Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paranormal romance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paranormal romance. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

Kolejna wersja. Recenzja książki



Pamiętam czytany kilka lat temu esej Michała Głowińskiego, umieszczony w którymś z podręczników do języka polskiego, który mówił o wieloznaczności interpretacji mitycznej historii o Prometeuszu – tam, gdzie jedni widzieli bohatera i buntownika, inni dostrzegali wręcz demona, anty-boga, istotę niszczącą harmonię świata i boskie plany. Staff napisał zresztą ciekawy i cokolwiek śmieszny wiersz, będący raczej literacką igraszką niż poważnym projektem, ale doskonale pokazujący, że mitem można zrobić dosłownie wszystko – w owym wierszu Prometeusz to sentymentalny i próżny (!) młodzieniec, a Zeus jest humorzastym i kapryśnym władcą. Z początku byłam zaskoczona, ale później, badając choćby kulturę popularną czy oficjalną, zwaną postmodernistyczną, natknęłam się na wiele innych, równie ciekawych deformacji i wątków zapożyczanych z klasycznego kanonu, twórczo jednak przerabianych. I nie wspominam tu o tak oczywistych – szczególnie dla młodzieży – przykładach jak na przykład twórczość Ricka Riodiana (nie czytałam serii o Percym, ale moja młodsza kuzynka żywo interesuje się zarówno książkami jak i filmami, więc z grubsza wiem, o co biega). Choćby taki Ulisses Jamesa Joyce’a, co zresztą sugeruje sam tytuł. O obrazach nie wspominam, jak również o filmach, które czasami nie dotyczą mitologii samej w sobie, ale dla podniesienia atrakcyjności twórcy decydują się na wplecienie podobnych wątków. Wspomnieć tu należy choćby słynnych 300, w których oprócz latających ludzkich głów pojawiało się wiele nagich męskich postaci, w dodatku świetnie umięśnionych, dzięki czemu – trudno się dziwić – opowieścią tą zainteresowały się także panie, przez co zgubiły gdzieś po drodze prawdziwą wymowę filmów i los bohaterskich obrońców Termopile. Ale to nieistotne, bo produkcja była bezceremonialne komercyjna i właściwie na taki zachwyt nastawiona. Gorzej, kiedy to i niesłabnąca popularność mitologii w młodzieżowym ujęciu zainspirowały kogoś do napisania własnej historii. I jeszcze pokazania jej całemu światu. 

Wbrew pozorom, nie chcę szufladkować. Ani wmawiać, że ochota na pisanie książki jest zła. Ale ostatecznie ile na rynku może być paranormal romance? W czasie popularności tego gatunku literackiego pisarze z całego świata zdążyli wyprodukować całą masę historii, wykorzystując wszystkie wątki i schematy, jakie tylko mogą zostać użyte w tego typu literaturze. A nawet więcej. Nie narzekałabym, wręcz przeciwnie, bo z założenia większość powieści w danym gatunku (oczywiście jeśli rozpatrujemy paranormal romance w kategoriach gatunku literackiego, do czego mam duże wątpliwości) wnosi coś do niego, wzbogaca go o coś nowego, wyznacza dalsze cele, trendy i drogę, jaką podąża, co jest jednym z wyznacznikiem po prostu dobrej książki czy arcydzieła. I tak od opowiadań Poego doszliśmy do subtelnych, mrocznych kryminałów psychologicznych (jeśli takowe w ogóle istnieją), a w powieściach historycznych od przygody Scotta, Dumasa czy Sienkiewicza przeszliśmy do zadziwiających perspektyw, silnej psychologizacji postaci i ciekawych, różnorakich eksperymentów z historyczną materią. A jeśli chodzi o paranormal romance? Teraz już są inne trendy, moda na przystojne wampiry i anioły właściwie powoli zanika, bo też nikt nie potrafił wymyślić czegoś ciekawego, a czytelnik nudzi się kolejną podobną historią. A może nie. Takie klasyczne harlequiny w charakterystycznych okładkach – od dziesiątek lat opowiadają o tym samym, a niektórym wciąż się nie znudziło. Pewnie do podobnego wniosku doszła Autorka tej książki, kiedy skończyła oglądać 300 i odkryła Amerykę, postanawiając, że napisze powieść dla młodzieży z mitologią, niezwykle nowatorsko umieszczając akcję w szkole. Nie możecie uwierzyć, że ktoś wpadł na taki genialny pomysł? Ja też. Tego nawet nie przewidział wróżbita Maciej, a tym bardziej ja. Jak widzicie więc, pozycja owa musi być nadzwyczajnie dobra. Bo grunt to pomysł, prawda? 

Główną bohaterką książki została więc Gwen Frost. Gwen uczy się w Akademii Mitu, gdzie uczą się potomkowie stworzeń z mitologii greckiej (w tym również Spartan; co za głupi pomysł). Dziewczyna jednak nie ma przyjaciół, bo jest inna od swoich rówieśników. Ubiera się oryginalnie i nie u sławnych projektantów, czyta komiksy, a wielu z uczniów nie może zrozumieć, dlaczego w ogóle takie dziwadło, zupełnie nieporadne i bez żadnych widocznych magicznych mocy, uczy się właśnie w tej szkole. Gwen jednak niezbyt przejmuje się swoimi rówieśnikami, ma bowiem wiele innych zmartwień – wciąż męczy ją nieciekawa przeszłość i tajemnicza śmierć matki. I dar: niezwykły, niebezpieczny i męczący, który dziewczyna musi trzymać w tajemnicy i który w pewien sposób mamy zasygnalizowany już na okładce. Ten dar, jak się niedługo przekona, przyda jej się bardzo, bo odkrywa, że za barwną fasadą szkoły kryje się coś więcej – powiew niebezpieczeństwa i grozy, zawsze odczuwany przez uczniów Akademii, teraz zaczyna przybierać realne, straszliwe kształty. I ten Longan… Młody, umięśniony Spartanin, który z jakichś powodów zaczyna wracać uwagę na naszą Cygankę, dotąd zakochaną w nim nieodwołalnie i bardzo beznadziejnie. 

Wiecie co? Jedyną w miarę dobrą rzeczą w tej książce jest jej okładka, chociaż brokatu nie znoszę w żadnej formie, szczególnie na ustach i paznokciach (próbuję nie myśleć o najnowszym teledysku Miley Cyrus; w sumie nic dziwnego, że mój wstręt do świecących brokatowo elementów, wynikający z ewidentnej kiczowatości tegoż, zamienił się niemal w fobię, graniczącą ze wstrętem). A pazury dziewczyna na okładce ma niezwykle długie, w dodatku niebiesko-różowe, jakieś takie nieeleganckie, przynajmniej po mojemu. Żeby było lepiej je widać, jedną ręką zakrywa oko, a drugą trzyma na policzku, tuż obok lewego oka, pomalowanego na niewątpliwie śliczny i krzykliwy niebieski, pasujący do niezwykłego, równie niebieskiego odcieniu jej źrenic. No i te brokatowe usta. Pomińmy to lepiej milczeniem, nie chcę być już bardziej złośliwa. Poniżej rozpościera się jakaś żółta tkanina (?), coś co miało zapewne owijać twarz w dziewczyny w ten zmysłowy sposób znany z reklam Prewolla i innych środków piorących. Zresztą to nawet nie wygląda jak jedwab, bardziej przypomina mi chustę… Cygańską chustę? Tak, to brzmi bardzo możliwie. I, przede wszystkim, bardzo sensownie. Jednak, cokolwiek złego by nie powiedzieć, trzeba przyznać, że kolory na okładkę zostały dobrane na tyle starannie, że chociaż brokatu jest za dużo, na ilustrację patrzy się bardzo miło i bez większych estetycznych dysonansów, po prostu jak na kolejną poprawnie wydaną powieść dla młodzieży. Przynajmniej dopóki nie będziemy chcieli przeczytać nazwisko Autorki – można nieźle się namęczyć i naszukać, zanim odnajdziemy to na boku, w zupełnie niepraktycznym miejscu. Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo się zezłościłam. Może przez to, czytając książkę, widziałam jej wady tak nieznośnie wyostrzone? 

Podejrzewam jednak, że nawet gdyby okładka była introligatorskim cudeńkiem, idealnie wpasowującym się w moje poczucie estetyczne i gust, przez większą część książki zgrzytałabym zęby z bólu tudzież uderzała głową o ścianę i oprawa tej książki nie ma tu nic do rzeczy; gdyby była ładniejsza czy bardziej obiecująca, moje rozczarowanie byłoby zapewne większe i boleśniejsze, więc chyba dobrze, że tak się stało. W każdym razie, zagłębiając się w lekturze, przez większość część byłam skonsternowana. Tym gorzej, że zaczęłam się bać, czy to moja inteligencja spadła do zera, czy Autorka przeniosła zasady sztuki dadaistycznej do prozy młodzieżowej (to, mówiąc nawiasem, byłby nawet ciekawy eksperyment). Z każdą kolejną stroną jednak rozumiałam coraz lepiej, że nie potrzebuję pomocy medycznej, ani też nie jest to eksperyment. Chociaż, mimo że nieświadomie, pisarka badała moją wytrzymałość na czytanie bezsensu. Moją cierpliwość na książki, które udają tylko, że wypełnia je jakaś fabuła, a w rzeczywistości są o niczym. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko powieściom bez fabuły, bo to przecież domena mistrzów i prawdziwych artystów, ale książki, które udają, są po prostu fałszywe, kłamią. Przynajmniej tak ja to odbieram. To tak samo jak z ludźmi – nie odbierajcie tego personalnie, broń Boże – którzy udają, że mają mózg, ale tak naprawdę mają tam puch, albo, co gorsze, powietrze. A dlaczego ośmielam się krytykować w ten sposób tę powieść? Przez połowę książki, na kolejnych stronach, czytamy o tym, dlaczego Gwen jest inna od reszty uczniów; dlaczego Gwen nienawidzi swojego daru (tu pisarka serwuje dość rozbudowane retrospekcje, będące chyba najciekawszymi, bo zupełnie innymi partiami książki); czytamy o babci Gwen, o wrednych koleżankach Gwen ze szkoły i – sprawa przecież najważniejsza – dlaczegóż ów Spartanin jest taki sexy. Zainteresowanym, żeby nie musieli zaglądać do książki, wyjaśnię, że najpiękniejsze w nim są jego bicepsy i kaloryfer, niczym te, które mieli Spartanie w 300. A więc sprawa wyjaśniona. Dopiero na końcu książki zaczyna się coś dziać, akcja nabiera tempa, a wydarzenia stają się coraz bardziej mroczne i straszne; mniej wyrobieni czytelnicy z pewnością poczują ciarki wzdłuż kręgosłupa ze strachu, a może nawet nie będą mogli spać, marząc o tym, żeby posąg Ateny czy też bogini zwycięstwa Nike (albo jak kto chce – mroczny bóg Loki), ożył, naznaczając właśnie ich na wybranych. Problem tkwi jednak w tym, że wszystko zostało nakreślone bardzo infantylnie i zupełnie nieprawdopodobnie. Nieautentycznie. Sztucznie. Sam  pomysł był zresztą bardzo wadliwy; Autorka nie potrafiła sprawić, by czytelnik chociaż na chwilę poczuł, że coś takiego mogło się zdarzyć, że emocje i wydarzenia zawarte w fabule są prawdziwe, intensywne, takie, które i czytelnik może poczuć, zrozumieć. Infantylizm jest skutkiem niedostatecznie rozbudowanych wydarzeń i rozwiązań fabularnych, może i zabawnych (chociażby ten gadający miecz o znaczącym imieniu Wiktor), które jednak stanowią dziwny, niedorzeczny i jaskrawy kontrast do mrocznych ofiar dla uwięzionego boga Lokiego i całej tej części mitologii, którą Autorka stworzyła do uzupełnienia powieściowego świata, dołączając go do kanonów; razem wygląda to boleśnie kiczowato i po prostu źle. Utrudnia to nie tylko ogarnięcie całości, z czego połowy nie chce się po prostu uznać za historię snutą całkowicie na poważnie. Zresztą, nawet ciekawa akcja i kreatywne pomysły nie uratowałoby czegoś, co jest napisane przez osobę zupełnie nie potrafiącą precyzyjnie i konsekwentnie prowadzić akcji, tak, by pisanina miała sens. Jakikolwiek, nawet durny jak uwagi owego miecza, Wiktora (i jego jedno oko, kojarzące się mojemu zniszczonemu mózgowi z horrorami SF czy thrillerami o bombie atomowej). To zawsze lepsze niż wzdychanie do czyichś mięśni. 

Język powieści jest prosty, a raczej niezwykle prosty. Nieprawdą byłoby powiedzieć, że pisarka ma problem z budową zdania złożonego, ale ciężko z czystym sumieniem stwierdzić, że powieść jest napisana w sposób, w jaki powinno być to zrobione; to znaczy tak, by nie tylko czytało się szybko, ale i z przyjemnością obcowania z dobrą literaturą. Oczywiście, nie wymagam tego od książek dla zwykłej młodzieży, ale za prosto, niemal topornie zbudowanymi zdaniami, kryje się ogromna, niewypełniona przestrzeń. I to mnie boli. Nawet jeśli lektura jest prosta i lekka w odbiorze, nawet jeśli można ją przeczytać w jeden dzień. Nie ma tu zabiegów literackich, nie ma ciekawych, mięsistych zdań, zaskakujących konstrukcji; pisarka z ledwością radzi sobie z takimi podstawowymi sprawami jak opisanie jakiejś szybszej akcji, jak to, co dzieje się na końcu. Ba! Wspominałam już o tym, że ma trudności z ciągnięciem jakiejś akcji, podtrzymywaniem czytelnika w napięciu. O raczeniu czytelnika dialogami wypełnionymi przez suchary i lichy, przewidywalny sarkazm już nie mówię. Nawet nie dodam też, że brzmi to tak, jakby całość recytowały roboty, najobojętniejszym ze swoich metalicznych głosów i oczywistej infantylności niektórych fraz, całych wydarzeń i niektórych opisów, które w założeniu Autorki miały być chyba śmieszne (ha, ha, ha). Skąd ona to skopiowała? Z różowych książeczek o wróżkach dla dziewczynek? Nie, nie mogła, bo zaraz otrzymujemy jeśli nie pełen podtekstów to baraniego zachwytu opis kaloryfera wybranka naszej Gwen, tak bardzo pretensjonalnego, że tylko trzymany w ręku kubek kakao powstrzymał mnie od uszkodzenia tego, co zostało z moich szarych komórek i ataku spazmatycznego śmiechu. Oh, piękny Spartaninie! Będziesz pokazywał swoje mięśnie złemu bogowi Lokiemu jak Leonidas pod Termopile? Najśmieszniejsze jest to, że nie udało się Autorce napisać tego wszystkiego tak, żebym poczuła chociaż cień jakiegokolwiek uczucia do bohatera, a tym bardziej jakoś odmalowała sobie go w wyobraźni. I nie zmiękczę swojej krytyki, wiedząc, że pisarka jest debiutantką. Znam wielu debiutantów, którzy piszą sto razy lepiej niż ja w swoim piątym życiu. O Autorce – taktownie – już nic, absolutnie nic, nie mówiąc. Wbrew pozorom nie jestem taka zła jak pewna bohaterka powieści, Jasmine. 

Postaci, jak już wiele razy już wspominałam, są niezwykle puste i boleśnie schematycznie, łącznie z główną bohaterką. Gwen to typowa Mary Sue, tym razem w niezwykle ostatninio popularnym, hipsterskim wydaniu: nieładna, niepozorna, niekoniecznie lubiana, z pozoru bez żadnych specjalnych zdolności, niezbyt bogata i przeciętna, a w dodatku lubi komiksy o superbohaterach Marvela, nie mówiąc już o byciu kujonem i posiadaniu średniej 5,0 (przyznam jednak, że gdyby w normalnych szkołach było tyle przedmiotów, ile Gwen wymienia w dodatku do książki, moja średnia, nie chwaląc się, byłaby z pewnością o wiele wyższa). Tak jak każda Mary Sue, Gwen zostaje wybrana przez boginię Nike do zadania, które z pewnością jest przeznaczone dla mądrzejszych albo bardziej wysportowanych i sama właściwie nie wie dlaczego. I jeszcze ten piękny Spartanin – nawiasem trzeba dodać, że jest taki sam jak wielu chłopaków z paranormal romance, co znaczy, że myśli raczej mięśniami niż mózgiem, a w dodatku jest mdło idealny i ohydnie romantyczny bądź przypomina ucieleśnienie boga seksu, gotowego o każdej porze dnia i nocy – który zaczyna interesować się właśnie nią, mając wokół tyle piękniejszych, bardziej pociągających dziewczyn. Autorce nie udało się także podkreślić tego, co w Gwen było oryginalne, mogące stanowić o pewnej wartości jej postaci czy – ogólnie - powieści, a nawet sprawiać, że nakreślona przez pisarkę postać będzie ciekawsza, pełniejsza i pełna życia. W swoim byciu hipsterem i cyganką (bo nie mam wątpliwości, że Cyganie to stuprocentowi hipsterzy) panna Frost jest nudna i przewidywalna, a jej buntownicza natura tak bardzo właściwa dla tych Mary Sue, których twórcy próbowali wykreować je na szorstkie, jeszcze bardziej irytujące postacie. I dalej nic nie oryginalnego. A jeśli już, to oryginalność boleśnie udawana, wymuszona. I to nie dotyczy tylko niej i jej wybranka, tyle że jeśli chodzi o te dwie postacie, to Autorka udaje najbardziej i bezowocnie stara się zrobić z tego coś lepszego. Taka Daphne na przykład. Nosi się na różowo i jest zarozumiała, piękna i w ogóle. Wow. Wielkie zaskoczenie, jeśli chodzi o wybór cech charakteru tej postaci, tak przewidywalny, że równie dobrze mogłaby zastąpić ją inna bohaterką z tych powieści o szkolnych problemach nastolatków, które w czasach mojej niewinnej młodości były równie popularne, co teraz walczące z niesprawiedliwym systemem dziewczęta. Pewnie i każdy z was spotkał kiedyś taką osobę i zakładam, że nie są to najlepsze wspomnienia. Dlatego tak bardzo zirytował mnie fakt, że Daphne okazała się naprawdę dobrą osobą, razem ze swoimi różami. Cóż, w życiu różnie bywa, powiecie, ale tak naprawdę pisarka nie potrafiła pokazać Daphne tak, by można było o niej powiedzieć więcej, nad stwierdzenie, że jest to postać nieumiejętnie nakreślona, pozbawiona głębi, schematyczna i przede wszystkim nudna. Tak samo jak Jasmine – nudna, męcząca i niezwykle przewidywalna postać, która, w przeciwieństwie do pozostałych postaci, w tym również skrajnie babciowatej babci Gwen, jest niewykorzystaną szansą. Z tą całą swoją nienawiścią, mrokiem i pozostałymi sprawami, o których pisać nie mogę, bo byłby to ewidentny spoiler, mogłaby stać się osobą naprawdę wyrazistą i ciekawą, wprowadzającą do książki dużo pikanterii i czegoś niepokojącego, co może zakryłoby choć trochę ów infantylizm, o którym pisałam wyżej. Dzięki temu mogłoby być po prostu ciekawiej. Ale nie jest – Autorka zepsuła zupełnie wszystko, co mogłoby być w tej postaci dobre z czytelniczego punktu widzenia, serwując kolejną przerysowaną, mdłą i nijaką postać, jaka również zaniża i poziom książki, i innych bohaterów, wchodzących w skład owego panteonu o wątpliwej jakości, oczywiście nie licząc miecza Gwen, którego ciężko zaliczyć nie tylko do kategorii książkowych charakterów, ale i kiepskich żartów. Nie dziwcie się więc, że wciąż, jak refren, w mózgu przewija mi się owo przeczytane kiedyś zdanie – bodajże w Kubusiu Puchatku – o owych umysłach wypełnionych puchem. I o ile z łatwością powiedzieć to o żyjących, realnych ludziach (mówię to w uproszczeniu, bo prawdziwemu książkoholikowi trudno odróżnić fikcję od prawdy), to między innymi w tej książce Autorka zrobiła postacią wielką, niepowetowaną i niewybaczalną krzywdę. Najgorsze jest również to, że oni nie są tego świadomi. 

Nie wiem, jaka jest przyszłość gatunku paranormal romace. Może zaginie kiedyś, tak jak drzewa, które wycięto na papier. Jestem zdania, że miarą po prostu dobrej książki, czy nawet arcydzieła, jest to, ile lat ta książka będzie żyć w świadomości następnych pokoleń. I może ktoś odgrzebie tę czy inną pozycję, by dać do przeczytania swoim dzieciom – czego nie polecam – ale to już nie będzie to. I dobrze. Szczególnie, że może na świecie znajdzie się jeszcze kiedyś ktoś, kto obejrzy Starcie tytanów, Xeny, wojowniczej księżniczki i owych 300, a potem wpadnie na pomysł, żeby napisać książkę dla starszej młodzieży, opowie jednak historię zupełnie inaczej i zapoczątkuje coś, co będzie nowym gatunkiem literackim, dokonując to, czego ta pisarka nie potrafiła, dostarczając ludziom niekłamanej rozrywki. I to też będzie dobre. W końcu samą Autorkę tej powieści zdumiewa, ile różnorodnych wersji może mieć dana opowieść, nawet ta.

Tytuł: „Dotyk Gwen Frost”
Autor: Jennifer Estep
Moja ocena: 0,5/10

wtorek, 7 lipca 2015

Moja słodka zjawa. Recenzja książki



Nigdy w żaden sposób nie obchodziłam Halloween i nie tylko z powodu chodzenia po domach czy mieszkaniach, ale szczerze mówiąc, nie kręcą mnie maski czarownic, diabłów czy duchów, jakoś tak odległe od stylistyki Karnawału, z którą zawsze mi się kojarzyły. Zresztą, to, że uwielbiam mitologię celtycką nie oznacza, że mam naprawdę odprawiać obrzędy kojarzące się z ich świętem. Dla mnie dobrą zabawę w Halloween oznacza ciekawy, przeczytany horror. Staram się wtedy wyjść poza klasykę (Stephen King i Jack Ketchum) i poszukać czegoś nowego, inspirującego i maksymalnie strasznego – czasami po prostu zdrowo się trochę postraszyć i przy okazji poszerzyć swoje literackie horyzonty, sięgając po rzeczy, na które wcześniej nie miałabym albo czasu albo po prostu chęci. To taka moja mała tradycja Halloweenowa, może ukłon w kierunku samego święta, może po prostu fakt, że ponura, jesienna pogoda, ciemne noce i zbliżające się Zaduszki zachęcają do sięgnięcia po naprawdę mroczne rejony dark wave, metalu i muzyki gotyckiej jako soundtrack do prawdziwie strasznego horroru (przez co rozumiem horror a nie paranormal romance z dziewczyną, upadłymi aniołami czy wampirami). 

Jeśli chodzi o horror, jestem zatwardziałą konserwatystką. Duchy, klątwy, wampiry, diabły, opętania i inne rzeczy są dla mnie najbardziej ciekawe, mimo że często narzekam na schematyczność – w tych tematach można naprawdę wiele nowego napisać. Takie tematy wydają się też pewnym straszakiem, którego czasami potrzebuję: niezwykle kreatywny pomysł z Carrie bardzo mnie zainteresował, jednak nie przeraził, tak jak powinien to robić; duchy zaś, byty dość kontrowersyjne, niewątpliwie przerażające i bardzo fascynujące, sprawiają zwykle, że po kręgosłupie przechodzą ciarki, jednak człowiek chce jeszcze więcej. Tak było i tym razem – ledwo zobaczyłam okładkę i przeczytałam opis, już byłam pewna, że Halloween z przyjemnością spędzę w towarzystwie – chciałoby się powiedzieć – Krwawej Anny, której duch będzie prześlizgiwał się po ścianach mojego pokoju. Czy to był dobry wybór? 

Tezeusz Cassio Lowood jest łowcą duchów, zabijającym te problematyczne, szkodzące żywym zjawy. Ten niebezpiecznyy zawód odziedziczył po ojcu, który został zabity przez pewnego ducha, wciąż przebywającego na wolności i - jak obawia się matka Tezeusza – tropiącego chłopaka. On ma jednak inne zadanie, równie trudne do wykonania: w pewnym małym miasteczku grasuje straszliwy duch młodej dziewczyny w skrwawionej, białej sukience, uwięziony w jej rodzinnym domu, który rozrywa na strzępy wszystkich, którzy się tam dostaną. Misja jest podwójnie niebezpieczna, bo na karku bohater czuje oddech swojego największego wroga, równie nieżywego co sprytnego, którego misją jest zgładzenie Tezeusza, jak zrobił to z jego ojcem. Szanse na jednoznacznie dobre zakończenie powieści maleją, ale za to wzrastają na nietuzinkową fabułę i kilka makabrycznych momentów, myśli sobie przeciętny, taki jak ja, czytelnik. Ale czy na pewno?

Żeby nie było tak mrocznie i pogrzebowo przez cały ten tekst, zajmijmy się na początku okładką książki, niewątpliwe rzucającą się w oko, choć może jednak niezbyt straszną, co od początku mogło mnie ostrzec przed zawartością. Każdy jednak musi przyznać, że przyjemnie jest na nią po prostu popatrzyć: mieszanka widmowej bieli, szarości, rozmytego niebieskiego z czerwienią i czernią wygląda bardzo estetycznie i pociągająco; szczerze mówiąc, najbardziej podoba mi się czarna koronka u dołu, obok paska, na którym wydrukowano imię i nazwisko Autorki. Chociaż to może było niepotrzebne, bo element ten nie ma większego związku z historią, wygląda to bardzo dziewczęco i jakoś tak skojarzyło mi się z subkulturą gotycką; warto wspomnieć, że w wydaniu oryginalnym tego nie ma – to taki drobny pomysł wydawcy polskiego, jak widać. Reszta nie jest już taka zaskakująca, aczkolwiek bardzo podoba mi się postać głównej bohaterki, otoczona jakimiś widmowymi obłokami, z rozwianymi włosami i w swojej poplamionej krwią sukience. W tle jest jej dom, tradycyjnie już ujęty pomiędzy nagimi drzewami, na którym siedzi kruk (jesteś zaskoczony, panie Poe?) i nocnym niebem pełnymi chmur i plam księżycowego światła. Dobrze, że w oknach domu nie palą się żadne światła, bo wtedy wyglądałoby, że książka jest klasycznym przedstawicielem horroru klasy D, a przynajmniej okładką, która próbuje straszyć czytelnika gotycką czcionką i żarówkami w pokojach jakiegoś tajemniczego zamczyska (chociaż horrorem mojego dzieciństwa są zdecydowanie samozapalające się światła). Odrzuca może trochę tytuł, napisany wyraźną, krwistoczerwoną czcionką, która jakoś nie pasuje do ponurej reszty i wygląda jak skopiowany skądś slogan reklamowy czy tytuł filmu, przynajmniej tak mi się dziwnie skojarzyło. Na samej górze mamy jeszcze krótką recenzję jakiegoś amerykańskiego magazynu, co raczej mnie nie zachęciło do przeczytania książki bardziej niż okładka czy blurb – który niemal nigdy nie mówi dokładnie, o czym jest książka. No właśnie. W tym jest cały problem. 

Wciąż zastanawiam się, czy jest to bardziej horror czy paranormal romance i od którego z tych gatunków się zaczęło. Może to mroczniejsza odmiana gatunku o miłości istoty nadprzyrodzonej do zwykłego człowieka, a może to horror z elementami – bardzo obszernymi jednak – romansu? Raczej to pierwsze, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i, raczej w negatywnym sensie, Autorka zaskarbiła sobie moje uznanie tymi nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, których, czytając pierwszą, lepszą część książki, nikt by się nie spodziewał. Bo cokolwiek się tam dzieje, duch Anny na serio rozrywa ludzi i zachowuje się tak, jak na porządnego upiora przystało, łącznie z czarnymi żyłami, krwią i całym korowodem zjaw pomordowanych przez nią, którzy przychodzą, by pokazać, w jaki sposób zginęli. Strona po stronie pisarka zamienia powieść w ckliwy romans o dwóch kochankach, którzy niczym Romeo i Julia nie mogą ze sobą być, ponieważ jedno z nich jest duchem ze zdjętą właśnie klątwą, a drugie mordercą duchów i człowiekiem. Powiedzcie, skąd ja to znam? Co prawda, Autorka próbuje uratować sytuację i wplata tam wątek innej, jeszcze bardziej niebezpiecznej i sprytnej zjawy, ale to już nie jest to – klimat oświetlonego tajemniczym, białym światłem domu, pełnego pomordowanych i widmowej, straszliwej morderczyni; napięcie związane z tajemnicą, jaką otoczona jest klątwa Anny oraz to, czego świadkiem jest Tezeusz (wybaczcie, nazywanie go imieniem z greckiej mitologii jest silniejsze ode mnie) znika i zostajemy z tekstem, który musimy zmęczyć do końca – byłam w tak tragicznej sytuacji, że postanowiłam przeczytać książkę w jeden wieczór, by nic nie stracić z halloweenowego klimatu, więc zamiast odłożyć męczącą lekturę na następny dzień i zacząć się czymś bardziej konstruktywnym, przemęczyłam się do końca. O ile początek jest przemyślany, naprawdę ponury i obfitujący w ciekawe zdarzenia, zbudowany z wyczuciem i według pewnego rytmu, to wraz z zbliżaniem do końca akcja staje się coraz bardziej nieprzemyślana, chaotyczna, skrótowa i pozbawiona przede wszystkim klimatu, odpowiedniego dla horrorów ciężaru (nie brakuje tego nawet Wichrowym Wzgórzom, powieści będącej stricte horrorem, ale przecież nie rasowym straszakiem!) i napięcia, co sprawia, że nawet kiedy bohaterowie przygotowują się do ostatecznej rozprawy z prześladowcą rodziny głównego bohatera czytelnik nie czuje nic, oprócz rozkosznego uczucia zmęczeniem lekturą i powstrzymywaniem się przed ziewaniem. Równie dobrze mogłaby być to zwykła przygodówka czy cokolwiek innego, bo kiedy Anna, dziwnym zbiegiem okoliczności bardziej ludzka niż zjawowa, walczy z antagonistą, można poczuć tak doskonałą obojętność jak podczas kilometrowych opisów przyrody w Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, że nawet najmroczniejsza, podprogowa muzyka nie pomoże. Widać, że Autorka siliła się na pisanie kolejnych akapitów, może znudzona historią, może wypalona, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – cierpiąca na brak weny twórczej i rozdmuchane ego pisarzy, którzy twierdzą, że książka o dwustu czy stu stronach jest z założenia zła. Sama historia Anny, wzbogacona kilkoma pobocznymi, może równie ponurymi wątkami w zupełności wystarczyłaby mi do szczęścia, a wepchnięcie do jednej książki dwóch zupełnie różnych historii nie było dobrym pomysłem, szczególnie, że – delikatnie mówiąc – nie wszystko udało się pisarce na tyle, by przyznać, że choć niepotrzebnie to zrobiła, to jednak wyszło jej to doskonale. 

Sam pomysł na powieść nie jest ciekawy – wiele (żeby nie powiedzieć, że za wiele) jest na rynku powieści o łowcach demonów, duchów, ufoludków i innych stworzeń, którzy ostatecznie zakochują się w tych, których mają zabić, by miało mnie to chociaż trochę szokowało czy interesowało, chociaż z Tezeuszem, Anną i kilkoma innymi postaciami udałoby się zrobić coś innego, ciekawego, Autorka jednak – czy to ze strachu, czy też z braku lepszych pomysłów, postanowiła iść na łatwiznę i wypełnić wcześniejsze schematy swoimi słowami. Bo nawet temat samych duchów nie jest tu ujęty interesująco; ot, ostatecznie duchy  o rosyjskich nazwiskach (przypadek?) zabijają i w innych horrorach w jeszcze bardziej upiorne sposoby, a sama kreacja tych istot, mimo wymyślania naprawdę skomplikowanych rzeczy jak kilka osób w jednym duchu czy dziwna, wciąż jeszcze niewyjaśniona cielesność tych bytów – najlepszy przykład to oczywiście pocałunek – które pisarka traktuje jak oczywistą oczywistość i nie próbuje nawet w jakikolwiek sposób tłumaczyć. Mimo tego było kilka doskonałych sytuacji, w których mogła wykazać się kreatywnością, jednak tego nie zrobiła, niszcząc wszystko co było dobrze zaczęte, łącznie z klątwą Anny (która okazała się być niczym ciekawym i wartym całego napięcia, ale za to bardzo w stylu hollywoodzkich straszaków i mrocznych opowieści o patologicznych rodzinach) i wątkiem tego straszliwego ducha; jedno i drugie okazało się niewypałem w stylu kryminałów, w których morderstwa są inne niż zwykle, ale motyw naciągany i trywialny; dowodzi to tylko o braku pomysłów u Autorki, ciągnięciem książki tam, gdzie już dawno powinna się skończyć. A przepaść między potencjałem wymyślonych przez pisarkę bohaterów i efektem końcowym jest ogromna – to tak, jakbym kupiła sobie superkomputer do pisania moich nikomu niepotrzebnych recenzji. Czyli, przyznacie, że marnotrawstwo wielkie. 

Język, jakim powieść została napisana, nie wyróżnia się niczym wśród innych tego rodzaju książek – Autorka ma styl bardzo prosty, językowo dość ubogi, jednak dość płynny, by napisać książkę bez większych zgrzytów. Z pewnością niezbyt radzi sobie z dynamiką akcji, przez co ciężko czyta się te fragmenty, szukając tych bardziej kameralnych partii w tekście, napisanych z większą płynnością i polotem, zwykle jednak przepełnione są one romantyczną ckliwością i sentymentalizmem (vide: pocałunek; wciąż nie może pomieścić mi się w głowie jak można pocałować ducha nawet jeśli Autorka twierdzi, że w pewnym momencie Anna bardziej przypominała człowieka… cóż ) tylko czasami i na początku epatującymi grozą, na co przecież czekałam. Jak wspominałam już wcześniej, styl pisarki nie odznacza się niczym ciekawym, nie można tu znaleźć jakiejś ciekawych konstrukcji, barkowych zapętleń, malowniczych opisów, ciekawych metafor czy pięknych sformułowaniem, samym swoim brzmieniem sprawiającym, że na skórze człowieka pojawiają się ciarki. Na początku nie jest to dużym minusem, jednak kiedy akcja przestaje być ciekawa, na wierzch jak czerwie wyłażą potknięcia językowe czy to tłumacza czy Autorki, dysharmonie i problem z szybką akcją, co jest bardzo powszechne u początkujących czy słabych pisarzy i co bardzo męczy czytelnika. Pisarka nie chciała – czy nie mogła zauważyć – że kiedy akcja powieści powoli się rozchodzi, może to wszystko zatuszować pięknym stylem, porwać czytelników czy porządnie ich przestraszyć, tak, żeby z bijącym sercem czytali dalej, zapominając o niedostatkach fabuły. Przecież to horror ludzie, czy mi się tak wydawało, przestępstwem jest nudzić i nie bać się, szczególnie że właśnie mija nam idealny do tego halloweenowy wieczór. Autorka mogła się trochę postarać, chociaż na tyle, by czytelnikowi przyjemnie się czytało, zamiast potykać się o jedno z wielu słów, niszczących harmonię i swoistą melodię książki. 

Bohaterowie nie wyróżniają się niczym ciekawym, więcej, żadną, nieciekawą nawet cechą charakteru – można by powiedzieć, że w tej kwestii papier jest poganiany przez papier, bo postacie z pewnością nie należą do najciekawszych. Ba! Nie wyróżniają się niczym, jeśli już to chyba tą doskonałą papierowatością, zupełną bezpłciowością. Sytuację na początku ratuje Anna, bo będąc złym, obciążonym klątwą duchem rozrywającym ludzi, ale z biegiem czasu, kiedy okazuje się, że słodka zjawa dziewczyny w białej sukience nie robiła tego, bo chciała, tylko że musiała, postacie stają się czarno-białe i zupełnie nieciekawe. Dobry Tezeusz, przywracający spokój świata żywych od mszczących się za swoją śmierć duchów, Anna która wzbudza w głównym bohaterze zupełnie inne uczucia czy strach lub zawodowe zainteresowanie, sympatyczna, nieco ekscentryczna matka i serdeczni przyjaciele z miasteczka contra sprytny duch mordercy ojca głównego bohatera, makabrycznie wyglądający oraz o wielkiej mocy, jednoznacznie zły, bez żadnych odcieni. Zresztą i tak jest postacią bardziej plastyczną niż główny bohater i nieszczęsna Anna, postać dość ciekawa tylko na początku, potem coraz bledsza, z coraz mniejszą ilością cech, wreszcie będąca tylko cieniem własnego cienia, jeśli duch w ogóle rzuca cień, do czego nie mam zupełnej pewności, szczerze mówiąc. Oczywiście w zakończeniu pisarka przeszła samą siebie, każąc dziewczynie zdobyć się na bardzo, ale to bardzo altruistyczny postępek, który sprawił, że zjawa stała się wcieleniem dobra, a paranormal romance przeważył nad horrorem. Cóż, przecież głównych bohater, Tezeusz, też nie jest lepszy, chociaż w zawodach na fajtłapowatość i brak domyślności mógłby być najlepszy. Gdybym ja była na jego miejscu bez wątpienia sprawdziłabym, skąd biorą się dziwne sny. Każdy by chyba sprawdził, bo to przecież bardzo niebezpieczny zawód taki morderca duchów, o czym Tezeusz musiał się przekonać się nie raz. To, że ma fajną, zjawową dziewczynę, nie znaczy, że jest bezpieczny czy coś, wręcz przeciwnie. Naprawdę! Poza tym bohater nie wyróżnia się niczym ciekawym, a może się wyróżnia tym, że jest najmniej pozbawioną charakteru postacią w całej książce. W każdym razie coś takiego. To całkowita porażka, zważywszy, że pisarka narrację prowadzi z jego punktu widzenia (że też udało jej się to udało!; mówiłam, że ma talent, tylko jest leniwa) i jest to główna postać książki, której osobowość pisarka powinna najmocniej i najbardziej ciekawie rozbudować, zamiast tworzyć najbardziej papierową i nieciekawą postać. Gorsza od niego jest chyba tylko Bella z równie straszliwej sagi  Zmierzch, a to już jest – jak wiecie – zupełne mistrzostwo świata. 

Książka, po dzisiejszym i wczorajszym małym odświeżeniu zdaje się być jeszcze gorsza niż wcześniej, może dlatego, że jednak klimat Halloween trochę zadziałał na pozytywniejszy odbiór powieści, a może dlatego, że od tego czasu zdążyłam przeczytać mnóstwo o wiele lepszych horrorów i podobnych nieco do tego gatunku powieści, jak moje kochane Wichrowe Wzgórza a niemal zupełnie – jak możecie wywnioskować obserwując kolejne recenzje na blogu – zarzuciłam czytanie paranormal romance i marnych dystopii, dzięki czemu jest teraz o wiele mniej negatywnych recenzji niż przedtem (zauważyliście to, mam nadzieję) Mniejsza ilość polukrowanych dziewczątek o niezwykłej urodzie i nadnaturalnych zdolnościach, które biegają sobie to tu to tam z ślicznymi chłoptasiami podziałała na mnie orzeźwiająco, więc książka trafiła nieco na zły czas. A tamto Halloween? Cóż, wyjątkowo nie byłam zadowolona, więc ze smutku wypiłam mnóstwo truskawkowego kompotu, zostawiając w piwnicy zapasy bardzo uszczuplone, a tym razem, nauczona doświadczeniem, sięgnę z pewnością po jakiś pewny straszak, bo eksperymentować aż strach, bardziej niż czytać tę książkę o duchach pod maską klątwy kryjących tak wiele różu, że aż mdli, zamiast wywoływać dreszcze przechodzące po kręgosłupie. I oczywiście nudy. Wszechogarniającej, straszliwej nudy, będącej uczuciem tak potwornym, że chowają się przed nią wszystkie duchy-mordercy i dla której z pewnością nie warto jest czytać tę powieść.

Tytuł: „Anna we krwi”
Autor: Kendare Blake
Moja ocena: 1/10

sobota, 13 czerwca 2015

Polując na demony z przystojniakiem. Recenzja książki



Trudno mieć chłopaka. Wokół krąży mnóstwo zazdrosnych dziewuch, każda ponętna i modnie ubrana, a mężczyzna najczęściej nie ma tak zwanej żelaznej woli i nawet nie wie, że jest przedmiotem sprytnych gierek dziewcząt, zazdrosnych na przykład o tak abstrakcyjne rzeczy jak lepsza ocena z jakiegoś przedmiotu. Trudno go kontrolować. Każdy ma jakieś umiejętności informatyczne, bo nawet siedmioletnie dziecko wie, jak wyczyścić historię przeglądania, a nie każda dziewczyna jest Sherlockiem Holmesem. Czasami są zazdrośni o własne wybranki, a wtedy, jak moja kuzynka, nawet z własnym bratem nie mogła rozmawiać. Mężczyźni, wbrew obiegowym opiniom, też nie są tak głupi, jak my, dziewczyny, myślimy, chodź prawdą jest, że wiadomych sytuacjach, męski mózg przestaje pracować. Albo jak jest pijany. Oj. Lepiej czasami trzymać ich w ryzach, żeby nie powiedzieli czegoś, czego nie chcemy wiedzieć. Chociaż nie są aż tak zmienni jak kobiety, nie są też prości, więc uniwersalnej instrukcji obsługi nie napiszesz, a szkoda. Bardzo by się taka przydała. Bo to wszystko nie jest proste – jest bardzo, ale to bardzo trudne. 

A pomimo to każda dziewczyna chce go mieć. Jak nie dla fejmu czy statusu na Facebooku, to dla tego, że tak jest fajnie. Najlepiej, żeby przypominał mężczyznę z popularnej literatury: kiedyś przystojnego amanta prawiącego wysublimowane komplementy, później czarnowłosego bohatera harlequinów, ostatnimi czasy stuletniego wampira, anioła, demona czy Obcego, albo, w bardziej klasycznej wersji, Christiana Grey’a. Młode dziewczyny pchają się na motory swoich wilkołaków i wojowników, odzianych w skóry i starannie wydziaranych, a starsze poddają się rozkoszom BDSM; wszystkie marzą i szukają, ale jakoś sny się nie spełniają, chyba tylko ten o bibliotece pełnej romansów, które w ostateczności zaspakajają potrzebę posiadania chłopaka tylko na jakiś czas, bo książki się kończą, a dziewczyna dalej jest sama. 

Chcemy z tymi chłopakami przeżywać przygody: zjechać pustynię i puszczę, pobić oceany czy chociaż skombinować jakiś spisek, albo walczyć na śmierć i życie o ocalenie świata, co jest niezbędną rzeczą do scementowania związku na wieczność. I już coraz rzadziej chcemy, żeby był  po prostu zwykłym człowiekiem, bo normalności jest bardzo dużo i już chyba każdemu się ona znudziła. To zadanie spełniają paranormal romance, gatunek z kilkoma niezłymi i ciekawymi opowieściami oraz całą masą gniotów, przez co cierpią tylko biedne drzewa, które się wycina, niszcząc przecież ekosystem (nie chcę, żeby moje dzieci chodziły w maskach tlenowych). Czasem jednak nawet ja muszę przyznać, że jakaś pisarka ma przebłyski geniuszu, co dla mnie jest jak przywrócenie wiary w ludzkość, a każdy ma chwilę słabości, kiedy sięga po książkę tylko w celach rozrywki lub głupich marzeń. Ale jakie wrażenia, chodzi mi o te estetyczne, oprócz tego, opowieści te dostarczają czytelnikowi?

Clary nie miała chłopaka, tylko przyjaciela Simona i mamę. Nie poznała nigdy swojego ojca; był żołnierzem i zginął. Przynajmniej tak sądzi, bo pewnego dnia, wchodząc do klubu, zauważa facetów i dziewczynę, którzy … znikają. I robią różne dziwne rzeczy, których Clary nie rozumie. Ona ich też interesuje, bo przecież ich widzi. Jednak dopiero potem zaczynają się prawdziwe kłopoty, które rujnują dotychczasowe, zwykłe życie piętnastolatki – świat, którego wcześniej nie znała, tak bardzo różniący się od jej, a jak się okazuje, znajomy bardziej od tego, czym żyła dotychczas. Tajemnicze, straszliwe postacie, porwanie mamy, wampiry, wróże i demony, odwieczny wróg, który ostatecznie zniszczy wszystko, w co wierzyła dotychczas i znów wywróci zbliżające się już do normalności życie Clary o trzysta sześćdziesiąt stopni – Valentine, Nemezis świata Nocnych Łowów i losu tajemniczych przedmiotów, nazywanych Darami Anioła (jednym z nich jest kielich – czyżby Autorka znalazła Świętego Graala?), z którym więcej dziewczynę łączy i dzieli. Wydaje się od początku, że oparciem Clary będzie Jace, przystojny, jasnowłosy Nocny Łowca, który towarzyszy jej od początku, ale więzi, o których istnieniu nie wiedzieli, staną na przeszkodzie ich szczęściu. Celem książki, a właściwie serii, jaką rozpoczyna, jest odpowiedzenie na fundamentalne pytanie: czy Clary Fray, a właściwie Morgenstern (wow, jak satanistycznie! Pisarka nie ukrywa, że prawdziwe nazwisko bohaterki ma związek z samym Księciem Piekieł, bo to on, Niosący Światło, nazywany był Gwiazdą Poranną zanim upadł) poradzi sobie w całym bałaganie i uratuje świat, bo na niej spoczywa teraz największa odpowiedzialność… 

Brzmi jak krótki opis fabuły filmu, prawda? Zaczynając czytać książkę, nie podejrzewałam, że pisarka tak zapętli akcję, że na końcu całkowicie zrujnuje wszystko, co napisała, doprowadzając wątki do takich rozwiązań, że dojdziemy do smutnego wniosku, że nic nie podejrzewaliśmy, wręcz myśleliśmy, że zakończenie będzie zupełnie inne. Byłam tym bardzo pozytywnie zaskoczona, muszę przyznać, bo najczęściej już na początku wiem, co zdarzy się dalej, mimo że nigdy nie praktykowałam wróżbiarstwa czy czegoś podobnego. Nawiązując od zapętlonych wątków, mam dziwne wrażenie, że Autorka lubi poruszać temat miłości między rodzeństwem, nieważne, czy przyrodnim czy naturalnym – czytałam kiedyś takie opowiadanie w jakimś prymitywnym zbiorze opowiadań paranormal romance dla nastolatek, gdzie opowiadanie pisarki właśnie miało podobny motyw. Rozumiem, że jak pisze się dużo, to niektóre rzeczy wyjdą podobnie, szczególnie, że wszyscy pisarze mają jakieś ulubione wątki, motywy lub postacie, które powielają zupełnie nieświadomie, więc nie będę tu snuć moich teorii spiskowych, jakie od razu tworzą się w mojej zniszczonej książkami głowie. Nie, nie, nie! 

Jak zaznaczyłam wyżej, fabuła bardzo mi się spodobała, aczkolwiek (rany, jak to mądrze brzmi!) na początku wiało banałem – z każdą stroną, jak na porządną książkę przystało, było coraz bardziej pomysłowo i ciekawie. Akcja się plątała, odkryte zostawało to, o czym wcześniej nikt by nie przypuszczał, a na wierzch wychodziły nowe postacie i postępki z przeszłości, które zaważą na losach Clary. Pisarka stopniowo wprowadzała także historię rodziny Morgenstern, samych Darów Anioła i zaznajamiała czytelnika z sekretami świata Nocnych Łowców – zaprzysiężonych i doskonałych zabójców demonów, których ciała po śmierci trafiają do tytułowego Miasta Popiołów. W powieści dużo się dzieje, bo nawet wtedy, kiedy główna bohaterka zaznajamiana jest ze zasadami panującymi w świecie, w którym się znalazła i który od teraz będzie należał do niej, są przerwy na szalone wyprawy motocyklem Jace’a (to akurat jest pomysł, moim zdaniem, dość kiczowaty, albo ja mam alergię na przystojniaków w skórach i na motorach, bo kojarzy mi się to z powieściami young adult), gonitwy i zabijanie demonów, których, jak się okazuje jest mnóstwo i zagrażają także zwykłym śmiertelnikom. Nie mogę napisać, że czytałam książkę z zapartym tchem albo że zarwałam przy niej noc, bo tak nie było, jednak powieść nie należała do męczących – akcja toczyła się wartko i nawet nie zauważyłam upływu czasu oraz zmniejszającej się liczby stron. Na to wpływa też prosta i nienaganna konstrukcja powieści, nie meandrująca pomiędzy westchnieniami bohaterki a smakiem chleba z dżemem, jaki jadła na śniadanie. Autorka skupia się na konkretach, eksponując ciekawy pomysł, umiejętnie podkręcając napięcie na finał, wtrącając ulubiony przez niektórych wątek romantyczny i pomijając wydarzenia, które nie miałyby żadnego wpływu na akcję. Tak! Wszystkie specjalistki od ciągnących się w nieskończoność romansideł i wlokących się opowieści o sukience, jaką na bal wybierze przyjaciółka głównej bohaterki, powinny nauczyć się nieco od Autorki tej książki. 

Pomysł był, w świecie paranormal romance i młodzieżowej fantastyki, bardzo świeży. To prawda, że istnieją książki o tytułach takich jak Córka Łowcy Demonów czy inne, ale jeszcze (chyba) nikt przed Autorką nie złożył tego wszystkiego w spójny, ciekawy świat z własną historią i wieloma tajemnicami, jakie krył. Mówię tu w szczególności o tytułowym Mieście, miejscu dziwnym, strasznym i fascynującym, w którym z pewnością chciałabym się znaleźć i którego historia mnie fascynuje. Przez te elementy książka bardziej skręca w stronę fantastyki – a może nawet urban fantasy - niż klasycznego paranormal romance, mieszając oba gatunki, co świadczy o tym, że Autorka miała pomysł. I to bardzo dobry, nawet jeśli chodzi o rozkwitającą, zdawałoby się, miłość Clary i Jace’a, a także trójkącik miłosny z Simonem (który również mnie zaskoczył, bardziej, niestety, negatywnie); w końcu jednak wątek ten ewoluuje do w kierunku historii, jakiej nikt tu by się nie spodziewał. Muszę się jednak przyczepić do szablonowego ujęcia historii głównej bohaterki, w sumie wiadomo już od początku, że Clary jest kimś bardzo ważnym w całej tej dramie, skrywającym piętno kogoś złego (to wiadomo od czasów Harry’ego Pottera i jego magicznej blizny, jaką na pamiątkę pozostawił mu Voldemort), ale stojącej po stronie dobra, nawet sprzeciwiającej się wszystkim, którzy są źli, bez względu na to, kim oni dla niej są. To takie proste. A może dlatego przyjemne, że takie proste? 

Styl, jakim posługuje się Autorka jest prosty, ale jednocześnie bardzo płynny i lekki, dlatego książkę czyta się szybko i nie potrzebuje ona zbytniego zaangażowania szarych komórek czytelnika. Nie komplikuje książki zbyt wielką liczbą kwiecistych metafor, ani też nie obraża moich uczuć estetycznych potocznym i pełnym językowych wpadek tekstem, złożonym tylko z samych dialogów. Dialogi brzmią dość naturalnie, bohaterowie – ku mojej wielkiej uldze – nie wyrażają się jak roboty, ani też pisarka nie stara się wplątywać stylizowaną na średniowieczną mowy, czy, o zgrozo, młodzieżowego slangu, który zwykle okazuje się być bardzo daleki od tego rzeczywistego. Opisów dużo nie ma, nie są one może zbyt plastyczne, jednak na tyle dobre, by choć przez chwilę poczuć klimat opisywanych przez Autorkę miejsc i chociaż na chwilę uwierzyć w istnienie różnego rodzaju demonów, które reagują na wygrywaną na fortepianie melodyjkę, co w zupełności wystarczy, by przez chwilę odpocząć od cięższych lektur i jeszcze gorszej rzeczywistości. Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to brak umiejętności opisywania scen dynamicznych; chaos, zbytnia opisowość i nieporadność, charakteryzująca się w zbytnim używaniu tych wszystkich nagle i wtem, których pisarz pozbywa się razem z doświadczeniem. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jest nawet bardzo trudne dla bardzo doświadczonych pisarzy, a instruktorom kreatywnego pisania bardzo trudno jest nauczyć tego swoich podopiecznych – statyczne sceny wychodzą lepiej; opisując na przykład ucieczkę musimy liczyć się z zarzutem otarcia się o kicz albo o to, że czytelnik wszystkiego dobrze sobie nie wyobrazi. 

Dużym zaskoczeniem był dla mnie wiek głównej bohaterki – Clary ma zaledwie piętnaście lat. Mój dobry Boże, ja w jej wieku ze strachem przemykałam ulicami mojego miasta tuż pod dwudziestej drugiej, patrząc, czy za mną nie idzie jakiś tajemniczy cień, czy zza rogu nie wypadnie wampir, a po drodze nie spotkam Czarnej Wołgi handlującej ludzkimi narządami. Już o całowaniu się z chłopakiem nie mówię, choć pewna znajoma robiła już to w drugiej klasie podstawówki, nie wspominając o tym, że dziewczyna sugerowała Jace’owi coś więcej. W każdym razie, nie przyczepiając się do wieku, Clary była zupełnie neutralną mi postacią, może dlatego, że była bardzo przeciętna, podobna do wielu swoich nastoletnich kuzynek z innych powieści. Biedna, zagubiona, targana strachem o najbliższych, powoli zakochująca się w Jace’u dziewczyna, która nie wie, komu ufać i przez większość książki tak naprawdę nie wie, co się wokół niej dzieje. Poza tym jest bardzo zwyczajna: zakochuje się, żartuje ze swoim przyjacielem Simonem, chodzi na imprezy, nie ma żadnych skomplikowanych problemów natury moralnej i filozoficznej, słowem, zachowuje się tak, jak przystało na zwykłą nastolatkę chyba po to, żeby jej rówieśniczki łatwo się z nią mogły utożsamić. Nie nosi dredów, nie mieszka w łódce, nie jest więc dla mnie charakterystyczna i rozpoznawalna, brak jej też charakteru, by nie pozostawiać w cieniu innych, znacznie ciekawszych postaci – Izabelle, Hodge, Aleca no i gwiazdy programu – Jace’a, nie wspominając o Bardzo Złym Wujaszku Valentine. 

Jace spodobał się i mnie, choć na ogół nie lubię bohaterów paranormal romance, którzy są w dodatku blondynami i jeżdżą na motorach. Jace miał w sobie coś z zagubionego, małego chłopca, co nawet nie ginęło w czasie bójek z demonami; coś delikatnego, wrażliwego, mało męskiego, ale jednocześnie potrafi być opryskliwy i wredny, popisywać się przed Clary.To ciekawa postać, o mocnym kręgosłupie moralnym i dobrym charakterze, która na końcu staje się ciekawa i jeszcze bardziej skomplikowana, gdy na jaw wychodzi jego pochodzenie i rodzinna historia, a także okazuje się, kim dla niego jest Clary. Podziwiam go też za inteligencję, tak rzadką u postaci w fantastyce dla młodzieży, zdrowy rozsądek i ochotę na coś innego niż pocałowanie dziewczyny, na co ochotę ma większość bohaterów Pamiętników Wampirów i innych ciekawych książek. Jakby dla kontrastu Autorka umieściła gdzieś niedaleko tajemniczego, ciemnowłosego Aleca, o którym dowiadujemy się, że ma odmienną orientację seksualną, co bardzo mnie zaintrygowało – wbrew pozorom rzadko na kartach tego gatunku można spotkać się z homoseksualistą – i jest zakochany w Jace’u (cóż za niespodzianka!). Isabella, przez większość książki opryskliwa i wojownicza dziewczyna, co jest jej sposobem na okazywanie sympatii, to postać, jaką sama chciałabym być, ewentualnie mieć taką przyjaciółkę jak ona. Wszystkie postacie wyżej wymienione są nieźle skonstruowane, posiadające w sobie nieco życia, oryginalności, kilka iskier, które na jakiś czas pozwalają uwierzyć w ich istnienie w jakimś magicznym, innym świecie Instytutu. W tle przewija się jeszcze zagadkowy Hogde, postać, która od początku budziła moje podejrzenia, Simon, który od początku mnie irytował swoim mięczakowatym zachowaniem i geniusz Zła, Valentine, który, co bardzo mnie zdziwiło, od początku śmierdział kiczem i jakimś takim brakiem autentyczności, zupełnie jak zły Czarnoksiężnik z bajki Jezioro Łabędzie… Co? Wybaczcie mi, proszę, moje dziwnie skojarzenia. Ostatnio znalazłam karton na strychu z moimi starymi bajkami. Przepraszam. W każdym razie Valentine wypadł zupełnie nieprzekonująco, wprowadzając do książki mniej mroku, niżbym sobie tego życzyła i bardzo nad tym boleję. 

Czas przyszedł, by ocenić okładkę, co może być dość trudne. Miałam już nawet pomysł, żeby na warsztat wziąć niekłopotliwe wydanie filmowe bądź też wydanie pierwsze, ale wolałam nie odchodzić od mojego zwyczaju opisywania moich wydań powieści, więc podjęłam się tego bardzo trudnego zadania. Jak napisać, że kręcę moim łebkiem na nagi tors Jace’a i żebyście nie poczuli się urażeni, albo nie pomyśleli, że poszłam w ślady Aleca i zmieniłam orientację? Problem jednak w tym, że okładki w tym stylu wydają się kłopotliwe nie tylko ze względów estetycznych, ale i światopoglądowych – trudno mi akceptować nadmierny ekshibicjonizm w popkulturze, szczególnie w literaturze, w której tego typu okładki mają zapewne przyciągnąć wzrok. Ale czy powinnam brać to pod uwagę? To tylko moja bardzo subiektywna opinia, a nie uczciwa ocena książki. Chociaż nawet nie biorąc tego pod uwagę okładka nie prezentuje się niezbyt ciekawie – żółto-zielona kolorystyka nie wprowadza mroku tylko jakoś gryzący nasze oczy chaos. Wspomiany wyżej tors Jace’a mieni się ciemnożółtymi promieniami, a ktoś starannie wyrysował kontury jego tatuaży, natomiast na piersi możemy przeczytać zachęcający kawałek emocjonalnej recenzji pani Stephenie Meyer (tak, chętnie wysłałabym Panią do Valentine’a). Nagi Jace kończy się w przyzwoitym miejscu, a za to możemy podziwiać utrzymane w bardzo ciemnej kolorystyce wieżowce Nowego Jorku, gdzie rozgrywa się akcja, pod którymi rozpościera się coś w rodzaju dołu z jakimiś widmowo zielonymi kamieniami. Czy to tytułowe Miasto Kości czy Instytut? Ciężko powiedzieć, bo na tym wszystkim ktoś napisał tytuł i nazwisko oraz imię Autorki. Cóż, jak na mój gust, to wszystkiego za dużo i jeszcze te kolory. Co za dużo to nie zdrowo (a tu wszystkiego jest za dużo), a i tak okładka w zupełności nie pasuje do książki – przy niej okładka filmowa jest arcydziełem, chociaż Jace … w filmie … nie był przystojny (teraz możecie mnie zabić). 

Wiadomo, że kiedy okoliczności zmuszają nas do zabijania demonów, najlepiej to robić z przystojniakiem, jak również sama być piękną i wybraną przez liche, w sumie, przeznaczenie. A jeśli mamy ograniczone możliwości zostaje nam siedzenie i czytanie w domu, przygoda przeżywana tylko w wyobraźni. Jeśli chcecie, macie na to ochotę – bardzo proszę. Mózgu wam nie zniszczy, bo to niezła literatura, ani gustu nie zepsuje, a odpoczynek do cięższych rzeczy przyda się każdemu, tak samo jak skrócenie czasu podczas wakacyjnych podróży z miejsca na miejsce. Tylko nie zapomnijcie nauczyć się kung fu i kilku innych japońskich słów, żeby wasz demon ukryty w nauczycielu od matematyki was nie zabił. Ja wracam do swoich światów, by jeszcze kiedyś, kiedyś, może, tu wrócić i znów zapolować na demony z blond przystojniakiem Jace’em.

Tytuł: „Miasto Kości”
Autor: Cassandra Clare
Moja ocena: 5/10 

niedziela, 3 maja 2015

Bogini pomadek. Recenzja książki

Jeśli ktoś myśli, że fajnie jest być zwykłą dziewczyną, grubo się myli. Rutyna – szkoła, dom, lekcje, spanie – potrafi zabić każdego. A do tego wygląd! Co mama i tata dali, tego kosmetyki do końca nie zakryją; za rogiem czai się bulimia i anoreksja, kiedy próbujesz być ładna, a ceny w modnych butikach nie ułatwiają. Każda przecież myśli o tym, żeby być piękną. I mieć pięknego mężczyznę. Chłopaka, narzeczonego, męża. Partnera. Preferencje są różne: czasem blondyni, czasem bruneci, czasem z kaloryferami, czasem bez, czasami po prostu jakimś członku boysbandu czy kimś w rodzaju Justina Biebera - a zwykle (jak pokazuje przykład pewnej mojej znajomej) kończy się na trzydziestoletnim kelnerze z McDonalda, który nie potrafi zatańczyć na własnym weselu. Żeby tylko nie gorzej! Czasem zdesperowane dziewczyny, marzące o Harrym Stylesie kończą z siedemdziesięcioletnim aktorem, czasami powoli się staczają. Inne strony lansu i fejmu, o którym marzy każda początkująca szafiarka i vlogerka, też nie są dostępne dla każdego: nie wszyscy rodzice mają pieniądze na desingerskie ubrania, niektórzy nie pozwalają swoim pociechom na barwione pasemka, tatuaże i inne szaleństwa. Mają jednak nadzieję, każdy ma, że kiedyś będzie się kimś niezwykłym, kogo będzie kochał cały świat, jednak dla takich szaraczków jak ja najprawdopodobniej na zawsze pozostaną tylko marzeniami, pięknymi marzeniami.

A gdyby urodzić się kimś niezwykłym? Kimś innym, niż zwykli ludzie – którzy rodzą się, umierają, ich twarze z czasem stają się coraz brzydsze, coraz bardziej pomarszczone. Pomyślmy. Królową Westeros, Numenóru, Narnii, olimpijską boginią, cesarzową rzymską, a może panią Shalott, ochrzczoną przez Williama Tennysona imieniem Elanie, najnieszczęśliwszą z kobiet z legend arturiańskich? A może jeszcze lepiej – aniołem, potworem, demonem, wampirem, pogromczynią duchów, wiedźmą, elfem czy kimś, kto wygląda jak człowiek, mimo że nie ma w nim ani cząstki człowieka? Albo – w wersji bardzo skromnej – chociażby reinkarnacją żony jakiegoś średniowiecznego rycerza, choćby Izoldą z tamtej łzawej legendy albo Esmeraldą z Katedry Marii Panny w Paryżu. Marzenia! I tak każdy z nas skończy tak samo.

Dla osiemnastoletniej Tavie marzenia jednak się spełniły. Po wypadku, kiedy w tajemniczy sposób, jako jedyna ocalała z katastrofy lotniczej, coś niepokojącego zaczyna dziać się z jej głową, a wszędzie zauważa pulsujące trójkąty. Jakby nie było tylko dość, z jej kieszeni pewnego dnia zaczynają wyskakiwać truskawkowe pomadki, a psychiatra, do której chodzi, okazuje się kimś więcej, nie mówiąc już o rodzinie, która dziewczyną się opiekuje. Mało tego – z każdym dniem problemów jest więcej, w końcu do listy należy dołączyć także tajemniczego faceta w ciemnych okularach i tajemniczego chłopaka, który, jak się okazuje, nazywa się Quinn Avery (tak bardzo to romantyczne, że aż strach) i raczej nie jest z tego świata. I Tavia się zachowuje, a po jakimś czasie nawet ucieka ze swoim chłopakiem, by odkryć swoje tajemnice, tak straszne i dziwne, że na początku nie wierzy nikomu, nawet sobie. Muszę przyznać, że zachowanie jej jest zupełnie niegłupie, bo okazuje się, że nie jest sama w swoim ciele, co odkrywa jakieś czterdzieści stron po czytelniku i nie ma rozdwojenia jaźni, albo innej straszliwej choroby, tylko taka jest. Na pewno? To dlaczego musi uciekać i czego od niej chcą dwa wielkie starożytne bractwa, wkręcając ją w swoją śmiertelną rozgrywkę, której ceną jest istnienie całej planety?

Ktoś w komentarzach do którejś z moich recenzji napisał, że książka, w której największą zaletą jest okładka, wygląda podejrzanie. O tak, to prawda. Żeby ta okładka jeszcze była idealna, ale nie jest – miło na nią popatrzyć, ale w pewnym momencie razi całą tą żółcią, jakby obiecywała słonecznikowe dziewczynki, teletubisie i optymistyczną treść, co w sumie jest jakąś odskocznią od mrocznych panien w sukniach z gotyckimi gorsetami, często obściskujących równie ciekawie ubranych chłopaków, albo płaczących, ewentualnie w pięknej scenerii, często morskiej. Imię i nazwisko Autorki jest większe od tytułu, zupełnie jakby to, kto napisał powieść, jest ważniejsze od treści i co zapewne ma na celu skuszenie fana poprzednich książek pisarki do sięgnięcia po tę. Całe to pomarańczowo-żółte tło zlewa się z twarzą dziewczyny, mimo że ta została ujęta w trójkąt, zresztą wszystko rozmieszczone jest bez większego pomysłu, tak, żeby było. Jednak trzeba przyznać, że i tak jest o niebo lepsze od zawartości książki – może dlatego, że mimo swojej dziecinności miło jest popatrzeć na żywe kolory i bardzo ładną twarz dziewczyny (chociaż to nie jest główna bohaterka – prawdopodobnie grafik nie przeczytał, albo mu nie powiedzieli, że Tavia nosiła krótkie włosy) zamiast czytać książkę. Naprawdę.

Pomysł jakiś był, choć ostatecznie wszystko wydaje się bardzo oklepane. Kolejna Autorka w swojej książce dla młodzieży próbująca przestawić historię jako walkę dobra ze złem, a właściwie walkę dwóch bractw, sterującymi mechanizmami wydarzeń – tych dobrych i tych złych – i tworzących zapierające dech w piersiach zabytki kultury, takie jak piramidy. Kolejna najzwyklejsza dziewczyna, która dopiero po jakimś czasie poznaje swoją prawdziwą, tym razem boską tożsamość i musi, w związku z niebezpieczeństwem, szybko się nauczyć wielu nowych rzeczy, poznać prawdę o samej sobie. Kolejny, tak bardzo już schematyczny, motyw trójkącika miłosnego, gra pozorów, zdrada i odwieczny kochanek – to wszystko gdzieś już było i to nie jeden raz (wręcz przeciwnie – wiele razy). Wszystko wydaje się tą samą historią, tylko opowiedzianą na tysiące różnych sposobów, przez tysiące różnych ludzi. Ale i tak ziewałam ze znudzenia i uśmiechałam się, kiedy bez problemu ogadywałam to, co zaraz się wydarzy, nigdy nie czytając tej książki. Fajnie jest udawać bycie wróżbitą Maciejem.

Fabuła może i byłaby ciekawa, gdyby nie ambicje pisarki. Historia ocalonej z katastrofy dziewczyny jest sama w sobie ciekawa, także cały zarys historii obu bractw i legendy o potępionych bóstwach, które nieskoczenie odradzają się w nowych wcieleniach, poszukując swoich ukochanych, jest całkiem oryginalny, w każdym razie wcześniej nie spotkałam się jeszcze z czymś podobnym. Wszystko zostało jednak popsute i zmarnowane, głównie przez te wiktoriańsko-gotyckie szczególiki, tak bardzo znane z innych opowieści, które ponoć miały nadawać powieści mroku, gotyckiego klimatu no i liczne nieścisłości, jakie wkradły się do książki, wraz z nieumiejętnym wprowadzaniem kolejnych wydarzeń do akcji, wychodzi to jakoś sztywno, nienaturalnie, amatorsko. Dziwi mnie to bardzo, bo przecież Autorka nie jest debiutantką, pisarzem niedoświadczonym – wręcz przeciwnie i trudno po niej spodziewać się maniery jak z większości blogów z opowiadaniami, pisanymi przez początkujących rzemieślników, zazwyczaj zajmujących się pisaniem hobbystycznie, a nie zarabianiem tym na życie. W ich przypadku infantylizm jest w pełni uzasadniony, ale przecież pisarka wcale nieźle poradziła sobie z tym przy swoim debiucie – dziwne jest, że teraz poszło jej o wiele gorzej. Nie wspominam o naiwności, sentymentalizmie i przewidywalności, bo nawet mnie pisanie o tym rani. Mam zamiar przemilczeć także straszliwe uproszczenia rzeczywistości i dziecinne chwyty fabularne, jakie rzadko stosuje się w kreskówkach Mini-Mini, a co dopiero w książce dla nastolatków. Już o scenach bardziej romantycznych, miłosnych nie mówię, bo myślę, że nie warto – wiadomo, że są koszmarnie napisane. Przez całe zakończenie panuje chaos, jakby pisarka nie mogła zapanować nad szybką akcją powieści, więc pędzi na złamanie karku, ukazując nam wydarzenia jedno po drugim, bez większego związku przyczynowo-skutkowego i nawet nam ich dobrze nie tłumacząc, zdobywając się tylko od czasu do czasu na zdawkowy, jeszcze mniej wyjaśniający opis emocji Tavie, również chaotyczny i, co więcej, nie pasujący zupełnie do sytuacji. Są momenty, w których widać, że pisarka próbowała wszystko naprawić, ale to zabiegi podobne do leczenia umarłego pacjenta, tym żałośniejsze, że akceptowalne fragmenty graniczą z mieliznami. Cóż, Autorce trudno jest zrozumieć, że jak strzelisz sobie w piętę, to trudno będzie ci potem chodzić. Narracja jest niemrawa, nieumiejętnie poprowadzona, źle napisana. Opowieść Tavie nas nie wciąga; nie poznajemy jej przeżyć, świata wewnętrznego, marzeń, ani też nie czekamy z napięciem, co zaraz się stanie. Zwroty akcji, nawet te niespodziewane, są nieumiejętnie wprowadzane, co wywołuje jeszcze większy chaos, w którym czasami trudno jest się połapać.

Język jest prosty, aż za prosty. Styl Autorki nie ma nawet śladu wyrafinowania, jakiejś artystycznej głębi, nawet nie sili się na nią, jak to często robią inne pisarki – nie ma tu nawet nędznej próbki żadnej metafory, nie mówię tu jeszcze o bardziej karkołomnych środkach, mających na celu wciągnięcie czytelnika w powieść. Opisów brakuje, a jeśli są, przypominają te z szablonu w szkole albo rokokowe bzdurki, znane mi z wielu innych książek, więc do książki byłoby lepiej, żebym przestała o tym pisać, by nie zrobić biednej powieści jeszcze więcej przykrości, niż to wszystko potrzebne. W wielu miejscach płynność tekstu się gubi pod przegadaniem, zbytnimi niedopowiedzeniami, czy po prostu pod źle dobranymi słowami, nieumiejętnie wstawionymi zwrotami i irytującym potocznym językiem, w którym nie ma żadnego pomysłu. Czasami widać, że dla samej pisarki powieść była drogą przez mękę, a czasami zachwyca się własną elokwencją, opisując w koślawych, pokaleczonych zdaniach, jak to główna bohaterka idzie przez las z duchem, brnąc przez śnieg i marznąc w nim, by dojść do pieczary, w której okryje swoją prawdziwą tożsamość, tocząc z owym duchem rozmowę typową dla Mary Sue z powieści paranormalnej, zanurzoną w kompletnej martwocie wszystkich dialogów. Nie, że są za bardzo literackie – wolałabym, gdyby takie były, by nie raziły swoją potocznością, sztywnością, nawet nienaturalną dla osób, które nie mają zbyt dużej ilości słownictwa i niezbyt wysoki iloraz inteligencji. Chciałabym, żeby żyły – żebym czytając, miała wrażenie, że ktoś stoi obok mnie i to mówi, a tutaj nie można doświadczyć niczego podobnego, wręcz przeciwnie. Kolejna książka, w której zaprogramowane roboty chodzą w różne miejsca i mówią różne rzeczy, nawet niekoniecznie dobrze napisane.

Bohaterowie nie mają żadnej osobowości. Główna bohaterka, Tavie, to skrzyżowanie żyjątka, które nie wie, jak sobie poradzić z życiem, idealnej laluni, Mary Sue i bezbarwnej nastolatki, z którą utożsamić się może każda. Poza tym nie ma żadnych uczuć, emocji czy cech charakteru. Czasami, w przebłyskach, coś z niej wyłazi dobrego, ale Autorka potrafi wszystko zniszczyć, za chwilę pokazując nam Tavie jako kogoś, kto nie ma fizycznych praw istnienia na tym świecie – bo jeśli ma jakieś cechy to tylko zalety. Zresztą, o czym mówimy! Wszystkie reakcje dziewczyny są takie sztywne, typowe, pozbawione życia, podobne do ruchów robotów sterowanych aplikacją na telefon, że aż strach. A towarzysz głównej bohaterki? Nudna, oślizgła sylwetka, z nieśmiałą próbą wykreowania na kolejne ciacho, na którego wspomnienie większość czytelniczek będzie piszczeć, co oczywiście spełzło na niczym, nawet jeśli kandydat ma tatuaże i długie, damskie rzęsy. Poza tym jeśli chodzi o charakter, ów człowiek jest bardzo bezpłciowy, pusty, mimo że Autorka udaje, że wcale tak nie jest, że postać ta ma wiele ciekawych cech charakteru, jest głęboka i wiarygodna. O pozostałych – a, co za szczęście, jest ich niewielu – nie potrafię powiedzieć nic konkretnego. Są postaciami epizodycznymi, pojawiają się na chwilę, by zniknąć po wygłoszeniu przypisanych kwestii, odegraniu roli. Nie mają żadnych portretów, są tylko po to, by fabuła trzymała się mniej więcej razem, Autorka nawet nie ukrywa, że nie ma zamiaru majstrować coś z tymi postaciami, że nie podejmuje prób, by były czymś więcej niż kolejnymi nazwiskami i imionami w biografii Tavie. Trzeba jednak przyznać, że przez to pisarka jest mniej okrutna niż taki pan Martin i czujemy ulgę, kiedy zabija kolejnych bohaterów, do których nie czujemy zupełnie nic. No, nic, poza rozdrażnieniem, jakie dopada mnie zawsze, gdy mam niezwykłą przyjemność czytać złą książkę.

Jestem zdziwiona poziomem mojej irytacji, bo przecież debiutancka powieść Autorki była przyjemną, naiwną opowieścią o wróżkach. Zadaję sobie wciąż pytanie, dlaczego poziom Autorki spadł. Może była pewna, że książka odniesie wielki sukces na rynku wydawniczym? Zgubiła ją własna pewność? Tak jak Napoleon przed kampanią rosyjską w 1821 roku – jedyną, która mu się nie udała i która doprowadziła do jego upadku? A może znów trafiłam na książkę, na którą jestem za stara? E, to tym razem nie, bo przecież scena erotyczna, a przynajmniej kilka scenek traktujących o tym, o czym dzieci, wciąż jeszcze niewinne, nie powinny wiedzieć. Może Autorka poczuła palącą potrzebę przypomnienia o sobie szerszej publiczności, więc nie dopracowała swojej książki? Może była tak zafascynowana tematem, że nie zauważyła, że zniszczyła wszystko inne? Ciężko mi odpowiedzieć na te pytania, bo nawet gdybym miała w sobie żyłkę odkrywcy – a nie mam – nie interesowałaby mnie odpowiedź na to pytanie. Bo, ostatecznie, nie jest to jedyna książka, która mnie zawiodła, nie jedyna pisarka, która nieustannie zniża poziom swoich powieści. I, jeśli chodzi o ten gatunek, nie jedyna dziewczyna, która wyobraża sobie, że jest potężną boginią, tylko dlatego, że sprawia, że pojawia się mnóstwo pomadek o smaku truskawkowym, po czym po pięciu minutach znika. Więc mi po prostu nie zależy.

Tytuł: „Ocalona”
Autor: Aprilynne Pike







piątek, 27 marca 2015

Dziewczyna i anioł. Recenzja książki

Powiedz mi, w co wierzysz, a powiem ci, kim jesteś, powiedział ktoś kiedyś. Nie zgadzam się z tym w zupełności, bo bywa, że wierzymy coś w tylko na pokaz, albo udajemy, żeby podobać się innym. Często wstydzimy się o tym mówić, zupełnie jakby nasze życie duchowe - a nawet zupełny ateista musi je mieć - bo przecież to jedna z podstawowych potrzeb psychologicznych człowieka, było czymś potępianym. No dobra, jest. Naszego słodkiego Nergala napastują za to, że podarł Biblię i jest takim mhrocznym metalowcem. Spotkałam się też ze zdaniem, że nasza wiara obrazuje nasze lęki. Boimy się śmierci – wierzymy, że coś poza ziemią istnieje, jakiś raj, kosmiczna energia, tęczowy most czy spaghetti. Boimy się cierpienia – wierzymy, że kosmos je uleczy, za pomocą jakiś odpowiednich wdechów i tak dalej. A mówienie o lękach komuś, komu niezbyt ufamy, nie jest interesującą perspektywą. Nawet ja, wywlekając swoje flaki w tych tekstach, nie zająknęłam się o moich najczarniejszych myślach w najczarniejszą noc, jakkolwiek tandetnie to brzmi. Jednak lęki nie muszą być takie poważne – boimy się ciemności, wysokości (podobno mam lęk wysokości, co nie przeszkadza mi kochać gór i włazić na rozmaite wieże), wody... Wtedy modlimy się do Boga, takiego czy innego, zaklinamy los czy prosimy gwiazdy, żebyśmy byli w stanie zrobić coś, do czego zwykle nie jesteśmy zdolni. Na przykład przezwyciężyć lęk przed wodą, szczególnie kiedy nie umiemy pływać.

Taki lęk miała Ivy, bohaterka tej książki. Wierzyła jednak w anioły, których figurkom przypisywała magiczną, a może jakąś inną, moc. Modliła się do nich przed skokiem w wodę na szkolnym basenie. I – wierzcie lub nie – anioły czy zwykły zbieg okoliczności (choć moja mama uważa, że przypadki istnieją tylko w języku polskim) została uratowana przez superprzystojnego pływaka Tristana (to imię...), do którego wzdychały wszystkie dziewczyny w szkole Ivy. Chłopak wcześniej lub później zakochuje się w niej, oczywiście z pełną omdlenia wzajemnością, a uczucie dojrzewa w czasie lekcji pływackich, których udziela dziewczynie. Wbrew pozorom Autorka nie wykorzystuje tych lekcji do przemycenia podtekstów erotycznych, co wydaje się dość dziwne, bo z doświadczenia wiem, co w takich sytuacjach robią inni pisarze (okazuje się, że sposobnością do podtekstów może być tworzenie maski, co mnie, swego czasu, bardzo zaskoczyło – vide niejakiej Sarah Grand powieść zatytułowana „Neva”), tylko do pokazania rozkwitu prawdziwej, czystej i pięknej miłości. Jednak nie wszystko jest dobrze. Matka Ivy i Philipa, który jest młodszym bratem dziewczyny, poślubia pewnego nadzianego mężczyznę, którego poprzednia żona niefortunnie targnęła na swoje życie, zostawiając mu dość rozpuszczonego syna, Gregory'ego. Ów młodzian ma nieczyste zamiary w stosunku do naszej ślicznotki, co również oznacza spławienie Tristana. Ba! Żeby tylko o to chodziło! Problem jest znacznie głębszy niż szkolny basen, ale w tym momencie nie mogę już nic więcej powiedzieć. Jeśli po przeczytaniu moich wynurzeń zdecydujecie się na tę książkę, być może już po części rozwiążecie wszystkie problemy bohaterów.

Plusy? Hm... Co w przeciętnej książce jest na plus? Przeciętnej, napisałam? O ile znam się na matematyce, po zsumowaniu plusów i minusów, wychodzi zdecydowany minus. Więc co bez wahania pochwaliłabym? Bohaterów? Fabułę? A może styl, jakim posługuje się Autorka? Eh, najbliżej mi do stwierdzenia, że po części pisarka miała niezły pomysł. Bo to, że dziewczyna i anioł kochają się w książkach o dziewczynach i aniołach (spotkałam się kiedyś z książką, w której to dziewczyna była aniołem – niejakie zaskoczenie, muszę przyznać, ale o tym innym razem) jest dla mnie tak oczywiste jak stwierdzenie, że śnieg jest biały. Ale to, że chłopak staje się aniołem dopiero po śmierci, jest, przynajmniej dla mnie, zupełnym novum i dlatego notowania pisarki podskoczyły nieco wyżej, niż innych książek tego rodzaju na moim blogu – który – musicie przyznać, jest miejscem dla nich niezwykle przyjaznym. Bo, szczerze mówiąc, trzeba mieć wyobraźnię dość rozwiniętą, a także dać z siebie więcej niż zwykle, by opisać życie po życiu i w to sposób mniej więcej logiczny i nawet ciekawy. Szkoda tylko, że Autorka zrobiła to, co większość – zmarnowała potencjał, zamieniając coś, co mogłoby osiągnąć sukces porównany z głośnym kiedyś dawno Szeptem (pamiętacie jeszcze perypetie Nory i tego anioła z dziwnym imieniem, które już zapominałam?) w dość zwykłe, nudne i, przede wszystkim, do bólu przewidywalne romansidełko?

Język Autorki jest przyjemny i prosty. Na tyle prosty, żeby czytać powieść, niezbyt wysilając swoje szare komórki i dać im odpocząć, na przykład po ciężkim dniu w szkole, ale także na tyle przyjemny, by nie kończyć czytania w połowie, jak często mi się to zdarza. Słowa nie są zbyt wyszukane, ale układają się współgrającą ze sobą całość, nie ma tu, o dziwo, żadnych dysonansów. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, kiedy to zaczyna się wątek miłości Tristana i Ivy (dlaczego imię Ivy kojarzy mi się z Izoldą? Czy to świadome nawiązanie do tej wielkiej, nieśmiertelnej i bardzo nieszczęśliwej miłości przystojnego rycerza i pięknej damy, którzy mogli odnaleźć się dopiero po śmierci? Jeśli tak, to jestem niemal pewna, że przewracają się w grobach). No wiecie – to, co zwykle: muzyka, kwiaty, długie pocałunki, ratowanie ukochanej, gdy wydaje się, że ta tonie w szkolnym basenie i takie tam sentymentalne bzdurki-bajdurki. Ich miłość jest opisana bardzo sztucznie, podniośle, a dialogi, zapewne nieświadomie stylizowane na teatralne monologi, brzmią niemal jak ta cała gadanina Romea i Julii, że gdyby Romeo nazywał się kapustą, wciąż byłby piękny i pociągający, czy coś w tym stylu. To tak samo, jak w innych powieściach, w których ukochani w przerwie między uciekaniem a chowaniem się, obłapiają się, ale i tak nigdy nie dochodzi do wiadomej rzeczy. Tyle że tu się całują i wyznają sobie miłość, wiecie, misie, serduszka, kino – te sprawy. Jedno i drugie jest tak samo sztuczne, co w warstwie języka widać bardzo. Opisów jest mało – to też trzeba podkreślić - nikła ich ilość jednak zupełnie mnie nie zaskoczyła, a więc i nie byłam specjalnie rozczarowana. Natomiast tymi, co są, pisarce zupełnie nie udało się wyczarować klimatu nawet dusznego, pełnego wodnej pary, krzyków, obijających się od ścian i swędzącego nos zapachu chloru, basenu szkolnego. O tym jednym fragmencie, w którym miało być mroczno, nie mówię. Lepiej, niech na ten niezwykle wesoły fragment książki spadnie zasłona milczenia.

Okładka bardzo przeciętna, chociaż nie ma się czym wstydzić. Najbardziej podobają mi się te delikatne, niebieskie zawijasy w tle, a dopasowany do nich czerwony napis, chociaż wygląda tak, jakby grafik starał się, żeby całość nie wypadła zbyt blado, jest nawet ładny. Chociaż... chociaż ta czcionka niezbyt, jak to się mówi, przypadła mi do gustu. Ciemnobłękitne skrzydło to rozwiązanie bardzo oczywiste, jeszcze z kropelkami wody, już o jednym, dość nieproporcjonalnym skrzydle nie mówię. Najlepiej, podpowiada mi moje poczucie estetyki, żeby go tam nie było. Pasuje tu jak piąte koło do wozu, a i wygląda tak, jakby ktoś nieumiejętnie korzystając z Photoshopa, chciał stworzyć anielskie piórko, bo to chyba miało właśnie wyjść pióro, tyle że coś nie wyszło. Po prostu przydałby się tu jeszcze większy minimalizm, bo co za dużo to nie zdrowo, przynajmniej ja tak uważam.

Bohaterowie to jedna z tych bardzo słabych stron książki. Pisarka bardzo nadwyrężyła moją cierpliwość postacią Tristana – idealny, miły, boski, przystojny, męski, kochający swoją dziewczynę lepiej niż ten z legendy (który kocha Izoldę tak głęboko, że głębiej nie można), dosłownie wszystko, co najlepsze. Krzyżówka wampira-wegetarianina Edwarda z wiekopomnego Zmierzchu, z aniołem i świętym za życia, no i z pierwiastkiem tego kochasia z okładek harlequinów sprzedawanych na poczcie. I w dodatku, pomimo że jest doskonałym sportowcem, udziela korepetycji z matematyki, co muszą robić tylko geniusze, bo matematyka to przedmiot niepojęty. Zresztą, nie mam ochoty wymienić wszystkich jego zalet, po zajęłoby mi to z dziesięć stron, a takiej recenzji nie chciałoby się już przeczytać nikomu. Chociaż tych trzech jest więcej, bo Tristan może wyjść na słońce bez obaw, że świeci. W każdym razie jest to postać mdląco idealna, tak samo jak jego partnerka. Co prawda, Ivy boi się wody i nie umie pływać, ale szybko naprawia tę niedoskonałość, stając się Panią Doskonałą, egzaltowaną (szczególnie kiedy razem z Tristanem odkrywają, że łączące ich uczucie to coś więcej niż przyjaźń) w dodatku tak, że Ania Shirley i jej romantyczno-fantastyczne bajania są horrorami. No ale co ja... Porównuję Anię do tej Ivy? Nieważne, stanęliśmy na tym, że nasza bohaterka, nowa Izolda, jest idealna. Umie przecież grać na instrumentach, od razu po przyjściu do szkoły ma dwie przyjaciółki na śmierć i życie – Suzanne i Beth (co nie udało mi się do dzisiaj) – świetnie się uczy, jest śliczna i w dodatku troskliwa dla swojego młodszego braciszka. Jeśli coś się jej wyjątkowo nie udaje, wzdycha o pomoc do swoich aniołów. Ale nie tylko wtedy – mimo że nasza bohaterka jest idealna, niemal każdy problem musi rozwiązywać przy współpracy ze swoimi niebieskimi orędownikami. Chociaż cała ta jej wiara przypomina bardziej jakiś bliżej niesprecyzowany kult magii niż religię, z jakiej anioły się wywodzą.

Fakt, że z pozostałych bohaterów Gregory przyciąga uwagę najbardziej. To najlepsza postać, jaką udało się Autorce stworzyć. Od początku podejrzewamy go o różne paskudztwa, a do Ivy na pewno nie żywi braterskiego uczucia. W każdym razie powiem, żeby przypadkiem nie wypaplać połowy fabuły, że pisarce udało się uchwycić charakter psychopaty: czułego, pełnego zrozumienia dla cierpienia siostry braciszka, mężczyzny, który lubi mieć każdą kobietę, jaka mu się spodoba i bestyjki w jednym ciele. Jak na w ogóle standardy paranormal romance to postać ciekawa, inna, już nie mówiąc o tej książce. Dzięki jego postaci chciało mi się czytać cykl dalej. Taką postacią jest również anielica, którą Tristan spotyka na cmentarzu, młoda, szalona aktorka, sąsiadka chłopaka z grobu obok – Lacey, ale zachwyty nad tą postacią, jakiej zapewne nie powstydziliby się i lepsi pisarze, zajmujący się ambitniejszymi gatunkami, odłożę na później. W tej części występuje jedynie migawkowo, na chwilę.

Pozostałe postacie to kandydatury tego, jak bohaterowie powieści powinni wyglądać, albo chodzące szkice, czekające tylko na to, by je wypełnić, nadać im barw i charakteru. Do tej pierwszej grupy, nad którą, jak się słusznie domyślacie, będę się znęcać się dłużej, należą przyjaciółeczki Ivy. O ile Suzanne ewentualnie jestem w stanie ignorować, tłumacząc sobie, że jeszcze jeden nieudany eksperyment traumy książkowej nie czyni, to postać Beth sprawiła mi wielką przykrość. Pisarka zapewne chciała jej uczynić ją artystką i przedstawić humorystycznie, ale wyszło to, co wyszło: autorka harlequinów, wciąż myśląca o tym samym, to jest alabastrowej skórze kochanki i twarzy jej ukochanego, szukając coraz to nowych barokowych porównań, nierzadko przekraczających granicę kiczu. Przy tym wszystkim jest na swój sposób wrażliwa i sentymentalna do nadmiernej egzaltacji. Jeju. Gdybym przeczytała to w wieku ośmiu lat, bałabym się wszystkich pisarzy, nawet gdyby był to Stephen King i jego niesentymentalne historie o wampirach, kołkach i telekinezie. Postaciami z drugiej grupy są ta wyrodna matka Ivy, która przy odrobinie wysiłku stałaby się osobistością bardzo ciekawą, a także młodszy brat dziewczyny – Philip, który zachowuje się jak ożywiony aniołek z półki jego siostry, trzeba by go zabrać na jakąś wystawę czy coś w ten deseń. Bo naprawdę. Mam wielu młodszych kuzynów, więc wiem, jak bardzo chłopacy w tym wieku umieją rozrabiać. Nie mówiąc już o tym, że gdyby pisarka przysiadła fałdy i udoskonaliła tę postać, książka stałaby się żywsza, bardziej kolorowa, ciekawsza. Bo przydałoby się, żeby trochę spuścić z nieznośnego, patetyczno-cierpiętniczego, tonu, oj, przydałoby się.

Najgorzej jest z akcją. Fabuła usiadła sobie na ławeczce, a pisarka ją minęła, zamiast tego częstując nas stosem różnych innych rzeczy, będących pokarmem dla mojej wrednej krytyki. Zaczyna się, zgodnie ze wskazówkami poradników pisarskich, od BUM, czyli śmierci chłopaka, a później pogrążona w depresji i żałobie Ivy przypomina sobie wszystko, dlatego większość książki pożera opowieść najpierw o przyjaźni, a potem o miłości naszych kochanych bohaterów. Co prawda, gratulacje należą się Autorce za to, że mimo wszystko w fabule nie ma bałaganu, a chaos wkrada się dopiero w scenie wypadku samochodowego, ale całość wydaje się bardzo schematyczna. Nie mówiąc o znanym mi (małe pytanko: skąd?) schemacie nowej w szkole, pięknej dziewczynie i chodzącym ideale chłopaka, który właśnie do niej pała prawdziwym, głębokim uczuciem. Nie komentuję także przewidywalności wątku, można by powiedzieć, kryminalnego. I tak wszyscy wiemy, kto zabił Tristana. Od początku. Chciałabym także przemilczeć te romantyczne sceny, łącznie z tymi w basenie (bez obaw, tylko jej tłumaczył, żeby nie bała się leżeć na wodzie, a ona zobaczyła, jaki jest piękny), w których bohaterowie wymieniają pocałunki i które zajmują większość książki, ale nie potrafię. Musiałam temu poświęcić nieco miejsca, bo nie jestem pewna, czy pisarka wie, że Tristan i Izolda jedli, żyli i robili mnóstwo innych rzeczy oprócz całowania się. Zadziwiające, a jednak (Boże, Boże i kochani ludzie, z wiekiem robię się coraz bardziej wredna, przepraszam). Autorce zdarzały się także przykre, bezsensowne działania bohaterów, jakby na chwilę zimną logikę przyćmił poryw serca – na przykład niezwykle brawurowy skok głównej bohaterki z mostu. Gratuluję zamiłowania do sportów ekstremalnych, Ivy, mój skarbie, ale pomyśl, dlaczego to zrobiłaś. Bo ja ani pisarka nie wiemy. Może ktoś z widowni zdradzi tę tajemnicę? Hm?

W tym tomie, jak to bywa z pierwszymi tomami różnych cykli, fabuła dopiero się rozwija, pisarka buduje fundamenty domu, który będzie rozrastał się każdym następnym tomem, o ile nie przyjdzie złośliwy wiatr mojej, albo czyjeś, krytyki i wszystko zniszczy. Chociaż jestem zmuszona przyznać, że jest lepiej niż w wielu innych powieściach tego gatunku, to nawet z jakimś tam powiewem nowości, czegoś nowego dobrze i przyjemnie nie jest, chociaż bliżej do przeciętności niż zwykle. Może dlatego ta książka nie cieszy się taką popularnością jak inne tego gatunku, znacznie gorsze? W każdym razie opowieść o Tristanie i Izoldzie, tfu, o dziewczynie i aniele, nadaje się mniej więcej do przeczytania i przetrawienia bez większych sensacji żołądkowych, dla każdego, kto po mojej recenzji będzie miał na nią jeszcze apetyt i czas, kto będzie chciał sobie sentymentalnie pomarzyć o spotkaniu na swojej drodze anioła, albo będzie po prostu nudził i potrzebował relaksu przy czymś cienkim, dość przyjemnym. Oczywiście, zawsze można sobie wybrać inną, łudząco podobną książkę, bo dziewcząt i aniołów jest dużo.

Tytuł: „Pocałunek Anioła”
Autor: Elizabeth Chandler
Moja ocena: 2/10