Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6-5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6-5/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

Mój ślub z panem Darcym. Recenzja książki



Fajnie było w tym wieku dziewiętnastym. Dziewczęta pozbawione były życiowej traumy zwanej szkołą, a matka stawała na rzęsach, żeby kupić im najlepsze i najpiękniejsze stroje. Oczywiście mówię tu o arystokracji, bo między Bogiem a prawdą wolę nie myśleć o życiu osób z niższych warstw społecznych. Hrabianki grały sobie na klawikordach, czytały francuskie romanse i wyszywały, a ich największym zmartwieniem był krzywy haft. Do czasu, bo w wieku szesnastu lat – a może i wcześniej – każda z nich zaczynała dostrzegać czar płci przeciwnej, co prawda w dość sentymentalny i abstrakcyjny sposób, bo stosunki między mężczyznami a kobietami ograniczały konwenanse, ale zawsze. Szarmanccy młodzi dżentelmeni, którzy mistrzowsko grali w wista, spędzali popołudnia na grze w golfa albo polowaniach i zostali wprowadzeni w arkana sztuki czarowania młodych kobiet i tańca. To, do czego śmiałyby się także i moje oczy jeśli miałabym szczęście żyć w tamtej epoce – przystojni, odważni i młodzi oficerowie, którzy, jako prawdziwi żołnierze, są bardzo kochliwi i mało odporni na kobiece wdzięki. Starzy kawalerowie z domami większymi od pałacu niejednego średniowiecznego króla, którzy z filozoficznym spokojem pili whisky i brandy, jeździli powozami i wciąż tylko mówili o pieniądzach. Może ta ostatnia perspektywa nie jest pociągająca, ale o ile panna była bogata, nie musiała się martwić o zalotników i mogła ich wybierać jak chciała, do wyboru do koloru – w tych trzech grupach było zawsze wielu takich, którzy chcieliby ożenić się z ową panną. O losie panny brzydkiej i biednej nie będę pisać, ponieważ jej straszny los nie będzie tematem niniejszego tekstu; jest to również historia zbyt smutna. Dziewczyna ładna i biedna też nie miała dobrze. Bo choć wdziękami może pociągała bogatych panów, to przecież nie miała posagu albo był on niewystarczający. No i jak z taką żoną pokazać się w teatrze? Chyba że taki wielki, dumny pan zakocha się do szaleństwa i postanawia nie zważać na powyższe zasady. I co wtedy? Wtedy to jest po prostu dobry materiał na książkę. 

Państwo Bennetowie mają poważny problem – ich piątka córek jest w wieku, w którym pannę należy wydać za mąż. Wydawałoby się, że nie jest to rzecz skomplikowana, bo na horyzoncie pojawia się niejaki pan Bingley i jego przyjaciel, pan Darcy, ale nie wszystko idzie po myśli zarówno matki jak i córek. O ile Bingley zwraca uwagę na Jane, to Darcy jest diabelnie dumnym mężczyzną, a w dodatku niegrzecznym, niesympatycznym. I, rzecz dziwna, swoje złośliwe uwagi kieruje szczególnie do następnej z sióstr, Elżbiety, co we wrażliwej dziewczynie wywołuje szczególną antypatię do tego osobnika, której, wydawałoby się, nic nie jest złagodzić. Jednak jedne uczucia zasłaniają drugie, a bohaterowie będą musieli zmienić swoje charaktery pod wpływem wielkiego uczucia. On będzie musiał przezwyciężyć swoją dumę, a ona – na co wskazuje zresztą tytuł – uprzedzenia. Tylko czy aby im się uda? Nie wszyscy są przychylni temu związkowi… 

Był taki okres, że w kulturalnych i oczytanych kręgach, do których przez jakiś niefortunny przypadek należę, wstydziłam się przyznać, że nie przeczytałam tego klasyku. I to w dodatku tak popularnego klasyku! Jak jest napisane na okładce, nawiązano do niego w Dzienniku Bridget Jones (lektura wciąż przede mną), a pana Darcy’ego wspominano na każdej książkowej stronie i blogu kulturalnym w Walentynki, a pewna moja znajoma czytała to w szpitalu, doprowadzając mnie tym do białej gorączki, co w miejscu tego typu nie było dla mnie wskazane. Kiedy postanowiłam zmienić ten haniebny stan rzeczy, okazało się, że nigdzie nie mogę dostać wydania, które pasowałoby do Rozważnej i romantycznej tej samej pisarki, od jakiegoś czasu dumnie stojącej na mojej półce. Traf chciał, że odnalazłam wreszcie książkę i z ciekawością zabrałam się do czytania, pewna, że powieść okaże się jedną z najważniejszych w moim życiu, a jeśli nie, to przynajmniej zakocham się w panu Darcym, tak jak wiele osób wokół mnie. I cóż? Właściwie całą recenzję, jeśli miałby to być tekst subiektywny, mogłabym skrócić do jednanego zdania: moja żałosna chęć bycia jak inni ludzie i wrodzone, denerwujące poczucie sprawiedliwości daje czasami naprawdę zaskakujące efekty, które trudno tak naprawdę precyzyjnie opisać. 

Okładka książki jest tak samo ładna jak zdobiąca Rozważną i romantyczną, a nawet o wiele ładniejsza. Maleńkie, czerwone różyczki z zielonymi liśćmi, różowymi wstążeczkami i jeszcze innymi kwiatkami, których gatunków nie znam, jako że z biologii orłem nie jestem, w kolorach biało-różowym i fioletowym, co bardzo ładnie wygląda z różami i sprawia, że całość się staje bardziej różnorodna. Wszystko to zostało umieszczone na kremowym tle. Z podobnymi motywami mam wiele dobrych skojarzeń –poduszkowe hafty, kołdra babci pachnąca lawendą, no i ów dziewiętnastowieczny angielski szyk, piękne suknie dam i zapach five o’clock tea. Róże i pozostałe kwiaty w pewien sposób oddają treść książki – klasycznie eleganckiej, ale i opowiadającej o miłości delikatnych dziewcząt i szarmanckich panów. Pośrodku okładki na kwiatowy wzór nakłada się biały pasek, na którym wypisano imię i nazwisko Autorki i tytuł – czerwoną, pochyłą czcionką, dzięki czemu wszystko wygląda estetycznie i bardzo ładnie; przyjemnie jest patrzeć na okładkę, bo i kolory zostały dobrze dobrane. Grzbiet i tył okładki są utrzymane w czerwieni, z białymi napisami i kolorowymi okładkami pozostałych powieści w serii. I choć w księgarni z pewnością zaginie pośród bardziej krzykliwych okładek, to miłośnik tego typu powieści doceni minimalizm i klasycyzm okładki, doskonale odzwierciedlający klimat i zawartość książki. Zresztą trzeba przyznać, że na półce prezentuje się doskonale. 

Już w poprzedniej powieści pisarki było widać, że Autorka poświęca więcej czasu ironicznemu obrazowi społeczeństwa niż romansom, traktując opowieści o młodych pannach szukających męża za powód do pisania o ludzkich słabościach i charakterach. I o ile w Rozważnej i romantycznej tyleż samo miejsca poświęcono studium głównych bohaterek, spychając na dalszy plan cokolwiek błyskotliwe uwagi na temat pozostałych postaci, tutaj wątek ten wydaje się znacznie bardziej widoczny. Wokół Elżbiety i Darcy’ego - których miłosna historia, bądźmy szczerzy, w niedużym skrócie objętościowo dorównywałaby przeciętnemu opowiadaniu – kręci się wiele ciekawych, mistrzowsko nakreślonych sylwetek. Nie znaczy to jednak, że są to postacie pozytywne czy chociaż o przyzwoitych charakterach, bo pisarka lubuje się w portretach ludzi po prostu głupich lub napuszenie arystokratycznych, przedstawiając ich ze zjadliwą ironią i nie wahając się uwypuklić ich wad. Mamy więc pana Collinsa, niesympatycznego, nudnego i głupiego lizusa, w dodatku gadułę uwielbiającego słuchać własnego głosu; panią Bennet, matkę Elżbiety, osóbkę pozbawioną zupełnie inteligencji, co najbardziej objawia się w jej niestosownej gadaninie, zmianach nastroju i naiwności; absurdalnie dumną i złą lady Katarzynę jak również Karolinę Bingley. Wszystkich jednak przyćmiewają siostry Elżbiety i Jane – choć tyrady Mary zawsze wywoływały głupkowaty uśmiech, to oczywiście trudno znaleźć słowa, którymi opisać można Lidię. Powiem tylko, że takie dziewczyny istnieją zawsze i wszędzie, mimo że fakt ich istnienia przyprawia o ból głowy każdego rozsądniejszego mieszkańca tej planety (bowiem wierzę, że tacy jeszcze istnieją). W każdym razie odnalazłaby się w dzisiejszej tzw. gimbazie. A skąd mam taką pewność? To wszystko zasługa Autorki i tego, że tak barwnie i dokładnie opisała każdego z bohaterów, czyniąc z nich prawdziwe, pełne wad, śmiesznostek ale też i zalet postacie. Pisarka nie oszczędza nikogo, nawet samej Elżbiety i jej, wydawałoby się, inteligentnego ojca, przez co bohaterowie wydają się niezwykle plastyczni i żywi, jakby wyjęci z rzeczywistego życia. Oczywiście nie ma tu przenikliwych analiz psychologicznych i złożonych charakterów, jednak wydaje się, że postacie są o wiele bardziej wiarygodne od tamtych. Prostsze, ale bardzo charakterystyczne, nakreślone ostrą, wyraźną kreską. Uważam to za przejaw prawdziwego talentu, bo wbrew pozorom trudniej jest stworzyć postać pełnokrwistą, wiarygodną, pełną ironicznie skomentowanych wad  i zwyczajną niż opisać jakiegoś skomplikowanego psychologicznie artystę. Szczególnie jeśli chodzi o gatunek literatury popularnej, a więc przystępnej dla każdego czytelnika i wystarczająco lekkiej na inteligentną rozrywkę – pośmiać się z pani Bennet albo z Collinsa można, porównując ich do tych nam znanych. 

Dwójka głównych bohaterów nie jest już tak ciekawa, jak towarzyszące im inne postacie: racjonalna, dobra Elżbieta gnie w cieniu sarkastycznie opisanej matki (jestem zresztą zdania, że główna bohaterka jest bękartem swojego ojca) postaci bardzo barwnej, aczkolwiek irytującej, nie mówiąc już o młodszych siostrach. Panna Bennet jest skrzyżowaniem obu sióstr z Rozważnej i romantycznej, z przewagą tej pierwszej – pomimo swojego dość nieracjonalnego uprzedzenia i godnym pozazdroszczenia wygadaniem nie tylko na wiktoriańskie standardy (vide scena z lady Katarzyną lub zabawne dialogi z Darcym na końcu książki) Elżbieta jest ucieleśnieniem niemal wszystkich możliwych zalet, przynajmniej takich, jakie wtedy wymagano od kobiet, chociaż kiedy czasami beztrosko łamie konwenanse wydaje się najsympatyczniejsza i w jakiś sposób prawdziwa; sceny w których Elżbieta się buntuje lub odmawia zaręczyn Darcy’emu są pełne emocji, będące czymś więcej niż tylko elegancką literaturą. Czasem jest jednak gorzej, bo bohaterka wydaje się nieco sztywna, dumna i jakaś bez wyrazu, a czytelnika aż ściska w dołku, bo wystarczyło tylko pociągnąć policzki bohaterki literackim różem, by stworzyć niezwykłą postać, która zapisałaby się w historii popkultury tak samo mocno jak pan Darcy. Pan Darcy! O tak, już wiem dlaczego większa połowa książkowej blogosfery chce wydrzeć mi mojego i tylko mojego pana Darcy’ego. Nie wiem, co on widział w tej Elżbiecie; zresztą to nieważne, bo gdyby znał mnie, zapomniałby o tamtej bardzo szybko, to mogę wam obiecać. Jego fenomen polega na tym, że każda dziewczyna chciałaby, żeby ktoś kochał tak mocno, żeby miłość przezwyciężała dumę rodową, dla postronnego obserwatora będącą główną i największą wadą bohatera. Która nie chciałaby mężczyzny, który kocha bez pamięci, jest czarujący, bardzo przystojny i bogaty (i dlaczego to ta durna Elżbieta, a nie ja)?  Muszę jednak przyznać, że przez znaczną część książki jakoś nie pałałam do niego sympatią, nawet wtedy, kiedy dla ukochanej zaczął się zmieniać na lepsze. Nie czułam kompletnie nic, bo Autorka jakoś nie potrafiła zaciekawić jego postacią, pokazać, że za obojętną, dumną twarzą kryje się coś więcej, że chłodny i powściągliwy bohater, żyjący zapewne po to, by krytykować innych i kierować swoim naiwnym przyjacielem ma w ogóle jakiekolwiek uczucia; gdyby ktoś powiedział mi, że to tylko maska, nie uwierzyłabym i wyśmiałabym. W dodatku bohater gubił się pomiędzy zachwycającą mnie wciąż matką Elżbiety, Lidią, Wickhamem i Collinsem, bez którego powieść nie byłaby taka sama. Jego postać nie była ciekawa, z zamazanymi, niedopracowanymi rysami charakteru, zapewne według Autorki tworzącymi aurę niedopowiedzeń i niedostępności. Wszystko zmieniło się po tym, jak Darcy zrzucił maskę, idealnie przylegającą do jego twarzy i z zaskoczeniem odkryłam, że jestem o niego zazdrosna. Autorka zaczęła opisywać go z wyraźną pasją, cieniować uczucia i podkreślać pozytywne cechy osobowości bohatera, tak, że z dość nieciekawej, bladej postaci, przesuwającej się po kartach jak męczące główną bohaterkę, ponure i niedopracowane widmo zmienił się w jedną z najbardziej zapierających dech w piersiach postaci męskich w literaturze (choć owa metamorfoza była szyta grubymi nićmi i wymagała jeszcze dopracowania) i każdy sceptyk taki jak ja musi to przyznać, szczególnie, że pod obiektywnym umysłem kryje się subiektywne, niepoprawnie romantyczne serce. Och, Darcy! Jak ja mam wybrać pomiędzy tobą a panem Rochesterem? 

Martwi mnie również fakt, że nie jestem jedyną zadurzoną w Darcy’m dziewczyną, o czym świadczą inne recenzje i w ogóle niemal wszystko, co zostało powiedziane o tej książce. Z tego powodu, jeszcze przed przeczytaniem, dostałam od znajomych tych ze świata realnego i Internetu wystarczająco dużo spoilerów, że równie dobrze mogłabym nie czytać. Rzeczą nienową jest fakt, że żadna lektura nie przynosi frajdy i jakiejkolwiek czytelniczej satysfakcji, kiedy znamy większość akcji z opowiadań innych czy ekranizacji. Nie ma zaskoczenia, podekscytowania, czasami ciężko w ogóle zaciekawić się treścią. Uczciwie jednak stwierdzam, że opowieść byłaby do bólu przewidywalna – przynajmniej jeśli chodzi o historię miłosną i niektóre z pobocznych historii - nawet wtedy, gdyby jakimś cudem udało mi się przeczytać ją bez znajomości zakończenia i niektórych wątków – od pierwszego spotkania czuć, że między Elżbietą a Darcym jest to coś, a po drugim spotkaniu romans tych dwojga, mimo nieco efekciarskich zabiegów Autorki mających wpuścić czytelnika w maliny, jest przesądzony. I fakt, że Darcy będzie się pojawiał tam, gdzie panna Bennet, bo przecież muszą się dużo spotykać, żeby się w sobie zakochać. Nie mówię o happy endzie, który pisarka szczodrze rozdziela między obie pary, nie zapominając o Disney’owskim happy ever after, kojarzącym się z zakończeniem Rozważnej i romantycznej. Zresztą wiele wątków i motywów z tamtej książki się powtarza w niemal niezmienionej formie: jest matka, która chce wydać córki za mąż, są kawalerowie, a wśród nich amant, który okazuje się szumowiną, jest wyjazd do Londynu ze wsi, prawdziwi i fałszywi przyjaciele oraz zażywna ciotka lub przyjaciółka rodziny, wspierająca moralnie panny na wydaniu. Nawet dekoracje nie zmieniają się drastycznie – małe domostwo przycupnięte gdzieś na wsi w sąsiedztwie do znacznie bogatszych dworów. Jakieś novum stanowiła jednak historia z Lidią, bardzo intrygująca zresztą, chociaż nie sztuką było domyślić się, kto spłacił potężne długi Wickhama i dlaczego. Cóż, mogę narzekać ile wlezie, bo fabuła jest boleśnie oczywista i rozczarowująca, ale byłabym w niezgodzie z własnym sumieniem, gdybym stwierdziła, że obecność pana Darcy’ego niemal na każdej stronie – szczególnie przy końcu – nie przeszkadzała mi. Wręcz przeciwnie. 

Powieść jest napisana elegancko. Stylowo. Tak, jak to oddaje okładka: klasycznie, prosto, bez językowych wygibasów i zabiegów stylistycznych. Styl Autorka ma lekki i prosty, pomijając oczywiście wszystkie archaizmy, w tym te dotyczące charakterystycznej XIX-wiecznej składni, językowo jest dość dobrze, acz za bardzo formalnie i sztywno. Nie ma tu słownych impresji, pięknych opisów przyrody czy trafnych wyrażeń, pokazujących umiejętności pisarskie Autorki i ubarwiające powieść. Owszem, przez większość krótkich rozdziałów (co mnie nieco denerwowało) przez tekst przebija celna i ostra ironia, najbardziej widoczna w wirtuozerskich opisach zachowań niektórych postaci czy piękne dialogi Darcy’ego i Elżbiety na końcu, przypominające nieco moje ukochane rozmowy Rochestera i Jane w Jane Eyre Brontë, ale czasami sztywność czy dbałość o słowny minimalizm jest bardzo męcząca i, wydaje mi się, zupełnie zbędna. Zdania są ładnie wykrojone, płynne i bez zarzutu, bo przecież wychodzące spod pióra pisarki bardzo dobrej, ale trudno doszukać się w nich emocji. Barw. Czegoś, co by porwało, wciągnęło czytelnika w środek wydarzeń. Pozwoliło poczuć smak, zapach, fakturę. Może nie o taki efekt chodziło, bo wydaje mi się, że powieść – według wiktoriańskich norm – i gustu Autorki miała być racjonalna i emocjonalnie wyważona (w przeciwieństwie do publikacji romantyków…), ale i tego tu nie czuć. Wspominałam wyżej, że tam, gdzie Darcy ma być tajemniczy i wyniosły, wydaje się być nieciekawy i niedopracowany; przez jakiś czas nawet uczucie pomiędzy dwojgiem bohaterów jest mimo doskonałych proporcji zimne i sztywne. Jakby ktoś wykonał ładną, schludną rzeźbę o właściwych proporcjach i zapomniał nadać jej jakieś rysy, indywidualne cechy; tchnąć w nią życie. A to jest przecież romans, nie tylko powieść obyczajowa polegająca na katalogowaniu ludzkich śmiesznostek i pokazywaniu ich w krzywym zwierciadle; nie chodzi tu tylko o błyskotliwe dialogi (a większość, muszę przyznać, właśnie takich jest; nie powstrzymam się od dopisania do mojej listy jeszcze paplaniny pani Bennet i pana Collinsa oraz bardzo napuszonych i wrednych komentarzy lady Katarzyny). W powieściach innych pisarek z tego samego podwórka, przynajmniej niektórych, czuć wiele podskórnych emocji, a wątki romantyczne ewoluują czasem do form dziwnych i wcześniej ani później niepowielarnych. Polowanie na męża nie musi być w większej części minimalistycznym językowo i emocjonalnie sprawozdaniem – i wiem, że Autorka o tym wiedziała, bo przecież zakończenie jest takie, jakie sobie wymarzyłam. Ale to tylko zakończenie. 

Kilka słów należy odnotować także o tłumaczeniu, a przynajmniej o pewnym elemencie tegoż. Rzecz chyba oczywista dla każdego bardziej rozgarniętego czytelnika, ale dla Wydawnictwa czy tłumaczy chyba już nie, bo kwestię tę zauważyła już moja znajoma, kiedy czytała w szpitalu, nie zwracając uwagi na mój rozmarzony wzrok spoczywający na okładce. Chodzi o imiona. Teoretycznie Elżbieta powinna być Elisabeth, bo akcja dzieje się – jak przypuszczam – w Anglii. Co więcej, jest również Katarzyna, Karolina i Lidia, ale mamy także Charlottę, Mary i Jane. Można było się uprzeć na Marię, wiadomo, ale nie znam żadnych polskich odpowiedników dla Charlotte i Jane, więc w praktyce  wszystko jest pokręcone tak, że aż nieestetyczne. Ktoś mniej rozgarnięty w pierwszej chwili pomyślałby, że Elżbieta nie jest siostrą Jane, bo pierwsza z nich jest z Polski, a druga z Anglii (słowo honoru, znam taką osobę). Zresztą nie potrafię zrozumieć tego zabiegu – pisarka była Angielką, akcja dzieje się w Anglii, a książce, jako że należy do powieści realistycznych, wszystko powinno być jak najbardziej podobne. To nie jest fantastyka pełna bohaterów z arabskimi, angielskimi i elfickimi imionami w jednym kraju. Cóż, nawet tłumaczenie ma swoje ograniczenie, a Elżbieta to już niezupełnie to samo co Elisabeth. 

Jak pisałam wiele kilometrów wyżej, wydaje mi się, że jest to powieść pełna paradoksów: genialny Darcy i dość nijaka Elżbieta; niezbyt porywający początek, również językowo, i końcówka, którą czyta się z wypiekami na twarzy. To romans, a jednocześnie ciekawa obyczajówka, traktująca o ludziach, jacy otaczali dziewiętnastowieczną pisarkę, ale otaczają również nas, bo głupota jest wieczna. Dobrze napisana, jednak czasami sztywna w ten nieznośnie wiktoriański sposób, jakby na beletrystykę również nałożono specjalny kanon o czym pisać dobrze wychowanej pannie przystoi. Odzwierciedlająca epokę, jednocześnie uniwersalna. Przyjemna, ale czasem prawdziwie przewidywalna, pełna znanych motywów nie tylko z twórczości Autorki; pełna ciekawych postaci, ale też zmarnowanych szans, z ironicznym zacięciem, ale i bardzo sympatyczna. Niezbyt słodka, bo między wierszami pisarka daje do zrozumienia, że toczy się prawdziwe, brutalne życie, bezwzględnie także dla trzymanych pod kloszem dobrze urodzonych panien, ale z szczęśliwym zakończeniem w którym Autorka zapewnia nas, że wszystko ułożyło się tak, jak powinno. Lekkostrawna, jednak trudno ją zapomnieć, a przynajmniej pana Darcy’ego. Bo i ile kiedyś, może nawet za kilka miesięcy, zapomnę o nietuzinkowej pani Bennet i ucieczce Lidii z Wickhamem, to wieczorami, kiedy pod zamkniętymi powiekami wirować będą chemiczne reakcje, wzory na prędkości kosmiczne i całki połączone z przerastającym mój mózg programowaniem, powrócę do tej postaci w wersji z końca powieści (bo to jest najbardziej warte zapamiętania) i wyobrażę sobie nasz ślub. Mój i pana Darcy’ego. Będzie kościół, biała suknia z trenem, mnóstwo gości w wiktoriańskich ubiorach, bal i czas na poczęstunek, w czasie którego będzie można zjeść mięso upolowanych przez mojego lubego zwierząt. Nie będzie żadnej Elżbiety ani Karoliny Bingley. Za to na stole postawię filiżaneczki w czerwone róże, małe niezapominajki i fioletowe kwiaty, których nazwy nie znam. Podam w nich popołudniową herbatę, a potem się obudzę i odkryję, że pan Darcy istnieje tylko w książce, będąc może najlepszą jej częścią.

Tytuł: „Duma i uprzedzenie”
Autor: Jane Austen
Moja ocena: 6,5/10

piątek, 4 września 2015

Zwycięstwo albo śmierć. Recenzja książki

Wywalcz Jej wolność lub zgiń [1]

Liczba trzysta w historii jest niezwykle ważna, przynajmniej moim zdaniem. Trzystu dzielnych Spartan, na czele z królem Leonidasem, zginęło w chwalebnej bitwie pod Termopilami w 480 r.p.n.e, do dziś będąc sztandarowym przykładem wielkiej odwagi, męstwa i patriotyzmu, a także wierności zasadom. Poświęcenia życia dla czegoś, co jest od niego ważniejsze. Kto ich nie podziwia? W przełęczy stoi pomnik, zbudowany w XIX wieku, a pewne krwawe filmidło (tudzież komiks) sprawiło, że nieugięci Spartanie rozpalili nawet umysły tych, którym z historią nie po drodze, chyba że ktoś nie lubi latających odciętych głów albo zwraca uwagę na wyrzeźbione sylwetki aktorów. Tak, nawet ja wiele razy nie mogłam spać, zafascynowana tymi, którzy tak nisko i tak wysoko cenili swoje życie, że zmusili wroga, by do ich ojczyzny – dosłownie – przeszedł po ich trupach. 
 
Było też trzystu innych śmiałków. W ich ojczyźnie panoszył się wróg ze swastyką i czarnym orłem, a w najpiękniejsze miasta skalały swoją obecnością takie potwory jak Hans Frank czy Ludwig Fischer. Może w rodzinie mieli oficerów, których Rosjanie rozstrzelali w Katyniu, może kogoś pochodzenia żydowskiego, kogo zabrano do getta, skąd była już prosta droga do komór gazowych i pieców krematoryjnych w Auschwitz. Z pewnością ich rodziny – matki, żony, narzeczone, dzieci, mężowie (bo pośród nich była jedna kobieta, Elżbieta Zawadzka) – cierpiały głód i żyły w strachu przed godziną policyjną i łapankami, gdzieś na boku trudniąc się szmuglem żywności czy pomagając ludziom z ruchu oporu, a może nawet chodząc do tajnej szkoły. Oni jednak zostawili to wszystko za sobą, zrywając wszystkie kontakty, zmieniając tożsamość i samych siebie, bo ponad tęsknotą za bliskimi było coś więcej – miłość do ojczyzny. Mimo że w Anglii mieli wszystko, ze spokojem włącznie, tęsknili za swoim biednym krajem, chcieli tam wracać, walczyć, nawet ze świadomością, że większość z nich zginie. W kołnierzu, zaszyta, uwierała także kapsułka z trucizną: mieli ją rozgryźć w razie przesłuchiwań. Honorowe samobójstwo, by nikogo nie wydać i nie być narażonym na nieludzkie tortury. Bo nie byli to zwykli żołnierze – to elitarna grupa trzystu szesnastu komandosów, jakich nie powstydziliby się w Delta Force. Nazywano ich cichociemnymi. 
 
Jak już wiecie, nie oglądam dużo telewizji, a jeśli mam zamiar wyjątkowo włączyć owo gadające pudło, zwykle zapominam. To wraz ze skrajną bezmyślnością fabuł polskich – i nie tylko – seriali, jest powodem, dla którego nie potrafię oglądać czegokolwiek w miarę systematycznie. Od każdej reguły jest jednak wyjątek – a jest nim Czas Honoru, opowieść o czwórce przyjaciół, cichociemnych właśnie. Ich losy i ładna oprawa serialu bardzo mnie zafascynowały i zainteresowałam się bliżej tym razem prawdziwymi cichociemnymi. Traf chciał, że w księgarniach pojawiła się ta pozycja i już domyślacie się, że nie mogłam się powstrzymać - takim sposobem znalazła się w moich przyklejających się do papieru łapkach. Zaczęłam czytać tego samego dnia i choć wraz z doświadczeniem w niezwykle trudnej materii książek popularnonaukowych i monografii przybyło kilka refleksji, muszę przyznać, że lekturę tę wspominam bardzo miło. Dlaczego? O tym poniżej. 
 
Autor swoją pracę zaczyna od szczegółowego przedstawienia kulis powołania formacji i trudnych początków, szkicując ówczesną, niezwykle trudną, sytuację rządu polskiego i Polaków w ogóle, na tle bezwzględnej, wojennej polityki. Przedstawia sylwetki założycieli – oficerów Jana Górskiego i Macieja Kalenkiewicza oraz to, co doprowadziło do powstania tej organizacji w takim charakterze, w jakim znamy ją z popularnych przedstawień – jak się okazuje, była to wypadkowa pomysłów, osobowości, zbiegów okoliczności i posunięć politycznych, co pisarz stara się wyjaśnić w miarę przystępnie i dość skrótowo, nie wgłębiając się w specjalistyczne szczegóły. Następnie, w jednym z chyba najbardziej fascynujących rozdziałów, opisuje szkolenie, jakie musieli przechodzić kandydaci na komandosów. Było to z pewnością niełatwe, bo z około tysiąca kandydatów, zostało tylko trzystu szesnastu – przyszli cichociemni uczyli się technik szpiegowskich, szyfrowania, podrabiania dokumentów, a nawet podstaw psychologii, niezbędnych do oszukiwania Niemców. Największe wrażenie robi jednak Małpi Gaj, czyli coś w rodzaju parku linowego bez zabezpieczeń, a także próbne skakanie spadochronowe ze specjalnej wieży, przy czym złamania i skręcenia kończyn były normą; czytelnik śledzi losy kilku najbardziej znanych cichociemnych, w tym – między innymi - wspominanego wyżej Kalenkiewicza i porucznika Jana Piwnika, niewątpliwie prawdziwą legendę tej formacji. To ich śladami podąża Autor, niestrudzenie kreśląc szerszy kontekst wojennych zdarzeń i ukazując okupowaną Warszawę i Kresy, gdzie rozwinięto za wielką pomocą cichociemnych organizację Wachlarz (nazywaną od promienistego układu konkretnych placówek ruchu oporu od centrali w stolicy), robotę niezwykle koronkową i dlatego przedwcześnie zniszczoną. Na ostatnich kartach Autor wspomina dużo o akcji Burza i powstaniu warszawskim, będących dla kilku bohaterów tłem ich śmierci. Z trzystu cichociemnych zginęło bowiem stu dwunastu – a pisarz oddaje im hołd w Zakończeniu, prawdziwie beletrystycznym piórem oddając uczucia pułkownika Hartmana. 
 
Nie należy traktować tej pozycji jak podręcznika, czy kompendium wiedzy, tym bardziej w tematach, które są tylko tłem. Wachlarz, powstanie, wojna między Niemcami i Rosjanami, getto, sytuacja polityczna – wszystko zostało nakreślone na tyle dobrze i sprawnie, że historyczny laik łatwo zrozumie, a historyk nie będzie miał zastrzeżeń do uogólnień; jest to jednak tylko tło do losów bohaterów i całej formacji cichociemnych, kontekst, w jaki zostały wpisane losy jednostek. Bo to nie jest książka o wojnie, to jest książka o losach poszczególnych ludzi, których działania i wybory w pewien sposób wpływają na jej bieg. Opowieść, która przeciętnemu, ale zainteresowanemu tematem czytelnikowi przybliży sylwetki tamtych ludzi, może skłoni do dalszych poszukiwań. I wydaje mi się, że właśnie w taki sposób powinna być odbierana przez czytelników, a także sprawiedliwie oceniona (jakkolwiek ocena takiej książki sprawia wiele trudności, szczególnie że wydaje się pozycją niezaadresowaną do tych, którzy chcą zgłębić temat jeszcze bardziej). 
 
Rzeczą, którą należy przede wszystkim pochwalić, jest wydanie. Okładka w jakichś tam sposób nawiązuje do tematu, a kolory są raczej przygnębiające niż jaskrawe. Na tle pomarańczowego, zachodzącego słońca, widzimy czarną sylwetkę z karabinem, a obok leży coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się kamieniem, ale tak naprawdę jest spadochronem (można to łatwo wywnioskować po linkach i charakterystycznym kształcie). Na ponurym niebie wyżej, mniej więcej niedaleko chmurki, twarz owego cichociemnego została powiększona: to Jan Piwnik, z ręką na karabinie i, jeśli się uważnie przyjrzymy, bardzo poważną miną. Nad nim widzimy jeszcze maksymę cichociemnych, przytoczoną przeze mnie na początku recenzji, a na dole, na czarnej części, widnieje biały tytuł i, co mi się bardzo spodobało, nazwisko Autora znacznie mniejszą czcionką. Blurb może zachęcający nie jest, ale same pierwsze słowa, jak magnes przyciągają każdego chociaż trochę zainteresowanego historią i tematyką książki. Całościowo wydanie jest bardzo dobre: twarda okładka, ciężki, żółty papier, ładna, wygodna czcionka, a także – co stanowi kwintesencję publikacji historycznych – wkładka ze zdjęciami. Jest tam dużo fotografii przedstawiających przygotowania cichociemnych do walki w Polsce w Largo House i Audley End oraz zdjęć portretowych, grupowych, które ilustrują treść książki i pozwalają spojrzeć w twarz – uwierzcie, to bardzo niezwykłe uczucie – bohaterom opowieści, którzy nie byli przecież postaciami fikcyjnymi. Dla wygody czytelnika wszystkie fotografie są ponumerowane, tak, że bez problemu można zorientować się tam, gdzie na stronie pojawia się więcej niż dwie; ich rozmiar jest przyzwoity i pozwalający dostrzec szczegóły, mimo licznych niedoskonałości, które nie da się już usunąć. Na końcu książki zamieszczono wygodny indeks, bardzo zresztą dokładny, a na początku spis treści i dramatis presonae, a właściwie krótkie biogramy, gdzie Autor, chcąc zapewne ułatwić czytelnikowi zgłębianie treści i uporządkowanie faktów o najważniejszych postaciach, zgromadził podstawowe informacje, wraz z ciekawostkami, o których nie wspomina w tekście właściwym. To bardzo wygodne, szczególnie dla osób rzadko mających styczność z tego typu pozycjami. Zresztą, to jedna z tych książek, które po prostu miło się trzyma w ręku, narkotycznie wąchając zapach farby drukarskiej, która obiecuje ciekawą, pełną emocji lekturę... 
 
Książka jest bardzo wiarygodnym, choć niepełnym, źródłem wiedzy, posiada bowiem system przypisów, niezbyt zresztą przeszkadzający w czytaniu, a na końcu Autor przedstawił liczącą niemal dwie strony bibliografię, zawierającą pozycje tylko wybrane (!), wśród których przeważają kanoniczne raczej opracowania i licznie wspomnienia cichociemnych, którym udało się przeżyć (co doskonale odzwierciedla charakter książki); znajdziemy tam także kilka ciekawych linków, z których Autor korzystał, między którymi na szczęście nie ma Wikipedii. Odzwierciedla to ogrom pracy Autora, którą bardzo doceniam i szanuję, bo naprawdę rzadko można spotkać popularnonaukową pracę historyczną bogatą w wiarygodne źródła. Na człowieku takim jak ja, który z zadowoleniem leni się całymi dniami, robi to naprawdę wielkie wrażenie. 
 
Język, jakim posługuje się pisarz, jest lekki i bardzo przystępny. Właściwie brakuje w nim trudnych terminów historycznych, pisarz właściwie używa kolokwializmów, a komunikatywny styl sprawia, że każdy daje radę nawet wtedy, kiedy Autor jednym tchem wymienia pseudonimy (co nie jest łatwe z uwagi na ich częste zmiany, nawet przez głównych bohaterów) i wcześniej nieznane nazwiska. Narracja jest wartka, czasami można nawet odnieść wrażenie, że czyta się smakowitą powieść wojenną, czy lekko fabularyzowaną biografię ze starannie nakreślonym tłem polityczno-społecznym. W Prologu i Zakończeniu, mających formę krótkiej impresji czy miniaturki (kilka następnych znajdziemy w środku) Autor z wykwintem prawdziwego twórcy - a nie zajmującego historyka - kreśli przed czytelnikiem przesycone emocjami obrazy, będące jakby prozatorskim obramowaniem całej historii, jednocześnie nadające wszystkim formę znacznie lżejszą. Niewątpliwie jest to także sprytna pułapka na potencjalnego czytelnika, który, zafascynowany dynamicznym wstępem, kupi pozycję. Tak czy inaczej, polskiej beletrystyce historycznej nie stałoby się nic złego, wręcz przeciwnie, gdyby Autor zabrał się za powieści historyczne. Może nie byłyby one wysokokaloryczne, takie, jakie lubię, ale przypuszczam, że rozrywka byłaby przednia. 
 
Chociaż nie mogę się książki nachwalić, muszę przyznać, że jest to tylko opowieść. Lekka, z nieszkodliwymi uogólnianiem tematu, faktami będącymi właściwie oczywistością dla każdego historycznego pasjonaty. Pozycja nudna dla tych, którzy mieli już okazję czytać coś o cichociemnych, albo zbyt popularna – nie ma tu szczegółów technicznych broni, konkretów, cytatów i przypisów na całą stronę, a narracja utrzymana jest raczej w konwencji melancholijno-romantycznej, co niezbyt pasuje do pozycji fachowej, niewątpliwą wadą jest też to, że Autor poprzestał na najważniejszych postaciach polskich komandosów. Łatwiej przecież napisać o tych, którzy są powszechnie znani, niż o tych zadawać sobie trud w odgrzebywaniu i odkurzaniu zapomnianych nazwisk i pseudonimów. Oczywiście, nic nie mam przeciw Piwnikowi, Kaszyńskiemu, Plichowi czy Januszkiewiczowi, bardzo ich zresztą lubię, myślę jednak, że przypomnienie ludzi zapomnianych, którzy czasami dokonali jakiegoś bohaterskiego czynu, jest rzeczą bardzo szlachetną, a także bardzo chwytliwą, również wśród innych historyków i dużej części zwykłych ludzi, takich jak ja, którzy chcą wyjść poza krąg wciąż tych samych nazwisk. Jeśli mówimy o wciąż tych samych nazwiskach, trzeba wspomnieć o niezrozumiałym dla mnie braku Elżbiety Zawadzkiej, kobiety-cichociemnej przecież, której losy są niemniej interesujące. Cóż, może Autor chciał uniknąć taniej sensacji i uwielbienia wszelkiej maści feministek, może też uznał, że to materiał na kolejną, oddzielną książkę? Cóż, mam taką nadzieję. Wadą jest także ułożenie treści – historie poszczególnych postaci są ze sobą nieco wymieszane, przez co trudno, przede wszystkim osobom miej zorientowanym i nieuważnym, wszystko ogarnąć i połączyć w logiczną całość. I chociaż jakiś podział jest - w części pierwszej opisane są początki i szkolenie; w części drugiej akcje; a w trzeciej epilogi wszystkich historii i zakończenia wątków – uważam to za rzecz bardzo niedoskonałą. Najlepiej byłoby, gdyby książkę podzielić na kilka lub kilkanaście oddzielnych historii, każda dotycząca innego bohatera, z częścią wstępną, poświęconą zasadom szkolenia i początkom organizacji; dzięki temu cel książki, dotyczący tematu-rzeki, stałby się jaśniejszy – luźny zbiór opowieści o cichociemnych to coś innego niż pozycja, której temat i cel są niedokładnie sprecyzowane, prawdopodobnie przez bałagan. Co ciekawe jednak, zauważyłam to dopiero po tym, jak przeczytałam książkę; podczas przewracania z cichym szelestem kart mało brakowało mi do szczęścia. Tfu! Co ja mówię! Może i jestem zbyt wrażliwa, ale kilka rzeczy sprawiło, że oczy zaczęły szczypać – ale nie od zmęczenia – a serce zamarło ze smutku. I to chyba w tej pozycji, w przeciwieństwie do wielu innych pozycji typowo historycznych, jest bardzo ważne. 
 
Polacy XXI-wieku mówią – co zresztą wynika z badań – że w razie zagrożenia wybraliby emigrację na Zachód, małodusznie uciekając od zagrożonego kraju. To zupełnie przeciwnie do cichociemnych, których pragnieniem była walka z okupantem, mimo wielkiego ryzyka i ceny, jaką było zerwanie z najbliższymi (w obawie przed tzw. odpowiedzialnością zbiorową). Ba! Takie poświęcenie mało komu mieści się w głowie, chociaż każdy podziwia króla Leodnidasa i jego trzystu Spartan, a także wielu im podobnych, także cichociemnych, których dewiza zresztą bardzo (i niepokojąco) przypominała słynne z tarczą, albo na tarczy. Po lekturze tej lub innej pozycji na ten temat – lekturze potrzebnej każdemu – pozostaje, może niektórym, nieśmiałe, w gruncie rzeczy straszne, prytanie może ja też..? i – z pewnością – słodko-gorzka, pełna podziwu refleksja o ludziach, po których trupach – dosłownie - wróg musiał przejść, by zdobyć rzecz najcenniejszą: dom. Ojczyznę.

[1] Dewiza formacji cichociemnych, powieszona w świetlicy w ośrodku szkoleniowym komandosów w Audley End.

Tytuł: „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”
Autor: Kacper Śledziński
Moja ocena: 6,5/10

czwartek, 16 lipca 2015

Piękno Bestii. Recenzja książki



Kiedyś to jednak było fajnie! Człowiek miał się czego bać – świat najeżony był mnóstwem paskudnych chorób, a śmierć czyhała na każdym rogu i śmiała się, potrząsając kosą. Grypa? Śmierć! Zapalenie płuc? Śmierć! Rana? Śmierć (chyba że zastosowano tzw. chleb z pajęczyną, w istocie nieświadomie stosując penicylinę) z zakażenia lub z wykrwawienia. Serce szwankuje? Śmierć! Padaczka już całkowicie, człowiek umierał z wyczerpania po zbyt silnym napadzie, a w średniowieczu jeszcze nikt nie pomógł, bo to opętanie. Ba, żeby były tylko takie choroby – przeciwko nim znajdowano zwykle jakieś zielne remedium czy zaklęcie. Srożyły się jednak rzeczy o wiele straszliwsze, szczególnie na Wschodzie: ospa, dyzenteria, malaria, febra, tyfus, hemofilia i dżuma, straszliwa zaraza Europy z końca średniowiecza, oraz trąd – jedna z najstraszliwszych chorób świata, bardzo zaraźliwa, o niezwykle długim okresie inkubacji i powodująca (dosłownie) gnicie za życia. Ale to jeszcze nie koniec. Z upływem lat do listy tej dołączały się zbierająca straszliwe żniwo cholera, dolegliwości serca, nowotwory i ujarzmiona (choć prątki Kocha wciąż się mutują) już gruźlica. 

To już przeszłość, bo nad tymi chorobami potrafimy zapanować, mamy leki i sposoby zapobiegania im. W XXI medycyna wciąż staje się lepsza, a jej osiągnięcia coraz bardziej zdumiewające. Można przeszczepić już bijące serce, przyszyć kończynę wraz z odtworzeniem porwanych połączeń nerwowych, wprowadzić człowieka w stan śpiączki farmakologicznej i badać ciśnienie wewnątrz czaszki, o mechanicznych płucach, czyli respiratorze i innych narzędziach podtrzymujących życie nie mówię – to, co dla naszych przodków dwieście lat temu było snem SF, jest teraz prawdą, czymś zwyczajnym. Protezy są już coraz lepsze, chorzy na cukrzycę mają swoje strzykawki z insuliną, a astmatycy inhalatory. Nie umieramy na katar, grypę, zapalenie płuc czy wyrostek robaczkowy, w domach mamy trutki na szczury, kanalizację, a podstawowe środki do czyszczenia i zabijania owadów można kupić w każdym sklepie. Kiedy wybuchają epidemie odzwierzęcych gryp, w tym słynnych ptasich, media podnoszą rwetes, w Internecie można znaleźć wskazówki dotyczące uniknięcia zarażeniu się, zresztą apteki są pod nosem, zawsze pełne specjalnych masek. Co prawda, szerzy się nowotwór, zawały i choroby wątroby, ale przed tym można się obronić, stosując odpowiednią dietę, biorąc tabletki i prowadząc odpowiedni tryb życia. Możemy być zdrowi – jesteśmy zdrowi, nawet rozwiązano odwieczny dramat z wysoką umieralnością kobiet w połogu. Czego mamy się bać? 

Szpital Nairobi, Afryka, 1980 rok. Na poczekalni oddziału dla przypadków ciężkich i ważnych w kałuży krwi leży człowiek. Nie, nie był to zamach terrorystyczny; nie wystrzelono ani jednej kuli. Po prostu padł i zaczął obficie krwawić. Pielęgniarki zabierają go na oddział intensywnej terapii, mężczyzna jednak umiera. Jego śmierć i to, co działo się przed nią, jest niewytłumaczalne, dziwne, straszne. Po kilku dniach lekarz, podczas prób ratowania mu życia, umazany po łokcie w jego krwi, wymiotach i z oczami zabryzganymi jego krwawymi wymiotami, obserwuje u siebie bardzo dziwne objawy, rozpoczynające się ostrym bólem głowy i krzyża, który nie daje zatamować się żadnymi środkami przeciwbólowymi. I jeszcze te oczy – czerwone jak u wampira… 

Wirus marburg, na który zachorował opisany w poprzednim akapicie mieszkający w Afryce Francuz, to jeden z tzw. filowirusów, czyli wirusów nitkowatych, ma znacznie bardziej straszliwą siostrę, którego nazwę zna każdy, oprócz totalnych lemingów, wirus, który w 2014 roku wywołał wielkie spustoszenie w Afryce i do dziś tam szaleje, zbierając nowe ofiary i mutując się w nowsze formy. Każdy wie, o co chodzi, ale teraz jestem pewna, że słowo ebola nie będzie już tak łatwo przechodziło mi przez gardło. Ebola, fundująca śmierć, jakiej nie wymyślili twórcy najbardziej strasznych horrorów; ebola, która może się równać tylko z wywoływanym przez bakterie trądem, chociaż to drugie skazuje długi czas patrzenia na rozkładającą się za życia skórę i odpadające fragmenty ciała, podczas gdy afrykański wirus wykańcza szybko i widowiskowo (sama nie wiem, co gorsze). Ale jak to ze mną bywa, nawet koszmary nie zatrzymały mojej chorobliwej ciekawości – może tu nie chodzi o jakieś medyczne zacięcie czy marzenie o zostaniu wirusologiem, ale o napędzane adrenaliną pragnienie spojrzenia Bestii w oczy. 

Kiedy więc zobaczyłam tę książkę, wiedziałam, że po prostu musi być moja, bo jak pasja to pasja i ostatecznie artykuły medyczne i notki w Internecie nie wystarczą; zresztą sama koncepcja thrilleru non-fiction – którym, jak wynikło z opisu na stronie wydawnictwa – książka jest, bardzo mi się spodobała. Co prawda, kiedy w końcu do mnie dotarła zajęta byłam inną, dość ciężką pozycją, ale kiedy Saladyn podbił Jerozolimę i postanowiłam dać sobie odpocząć od średniowiecznych patologii rodzinnych, rzuciłam się na tą książkę jak wygłodniały zwierz, lub jak wirus ebola na nową ofiarę. Tak, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Przed lekturą przejrzałam okładkę, czytając kawałek recenzji, w której Stephen King – mistrz horroru – twierdził, że to jedna z najstraszliwszych rzeczy, jakie przeczytał (kto jak kto, ale przypuszczam, że on nie jest człowiekiem strachliwym). Czy jednak są jakieś przeciwwskazania czy objawy niepożądane? Cóż, włóżmy książkę pod mikroskop elektronowy mojego oka i zobaczmy. 

Wydanie książki jest – jak zwykle w tym wydawnictwie – bardzo staranne i eleganckie. Okładka jest w większości czarna, ale przyciągająca wzrok, bo – jeśli przyjrzymy się bliżej – kobieca twarz w częściowym skafandrze kojarzy się pasjonującymi dziedzinami nauki, do których nie dopuszcza się zwykłych śmiertelników. Co prawda, nie wydaje mi się, że jest to bardzo adekwatne zdjęcie, bo kobieta ma szparę pomiędzy ochronnym czepkiem a okularami, co w laboratoriach czwartego stopnia zagrożenia biologicznego jest niedopuszczalne (wygląda mi to na jakiś ubiór do przeprowadzania jakichś skomplikowanych doświadczeń chemicznych), ale jestem w stanie to zrozumieć, bo ludzie w Chemturionie czy Racalu z pewnością nie wyglądają na tyle ciekawie, by przedstawiać ich na okładce. W każdym razie jednak za sylwetką laborantki czarną powierzchnię przyozdobiono wizerunkami eboli ze słynnych zdjęć Murphy’ego, jak przypuszczam, a reszta napisów, poza krótkimi recenzjami amerykańskich magazynów, jest żółtych, co świetnie harmonizuje się z zimnym niebieskim i zielonym reszty okładki. Tył okładki jest czarny, z białymi i żółtymi napisami; poza blurbem mamy tu kolejne – tym razem czarno-białe – zdjęcie Głównego Bohatera, czyli eboli, z systematyką i cechami wiralnymi, co jest naprawdę ciekawym, pomysłowym rozwiązaniem. Książka ma skrzydełka, co bardzo mnie ucieszyło; na jednym z nich są fragmenty książki, te najbardziej szokujące, a na drugim zdjęcie Autora i krótka notka o nim. Wewnątrz czekają na nas jeszcze większe niespodzianki: mapa Afryki z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami występującymi w książce (na szczęście jest po polsku – trochę się bałam po tej niespodziance w Zapomnianym Legionie) i coś w rodzaju książkowej wersji procesu wchodzenia do laboratorium czwartego stopnia bezpieczeństwa biologicznego, co robimy wspólnie z podpułkownik Nancy Jaax, jedną z bohaterek książki. Dodatkowo każda z czterech części książki zaczyna się owym słynnym zdjęciem naszego wirusa, przypominając, o czym czytamy, gdybyśmy mieli jakieś wątpliwości. W środku znajdziemy także kilka zdjęć, może niekoniecznie związanych z tym, o czym akurat czytamy, ale adekwatnych do treści książki i ciekawych; oprócz słynnego zdjęcia F. Murphy’ego, które było prezentowane w galeriach sztuki, znajdziemy tam dużo fotografii spod mikroskopu elektronowego i – między innymi – zdjęcie lekarzy w skafandrach. Szkoda, bo brakuje tu tylko jednej z wyszperanych w Internecie fotografii przedstawiających naukowca pracującego w skafandrze na czwartym poziomie bezpieczeństwa, ale każdy komputer z łączem ma, więc zafascynowani lekturą sami znajdą jeszcze więcej (ponoć pobudza to kreatywność).  Wszystko to dopieszczone w szczegółach i naprawdę porządnie zrobione, tak, że książkę czyta się przyjemnie, a okładka przyciąga wzrok, zamiast odrzucać.

Książka napisana jest bardzo prostym, komunikatywnym stylem (chciałoby się napisać: żołnierskim), który zupełnie pasuje do tematyki – nie jest to przecież literatura piękna, tylko pozycja popularnonaukowa, w której widać jednak fascynację tematem, do której Autor się przyznaję, a ja cieszę się, że nie jestem samotną pasjonatką tematyki śmiercionośnych wirusów. Pisarz pozwala sobie czasem na dłuższe opisy przyrody, osłaniając przed czytelnikiem zalety swojego pióra, które delikatnie i bardzo plastycznie opisuje Afrykę, równie piękną, co niebezpieczną. Podobała mi się również niezwykła wrażliwość, z jaką pisarz przedstawia nam postacie, ich kompleksowy opis ze szczegółami, które – mogłoby się wydawać – są nieistotne, a które wiele mówią o danym człowieku (chociaż, kiedy czytam książkę o eboli, niezbyt interesują mnie  szczegóły ze śledztwa dotyczącego zabójstwa brata Jerry’ego Jaaxa, męża Nancy). Chociaż akcja rwie się do przodu i nie ma czasu na delikatny, jeszcze głębszy rysunek postaci, to naprawdę nie mogę narzekać – zastanawiam się, co by było, gdyby po podszlifowaniu warsztatu Autor napisał powieść – zarzucić mogę tylko powtarzanie w dwóch zdaniach tego samego, co nieco irytowało mnie podczas czytania i wybijało z rytmu; z pewnością przy szerszej perspektywie powieści wszystkie szczególiki, czasami naprawdę niepotrzebne, utopiłyby Autora zupełnie. Pisarzowi brakuje także nieco umiejętności w budowaniu napięcia i konstruowaniu klimatu (po makabrycznych pierwszych pięćdziesięciu stronach wszystko nieco się rozłazi),  ale tak naprawdę trudno podciągnąć książkę do jakiejkolwiek, nawet najbardziej zwariowanej i oryginalnej formy powieści. To tylko popularnonaukowa literatura non-fiction, zabieg, dzięki któremu można przybliżyć literaturę faktu zwykłemu czytelnikowi i chyba nic więcej. I jak na ten gatunek, styl Autora jest naprawdę dobry. 

Rozbudowany thriller non-fiction to nie jest, ale z pewnością sposób narracji prowadzony przez Autora jest naprawdę interesujący – dzięki temu czyta się o wiele lżej niż klasyczną literaturę faktu, do której trzeba mieć dobre pióro, by nie zanudzać czytelnika. Lekka fabularyzacja jest plusem: pozwala nam się znaleźć w środku opisywanych wydarzeń, poznać uczucia osób, poczuć dynamikę rodem z powieści czy innej formy literackiej, w pewien sposób poznać wszystko od podszewki nie tylko jako suche fakty. Autor, co według mnie było strzałem w dziesiątkę, dużo miejsca poświęcił ludzkim reakcjom na styczność z zabójczym wirusem, mniej poznanym niż Kuba Rozpruwacz i znacznie bardziej skutecznym; szczególnie interesujące i cenne są uczucia walczących na pierwszym froncie żołnierzy i ludzi zarażonych (do pewnego czasu, bo w ostatnich stadiach choroby człowiek ulega depersonalizacji, prowadzącej czasami do ciężkich psychoz), a także tych, którzy myśleli, że są zarażeni. Chociaż pisarz nie sili się na głębszą analizę psychologiczną, to samo czytanie o reakcjach i odreagowywaniu tak niebezpiecznej pracy jest fascynujące i ciekawe, w szczególności, że większość z bohaterów książki sama przejrzała napisany przez Autora tekst, by ich myśli, przeniesione na papier, były jak najbardziej zgodne z tym, co czuli i myśleli w danych sytuacjach. Dużo jest także na temat akcji w Reston, amerykańskim miasteczku niedaleko Waszyngtonu (!), gdzie przywiezione z Filipin małpy zachorowały na wirus ebola. Ponieważ USAMRIID i CDC nie chciały wzbudzać paniki, w Internecie – nawet na stronach amerykańskich – nie ma wiele na temat, a ta książka jest prawdopodobnie jednym z niewielu dobrych źródeł informacji na ten temat, a okazje należy łapać, kiedy się przydarzają. Na szczęście szczep ebola reston okazał się groźny tylko dla małp, przenoszony był jednak przez powietrze, co pozwala postawić tezę, że inne szczepy wirusa – zabójcze dla człowieka ebola zair i ebola sudan – zachowują się podobnie… 

Książka ma jednak kilka zasadniczych wad – po pierwsze jest trochę nieaktualna, bo ani Autor (choć przedmowa została napisana w 2014 roku) ani Wydawca nie podjęli się, by dodać choć małą notkę na temat, co działo się z ebolą w wieku XXI. Fakt, jest to historia odkrycia i badań nad wirusem, ale myślę, że przydałaby się chociaż jedna z strona z informacjami nad eksperymentalnymi szczepionkami i pomysłem leczenia chorych krwią tych, którzy przeżyli (rzecz niegłupia, bo krew ta powinna zawierać przeciwciała) i jakiś komentarz do tych zdarzeń. Od lat 90. wirus ebola stał się nieco mniej tajemniczy, naukowcy odkryli kilka jego sekretów, od których – tak myślę – warto byłoby napisać, chociaż to trochę odnotować, a może stworzyć coś w rodzaju kalendarium, w którym chociaż dobrze byłoby zaznaczyć, że tak to ujmę, najnowszą historię eboli. Odnoszę też wrażenie, że – jak już zaznaczałam wyżej – pozbycie się kilkunastu faktów z gatunku szczegółowych szczegółów nie zaszkodziłoby nikomu, wręcz przeciwnie, a nadmiernie eksponowanie kilku osób (w tym bardzo sympatycznej Nancy Jaax) tylko dla własnego nieposkromionego gadulstwa i szerokiej wiedzy na ich temat, jest trochę nieprofesjonalne (tak, brawo Kylie, kocioł przygania garnkowi, co?). Naprawdę nie muszę wiedzieć o wszystkich przeprowadzkach jej rodziny i o sprawach prywatnych, taki jak to, co dziś dzieci państwa Jaaxów będą jadły na obiad, nie wspominając nawet słowem o tym, że dwukrotnie czytałam, dlaczego Jaime, córka Nancy, chodzi na zajęcia z gimnastyki. Naprawdę. To nie jest książka o tej rodzinie, to jest książka o eboli i nasz Główny Bohater pewnie się złości. I to chyba gorzej ode mnie! 

Wirusy są systemem immunologicznym Ziemi, która w ten sposób chroni się przed opisywanymi w powieściach SF nieodwracalnymi zniszczeniami – ludzie tym razem posunęli się za daleko, a potęga naszej wiedzy i naszych potrzeb sprawiła, że nasza planeta zaczęła się bronić tak, jak umie najlepiej. Wycięliśmy wielkie dżungle uwalniając AIDS i ebolę; nasza planeta traktuje nas jak pasożyty. Nie jest przecież nie jest niczym nowym; ebola  jest może  starsza od Mycobacterium leprae, bakterii odpowiedzialnej za trąd – budowa RNA świadczy o tym, że jest to jeden z pierwszych organizmów na Błękitnej Planecie, coś o wiele starszego od człowieka i pierwotnego, więc niepoddającego kontroli takich słabych istot jak my, nawet z naszą zaawansowaną techniką i wciąż rosnącą populacją. Wiedza na ten temat jest więc ważna – przecież wirus w Afryce wciąż szaleje, powraca do miejsc już pozornie od niego wolnych, w straszliwy sposób niszcząc kolejne istnienia. Dlatego też nie można nie wiedzieć na ten temat nic, albo niemal nic, tym bardziej nie można zachwycać się i mówić, że książki na ten temat – jak na przykład ta – bardzo się komuś podobają. Fascynacja to już coś innego, bo kiedy wejdziesz w tę gorącą strefę, strefę skażenia i spojrzysz w ślepia Bestii, w końcu znajdziesz w niej piękno. Lodowe zamki; czystość tak oślepiającą, że aż nieprawdopodobną. Szlachetność praoceanu, pokrywającego Ziemię u początku, przed oddzieleniem lądu od mórz, przed pierwszymi rybami, ssakami, dinozaurami i ludźmi. Złowrogą, ale nawołującą syrenim śpiewem tajemnicę przyrody i dostojeństwo świata, którego nie pamięta już nikt, prócz Kosmosu.

Tytuł: „Strefa skażenia”
Autor: Richard Preston
Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN

piątek, 22 maja 2015

Motyl zaklęty w ciele. Recenzja książki

Chodząc do szkoły, a po niej spiesząc się do domu, gdzie czeka sympatyczne towarzystwo książek, przyjaciół i rodziny, szybko można zapomnieć o nieszczęściach tego świata – szczególnie że nie oglądam telewizyjnych wiadomości (nie tylko dlatego, że polska polityka jest irytująca; lepiej nie wiedzieć, co knuje pan prezydent Putin) i zanurzyć się w błogą nieświadomość, z której większość książek nie jest w stanie mnie wyrwać. Większość opowiada bowiem o problemach zwykłych ludzi i problemach w ich życiu, pokazanych z mniejszą lub większą głębią. Zazwyczaj jednak ich bohaterami są ludzie podobni do nas – sprawni umysłowo i fizycznie na tyle, by żyć na własną rękę, robić to, na co mają ochotę. Wyrażać w każdy możliwy sposób. Po kilkunastu takich lekturach, przewracając się z boku na bok pod ciepłym kocykiem z kubkiem kakao w ręce można zapomnieć, że nie wszyscy przedstawiciele gatunku homo sapiens mają luksus zakochiwania się i odkochiwania, mordowania, kłócenia się z rodzicami, politykowania, chorowania na raka i depresję, cierpienia, a nawet podjęcia najważniejszych życiu decyzji – ja ta dotycząca popełnienia samobójstwa. Po prostu żyć, w jakiś sposób chłonąć życie, oddychać życiem. Albo przynajmniej wiedzieć, że się żyje.
Nie wszyscy tak mają – obok nas, w cieniu, codziennie rozgrywa się tysiące ludzkich nieszczęść: autyzm, zespół Downa, różnorodne choroby genetyczne uniemożliwiające, na przykład, chodzenie, a nawet śpiączki i schizofrenie. O ile większość tych dzieci być może nie zdaje sobie sprawy z tego, że są inne od wszystkich, ich rodzice cierpią jeszcze bardziej – każdy chciałby mieć dziecko przynajmniej zdolne albo ładne, dziecko, którym mógłby chwalić się znajomym, którego inni mogliby mu zazdrościć. Każdy chciałby, żeby dziecko wyuczyło się na Oxfordzie albo Uniwersytecie Jagiellońskim, żeby było szczęśliwe, żeby w końcu pojawiły się wnuki, gwarant zachowania rodu. Ale co, jeśli urodzi się dziecko z mongolizmem? Czy rodzice zaakceptują to, że ich marzenia nie spełnią się (nie mówiąc oczywiście o przypadkach, kiedy dziecko z Downem jest jedynakiem…), że czeka ich ciężka praca przy terapii dziecka i dużo wydatków? A ciekawskie spojrzenia sąsiadów i obcych ludzi na ulicy, wyzwiska chamskich gimnazjalistów? Takie dzieci potrzebują więcej miłości, zrozumienia, miłości, cierpliwości – wszystkiego w nadmiarze, więcej, niż zwykły rodzic może dać. Nie każdy dostrzega przecież w kanciastej istocie z charakterystyczną twarzą ślad zamysłu Kogoś, któremu – być może – nie udał się kolejny akt stworzenia; nie każdy potrafi kochać takie dziecko. I zadawać sobie podstawowego pytania – dlaczego?
Życie Adama i Ewy miało być idealne. Zaplanowali wszystko, łącznie z przyszłą karierą ich potomka. Dom, jasny i przestronny, zaplanowała dekoratorka wnętrz, pokoik dziecinny czekał na przyszłego lokatora, najlepiej dziewczynkę, która w przyszłości będzie primabaleriną. I chociaż urodziła się córka, nie była taka, jak oczekiwali – miała bardzo poważną postać zespołu Downa i plamkę na mózgu, która mogła być nawet krwiakiem czy guzem dodatkowo uciskającym którąś z części mózgu. Ewa z początku nie chciała zaakceptować córki, jednak później zobowiązała się wychowania jej, nawet wbrew mężowi, który od tego czasu zaczął się powoli izolować od żony, próbując udawać, że Myszka (bo tak nazwano Marysię) nie istnieje. Zamknięty w swoim pokoju rozmyślał nad światem czystym od upośledzonych, gorszych ludzi (czasami zapędzając się w rejony szalonych teorii Hitlera rodem z Mein Kampf) na przemian z oskarżaniem genów Ewy, które, według niego, spowodowały narodziny … czegoś takiego. Ale czy na pewno? A może się myli? Zanim okryje prawdę, może być już przecież za późno.
Proza tej pisarki towarzyszy mi już od dłuższego czasu, dokładnie od tamtego dnia, kiedy okryłam doskonałą pod każdym względem Córkę Czarownic, plasującą się pomiędzy klasyczną fantasy a bardziej rozbudowaną baśnią. Od tamtego czasu poluję na każdą z niewielu książek pisarki, by w cichości ducha przeczytać i przeżyć każde słowo, jakie napisała – choć z jakością było różnie, fascynowała mnie ilością tematów, jakie podejmowała w swojej prozie. Dotychczas jednak mieściły się w ramach bardziej filozoficznych rozważań na tematy bardzo ważkie, a fabuła w znacznym stopniu wypełniona była baśniowością i schematami zaczerpniętymi z fantastyki. Dlatego byłam lekko zdziwiona, widząc tę książkę i zaciekawiona, by zobaczyć, jak pisarka poradziła sobie z tematyką bardziej przyziemną i zastosowaniem filozoficznych pogadanek w praktyce, która, jak powszechnie wiadomo, często jest zupełnie inna niż teoria. Wątki fantasy jednak pozostały, tym razem jednak trudniejsze do zinterpretowania, niejednoznaczne, mniej realne od wydarzeń z – na przykład – Tam, gdzie spadają anioły, bardziej umowne. Bo nie one są tu najważniejsze – tworzą tylko fragment rzeczywistości postrzeganej przez niepełnosprawną dziewczynkę, są tak samo ważne, jak przebiegający przez pokój tata czy mama, wiecznie niezadowolona i wymęczona, której wieczorami starcza tylko siły na przeczytanie lekkiej książki czy gazety. Trzeba przyznać, że taki zabieg ubarwia nieco fabułę, dodaje jej swoistego klimatu, indywidualnych cech, elementu nieprzewidywalności. Czegoś, powiedziałabym, egzotycznego pośród szarzyzny dnia powszedniego.
Bohaterowie to zapewne najmocniejsza strona książki. Nieco może dziwić fakt, że na czterystu stronach powieści pisarka operuje tylko trzema postaciami, ale dzięki temu Autorka maksymalnie pogłębia ich portrety psychologiczne, mając czas na wyeksponowanie wszystkich uczuć danej postaci, analizę zachowania, a także na zaprezentowanie urywków ze wspomnień, niemiłosiernie wywlekając na wierzch nawet najgorsze myśli i postępki. Najbardziej jednak poznajemy Myszkę – przedzierając się przez twardy pancerz choroby, docieramy do najgłębszych myśli (jak się okazuje, pełnych ciekawych spostrzeżeń) dziewczynki, poznajemy jej uczucia, nawet te ulotne, których nie potrafi nazwać. Jest to niezwykłe doświadczenie, ponieważ dziewczynka, opisując swoje zachowania, wydaje się mówić o kimś innym, opowiadać z dystansu, jakby sama dziwiła się ograniczeniom swojego ciała. Jednocześnie trudno jej nie współczuć; zagubiona we wnętrzu siebie dziewczynka nie zauważa i nie rozumie swojej choroby, dziwne zachowanie taty, mamy i ludzi na ulicy rani ją, jednak nic na to nie może poradzić – nawet logopeda skapitulowała szybko, widząc, jak ciężko Myszka jest upośledzona. Tak samo, jak z dziwną ociężałością ciała i myśli, przez które dziewczynka cierpi, nie tylko dlatego, że przez to nie może spełnić swojego największego marzenia – tego o tańcu, który tak bardzo kocha. Postać dziewczynki jest bardzo plastyczna, niezwykle wiarygodna, sportretowana z wielką empatią, delikatnością i współczuciem, jednak bez kiczowatego sentymentalizmu i melancholii. Pisarka pochyla się nad dziewczynką, przygląda się uważnie jej emocjom i myślom, jednocześnie nie stara się zatuszować i oszczędzić dziewczynce krzywd, jakie spotkały ją od innych ludzi; nie ukrywa także wad Myszki, traktując ją jak każdego innego bohatera opowieści. Dzięki temu wszystkiemu jej postać jest pełnowymiarowa i niezepchnięta do kategorii godnych pożałowania zwierzątek czy też istot, którym należy się współczucie – Autorka traktuje ją jako pełnoprawnego bohatera, co niezmiernie mi się podoba i sprawia, że książka zyskuje głębię i pierwiastek nowości, rzadko teraz spotykany, nawet w powieściach o podobnej treści.
Ewa, jej matka, jest niemniej ciekawą postacią, co prawda o uboższym świecie wewnętrznym i mniej barwnych emocjach. Ponieważ jest to w większej części książka o akceptowaniu dzieci gorszego Boga przez rodziców, w szczególności tych ambitniejszych, Autorka starała się tak skonstruować postać Ewy, by większość kobiet o podobnych problemach mogło się z nią utożsamiać: nie jest jakąś szaloną artystką, hipiską czy szaloną mamuśką, tylko zwykłą, przeciętną kobietą bardzo przejmującą się konwenansami i tym, co powiedzą ludzie. Przez resztki wolnego czasu czyta lekkie powieści dla kobiet, magazyny modowe i seriale, a jej wszystkie marzenia dotyczą przyszłości dziecka. Jej miłość do Myszki pomieszana jest z nienawiścią, czasami buntem wobec okrutnemu losowi, złością i niecierpliwością, ale i tak nie pozbyłaby się uciążliwej obecności córki; nie ma tyle siły, by nie kochać dziewczynki. Mimo że nie ma jakiejś wybitnej inteligencji, doskonale rozumie córkę, pod koniec zaczyna dostrzegać to, co dla innych – w tym dla jej męża – jest zakryte, jednak tak naprawdę co dzień dopada ją zmęczenie i przytłaczające poczucie bezsensu walki z kolejnym dniem, w którym i tak się nic nie zmieni, a jak już to na gorsze. Nawet nie ma siły rozwiązać nawarstwiającego się konfliktu z mężem, którego tak naprawdę nie ma już w jej życiu. Autorka także wydaje się rozumieć jej stanowisko, z przenikliwością analizując jej uczucia i bezlitośnie szczerze opisując jej myśli, jednak nie broni, ani nie pochwala nic, co Ewa robi, ze współczuciem opowiadając o rozpadającym się powoli idealnym, białym świecie bez żadnych problemów i niedoskonałości. Rozumie, że bohaterka jest słabym, pełnym wad człowiekiem, który często nie potrafi znieść tego, co los – czy może Ktoś – nałożył na jej plecy, a jak każdy chyba człowiek protestuje przed zbyt wielkim bólem, który czasami przerasta jego możliwości. Jednak kiedy przyjdzie ostateczne rozwiązanie, okaże się, że Ewa kochała córkę na swój, bolesny sposób i tylko miłość sprawiła, że kobieta przezwyciężyła wszystkie, czasami straszliwe trudności, jakie niewątpliwie przynosiło wychowanie takiego dziecka jak Myszka. Postać Ewy jest jednak nieco mniej dopracowana niż dwie pozostałe, a może i mniej ciekawa – ot, po prostu zwykła kobieta ze swoim zwyczajnym życiem i zwyczajnymi problemami, zgorzkniała już życiem, taka, którą trudno polubić, ale i ciężko znienawidzić.
Trzecią ciekawą osobą jest Adam, mąż Ewy i uciekający ojciec Myszki. To najciekawsza postać, oprócz, oczywiście, głównej bohaterki. Autorka, posługując się ciekawie zarysowaną postacią człowieka żyjącego w świecie liczb, chłodnych kalkulacji, wewnętrznie poranionego intelektualisty, znakomicie pokazuje mechanizm powstawania nienawiści do osób chorych i obsesyjnych marzeń o idealnym społeczeństwie, które u Adama są tak intensywne, że nad swoim tokiem myślenia zaczyna zastanawiać się dopiero wtedy, kiedy okazuje się, że jego przemyślenia zbliżają się do treści przemówień Adolfa Hitlera… To skomplikowana postać pełna sprzeczności i wahań, które pisarka po mistrzowsku oddaje, jednocześnie dorzucając zastanawiające i, przede wszystkim, zaskakujące zakończenie, puentę, której przez długi czas nie można zapomnieć. Autorka wydaje się, rozumie go bardzo dobrze, nawet wtedy, kiedy tak okrutnie postępuje z córką i żoną, starając ukryć się w firmie, gdzie jest szefem, że ma niepełnosprawną córkę. Z drugiej strony – mówi pisarka – to nie jest jedynie jego wina, w książce wiele razy spotykamy się w oznakami ludzkiej nieczułości, często po prostu okrucieństwa, brakiem empatii i nieznajomością elementarnych zasad dobrego wychowania (pewnie zostało mi to z czasów, kiedy jako starożytni Spartanie zrzucali takie dzieci ze skał), a jako człowiek, dla którego opinia kochanych bliźnich jest ważniejsza niż wszystko inne, takie fakty musiał zatuszować. Jednocześnie go nie broni – jego miłość do piękna sprawiła, że nie mógł spojrzeć na swoją córkę, chociaż – gdyby spojrzał – odnalazłby coś, co zauważyła tylko Ewa, coś, co kryło się pod chorą powłoką ciała dziewczynki. Dopiero na koniec powieści, kiedy wrócą wspomnienia, by otworzyć mu oczy i otrzyma małą szansę na odkupienie, będzie żałował swoich win, co pisarka pięknie opisze.
W warstwie językowej czegoś mi brakowało, nawet wtedy, kiedy pisarka przed naszymi oczami roztaczała piękny i tajemniczy Ogród. Czego? Może tego magicznego nastroju, jaki potrafiła zmieścić w prostych, barwnych słowach? Może stwarzania odrębnych światów, które dzięki niej stawały się swojskie? Może jednak pióro pisarki gubi się pomiędzy opisami normalnego życia, tylko gdzieś głęboko w tle podmalowanego niezwykłością (tak naprawdę nie potrafimy do końca określić, czy Myszka naprawdę była w Ogrodzie, czy też to wina tej czarnej plamki w jej mózgu)? Techniczne wszystko doskonale, jak zwykle – proza jest lekka, a jednocześnie głęboka; oszczędna i znaczeniowo bardzo bogata, bo Autorka za pomocą jednego słowa potrafi trafić w samo sedno, dodając jednocześnie wiele nowych znaczeń. Ma też swój rytm, niezwykłą śpiewność i dziwną radość przy jednoczesnym smutku, coś jakby wewnętrzny płacz, wielki ból, który kolejne wydarzenia podsycają. Emocje bohaterów są opisane bardzo wiarygodnie, głęboko; Autorka prostymi słowami opisuje trudne myśli i wirtuozersko balansuje na trudnej do opisania granicy między zachowaniem a myślami i uczuciami Myszki, nie używając jakchiś górnolotnych słów i patosu. Jednak wszystko, co dobre, kończy się w wątku fantastycznym – może dlatego, że wtedy pisarka sięga po bardziej barokowy opis, pełen wyszukanych fraz i metafizycznych podtekstów, co brzmi bardzo sztucznie, niekiedy nawet kiczowato. Pisarka językowo nie udźwignęła idei tajemniczych wizji, jakie wyświetlają się przed oczami Myszki na strychu, tak samo, jak nie udźwignęła wątku anioła z Tam, gdzie spadają anioły – w opisach Ogrodu jest coś, co mnie denerwuje, coś, co sprawia, że opisy są nieciekawe i mało plastyczne, a tezy, wygłaszane przez tamte postacie wydają się płaskie, natomiast spostrzeżenia Autorki – zwykle bardzo błyskotliwe i kontrowersyjne – bez polotu i pomysłowości, mało zrozumiałe. Brakuje też magii, jaka zapewne musiała panować w Ogrodzie, nastroju tajemnicy, może szczęścia, może czegoś innego, co sprawiłoby, że miejsce to zyskało barwy i życie.
Myślę, że wiele tu zawiniła także fabuła – już dość dawno temu zrozumiałam, że połączenie przyziemnej powieści obyczajowej czy psychologicznej z fantastyką nie jest najlepszym rozwiązaniem, chyba że jest się autorką paranormal romance (powiedzmy sobie szczerze, że świat przedstawiony w tych książkach jest na tyle naiwny i uproszczony, że tak naprawdę nie ma większych różnic między nim a wampirami czy wilkołakami). Za niezdecydowanie Autor płaci, nie tylko sztucznością któregoś z wątków – tego mniej rozwiniętego – ale i mniejszą wiarygodnością całości, trącającą jakimś kiczem, tracącą całą swoją powagę i ciężar. O ile lepiej czytałoby się, gdyby z opowieści wyciąć fragmenty o Ogrodzie, odciągające w dodatku uwagę czytelnika od refleksji na temat istnienia takich dzieci, codzienności matki i ojca, problemów społecznych. Powieść wtedy zyskałaby wiele na równowadze, harmonii, miałaby fabularny rytm. Przecież rzeczywistość jest na tyle barwna, że nie trzeba upiększać jej wątkami magicznymi, które raczej nie wnoszą nic nowego, pokazują tylko, że pisarka nie potrafi zdecydować się na jeden gatunek, a może tęskni za czasami Córki Czarownic i Samotności Bogów, wraz z problemami, nad którymi można się zastanawiać nawet podczas kosmicznej odysei. Jeśli Autorce chodziło o nawiązanie do dzieci gorszego Boga, przekazania swoją książką jeszcze czegoś więcej, by uniknąć zarzutów o sztukę dla sztuki, to na pewno nie udało jej się to – wątek ten przecież nie wprowadzał, a rozmowy filozoficzne w Ogrodzie z powodzeniem można by przenieść na ziemię. Poza tym zarzutem jednak uważam, że reszta fabuły była bardzo, jeśli nie wciągająca, to naprawdę ciekawa, chociaż powieść do książek o wartkiej akcji nie należy – ważniejszą rolę grają tu uczucia, sposób odbierania świata i danych sytuacji przez Myszkę i resztę społeczeństwa, ale nie tylko – niemal detektywistyczne poszukiwania Adama i zaskakujące zakończenie potrafi wciągnąć, zaangażować inne uczucia czytelnika niż współczucie, nawet gdy sądzimy, że powieść niczym nas już nie zaskoczy. Zresztą to jedna z tych książek, które wymagają cierpliwości i wysiłku, by odkryć całą głębię opowieści, umiejętności dostrzeżenia drugiego dna, podwójnych, a nawet potrójnych znaczeń, chociaż i tak będąca rozgrzewką przed doskonałymi powieściami pisarki.
Jakąkolwiek krzywdę pisarka zrobiłaby swojej powieści, nie można powiedzieć, że jest to książka słaba – dla niektórych pisarzy byłaby wyzwaniem. Jest przecież próbą pokazania innej perspektywy, ukazaniem problemu z zupełnie innej strony. Perspektywy zdumiewającej, bo – zapewne – dla wielu zupełnie nowej, nawet tajemniczej. Bo przecież nakreślenie portretu motyla, uwięzionego w ciele cięższym i bardziej nieporadnym niż nasze, ludzi zdrowych, wymaga techniki, zdolności, empatii i, przede wszystkim, wielkiej wrażliwości w dostrzeganiu tego, co ukryte tak głęboko, że aż niewidzialne; a także próba opisu tej nowej zaskakującej rzeczy, znalezienia odpowiednich słów i formy. Uwrażliwienia kogoś, by spoglądając w czyjeś oczy, tylko z pozoru mętne i zdające się nie rozumieć tego, co widzą, widzieć piękne wnętrze. By w brzydkiej poczwarce znaleźć motyla i obudzić go do lotu. 


Tytuł: „Poczwarka”
Autor: Dorota Terakowska

Moja ocena: 6,5/10 



sobota, 14 marca 2015

Miasteczko wampirów. Recenzja książki

Wampiry są diabelnie popularne tak jak gwiazdeczki Disneya, którzy ich grają. W każdej książce dla nastolatków, której Autorzy mają nieco więcej ilorazu inteligencji od Bridget Jones, umieszczają jakiegoś wampira, od którego śmierdzi przystojnością na osiemdziesiąt dziewięć kilometrów, żeby tylko głupie nastolatki zachrypły z pisku, gdy ten odsłoni swoje kły, umazane krwią zwierząt i seksownie zalśni w powietrzu.

Biedy Dracula! Płaczę nad jego nędznym losem. Przewraca się w trumnie gdzieś w swoim mrocznym zamczysku i próbuje wyrwać kołek, żeby wstać i postraszyć w nocy jedną z wielu tych pań, która w przerwach pomiędzy pisaniem kolejnych rozdziałów osiemdziesiątego ósmego tomu przygód owego wampira przelicza zarobioną, jeszcze ciepłą kasę. Już, po przeczytaniu kilku podobnych do wiekopomnego i przerażająco pięknego „Zmierzchu” Stephenie Meyer, nie miałam nadziei, że znajdę jakąś dobrą, straszną książkę o wampirach. Jakąś świetną książkę o wampirach. Powieść, na którą się skusiłam, sygnowana nazwiskiem Króla Horroru, zapowiadała się trochę lepiej i w moim sercu zapaliła się iskierka nadziei: może będę się chociaż trochę bać?

Młody pisarz Ben, mający na sumieniu kilka literackich gniotów, wraca do miasteczka swojej młodości, Jerusalem, w skrócie Salem. Chce nabrać dystansu po śmierci ukochanej żony spowodowanej zbyt szybką jazdą motocyklem, a także stawić czoła demonom z przeszłości. Kiedy był małym chłopcem, wszedł do domu, którego właściciel powiesił się, wcześniej zabijając żonę i w jednym z pokojów spotkał właśnie tego faceta, uśmiechającego się do niego ze stryczka. Po jakimś czasie dom zostaje kupiony przez tajemniczą osobę, a właściwie dwie osobistości. Kilka dni później ginie dwóch chłopców, a drugi z nich zostaje znaleziony w ciężkim stanie: choruje na coś w rodzaju ciężkiej, tajemniczej białaczki, a późnej umiera. Jednak to nie koniec – podobne objawy ma coraz więcej osób, a pewnemu małemu – no wcale nie aż tak małemu – chłopcu za oknem przedstawia się postać kolegi, który pierwszy na to umarł. Ale czy na pewno umarł? I czy na pewno są to złudzenia? A może to wampiry, o czym przekonuje się Ben, Susan (młoda dziewczyna, w której jest zakochany), sympatyczny nauczyciel Matt, rudy lekarz Jimmy i mały specjalista od potworów, Mark. Razem stawią czoła potworom, jednak z nich przeżyje tylko Ben i, dzięki oczytaniu, Mark. Susan, jako jedyna stanie się wampirem, a Ben (tak, to jedna z moich ukochanych stron powieści) będzie musiał przebić ją kołkiem...

Szczerze mówiąc, nie było potwornie strasznie, wręcz przeciwnie. Co jest bardzo dziwne, bo teoretycznie boję się wszystkiego, o ciemności już nie mówiąc. Jednak przy opisach strachu bohaterów czułam to samo, co świadczy o tym, że Autor faktycznie jest dobrym pisarzem. A nawet bardzo dobrym. Ale o tym już niżej.

Chyba największym plusem tej książki jest to, że w ogóle mnie nie nudziła, chociaż do najchudszych nie należy, a akcja pełznie dość wolno do przodu, przedstawiając na początku zwykłe sprawy zwykłych ludzi, pozornie niezwiązane ze sobą. Wydawałaby się, że książka jest nudna i dziwna, bo przecież dużo czasu minie, zanim wszystkie wątki połączą się w jedną, zaskakującą układankę. Wręcz przeciwnie. Człowiek z zaciekawieniem przewraca kolejne strony i zagłębia się w opowieści, która – nie oszukujmy się – w pewnym stopniu jest bardzo przewidywalna (wiemy, że to będą wampiry). W każdym razie styl pisania Autora jest lekki, niewymuszony i czasami niezwykle obrazowy. Bardzo mi się spodobało to, że ten dorosły facet potrafi pisać zarówno z perspektywy dziecka, młodego naiwnego pisarza, jak i starszego nauczyciela. W dodatku zawsze potrafi zachować dystans do opisywanych wydarzeń, ocenić je z przymrużeniem oka i opisać rzeczywistość tak, że wydaje się bardzo prawdopodobna i realistyczna. Mało pisarzów i pisarzyn już to umie.

Styl Autor ma lekki, ciekawy i płynny. Pisze dość obrazowo, klimatycznie, a opisy, których, jak w każdym porządnym horrorze, jest sporo, wciągają i wydają się naprawdę realistyczne i, chociaż nie straszne, to przynajmniej ponure i mroczne. I to nie tak plastikowo mroczne, jak, na przykład Monster High czy te wszystkie horrory dla nastolatek, ale naprawdę mroczne. Różnicuje wypowiedzi bohaterów, daje im rozmaite, nigdy nie czarno-białe charaktery, a wszystko owija w płaszczyk ironii. Dlatego czyta się szybko, chętnie i bez żadnych większych zgrzytów, a liczba stron do przeczytania znika z przerażającą szybkością.

Podoba mi się to, w jaki sposób Autor odnosi się do wątku walki Dobra ze Złem, który również został wpleciony w fabułę książki. Otóż Dobro ma szansę wygrać tylko wtedy, gdy w nie wierzymy. Kiedy zaczynamy się bać Zła, a i tracić wiarę w istnienie Dobra, Dobro nie wygra, ponieważ nie jest Dobrem bez naszej wiary w nie. Najbardziej dobitnie pokazuje to fragment ze świecącym jasnym światłem krzyżem, który, co ciekawe, świecił tylko wtedy, kiedy ksiądz wierzył w to, co robi. Mark i Ben nie poddają się do końca i dlatego mają szansę wygrać z wampirami. Niezwykle krzepiące i głębokie przesłanie pisarza, w książce, która na pozór powinna być bezmyślnym, nudnym horrorem.

Postacie... Nie są to jacyś pogromcy wampirów, tylko młody, żółtodziobowaty pisarczyk i młodociany fan horrorów i fantastyki, mistrz w oszukiwaniu rodziców. Obie postacie są dobrze zarysowane i ciekawe, jednak reszta jest jakby rozmyta i niezbyt ciekawa. W sumie są to po prostu najzwyklejsi ludzie, jednak brak im tego „czegoś” by na dłuższy czas zapadli w pamięć. Z drugiej strony jednak, przyznaję, że nie jest to powieść, w której jest czas na większe rozważania nad psychologią postaci, to przecież nie powieść obyczajowa, psychologiczna czy jakakolwiek inna, w której można było zamieszczać dłuższe dywagacje na uniwersalne tematy, bo to – już – klasyk horroru.

W sumie w ogóle się nie bałam, bo nawet nie było straszne (o tym już pisałam, co świadczy o beznadziejnym bałaganie w tej recenzji). Chyba tylko w tym momencie, kiedy dwoje chłopców idzie przez ciemny las i opowiada sobie straszne historie, a za nimi, trzeszczą gałązki... Stary patent, ale wciąż straszy. I jeszcze inną, równie straszną rzeczą była scena z krzyżem. Wampir przybierał kształt potwora, którego ksiądz wymyślił i panicznie bał się, kiedy był mały. Miał miękkie, kobiece usta, eleganckie ubranie, śmiertelnie białą twarz.. Brr. Mnie też, kiedy byłam mała, prześladowało coś podobnego, dlatego tak strasznie się przeraziłam. Nie mogłam przez to spać całą noc. Jednak gdzieś głęboko została mi fascynacja tą postacią, bo, muszę się przed wami przyznać, też miałam coś podobnego w dzieciństwie.

Okładka. Obrzydlistwo utrzymane w odcieniach zieleni i bieli. Jakiś kształt wyglądający nieco jak krzyż, a w środku dwoje oczu, fragment białej, zdeformowanej skóry. Hm. Wampir? Raczej tak nie wygląda. Kompletnie bez pomysłu, dość efekciarsko, a przecież to jest książka, do której można by zaprojektować mnóstwo ciekawych okładek! I to takie dobre wydawnictwo.. Ja was ludzie proszę. Taka okładka odstraszy bardziej fanów Autora i horrorów, niż takich, którzy (tak jak moja mama) boją się takich powieści i nie chcą mieć nic z nimi wspólnego.

Książka rozczarowała mnie tylko tym, że nie była straszna. Myślałam, że będę trzęsła się ze strachu, nie mogła spać, ale ... nic takiego nie nastąpiło. Chociaż po plecach łaziły mi zimne dreszcze (szczególnie na początku), nic innego się nie działo. Szkoda. Może po prostu za dużo po nich oczekuję? Być może. W każdym razie polecam tym, którzy narzekają na upały i rozgrzaną, zatłoczoną plażę. Efekt murowany.

Tytuł: „Miasteczko Salem”
Autor: Stephen King
Moja ocena: 6,5/10