno-horrorowy wątek.

A teraz akapit o minusach (zauważyliście zresztą, że przy dobrych książkach recenzje wychodzą mi jakieś takie krótkie?). Jedną z niewielu rzeczy, która nie podoba mi się w książce jest okładka. Osobiście jestem zwolenniczką eleganckiego minimalizmu, chyba że ktoś jest takim Einsteinem i potrafi ułożyć dużo elementów tak, by wyglądały elegancko (przykładem tu może być okładka 'The Unforgiving', przedostatniej płyty doskonałego zespołu Within Temptation). Tutaj.. Okładka książki nie zachęciłaby mnie do przeczytania. Napaciane tu wszystkiego za dużo i jakoś tak kiczowato jest. Zamiast tej wyfotoszopowanej fotografii mogliby dać coś innego, coś co bardziej by mnie zaciekawiło. Wciąż zastanawiam się, jak to jest, że beznadziejne książki mają lepsze okładki od tych, które są perełkami literatury.

Teraz nadchodzi czas na podsumowanie tej mojej wyjątkowo krótkiej recenzji. Książka była inna, ciekawa i spowodowała, że moje kleiste łapki wyciągnęły się po inne książki pisarza. Wszystko, oczywiście, po to, by spędzić czas na dobrej zabawie w mrocznym, starym wesołym miasteczku..

Tytuł: „Joyland”
Autor: Stephen King
Moja ocena:7/10

(recenzja archiwalna) 

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Tam gdzie muzyka. Recenzja książki

Homoseksualiści. Teraz wszyscy o nich mówią, temat stał się „na topie”, nawet bardziej sławny od rozważań na tematy związane z aborcją, anoreksją, eutanazją, prostytucją, samobójstwami w gimnazjach i czym tam jeszcze, co teraz jest bardzo sławne. Te wszystkie dziwaczne Parady, zmuszanie ludzi, żeby ich tolerowali (a ludzie, jak wiadomo, nie lubią być do czegokolwiek przymuszani). W każdej lepszej, badziewiastej książce dla nastolatek z piegami i trądzikiem, która opowiada o wesołej szkółce dla potworków, gdzie między szkolnymi przystojniakami i dziewczętami przesuwa się postać jakieś lesbijki czy geja, ale Autorki zwykle nie zagłębiają się w ten temat, sygnalizując tylko, że warto byłoby zaakceptować całkowicie inne poglądy od tych zwyczajnych i że powinniśmy tolerować także osobników, którzy wolą tę samą płeć. Są tacy sami jak my, w końcu to też ludzie. Jednak są także pisarze, pisarczyki i pismaki, Autorzy powieści obyczajowych, szczególnie ci amerykańscy powieściopisarze (gdzie, nawiasem mówiąc, jest więcej gejów i lesbijek niż u nas), piszący różnorako na ten temat, nierzadko kontrowersyjnie. Dlatego, zaczynając czytać książki obyczajowych, postanowiłam zacząć od takiej książki, by przejść od powieści SF/thriller dla młodzieży do obyczajówek, które, wiedząc z doświadczenia, są bardzo mdłe, z jakimś mocnym, kontrowersyjnym akcentem.

I wtedy natknęłam się na tę książkę, Autorki bardzo znanej, za której książki nigdy się jeszcze nie brałam. Okładka była ładna, stała na półce mojej chrzestnej, pomiędzy stosami innych książek, jak jakiś przecinek między serią szwedzkich kryminałów. Okładka, o której jeszcze powiem, była bardzo sympatyczna, a tekst w tyle zachęcał, chociaż to o Kościele zbudziło moje podejrzenia, że będzie to coś dalekie od prawdy,a bliskie tej kochanej poprawności politycznej. No cóż. Odłożyłam płytę, którą dołączono do książki, z myślą, że później włożę do laptopa i posłucham na słuchawkach podczas pisania recenzji i rozsiadłam się z pyszną, żurawinową herbatką w fotelu, otworzyłam na pierwszej stronie i zaczęłam czytać, nie przerażając się objętością.

Max i Zoe Baxter są małżeństwem już od dziesięciu lat. On za bardzo nie ma zawodu – jest surferem, ma małą firmę specjalizującą się w porządkowaniu ogrodów, a ona z zawodu jest muzykoterapeutką i wokalistką. Jednak nie powodzi im się w jednej dziedzinie – mianowicie, nie mogą mieć dzieci. Jest to pewna genetyczna choroba w rodzinie Maxa i to, że gdy w wieku dziewiętnastu lat wykonano jej „skrobankę” - aborcja, co jest oczywiste, odebrała jej prawo do poczęcia i urodzenia dzieci. Jednak oni się nie poddają – stosują procedurę in vitro, jednak bez skutków. Kiedy Zoe urodziła martwe dziecko, chłopczyka Daniela i kiedy jego proch po kremacji rozwalają po morzu (co wydaje się mi nieco dziwne, no ale to tylko mój, staroświecki pogląd), Max, załamany, podejmuje decyzję o rozwodzie i wynosi się do brata, bardzo konserwatywnego ewangelika i jego żony Liddy, gdzie popada w pijaństwo. A Zoe? Po szoku znajduje przyjaciółkę, Vanessę (rany, skąd pisarka wzięła to imię? Do licha, tak się nazywa przyjaciółka Seleny Gomez i odtwórczyni jednej z głównych ról w High School Musical, tym koszmarnie słodkim, durnym filmie i na sam dźwięk imienia robi mi się... powiedzmy, niezbyt dobrze), która jest lesbijką. Po jakimś czasie przyjaźń zamienia się coś więcej – w uczucie, więc kobiety postanawiają zostać razem i wziąć ślub. W miodowym miesiącu wymyślają, że warto by było, żeby Vanessa urodziła dziecko z jednego z zarodków, które Zoe ma zamrożone w klinice in vitro. Jednak na to potrzeba zgody Maxa, który, no cóż, jest mało chętny, żeby nie powiedzieć prawdy. Max, który wstąpił do Kościoła Wiecznej Chwały, którego pastor bezwzględnie tępi dążenie homoseksualistów do zawierania związków i adoptowania / posiadania dzieci. Ostatnie dwieście stron powieści zawierają relacje ze spraw sądowych, przerywane sesjami terapeutycznymi Zoe z Lucy, dziewczyną w depresji, która, jak się okazuje, jest córką pastora z kościoła Maxa. Proces wygrywa były mąż Zoe, ale wspaniałomyślnie oddaje owe zarodki Zoe. Ostatnim rozdzialikiem książki jest nieco o Samathcie, córce Zoe, Vanessy i Maxa. Wszystko, według pisarki kończy się dobrze.

Okładka jest jedną z najpiękniejszych rzeczy w tej książce, choć jest nieco delikatna, sentymentalna i mdła. Otóż na pierwszym planie mamy tył małej dziewczynki w czerwonej sukience i fragment sukni dorosłej kobiety w kratkowanej sukni czy też spodniach. Na tym mamy tytuł oraz imię i nazwisko pisarki. Choć była to okładka naprawdę ładna, nie pasowała do charakteru książki, bo dziecko, chociaż przebywa we wszystkich myślach bohaterów i jest wszystkim, o czym marzą postacie, w ogóle (prawie) nie przebywa w książce. Moim zdaniem kolory powinny być bardziej stonowane, na przykład mieszanka jasnego fioletu (Boże uchowaj od tego odcienia, na który pomalowane są moje paznokcie), pastelowego różu, nieco brązów i szarości. Odniosłam wrażenie, że książka jest zupełnie nieadekwatna do okładki, ale ma tę zaletę, że przykuwa wzrok.

Język pisarki jest lekki, przyjemny i prosty. Nie wymaga myślenia nad zawiłościami tekstu. Widać, że Autorka zna się na tym, o czym pisze, wszystkie szczegóły, na przykład procedura in vitro, są opisane z całą terminologią lekarską i bardzo precyzyjnie. Słownictwo pisarki jednak nie jest wielkie, takie, jak u człowieka, który dość dużo czyta i pisze, jednak nic specjalnego. Opisów nie ma zupełnie, jednak jest wiele opisów uczuć, myśli i odczuć bohaterów – Autorka myśli, że jej powieść jest powieścią psychologiczną, czemu się dziwię, więc postanowiła ignorować przyrodę wielkiego miasta, niebo, miejsca i tak dalej, dlatego nie można wejść do opisywanego świata tak, jak by się chciało. Powieść podzielona jest na rozdziały pisane z perspektywy poszczególnych bohaterów – Zoe, Vanessy, Maxa oraz, na końcu, Smanthy, więc w każdym mamy te same sytuacje z różnych perspektyw, opisane w dodatku w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Trochę mnie to denerwowało, ale trudno.

Już na końcu, w „Podziękowaniach” Autorka stwierdziła, że ta powieść jest pełna muzyki, dlatego taka niezwykła. Naprawdę? Ja tutaj nigdzie muzyki nie widziałam, szczególnie dobrej muzyki (jest tylko wzmianka o Enyi i utworze Metallicy „Love is the Battlefiled”). Autorka nie opisała muzyki, nie czujemy jej odżywczej mocy przepływającej przez kości. Wiemy, że jest, ale gdzie? Równie dobrze mogłaby być ciszą, milczeniem.. Nie ma tutaj tego. A szkoda, liczyłam na to, kiedy przeczytałam na okładce, że w powieści jest dużo o muzyce. No cóż, znów mamy dowód na to, że Autorka nie jest asem w opisach. Bo są ludzie, którzy umieją opisać muzykę, wierzcie mi.

Co do muzykoterapii, jako nauki, mam małe doświadczenie, jednak wszystkie nauki psychologiczne mówią, że muzyka wpływa na psychikę człowieka (co do leczenia fizycznego, jestem bardziej septyczna), a ulubiona, pokazuje kim jesteś naprawdę. Hm. Ktoś sobie potrafi wyobrazić, co o mnie powiedziałby Zoe, albo inny muzykoterapeutka? Ktoś ubierający się na czarno, z wściekle fioletowymi paznokciami i słuchający metalu gotyckiego i symfonicznego. Dużo jest różnych interpretacji, dlaczego tak jest, prawda?

Jeszcze krótka uwaga, co do tłumaczenia. Tytuł oryginału brzmi Sing You Home, co wskazuje na związek tytułu z muzyką, a w polskim tłumaczeniu w ogóle tego nie ma. W ogóle zastanawiam się, co oznacza polski tytuł? To druga książka, której polski tytuł w ogóle nie pasuje do treści. Ja, gdybym była tłumaczką, potraktowałabym to bardziej jak Wyśpiewaj mi dom albo Śpiewaj o domu. No ale ja tłumaczką wydawnictwa nie jestem, trudno.

Bohaterowie są nudni i na pewno ich nie polubiłam i nie polubię. Trudno scharakteryzować ich wszystkich, poza tym, że Liddy to głupia, naiwna chrześcijanka ( a mogłaby być najlepszą postacią w powieści...) , która jednak nie boi się zdradzać jej męża z jego własnym bratem, Zoe, co pasuje do jej imienia, jest głupią, wredną i chamską zołzą, której nie da się polubić, Vanessa to chodzący ideał, pastor Lincoln to chory psychicznie homofob (dla bohaterów) i postać kompletnie wyprana z jakichkolwiek rys charakteru (dla mnie), Max jest denerwujący i irytujący nie tylko dla byłej żony, ale także dla mnie. I ta matka Zoe – pisarka chciała stworzyć opowieść o miłej, dobrej i nieco zakręconej starszej pani, czującej się wciąż młodo, ale wyszła jej, za przeproszeniem, stara wariatka. Dosłownie, bardzo dosłownie. Bohaterowie nawzajem wprowadzają siebie w błąd, w jakąś grę słowną, a ja mogę tylko po drugiej stronie ciekłokrystalicznego monitora wytrzeszczać ze zdziwienia oczy, że obie strony są takie głupie. Ja bym się na wszystko nie nabrała, wręcz przeciwnie. Żałowałam ich. Tak więc, jak widać, podstawę, do dobrej książki i może nawet wiarygodnej psychologicznie, pisarka, fatalnie zawaliła. No, ale tutaj też coś zasługuje na nieformalnego plusa: rzadko zdarza się taka chamska główna bohaterka. Miałam wielką ochotę coś zrobić tej babie, ledwo się powstrzymałam. O Angeli Moretti, adwokatce Zoe i Vanessy, już nic nie napiszę, ponieważ staram się być osobą kulturalną.

Akcja się pisarce solidnie rozłazi, przez to wszystko jest nudne, a ja niemal zmuszałam się do czytania każdej, kolejnej i jednakowo nudnej strony. Poza głównym nurtem, historią stosunkowo nieciekawą, banalną i rozległą, mamy jeszcze wiele dywagacji, nieistotnych szczegółów dotyczących życia bohaterów, prawnych aspektów spraw, o których tutaj jest mowa, opisów zabiegów medycznych, wspomnień, retrospekcji, wyliczeń i całej lawiny wiedzy z dziedziny muzykoterapii. Zupełnie tak, jakby pisarka chciała napisać grubą powieść, więc do mało pojemnej powieści wpycha co tylko się da. Nie lubię takich rzeczy. Lubię grube książki, ale tylko wtedy, kiedy historie zasługują na tyle kart i drzew.

Denerwuje mnie to, że pisarka nie wzięła na siebie trudu obalenia stereotypów, wręcz przeciwnie, pogłębiła je. Zakreśliła chrześcijan jako tępych, ograniczonych ludzi, w dodatku złych, głupich, bez żadnego wykształcenia, ignorantów, powołujących się na Biblię, o wąskich horyzontach myślowych, osoby podstępne, agresywne, zapalone, wręcz śmieszne w swoim chorym zapale religijnym, kombinatorzy, łajdaki i tak dalej .. i tak dalej. Wymień jakąś negatywną cechę, a znajdziemy u chrześcijan w tej książce. Natomiast homoseksualiści przeciwnie -
Płyta, ani muzyka nie spodobały mi się. Teksty, napisane przez Autorkę książki, nie specjalnie głębokie, wręcz przeciwnie. Nie ma w nich nic odkrywczego, tylko te same emocje, które były w powieści, nieumiejętnie przetwarzane w tekst piosenki, banalne sformułowania i język angielski na poziomie szóstej klasy szkoły podstawowej. Wieje nudą, banalnością, tandetą, można usnąć. Choć, nie mogę przyznać, że pasowały do rozdziałów, bo tak nie było (na początku prawie każdego była tabelka, na której zaznaczono, jaka piosenka jest przeznaczona do jakiego rozdziału). Najbardziej jednak irytujące jest to, że choć czytam bardzo, bardzo szybko, a piosenka jest krótsza i czasem, gdy w środku czytania przerywałam, by na przykład zrobić sobie kawę. Choć skomponowana muzyczka jest całkiem przyjemna, melodyjna i gdyby nie osoba, która śpiewa owe piosenki nadawałyby się do słuchania na dłuższy czas, jednak niestety. Wykonanie było nieprofesjonalne, głos taki, że wszystkie moje komórki nerwowe dostawały poważnego rozstroju. Co do moich osobistych preferencji, wolę ostry, metalowy riff gitar, perkusję, albo szlachetne dźwięki fortepianu i głos Amy Lee, Sharon den Adel, albo muzykę Linkin Park czy Nightwish. I poetycki, głęboki tekst o cierpieniu, rozpaczy, śmierci, miłości szczęściu, a nie takie tam rzępolenie. Że powiem tak nieładnie.

Ta pisanina będzie dłuższa, niż ktokolwiek może przypuszczać. Chciałam jeszcze w krótkich słowach opisać moje poglądy na temat tego, o czym była powieść. Zaznaczam, że jestem praktykującą katoliczką, nieinteresującą się polityką, która jest nuda i głupia, bo oni nic nie robią, tylko się kłócą. Ponieważ, że z nauk ścisłych lubię tylko biologię, konkretnie medycynę i psychologię, a wiele wskazuje na to, że czasami człowiek się z tym rodzi, czasami nie. Przynajmniej ja tak myślę, bo zawsze szukam złotego środka. Homoseksualizm traktuję obojętnie, ze wzruszeniem ramion i jak coś, co jak za naszych czasów się nie poczęło i nie za nas się skończy. O, na przykład w starożytnym Grecji i Rzymie. Ponieważ jednak, że jest to temat bardzo kontrowersyjny, nie kieruję się tym, co przeczytam w czasopismach medycznych, ale moją, kobiecą intuicją, która podpowiada mi, że jeśli jest, to niech będzie. Te pozostałe rzeczy: małżeństwa i adopcja dzieci nie wydają się jednak już takie naturalne, więc raczej nie za bardzo się na to zgadzam. Jednak zaznaczam, że nie kieruję się tutaj moim poniekąd pomarszczonym dobrze mózgiem, tylko moją intuicją. I dlatego tak bardzo byłam zła na tę powieść. Powiedzmy, że ktoś lansuje jakiegoś piosenkarza, trąbi ci to do głowy, że jest zdolny i fajny, a ty odnosisz się do niego raczej obojętnie. I jeśli ten ktoś pomniejsza twoje ulubione zespoły tłumacząc, że ów facet, któremu stado słoni nadepnęło na ucho, a przynajmniej tak sądzisz, jest lepszy niż twój ukochany zespół. I co robisz? Wnerwiasz się, prawda? Masz ochotę pożyczyć piłę od bohaterów filmu „Teksańska masakra piłą łańcuchową, nie mam racji? I dlatego też ta książka mnie tak wkurzyła. Uznałam ją za niebezpieczną dla mojej sympatii dla homoseksualistów, mojej tolerancji. Oczywiście, każdy ma na to własne poglądy i bardzo je szanuję, pod warunkiem, że ktoś szanuje moje. Ja tam nikogo nie zmuszam, bo, jak powiedzieli starożytni Rzymianie – o gustach i poglądach się nie rozmawia. Prawda?

Nie, moje pierwsze spotkanie z Autorką się nie udało, niestety, chyba wybrałam złą powieść. Postanowiłam dać pisarce szansę, zobaczymy, jak to jeszcze będzie, ale na razie jest kiepsko. Jeszcze kiedy były te fragmenty o małżeństwie i jego rozpadzie, było całkiem nieźle, myślałam, że jakoś to pójdzie i że książka otrzyma ocenę więcej niż przeciętną, ale się, niestety, tak nie stało. Im bardziej w głąb, tym było gorzej. Ledwo brnęłam przez kolejne strony, rozdziały i miałam wrażenie, że marnuję czas, który był na lepsze lektury. Muzyka też nie była fajna. Nie, nie, nie. Dlatego, kiedy przeczytałam, poszłam tam, gdzie moja muzyka – do laptopa, do Evanescence, Within Temptation, Metallicy, Nightwish, Linkin Park – jak najdalej od tej muzyki z powieści.

Tytuł: „Tam gdzie ty”
Autor: Jodi Picolut
Moja ocena: 2/10

(recenzja archiwalna)