Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo DOLNOŚLĄSKIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo DOLNOŚLĄSKIE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

Bogini pomadek. Recenzja książki

Jeśli ktoś myśli, że fajnie jest być zwykłą dziewczyną, grubo się myli. Rutyna – szkoła, dom, lekcje, spanie – potrafi zabić każdego. A do tego wygląd! Co mama i tata dali, tego kosmetyki do końca nie zakryją; za rogiem czai się bulimia i anoreksja, kiedy próbujesz być ładna, a ceny w modnych butikach nie ułatwiają. Każda przecież myśli o tym, żeby być piękną. I mieć pięknego mężczyznę. Chłopaka, narzeczonego, męża. Partnera. Preferencje są różne: czasem blondyni, czasem bruneci, czasem z kaloryferami, czasem bez, czasami po prostu jakimś członku boysbandu czy kimś w rodzaju Justina Biebera - a zwykle (jak pokazuje przykład pewnej mojej znajomej) kończy się na trzydziestoletnim kelnerze z McDonalda, który nie potrafi zatańczyć na własnym weselu. Żeby tylko nie gorzej! Czasem zdesperowane dziewczyny, marzące o Harrym Stylesie kończą z siedemdziesięcioletnim aktorem, czasami powoli się staczają. Inne strony lansu i fejmu, o którym marzy każda początkująca szafiarka i vlogerka, też nie są dostępne dla każdego: nie wszyscy rodzice mają pieniądze na desingerskie ubrania, niektórzy nie pozwalają swoim pociechom na barwione pasemka, tatuaże i inne szaleństwa. Mają jednak nadzieję, każdy ma, że kiedyś będzie się kimś niezwykłym, kogo będzie kochał cały świat, jednak dla takich szaraczków jak ja najprawdopodobniej na zawsze pozostaną tylko marzeniami, pięknymi marzeniami.

A gdyby urodzić się kimś niezwykłym? Kimś innym, niż zwykli ludzie – którzy rodzą się, umierają, ich twarze z czasem stają się coraz brzydsze, coraz bardziej pomarszczone. Pomyślmy. Królową Westeros, Numenóru, Narnii, olimpijską boginią, cesarzową rzymską, a może panią Shalott, ochrzczoną przez Williama Tennysona imieniem Elanie, najnieszczęśliwszą z kobiet z legend arturiańskich? A może jeszcze lepiej – aniołem, potworem, demonem, wampirem, pogromczynią duchów, wiedźmą, elfem czy kimś, kto wygląda jak człowiek, mimo że nie ma w nim ani cząstki człowieka? Albo – w wersji bardzo skromnej – chociażby reinkarnacją żony jakiegoś średniowiecznego rycerza, choćby Izoldą z tamtej łzawej legendy albo Esmeraldą z Katedry Marii Panny w Paryżu. Marzenia! I tak każdy z nas skończy tak samo.

Dla osiemnastoletniej Tavie marzenia jednak się spełniły. Po wypadku, kiedy w tajemniczy sposób, jako jedyna ocalała z katastrofy lotniczej, coś niepokojącego zaczyna dziać się z jej głową, a wszędzie zauważa pulsujące trójkąty. Jakby nie było tylko dość, z jej kieszeni pewnego dnia zaczynają wyskakiwać truskawkowe pomadki, a psychiatra, do której chodzi, okazuje się kimś więcej, nie mówiąc już o rodzinie, która dziewczyną się opiekuje. Mało tego – z każdym dniem problemów jest więcej, w końcu do listy należy dołączyć także tajemniczego faceta w ciemnych okularach i tajemniczego chłopaka, który, jak się okazuje, nazywa się Quinn Avery (tak bardzo to romantyczne, że aż strach) i raczej nie jest z tego świata. I Tavia się zachowuje, a po jakimś czasie nawet ucieka ze swoim chłopakiem, by odkryć swoje tajemnice, tak straszne i dziwne, że na początku nie wierzy nikomu, nawet sobie. Muszę przyznać, że zachowanie jej jest zupełnie niegłupie, bo okazuje się, że nie jest sama w swoim ciele, co odkrywa jakieś czterdzieści stron po czytelniku i nie ma rozdwojenia jaźni, albo innej straszliwej choroby, tylko taka jest. Na pewno? To dlaczego musi uciekać i czego od niej chcą dwa wielkie starożytne bractwa, wkręcając ją w swoją śmiertelną rozgrywkę, której ceną jest istnienie całej planety?

Ktoś w komentarzach do którejś z moich recenzji napisał, że książka, w której największą zaletą jest okładka, wygląda podejrzanie. O tak, to prawda. Żeby ta okładka jeszcze była idealna, ale nie jest – miło na nią popatrzyć, ale w pewnym momencie razi całą tą żółcią, jakby obiecywała słonecznikowe dziewczynki, teletubisie i optymistyczną treść, co w sumie jest jakąś odskocznią od mrocznych panien w sukniach z gotyckimi gorsetami, często obściskujących równie ciekawie ubranych chłopaków, albo płaczących, ewentualnie w pięknej scenerii, często morskiej. Imię i nazwisko Autorki jest większe od tytułu, zupełnie jakby to, kto napisał powieść, jest ważniejsze od treści i co zapewne ma na celu skuszenie fana poprzednich książek pisarki do sięgnięcia po tę. Całe to pomarańczowo-żółte tło zlewa się z twarzą dziewczyny, mimo że ta została ujęta w trójkąt, zresztą wszystko rozmieszczone jest bez większego pomysłu, tak, żeby było. Jednak trzeba przyznać, że i tak jest o niebo lepsze od zawartości książki – może dlatego, że mimo swojej dziecinności miło jest popatrzeć na żywe kolory i bardzo ładną twarz dziewczyny (chociaż to nie jest główna bohaterka – prawdopodobnie grafik nie przeczytał, albo mu nie powiedzieli, że Tavia nosiła krótkie włosy) zamiast czytać książkę. Naprawdę.

Pomysł jakiś był, choć ostatecznie wszystko wydaje się bardzo oklepane. Kolejna Autorka w swojej książce dla młodzieży próbująca przestawić historię jako walkę dobra ze złem, a właściwie walkę dwóch bractw, sterującymi mechanizmami wydarzeń – tych dobrych i tych złych – i tworzących zapierające dech w piersiach zabytki kultury, takie jak piramidy. Kolejna najzwyklejsza dziewczyna, która dopiero po jakimś czasie poznaje swoją prawdziwą, tym razem boską tożsamość i musi, w związku z niebezpieczeństwem, szybko się nauczyć wielu nowych rzeczy, poznać prawdę o samej sobie. Kolejny, tak bardzo już schematyczny, motyw trójkącika miłosnego, gra pozorów, zdrada i odwieczny kochanek – to wszystko gdzieś już było i to nie jeden raz (wręcz przeciwnie – wiele razy). Wszystko wydaje się tą samą historią, tylko opowiedzianą na tysiące różnych sposobów, przez tysiące różnych ludzi. Ale i tak ziewałam ze znudzenia i uśmiechałam się, kiedy bez problemu ogadywałam to, co zaraz się wydarzy, nigdy nie czytając tej książki. Fajnie jest udawać bycie wróżbitą Maciejem.

Fabuła może i byłaby ciekawa, gdyby nie ambicje pisarki. Historia ocalonej z katastrofy dziewczyny jest sama w sobie ciekawa, także cały zarys historii obu bractw i legendy o potępionych bóstwach, które nieskoczenie odradzają się w nowych wcieleniach, poszukując swoich ukochanych, jest całkiem oryginalny, w każdym razie wcześniej nie spotkałam się jeszcze z czymś podobnym. Wszystko zostało jednak popsute i zmarnowane, głównie przez te wiktoriańsko-gotyckie szczególiki, tak bardzo znane z innych opowieści, które ponoć miały nadawać powieści mroku, gotyckiego klimatu no i liczne nieścisłości, jakie wkradły się do książki, wraz z nieumiejętnym wprowadzaniem kolejnych wydarzeń do akcji, wychodzi to jakoś sztywno, nienaturalnie, amatorsko. Dziwi mnie to bardzo, bo przecież Autorka nie jest debiutantką, pisarzem niedoświadczonym – wręcz przeciwnie i trudno po niej spodziewać się maniery jak z większości blogów z opowiadaniami, pisanymi przez początkujących rzemieślników, zazwyczaj zajmujących się pisaniem hobbystycznie, a nie zarabianiem tym na życie. W ich przypadku infantylizm jest w pełni uzasadniony, ale przecież pisarka wcale nieźle poradziła sobie z tym przy swoim debiucie – dziwne jest, że teraz poszło jej o wiele gorzej. Nie wspominam o naiwności, sentymentalizmie i przewidywalności, bo nawet mnie pisanie o tym rani. Mam zamiar przemilczeć także straszliwe uproszczenia rzeczywistości i dziecinne chwyty fabularne, jakie rzadko stosuje się w kreskówkach Mini-Mini, a co dopiero w książce dla nastolatków. Już o scenach bardziej romantycznych, miłosnych nie mówię, bo myślę, że nie warto – wiadomo, że są koszmarnie napisane. Przez całe zakończenie panuje chaos, jakby pisarka nie mogła zapanować nad szybką akcją powieści, więc pędzi na złamanie karku, ukazując nam wydarzenia jedno po drugim, bez większego związku przyczynowo-skutkowego i nawet nam ich dobrze nie tłumacząc, zdobywając się tylko od czasu do czasu na zdawkowy, jeszcze mniej wyjaśniający opis emocji Tavie, również chaotyczny i, co więcej, nie pasujący zupełnie do sytuacji. Są momenty, w których widać, że pisarka próbowała wszystko naprawić, ale to zabiegi podobne do leczenia umarłego pacjenta, tym żałośniejsze, że akceptowalne fragmenty graniczą z mieliznami. Cóż, Autorce trudno jest zrozumieć, że jak strzelisz sobie w piętę, to trudno będzie ci potem chodzić. Narracja jest niemrawa, nieumiejętnie poprowadzona, źle napisana. Opowieść Tavie nas nie wciąga; nie poznajemy jej przeżyć, świata wewnętrznego, marzeń, ani też nie czekamy z napięciem, co zaraz się stanie. Zwroty akcji, nawet te niespodziewane, są nieumiejętnie wprowadzane, co wywołuje jeszcze większy chaos, w którym czasami trudno jest się połapać.

Język jest prosty, aż za prosty. Styl Autorki nie ma nawet śladu wyrafinowania, jakiejś artystycznej głębi, nawet nie sili się na nią, jak to często robią inne pisarki – nie ma tu nawet nędznej próbki żadnej metafory, nie mówię tu jeszcze o bardziej karkołomnych środkach, mających na celu wciągnięcie czytelnika w powieść. Opisów brakuje, a jeśli są, przypominają te z szablonu w szkole albo rokokowe bzdurki, znane mi z wielu innych książek, więc do książki byłoby lepiej, żebym przestała o tym pisać, by nie zrobić biednej powieści jeszcze więcej przykrości, niż to wszystko potrzebne. W wielu miejscach płynność tekstu się gubi pod przegadaniem, zbytnimi niedopowiedzeniami, czy po prostu pod źle dobranymi słowami, nieumiejętnie wstawionymi zwrotami i irytującym potocznym językiem, w którym nie ma żadnego pomysłu. Czasami widać, że dla samej pisarki powieść była drogą przez mękę, a czasami zachwyca się własną elokwencją, opisując w koślawych, pokaleczonych zdaniach, jak to główna bohaterka idzie przez las z duchem, brnąc przez śnieg i marznąc w nim, by dojść do pieczary, w której okryje swoją prawdziwą tożsamość, tocząc z owym duchem rozmowę typową dla Mary Sue z powieści paranormalnej, zanurzoną w kompletnej martwocie wszystkich dialogów. Nie, że są za bardzo literackie – wolałabym, gdyby takie były, by nie raziły swoją potocznością, sztywnością, nawet nienaturalną dla osób, które nie mają zbyt dużej ilości słownictwa i niezbyt wysoki iloraz inteligencji. Chciałabym, żeby żyły – żebym czytając, miała wrażenie, że ktoś stoi obok mnie i to mówi, a tutaj nie można doświadczyć niczego podobnego, wręcz przeciwnie. Kolejna książka, w której zaprogramowane roboty chodzą w różne miejsca i mówią różne rzeczy, nawet niekoniecznie dobrze napisane.

Bohaterowie nie mają żadnej osobowości. Główna bohaterka, Tavie, to skrzyżowanie żyjątka, które nie wie, jak sobie poradzić z życiem, idealnej laluni, Mary Sue i bezbarwnej nastolatki, z którą utożsamić się może każda. Poza tym nie ma żadnych uczuć, emocji czy cech charakteru. Czasami, w przebłyskach, coś z niej wyłazi dobrego, ale Autorka potrafi wszystko zniszczyć, za chwilę pokazując nam Tavie jako kogoś, kto nie ma fizycznych praw istnienia na tym świecie – bo jeśli ma jakieś cechy to tylko zalety. Zresztą, o czym mówimy! Wszystkie reakcje dziewczyny są takie sztywne, typowe, pozbawione życia, podobne do ruchów robotów sterowanych aplikacją na telefon, że aż strach. A towarzysz głównej bohaterki? Nudna, oślizgła sylwetka, z nieśmiałą próbą wykreowania na kolejne ciacho, na którego wspomnienie większość czytelniczek będzie piszczeć, co oczywiście spełzło na niczym, nawet jeśli kandydat ma tatuaże i długie, damskie rzęsy. Poza tym jeśli chodzi o charakter, ów człowiek jest bardzo bezpłciowy, pusty, mimo że Autorka udaje, że wcale tak nie jest, że postać ta ma wiele ciekawych cech charakteru, jest głęboka i wiarygodna. O pozostałych – a, co za szczęście, jest ich niewielu – nie potrafię powiedzieć nic konkretnego. Są postaciami epizodycznymi, pojawiają się na chwilę, by zniknąć po wygłoszeniu przypisanych kwestii, odegraniu roli. Nie mają żadnych portretów, są tylko po to, by fabuła trzymała się mniej więcej razem, Autorka nawet nie ukrywa, że nie ma zamiaru majstrować coś z tymi postaciami, że nie podejmuje prób, by były czymś więcej niż kolejnymi nazwiskami i imionami w biografii Tavie. Trzeba jednak przyznać, że przez to pisarka jest mniej okrutna niż taki pan Martin i czujemy ulgę, kiedy zabija kolejnych bohaterów, do których nie czujemy zupełnie nic. No, nic, poza rozdrażnieniem, jakie dopada mnie zawsze, gdy mam niezwykłą przyjemność czytać złą książkę.

Jestem zdziwiona poziomem mojej irytacji, bo przecież debiutancka powieść Autorki była przyjemną, naiwną opowieścią o wróżkach. Zadaję sobie wciąż pytanie, dlaczego poziom Autorki spadł. Może była pewna, że książka odniesie wielki sukces na rynku wydawniczym? Zgubiła ją własna pewność? Tak jak Napoleon przed kampanią rosyjską w 1821 roku – jedyną, która mu się nie udała i która doprowadziła do jego upadku? A może znów trafiłam na książkę, na którą jestem za stara? E, to tym razem nie, bo przecież scena erotyczna, a przynajmniej kilka scenek traktujących o tym, o czym dzieci, wciąż jeszcze niewinne, nie powinny wiedzieć. Może Autorka poczuła palącą potrzebę przypomnienia o sobie szerszej publiczności, więc nie dopracowała swojej książki? Może była tak zafascynowana tematem, że nie zauważyła, że zniszczyła wszystko inne? Ciężko mi odpowiedzieć na te pytania, bo nawet gdybym miała w sobie żyłkę odkrywcy – a nie mam – nie interesowałaby mnie odpowiedź na to pytanie. Bo, ostatecznie, nie jest to jedyna książka, która mnie zawiodła, nie jedyna pisarka, która nieustannie zniża poziom swoich powieści. I, jeśli chodzi o ten gatunek, nie jedyna dziewczyna, która wyobraża sobie, że jest potężną boginią, tylko dlatego, że sprawia, że pojawia się mnóstwo pomadek o smaku truskawkowym, po czym po pięciu minutach znika. Więc mi po prostu nie zależy.

Tytuł: „Ocalona”
Autor: Aprilynne Pike







piątek, 27 marca 2015

Dziewczyna i anioł. Recenzja książki

Powiedz mi, w co wierzysz, a powiem ci, kim jesteś, powiedział ktoś kiedyś. Nie zgadzam się z tym w zupełności, bo bywa, że wierzymy coś w tylko na pokaz, albo udajemy, żeby podobać się innym. Często wstydzimy się o tym mówić, zupełnie jakby nasze życie duchowe - a nawet zupełny ateista musi je mieć - bo przecież to jedna z podstawowych potrzeb psychologicznych człowieka, było czymś potępianym. No dobra, jest. Naszego słodkiego Nergala napastują za to, że podarł Biblię i jest takim mhrocznym metalowcem. Spotkałam się też ze zdaniem, że nasza wiara obrazuje nasze lęki. Boimy się śmierci – wierzymy, że coś poza ziemią istnieje, jakiś raj, kosmiczna energia, tęczowy most czy spaghetti. Boimy się cierpienia – wierzymy, że kosmos je uleczy, za pomocą jakiś odpowiednich wdechów i tak dalej. A mówienie o lękach komuś, komu niezbyt ufamy, nie jest interesującą perspektywą. Nawet ja, wywlekając swoje flaki w tych tekstach, nie zająknęłam się o moich najczarniejszych myślach w najczarniejszą noc, jakkolwiek tandetnie to brzmi. Jednak lęki nie muszą być takie poważne – boimy się ciemności, wysokości (podobno mam lęk wysokości, co nie przeszkadza mi kochać gór i włazić na rozmaite wieże), wody... Wtedy modlimy się do Boga, takiego czy innego, zaklinamy los czy prosimy gwiazdy, żebyśmy byli w stanie zrobić coś, do czego zwykle nie jesteśmy zdolni. Na przykład przezwyciężyć lęk przed wodą, szczególnie kiedy nie umiemy pływać.

Taki lęk miała Ivy, bohaterka tej książki. Wierzyła jednak w anioły, których figurkom przypisywała magiczną, a może jakąś inną, moc. Modliła się do nich przed skokiem w wodę na szkolnym basenie. I – wierzcie lub nie – anioły czy zwykły zbieg okoliczności (choć moja mama uważa, że przypadki istnieją tylko w języku polskim) została uratowana przez superprzystojnego pływaka Tristana (to imię...), do którego wzdychały wszystkie dziewczyny w szkole Ivy. Chłopak wcześniej lub później zakochuje się w niej, oczywiście z pełną omdlenia wzajemnością, a uczucie dojrzewa w czasie lekcji pływackich, których udziela dziewczynie. Wbrew pozorom Autorka nie wykorzystuje tych lekcji do przemycenia podtekstów erotycznych, co wydaje się dość dziwne, bo z doświadczenia wiem, co w takich sytuacjach robią inni pisarze (okazuje się, że sposobnością do podtekstów może być tworzenie maski, co mnie, swego czasu, bardzo zaskoczyło – vide niejakiej Sarah Grand powieść zatytułowana „Neva”), tylko do pokazania rozkwitu prawdziwej, czystej i pięknej miłości. Jednak nie wszystko jest dobrze. Matka Ivy i Philipa, który jest młodszym bratem dziewczyny, poślubia pewnego nadzianego mężczyznę, którego poprzednia żona niefortunnie targnęła na swoje życie, zostawiając mu dość rozpuszczonego syna, Gregory'ego. Ów młodzian ma nieczyste zamiary w stosunku do naszej ślicznotki, co również oznacza spławienie Tristana. Ba! Żeby tylko o to chodziło! Problem jest znacznie głębszy niż szkolny basen, ale w tym momencie nie mogę już nic więcej powiedzieć. Jeśli po przeczytaniu moich wynurzeń zdecydujecie się na tę książkę, być może już po części rozwiążecie wszystkie problemy bohaterów.

Plusy? Hm... Co w przeciętnej książce jest na plus? Przeciętnej, napisałam? O ile znam się na matematyce, po zsumowaniu plusów i minusów, wychodzi zdecydowany minus. Więc co bez wahania pochwaliłabym? Bohaterów? Fabułę? A może styl, jakim posługuje się Autorka? Eh, najbliżej mi do stwierdzenia, że po części pisarka miała niezły pomysł. Bo to, że dziewczyna i anioł kochają się w książkach o dziewczynach i aniołach (spotkałam się kiedyś z książką, w której to dziewczyna była aniołem – niejakie zaskoczenie, muszę przyznać, ale o tym innym razem) jest dla mnie tak oczywiste jak stwierdzenie, że śnieg jest biały. Ale to, że chłopak staje się aniołem dopiero po śmierci, jest, przynajmniej dla mnie, zupełnym novum i dlatego notowania pisarki podskoczyły nieco wyżej, niż innych książek tego rodzaju na moim blogu – który – musicie przyznać, jest miejscem dla nich niezwykle przyjaznym. Bo, szczerze mówiąc, trzeba mieć wyobraźnię dość rozwiniętą, a także dać z siebie więcej niż zwykle, by opisać życie po życiu i w to sposób mniej więcej logiczny i nawet ciekawy. Szkoda tylko, że Autorka zrobiła to, co większość – zmarnowała potencjał, zamieniając coś, co mogłoby osiągnąć sukces porównany z głośnym kiedyś dawno Szeptem (pamiętacie jeszcze perypetie Nory i tego anioła z dziwnym imieniem, które już zapominałam?) w dość zwykłe, nudne i, przede wszystkim, do bólu przewidywalne romansidełko?

Język Autorki jest przyjemny i prosty. Na tyle prosty, żeby czytać powieść, niezbyt wysilając swoje szare komórki i dać im odpocząć, na przykład po ciężkim dniu w szkole, ale także na tyle przyjemny, by nie kończyć czytania w połowie, jak często mi się to zdarza. Słowa nie są zbyt wyszukane, ale układają się współgrającą ze sobą całość, nie ma tu, o dziwo, żadnych dysonansów. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, kiedy to zaczyna się wątek miłości Tristana i Ivy (dlaczego imię Ivy kojarzy mi się z Izoldą? Czy to świadome nawiązanie do tej wielkiej, nieśmiertelnej i bardzo nieszczęśliwej miłości przystojnego rycerza i pięknej damy, którzy mogli odnaleźć się dopiero po śmierci? Jeśli tak, to jestem niemal pewna, że przewracają się w grobach). No wiecie – to, co zwykle: muzyka, kwiaty, długie pocałunki, ratowanie ukochanej, gdy wydaje się, że ta tonie w szkolnym basenie i takie tam sentymentalne bzdurki-bajdurki. Ich miłość jest opisana bardzo sztucznie, podniośle, a dialogi, zapewne nieświadomie stylizowane na teatralne monologi, brzmią niemal jak ta cała gadanina Romea i Julii, że gdyby Romeo nazywał się kapustą, wciąż byłby piękny i pociągający, czy coś w tym stylu. To tak samo, jak w innych powieściach, w których ukochani w przerwie między uciekaniem a chowaniem się, obłapiają się, ale i tak nigdy nie dochodzi do wiadomej rzeczy. Tyle że tu się całują i wyznają sobie miłość, wiecie, misie, serduszka, kino – te sprawy. Jedno i drugie jest tak samo sztuczne, co w warstwie języka widać bardzo. Opisów jest mało – to też trzeba podkreślić - nikła ich ilość jednak zupełnie mnie nie zaskoczyła, a więc i nie byłam specjalnie rozczarowana. Natomiast tymi, co są, pisarce zupełnie nie udało się wyczarować klimatu nawet dusznego, pełnego wodnej pary, krzyków, obijających się od ścian i swędzącego nos zapachu chloru, basenu szkolnego. O tym jednym fragmencie, w którym miało być mroczno, nie mówię. Lepiej, niech na ten niezwykle wesoły fragment książki spadnie zasłona milczenia.

Okładka bardzo przeciętna, chociaż nie ma się czym wstydzić. Najbardziej podobają mi się te delikatne, niebieskie zawijasy w tle, a dopasowany do nich czerwony napis, chociaż wygląda tak, jakby grafik starał się, żeby całość nie wypadła zbyt blado, jest nawet ładny. Chociaż... chociaż ta czcionka niezbyt, jak to się mówi, przypadła mi do gustu. Ciemnobłękitne skrzydło to rozwiązanie bardzo oczywiste, jeszcze z kropelkami wody, już o jednym, dość nieproporcjonalnym skrzydle nie mówię. Najlepiej, podpowiada mi moje poczucie estetyki, żeby go tam nie było. Pasuje tu jak piąte koło do wozu, a i wygląda tak, jakby ktoś nieumiejętnie korzystając z Photoshopa, chciał stworzyć anielskie piórko, bo to chyba miało właśnie wyjść pióro, tyle że coś nie wyszło. Po prostu przydałby się tu jeszcze większy minimalizm, bo co za dużo to nie zdrowo, przynajmniej ja tak uważam.

Bohaterowie to jedna z tych bardzo słabych stron książki. Pisarka bardzo nadwyrężyła moją cierpliwość postacią Tristana – idealny, miły, boski, przystojny, męski, kochający swoją dziewczynę lepiej niż ten z legendy (który kocha Izoldę tak głęboko, że głębiej nie można), dosłownie wszystko, co najlepsze. Krzyżówka wampira-wegetarianina Edwarda z wiekopomnego Zmierzchu, z aniołem i świętym za życia, no i z pierwiastkiem tego kochasia z okładek harlequinów sprzedawanych na poczcie. I w dodatku, pomimo że jest doskonałym sportowcem, udziela korepetycji z matematyki, co muszą robić tylko geniusze, bo matematyka to przedmiot niepojęty. Zresztą, nie mam ochoty wymienić wszystkich jego zalet, po zajęłoby mi to z dziesięć stron, a takiej recenzji nie chciałoby się już przeczytać nikomu. Chociaż tych trzech jest więcej, bo Tristan może wyjść na słońce bez obaw, że świeci. W każdym razie jest to postać mdląco idealna, tak samo jak jego partnerka. Co prawda, Ivy boi się wody i nie umie pływać, ale szybko naprawia tę niedoskonałość, stając się Panią Doskonałą, egzaltowaną (szczególnie kiedy razem z Tristanem odkrywają, że łączące ich uczucie to coś więcej niż przyjaźń) w dodatku tak, że Ania Shirley i jej romantyczno-fantastyczne bajania są horrorami. No ale co ja... Porównuję Anię do tej Ivy? Nieważne, stanęliśmy na tym, że nasza bohaterka, nowa Izolda, jest idealna. Umie przecież grać na instrumentach, od razu po przyjściu do szkoły ma dwie przyjaciółki na śmierć i życie – Suzanne i Beth (co nie udało mi się do dzisiaj) – świetnie się uczy, jest śliczna i w dodatku troskliwa dla swojego młodszego braciszka. Jeśli coś się jej wyjątkowo nie udaje, wzdycha o pomoc do swoich aniołów. Ale nie tylko wtedy – mimo że nasza bohaterka jest idealna, niemal każdy problem musi rozwiązywać przy współpracy ze swoimi niebieskimi orędownikami. Chociaż cała ta jej wiara przypomina bardziej jakiś bliżej niesprecyzowany kult magii niż religię, z jakiej anioły się wywodzą.

Fakt, że z pozostałych bohaterów Gregory przyciąga uwagę najbardziej. To najlepsza postać, jaką udało się Autorce stworzyć. Od początku podejrzewamy go o różne paskudztwa, a do Ivy na pewno nie żywi braterskiego uczucia. W każdym razie powiem, żeby przypadkiem nie wypaplać połowy fabuły, że pisarce udało się uchwycić charakter psychopaty: czułego, pełnego zrozumienia dla cierpienia siostry braciszka, mężczyzny, który lubi mieć każdą kobietę, jaka mu się spodoba i bestyjki w jednym ciele. Jak na w ogóle standardy paranormal romance to postać ciekawa, inna, już nie mówiąc o tej książce. Dzięki jego postaci chciało mi się czytać cykl dalej. Taką postacią jest również anielica, którą Tristan spotyka na cmentarzu, młoda, szalona aktorka, sąsiadka chłopaka z grobu obok – Lacey, ale zachwyty nad tą postacią, jakiej zapewne nie powstydziliby się i lepsi pisarze, zajmujący się ambitniejszymi gatunkami, odłożę na później. W tej części występuje jedynie migawkowo, na chwilę.

Pozostałe postacie to kandydatury tego, jak bohaterowie powieści powinni wyglądać, albo chodzące szkice, czekające tylko na to, by je wypełnić, nadać im barw i charakteru. Do tej pierwszej grupy, nad którą, jak się słusznie domyślacie, będę się znęcać się dłużej, należą przyjaciółeczki Ivy. O ile Suzanne ewentualnie jestem w stanie ignorować, tłumacząc sobie, że jeszcze jeden nieudany eksperyment traumy książkowej nie czyni, to postać Beth sprawiła mi wielką przykrość. Pisarka zapewne chciała jej uczynić ją artystką i przedstawić humorystycznie, ale wyszło to, co wyszło: autorka harlequinów, wciąż myśląca o tym samym, to jest alabastrowej skórze kochanki i twarzy jej ukochanego, szukając coraz to nowych barokowych porównań, nierzadko przekraczających granicę kiczu. Przy tym wszystkim jest na swój sposób wrażliwa i sentymentalna do nadmiernej egzaltacji. Jeju. Gdybym przeczytała to w wieku ośmiu lat, bałabym się wszystkich pisarzy, nawet gdyby był to Stephen King i jego niesentymentalne historie o wampirach, kołkach i telekinezie. Postaciami z drugiej grupy są ta wyrodna matka Ivy, która przy odrobinie wysiłku stałaby się osobistością bardzo ciekawą, a także młodszy brat dziewczyny – Philip, który zachowuje się jak ożywiony aniołek z półki jego siostry, trzeba by go zabrać na jakąś wystawę czy coś w ten deseń. Bo naprawdę. Mam wielu młodszych kuzynów, więc wiem, jak bardzo chłopacy w tym wieku umieją rozrabiać. Nie mówiąc już o tym, że gdyby pisarka przysiadła fałdy i udoskonaliła tę postać, książka stałaby się żywsza, bardziej kolorowa, ciekawsza. Bo przydałoby się, żeby trochę spuścić z nieznośnego, patetyczno-cierpiętniczego, tonu, oj, przydałoby się.

Najgorzej jest z akcją. Fabuła usiadła sobie na ławeczce, a pisarka ją minęła, zamiast tego częstując nas stosem różnych innych rzeczy, będących pokarmem dla mojej wrednej krytyki. Zaczyna się, zgodnie ze wskazówkami poradników pisarskich, od BUM, czyli śmierci chłopaka, a później pogrążona w depresji i żałobie Ivy przypomina sobie wszystko, dlatego większość książki pożera opowieść najpierw o przyjaźni, a potem o miłości naszych kochanych bohaterów. Co prawda, gratulacje należą się Autorce za to, że mimo wszystko w fabule nie ma bałaganu, a chaos wkrada się dopiero w scenie wypadku samochodowego, ale całość wydaje się bardzo schematyczna. Nie mówiąc o znanym mi (małe pytanko: skąd?) schemacie nowej w szkole, pięknej dziewczynie i chodzącym ideale chłopaka, który właśnie do niej pała prawdziwym, głębokim uczuciem. Nie komentuję także przewidywalności wątku, można by powiedzieć, kryminalnego. I tak wszyscy wiemy, kto zabił Tristana. Od początku. Chciałabym także przemilczeć te romantyczne sceny, łącznie z tymi w basenie (bez obaw, tylko jej tłumaczył, żeby nie bała się leżeć na wodzie, a ona zobaczyła, jaki jest piękny), w których bohaterowie wymieniają pocałunki i które zajmują większość książki, ale nie potrafię. Musiałam temu poświęcić nieco miejsca, bo nie jestem pewna, czy pisarka wie, że Tristan i Izolda jedli, żyli i robili mnóstwo innych rzeczy oprócz całowania się. Zadziwiające, a jednak (Boże, Boże i kochani ludzie, z wiekiem robię się coraz bardziej wredna, przepraszam). Autorce zdarzały się także przykre, bezsensowne działania bohaterów, jakby na chwilę zimną logikę przyćmił poryw serca – na przykład niezwykle brawurowy skok głównej bohaterki z mostu. Gratuluję zamiłowania do sportów ekstremalnych, Ivy, mój skarbie, ale pomyśl, dlaczego to zrobiłaś. Bo ja ani pisarka nie wiemy. Może ktoś z widowni zdradzi tę tajemnicę? Hm?

W tym tomie, jak to bywa z pierwszymi tomami różnych cykli, fabuła dopiero się rozwija, pisarka buduje fundamenty domu, który będzie rozrastał się każdym następnym tomem, o ile nie przyjdzie złośliwy wiatr mojej, albo czyjeś, krytyki i wszystko zniszczy. Chociaż jestem zmuszona przyznać, że jest lepiej niż w wielu innych powieściach tego gatunku, to nawet z jakimś tam powiewem nowości, czegoś nowego dobrze i przyjemnie nie jest, chociaż bliżej do przeciętności niż zwykle. Może dlatego ta książka nie cieszy się taką popularnością jak inne tego gatunku, znacznie gorsze? W każdym razie opowieść o Tristanie i Izoldzie, tfu, o dziewczynie i aniele, nadaje się mniej więcej do przeczytania i przetrawienia bez większych sensacji żołądkowych, dla każdego, kto po mojej recenzji będzie miał na nią jeszcze apetyt i czas, kto będzie chciał sobie sentymentalnie pomarzyć o spotkaniu na swojej drodze anioła, albo będzie po prostu nudził i potrzebował relaksu przy czymś cienkim, dość przyjemnym. Oczywiście, zawsze można sobie wybrać inną, łudząco podobną książkę, bo dziewcząt i aniołów jest dużo.

Tytuł: „Pocałunek Anioła”
Autor: Elizabeth Chandler
Moja ocena: 2/10


poniedziałek, 16 marca 2015

Zmierzch romansu. Recenzja książki

Powieść ta ostatnio była i jest, niezwykle popularna, a filmy nakręcone na podstawie książki są bardzo wysoko oceniane (oczywiście, w Polsce i tak nic nie dogoni historycznych produkcji filmowych, na szczęście). W sklepach i gazetach można zobaczyć twarz Kristen Stewart, ponure klimaciki i dwóch facetów, ubiegających się o względy jednej z najsłynniejszych bohaterek ostatniej literatury popularnej. A ile blogów, fan fiction... nikt tego nie zliczy.

Zazwyczaj takie rzeczy wywołują skrajne emocje, czego dowodami mogą być recenzje tej książki – piękne hymny pisane na cześć Autorki, ironiczne komentarze i czasem nawet wulgarne epitety. Dlatego po dłuższym namyśle postanowiłam nie zwracać uwagi na zdania innych Czytelników i przeczytać nie tylko tę powieść, ale całą sagę. Pożyczyłam ją od kuzynki i pewnego pięknego wieczoru zaczęłam czytać, bo szkoda mi było czasu, żeby iść do biblioteki i wypożyczać coś, co – byłam pewna – kompletnie mi się nie spodoba. Jedyne obrażenia, jakich dostanę po przeczytaniu wszystkich części to przybliżenie dnia, kiedy będę musiała włożyć na nos okulary.

Fabuła nie jest ani świeża, ani arcywciągająca, taka sobie przeciętna. Isabella Swan, siedemnastolatka z Phoenix, przeprowadza się do swojego ojca, do ponurego i deszczowego Forks. Jej matka wyjeżdża ze swoim drugim mężem na Florydę, a Bella, która faktycznie byłaby tam zawadą, nudzi się w miasteczku. Do czasu, kiedy poznaje fascynującego Edwarda Cullena. Ów „piękny bóg” jest wampirem – wegetarianinem, którego jednak nęci krew bohaterki. Mimo tego zakochują się w sobie, a rodzinka Edka prawie w całości akceptuje Bellę. Jak w każdej jednak powieści i tu mamy trójkąciki – Jacoba Blacka, wilkołaka i Jamesa, wampira – tropiciela, który ma ogromną chętkę na krew panny Swan. Jednak, jakby nie było, kiedy Isabella ma umrzeć w męczarniach, zjawia się Edward i bohaterka, co prawda mocno poharatana, trafia do szpitala. W Epilogu mamy bal maturalny, na który Cullen idzie z Bellą i całuje ją w szyję (och, jakie to romantyczne), czyli wszystko kończy się dobrze, mimo że siedemnastolatka chce zostać zamieniona w wampira. To naprawdę wszystko, nawet dużo nie poskracałam.

Najpierw, żeby fani powieści mogli tutaj skończyć, napiszę o plusach książki, których zauważyłam tyle, co kot napłakał, więc ten akapit będzie krótki. Przede wszystkim na pochwałę zasługuje okładka. Jest tajemnicza, zachęca do zajrzenia w treść, ciekawa, dająca pole do popisu wyobraźni, tak, że człowiek automatycznie zastanawia się, co może kryć książka o takiej okładce. Jeśli chodzi o treść, w końcu wymyśliłam, że plus mogłabym dać za jakąś całkiem celną ripostę co jakieś sto stron i na tym pozostaję.

Zacznijmy od pierwszych kart opowieści. Prolog nijak ma się do reszty tekstu, chyba że chodziło o metaforyczny sens związku Edwarda i Belli, choć i to pasuje tu jak kwiatek do kożucha, bo w dalszych partiach książki metaforyki żadnej nie ma. W każdym razie już od pierwszej strony właściwego rozdziału, wita nas trochę dziwne, w sensie kontekstu, wyrażenie o samochodowych oknach i akcja zaczyna się rozwijać wolno jak deszcz w Forks. Nie powiem, że na początku byłam zdziwiona jakością powieści, a także klimacik miasteczka i dom Charliego, taty Belli, spodobał mi się bardzo. Sama Isabella, potykająca się o własne nogi i powietrze, wydała mi się dość nieszczególną, sympatyczną osobą. Problemy zaczęły się dopiero wtedy, kiedy pojawił się Edward.

Muszę kiedyś jeszcze raz wrócić do tej książki i policzyć, ile razy pojawiło się wyrażenie „młody bóg”, „piękny bóg” , choć to nie będzie trudne. Zaczynając od strony dziesiątej do końca, na każdej stronie możemy przeczytać to jakże trafne określenie urody Edwarda i tylko raz Autorka wysila się na dodanie słowa „zapomniany”. Widocznie pani ta nie miała nigdy w ręku słownika synonimów albo nie wie, że żeby opisać męską urodę, trzeba wciąż powielać to samo fascynujące wyrażenie, mające wywoływać dreszcze ... znudzenia.

Ale nie tylko to. Na początku pisarka zachowuje jeszcze jakiś dystans do opowieści, ale gdy Edziu postanawia zaznajomić się z Bellą, ciekawe klimaciki pryskają, bo Autorka sama daje się ponieść magii rodzącego się wielkiego uczucia, na czym traci wszystko, co dodawało tej powieści walory artystyczne. Niektóre sceny z cyklu Bella&Edward są cukierkowe, bez miary przesłodzone i schematyczne. Inne znów szokują ignorancją jakichkolwiek środków wyrazu, doboru słów, jak urocza scenka, w której panna Swan płacze, a Edziu bierze na palec jej łzę i, cytuję: „zlizuje z ręki słony płyn”. Ten „płyn” w odniesieniu do łez to horrendalny synonim, a o zlizywaniu, jakkolwiek by się to interpretowało, już nie wspominam. Fuj.

Opowieść jest rozwlekła i nudnawa. Kiedy pisarka zepchnęła wątek miłosny w dół, a samą powieść napakowała ciekawych wątków i postaci, wyszłoby wiele lepiej, ale Autorka nie miała siły angażować swojego pomyślunku i stworzyła długaśne, tak naprawdę jednowątkowe opowiadanie, puste i tandetne. Przy końcu mamy trochę fajerwerków, ale one szybko gasną i zastępują je kolejne, bardzo romantyczne sceny w szpitalu. Zresztą, fragmenty, w których akcja nabiera tempa, są źle napisane, bez polotu i znajomości obrazowania dynamiki. Mój mózg nie zdołał obudzić nawet James i nawet to, że bohaterka była bliska śmierci, bo gdzieś, w jej umyśle, wciąż tkwił Edward i wciąż o nim myślała. Powieść ta, dzięki narracji pierwszoosobowej, jest tylko hymnem pochwalnym dla urody i przymiotów Edka, przerywana czasem jakimś potknięciem bohaterki i refleksjami nad własną ciapowatością i WF- em. Za to pisarka zabłysła kreatywnością, na ścianie białego i przestronnego domu wampirów powiesić siedemnastowieczny krzyż i wymyślić przeszłość członków rodziny Cullenów. Krzyża już nie komentuję, zaparło mi z szoku dech, ale historia Edwarda, tego umierającego na hiszpańską grypę chłopaka z początków XX w., byłaby ciekawa, gdyby później nie miał stać się wampirem. Naprawdę nie mam nic przeciw wampirom wracającym do literatury, ale sposób, w jaki człowiek tu staje się wampirem, nie spodoba się każdemu rozgarniętemu fanowi literatury, jak również to, że wampirki ( w szczególności Cullenowie) to takie stworki, które świecą w promieniach słońca i zakochują się w myszowatych, zakompleksionych nastolatkach, czytających klasykę literatury angielskiej i nierozumiejących z nich nic. Może te całe potwory mają w sobie coś z drapieżności, ale pisarka nie umie tego opisać.

Stylu nie warto zazdrościć Autorce. Nie potrafi znajdować synonimów do najprostszych nawet słów, nie umie malować słowami sugestywnych obrazów w wyobraźni czytelnika, a w dodatku ma problemy z podmiotem w zdaniu  Dialogi są sztywne, boleśnie szablonowe i kompletnie niewystylizowane, lepsze riposty zdarzyły się tylko trzy razy. Uśmiech politowania na moich ustach wywołały opisy przyrody, które pisarka, niebędąca żadnym z mistrzów naturalizmu i pozytywizmu, nieudolnie wtrąca do tekstu. Przyroda opisana jest banalnie, bez klimatu i ciekawych porównań, powierzchownie i ciężko. Natomiast myśli Belli, szczególnie te po poznaniu Edwarda i jego rodziny, są jeszcze bardziej irytujące niż ona sama. W momentach, które powinny być mroczne, mroku, strachu i napięcia w ogóle się nie czuje. Autorka nie potrafi wydobyć burzy uczuć, ognia, smutku i strachu i utrwalić to na papierze. Jest to dla niej, jak widać, za trudne.

Otwierając tę książkę, nie obiecywałam sobie niczego więcej ponad wątpliwą rozrywkę przy słabej artystycznie powieści i faktycznie powieść nie była poniżej tym bardziej powyżej moich oczekiwań. Czytanie nie było żadną przyjemnością, ale nie mogę powiedzieć, że nie czytało się szybko. Ot, takie sobie czytadło na wolną chwilę, niezobowiązujące i naprawdę nie warte mojej uwagi i takiego rozgłosu. Jeśli jednak chcemy spojrzeć z perspektywy tysięcy lat tradycji romantycznej, doskonale widzimy, że w czasach, kiedy każdy umie czytać, przyszedł zmierzch, który niedługo pochłonie cały ten piękny gatunek traktujący o miłości ludzi – kobiety i mężczyzny.

Tytuł: „Zmierzch”
Autor: Stephenie Meyer
Moja ocena : 0,5/10

(recenzja archiwalna) 

niedziela, 19 października 2014

Galadriela pęka ze śmiechu. Recenzja książki

Wierzę w elfy. Może to brzmi jak zapiski schizofreniczki, ale jak normalne osoby z mojej głupiej szkoły wierzą w jednorożce, więc dlaczego nie wierzyć w elfy? Kiedy nawet mam na to dowody (tak wiem, to brzmi jak wycinek bloga jakiegoś ufologa, który przekonuje, że na rządowego TU-154 M napadli Marsjanie), to dlaczego nie wierzyć? Szczególnie w te piękne, mądre istoty z opowieści Tolkiena, które mają ze mną wiele wspólnego (wszyscy politycy są z Wenus!) i w dodatku pięknie śpiewają, nawet piękniej od Enyi. Być może, kiedy większość z nich odpłynęła z Białej Przystani, resztki, które zostały, zdziczały i z biegiem czasu zamieniły się we wredne, złe istoty, w jakiej formie zapamiętali je mieszkańcy Irlandii i innych krajów, gdzie kiedyś, w błogich czasach pogaństwa, kiedy rzymscy kupcy wędrowali do wybrzeży Morza Bałtyckiego po bursztyn, mieszkał lud zwany Celtami. Ci ludzie tworzyli piękną muzykę i jeszcze piękniejsze mity, które przetrwały w klasyce fantasy w postaci pięknych, idealnych (przynajmniej dla mnie) powieściach Tolkiena, gdzie owe Istoty są piękne i jasne (no, nie zawsze), nieśmiertelne i, w większości, są pięknie śpiewającymi wojownikami, a także w wielu książkach, nawet takich, które z klasyczną fantasy mają mało wspólnego – jak choćby romansów paranormalnych, bo to przecież motyw ten na stałe zakorzenił się w światowej popkulturze. Elfy tu są różne – małe duszki (co mnie denerwuje) ze skrzydełkami, piękne, ale groźne dla ludzi stworzenia, przystojni faceci (też się niestety zdarza, chociaż, szczerze mówiąc, powoli zaczynam mieć tego akurat dość), czy niemal skopiowani od Tolkiena dumni królowie i piękne królowe, jaśniejące tajemniczym blaskiem z innych światów.

Jednak kiedy pomysłów na własny rodzaj elfów brak, Autorzy (chociaż, nie oszukujemy się, powieści, o których teraz będzie mowa, w przeważającej części tworzą panie) i Autorki wracają ku źródłom – celtyckim balladom, pełnym elfów, zdradzonej miłości i bólu, autentycznie pięknym, oraz klasycznej Faerie, świecie fejów, przenikającym się z naszym niezauważalnie dla większości śmiertelników, bardziej tylko widocznym w noc przesilenia letniego. Fejowie niekoniecznie są tym samym co elfy, ale, bardzo upraszczając wszystko, można by je tak nazwać. Fejowie są jednak bardzo często przedstawiani jako istoty okrutne, nie wspominając już o ich królowej, istocie tak samo złej, jak pięknej. Ale … ale. No właśnie. Co robi Faerie w Ameryce?

Deidre jest szesnastoletnią harfistką, która tak bardzo się denerwuje występami, że wymiotuje wszystko to, co zjadła wcześniej, a później idzie na występ, na którym, no, gra przeciętnie. Pewnego razu spotyka jednak tajemniczego chłopaka, Luke'a Dilliona, którego (jakżeby inaczej) wcześniej widziała w swoim proroczym śnie i ów tajemniczy młodzieniec decyduje się z nią zagrać. Od tego czasu w wokół dziewczyny zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy – na czterolistnych koniczynkach poczynając, a na odkryciu daru telekinezy kończąc. Jeszcze nie dość, oczywiście, rewelacji – okazuje się, że dziewczyna ma więcej wspólnego z okrutną królową elfów, niż sama przypuszczałaby, nie mówiąc już o tym, kim jest w rzeczywistości Luke Dillion, bo to jest, uwaga, to dość trudne i nieprzewidywalne (od razu zaznaczę, że w przeciwieństwie do reszty książki) nawet na ludzi, którzy, tak jak ja, zajmują się w paranormal romance od dłuższego czasu (wstyd się przyznać, wiem, ale, jak zapewne wiecie, czytam paranormal romance po to, by mieszać większość z błotkiem) i wydaje im się, że znają wszystkie zakończenia i wszystkie możliwie wątki, będą zaskoczeni. W każdym razie, jak bywa, naszą piękną harfistkę pragnie zła królowa elfów i nie cofnie się przed niczym, by ją dopaść i zabić, najpierw przez swojego sługę – domyślacie się już przez kogo, prawda? - który jedak zawodzi, zakochując się w naszej bohaterce na zabój (skąd ja to znam, hm?) a później już samodzielnie, kiedy nadchodzi przesilenie letnie i wszystkie Feje mają tyle siły, by złamać linię pomiędzy ich a naszym światem, i, niewidoczne pobalować na parkingach. Pytanie za sto punktów: czy bohaterce uda się powstrzymać rudą złośnicę, czy może sama zginie w tej walce o miłość i swoje, normalne, ludzkie życie, a także inne wartości, których uzna za słuszne osłaniać swoją piersią? Czy uda jej się w końcu złamać klątwę królowej, która zabija jej kolejne wcielenia, które, mimochodem, stają się bohaterkami kolejnych, klasycznych ballad irlandzkich? Domyślacie się zakończenia? Jeśli tak, to brawo. Możecie zostać wróżbitą Maciejem czy jak mu tam.

Rzeczą, która mi się naprawdę spodobała i jest zdecydowanie na plus, było wykorzystanie ludowych ballad irlandzkich na początkach każdej z ksiąg (po powieść, jak na poważną kronikę doniosłych dziejów Faerie, podzielona jest na sześć ksiąg), oraz wszelkie nawiązania do szkockiej, irlandzkiej muzyki, a także mojego ukochanego new age'u i głównej przedstawicielki – Enyi, jednej z moich ukochanych artystek w ogóle. Ciekawe były także wszystkie nawiązania do mitologii celtyckiej, a szczególnie ucieszyły mnie szczegóły, których wcześniej nie znałam, mimo że ciągle w tym grzebię i które dzięki tej książce wreszcie się dowiedziałam, albo sobie przypomniałam. Dla większości ludzi, którzy, ku swojej niedoli, nie zetknęli się z tymi mitami, proponuję potraktowanie tej książki jako wstępu, żeby później nie dziwować się, tak jak ja, nad – dla mnie niezrozumiałym – okrucieństwem większości rzeczy w tej mitologii, elfów przede wszystkim i przyswojeniem sobie podstawowych zasad, zanim się przejdzie do szczegółów.

Język powieści jest prosty, lekki i komunikatywny, czyli to, co do znudzenia piszę przy prawie każdej recenzji podobnych książek. I szybko się czyta, zresztą jak wiele tego typu książek. Autorka nie ma problemu ze słowami, które układają się na tyle płynnie, by można było czytać bez większego bólu. Nie jest jednak barwnie, jak musi być, żebym polubiła powieść i rozkoszowała jej lekturą, rozsmakowała się w odcieniach obrazów opisanych w powieści. Napisałabym, że pisarka powinna rozpocząć dietę słownikową, czyli ugotować i zjeść kilka słowników, by później pisać niczym, co najmniej, J.K Rowling. Ale moje duże doświadczenie, że się znów pochwalę , z tą literaturą każe mi tego nie pisać, bo przecież ten rodzaj literatury nie wymaga obrazów Zafóna, o osławionych opisach Sienkiewicza już nie mówiąc. Jednak czasami warto zadbać o to, żeby znać tyle słów, żeby widzieć więcej kolorów, szczegółów i umiejętnie to opisać, a do tego przydajcie się przetrawienie kilku słowników, oczywiście, o czytaniu książek już nie wspominając. No bo, do licha, nawet tępe nastolatki z mojej kochanej szkoły, które, jak wieść gminna niesie, przeczytały w swoim życiu tylko kilka książek, nie są takie głupie, żeby nie zrozumieć kilkudziesięciu bardziej lub mniej skomplikowanych słów, którymi trzeba się posłużyć, by stworzyć mniej lub bardziej udany opis, a przecież każdy, nawet osoba, która nienawidzi opisów, musi wiedzieć, jak wygląda, mniej więcej, miejsce akcji danej książki. To, że ja uwielbiam wyrafinowane opisy (niekoniecznie długie, ale wyrafinowane), to po prostu moja wina, że wybieram książki, w których – niemal na tysiąc procent – czegoś takiego nie znajdę. Jednak Autorka też nie ma zadatków na wielką literatkę i nigdy nie będzie pisać wybitnie, przynajmniej tak zapowiada ten pospolita książka. Z drugiej strony szkoda, bo mitologia celtycka to dość rzadki temat i mogłaby zrobić z tym coś ciekawego.

Opisy pojawiają się, a jakże. Jednak nie takie – jak zresztą można się spodziewać po tym gatunku literackim – jak mi się podobają. Jak wspomniałam wyżej – Autorka nie ma wielkiej palety słów, zaledwie przeciętną, więc nie może dostatecznie dobrze opisać to, co chce, więc nie czuję tego, o czym pisze. Zresztą same w sobie są pospolite, bo przecież podczas mojej kariery przeczytałam przecież tysiące opisów różnych księżycowych nocy i, jeśli o to chodzi, wszystkie są do siebie mniej więcej podobne. Tak samo jak pachnące ziołami i kwiatami dni, pełne traw, lasów łąk i słońca, z którymi przecież kojarzy się większość rzeczy związanych z kulturą celtycką (przynajmniej mnie). Nawet opis cmentarza nie jest straszny, wręcz przeciwnie – nie budzi żadnych emocji, jednak przecież mogło być zupełnie inaczej, prawda? Niestety, za rzadko przecież spotykany w literaturze motyw święta fejów, nie został opisany na tyle dobrze, żeby poczuć magię, nastrój tego niezwykłego wydarzenia, wręcz przeciwnie – Autorka opisuje to tak, jak kupowanie cytryn w spożywczaku (chyba że kogoś owe cytryny fascynują...). Chociaż wiele fragmentów mogłoby być mrocznych, a, nawet jeśli Autorka postarałaby się, idących w stronę horroru, jednak, jak widać, pisarka nawet nie postarała się, żeby chociaż w połowie tak było. Mrok jest bardzo zmierzchowy, a nawet choroba i śmierć babci nie potrafią przyćmić romansu, nie mówiąc o nastroju święta fejów. Mój Boże, gdyby Autorka wiedziała, jaka popularność i pochwały czekałyby, na nią, kiedy poćwiczyła opisy przed napisaniem tego wszystkiego, wykasowałaby wszystko, co napisała. No ale nie widziała i wielka szkoda. W każdym razie i tu jest przeciętnie, poprawnie i nic więcej. I raczej po tym gatunku literackim, do którego przynależy ta książka, nie można wymagać niczego więcej.

Okładka jest nijaka, przeciętnie celtycka. Mamy rudą głowę królowej, celtycką czcionkę (podejrzanie przypominającą czcionkę Shire z filmu Petera Jacksona o elfach, Sauronie i niebezpiecznej biżuterii) i rękojeść jakiegoś celtyckiego sztyletu, kompletnie niemającego nic wspólnego z treścią książki, ale, ponieważ jest celtycki i mniej więcej obrazuje to, czym owa królowa się zajmuje, więc od biedy pasuje. Cała okładka jest wściekle zielona, na dole mamy natomiast jakby czterolistne koniczynki niczym szkockie pola, co jeszcze bardziej sprawia, że wszystko jest bardziej celtyckie, ale, niestety, bardzo przez to przeciętnie i jakby przesadzone. Nie, nie zwróciłabym uwagi na książkę, gdyby nie znała tytułu i przyszła do biblioteki po właśnie ten tytuł. W sumie pasuje więc do książki, niestety.

Fabuła, jak już podkreślałam to wyżej, albo jak sami już zauważyliście, jest bardzo schematyczna, wręcz, żeby nie zanudzać się na śmierć przy niektórych zbyt nudnych fragmentach, niektóre rzeczy powtarzają się niemal słowo w słowo. Jak ten motyw zabójcy, który zakochuje się w swojej ofierze, czy kolejne, niestety (jak zwykle...) próby uprawiania miłości w samochodzie Luke'a, na płytkach kuchennych czy w innych, równie ciekawych co przypadkowych miejscach, cała sprawa o tym, że Luke jest dla dziewczyny niebezpieczny, bla, bla, bla, nie wspominając o paranormalnych zdolnościach dziewczyny i o tym, że jednego dnia nie wiedziała i istnieniu fejów (tak, to chyba jest lepszy przymiotnik na określenie tych istot) a w następnego dnia przed nimi uciekała. No i jeszcze ta scena na cmentarzu, która, jak się domyślam, miała być mroczna, ale wyszła wręcz przeciwnie. Miałam ochotę się z niej śmiać, szczególnie w chwili, kiedy bohaterka dowiaduje się, że ukochany Luke nie tylko nie jest fejem, ale jest zabójcą ludzi z rozkazu królowej fejów. Dziewczyna jednak nie czuje lęku, ponieważ wie, że ów chłopak jest taki miły, taki delikatny, i jeszcze uważa, że to, co zrobił, jest straszliwe, ale przecież to ta straszliwa królowa, oh, ah, Luke, jaki jesteś piękny i tak cię kocham. Z czym wam się to kojarzy? Jeśli ktoś z was odpowie, że ze Zmierzchem, książce, która jest taka zła, że aż tego nie widać, to bardzo dobrze. Ale przecież nie tylko ze Zmierzchem, bo przecież jest tyle innych, podobnych książek, które traktują mniej więcej o tym samym. Więc oryginalnie nie jest, chociaż końcówka – wybór nowej królowej i to, jaki wybór podejmuje Luke (nawiasem mówiąc, dzięki temu Autorka pozostawiła sobie bramki, dzięki którym mogła napisać kontynuację, bo właściwie ta książka niczego nie zakończa – wręcz przeciwnie) – jest nieprzewidywalne i dość nieschematyczne, jak na paranormal romance, oczywiście i nawet, nie powiem, zaskoczyło mnie, a to duży plus. Bardzo duży.

Bohaterowie są bardzo pospolici i strasznie przeciętni jak nawet na standardy paranormal romance. Główna bohaterka to zwyczajna dziewczyna, szara myszka jak, nie przymierzając, Bella Swan z wiadomej każdemu powieści. W szkole jej nikt nie zauważa, oh, jakie to smutne, a przed zawodami muzycznymi, przed którymi ze stresu wymiotuje. Serio? Nawet ja tak nie robię, chociaż moje nerwy... cóż, do spokojnych osób nie należę (jeśli wcześniej nie znieczulę się muzyką, filmem czy książką). Jest przeciętna, tak boleśnie przeciętna, że każdy dziwi się później tym, że taka przeciętna, szara istotka ma zdolność telekinezy (wiem, że w moich tekstach jest zbyt wiele nawiasów, ale nie mogę się powstrzymać – w sumie to było szokujące, kiedy sobie to uświadomiłam, przecież to samo było z Carrie!) i zakochał się w niej takie ciacho jak Luke, a królowa elfów widzi w niej swoją przeciwniczkę. Zdumiewające, prawda? I jeszcze na dodatek, jakby wszystkiego, było mało, okazuje się, że lalunia, która z nią pracuje, staje się jej najlepszą przyjaciółką, taką od serca, która od razu zaczyna wierzyć w fejów. A ów rycerz na elfie, tfu, koniu, morderca bez serca, Luke? Nie wygląda na takiego i gdyby nie moje doświadczenie w paranormalach, nie pomyślałabym, że kryje taki sekret. Dla mnie jest po prostu wesołym chłopaczkiem, bo Autorka nawet pozbawiła go nawet marnych resztek tajemniczości, czy czegoś, co mogłoby odróżniać go od reszty śmiertelników i to jest jeden z powodów, dla których książka wydaje się jednym z tych bardzo przeciętnych paranormali i bardzo słabych książek. A pozostali bohaterowie? Rodzinę głównej bohaterki, mówiąc nawiasem, pomijam, bo pisarka zaledwie naszkicowała ich wredne postacie, nie wypełniając ich nawet transparentną farbą. A fejowie? Jest Una, postać jakby wyrwana z lepszego książkowego świata – Autorce nad wyraz dobrze udało się stworzyć postać roztrzepanej, dzikiej, ale sumie przyjaznej ludziom i sympatycznej elfki, jest Eleanor, postać piękna i demoniczna, która niestety wyszła słabo i ów rudy, niezwykle napalony samiec, koleżka Eleanor, no i jeszcze królowa, która wyszła, szczerze mówiąc tak jak jej władczyni i poprzedniczka (no! Wydałam wam, kto będzie królową, przepraszam). Reszta fejów jest słabo opisana, ledwie naszkicowana i przedstawiona mimochodem. Najczęściej są to istoty, owszem, z mitologii, ale bardzo jeszcze demonizowane, pokazane często jako dzikie, budzące nawet grozę straszydła, na których widok Gladriela i Elrond wystawiliby całą swoją armię. No ale co można o nich więcej powiedzieć? Chyba tyle, że powinni przyjść w nocy do tej pisarki i powiedzieć parę słów, co myślą o takim potraktowaniu fejów w książce o fejach czy coś w tym rodzaju przynajmniej. Przynajmniej.

Eldarowie cenią sobie dobrą literaturę i muzykę. Eldarowie byli dobrymi elfami, mimo tego, że Galadrielę nazywano wiedźmą (każdego można nazwać wiedźmą, swoją drogą), a elfy z Mrocznej Puszczy były nieco dzikie i wredne. Eldarowie lubią Sen nocy letniej, ale już dzisiejszych romansideł o elfach ze szpiczastymi uszami już nie. Jestem ciekawa, co by powiedzieli o tej książce. Pewnie jednak pękliby ze śmiechu, moim zdaniem, bo to nie tylko (kolejny!) plagiat Zmierzchu z seksowym, groźnym facetem i fejami w roli wampirów, ale i książka, nad którą Autorka musiałaby jeszcze dużo popracować, żeby miała jakieś mało zniekształcone ręce i nogi. No i (wiem, że nie można oceniać po gatunku, oj, ale …) to przede wszystkim paranormal romance.

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: „Intryga Królowej Elfów”
Moja ocena: 2,5 

sobota, 4 października 2014

Dno i wodorosty. Recenzja książki

Pamiętam swoją pierwszą wizytę nad Bałtykiem. Pamiętam, jak bardzo byłam rozczarowana. Szczególnie gdy ciocia pokazała mi słabo widoczne dźwigi portowe daleko stąd, w Norwegii czy w Szwecji, a ja wcześniej byłam przekonana, że jeśli to jest morze, to nie widać jego drugiego końca. Chociaż woda była faktycznie słona, fale fajne, nie podobało mi się (może dlatego, że nie pokazano mi żadnej dzikiej plaży, tylko te zawalone chamskimi, opalającym się w nieskończoność, czytającymi płytkie książki – wiem, bo zawsze zerkam na to, co kto czyta – i krzyczącymi na swoje nagie, rozwrzeszczane dzieci) I chyba do dzisiaj, nie patrzę na nie z zachwytem, chociaż teraz w pewien sposób udało mi się z nim zaprzyjaźnić – w końcu do Gdańska z Torunia jedzie się tylko trzy godziny, a i mam tam też rodzinę, i chociaż moja wizyta polega na opiekowaniu się kuzynką i zamawianie pizzy, szum morza towarzyszy mi w zasypaniu. Jednak, tak naprawdę, jeśli o to chodzi, patrzę z obrzydzeniem na każdy większy zbiornik wody, od basenu szkolnego poczynając, a na oceanach kończąc. Nie lubię, kiedy nie mam, na czym oprzeć moich nóg, albo kiedy ziemia znajduje się w miejscu osiągalnym dla nurków i trupów. Nie ufam wodzie, bywa bardzo zdradliwa, nie tylko wtedy, kiedy a moja miłość do morza jest teoretyczna (w teorii kocham morze niczym piraci z Karaibów), lubię patrzeć szczególnie na refleksy słoneczne na Atlantyku i inne takie bzdury, ale żeby tam popływać... Zamiast tego wolałabym iść do Mordoru, tfu, to znaczy do szkoły na same lekcje matematyki, fizyki, chemii i religii (co ja poradzę na to, że katechetka jest wredna?) a to w moim wypadku jest wielkie wyrzeczenie.

Dlatego książki mające coś wspólnego z wodą, pomijając wszystko związane z Piratami, którąś tam moją wielką miłością (ale to film!) i baśń o Małej Syrence – tą klasyczną, naturalnie (żadnym prawem nie mogę też zapomnieć o roli, jaką pełniło Morze na Zachodzie dla moich ukochanych Eldarów, ale oni kochali morze z innych powodów) - raczej nie należą do moich ulubionych, wręcz przeciwnie. Odrzucają mnie, za co czasami sama się sobie dziwię. Dlaczego więc, do licha, wmusiłam właśnie w siebie kolejną opowieść o syrenach? I to nie tych z disnejowskiej bajki, tylko z Piratów albo gorzej? I to w dodatku nie po kolei – po części pierwszej, która była dla Was ochłodą, albo raczej kubłem zimnej wody w pewien upalny lipcowy dzień, nadszedł czas na tom, uwaga, trzeci trylogii. Jakby tom drugi psi zjedli, ale ja nie o tym. Książka, podpisana, leżała porzucona na jednym z wielu parapetów naszej szkoły i w końcu przygarnęła mama. Dała mi w sobotę, mówiąc, że zapewne chętnie przeczytam, bo lubię takie książki. Jasne. Lubię krytykować, mieszać z błotkiem takie książki jak ta, mamo, a poprzednia właścicielka, jeśli celowo zostawiła książkę, wiedziała, co robi. Uwierzcie mi.

Uprzedzona więc, przystąpiłam do czytania jeszcze tego samego dnia, w szkole i wcale, wcale się nie zdziwiłam tym, co tam zastałam. Wręcz przeciwnie – pozbywszy się różnych moich uprzedzeń, przestawszy się zastanawiać, dlaczego bohaterka to robi, co robi i dlaczego wszystko jest takie przeciętne, lektura dała mi pewien rodzaj przyjemności, a już na pewno ocaliła mnie przed matematyką. Dlatego jakiś tam sentyment mam, co powtarzam już na początku, jednak w tej recenzji, nieprzypominającej recenzji i będącej raczej klasycznym przerostem treści nad formą, pozbędę się sentymentów i sympatii, mówiąc szczerze, co jest na minus, a co na plus. Jesteście gotowi na wyprawę w głębie oceanu? Butle tlenu na grzbiety i zaczynamy!

Vanessa ma problemy. Po roku szkolnym znów wróciły wakacje, a więc kolejna wizyta w Winter Harbor, tam, gdzie mieszkają złe wspomnienia Vanessy o syrenach i przyrodniej siostrze Justine. Ale to nie wszystko – jest jeszcze ukochany Simon, z którym, jak wynika z fabuły, nasza syrenka musiała się pokłócić w tomie drugim. W dodatku, już na miejscu, odkrywa, że w gruncie rzeczy jej życie przypomina ruinę. Żeby jakoś przeżyć i nie skończyć jak jej matka, która zresztą odwiedza naszą bohaterkę, musi nie tylko faszerować się solą, ale, uwaga panowie, uwodzić mężczyzn, czy to przez przykładanie ręki do ich torsu i jednosekundowe piszczenie, czy to przez flirt, czy coś znacznie gorszego – uwodzenie, albo... Nie, to już byłby spoiler. W każdym to jakieś wyjaśnienie dla faktu, że marynarze albo inny faceci zamienieni w topielców wypływają z szerokimi uśmiechami na twarzach. Brr. Nie chcę o tym myśleć, tak jak nasza bohaterka, przynajmniej na początku też nie, ale kiedy widzi, co stało się z jej matką, zmienia, niestety zdanie, walcząc o życie. Poza oględnymi opisami mniej i bardziej przygodnych kontaktów płciowych i tego, jak Vanessa wygląda przed i po (zupełnie jakby chodziło o jakąś, kurde, dietę albo operację plastyczną!), problemami z całym światem i dysput z rodzoną matką, mamy także kryminał – ginące młode dziewczyny, tajemniczą dziewczynę pracującą w restauracji przyjaciółki Vanessy i zagadkę kryminalną, którą, po odpowiednim dopracowaniu i rozwinięciu, można by użyć w niejednym popularnym i płytkim kryminale. No i kulawo skonstruowany finał, klasycznie przy pomrukach burzy i obowiązkowo z przerwaną sceną, w której całemu światu wydaje się, że bohaterka umarła. Ziewam. Naprawdę nie dało się bardziej schematycznie?

Co może być plusem? Co może być kasztanem na wierzbie? A, wiem. Albo już nie, przysyłanie zdjęć ofiar już gdzieś było, prawda? A powiadam wam, że Czarny Charakter daje się wyczuć od pierwszych stron. Dobra. Mam. Myślę, że najlepszy wątek to historia mamy Vanessy. Autorka ukazała wszystko realistycznie, brutalnie i bezkompromisowo, nie dając nawet odrobiny nadziei na dobre zakończenie. Poświęcenie Charlotte jest godne podziwu, a jej śmierć mimo wszystko bohaterska. Jestem gotowa jej nawet wybaczyć, że jest taką fatalną postacią bez charakteru. Rzadko tak zdarza się w książkach dla nastolatek, chcących czytać tylko romanse, że śmierć jest już bezpowrotna, całkowita, a ten ktoś już z zaświatów czy też z toni oceanu nigdy nie powróci. Rzadko, niestety, zdarza się także motyw poświęcenia, więc tym bardziej należą się pisarce za to brawa. Niech przez tą krótką chwilę cieszy się pochwałą, wtedy może będzie lżej dowiedzieć się mojej prawdy na temat jej książki.

Okładka książki jest przeciętna, czyli, co stwierdzam z ulgą, tragedii nie ma. Tym razem mamy błękit oceanu, przetykany również oceanicznymi zieleniami i turkusami, kilka cieni błękitnych rybek i dziewczynę z pływającymi, jak to w wodzie bywa, niebieskawymi włosami. Sama sylwetka dziewczyny nie wydaje się sylwetką modelki, a tytuł jest zbyt duży i niezbyt ciekawym kolorze. Nic ciekawego, wręcz przeciwnie – dzięki temu fabuła wydaje się bardzo przewidywalna i każdy, kto raczej nie interesuje się syrenami, na pewno nie sięgnie po tę książkę. Mimo tego nie ma jakiś żałosnych błędów, których każdy porządny grafik powinien się wystrzegać, i bardzo dobrze, że tutaj nie znalazłam żadnego potworka, ale, co się oszukiwać, za specjalnie fajnie też nie jest.

Tytuł bynajmniej nie jest adekwatny do treści. Jaka mroczna toń? Czy Vanessa robi coś mrocznego? Czy pływa po jakiś mrocznych wodach? A może zabójstwa są mroczne? Ha, czytałam kiedyś książkę o facecie, któremu obcięto głowę i wstawiono tam głowę psa, tylko dlatego, że bał się zginąć właśnie taką śmiercią. I to jest mroczne morderstwo, jeśli cokolwiek można by nazwać mrocznym, bo już takie zużyte słowo, właśnie przez pisarki i pisarzy, zajmujących się mrocznymi, upadłymi aniołami, które, mimo połamanych skrzydeł i tak dalej, latają za amerykańskimi dziewojami. I to wkurza, nie trochę, ale bardzo mocno. Mroczne sekrety. Mroczne tonie. A mroku, jeśli by go zważyć, nie ma ani grama. W każdym razie wszystko, co ma coś mrocznego w tytule, lepiej się sprzedaje i przyciąga co niektóre osoby do siebie, które są przekonane, że czytają horrory (zauważcie, że prawdziwe horrory rzadko w tytule mają mrok), więc dlaczego nie? Jeśli można zarobić mroczne pieniądze?

Język Autorki jest prosty i lekki. Nie pisze w jakiś metaforyczny, skomplikowany sposób, tylko stylem, jaki ma wiele dzisiejszych ludzi piszących dla nastolatek, (i większość popularnych ludzi piszących dla dorosłych również). Czyta się zastraszająco szybko, bo pisarka wygląda na pewną siebie Autorkę, z wyszkolonym, płynnym warsztatem i raczej nie ma problemów z dobieraniem prostych słów i jakąś tą nieporadnością językową. Czyta się nawet przyjemnie, niezwykle szybko, nie trzeba długo się namyślać nad sensem czytanych zdań. Jednak opisów, jak w większości powieści tego gatunku zresztą, jak nie ma, tak nie ma. Nie czuje się emocji bohaterów, trudno jest wyobrazić sobie z tych ochłapów, jakie rzuca nam pisarka, ich twarze i miejsca, po jakich chodzą. No dobrze, Autorka napisała, że Vanessa siedzi nad morzem, w porządku. Ale jakie jest to morze? Bo jak zdążyliście zauważyć, morza mają wiele kolorów, co zależy także od pory dnia lub nocy, ale też od tego, co jest morzu (na przykład nasz Bałtyk jest zanieczyszczony i ma mały kontakt z Morzem Bałtyckim, dzięki czemu ogólnie jest ciemnozielony w przeciwieństwie, choćby, do Adriatyku). I co mi to daje? Może nastolatki, potencjalne czytelniczki, nie będą miały pretensji, że jest więcej akcji (później, zresztą, powiemy sobie, jaka jest naprawdę ta akcja), ale ja tak. Co jest następnym dowodem na to, że tak naprawdę nie powinnam się brać za czytanie tej książki. Tylko nerwy sobie niepotrzebnie psuję.

Fabuła jest bardzo przewidywalna (czego zresztą się spodziewać po tym gatunku!) i chaotyczna, tak jakby Autorka spieszyła się napisaniem książki, czy też nie miała ochoty jej w ogóle pisać i ciągnęła wszystko na przymus, bo przecież nie można zostawić czytelników na lodzie z nieskończoną serią. Kiedy Vanessa przybywa do Winter Harbor, jej były ukochany chamsko ją ignoruje, co, bardzo dziwne moim skromnym zdaniem, bo już czterdzieści stron dalej całuje ją namiętnie jakby nigdy nic i nawet wsadza jej ręce pod koszulkę, co, przyznacie, jest już znakiem bardzo dużej zażyłości. Bardzo dużej. Chwyt z urwaniem akcji w połowie, w najciekawszym fragmencie, bardzo trudny szczególnie dla pisarza, delikatnie mówiąc, niebędącego jedną z najlepszych ryb literackiego oceanu, tutaj nie wyszedł zupełnie. Za duże przeskoczenie w czasie. Tak jakby, że posłużę się tolkienowskim porównaniem, rozpocząć trzecią część Władcy Pierścieni koronacją Aragorna. I jeszcze niedokładnie wyjaśnić, dlaczego ów facet, będący w drugiej części takim tam kolesiem ze złamanym mieczem, teraz siedzi na tronie w miejscu, którego, na dobitkę, wcześniej w książce nie było. To ja już wolę pachnące naiwnością, serialami i oczywistością zabiegi Dana Browna w Inferno, bo facet rozgrywa to mniej więcej wiarygodnie, bez takich niespodzianek. Zresztą też nie jest lepiej – można się zawsze przyczepić do beznadziejnej przewidywalności, bo w tym gatunku zawsze wszystko kończy się happy endem, nawet jeśli na końcu bohaterka godzi się z tym że musi zabijać ludzi i puszczać się na bokach, by choć trochę jeszcze pożyć (co samo w sobie, przyznacie, jest absurdalne i śmieszne. Autorkę za mocno poniosły fale jej niezwykłej wyobraźni). Jeśli chodzi o wątek kryminalny, pisarka, jak to w kryminałach bywa, próbuje nam podsunąć za podejrzanego kogoś, kto wcale podejrzany nie jest, ale, uprzedzam, nietrudno odgadnąć, kim jest czarny charakter i morderca, bo naszą Vanessę, jak zwykle, syrenie zmysły nie zawodzą. Już trudniej jest odgadnąć, dlaczego morderca robi to, co robi, ale nie przejmujmy się tym, bo sama pisarka nie wie, dlaczego (co do przesyłania zdjęć przyszłych ofiar mailem, nie oszukujmy się, to już było i nie dwa razy). Tak samo, jak w całej tej historii z Charlotte, która, pomijając oczywiście jej prawdziwie makabryczną śmierć, nie ma sensu. Niby jechała gdzieś, a została u córki do końca życia, później mówiła, że nie chce wyjeżdżać i wcale a wcale nie miała tego w planach. Już nie mówiąc o uzasadnieniu, dlaczego w pierwszej części Vanessa widziała zmarłą Justine, które, odnoszę dziwne wrażenie, zostało dodane w naprędce później, już w trzeciej części, kiedy coś takiego przyszło Autorce do głowy.

W celu ostudzenia emocji czytelników pisarka dodaje mające niby spinać wszystko i służyć za spokojny, romantyczny przerywnik mnóstwo scen (wciąż!) nieudanego seksu Simona i Vanessy, co, patrząc na ogół tego rodzaju literatury dla młodych ludzi, robi się, delikatnie mówiąc, nudne i powszednie. Chaosu dopełniają sylwetki rodziców Vanessy, których córeczka zawsze potrafi oszukać i którzy raczej, w miarę rozwoju fabuły, znikają z kart powieści. Już nie mówiąc o rybakach, pełniących funkcję zombi, przed którymi wszyscy bohaterowie, a szczególnie nasza zapierająca dech w piersiach syrena, uciekają. Brzydcy, niedobrzy rybacy!

Koniec jest nijaki, zakończenie jest otwarte, w pełnym znaczeniu tego słowa, tak, aby można było jeszcze powrócić do tej historii. W sumie mam wątpliwości, czy na trylogii się skończy, bo zapewnienie o tym, że wszystko będzie dobrze, że jakoś sobie poradzi, niczego nie kończy. Pożyjemy, zobaczymy, czy Autorka będzie miała tyle rozsądku i stwierdzi, że kontynuowanie tej historii raczej nie należy do najlepszych pomysłów. Są historie, które trzeba po prostu przestać pisać, zanim staną się kompletną katastrofą i ta jest właśnie jedną z nich. Bo Autorka musiałaby wtedy pisać o kolejnych bojach ze złymi syrenami i podbojach miłosnych Vanessy, na co raczej, delikatnie mówiąc, nie miałabym ochoty, a podboje miłosne są nudne i pełno jest ich w innych, niezwykle ciekawych książkach dla nastolatek, co już mi zdecydowanie wystarczy.

Z bohaterami też nie jest lepiej, wręcz przeciwnie – wybaczcie, znów będę się czepiać wielu rzeczy. Vanessa robi się jeszcze bardziej nierozsądna, głupia i to, co wyrabia z facetami, niemal wywołuje u mnie mdłości, że tak brzydko powiem. No bo w łazience. W barze. Z ledwo co poznanym chłopakiem. Wiem, że to jest jedno z uroków bycia syreną w wyobraźni Autorki, ale jak można tak... się szmacić? Za przeproszeniem oczywiście, ale czasami nie mam siły nie być istotą wredną i bezpośrednią. Przecież, myśląc logicznie, za jakiś czas nasza syrena dostanie obsesji na punkcie młodego wyglądu i zamieni się w potwora godnego Zarze, którą zarówno czytelnicy, jak i ona sama, mieli nieprzyjemność poznać w pierwszym tomie opowieści o syrenach (żeby było trudniej, Vanessa nie może czerpać energii życiowej z Caleba, bo on zakochał się w dziewczynie jeszcze przed tym, jak stała się syreną). Gdyby w jakiś sposób się nasza syrena zabiła, sądząc, że takie życie nie ma sensu, byłoby to już lepsze rozwiązanie – przynajmniej dla mnie. W każdym razie, poza tym robi mnóstwo nieprzemyślanych, głupich rzeczy, bezmyślnie i radośnie sprawiając, że na jej piękną główkę zwalają się problemy i różne oskarżenia, a później dziwi się, dlaczego tak jest. Zresztą i tak większość czasu spędza na myśleniu o swoim ukochanym Simonie, najpierw na tym dlaczego, och i ach, nie chce jej, a później jaki on jest przystojny i tak dalej. Simon w tej kwestii też nie jest lepszy – to jeden z tych facetów, którzy zapominają o całym bożym świecie, myśląc tylko o swojej jedynej i robią maślane oczy na każde o niej wspomnienie, a najważniejszą, jak się zdaje, sprawą jest, żeby nie być wulgarną ani zbyt metaforyczną, moment czystej przyjemności kopulowania... Nie. Stop. Z wiekiem i z recenzjami robię się coraz bardziej wulgarna. Powiem ładniej: uprawiania miłości. W każdym razie nie lubię takich facetów, nie mówiąc już o tym, że w chwili zakochania się w Vanessie, czy też wspólnych z nią scen, wszystkie indywidualne cechy bohatera zniknęły. Wyparowały jak kamfora. Dalej mamy Paige, która niestety, pełni tu rolę cienia naszej głównej bohaterki i tajemniczej Caroline, która zaczyna pracować w restauracji, ale zamiast być miłą, sympatyczną dziewczyną, jaką była w pierwszym tomie, jest bezmyślną, piszczącą syreną i pustą dziewczyną, a jej przyjaźń z Vanessą jest ukazana bardzo sztucznie i pretensjonalnie. Zresztą, jak to w tradycyjnych młodzieżówkach by, Paige zaczyna zerkać bokiem na Caleba i, ku mojemu niepomiernemu zdziwieniu, żałuję, że na tym się kończy, bo chętnie dowiedziałabym się, co dalej się z nimi stało. Chociaż szczerze mówiąc, po Calebie, domorosłym detektywie, nie widać tego, że rok temu był mocno sponiewierany przez wredną syrenę, a, tak na logikę, powinien mieć jakieś zranienia. To tak się łatwo nie zabliźnia, jak sobie to Autorka wyobraża, nie mówiąc o bliższej, hm, przyjaźni z syreną, jaką jest przecież Paige. W każdym razie i tak ów Caleb nie ma żadnych cech charakteru, po prostu jest kolejną papierową kukiełką, który mechanicznym głosem wygłasza podsunięte przez Autorkę kwestie, bez żadnych emocji ani innych rzeczy. Gdzieś w tle, niczym napełnione helem balony, pływają rodziciele Vanessy, cała trójka. Charlotte jest chyba najbardziej dojrzałą bohaterką, jaka kiedykolwiek wyszła spod pióra (a raczej klawiatury) pisarki i mimo że cała rzecz została niezbyt dobrze rozegrana, podziwiam biologiczną matkę naszej syreny za odwagę i poświęcenie – w przeciwieństwie do swojej córeczki, wolała umrzeć niż zabić jakiegoś człowieka. Ponadto, pomiędzy Vanessą a matką roztacza się subtelna aura takiego niezdecydowania, jakie na pewno jest między matką a córką, kiedy spotkają się pierwszy raz w życiu. To bardzo delikatne, trudne do napisania uczucie, ale to doskonale udało się Autorce. Jestem naprawdę miło zaskoczona, jednak tylko tym, bo biologiczny tato i matka Vanessy, którzy ją wychowują, są tylko naszkicowani. Pojawiają się, wbrew wszelkiej logice, tylko kilka razy, by, następnie znów wyparować w atmosferę i z kart książki. Nie można tu mówić nawet o żadnych cechach charakteru, bo te postacie są tylko cieniami. Cieniami cieni. I znów jest gorzej niż w pierwszej części. Znów uderzam moim pięknym, gładkim czołem o ścianę, albo klawiaturę mojego laptopa, nie mówiąc już o chęcią rzucenia książką w półkę, albo w jakiegoś krzykacza czy żartownisia z mojej kochanej klasy. Przynajmniej do czegoś się przyda ta powiastka, no bo co, powiedzcie mi, mam zrobić, kiedy postacie mają osobowość koników Pony albo gorzej? Żeby książka, według mnie, była ciekawa, niebanalna i wciągająca, postacie muszą być ludźmi, a nie tymi słynnymi robotami z warszawskiego Centrum Nauki Kopernik.

Książka ogólnie jest wymęczona. Liczne korekty przyniosły językowi powieści lekkość i płynność, to prawda, ale widać, że pisarce po prostu się nie chciało. Bohaterowie zachowują się tak, jakby stracili całą swoją osobowość, jakiej resztki jeszcze posiadali w pierwszym tomie. Fabuła ledwo się klei, a gdyby nie nijaki wątek kryminalny, w większej części po prostu byłoby to romansidło o syrence i jej ukochanym, biegających beztrosko po górach i... zresztą, nie ważne. W każdym razie coś w tym rodzaju. Może Autorka zrozumiała, że ów pomysł był w gruncie rzeczy nudny i pisała, żeby pisać, z tysiącem innych pomysłów na głowie? Tak czasem bywa. Wtedy jednak seria, zamiast z tomu na tom być coraz ciekawsza i dojrzalsza, staje się coraz bardziej nudna i nijaka. Powiedziałabym nawet, że mi szkoda, ale tak wcale nie jest – od początku jakoś nie czułam się przywiązana do akurat tych książek o syrenach, więc nie jestem rozczarowana. Taki świat, takie książki dla typowych nastolatków: po kilkunastu poważnych oparzeniach, nie spodziewam się już niczego dobrego. A ta książka Autorki, której samej odechciało się pisać tego gatunku, tylko jeszcze bardziej zniechęca mnie do tego gatunku i utwierdza w przekonaniu, że, w miarę upływania lat, nie moje klimaty. Więc dlaczego wciąż się tym zajmuję? No? Dlaczego?

Jak widzicie, wycieczka do odmętów morskich raczej się nie udała – syreny, które zobaczyliśmy, nie były, moim zdaniem, waszej kochanej, wrednej przewodniczki, ciekawe. Czy było warto? Moim zdaniem nie – są ciekawsze, morskie światy, które warto zwiedzić i przeżyć tam niejedną ciekawą przygodę. Ale może i tak będziecie chcieli jeszcze raz przeżyć tę przygodę, proszę bardzo. Szczególnie gdy prawy, wierny swoim zasadom humanista z powołania (tak jak ja) siedzi na lekcji fizyki i rozumie cztery słowa na krzyż i nie wie, co robić. Wtedy już nawet srebrnookie syreny bez charakteru wabią swoim śpiewem. No i na chemii i nieszczęsnej, szczerze znienawidzonej matematyce, na której naprawdę nie wiem, co z sobą robić, kiedy już nawet dno i wodorosty z pływającymi, bladymi syrenami są lepsze od literek, cyferek, wzorów, wykresów i innych tego typu niezwykle interesujących rzeczy. Bo to zawsze, jakby nie patrzeć, świat inny od szkolnej, nudnej rzeczywistości, prawda?

Tytuł: „Mroczna Toń”
Autor: Tricia Rayburn
Moja ocena: 1,5/10 

piątek, 26 września 2014

Wiktoriański mhrok. Recenzja książki

Co robi mól książkowy? Czyta. A co robi, czytając? Marzy. Tworzy w swojej głowie lepsze i gorsze światy, w których rozgrywa się lepsza lub gorsza historia, opisana w przez Autora jakiejś tam książce. A co robię po przeczytaniu jakiejś książki, gdy, oczywiście, spodoba mi się? Ano wymyślam, co staje się z bohaterami, albo ze światem z książki. Zresztą nie tylko ja, spójrzcie na ilość rozmaitych autorskich historii różnych ludzi, zwanych z angielska fanfickami? Wystarczy spojrzeć na stronę wattpad.com albo na, także polską, blogosferę. Nie mówiąc już o ludziach, którzy piszą historię o tym, że ich idol zakochuje się w dziewczynie, którą, jak przypuszczamy, jest autorka danej opowieści. No, niekoniecznie. Ale często tak jest. Opowieści wiele mówią o autorze. W każdym razie, szczególnie nastolatki, ale nie tylko, uważają, że opowieści i marzenia nie są niebezpieczne, co, oczywiście, jest nieprawdą. Pani od biologii powiedziała, że wszystko w gigantycznych ilościach jest niebezpieczne, choćby dlatego, że po jakimś czasie wszystkim, albo przynajmniej większości, molom książkowym wysiadają oczy, nie mówiąc o ignorowaniu tak oczywistych i nieprzyjemnych obowiązków jak szkoła czy praca. Ale... co, kiedy marzenia stają się prawdą? I kiedy decydujesz się dla marzeń poświęcić swoje życie? Zobaczmy.

Powieść zaczyna się potężnym cytatem z Pani z Shalott Tennysona , co, ponieważ uwielbiam ten wiersz, zdecydowało, że wypożyczyłam właśnie tę książkę. Miałam nadzieję, że będą tu jakieś nawiązania do tej pięknej i smutnej historii, ale gdzie tam – fakt, że w bohaterki rozmawiają o tym wierszu, ale w kontekście bardziej filozoficzno-feministycznym niż w kontekście jakiś wydarzeń w powieści. Pierwsze i największe rozczarowanie. Bo, szczerze mówiąc, nie oczekiwałam po tej książce nie wiadomo czego (ale, jak zwykle w takich przypadkach bywa, i tak się mocno rozczarowałam) . Ale rozczarowanie związane z tym pięknym cytatem naprawdę mnie dotknęło. Ile razy mam łamać ręce nad pisarzami, którzy do swoich powieści dołączają piękne cytaty, żeby po prostu było, bo tak jest fajnie?! Już nie mówiąc, że w drugiej części (sprawdziłam) na początku jest obszerny fragment Kruka Poego. Już lepiej nie komentuję.

Gemma Doyle mieszka z mamą i ojcem w Indiach, a ponieważ akcja dzieje się w czasach, kiedy Indie są kolonią angielską, Gemma (niczym bohaterki Małej księżniczki i Tajemniczego ogrodu, które tak bardzo lubiłam, kiedy byłam mała) jest angielską damą i córką plantatora. Życie ma, dzięki temu, wcale niezłe, ale, mimo tego, wciąż chce wyjechać do Londynu i to marzenie się, niestety, spełnia. Niestety, bo w tym samym czasie kiedy źle wychowana dziewczyna ucieka mamie niczym rozkapryszone dziecko, kobieta zostaje zabita. A właściwie sama popełnia samobójstwo, w każdym razie nieważne. Gemma trafia do szpanerskiej pensji dla panien, Spence, owianej, jak już się domyślamy, mroczną tajemnicą z jednym spalonym skrzydłem i w dodatku z nawiedzonymi cyganami wokół. W tym samym czasie Gemma odkrywa, że widzi jakąś małą dziewczynkę i jakiegoś potwora zwanego Kirke (jak ta wiedźma z Odysei Homera), a wokół niej kręci się jakiś przystojny chłopak. Dziewczyna szybko zyskuje grono koleżanek i razem postanawiają założyć zakon, a ona, Gemma, znajduje wejście do Międzyświata – pięknej, ale zamkniętej krainy, gdzie spełniają się marzenia. Tam rozgrywa się walka ze złem, ale i jedna z przyjaciółek Gemmy oddaje swoje młode życie za marzenia o prawdziwej miłości (to mi się najbardziej spodobało). Pierwszy tom trylogii kończy się, oczywiście, w takim miejscu, że wszyscy, których zaciekawiła ta powieść, będą ciekawi, co będzie dalej.

Przedstawianie epoki wiktoriańskiej, o eleganckich szkołach z internatem dla dziewcząt nie wspominając, nie jest czymś oryginalnym, wręcz przeciwnie. W wielu, przyznajmy, takich powieściach pojawia się także mroczna magia, buntownicza dziewczyna, a jak już nie, to tajemnicza porywająca ludzi skała. Wątek indyjski nie jest także niczym nowym, o Międzyświatach, Summerlandach i innych takich rzeczach nie wspominając. Miło było jednak przenieść się chociaż na chwilę do świata szeleszczących spódnic, gorsetów - składających się na stroje, których jestem wielką i oddaną fanką - dziwnego wychowania dziewcząt (chociaż w sumie nikt mądry nie wymyślił tego, że blondynki mają się uczyć robotyki, rysunku technicznego, zaawansowanej fizyki, stron świata i innych cudów), zwyczajów, a także niektórych elementów tego, w co wtedy ludzie wierzyli, odwiedzić jeszcze raz tamten świat, który, niestety, zginął pod nawałem popkultury. Jeszcze, kiedy wszystko jest owinięte delikatną mroczną mgiełką magii (na plus zaliczam, oczywiście, genialny moment ze zmarłym narzeczonym jednej z nauczycielek Gemmy) i posypany całkiem pomysłowymi rozwiązaniami fabularnymi oraz elementami zaskoczenia, smakuje na tyle dobrze, że można zjeść i nie dostanie się niestrawności. A to, jak zapewne przekonaliście się, czytając inne moje recenzje, wielki plus, jeśli chodzi o książki przeze mnie przeczytane.

Okładka jest bardzo ładna, chociaż niezbyt nawiązuje do tego, o czym jest książka. Prawie całą okładkę zajmuje dziewczyna w wiktoriańskim gorsecie, a właściwie jej tylna strona. Widać także fragment twarzy, z profilu, jednak większą część zajmują jej zasznurowane plecy. Bardzo ciekawe rozwiązanie, muszę przyznać (lecz nie bez cienia sarkazmu), wcześniej z czymś takim się nie spotkałam, chociaż dziwnie i niewygodnie jest patrzeć na plecy dziewczyny, a nie, jak jest o wiele lepiej i wygodniej, w jej oczy (czy wiecie, że to jest jeszcze odruch pochodzący z epoki, kiedy nasi biedni, odziani w skóry przodkowie krzesali ogień dwoma kamieniami, polowali na mamuty i malowali zwierzątka na ścianach jaskiń?) . Zresztą, w gruncie rzeczy, okładka nie jest specjalnie ozdobna ani elegancka, już o uchwyceniu epoki wiktoriańskiej nie mówiąc. Za to trochę przekombinowana i, przez to, bardzo nieciekawa. Chociaż element zaskoczenia był, bo zamiast dziewoi w zwiewnych szatkach mamy, proszę państwa, czyiś gorset!

Co do tytułu, to, chociaż z niechęcią (bo lubię przyczepiać się do tytułów), przyznaję, że jest dobrze dobrany i nieoczywisty. Dopiero po przeczytaniu powieści można dowiedzieć się, czego dotyczy. Z drugiej strony jest bardzo sztampowy, bo, wybaczcie, nawet najstraszniejsza rzecz, nazwana mrocznym sekretem dla mnie przestaje być w połowie straszna. Co to daje tytuł! Wystarczy spojrzeć i już się wie, że to gotycka, wiktoriańska opowiastka dla nastolatek. Czy naprawdę wszystkie sekrety muszą być mroczne? A nie mogą być po prostu straszne?

Język był dość przeciętny i nieodbiegający od paranormalnych norm (nawet narracja pierwszoosobowa była!) chociaż siłą rzeczy Autorka używała więcej niż inne podobne jej pisarki słów i szybko, wręcz ekspresowo się czytało. Czasami zdarzają się także ciekawe, nawet barwne opisy i dobrze rozpisane sceny, jak umieszczona gdzieś na początku, bardzo mroczna i zajmująca scena w kaplicy, czy wszystkie sekwencje z małą dziewczynką, Międzyświatem, runami i owym mrocznym lasem, który, muszę przyznać, bardzo mnie zafascynował (uwaga, kolejna moja mroczna fascynacja, zaczynam się siebie naprawdę bać). Styl pisarki jest prosty i nawet płynny, dzięki czemu czyta się lekko i szybko, nawet nieco oryginalny i barwny, czyta się więc bardzo miło i w dodatku odwraca to nawet uwagę od irytujących bohaterów, czasami psującej się fabuły i innych, mniej istotnych szczególików. Opisy, jakie wychodzą spod pióra pisarki, nie odstraszają swoją objętością miłośników akcji, ani też nie są zbyt wyszukane,pełne metafor. Jednak nawet są plastyczne, dzięki czemu można było wszystko sobie wyobrazić w tylu kolorach, by wszystko wydawało się wiarygodne i mało sztuczne. Czasami jednak zalatywało smrodem plastiku i nieautentyczności, jak w denerwującej scenie z ożywionymi rzeźbami z jednej z sal, czy tam, gdzie, podobno, miało być prawdziwie mroczno, a było wręcz przeciwnie, nie wspominając o nudnym opisie ponoć pięknego Międzyświata i zupełnie pozbawionym egzotyki opisie Indii, nie wspominając już o tych wszystkich opisach miłości Gemmy i owego tajemniczego (a jakże!) chłopaczka, o której aktach dziewczyna śni po nocach, w dzień wystawiając swojemu adoratorowi środkowy palec i robiąc dokładnie to, czego on sobie nie życzył. Wątek miłosny jak z klasycznych baśni, czyż nie?

Bohaterowie, a raczej bohaterki, nie są istotkami dość oryginalnymi, ale zawsze znajdę coś, do czego warto się przyczepić. Jak choćby to, że Gemma i Ann wyprzedziły swoją epokę, tfu, co ja mówię! One wszystkie wyprzedziły swoją epokę. Wydaje mi się, że w tamtych czasach mało było buntowniczek, a większość dam po prostu akceptowało ów porządek, bo tak zostały wychowane. Dziewczęta również, z zasady, były bardzo wyćwiczone i zahukane, tak więc nie miały nawet śmiałości pomyśleć o tym, żeby się zbuntować, a nauczycielki w słynnych pensji dla panienek dziesięć razy gorsze niż te, które uczyły Gemmę. Istnienie takich dziewcząt w tej epoce jest po prostu błędem rzeczowym, przynajmniej dla mnie. Wspaniałomyślnie jednak przebaczmy to Autorce, bo – rozumiem – przedobrzyła przy tworzeniu, jak jej się wydawało, silnych bohaterek kobiecych. I tak jej się nie udało. Gemmy nie da się lubić, jest płaska i głupia, a także zachowuje się jak dziecko, co jest szczególnie widoczne przy tej scenie w Indiach, kiedy ta szesnastoletnia pannica ucieka z targu, płacząc jak małe, rozwydrzone dziecko tylko dlatego, że mama, z niewyjaśnionych przyczyn, nie pozwala jej pojechać do Londynu. Żeby było zabawniej, powiem, że w dodatku zgubiła się w Bombaju czy gdzieś, tupała nóżką i tak dalej. W akademii potrafiła, w ostatecznym rozrachunku, pokonać nawet szkolne zołzy i wkupić się w ich łaski. Właśnie. Szkolne zołzy. Felicyty, główny herszt, jest postacią bardzo niedopracowaną. Z jednej strony wredna, zła, lekkomyślna dziewczyna z ciągotami do mrocznych stron mocy, z drugiej strony biedna, cierpiąca dziewczyna (dodajmy, z powodu swojej rodziny) i świetna przyjaciółka. W dodatku w żadnej z tych ról na tyle przekonująca, żebym powiedziała, że po prostu była złożoną osobowością, a nie jakąś dziewczyną z zaburzeniami osobowości. Bo nawet to szybkie i szczere przeprosiny Gemmy i zostanie jej przyjaciółką po tym, jak ta odkryła jej sekret, wydają się dziwne. Myślę, że Autorka chciała ukazać złożoną postać, co, widocznie, jej się nie udało.

Ciekawszą postacią jest Pippa (tak, tak, właśnie się nazywała). To naprawdę udana postać – ani dobra, ani zła, z zaletami i wadami, z ciekawą historią i ludzkimi problemami, a nawet chorobą – padaczką. Jej los jest najgorszy, nie tylko dlatego, że ginie, ale także dlatego, że jej życie nie jest, delikatnie mówiąc, kolorowe, nawet jak na taką wielką damę i niektóre z ostatnich wydarzeń w jej życiu naprawdę ścinają lodem krew w żyłach. Pippa, w wyniku tego wszystkiego, postanawia nie wracać do świata żywych i decyduje się żyć, w marzeniu. Może jestem durna (a na pewno jestem), ale też jej tego nieco zazdroszczę. Gemma, Felicyty i Ann, które pozostały, by walczyć, jak, mam nadzieję, poprawie to zinterpretowałam, uznały, że to haniebne poddanie się, ale myślę, że dla dziewczyny nie było już wyjścia. A jej historia miała naprawdę piękny, jak na mnie, koniec, który już na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Fabuła jest dość przewidywalna, no, może z jednym wyjątkiem, to historia Pippy i kilka innych rzeczy, które mają szansę zaskoczyć. Z dwoma wyjątkami, przepraszam, co oznacza, że nie jest jeszcze tak źle, jak mogłoby być. Czasami jednak język pisarki sprawia, że sceny wydają się chaotyczne, nijakie, pozbawione mroku i jakiegokolwiek nastroju, czytelnik nie wie się nawet, co się dzieje. Cały wątek przyjaźni Gemmy z Felicyty i dziewczynami z jej paczki wydaje się dość naciągany, od początku do końca, już nie mówiąc o dziwnym sekrecie Ann (dobra, powiem wam, że się okaleczała i mam wątpliwości, czy w tamtych czasach było to powszechne jak teraz i czy biedaczka wpadłaby na taki pomysł, nie mówiąc już o tym, że po prostu nie ma sensu ciąć się z braku koleżanek) w Czytanie pamiętnika Mary Dowd też nie jest świeże, bo, prawdę mówiąc, w co drugiej powieści zakrawającej na mroczną jest pamiętnik jakiegoś umarlaka, w którym kryją się jakieś wskazówki, już nie mówiąc o dziwnej wizji Gemmy na samym początku i pędzącym na złamanie karku wątku indyjskim, jakby Autorka jak najszybciej chciała się z nim rozstać. Czasami nawet łamie się albo miesza węzeł przyczynowo-skutkowy, pojawia się tak zwany deux ex machina, czyli coś w rodzaju właściwej osoby we właściwym miejscu, a innym razem wszystko staje się bardzo sztampowe (patrz: wszystkie sceny, kiedy dziewczyny zachowują się jak naćpane mocą, co niebezpiecznie pokazuje całą ich, niestety, pustotę) cukierkowe, albo nielogiczne. Często książka zwyczajnie nudzi i denerwuje, a wiele scen było niepotrzebnych, albo takich derywujących i dziwnych (oczywiście w negatywnym tego słowa znaczeniu) że aż ciężko było przez to wszystko przebrnąć. Trzeba jednak pochwalić Autorkę, że na tyle jej warsztat jest wyrobiony, że postacie nie wychodzą godzinami z pokoju, ani też nie otwierają drzwi przez pół akapitu. Akcja wciąż idzie do przodu, nie zatrzymują się nawet na łzawe rozmyślania bohaterek, co jest charakterystyczne dla wielu podobnych powieści. Więc jest trochę lepiej niż zazwyczaj. Co za ulga.

Kolejnym z wielu moich argumentów dla tezy, że warto czytać książki, o których już z góry wiemy, że będą złe, albo przeciętne jest to, że nie wiemy, gdzie znajdziemy perełkę. Bo warto grzebać nawet w zwykłym, już nudnym piasku i wodorostach, by znaleźć jakiś cenny bursztyn. No dobra, przesadziłam. Może coś w rodzaju pięknej, sztucznej biżuterii – historię, która zachwyci i zostanie na zawsze przy mnie. Bo jeśli wszystko, co przeciętne i nudne w tej historii – czyli, jak prawie zawsze, większość – sobie pójdzie w niepamięć, albo pomyli się tysiącami podobnych przeczytanych przeze mnie opowieści, wątek Pippy zostanie, chyba dlatego, że jestem wrażliwa na śmierć innych, a zresztą to magiczna, ciekawa historia. Inna niż te, które poznałam dotychczas. Taka jak wiktoriański gorset w mojej szafie pełniej skórzanych kurtek, sportowych toreb i dżinsów.

Jednak większość książki, nie oszukujmy się, nie jest jakaś wybitna, wręcz przeciwnie. Jest przeciętnie, chociaż czasami wydaje się bardziej inteligentnie niż w tworach zmierzchopodobnych. W każdym razie chociaż czasami jest nawet ciekawie, na pewno nie jest tak mrocznie, jak obiecywały recenzje na tyle okładki i jak wydaje się Autorce, tylko bardzo mhrocznie. Co oznacza, że według mnie jest tak gotycko, jak w wiktoriańskiej alkowie w czasie nocy poślubnej. Czyli, jak każdy uświadomiony człowiek się domyśla, w ogóle.

Tytuł: „Mroczny Sekret”
Autor: Libba Bray
Moja ocena: 4,5/10