Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-book. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-book. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Nie ma niewinnych. Recenzja książki



Przeznaczenie. Nie każdy w nie wierzy. Bezpieczniej dla kruchej natury człowieka jest myśleć, że może sam stworzyć swój los, że przyszłość zależy tylko od naszych wyborów i splotu przypadkowych okoliczności. Wiara w fatum łączy się często z wiarą w coś nadrzędnego, co jest odpowiedzialne za zaplanowanie naszego życia, a wiele osób wyklucza istnienie czegoś takiego. Bóg? Jakaś nieznana kosmiczna energia, która układa gwiazdy tak, by można było wyczytać z nich przyszłość każdego z nas? Niewidzialne istoty, które pozwalają wróżkom interpretować karty tarota i szepczą przepowiednie na ucho? Jak człowiek źle czuje się z taką świadomością! Chrześcijanie wierzą, że Bóg jest miłosierny, a do złych rzeczy, które wydarzają się w ich życiu odnoszą się z filozoficznym spokojem, że ma tak być, ale co z kosmicznymi siłami, które nie mają żadnych uczuć, a ich misterne plany są tylko przypadkowymi zderzeniami planet? Myślę, że strach się bać. Chociaż kiedy głębiej zastanowimy się nad naszym życiem, prześledzimy te kluczowe dla niego momenty, dojdziemy do wniosku, że wszystko, co do tego doprowadziło, było niezwykłym, nieprzypadkowym przypadkiem, zbiegiem nieszczęśliwych bądź szczęśliwych wydarzeń. A historia! Cóż to za kopalnia przedziwnych zbiegów okoliczności, czasami wyglądających tak, jakby ktoś wcześniej napisał sztukę i zaplanował dekoracje, a ludźmi posłużył się jako bezwolnymi marionetkami, aktorami, których zadaniem jest tylko zagranie dramatu swojego życia i zejście ze sceny. Nawet wielcy tego świata nie mogą tego zmienić, choć wydaje się, że skoro mają prawo (często zresztą wątpliwe) rozporządzania ludzkim życiem i pozornie mogą mieć wszystko. Wydaje się, że mają nawet gorzej niż zwykli, szarzy ludzie – według jednej z pradawnych zasad, rządzących światem, im wyżej człowiek dotrze, tym upadek będzie boleśniejszy. 

Edyp, bohater greckiego mitu i dramatu antycznego, żył w błogim przekonaniu, że jednak udało mu się uciec od własnego, bardzo złowrogiego przeznaczenia. Kiedy był jeszcze królewiczem Koryntu, jakiś podpity znajomy nazwał go znajdą, a obrażony Edyp udał się do wyroczni delfickiej, by przekonać się, jaka jest prawda. Pytia jak zwykle odpowiedziała na jego pytanie po swojemu – przekazując mu przepowiednię, jaką kilkadziesiąt lat temu usłyszał jego prawdziwy ojciec. Straszliwą przepowiednię – Edyp zabije ojca i ożeni się z matką. Sądząc, że władcy Koryntu są jego rodzicami, chłopak ucieka z ich kraju i postanawia iść do Teb. W czasie drogi zabija pewnego człowieka, a potem odgaduje zagadkę Sfinksa, czym ocala miasto i zgrania rękę owdowiałej królowej (przypadek?). Po latach, kiedy ma już małe dzieci i jest chwalonym przez wszystkich obywateli Teb władcą, na miasto spada straszliwa klątwa. Warunkiem ocalenia pozostałej przy życiu ludności jest wydalenie z Teb mordercy poprzedniego króla Lajosa, który pozostaje bez kary, a Edyp, jako dobry król, z miejsca zaczyna śledztwo. Odkryje jednak rzeczy, które nigdy nie powinny wyjść na jaw – tamtego felernego dnia, kiedy podczas swojej wędrówki z Koryntu zabił w złości starego człowieka, który nie ustąpił mu miejsca na ścieżce, dokonała się pierwsza część losu przeklętego młodzieńca, przypieczętowana małżeństwem z żoną króla Lajosa, Jokastą…

Nie mogę powiedzieć, że nie znałam treści sztuki przed jej przeczytaniem – krwawa historia rodu Labdakidów władających Tebami wryła mi się głęboko w pamięć podczas czytania opracowania Jana Parandowskiego, kiedy przechodziłam okresy fascynacji mitologią. W jakiś sposób więc byłam przygotowana na to, że nie będzie to lekka lektura – chodzi tu przede wszystkim o to potworne uczucie bezsilności i strachu, że Autor miał rację i nie pozostaje nam nic innego jak bierne oczekiwanie na finał naszej historii, napisanej już przez kogoś innego. Ale i tak obcowanie z tekstem dramatu było pewnego rodzaju traumą. Podczas czytania mitu w wersji raczej skondensowanej, nadrzędnym celem było przecież ukazywanie faktów, informowanie czytelnika, a nie analizowanie złożonej, tak bardzo ludzkiej psychiki bohaterów. Tymczasem dramat, fragmentaryczne, ale niezwykle szczegółowe ujęcie konkretnego epizodu opowieści o Edypie, eksploatował tę tematykę, tak jakby dramaturga interesowało bardziej to, co czuł główny bohater, odkrywając prawdę o swojej tożsamości, niż akcja. Wiadomo przecież, że w takich sytuacjach wiele się dzieje w człowieku. Wiele złych, mrocznych rzeczy, które nie zawsze można rozumieć, ale doskonale wyczuć instynktem, szczególnie jeśli ktoś jest osobą bardzo empatyczną. A ja jestem. I właśnie dlatego zabierałam się za książkę – niegrubą przecież – mówiąc malowniczo, jak pies za jeża.

Zanim jednak zacznę rozpisywać się o tym, jak bardzo Autor swoim talentem zniszczył resztki mojej psychiki, muszę pokreślić istnienie jednego nawiązania, którego nie mogłabym przeoczyć, jeśli jeszcze jestem sobą. Chodzi tu o Turina z najpiękniejszej opowieści z Silimarillionu J.R.R Tolkiena – zresztą słyszałam nawet, że na jednym z konwentów dla fanów Profesora był wykład poświęcony analogii owego bohatera do króla Teb z antycznego dramatu. Temat trafny, bo J.R.R Tolkien, człowiek bardzo wykształcony, znał mitologię grecką i może nawet świadomie stylizował swoją historię na antyczny dramat. Opowieść o nieszczęśliwym Turinie różni się od losów Edypa tylko w szczegółach: jeden poślubił siostrę, drugi matkę; jednemu smok wyjaśnił prawdę, drugi do tego doszedł sam (nie wiem, co jest gorsze). No i w Turinie kochała się piękna elfia księżniczka, którą wzgardził i której tematu wolę już nie rozwijać, bo to w sposób naturalny doprowadza mnie do większego smutku; Edyp względnie pozostał bez innych adoratorek, chyba że o czymś nie wiem. Biedny Turin! Jednym jego grzechem było to, co starożytni Grecy nazywali hybris – duma tragiczna, przekonanie o tym, że samemu decyduje się o swoim losie, że życie jest tylko sumą wyborów, czymś ukształtowanym tylko i wyłącznie przez konkretnego człowieka. Edyp myślał tak samo, nie przeczuwając a może nie myśląc o tragicznej ironii, śmiechu losu. Obaj – Turin i Edyp – przekonawszy się, jak bardzo się mylą, zginą okrutną, samobójczą śmiercią. Analogie więc, przypadkowe bądź też zamierzone, są bardzo wyraźnie, jednak nie powiedziałabym, że podobieństwo jakoś mi przeszkadza czy też czyni z Profesora Tolkiena pisarza naśladującego doskonałe, antyczne wzorce – mitologia jest częścią kultury śródziemnomorskiej, a ciekawa zabawa konwencją jest miło widziana w każdej epoce i każdym gatunku, szczególnie że interpretacja Autora Władcy Pierścieni jest ciekawa i oryginalna. Zresztą historia o Turinie wpasowuje się w wymowę Silimarillionu i innych opowieści ze Śródziemia tak dobrze, jak historia Edypa w krąg naszej kultury i cywilizacji. Bo tak naprawdę nie ważne, czy czytamy o Turinie czy Edypie – ta historia pozostaje ilustracją jednego z najbardziej uniwersalnych praw o świecie, prawa, które w mniejszym lub w większym stopniu, dotyczy każdego z nas. 

Myślę, że nie muszę się rozpisywać na temat konstrukcji utworu – wszystkie dramaty antyczne były zbudowane tak samo, z tych samych, powtarzalnych elementów. Nie zawsze jednak takiej doskonałości formy towarzyszy doskonałość pozostałych elementów; przed przeczytaniem obawiałam się, że historia wtłoczona w podział na epeisodiony i stasimony straci całą swoją głębię. Okazało się jednak, że taka sztywna forma dla arcydzieła nie jest niczym złym, porządkuje jeszcze całość, nadając wiele przejrzystości. To jedna z tych historii, które – jak myślę – muszą być opowiadane w pewien określony sposób, bo mam wrażenie, że pozbawienie dramatu wstawek chóru odjęłoby nieco czaru, zniszczyłoby w pewien sposób estetyczny porządek i harmonię. Bo, jak wszystko co piękne w starożytnej Grecji, dramat ma swoją wewnętrzną harmonię, czemu zawdzięcza swój niezwykły nastrój, odczuwany jeszcze po tylu latach i wiekach. 

Dramat to jednak specyficzny gatunek literacki, w ujęciu Autora stanowiący zaledwie wycinek mitu – ciężko więc byłoby mi się dziwić, kiedy postacie okazały się niedopracowane, albo, w przypadku najlepszym, symboliczne. Bo przecież nawet sama konwencja starogreckiego dramatu pozwala na niewiele: zasada trzech jedności, a przede wszystkim decorum nie pozwalała na eksperymenty prowadzące do psychologicznego pogłębienia postaci. W tym aspekcie zostałam jednak zaskoczona, i to bardzo pozytywnie – naprawdę, tu wszyscy bohaterowie są o wiele bardziej plastyczni i ciekawi niż w niektórych wielotomowych cyklach, z każdą częścią po siedemset stron, które teraz tak często są produkowane przez współczesnych pisarzy. To pełnokrwiste, bogate w cechy sylwetki, ukazane z prawdziwym wyczuciem i znawstwem bez cienia taniego sentymentalizmu czy kiczu. Na uwagę zasługuje szczególnie tytułowy bohater – dobry, dumny władca o wielu wadach i zaletach, ale też zwykły człowiek, taki jak my, który staje w sytuacji tragicznej, bez wyjścia. W wielu częściach sztuki na pierwszy plan wysuwa się walka wewnętrzna bohatera między bezlitosną prawdą, która powoli wychodzi na jaw, i obroną bohatera, gotowego uwierzyć w kłamstwo, oskarżyć Kreona czy nawet znieważyć ślepego Tyrezjasza, przez którego przemawia sam Apollo by uwierzyć, że zarzuty są bezpodstawne. Edyp coraz bardziej przypomina człowieka świadomego, że zaraz umrze, ale próbującego wmówić sobie, że wszystko jest dobrze, by nie poddać się rozpaczy, strachowi i zwątpieniu; chwyta się wszystkich możliwości, każdego pozoru, nawet nieracjonalnego, łącznie z podejrzeniem o spisek. Boi się cierpienia, jakie może z tego wyniknąć i jest to zupełnie ludzkie. Jednak jakaś jego część chce się dowiedzieć prawdy – chociaż będzie ona najgorsza, jaką można sobie wyobrazić, położy kres niepewności i męczącym podejrzeniom, które coraz bardziej zatruwają duszę bohatera; łatwo więc rozumieć, dlaczego obsesyjnym zaangażowaniem chce dowiedzieć się o swoim pochodzeniu. Rozwiązanie sprawia mu niejaką ulgę, bo kładzie kres nadziei, pozwala rozpaczać bez żadnych przeszkód. Tak, to doskonale pokazana wewnętrzna, psychologiczna walka człowieka z przeznaczeniem, z okrutną prawdą a także – tak naprawdę – z własnym życiem. Kiedy wszystko się wyjaśnia, Edyp nie ma siły walczyć dalej, poddaje się, oddając sprawiedliwość samemu sobie i prawdziwie po królewsku dotrzymuje danego słowa. Nie ma duszy romantycznego buntownika, który na jego miejscu wypowiedziałby losowi bezsensowną przecież walkę, nie jest też zapatrzonym w siebie egoistą, który wybrałby dobro swoje i swoich dzieci ponad szczęście królestwa (myślę jednak, że w tym przypadku byłoby ciężko go potępić). Przegrał najokrutniejszą walkę i ogrom jego cierpienia wylewa się z każdego precyzyjnego słowa dramatu, rysując przed nami portret bardzo żywy (powiedziałabym nawet, że aż za bardzo). Cierpienia czysto ludzkiego, uszlachetnionego wielkością tragedii – chodzi tu nie tylko o świadomość popełnia straszliwych zbrodni i ewidentnej niewinności bohatera, ale o tragiczny wybór, los dzieci, Jokasty oraz te rujnujące przeświadczenie, że całe życie było iluzją opartą na kłamstwie, złośliwym śmiechem losu. A jego pewność, że wymknął się przeznaczeniu tylko złudną nadzieją. Zresztą chyba nie ma takiego człowieka, który cieszyłby się z faktu, że całe jego życie nie jest zależne od niego, że jest zabawką w rękach losu…? Boga…? Jakiegoś ślepego ułożenia gwiazd i planet…? 

Ciekawymi postaciami dramatu są także Kreon i Jokasta. Ten pierwszy to zwykły, przeciętny człowiek, któremu obce są jakiekolwiek głębsze przemyślenia na tematy egzystencjalne, a w życiu kieruje się tak zwanym zdrowym rozsądkiem i – jak to trafnie ujęto w Wstępie do mojego wydania – powoli ale skutecznie pchał taczkę swojego życia pod górkę losu. I choć w kolejnym dramacie Autora, tym o nieszczęśliwej córce Edypa, Antygonie, Kreon jako król pokaże mroczną i stanowczą stronę swojej osobowości, na razie wzbudza sympatię. Sympatię, jaką zwykle mamy dla osób do bólu racjonalnych, ułożonych, porządnych, normalnych. Takich, które nie sięgają po władzę swojego szwagra (i jednocześnie siostrzeńca!), bo nie chcą problemów, jakie niosą ze sobą intrygi i ich wykrycie. Z filozoficznym spokojem godzą się na los, jaki przypadł im w udziale i nie grymaszą, pozornie bezpiecznie przechodząc przez życie. Jednak kiedyś wybije godzina Kreona i on również popadnie w rozpacz, wyrzucając sobie błędy i słysząc chichoty losu. Okaże się jednak wtedy, że – przeciwieństwie do Edypa – Kreon świadomie podjął kilka błędnych decyzji, chociaż niewątpliwie chciał dobrze, a do tragedii nie doprowadziła klątwa, tylko fatalne zaślepienie i brak zgody na wyroki bogów. Biedny Kreon! Jego cierpienie jest inne od tego, które stało się udziałem Edypa i choć równie dramatyczne, to bardziej sprawiedliwe (wybaczcie mi jednak wybieganie w przyszłość; na razie Kreon żyje sobie pogodnie i wygodnie). Jokasta natomiast została uchwycona tylko w kilku scenach, bardzo mocnych jednak. Wcześniej nie znała treści klątwy, bo Lajos, kiedy dowiedział się o niej od wyroczni, nie pisnął żonie ani słówka, unikał tylko kontaktu płciowego, licząc, że syn w ogóle się nie urodzi i nie będzie problemu, a ona upiła go, bardzo chcąc mieć dziecko. Mylnie uważa więc, że to wszystko jej wina, zresztą jeszcze nie wiedząc o niej, a podejrzewając, kim może być jej mąż, zaczyna odczuwać chyba jeszcze większy lęk niż Edyp, co Autor mocno podkreśla, dodając, że bohaterka nie chciała nawet, żeby król wezwał do siebie pasterza, który przed laty zlitował się nad chłopcem i zamiast go zabić oddał do wychowania władcom Koryntu. Zdobywa się nawet na bluźnierstwo przeciwko wyroczni, Tyrezjaszowi i w ogóle przeciwko Apollinowi, za wszelką cenę chcąc żyć dalej, nawet w iluzji i kłamstwie. Miała za mało siły, żeby żyć dalej z tą świadomością, szczególnie po tym, że – bądź co bądź – ukochany Edyp wcześniej wyklął samego siebie (zauważmy, że chce dla niego jak najlepiej, bo kocha go miłością żony i matki, podwójnie mocno!). Nie można ją za to winić, bo jest to jeden z tych ciężarów, które potrafią zniszczyć człowieka i z których świadomością jest ciężko żyć każdego dnia, z wielu powodów. Przecież i tak jej życie przypominałoby już tylko egzystencję, tamtego dnia umarła przede wszystkim w wymiarze psychologicznym. Biedna Jokasta! Wierzenia greckie mają dla samobójców więcej litości niż religia chrześcijańska, ale i tak jestem bardzo ciekawa, czy zaznała po śmierci spokoju, może w jakiś sposób wiedząc, co spotkało jej dzieci. Samo to jest wyborem tragicznym, w którym z kolei nie ma dobrej odpowiedzi – musi wybrać piekło za życia lub Hades po śmierci. 

Okładka czytanego przeze mnie wydania jest dość… specyficzna. Moja mądra kuzynka stwierdziła błyskotliwie, że przedstawia ona dół w ziemi z wodą w środku i na pierwszy rzut oka tak właśnie to wygląda. Po zastanowieniu się i przyjrzeniu się pod różnymi kątami i w różnym oświetleniu zawyrokowałam jednak, że jest to muszla wypełniona wodą, a wokół leży piasek, co raczej trudno poddać wątpliwości. A może to po prostu jakiś abstrakcyjny wzór? W każdym razie w wodzie odbija się słońce i całość nie wygląda tak, jakby chociaż próbowała ilustrować cokolwiek z dramatu (chyba że mam za niskie IQ, co jest bardzo możliwe). Na środku tego czegoś widać biały pasek z Autorem dzieła i tytułem, jakoś tak krzywo względem owej dziwnej muszli, na dole widać jeszcze logo Wydawnictwa. Cóż, wiadomo że trudno dobrać okładkę do czegoś takiego, a w e-bookach nie trzeba za bardzo dbać o oprawę, bo i po co, ja jednak postawiłabym na jakieś antyczne woulty, może kwiaty akantu, w każdym razie zawijasy; rzecz neutralną ale w jakiś sposób bliską tematyce dramatu. Trudno bowiem o inną, lepszą okładkę, chyba że komuś przypadną go gustu owe rysunki (również specyficzne)  zdobiące wydanie z opracowaniem do szkoły. Tak więc na razie muszę się zadowolić ową dziwną muszlą i wmówić sobie, że podoba mi się sposób, w jaki promienie słoneczne odbijają się w jej środku, dziwnie kojarząc się z treścią dramatu, jak odrobiny szczęścia, które odbiły się w życiu Edypa, by potem zniknąć razem ze słońcem. 

Język! Kunsztowna odmiana zasady decorum, utkana według harmonicznych reguł sztuki greckiego antyku. Mimo nutki patosu, przebrzmiewającego w stasimonach, Autor nie stara się wzruszać na siłę czy wciskać zbyt dużo słów, zakrywając nimi emocje; stawia na językowy minimalizm, precyzję i oszczędny styl, dzięki czemu tekst zyskuje na przejrzystości i pozwala dramatopisarzowi na nawiązania do poprzednich scen i aluzje, które były nieczytelne przy większym zamotaniu w tym aspekcie. Eksponuje jednak uczucia, pokazujące barwną różnorodność psychologiczną bohaterów, stawia na plastyczny dialog, portretując postacie w czasie rozmowy, jakiegoś konkretnego działania. Oczywiście, Edyp, jak przystoi na króla, jeszcze w antycznej Grecji, wyraża się raczej górnolotnie, ale z klasą; nie ma tu niczego przesadzonego, przejaskrawionego, a tym bardziej kiczowatego w rozmowach pełnych dostojeństwa, pełnych jednak kłębiących się pod spodem trudnych często emocji. Dialogi są zresztą bardzo żywe, błyskotliwe i prawdopodobne, tak jak rozmowa Edypa z Kreonem, pełna dramatyzmu scena z Tyrezjaszem, czy fragment, w którym oślepiony Edyp żegna się ze swoimi dziećmi. Tak prawdziwe, że aż boli, bo z każdego słowa wylewa się potok emocji, najczęściej tak dramatycznych i smutnych, że zapiera dech, jakby się tonęło. Nie mówiąc o lirycznych pieśniach chóru, będących komentarzem do wydarzeń i często modlitwą do różnych bóstw, jak i pewnym rodzajem manipulacji czytelnikiem czy widzem, wprowadzających go w określone nastroje, ale też pięknym przerywnikiem. Myślę, że kiedy te fragmenty zostałyby odśpiewane, nawet po polsku, czuć byłoby w nich całą moc drzemiącą w nich, całe piękno, podczas czytania o wiele mniej widoczne, ale tak naprawdę porażające i zapierające dech w piersiach. Bo rzeczywiście można od tego się udusić, zatracić się, poczuć niemal namacalne, klasyczne piękno słów, moc prawdziwej Literatury, choć wszystko jest tak mocno związane z ludzkim cierpieniem, które wciąż będzie prześladowało czytelnika, a przynajmniej prześladuje mnie, chociaż utwór przeczytałam już dość dawno. I nie chodzi tu tylko o fabułę, ale o język i styl, z jakim rzadko mam szansę obcować tak blisko. Na tyle blisko, by doświadczyć słynnego katharsis i przekonać się, że jedno z wielu utworów językowo godnych poruszanego tematu.

Oczywiście muszę pochwalić także nieco archaiczne, bardzo piękne tłumaczenie Kazimierza Morawskiego – z delikatnym, wyczuwalnym rytmem, poetyckością i, jednocześnie prostotą i przejrzystością, dzięki czemu owo piękne tłumaczenie jest przystępne i lekkie tak, że lektura zabiera najwięcej godzinę. Nie ma przy tym żadnych uproszczeń i spłyceń, co jest bardzo dobre ( oczywiście przy założeniu, że czytelnik wie, że Atena jest tym samym co Pallada), ale i również wielu zapętleń prowadzących do trudnych zrozumienia konstrukcji czy, nie daj Boże, błędów logicznych. Tłumacz jawi się jako osoba kompetentna, zafascynowana tym co robi, z dużą wiedzą na temat epoki, z której pochodzi utwór. I to chyba jest najważniejsze – nie ma chyba nic gorszego niż tłumacz, który nie wie dokładnie, co tłumaczy, albo jego wiedza o danej epoce jest bardzo mała. W każdym razie czyta się bardzo dobrze i szybko, mając nieograniczoną możliwość rozkoszowania się jednym z tych autentycznych arcydzieł, będących najważniejszymi tekstami kultury naszej cywilizacji. 

Lektura dramatu – mimo tego, że, jak napisałam wyżej, była niezwykłym doświadczeniem – w pewnym sensie bardzo mnie przeraziła. Nie od dziś wiemy przecież, że Edyp jest bohaterem uniwersalnym, a w samej literaturze można znaleźć wiele podobnych do niego postaci. Ba, w literaturze! Mimo że kocham słowo pisane, muszę przyznać, że życia dostarcza nam wielu ciekawszych przykładów, a często jest tak, że życiem kieruje fatum, jakaś – najczęściej prowadząca do tragedii – siła wyższa. W historii takich przykładów jest na pęczki (pomijając losy państw i narodów): Jezus, Zygmunt August, Baldwin IV Trędowaty, Filip IV Piękny, Joanna Szalona, lady Jane Grey, Fryderyk Chopin, tysiące ludzi, często anonimowych, którzy zginęli w czasie obu wojen światowych… Wymieniać można w nieskończoność. Dzisiaj też się tak zdarza – jest nawet takie przysłowie, że człowiek robi plany, a Pan Bóg się śmieje. Ci ludzie, którzy pracowali w wieżach WTC 11 września 2001 roku mogli przecież nie iść do pracy i przeżyć; planowali pewnie wiele rzeczy, które zrobią później, ale nic z tego nie wyszło. Tak samo jak współczesne wersje nieszczęśliwego króla Teb czyli ludzie, którzy chcą dla siebie lub dla kogoś innego dobrze, postępują zgodnie z normami moralnymi, jednak doprowadzają do katastrof, nieświadomie popełniając grzechy, które trudno wybaczyć. Czy mnie też dosięgnie przeznaczenie? Czy moje życie już jest napisane przez kogoś, zaplanowane, czy jakiś układ gwiazd zadecyduję czy będę szczęśliwa, czy nie? Nie możemy przecież nic poradzić na to, że naszym przeznaczeniem jest cierpienie, nawet jeśli będziemy się buntować. A jeśli i nawet zgrzeszymy tak jak Edyp, to czy dalej będziemy niewinni? Czy to w ogóle jest nasza wina, skoro taki był nasz los? Czy ludzie bez winy w ogóle istnieją? Pytań wiele, a Autor – cóż – milczy już od kilku tysięcy lat.

Tytuł: „Król Edyp”
Autor: Sofokles
Moja ocena: 10/10

wtorek, 28 lipca 2015

Całusy pod Pałacem Kultury. Recenzja książki



Często, kiedy za oknami już ciemno, a w ręce paruje kubek cieplutkiego kakao, wspominamy z Mamą moje czasy gimnazjalne. Mama śmieje się do rozpuku, bo byłam wtedy rozkosznym dzieckiem (tak przynajmniej mówi), ale ja nie mogę się odpędzić od uczucia… zażenowania. Tak bardzo chcieliśmy być dorośli, że nie zauważaliśmy, że jesteśmy coraz większymi dzieciakami. Koleżanki malowały się w ubikacji tanim tuszem i pudrowały twarze, oglądając teledyski Dody, Nicki Minaj i innych, a wszyscy emocjonowali się, że mogą oglądać filmy powyżej lat dwunastu. Kiedy zaproszono mnie na noc do jednej z koleżanek włączyłyśmy komedię Woody’ego Allena, szczęśliwe, że możemy poplotkować o facetach i rozumiemy wszystkie żarty o seksie. Tyle że za Chiny Ludowe nie przyznawałyśmy się przed nikim, że oglądamy komedie romantyczne, choć wszyscy o to nas podejrzewali. Mój czas absorbowały książki, historyczne fascynacje, na przemian z klasyką i fantastyką, czytałam wszystko co się dało i ile się dało. Kiedyś na Wiedzy o Społeczeństwie, który to przedmiot wspominam bardzo miło, bo normalnych lekcji właściwie nigdy nie było, dzięki pewnej grupce dziewczyn z klasy, które podrywały nauczyciela (który był brzydkim starym kawalerem), oskarżono mnie o czytanie romansu, kiedy ja pożerałam właśnie coś historycznego, co mnie wtedy piekielnie oburzyło. A było o co się obrażać. Nabuzowani hormonami chłopcy wyśmiali moją koleżankę, która sięgnęła po jakiś paranormal romance czy powieść dla nastolatek w różowej okładce. Jakby to było coś złego – wiadomo, każdy ma inny gust, każda książka to książka, no oprócz harlequinów. 

Teraz już wszystko jest inaczej. Stary, dobry Woody Allen się przejadł, wakacje we Francji zakończyły się traumą z powodu ukąszenia osy w rękę, a Wenecja śni się po nocach, chociaż i tak nie mogłabym tam zamieszkać z powodu wilgoci. Do romansów wymieszanych z powieścią obyczajową mam stosunek nijaki, który zamienia się w sympatię bądź wrogość, co zależy od ilości realizmu i wielu innych czynników – w tym występowania w opowieści ciepłych kawiarenek, miłych panienek od ciast czekoladowych, cukierenek i powrotów na bagna czy inne rozlewiska. Im więcej humoru i dystansu, tym lepiej dla książki i dla mnie. Bo tak trudno pisać o miłości, choć wydaje się, że to temat zupełnie ograny, zresztą całe te uczucie przeżywa teraz kryzys. Można to robić poważnie i głęboko, tak dla refleksji, albo z przymrużeniem oka i z celowym pokolorowaniem świata na różowo, by czytelnik odetchnął od przygniatających każdego problemów i szarzyzny. Żadnych półśrodków, naiwnych opowieści o kobietach doświadczonych przez los, które kupują domek i znajdują Wielką Miłość, a przyszłość maluje się w wściekle różowych barwach - to jedyna rzecz, która mnie denerwuje. Sto razy bardziej wolę poczytać sobie, coś, co jest czystą rozrywką bez cierpiętniczych wstawek, pełną energii i komediowego zacięcia, coś, co nie będzie ciągnęło się jak flaki z olejem i przy tym wszystkim będzie jak najbardziej relaksujące. Takie coś mogę sobie od czasu do czasu przeczytać, bo, czego dowodem są liczne filmy i powieści, napisać dobrą komedię romantyczną czy też romantyczną obyczajówkę, jest tak trudno, jak podrobić obraz Vincenta van Gogha. Naprawdę. 



Piotrek pracuje dla tajemniczej Fundacji, a jego zadaniem jest uwodzić kobiety, a potem je porzucać. Zajmuje się różnymi zleceniami: spaceruje z piękną pisarką Zosią Grocholą (to nazwisko), przekonuje Tatianę, żeby żądała więcej pieniędzy za swoje usługi oraz próbuje uświadomić Natalii, że nie każdy facet jest skończonym durniem. To ostatnie jest najtrudniejszym zadaniem, bo Piotrek okazał się jednym z najgorszych dotychczasowych chłopaków delikatnej dziewczyny, a sam dochodzi do wniosku, że jest w niej nieszczęśliwie zakochany. Czy, jako zawodowy amant, nad którym wisi zemsta zdradzonych kobiet, ma jakąkolwiek szansę na zwykły związek? Czy Natalia, klasyczny geek, zdoła się oprzeć jego urokowi? I czy przyjaciele zdołają uratować Piotrka przed psychofankami Zosi Grocholi, podwójną tożsamością pewnych kobiet i wieloma innymi zasadzkami? 

Najlepszą rzeczą w powieści są jej bohaterowie. Nie są to postacie targane jakimiś ważnymi problemami moralnymi czy filozoficznymi, zmagające się z traumą przeszłości, ale Autor skonstruował je dobrze i ciekawie. Sam Piotrek – główny bohater – nie przypomina bezmyślnego, umięśnionego przystojniaka z paranormal romance, daleko mu nawet do rozpieszczonego dzieciaka z dzisiejszych obyczajówek. Ma określoną przeszłość, pełną różnych, lepszych i gorszych, wspomnień, swoje wady i zalety. Gryzie się z przeszłością. Miewa wyrzuty sumienia, czasami zdobywa się na jakiś szlachetny uczynek, po ludzku się cieszy i wątpi w sens tego, co robi. W pewien sposób to postać ciekawa, nieco nawet wielowymiarowa, pełnokrwista i w dodatku urocza w pewien nieporadny sposób. Nie jest ani wyrachowany, przeżarty kasą i powodzeniem, a miłość do jazzu sprawiła, że polubiłam go jeszcze bardziej. W każdym razie lubiłabym go nawet wtedy, kiedy słuchałby dico polo, bo postać ta wyszła naturalnie i przekonywująco, że trzeba pogratulować za nią Autorowi oddzielnie. Rzadko w literaturze popularnej można spotkać tak ciekawy portret zwykłego chłopaka, co więcej, bez żadnych retuszy i udoskonaleń, a także go szczerze polubić, nie mając żadnych wyrzutów sumienia. 



Jego ukochana, Natalia, wyszła nieco gorzej – mimo całej rezolutności i cech typowego geeka, jest nieco … mdła? Brak jej charakteru, czegoś, co definiowałoby jej postać. Dużo tu wszystkiego, jednak ciężko cokolwiek napisać: standardowe problemy z rodzicami i mężczyznami, bogata wyobraźnia, afro, luźne koszulki, które niczego nie sugerują… Poza tym, że kocha Batmana, pewną oryginalnością i uporem, jest zwykła, brakuje mi rumieńców, może nieco więcej brawury ze strony Autora, więcej uwagi poświęconej pogłębieniu postaci. Z pewnością jest sympatyczną, przeciętną postacią, ale zupełnie gnie w cieniu uroku osobistego Piotrka i nieprzeciętnych osobowości, które panoszą się po całej powieści. Trochę nie pasuje do absurdalnego klimatu całości, będąc nieco melancholijna, może poważna, o sercu z czystego złota i niewinności. Gdyby to wszystko było choćby przebraniem dla temperamentnej złośnicy, zrobiłoby się jeszcze ciekawej niż jest. Bardziej odpowiada mi już Tatiana (o nie, nie zdradzę jej sekretu), inteligentna, wyrachowana, o silnym charakterze, sprzedająca swe wdzięki z innych pobudek niż pieniądze – co było dla mnie zaskoczeniem – gdzieś tam głęboko skrywająca jednak jakąś poważną zadrę, wątpliwości, które ukrywa pod pewnością siebie. To naprawdę ciekawa postać, żałuję tylko, że nie doczekała się jeszcze większej uwagi Autora, dopieszczenia i wygładzenia, wyciągnięcia z tej postaci jeszcze więcej, pogłębienia jej w jakiś sposób. Pisarka Zosia Grochola została dołączona tam zupełnie nie wiem po co, bo tak naprawdę poza pierwszym rozdziałem pojawia się tylko kilka razy, a oprócz jej fankami, ganiającymi za Piotrkiem po Warszawie, nie ma nic z nim wspólnego. To też ciekawa postać, dzięki której Autor pożartował sobie z wielkich pisarzy, wydawnictw i całego tego światka, ale niezbyt rozumiem podkreślanie jej postaci w blurbie i poświęcenie jej całych dwóch rozdziałów. Wprowadza to do powieści nieco naprawdę niepotrzebnego bałaganu. Poza nią mamy jeszcze zabawnego, bardzo absurdalnego Witka ze swoimi dziwnymi pomysłami – tym razem jak najbardziej pasującymi do dość absurdalnej, wykrzywionej wizji Warszawy, ale nie sposób go nie lubić, szczególnie po tej scenie, kiedy idzie ulicą, czytając książkę. Czyżby to było ostrzeżenie dla każdego mola książkowego, w tym dla pewnej chudej blondynki, którą miesiąc temu widziano na jednej z najruchliwszych ulic miasta z nosem w książkowej cegle? Cóż, okazuje się, że nie jest to do końca literacka fikcja… W tle przewija się następne mnóstwo innych postaci: narzeczona Witka, różne koleżanki, w tym jedna vlogerka, kumple, przypadkowo spotkane osoby i wiele innych person, zarysowanych mniej lub bardziej szkicowo, które ciężko jest zliczyć. Myślę, że nie powinno być ich aż tyle, bo mniej uważny czytelnik może się pogubić, a i o wiele ciekawsze byłoby stworzenie kilku dobrych technicznie, sympatycznych bohaterów – choćby w stylu Piotrka czy Witka – również dlatego, by uniknąć naprawdę niepotrzebnych dłużyzn, które tylko spowalniały czytanie. 

Nie można powiedzieć, że ze wszystkimi bohaterami jest źle lub nijak, ponieważ nie jest to prawdą, a żywymi dowodami są Jarek i Stasiu. Powalili mnie na kolana. Naprawdę. Od dłuższego czasu nie śmiałam się tak bardzo podczas czytania. Co prawda, czasami absurdalność niektórych ich postępków niemal boli i zamiast bawić zasmuca, ale w ostatecznym rozrachunku sensei i jego uczeń z powodzeniem mogą zastępować inne słynne duety filmowe i literackie, w szczególności, że owa dwójka niezwykle inteligentnych młodzieńców potrafi rozśmieszyć żartami na każdy temat, a dzięki nim powieść ma w sobie coś z karykaturalnego, wykrzywionego obrazu naszej rzeczywistości (warszawskie Chinatown pełne Wietnamczyków!, padłam) z jej prawdziwymi, niekoniecznie już śmiesznymi absurdami, co Autor doskonale uchwycił. Dobry śmiech z otaczającego nas świata nie jest zły, jak powiedziałby Jarek. O tak, muszę napisać, że naprawdę zazdroszczę pisarzowi takiego duetu i mam nadzieję, że przeczytam jeszcze o nich nieraz w innych powieściach Autora, bo takich szans po prostu się nie marnuje. Po prostu nie. 



Okładka jest ładna, mimo że różowo-fioletowa, co nie do końca zadowala mnie, fankę raczej kolorów bardziej stonowanych, zimnych. Na pierwszy planie widzimy mnóstwo fioletowych sylwetek  kobiet biegnących za uciekającym chłopakiem, co – bądźmy szczerzy – nie do końca nawiązuje do treści książki, chyba że do fanek Grocholi, czy uwiedzionych przez Piotrka dziewczyn. W tle – w różnych odcieniach różu – prezentuje się Warszawa z wieżowcami, Zygmuntem III Wazą na kolumnie i, ośmielę się rzec, polską wieżą Eiffla, Pałacem Kultury i Nauki (podręcznikowym przykładem architektury socrealistycznej, darem miłości od Wujka Stalina, który powinni wyburzyć, a nie pokazywać w każdym odcinku Bulionerów i chwalić się niemal tak samo jak słynną paryską wieżą). Z nitek zwieszają się chmury, a tytuł, bardzo duży i rzucający się w oczy, napisano kolorową żółto-turkusową czcionką, a wszystko razem skutecznie przyciąga wzrok. Co do owego tytułu, muszę zaznaczyć, że jest bardzo pomysłowy, bo chyba każdy będzie chciał się dowiedzieć czym – lub kim – jest tytułowy Phong i co on ma wspólnego z różdżką (której również nie ma na okładce). E-book jest dobrej jakości, z przyjemnym do czytania krojem czcionki i odpowiednimi marginesami. Jak na czytanie na komputerze i tablecie, estetycznie była to naprawdę przyjemna lektura. 



Książka napisana jest prosto, językiem potocznym, pełnym kolokwializmów i odniesień do popkultury (to bardzo rzadko spotykane, szczególnie w takiej ilości, więc bardzo mi się spodobało) i żartów wszelkiej maści, które Autor stosuje szczególnie w dialogach. Dzięki temu wydają się trochę bardziej naturalne, jednak z czasem powtarzanie pewnych zwrotów – na przykład irytującego heh – staje się z czasem nieco denerwujące, tak samo jak powtarzanie pewnych przymiotników jak piotrkowy, witkowy, nataliowy, co skojarzyło mi się dziwnie z klasyką, co jakoś nie pasuje do całości powieści, tak jak pewne fragmenty o filiżankach i talerzykach, zupełnie nie śmieszne i dość dziwne, nie wiem, po co pisarzowi to było, książka byłaby nawet lepsza bez tego. Ogólnie czytało się dość szybko, płynnie i sympatycznie, co jest bardzo dużym osiągnięciem jak na debiutanta. Mało tu sztywniactwa, za to dużo pewnego prowadzenia fabuły i choć Autor ma jeszcze nieco problem z scenami dynamicznymi, myślę, że z każdą kolejną książką będzie lepiej, styl wykrystalizuje się i pisarz wypracuje własne metody opisywania rzeczywistości. 

W powieści od pierwszej strony dzieje się wiele, nie można narzekać na nudę. Autorowi udaje się podtrzymać zaciekawienie czytelnika do ostatniej strony, choć zakończenie jest bardzo przewidywalne i trochę, muszę przyznać, zawiodło mnie (aż tak źle nie było, a co to za romans bez happy endu?). Pisarz nie przeciągał fabuły w nieskończoność, choć momentami popadał w mielizny i dłużyzny, wątki i zdarzenia zupełnie zbędne, które tylko wydłużały książkę, tak jak szerokie pisanie o Zosi Grocholi, która tak naprawdę nie okazała się postacią dla powieści istotną, a czasami jest zbyt dużo wątków, co sprawia, że niekiedy się rwą i co mnie niezmiernie, jak zwykle, irytuje. Warto byłoby jeszcze zrobić coś ze wspomnieniami Piotrka – to były fragmenty ciekawe, bo mieliśmy okazję poznać postać tę bliżej – ale nie wyróżnione w żaden sposób wprowadzają pewien rozgardiasz i zanim zorientowałam się, że to jeden z takich fragmentów, musiałam dużo się zastanawiać, o co, do licha, chodzi. Może wystarczyło zaznaczyć to kursywą, albo jakoś wyodrębnić z tekstu za pomocą inaczej oznaczonych rozdziałów? To wystarczyłoby w zupełności. Sama fabuła faktycznie momentami jest bardzo absurdalna, to prawda, ale większość z tych rzeczy to po prostu przerysowane zachowania znane nam z codziennego życia – nawet wiele z cech moich ukochanych Jarka i Stasia to niektóre zjawiska w krzywym zwierciadle, nie mówiąc o VIP-owskiej imprezie na koniec, na którą wkręca się Piotrek (przynajmniej ja tak to odebrałam) i epizodzie z fankami Zosi Grocholi, z czym pisarz trochę przesadził, bo pisarka nigdy nie będzie tak popularna jak Justin Bieber czy nieodżałowane One Direction, którego sława ma się już ku końcowi (wreszcie! wreszcie!). Zdarzają się też fabularne dziury, choć może Autor chciał pewne wydarzenia okryć płaszczykiem niewyjaśnionej tajemnicy – mówię tu w szczególności o tym, że gips Witka zniknął w tajemniczych okolicznościach, a bohater przyniósł drugą różdżkę od Phonga (he, to też bardzo dobra postać, ten cały Phong) i kompletnie nie wiem, do czego to przyczepić, bo Autor nawet nic nie zasugerował, tym bardziej, że nieco skraca to fabułę, która przy końcu nieco się już rozrosła. Cóż, myślę, że lepiej byłoby wyrzucić wszystkie niepotrzebne, nieistotne dla fabuły  fragmenty, zamiast tego skupiając się na najważniejszym – różdżce i  uczuciu głównych bohaterów, pogłębiając znacznie ten wątek. Dzięki temu powieść nie wyglądałaby jak opowiadanie z rozlicznymi wątkami pobocznymi i legionem zbędnych bohaterów, a wewnętrznie spójna i wciągająca całość, którą miała szansę zostać.  



Recenzując niezbyt udany debiut pani Agnieszki Tomczyszyn, napisałam o wyjątkowej przyjemności obcowania z tekstami debiutantów. Choć nie wszystko im wychodzi tak, jakby tego chcieli, a ja muszę sobie postękać i doradzić, by dalej szło lepiej, ich książki są pełne entuzjazmu, świeżości, chociaż czasami piszą na tematy ograne zupełnie. Są młodzi literacko, pełni entuzjazmu, pomysłów, nie żerują na czytelniku i nie szukają kasy. Doceniam ich za odwagę. Rynek jest zdominowany przez pisarzy importowanych, wielu nawet nie spojrzy na polską literaturę – dla mnie to absurd – z powodów bliżej mi nie znanych, a agencje literackie wciąż są w powijakach, nie mówiąc o niechęci dużych wydawnictw do debiutantów, ale oni wciąż wierzą w powodzenie swojej powieści i to jest naprawdę fajne. I tak jak – Autor – mają odwagę wydawać brawurowe komedie romantyczne czy też sympatyczne, wcale nie kiczowate i sztywne obyczajówki. Może tym razem, w debiucie, nie wszystko się udało, ale po prostu spędziłam kilkanaście godzin na leniwym czytaniu, śmiejąc się czasami do tableta jak głupia (Jarku i Stasiu, kocham was!) i chyba o to chodziło. Ale czekam na więcej, bo – kto wie – niesztampowe historie miłosne i ciekawi bohaterowie zawitają nad Wisłę i będzie można w końcu z czystym sumieniem powiedzieć, że całusy spod Pałacu Kultury nie są wcale gorsze od tych spod wieży Eiffla.

Tytuł: „Oddawaj różdżkę, Phong!”
Autor: Łukasz Wasilewski
Moja ocena: 5,5/10

Za e-booka oraz materiały prasowe dziękuję serdecznie Autorowi