Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo FILLIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo FILLIA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 sierpnia 2015

Biała magia. Recenzja książki



Niedawno byłam na ślubie i weselu mojego kuzyna. Nie był to tylko odpoczynek od rutyny, ale i okazja do potańczenia, szczególnie że uroczystość była kameralna i swojska. Wbrew wszelkim pozorom, kiedy jakimś cudem uda się mnie odciągnąć od książek, jestem stworzeniem gadatliwym i towarzyskim, zakładam wysokie obcasy i tańcuję do upadłego, nawet jeśli akurat grają disco polo. Podczas takiej nocy zapominam o wszystkim, czego kurczowo się trzymam i jest wesoło – bo i atmosfera przyjemna, i ludzie sympatyczni. Ach, te wspomnienia! Szkoda tylko, że potem trzeba było znów zanurzać się w rutynie. Nie że wesele jest lepsze od książek, ale jakoś tak smutno. Nawet państwo młodzi zanurzą się w rutynie, nie będą tak piękni jak tego pamiętnego dnia. Zacznie się to, co powszechnie nazywamy życiem. Raz lepszym, raz gorszym. Trudnym, bo nawet miodowy miesiąc się kiedyś kończy. Ale przecież każdy i tak wierzy w bajkowe happy ever after, czy chociaż egzystencję pozbawioną poważnych turbulencji. Warunki ku temu są – w dzisiejszych czasach trzeba się naprawdę postarać, żeby zostać bezdomnym albo nie zarabiać lichej najniższej krajowej, więc kto ma wystarczająco energii i pomyślunku, będzie żył całkiem nieźle. Co więcej, jest pokój. Nie ma wojny. Mężczyźni nie idą na front, by walczyć czasami nie za swoje idee, a kobiety z dziećmi nie czekają w domach, z bijącym sercem wyglądając listonosza, który może przynieść tę wiadomość, od której zawali się cały świat. Zresztą żeby czekały. Ostatnia wojna światowa, w wielkim stopniu polegająca na zabijaniu Bogu ducha winnej ludności cywilnej przez dwóch szaleńców, udowodniła, że nikt nie może się czuć bezpieczny. Przypuśćmy, że pewien żołnierz wraca już w czasach pokoju do domu (udało mu się zachować wszystkie kończyny w stanie nienaruszonym) i … zastaje zgliszcza. Nie daj Boże dowiaduje się, że żona została zgwałcona i zabita przez przechodzących właśnie Rusków, albo uznana za Żydówkę i wywieziona do jakiegoś obozu. Właśnie. Wizyta w Auschwitz-Birkenau nie była jedynym z moich najlepszych życiowych decyzji, jednakże z całego serca polecam każdemu to miejsce. Trzeba nie mieć serca, żeby nie wyjść z traumą na całe życie, naprawdę.

Z pewnością każdy słyszał o pokoleniu Kolumbów albo pięknych dwudziestoletnich – inteligenckiej młodzieży z lat 20., którzy poginęli w Powstaniu Warszawskim. Można ich chociażby spotkać na kartach Kamieni na szaniec (bo filmu nie toleruję) – chodzi mi tu o Rudego, Alka i Zośkę. Ale przecież oni nie byli jedyni, co więcej, do ich przedwojennej szkoły chodził pewien jasnowłosy astmatyk, który jako osiemnastolatek pisał wiersze – nie przesadzając – na poziomie Słowackiego. Zna go chyba każdy, jeśli nie z własnych poszukiwań, to ze szkolnych podręczników, a jeśli nie słyszałeś nigdy o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, odsyłam do zapomnianych, ale genialnych interpretacji jego wierszy w wykonaniu Ewy Demarczyk (jeśli słyszałeś o poecie, również musisz to zrobić). Bo piękne są to wiersze i nie tylko o miłości do ojczyzny – o ile Dante miał swoją Beatrycze, a Petrarka Laurę, to Baczyński swoje erotyki i wyznania dedykował Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Niepozorna, ładna dziewczyna marząca o zostaniu krytykiem literackim,  z pewnością bardziej rzeczywistej niż tamte dwie, dość nieśmiała. Coś jednak musiało ich łączyć, choć pisanie o pokrewieństwie dusz jest dość nieprofesjonalne i sentymentalne: wzięli nawet ślub, Basia była dwa razy w ciąży, mieli już nawet własne mieszkanie, miłość przetrwała różne próby. Wszystkie marzenia zakochanych przekreśliła wojna, Powstanie Warszawskie, śmierć. Najpierw jego, a potem jej. Przeznaczenie? Ba, czytając biografię poety mogłabym się uśmiać, ale w zagłębiając się powieść o ich losach miło byłoby w coś takiego uwierzyć, ostatecznie tacy wielcy artyści mają nawet ciekawszy żywot od zwykłego człowieka.

Właściwie nie wiem dlaczego chciałam akurat tę książkę na urodziny. Jestem bardziej ciekawa lektury choćby Dumy i Uprzedzenia, gatunek przecież niemal ten sam. Może to sierpniowy klimat powstania? Ożywiony płomyk patriotyzmu, którzy zawsze płonie w moim serduchu? Ryzykowałam przecież wiele – inna książka tej Autorki nie podobała mi się zbytnio. Wydawca sprytnie jednak umieścił na okładce rekomendację aktorki z Czasu Honoru i już wtedy przepadłam. To przecież romans nie byle jaki: nasycona liryką opowieść o wielkiej miłości poety i żołnierza, a sentymentalna część mojej osoby uwielbia takie opowieści. I te niezłe opinie, którym jednak nie powinnam ufać… Zaryzykowałam, od razu po odpakowaniu zamówienia zaczynając czytać.

Właściwa opowieść, przetykana fragmentami wierszy Krzysztofa, jaką Autorka rekonstruuje, rozpoczyna się od początku znajomości, kiedy zaczarowana wierszami Basia poznaje Krzysztofa na tajnym uniwersytecie. Między parą uczucie pojawia się bardzo szybko, po czterech miesiącach pomimo trudności są już narzeczeństwem. Wraz z małżeństwem pojawia się owa osławiona rutyna, problemy z patologiczną matką Baczyńskiego, bo w wiejskich azylach nie można żyć bez końca, a wojenna rzeczywistość uderza z zdwojoną siłą, bo Krzysztof postanawia wstąpić do Armii Krajowej, a jego żona traci pierwsze dziecko. Gdy nadchodzi gorący sierpień roku 1944 muszą się pożegnać – nie wiedzą, że na zawsze. Wszystko przeplata i niejako rozdziela zapis z ostatnich dni Basi, obejmujący duszące godziny w piwnicy i to, co wydarzyło się po wypadku ze szkłem, aż do sentymentalnego zakończenia. No i epilogiem, w którym Autorka wyjaśnia mniej zorientowanym dalsze losy pozostałych bohaterów – państwa Drapczyńskich i matki Baczyńskiego.

Cokolwiek napiszę później, a napiszę bardzo dużo, trzeba pogratulować Autorce niejakiego przygotowania do pisania powieści. Oprócz niezłej znajomości samych wierszy poety, Autorka doskonale odnalazła się w niuansach okupacyjnej literatury, łącznie z podziemnymi pismami i ich specyfiką, krytyką oraz sposobami ich kolportażu; zna najważniejsze nazwiska tamtej epoki i literaturę polską na tyle, by popisać się choćby erudyckimi aluzjami do Wesela Wyspiańskiego podczas przyjęcia Basi i Krzysztofa (powiecie, że skoro polska pisarka, to musi znać rodzimą literaturę, ale często – ku mojemu ubolewaniu – tak nie jest). Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało, tyle że – niestety! – był to zupełnie odosobniony przypadek. Zaimponowało mi także wplatanie w akcję scen lub dialogów autentycznych, co udowadnia, że Autorka faktów nie traktuje dowolnie, a nawet stara się by stricte biograficzna powieść nosiła znamiona autentyzmu. Zawiodłam się za to na wielu innych rzeczach, w tym na rekonstrukcji okupowanej Warszawy. Każdy wierny fan serialu Czas Honoru, a za kogoś takiego mogę się uważać (posiadanie wszystkich sezonów na DVD i dostawanie zawału na widok Władka o czymś świadczy) mógłby to zrobić lepiej. Ciekawiej. Bardziej szczegółowo. Bo o gadzinówkach, przedziałach Nur für Deuchte, siedzibie gestapo i godzinie policyjnej wie chyba każdy, tak samo jak o getcie, szczególnie kiedy mieszka się na stałe w Warszawie. W tej materii pisarka nie zaskoczyła mnie zupełnie, wręcz rozczarowała, bo miałam ochotę na pełną szczegółów rzeczywistość, barwny obraz, utrwalony klimat tamtych dni, a nie ciągłe podkreślanie, że za oknami dzieje się koszmar - to ujęcie bardzo popularne i ogólnikowe, a przez bardzo nudne.

Okładka jest słodka, śliczna i niezbyt ją lubię. Czarno-białe zdjęcie stojącej na balkonie i odwróconej do czytelnika plecami dziewczyny, w staromodnej sukience i z krótkimi włosami; w tle jaśniejsze zarysy domów, jakieś słoneczne refleksy, niemal białe, na jakiejś ulicy. I różowy tytuł. A pod nim biały tekst z – oczywiście – wyrażeniem z wiersza Baczyńskiego, na samym dole imię i nazwisko Autorki również w pięknym, bladym odcieniu różu. I rekomendacja, która mnie skusiła, również na różowo, w białym kółku (z początku myślałam, że to naklejka…). Dalej jest jeszcze bardziej różowo: pudrowy grzbiet z czarnymi napisami, który naprawdę ładnie wygląda na półce i bladoróżowy blurb z czarnymi napisami i ładnym zawijasem, w którym aż roi się od fragmentów wierszy Baczyńskiego, jakoś tak gryzących się z czysto reklamową resztą. Słowem, wylewająca się zewsząd słodycz, chociaż moja kuzynka powiedziała, że jest mroczna (?), a Mama, że bardzo liryczna. Bo chociaż róż ładnie wygląda na czerni, o takich ładnych, czarno-białych obrazkach nie mówiąc, to z każdą chwilą przestaje przypominać coś, czym miała być ta opowieść, kojarząc się raczej z milutkim romansem retro i tym razem naprawdę dokładnie odzwierciedla to, co jest w książce. Naprawdę.

Szczerze mówiąc, że gdyby była to historia jakiejś innej pary, z pewnością książka nie zwróciłaby na siebie mojej uwagi. Oczywiście, w Czasie Honoru są wątki miłosne, a niektóre opowieści z czasów wojny warte są przeczytania z powodu perypetii bohaterów, ale jest to rzecz bardzo banalna. Na początku się poznali, potem pobrali, a na końcu umarli. Ile było takich przypadków? Ale to przecież Baczyński – podskórna poezja, erotyki wśród szalejącej wokół śmierci, oddanie życia czemuś bardziej kochanemu niż żona, spełnienie obowiązku ważniejszego niż ten wobec utworzonej właśnie rodziny, niezwykła wrażliwość jednego z tych wielu geniuszy, których tak mało rodzi się na świecie. Wtedy pomysł przestaje być taki zły; chociaż powieść biograficzna niczym niezwykłym nie jest – to jak z muzyką: toleruję porządny pop, taki z pomysłem. Innowacją tu mogłaby być właśnie owa liryka, ledwie namacalna poezja, w której życiowa proza wydaje się piękniejsza, bardziej tajemnicza, nieco fascynująca. I to w dodatku historia miłosna! Prawdziwa! Mogłoby tak być. Ale nie jest. Pomysł został zaprzepaszczony, choć na początku nic na to nie wskazuje – ot, przeciętna polska pisarka opisuje młodą kobietę siedzącą w piwnicy i słuchającą ze strachem odgłosów niemieckiego nalotu. Ten sposób narracji się jakoś broni, bo Autorka miała pomysł, ale reszta została napisana – odnoszę wrażenie – w poczuciu beztroskiego jakoś to będzie. Nie mówię, że opisanie codzienności ukochanej żony poety jest łatwe, ale im trudniej tym przecież większy podziw dla pisarza, który przekracza wyznaczone przez siebie i innych granice, a nie popada w błotko ogranych schematów i banalnych, prostych rozwiązań rodem ze zwyczajnych romansideł. A to bynajmniej nie jest to dobry sposób na opowiedzenie historii Baczyńskich.

Czyta się szybko – dla mnie powieść była kwestią jednego gorącego popołudnia z przerwą na drzemkę (nie wiem, czy była to wina książki czy upału, w każdym razie z ulgą patrzyłam, jak ubywa nie stron). Język jest banalnie prosty, choć niemal w każdym zdaniu Autorka sili się na poetycką lekkość, pisarką wirtuozerię i błyskotliwość porównań, a wszystko raczej z marnym sutkiem. Znów pełno tu powtórzeń, miałam bowiem niezwykłą przyjemność czytać ciągle o czymś co jest specyficzne czy charakterystyczne, jakby nie istniało więcej słów. Zresztą jest bardzo nierówno: czasami przyzwoicie, czasami zadziwiająco dobrze, najczęściej jednak topornie i na siłę: nie ma tego, co Autorka tak bardzo chciała osiągnąć, właśnie dlatego, że chciała tego za bardzo. Jej język nie jest czarodziejski, nie hipnotyzuje, nie otacza czytelnika chmurą papierosowego dymu czy zwiewnością najwspanialszych erotyków poety, lepi się za to od lukru, w dialogach – które z założenia miały być wypowiedziami człowieka, który poezją myśli i nie jest taki zwyczajny jak inni –  epatuje nadętym, pretensjonalnym sentymentalizmem, co jednym słowem nazywa się kicz i to w odmianie odpustowej. Nie macie pojęcia, jak dziwnie to wygląda w kontraście z robotycznymi wypowiedziami reszty bohaterów (może poza tym maleńkim fragmencikiem o Weselu i niektórymi wypowiedziami matki Krzysztofa, ale o tym drugim później). Już o emocjach zawartych w tekście nie mówię, ponieważ te są sentymentalno-histeryczne (czyli tragikomiczne i to w pejoratywnym znaczeniu tego słowa), również ociekające lukrem i mało autentyczne, jeśli możemy tu oczywiście mówić o jakimkolwiek autentyzmie. O niebo lepiej wypada napisany kursywą tekst z perspektywy Basi i choć w ogóle fragmentom tym wiele brakuje, to stanowią jakiś przerywnik w wszechogarniającej nudzie. Czuć to jakieś emocje, zbliżamy się bardziej do bohaterki, dzięki czemu staje się bardziej człowiekiem niż androidem i choć daleko tu do perfekcji, niektóre ustępy czyta się z prawdziwą, koneserską przyjemnością. Nie oznacza to bynajmniej, że popieram to zakończenie tak boleśnie kojarzące się Romansidłem Wszechczasów, to znaczy Titanicem, konkretnie z ostatnią sceną, w której Jack i Rose po śmierci znów się spotykają. O ile owym filmidle twórcom udało się nie utonąć w kiczu, to Autorka robi to jak najbardziej świadomie, bo trudno wymyślić coś bardziej słodkiego. I w głowie nie może się pomieścić, jak na dziewięć warstw lukru można nałożyć dziesiątą. Z drugiej strony trudno się dziwić – z takimi bohaterami!

Bo z tym również jest kiepsko. Ja rozumiem, że poeta to poeta, człowiek trochę z innego kosmosu, ale nie oznacza to chyba, że Baczyński ma być niebieskookim, złotowłosym aniołkiem – Krzysztof również miał swoje wady, zalety i tak dalej. Przede wszystkim należałoby obciąć połowę scen i zamiast tego zająć się psychologią postaci, pogłębić trochę, dodać kilka światłocieni, wszystko ładnie rozmyć i tak dalej, a wtedy może powstałoby coś przyzwoitego. Bo to przecież powieść biograficzna – spodziewać się można, że osobowość danej postaci zostanie odtworzona z dokumentów, a przynajmniej pisarz postara się w jakiś sposób nadać postaci trochę wiarygodności, czegoś żywego, prawdziwego, kierując się swoją intuicją. No bo, kurde, to, że Basia i Krzysztof kochali się i w ogóle, nie oznacza, że ma być to historyjka o dwójce gołąbeczków. Poeta jest uduchowiony, dobrze, ale nie musi się wyrażać jak bohaterka harlequina, być boleśnie papierowy i lukrowany, nie mieć w ogóle żadnych cech do tego stopnia, że zupełnie nie wiem, co o nim napisać. Tak samo jak o jego kochanej żonce – chociaż w owych fragmentach, o których pisałam wyżej, przez papier i lukier przebijało trochę człowieka. Milczeniem pomijam fakt, że Autorka jest kolejnym twórcą, który pomylił się co do mentalności ludzi lat 40. XX-wieku, bo na moje dość nieprawdopodobne jest uprawianie seksu przed ślubem, ale nie czepiam się do szczegółów. Bo wiecie co? Ona czuła coś, kiedy czytała wiersze i wiedziała, że to jest coś więcej niż podziw dla tak sprawnego poety. Serio? Już na początku chciałam odłożyć tę książkę, ale tak sobie myślałam, że to dopiero początek. Że później będzie lepiej. Basia była od swojego męża lepsza tylko w tym, że nie umiała gotować, co nadawało jej jakąś prawdziwą, czysto ludzką cechę i sprawiało, że nie była taką anielicą jak jej mąż, chociaż reszta jej postaci pozostawia – delikatnie mówiąc – wiele do życzenia, nie wspominając już o tonach lukru i jakiejś odmianie choroby dwubiegunowej, bo z histerii przechodzi do doskonałej obojętności, właśnie tam, gdzie potrzeba uczuć dokładnie przeciwnych. Tak, to bardzo wiarygodne postacie, żywe, wyjęte z życia i włożone w karty powieści. Naprawdę.

Lepiej jest – paradoksalnie – z postaciami drugoplanowymi i epizodycznymi. Zaledwie nakreślona patologiczna matka Baczyńskiego nie jest taka idealna jak dwójka głównych bohaterów, wręcz przeciwnie. To ta zła, ale za to świetnie napisana postać. Wiarygodna, nie tylko dlatego, że znam wiele jej podobnych osób, ale pełna autentycznych uczuć, nawet dobrze oddanych, budząca jednocześnie wrogość i litość czytelnika. Niestety, jak wspomniałam, została ledwie nakreślona i pojawia się tak naprawdę w tylko w jednej scenie. Szkoda. Nie zdążyła zamienić życia tej anielskiej Basi w koszmar. Drugą taką postacią jest pani Lola i jej tragiczna historia – kolejna niezwykle ciekawa postać, ale porzucona przez Autorkę, która, odmalowana dokładniej, mogłaby wpłynąć korzystnie na całą książkę. Bo z innymi postaciami już tak nie jest: przesłodzony wizerunek rodziców Basi, przyjaciółki, przyjaciół i znajomych literatów… choć tutaj kwestia jest już inna. Otóż jestem świadoma, że niedawno dokonano odkrycia, że Iwaszkiewicz i Andrzejewski byli homoseksualistami (tak samo, jak – ponoć – Konopnicka), co nie zamierzam podważać, bo nie chce mi się i to każdego prywatna sprawa, ale w powieści tej pisarka nadmiernie to eksponuje. Co fragment o Iwaszkiewiczu to aluzja do jego orientacji. Co rozmowa z Andrzejewskim, to musi być po nim widać, że jest beznadziejnie zakochany w Baczyńskim. Zapachniało mi jakoś komercją, a przynajmniej nachalnością i nadgorliwością. To już w końcu nie wiem, co było celem Autorki – historia Baczyńskiego, czy wyciąganie na wierzch intymnych spraw literatów tamtej epoki.

Fabuła nie porywa. Poza tymi wstawkami i wierszami to po prostu wtórna historia miłosna. Tak jak pisałam gdzieś na początku: bez pomysłu, tak, żeby było. Krzyś i Basia czytają wiersze. Przychodzi ktoś. Odchodzi. Idą tu. Idą tam. Jadą na wieś. Gruchają jak dwa gołąbeczki. Jakoś tak bezrefleksyjnie. Bez drgającego pod powierzchnią codzienności świata poezji, tak istotnego dla Baczyńskiego. Zresztą po co mi te wszystkie rzeczy? Czy nie byłoby lepiej skierować pisarskiego obiektywu w stronę psychiki, w stronę Basi i Krzysia, pogłębiając obie postaci i cieniując je? Obeszłoby się bez wieczorków poetyckich, opisanych przecież tak infantylnie i topornie. Bez cudownego tudzież przesłodzonego ocalenia z łapanki, kiedy okazało się, że takich aniołów jak nasza dwójka to Niemcy nie widzą (Autorka zaciekawiła mnie swoim opisem tej sceny, wyglądało to jak zabawa w podchody w niezbyt dobrej powieści dla dzieci). Mam wyliczać dalej? Dobrze, że pisarka spuściła zasłonę milczenia na sceny erotyczne, bo i tak Baczyńscy przewracają się w wspólnym grobie na Powązkach. Bo o ile na początku jeszcze coś się dzieje, mamy dwójkę młodych ludzi i romantyczny spacer, to po ślubie bohaterów nie ma już nic, poza rozłażącym się niczym, kilometrami pustosłowia. Dopiero na końcu się dzieje – swoją drogą ciekawa sprawa z tymi szybami – ale zwieńczeniem wszystkiego jest milusia scena, żeby czytelniczki nie pomyślały, że skoro kończy się śmiercią bohaterów, to musi być to tragedia i że miłość istnieje po śmierci. I znów to samo – skoro nikt nie wie, jak naprawdę jest po śmierci, można to podciągnąć pod fantastykę, a fantastyka w książce o II Wojnie Światowej, która z założenia miała być poważna? Dajcie spokój.

Polacy jakoś tak nie potrafią zadbać o siebie – mamy wspaniałych poetów, ale ich nie promujemy. Wiadomo, nobliści: Szymborska, Miłosz, Sienkiewicz i Reymont, ale reszta? Baczyński z pewnością dostałby Nobla gdyby przeżył wojnę. Jestem tego pewna. Ale jak go promujemy, wybaczcie? Nowe wydania tomików wierszy? Może niedostatecznie grzebię w Internecie, ale nic takiego jeszcze nie spotkałam, poza Allegro, oczywiście. Film? Był, wspaniały, ale niedoceniony przez publikę. Książka? W sumie przeszła bez jakiś większych emocji, może to i lepiej, bo już wolę nie myśleć, co powiedziałby o niej jakiś zagraniczny krytyk czy autor którejś z powieści chociażby o Szekspirze. I nie chodzi o to, że znów ryzyko się nie opłaciło. Ja po prostu czekałam na jakąś powieść o Baczyńskim i spodziewałam się prawdziwej białej magii, żywcem z wierszy Krzysztofa, a nie różowych wynurzeń. I teraz po prostu zaczynam tracić nadzieję, że kiedykolwiek się taka pojawi. Chyba więc wrócę do wierszy poety, tych nieskrępowanych żadnymi innymi słowami, gdzie między linijkami tekstu – wierzę w to – trzeba szukać wciąż zaklętej, ale żywej miłości dwóch ludzi, z których teraz nie zostało już nic. A może odrobina białej magii właśnie?

Tytuł: „Ty jesteś moje imię”
Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Moja ocena: 1/10

czwartek, 23 kwietnia 2015

Zamiast perły - kamień. Recenzja książki

Łatwo mi teraz mówić, że nie boję się wojny. Łatwo mi jest teraz mówić, że nie, wcale, krew nie jest taka obrzydliwa i nie zemdleję na widok weflonu. Łatwo mi, siedząc w ciepłym pokoju z laptopem, gdzieś pomiędzy National Anthem Lany del Rey a ostatnią płytą Nightwish, mówić że jestem szczęśliwa i kiedy przyjdzie mrok, nie załamię się, zostanę stoikiem. Że ZSP i depresja to nic, przemijające wraz z zimą przygnębienie. Innym też jest łatwo oceniać kogoś w takim stanie, dopóki samemu nie spadnie się tak nisko, do myśli o śmierci jako o najlepszym rozwiązaniu problemów, wciąż wyświetlaniu w pamięci tych strasznych chwil, kiedy myślało się, że cały świat trzęsie się w posadach i spada na głowę, kiedy gasła ostatnia, najmniejsza nadzieja. I wydaje się, że łatwo jest o tym pisać. Opisywać mrok, w którym ktoś błądzi i który niszczy. I ten ból, przy każdym kroku. Opowiedzieć o walce, by to wszystko od siebie odepchnąć, w której człowiek rani się jeszcze bardziej, albo o zaakceptowaniu bólu i mroku, stopniowym zapominaniu o świetle, by żyć jak kret. Wbrew pozorom, nawet najlepsze, najbardziej agresywne metalowe hymny nie opiszą nigdy wszystkich uczuć, głębi bólu, która owija i tamuje oddech. Chyba nie ma to słów, a jeśli są, ja ich nie znam. Ale słowa są potrzebne, bo ludzie, przynajmniej ja, czują potrzebę wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, w pewien sposób otworzenia sobie żył, by trucizna wypłynęła na zewnątrz, by być znów zdrowym i szczęśliwym. Szczęśliwym!

Ludzie lubią także czytać o czyimś bólu i myślę, że nie ma w tym nic złego. Wielu z nas cierpi, cierpi samotnie, bo cierpienie (paradoksalnie) pogłębia samotność, mimo że samotność pogłębia cierpienie. Lubimy wtedy czytać o kimś, kto cierpi tak jak my, chcemy poczuć, że nie jesteśmy sami. Zresztą, temat cierpienia był, jest i będzie popularny – jest poetycki, starcza go na opasłe tomiszcza, a ludzie i tak kupią książkę, i tak, nieważne nawet, czy pisarz wie o czym pisze, czy nie. Jest uniwersalny, a także często wiąże się z miłością, kolejną rzeczą wprost kochaną przez literatów. Razem z śmiercią tworzą nieśmiertelne trio, w  którym my, czytelnicy, tkwimy po uszy i wcale to kochamy, bo inaczej nie odkrywalibyśmy coraz to nowych książek, zaczytywali się w coraz to innych, najczęściej pełnych cierpienia, historiach wymyślonych – i nie – ludzi.

Kacey to jedna z takich postaci. Dziewczyna ma już dwadzieścia lat, młodszą, piętnastoletnią siostrę i ostrą postać wspominanego ZSP. Przeżyła wypadek, w którym zabito jej najlepszą przyjaciółkę Jenny, chłopaka Billy’ego i rodziców. Razem z siostrą uciekają od superwierzącej ciotki i wujka, który, tradycyjnie, próbuje zgwałcić młodszą i uległą Livie. W nowym miejscu – bloku w gorącej Kalifornii – zaczynają mieć przyjaciół, a Kacey poznaje, co za niespodzianka doprawdy, chłopaka. Facet nazywa się Trent, ma piękne dołeczki i, naturalnie, kaloryfer, bicepsy i całą resztę, czym sprawia, że główna bohaterka ma na niego chęć, więcej, rujnuje wypracowane przez nią mechanizmy obronne. Chłopak się do niej zbliża, co przy końcu powieści doprowadza do – w końcu! – przespania się ze sobą w kilku miejscach, a także bardzo poważnego związku. Wszystko byłoby bardzo pospolite, gdyby nie to, że ów fascynujący kawaler ma wiele wspólnego z bolesną, straszliwą przeszłością Kacey. I wiadomo, co się stanie, gdy dziewczyna to odkryje.

Bez wątpienia największym plusem książki jest jej okładka. Jest taka błękitna, a ja bardzo lubię ten kolor, kojarzy mi się ze spokojem. Jednak największe smaczki to coś innego – pod niebieską powierzchnią wody spaceruje rudowłosa dziewczyna w czymś białym, na pierwszy rzut oka przypominającym prześcieradło, ale chyba będącym po prostu białą sukienką. Cała postać dziewczyny obija się w powierzchni wody. W stosunku do fabuły powieści, okładka może mieć wiele znaczeń – samochód z rodziną głównej bohaterki wpadł do wody, przez co większość koszmarów Kacey wiąże się właśnie z tonięciem. Może też być pewnym symbolem oczyszczenia, obmycia z tego, co było wcześniej. Albo też nawiązywać do tytułowych dziesięciu płytkich oddechów, bo, jak wiadomo, ciężko jest oddychać pod wodą. W każdym razie, każdy przecież może sądzić inaczej, bardzo przyjemnie patrzy się na okładkę, myśląc, że pod spodem kryje się ciekawa treść, bardzo przyjemna i delikatna jak dotyk wody – nastrojowa okładka, bardzo dobrze zrobiona, nawet minimalistyczna, chociaż, trzeba przyznać, zupełnie nie pasuje do mrocznej zawartości, pełnej negatywnych emocji, jakie kłębią się w tej opowieści.

Pochwała należy się także za samo podjęcie tematu ZSP i chociaż próbę opisania i zrozumienie tego, co dzieje się z osobami cierpiącym z tego powodu. Jest to bardzo trudne, nie tylko ze względów emocjonalnych (kiedy nigdy się tego nie przeżyło, trudno opisać to w bardzo wiarygodny, a przynajmniej jak najmniej kiczowaty sposób), ale także i technicznych, w każdym razie obranie możliwie najlepszego sposobu opisania tego zabiera mnóstwo czasu, nie mówiąc o trzymaniu się tej samej konwencji przez całą książkę, by uniknąć użalającej się nad sobą Mary Sue, która – mimo że przeżyła jakąś tragedię, to i tak jęczy ponad wszelkie możliwe przeciętne.

Autorka chciała właśnie uniknąć takiego problemu, dlatego swoją bohaterkę, Kacey, kreuje na zamkniętą w sobie, wredną, sarkastyczną jędzę, która próbuje oszukać swój ból alkoholem, narkotykami i przygodnym seksem z nieznajomymi, których twarzy już nawet nie pamięta. Żadnego śmierć metalu, żyletek, przesiadywania w ciemnych pomieszczeniach, gadania o śmierci i innych rzeczy robionych przez mdlejącą, bladą dziewczynę w zapyziałym psychiatryku, chociaż szczerze mówiąc, zrobiłoby to na mnie większe wrażenie, mimo tego, że wtedy ciężko jest uniknąć kiczu. Tymczasem tutaj nie jestem w stanie polubić Kacey, mimo że ją rozumiem. Może dlatego, że nie jest postacią naszkicowaną głęboko? Odnoszę wrażenie, że jest to niestety prawda. Pisarka nie bawi się w kształtowanie delikatnych, psychologicznych światłocieni, tych drobnych, niemal niewidzialnych smaczków, które składają się w  skomplikowany, ale za to bardzo prawdopodobny obraz człowieka, niemal umarłego, ale wciąż żyjącego, człowieka-ruiny. Kacey jest kanciasta, a dodatek mocno kontrastująca ze swoją siostrą Livie, jakby to było jednym z celów pisarki. Niestety, na dobre to nie wychodzi – tak naprawdę dostajemy kawał rudej jędzy, z niewyparzonym językiem i hormonami niczym burza, rozpalonymi widokiem i myślami o jakimś przystojniaku dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Nic poza tym się nie dowiadujemy, nie czytam o jakiś głębokich, utajonych może uczuciach, wszystkich odcieniach i rodzajach bólu, jakie Kacey powinna przeżywać, o myślach, o wspomnieniach. Znamy ją tylko powierzchownie, ale nie jest to, niestety, celowy zabieg Autorki – postać dziewczyny została źle skrojona już na samym początku, pisarka nie była do końca świadoma, jak bardzo przeżywany przez dziewczynę ból wżyna się w psychikę i jak bardzo ta postać musi być głęboka by być wiarygodną. Szkoda. Potencjał zmarnowany na starcie i ten żal, że Autorka pozbawiła mnie najlepszych fragmentów, rozwiewając tym samym moje złudzenia.

Z innymi postaciami też nie jest dobrze. Charakter Trenta wyparował gdzieś pomiędzy pięknymi, błękitnymi oczami, dołeczkami w policzkach i kaloryferem. I to nie przez moje uprzedzenia i stereotypy, nieświadomie ukształtowane przez tony takich i owakich książek, że chłopacy z boskim ciałem mają zupełnie nieboski rozum. Przez jedną drugą powieści chłopak ów zdaje się tylko gapić na ciało Kacey i żartować z podtekstem erotycznym (a ona mu na to pozwala… nie, błagam, kochane feministki, już słyszę wasze teksty o tym, że mężczyzna widzi w kobiecie tylko ciało, pogódźcie się z tym, że taki mamy teraz klimat), tak więc jego wyskok z dramatyczną historią rodziną i z tym wszystkim jest dość zaskakujący. No proszę! Jest zdolny głębszych uczuć niż podniecenie, a czasami okazuje się, że ma mózg w innym miejscu niż przypuszczałabym (skończ z tymi żartami, Kylie, to jest żenujące). Wszystko zebrane razem dowodzi tylko, że ukochany naszej Kacey jest jeszcze płytszy niż ona. Płaski, schematyczny we wszystkim, co mówi co robi, łatwy do pomylenia z mnóstwem innych przystojniaków z powieści, jakich miałam okazję do tej pory poznać. Nie ma żadnego charakteru, zalet, wad, nawet Autorka zapomniała opowiedzieć o ulubionych rzeczach bohatera (wiadomo, że wypasiony motor to zabaweczka każdego przystojniaka, który występuje w książce dla młodzieży i jest seksowny, przynajmniej większości) na przykład o ulubionym kolorze. Takie szczegóły, zwykłe i przyziemne, ale charakterystyczne chyba dla każdego osobnika gatunku ludzkiego, sprawiają, że postać staje się bardziej wiarygodna, a tym samym zyskuje naszą sympatię, czy nienawiść, w każdym razie jakieś mocniejsze uczucia, które każą czytać nam książkę dalej. Tyle że tutaj nie ma takich rzeczy – samymi oznakami napalenia na główną bohaterkę nie wygra się wojny o moją uwagę, bardzo mi przykro.

Im dalej tym gorzej – tworząc postać Nory, częściej nazywanej Storm, pisarka próbowała nakreślić głęboki, psychologiczny portret, przy czym poległa na całej linii. Niby Strom jest ciepła, dobra, a przy tym niezwykle silna, z wieloma umiejętnościami akrobatycznymi, ale i tak jej nie wierzę. Wszystko jest płaskie, proste i jakieś sztuczne, tak, że w ostatecznie wydaje mi się, że owa najlepsza przyjaciółka Kacey nie ma żadnych cech, jest po prostu następną prostą, topornie nakreśloną sylwetką, bezpłciową jak kartka papieru. Siostrę Kacey, Livie, na początku lubiłam. Ułożona, dobra piętnastolatka, tak przyjemnie niewinna przy zepsutej siostrze, która myśli tylko o jednym, była jakąś ciekawszą odskocznią, jednak po jakimś czasie zaczęła mnie denerwować, chyba jeszcze bardziej od siostry. Jak można być tak bardzo sterylnym, w dodatku pozbawionym jakichkolwiek cech? Przecież nawet ja nie jestem święta ani niewinna – jeśli nie zauważam jakiegoś gapiącego się na mnie chłopaka, oznacza to, że akurat coś czytam - a co dopiero ona, kiedy miała taką siostrę! I jak można się nie złościć, zawsze być taką dobrą? No dobrze, jeśli postać ta byłaby wiarygodna, tylko żeby pisarka umiała jakoś nas do niej przekonać, co, oczywiście, nie udaje jej się. Dziewczyna przy całej swojej dobroci jest płaska i nudna, nijaka. Po prostu kolejna postać w kolejnej książce.

O pozostałych postaciach, a właściwie niczym nie wypełnionych szkicach, wolę nie wspominać. Tanner, Nate, Ben, Cain… Naprawdę muszę ich wszystkich wymieniać? Niedługo zapomnę ich imiona, to, kim byli, a w końcu to, z jakiej książki pochodzą ich postacie. Nie powiem, że Autorka się starła, bo trzeba być choć trochę sprawiedliwym, ale coś jej nie wyszło. Znaczy, dużo jej nie wyszło, skoro są to kolejne imiona i postacie, których jedną do końca wiarygodną i dopracowaną cechą są właśnie owe imiona. Bohaterowie, którzy się niczym nie wyróżniają, albo cechy ich wyróżniające są pospolite, nigdy nie zostają ze mną długo. Nie mam przecież pamięci absolutnej.

Pomysł nie jest oryginalny. Wręcz przeciwnie. Wiecie co? Albo mam intuicję, albo jestem żeńską odmianą wróżbity Macieja, lub też, co jest najbardziej możliwe, naczytałam się już tyle, że pewne schematy fabularne znam na pamięć, w każdym razie od pierwszego spotkania Kacey z chłopakiem wiedziałam, że on będzie tym, kim się okazał. Po prostu wiedziałam. Nawet nie byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że mam rację – chyba nawet czułam się zawiedziona, bo wszystko okazało się takie, jakie przewidywałam. Zresztą, sam schemat jest już mocno wyświechtany, szczególnie motyw wypadku samochodowego, przebaczenia, współczucia. Nawet jeśli Autorka zdecydowała się na tak powszechne rzeczy, zawsze mogła maksymalnie wysilić swój mózg i zbudować jakąś nieoczywistą, wielowymiarową historię, z niejednoznacznym zakończeniem. Taką, która budziłaby dyskusje, zamiast powtarzać po raz setny komunały o przebaczeniu, miłości i leczeniu straszliwej traumy, która – wbrew temu, co napisała Autorka – nie da się wyleczyć dziesięcioma płytkimi oddechami, radością z każdego szczegółu, z każdej chwili dnia i z której później nic nie zostaje. I bez tego bajkowego zakończenia, w stylu żyli długo i szczęśliwie, co przy jakimś tam realizmie reszty powieści, wygląda dość nienaturalnie. Rozwiązania fabularne nie zachęcają do dalszego czytania, a nagłe zwroty akcji, które mogłyby, w ostateczności, uratować książkę, należą do rzadkości, a ten kluczowy dla akcji, jak już pisałam, jest bardzo przewidywalny. Zresztą, o czym piszę – to po prostu klasyczna powieść swojego gatunku, która w znakomicie się w niego wpisuje, nie próbując być nawet oryginalna. A może tak ma być? Cóż, chyba nie rozumiem tego gatunku, albo coś.

Wynika z tego, że fabuła mnie nie zaciekawiła, wręcz przeciwnie. Bez przekonania przewracałam kartki, interesując się perypetiami bohaterów tylko na tyle, by wiedzieć, o czym czytam. A czytałam o niewielu ciekawych rzeczach, bo kiedy Kacey i Livie na dobre rozgościły się swoim nowym domu na horyzoncie pojawił się Trent, co sprawiło, że kilka godzin swojego życia poświęciłam na czytanie o pożądaniu, kłopotach Kacey z ZSP i resztą swojej zrujnowanej psychiki, o pożądaniu, o przyjaciołach dziewczyny, o pożądaniu i o pożądaniu. Gdzieś w tle przewijają się  sentymentalne motywy miłosne i pomysły, jakich nie powstydziłaby się żadna dziewiętnastowieczna hrabina, dla zabicia czasu pisząca o jednej rzeczy, na jakiej się zna. Kiedy akcja książki przeniosła się gdzieś indziej i punkt ciężkości z hormonów płciowych przesunął się na prawdziwe kłopoty, okazało się, że powieść się skończyła i czułam się zawiedziona. Technicznie rzecz biorąc, akcja często utykała w zbyt romantycznych mieliznach, czasami pisarka skupiała się na szczegółach, zupełnie nieistotnych, a najczęściej jednak niebezpiecznie zbliża się do powieści erotycznej, przez co miałam dziwne wrażenie, że trochę odchodzi od tematu. Co prawda, na nadmierny chaos i nielogiczność nie mogę narzekać, bo widać, że pisarka za sobą ma jakieś doświadczenie w tej materii, ale zdarzyło się kilka momentów, w których Kacey zachowała się irracjonalnie, nawet jak na osobę z wiadomymi zaburzeniami, nie mówiąc już o innych bohaterach, a do powieść wkradło się nieco nielogiczności, głównie wtedy, kiedy akcja pędziła jak szalona, a pisarka nie potrafiła nad tym zapanować. Niestety, wiadomo co się wtedy dzieje – spodziewana dramaturgia, jak na przykład w scenie, kiedy Kacey spotyka rodziców swojego chłopaka, idzie do lasu i strzela sobie w łeb. Albo idzie na dno w worku z kamieniami, jeśli jesteśmy w depresyjno-samobójczej tematyce.

Język jest chyba główną wadą powieści. Wiadomo, jak źle się napisze, to bohaterowie wyjdą nie tak, jak chcieliśmy, choćby nie wiem co, a nawet przemyślnie skonstruowana runie jak domek z kart. Chociaż tu nie tylko to zawiodło. Po pierwsze, nie jestem pewna, czy język był odpowiedni do tematu. Jeśli staramy się opisać ten straszny ból, rozrywający klatkę piersiową, najlepiej jest chyba połknąć i strawić w całości kilka słowników i, najważniejsze, znaleźć równowagę między kiczowato-barokowym stylem i prostym, niemal prostackim. Autorka chyba tego nie wiedziała, albo nie chciało się jej, co chyba bardziej możliwe. Styl powieści jest bardzo prosty i lekki, czasami za bardzo prosty i lekki jak na powieść o głębokich problemach psychicznych, stracie rodziców i o ZSP ogólnie. Wszystko jest proste, zbyt dosłowne, nie ma miejsca na aluzje, ulotne uczucia wyrażone czasami tylko jednym słowem, mroczne widoki, plastyczne opisy snów, krwawych koszmarów, jakie co noc wracają do Kacey. Owszem, czyta się szybko, ale świat stworzony przez pisarkę nie jest plastyczny, ciekawy, kolorowy. No może kolorowy nie powinien być, jednak Autorka nie hipnotyzuje swoim stylem, nie owija napisanymi słowami, które przeniosłyby nas w głąb mrocznego wnętrza bohaterki, a może nawet pozwoliły z nią przeżyć wypadek – cokolwiek, co sprawiłoby, że powieść stała się pełna autentycznych emocji, nawet na tyle, by słowa z okładki nie były tylko reklamą. Jednak styl pisarki jest w pewnym sensie toporny, senny a także niepewny, jakby bała się napisać coś więcej, może sprawić, by narracja była bardziej skomplikowana. To zdecydowanie nie ułatwia czytania. Tak samo jak przekonanie Autorki, że przekleństwa dodają akcji dramatyzmu, a relacji Kacey autentyzmu, co sprawia, że niecenzuralne fragmenty pojawiają się bardzo często. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom, mogą przecież urozmaicać akcję powieści, czy dodać postaci charakterku, ale trzeba z nimi rozważnie, na pewno nie tam, gdzie mogło być jakieś inne słowo, jeszcze bardziej wyrażające emocje, tyle że może mniej znane. Kiedy widzę przekleństwa w takim miejscu to po prostu myślę, że Autorka nie wiedziała jak wyrazić swoje myśli, jak wielu ludzi, którzy przeklinają, bo im po prostu słów brakuje, lub też – to jest tak samo możliwe – chciała się przypodobać swoim czytelnikom, którzy uznają, że język powieści jest ich. Chociaż raczej jestem bliższa pierwszej opcji, patrząc na nieliczne, niezgrabne opisy i dialogi, jakie mamy niezwykłą przyjemność przeczytać.

Sięgając po powieść miałam głęboką nadzieję, że powieść mnie przygnębi, a może w pewien sposób i ja, czytając o smutkach kogoś innego, tylko kilka lat starszego, pocieszę się i popłaczę razem z bohaterką. Zresztą książka miała ciekawy tytuł i piękną okładkę, a ja jestem stara i naiwna, więc zawsze dam się na to złapać. Bo to, co dostałam bardzo mnie rozczarowało. Mimo tego, że – trzeba to Autorce sprawiedliwie przyznać - trauma głównej bohaterki była nawet nieźle wyeksponowana (i tak najwięcej jest o epickiej miłości do Trenta, która potrafi nawet przebaczać najgorsze rzeczy) chociaż powieść wywołała u mnie inny rodzaj traumy. Ten rodzaj, kiedy sfrustrowana odkładam lichą książkę, ze złością myśląc, że znów zamiast perły złowiłam kamień. Cóż, znów nie tym razem. Biorę dziesięć płytkich oddechów, żeby jeszcze nie napisać czegoś nieodpowiedniego i znów zanurzam się w poszukiwaniu innych perełek. Może kiedyś znajdę, może wtedy, kiedy historia Kacey zostanie zapomniana, a książka pokryje się kurzem, tonąc w milionach podobnych historii.

Tytuł: „Dziesięć płytkich oddechów”
Autor: K. A. Tucker
Moja ocena: 1/10