Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2015

Wiele innych gier. Recenzja książki

Zawsze powtarzam – i wydaje się to prawdą – że próbę czasu przetrwają książki wybitne, co jest chyba najskuteczniejszym kryterium, które pozwala nam stwierdzić, czy mamy do czynienia z arcydziełem czy też nie. Można lubić Zmierzch, ale rzadko się już teraz o nim wspomina, jeśli już, to niemal zawsze w kontekście negatywnym. Wydaje się – co też widać po tej słabszej stronie blogosfery książkowej – że fani Edwarda zdradziły go z takimi osobnikami jak Cztery, choć tak naprawdę trylogia Niezgodna powoli odchodzi w zapomnienie, a po premierze ostatniego filmu, które zresztą nie cieszy się zbytnią popularnością, będzie już tylko częścią tej niechlubnej historii literatury młodzieżowej. Zajmując się prorokowaniem -   choć nie jestem żadnym medium czy czymś w tym rodzaju – za kilka lat nikt nie będzie pamiętał – na przykład - o Kierze Cass, o ile nie napisze czegoś jeszcze, a wszystkie inne wygrzebywane przez mniej znane wydawnictwa Autorki, szybko umrą śmiercią naturalną. I to nawet nie jest przykre. Ot, życie. Rozrywka na raz rządzi się swoimi prawami – za kilka, może kilkadziesiąt lat nazwiska takie jak Victoria Aveyard, Sarah J. Mass czy John Green (poza Gwiazd naszych wina!) zostaną wyparte przez inne, może lepsze, może gorsze. Młodzieżowa dystopia, young adult, New Adult, romanse i przyjemne opowiastki o podróżach w czasie zostaną wyparte przez inne trendy, może przez pojawiające się coraz odważniej kryminały dla młodych czytelników czy steampunk, chociaż – znając pomysłowość człowieka – być może, że jakiś pisarz wyczaruje zupełnie coś nowego?  

Ze zdumieniem pomieszanym ze smutkiem odkrywam, że znam zaledwie kilka współczesnych mi opowieści dla młodych czytelników, które mogą stać się klasyką, a chociaż zdobyć zainteresowanie kolejnych pokoleń, może w pewien sposób nawet ich zachwycić. Opowieści, które poza porywaniem nastoletnich serc jakimś wytatuowanym chłopakiem z równie absurdalnym imieniem co pustą osobowością, niosą jakieś uniwersalne przesłanie, coś głębszego, ciekawszego, a przede wszystkim ponadczasowego. Jak powiedziałaby to moja Mama – coś wartościowego, co dostrzeże każdy, kto z wrażliwością szuka w czegoś więcej niż rozrywki. Pomijając Jeżycejadę Musierowicz, która – jak widać po najnowszych tomach – stała się już historią, nie jestem w stanie wskazać ani jednej polskiej powieści, która by spełniała to wymaganie w stu procentach. A zagranicą? Oprócz wspominanego wyżej Gwiazd naszych wina zaryzykuję stwierdzenie, że całkiem słusznie słynna i podziwiana trylogia o losach Katniss Everdeen, młodej buntowniczki z Panem i nie chodzi o to, że po prostu lubię tę opowieść.

Katniss, zniszczona psychicznie dwoma Igrzyskami pod rząd, staje się twarzą rebelii, Kosogłosem. W istocie jest tylko jednym z pionków na politycznej szachownicy, z którym coraz mniej liczą się nawet jej zwolennicy – okazuje się, że sprawiedliwa w założeniach rebelia ma pomóc przetasowaniom u szczytów władzy i skierowaniu terroru, łącznie z wyprawieniem kolejnych Igrzysk, w stronę mieszkańców Kapitolu przez nową prezydent, niejaką Coin. Dziewczyna traci przy tym niemal wszystkie bliskie sobie osoby i dom, a jej serce wciąż jest rozdarte między towarzyszem lat młodzieńczych i ukochanym z czasów Igrzysk. Czy bohaterka, której poczynania na kartach książki i ekranach śledzi cały świat, wyjdzie cało z ostatniej rozgrywki?

Już odpowiadam – niekoniecznie. Całość przecież kończy się stwierdzeniem, że istnieje wiele innych, dużo gorszych gier do rozegrania. Z pewnością niejednoznaczne to i prowokujące, tak jak pozbawiający złudzeń, mocny i kontrowersyjny koniec (jeśli myślisz, że chodzi mi o to, że Katniss nie była z tym chłopakiem, z którym powinna, to możesz właściwie skończyć czytanie tej recenzji, bo mimo że bardzo polubiłam Gale’a, uważam, że wątek o związku z Peetą w kontekście powieści jest odpowiedni i przemyślany). Historia Kosogłosa nie ma właściwie dobrego zakończenia, bo mimo że dowiadujemy się, że doczekała się dwójki dzieci  koszmary zostają, strach przed stratą oplata gardło jak żelazna obręcz, a piękna Łąka jest cmentarzem. To bardzo ciekawe rozwiązanie, o wiele mocniejsze od śmierci Tris (dziękuję za spoilery, mordy wy moje kochane) w Wiernej, z pewnością zaplanowane przez Autorkę już na początku. Zresztą, co jest największą zaletą powieści, nie jedyne – pisarka jest bezwzględna niczym ten parszywy morderca G.R.R Martin, nie oszczędza nawet Katniss, której ciało pokrywają coraz to nowe blizny, nie mówiąc o duszy (w ostatnich rozdziałach jesteśmy świadkami klinicznej depresji bohaterki). W tym właśnie kryje się siła powieści, właściwie całej trylogii – wszystko jest tak ponuro autentyczne i okrutne, że trudno uwierzyć, że to tylko czysta imaginacja Autorki. Literacka tu jest chyba tylko miłość Katniss i Peety, cały ten trójkącik miłosny; reszta to okrutna, bezwzględna wojna i równie bezwzględni gracze, z którymi dziewczyna nie ma szansy, ginący ludzie i brak miejsca na sentymenty. A wszystko do bólu prawdziwe i wiarygodne, że serce łamie się ze smutku, a umysł buntuje się przeciwko rozwiązaniom fabularnym – miała to być ucieczka w lepszy świat, a okazało się, że jest tu co najmniej tak samo jak w naszym. I jeszcze to The Hanging Tree… Czy inny twórca, piszący na tej grupy wiekowej, zdobyłby się na taki krok? I tak – to zdecydowanie najmroczniejszy, ale też najwspanialszy tom trylogii.

Finał jest jeszcze bardziej krwawy, chociaż nie brakuje tu wcale nieźle skonstruowanego  i wiarygodnego wątku politycznego, chociaż pisarka nie sili się na wnikanie w szczegóły – z jednej strony wielka szkoda, bo przez to świat przedstawiony jest nieco uboższy, jednak rozumiem, że machinacje Snowa i innych mogłyby się wydać komuś zbyt poplątane i nużące. Poza tym akcja do złudzenia przypomina gry komputerowe, szczególnie fragmenty o zdobywaniu stolicy – eleganckie domy Kapitolu, wymyślne urządzenia do zabijania, latające wokół flaki i krwawe plamy. Wszystko mknie do przodu z przerażającą szybkością, plenery zmieniają się jak w kalejdoskopie, bohaterka z małymi przerwami trafia z deszczu pod rynnę, a lista bliskich jej ludzi, którzy zostali zabici – na różny sposób – przedłuża się z każdą stroną. Chyba nie było nikogo, kto nie denerwowałby się nagłymi, zupełnie nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, jak choćby powrót Peety z Kapitolu ze zmodyfikowaną pamięcią, zabójstwie prezydent Coin i we wielu innych fragmentach, nie potrafiąc oderwać się od absorbującej lektury. Wszystko jest jednak zbudowane bardzo logicznie i z wielkim pietyzmem, tak, że czytelnik nawet przez chwilę nie czuje się zdezorientowany czy ma jakiś problem dlaczego i po co. To bardzo delikatna, przemyślana konstrukcja, która mogłaby runąć przy pierwszej lepszej okazji sprawiając, że książka straciłaby wiele na swojej ponurej wymowie, a niektóre kwestie jeszcze z poprzednich tomów nie zostałyby do końca wyjaśnione – co ciekawe, w przeciwieństwie do innych zakończeń serii czy trylogii dla młodzieży, historia Katniss jest zamknięta i to w sposób ostateczny: każda kontynuacja zniszczyłby efektowne, niewątpliwe zmuszające do refleksji zakończenie.

Dopiero po przeczytaniu ostatniego tomu można dostrzec sens całej trylogii, tę drugą warstwę, może nawet ciekawszą od historii bohaterki. Choć można interpretować to różnie, moim zdaniem opowieść o Katniss ma wymowę prawdziwie pacyfistyczną – Autorka potępia zarówno terror, jakim były Igrzyska Śmierci (nie wspominam o popycie na skandale i coraz głupsze telewizyjne show) , jak i wojnę, a w rewolucji, jak każdy nieco zorientowany w historii, widzi tylko dążenie pewnej grupy ludzi do władzy w imię szlachetnych idei i przez trupy tych, którzy uwierzyli w lepszy świat. Zresztą ludzie – jak mówi na końcu książki Plutarch – są tylko wrednymi stworzeniami, które kiedyś, z pewnością, znów doprowadzą do rozlewu krwi. Niestety. Ale na razie jest pokój – Katniss obserwuje swoje dzieci bawiące się na łące, pod którą pochowani są mieszkańcy Dystryktu Dwunastego, którzy zginęli w ataku Kapitolu, świadoma, że one nie wiedzą co to jest wojna, nie znają demonów jakie ją dręczą, nie wiedzą, że musi przypominać sobie wszystkie akty dobroci, jakie ludzie jej wyświadczyli, żeby przeżyć kolejny dzień pełen demonicznych wspomnień. Choć to w rzeczywistości mocno spłycony na potrzeby powieści dla młodzieży pogląd, a i dla mnie nienowy, bo ludzie już dużo powiedzieli na ten temat, ale skryte pod ciekawą opowieścią zasługuje na moją uwagę, choćby dlatego, że – mam nadzieję – będą osoby, które z lektury wyciągną jakieś wnioski i nauczą się kilku rzeczy, tak ważnych w niespokojnym świecie.

Panna Everdeen to bohaterka z charakterkiem, która tu jeszcze bardziej ewoluowała. Uparta, niepokorna bardzo silna, mimo tego, że z rozdziału na rozdział stacza się w głąb załamania nerwowego i depresji, tonie w tych starszych wspomnieniach, z podwójnej dawki Igrzysk, a także tych nowszych. Mimo tego nie poddaje się do końca, nawet wtedy, kiedy wiadomo, że Kapitol został zwyciężony, a faktycznym wrogiem okazała się Coin - za każdym razem, gdy myślę o niej, zdumiewa mnie niezwykle sprawny kręgosłup moralny bohaterki i autentyczne, altruistyczne poświęcenie dla rodziny, dla młodszej siostry. Katniss to wojowniczka, taka, jaką sama chciałabym być, ale jednocześnie osoba słaba, jak każdy z nas – daje się ponieść emocjom, swojemu bólowi, rozpaczy i panicznemu strachowi o najbliższych. Znów musi odgrywać rolę, której nie chce, znów nie może robić tego, co uważa za słuszne – nie jest już trybutem, którego zmusza się do zabijania innych, tylko medialną ikoną buntu przeciwko Kapitolowi, bezdomną przykrywką kombinacji Coin i wreszcie osobą, która, w różny sposób, traci niemal wszystkich przyjaciół, siostrę i matkę. I która odkrywa, że wszystko, o co walczyła to kolejna dyktatura. Oczywiście, ma swoje wady, bo czasami jej upór był prawdziwie ośli i głupi, a jako kobieta nie rozumiała wielu aspektów wojny, a dużo decyzji podejmuje emocjonalnie, ale wszystko sprawia, że jest jeszcze bardziej plastyczną, wiarygodną postacią, żywym, czującym człowiekiem; człowiekiem dobrym, ale przecież nie pozbawionym wad i po ludzku słabym. Człowiekiem potrzebującym spokoju, nie tylko po to, by rozważyć swoje sprawy sercowe, ale także by odpocząć. Człowiekiem, od którego wymaga się więcej, niż jest w stanie z siebie dać. Człowiekiem, który musi samotnie stawić czoła śmierci przyjaciół, ludzi, których zabiła sama albo z różnych powodów była jej pośrednio winna. Słowem – najbardziej pełnym, wielowymiarowym portretem bohaterki z całej trylogii; portretem skończonym i bardzo wnikliwym, z wszystkimi psychologicznymi konsekwencjami i cechami, które sprawiają, że nie sposób Katniss nie lubić, a przynajmniej nie dopingować jej czy współczuć. A także – trudno powiedzieć, że nie jest żywym człowiekiem tylko postacią książkową.

Bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni również nieco się zmielili – nie mówię tu o Peecie ze zmodyfikowaną przez Kapitol pamięcią, chociaż była to dla mnie nie lada niespodzianka, bo nie o to chodzi, ale choćby taki Gale. Bardzo przystojny i tak dalej, nie mówię, ale Autorka coraz bardziej eksponuje to, co zarysowała już mocno w poprzednich częściach, łącznie z rozdawaniem pocałunków i na prawo i lewo oraz nienawiścią, jakoś kłócącą się pragnieniem pokoju przez Katniss, przez co  – szczerze mówiąc – nie nadawałby się na osobę, jaka mogłaby towarzyszyć dziewczynie przez resztę życia. Ale przecież nie tylko on. Zaskoczyli mnie Prim i Finnick – ona szybko dorasta, pozostając wciąż dzieckiem, a on przestaje być przystojnym chłopakiem z trójzębem, zakochanym w nieszczęśliwej Annie, zamieniając się w prawdziwego żołnierza (a potem rozdziera moje i tak obolałe serce). Nawet Haymitch i Effie – ich sylwetki zostają pogłębione przez kilka następnych światłocieni, rysów, które zmieniają ich w postacie jeszcze ciekawsze, pełniejsze i w pewien sposób bardziej wiarygodne dla czytelnika. Ciekawią także nowe postacie, które pojawiają się dopiero tu – Pollux, Cressida, a także pokręcona, ale bardzo sympatyczna Tigris; jestem naprawdę zachwycona tą postacią i podziwiam Autorkę, bo sama na taki ekstrawagancki pomysł nie wpadłabym nigdy. O ile w poprzednich częściach mieliśmy dobre postacie literackie, nakreślone w dobry sposób na papierze, to w finale mamy prawdziwych ludzi – co prawda niektórzy z nich mają kocie wąsy i prążki – żyjących i namacalnych tak bardzo, że po odłożeniu książki ciężko rozumieć, że to tylko fikcja.

Autorka ma swój specyficzny, ale doskonały styl. Nie jest on zbyt prosty i lekki, ale niezaprzeczalnie ma swoją hipnotyzującą harmonię, melodię, która – jako że pisarka ma już dość duże doświadczenie – nie jest przerywana jakimkolwiek dysonansem. Zdania są krótkie, ale w pewien sposób malownicze, niezwykle plastyczne i bardzo trafnie odmalowujące kolejne sceny, szczególnie te pełne akcji, – z którą pisarka radzi sobie świetnie; nie ma tam nawet grama chaosu czy topornych opisów, które zamiast zaciekawiać, sprawiają, że czytelnik zaczyna się nudzić - które nabierają jeszcze więcej dynamiki przez narrację w czasie teraźniejszym (wyobrażam sobie, jak bardzo było to trudne dla tłumacza! – w języku polskim są czasowniki, które nie da się powiedzieć w czasie teraźniejszym) i prosty, czasami suchy, jakby surowy język tych scen wywiera jeszcze większe wrażenie na czytelniku, choć pod tym wszystkim pisarka w mistrzowski sposób ukrywa emocje, dające się wyczuć i z zimną krwią podnosi napięcie, zmuszając czytelnika do pożarcia powieści jak najszybciej, by przekonać się, jak to się wszystko skończy – może Katniss skończy jak Tris, a jeśli nie, to będzie z Peetą czy Gale’em? Czyta się przy tym szybko, bo – niestety – książka gruba nie jest, a styl Autorki, choć jak pisałam, dość skomplikowany i nie tak lekki jak innych twórców, sprawia, że powieść można przeczytać bardzo szybko i z zapartym tchem, zwracając uwagę tylko na szybką, sensacyjną akcję, by dopiero później, gdy ochłoniemy, zwrócić uwagę na głębsze przesłanie, tak zmyślnie przez Autorkę ukryte.

Okładki filmowe nigdy mi się nie do końca podobały, ale porównując je do tych poprzednich, mają w sobie coś pasującego do trylogii, a ognisty kosogłos na okładce bardzo przyciąga wzrok na sklepowych półkach. Tym razem nie jest to broszka ze strzałą, jak na okładce pierwszej części, albo broszka z samym kosogłosem, ale ptak z triumfalnie wyciągniętymi skrzydłami, jak na filmowych plakatach. Czarna okładka za bardzo się świeci (wolałabym, gdyby była matowa, bo nie cierpię świecących folii, jakimi się obkleja niektóre książki; to, że źle wygląda to na zdjęciach to chyba najmniejsze zło), ale za to ładnie kontrastuje się z pomarańczową grafiką z płomieniami i napisami w dopasowanej do reszty czcionce, a okładka ma dwa bardzo ładne skrzydełka, które jakoś ozdabiają książkę. W środku wszystko pozostało niezmienne z poprzednim wydaniem – pierwsze strony poszczególnych rozdziałów są ozdobione są taką samą grafiką, dość udaną, ale moim zdaniem niepotrzebną; czcionka jest przyjemna w czytaniu, tak samo jak papier, biały i gatunkowo bardzo dobry – takie estetyczne wydanie sprawia, że książkę trzyma się przyjemnie w ręku i nie ma żadnych przeszkód w delektowaniu się treścią.

Opowieść o Kosogłosie to po prostu bardzo dobra książka i uniwersalna historia, jakich teraz mało, która ma szansę przeżyć wszystkich jej naśladowców w stylu trylogii Veronicy Roth. Bo to pomimo wątku miłosnego nie jest romans – to raczej nowocześnie brutalna powieść dla wrażliwych, młodych ludzi, świadomych tego, że w tym świecie nie ma nic różowego, a jeśli już to więcej jest krwistej czerwieni. Rzecz z prawdziwymi wartościami i trudnymi pytaniami, na które – poza Katniss – każdy musi sobie odpowiedzieć sam, uświadamiając sobie, jak ważny i cenny jest pokój na świecie, jak wielkim darem jest rodzina i spokojne życie bez koszmarnych wspomnień. Jak bardzo Katniss była poraniona. Ale z drugiej strony Autorka pokazuje nam, że nie możemy mieć dużo nadziei – ludzie zawsze znajdą jakiś powód do wzajemnego rozlewu swojej krwi, do obejmowania władzy, do machinacji, do walki o sprawiedliwość, do wojny, do nienawiści, która zapala się nawet w sercach dobrych ludzi. I nawet bohaterka tej powieści, która zaczęła swoją wojnę o sprawiedliwość zgłaszając się na ochotniczkę na Igrzyska, grzebiąc Rue i zwyciężając niemal trzy razy ze swoim wrogiem i pokazując głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale dzieci bawią się na łące, nie wiedząc, że to cmentarz. A na świecie wciąż pozostało wiele innych, gorszych gier do rozegrania.

Tytuł: „Kosogłos”
Autor: Suzanne Collins
Moja ocena: 8/10


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Przygoda i rutyna. Recenzja książki

Chyba każdy przyzna mi rację, że szkoła jest raczej nudna. Rano trzeba pędzić co sił, żeby nie spóźnić się na ósmą, a potem siedzieć sześć, siedem godzin na nic nie wnoszących do życia lekcjach, poprzedzielanych przerwami. W podstawówce było to najboleśniejsze, bo kiedy zaczynaliśmy się dobrze bawić, dzwonił dzwonek i wszystko psuł. Zresztą, podstawówka! To były piękne czasy. Kiedy przypomnę sobie piękne, kolorowe książeczki z sympatycznymi, arkadyjskimi rysunkami, kratkami do rozwiązywania prostych zadań matematycznych (wtedy jeszcze nikt nie myślał o sinusach, całkach i innych bajerach) i prostych ćwiczeń w pisaniu. Szkoła znudziła mi się trochę później, bo naprawdę nic się nie działo, pomijając szkolne apele, podczas których nie było nic słychać i przestawienia teatralne - radosną, niepohamowaną amatorszczyznę, która pochłaniała mnóstwo czasu, jaki chciałam poświęcić na czytanie. Nie było jednak ani wesoło, ani ciekawie, bo na wagary z zasady nie chodziłam. Zero przygód. Wszystkie te lata zlewają się w jedno, bo czasami, ze zmęczenia i znudzenia, wolałam nie myśleć, że znów przemierzam tą samą drogę. Może inaczej byłoby, gdybym mieszkała w internacie, ale tam poza równie rutynowymi, dzikimi imprezami nie było niczego innego, zresztą po każdej takiej imprezie ci ludzie mieli wiele nieprzyjemności, łącznie z wyrzuceniem ze szkoły, więc nie było to dość pociągające. Pozostały mi tylko – jak zwykle zresztą – książki. Bo gdzie szkoła może być bardziej ciekawa, jak nie w powieściach? Szczególnie w jednej, teraz już nie tylko co kultowej ale i klasycznej, o której słyszałam już tyle dobrego, że nie sposób było po nią nie sięgnąć.

Do całego cyklu o przygodach młodego czarodzieja mam stosunek raczej neutralny. Pierwszy tom, zaskakująco poniżej moich wygórowanych oczekiwań, choć obiektywnie wcale dobry, nie zaostrzył mojego apetytu na część kolejną, mimo że książka była adresowana do mojej grupy wiekowej. Drugi tom był prezentem od klasy, kiedy wyprowadzałam się do innej dzielnicy, z autografami wszystkich na pierwszej stronie, więc czułam niejako obowiązek przeczytania książki, szczególnie, że zapowiadało się bardziej ciekawiej i straszniej niż w tomie pierwszym – liczyłam, że Harry wciągnie mnie do swojego świata na tyle, że na kilka niezwykle grubych tomów przygód czarodzieja nie będę patrzeć tylko i wyłącznie z obawą.

Można by powiedzieć, że chłopak kłopoty przeczuwał już wcześniej: do domu jego wujostwa przybył skrzat, Zgredek, który próbuje zatrzymać Harry’ego w domu, przechwytuje nawet listy od przyjaciół i stara wyperswadować powrót do Hogwartu. Chłopak, po wielu przygodach i perypetiach, w końcu dostaje się do szkoły, tam jednak czeka na niego straszliwa zagadka. Kotka pana woźnego zostaje zabita, ktoś na ścianach wypisuje, że Komnata Tajemnic została otwarta, co wiąże się z legendą sięgającą jeszcze założycieli Szkoły Magii, a konkretnie jednego z nich - Salazara Slytheirna (poprawcie mnie, jeśli napisałam z jakimś błędem). Kolejni uczniowie zostają spetryfikowani, w tym przyjaciółka Harry’ego, Hermiona Ganger. Jednak dzięki niej i duchowi Jęczącej Marty, straszącym w pewnej łazience, Potter dochodzi do wniosku, że w tajemniczym pomieszczeniu kryje się Bazyliszek – straszna istota zabijająca swoim wzrokiem. Jaka jest jednak w tym wszystkim rola tajemniczego Toma Ridley’a i jego pamiętnika?

Rzeczą, która najbardziej podoba mi się w cyklu o młodym czarodzieju – a przynajmniej w tym tomie - jest mroczny, gotycki klimat, w jakim została utrzymana – właściwie w jakim została zanurzona - książka. Może to przez mury wielkiego, średniowiecznego zamku, jakim jest Hogwart, chodzące po korytarzach duchy i nauczycieli w szatach zamiast w zwyczajnych ubraniach? Może przez prawdziwe czary, niezwykłości i dziwy, jakie kryje w sobie zamek? W każdym razie jest to nastrój hipnotyzujący od pierwszego kroku zza próg Szkoły; aczkolwiek nastrój gęstniejącego mroku i zagrożenia, który zdaje się oblepiać zarówno bohaterów, jak i czytelnika. Mrok większy od samego Harry’ego i jego przyjaciół, którzy – bladzi ze strachu – walczą z siłami większymi od nich, wciąż gubiąc się w labiryncie moralnych niejednoznaczności, w tym tomie zaakcentowanych już mocniej niż w poprzednim. W każdym razie mrok ów jest w pewien sposób bardzo magiczny, choć niebezpieczny to pełen obietnic zapierających dech w piersiach przygód całkiem w stylu epickich opowieści klasyków gatunku (bardzo jestem ciekawa, jakie stanowisko wobec Harry’ego zajęliby J.R.R Tolkien i C.S Lewis z uwagi na wyznawaną religię). Ten mrok ukrywa się pomiędzy słowami właściwej opowieści, sprawnie ukryty przez rosnące napięcie i nierzadki humor słowny i sytuacyjny, ale każdy wrażliwiec na co dzień nurzający się w dark wave z pewnością zostanie nim porażony i zmuszony do przeczytania książki w całości i jednym tchem – tak jak stało się ze mną.

Niewątpliwą zaletą jest także szybka akcja, jak ktoś ciekawie zauważył, przypominająca swoją szybkością gry komputerowe  – bohaterowie nieustannie trafiają z deszczu pod rynnę, a wszystkie spokojniejsze momenty, jak na przykład gra w magiczne szachy, kulminują się w ostatecznej rozgrywce, stanowiąc jej zapowiedź (technika jest nienowa, właściwie stosowana już przez Sienkiewicza w Quo Vadis), co sprawia, że napięcie powoli i niezauważalnie rośnie, podsycane przez kolejne ofiary Bazyliszka, w tym Hermionę i ów pamiętnik, rzecz bardziej istotną od samej Komnaty Tajemnic, bo stanowiącą – jak przypuszczam – ważny element w osi konstrukcyjnej całej sagi. Całość jednak jest zbudowana zupełnie logicznie, a kolejne elementy układanki wyjawiane stopniowo i z wyczuciem, tak, że nie ma tu chaosu czy luk, a wszystko składa się bardzo. Muszę też zaznaczyć, że nie sposób nie dziwić się pomysłom Autorki na szczegóły z niebezpiecznego świata czarodziejów – choćby owe magiczne szachy, gadające portrety czy feniks Dumbledore’a o imieniu angielskiego zamachowca i podpalacza. Takie szczegóły, ubarwiają jeszcze fabułę, czyniąc ją atrakcyjniejszą i dla młodego czytelnika i dla starszego, a powieść wygląda na dopieszczoną i oszlifowaną, co jest przyjemnością samą w sobie. Wydaje się także, że zawierają w sobie jakieś niejasne symbole, coś głębszego, podskórnego i dość osobliwego, z pewnością bardziej na serio niż przygody młodego łowcy bazyliszków i dwójki jego przyjaciół.

Pozwolę sobie na uwagę, że chociaż perypetie Harry’ego lubią dorośli, a wielu z nich czuje sentyment do tej serii, sposób prowadzenia akcji jest dostosowany do potrzeb intelektualnych osób w wieku głównego bohatera, które, razem z nim, z każdym tomem stają się coraz starsze. Choć dużo napisałam o – moim zdaniem – dość niewłaściwej dla młodego czytelnika aurze mroku i niepokoju, wydaje mi się, że jest to faktycznie pozycja dla rówieśników Pottera. Przecież nawet Lord Voldemort jest tu kilkunastoletnim wspomnieniem, a Komnata Tajemnic z całą swoją złożonością i kryjącą się tam stworą wygląda bardziej bajkowo niż poważnie i nasuwa oczywiste skojarzenia z polską legendą o tym stworze. Wydaje się jednak, że Autorka, i to gruntownie, przygotowuje materiał na kolejne, znacznie poważniejsze tomy, a opowieść ta ma w szerszym kontekście serii jakieś ważniejsze znaczenie – w przeciwnym razie powieść ta byłaby tak naprawdę błahą, niewiele znaczącą opowiastką, jakich na rynku historii dla młodzieży jest wiele. Ostatecznie przecież wiadomo, że Harry i jego przyjaciele zwyciężą, a walka z bestią będzie kosztowała chłopca tylko kilka siniaków oraz pokrzepiającą, wyjaśniającą wizytę u dyrektora, pełną mądrych cytatów i dobrotliwych uśmiechów.

Język jest potoczysty i sprawny, przy tym bardzo prosty – dzięki temu narracja sprawia, że książkę, niezbyt grubą zresztą, czyta się niezwykle szybko. Autorka ma to, co nazywamy lekkim, ale przy tym dobrym  piórem – pisze zwyczajnie, jednak z jej słów wycieka autentyzm emocjonalny i sytuacyjny, dialogi wydają się naturalną rozmową, tak samo jak barwne, sugestywne opisy, bardzo sprawne zresztą i krótkie, których pisarka nie zapomina od czasu do czasu wpleść, tak dla uspokojenia w wydarzenia mknące tak szybko jak magiczny samochód ojca przyjaciela Harry’ego. Zresztą z dynamiką pisarka problemów nie ma – ostateczna konfrontacja to świetnie napisana scena, chyba najlepsza w książce, niezwykle oddziaływująca na wyobraźnię i zapierająca dech w piersiach, a technicznie zupełnie nienaganna. Nie ma wrażenia chaosu, nadmiernej opisowości – a przez to spowolnienia tempa – ani zabiegów stylistycznych. Umiejętnie dozuje napięcie, także w warstwie językowej, przemycając sugestywnym, podprogowym obrazowaniem bardzo duże dawki mroku, trochę może jak w powieści gotyckiej, trochę jak w wyrafinowanym horrorze, w którym przez większą część książki bohater, z plastycznie wymalowanym na twarzy przerażeniem i ściśniętym gardłem, ściga coś niezwykle groźnego, będącego jeszcze tylko cieniem czegoś, z czym przyjdzie się zmierzyć później. I aż ciężko uwierzyć, że stylistycznie to książka dla młodszego czytelnika, niezwykle lekka w odbiorze i prosta, niekiedy przypominająca nawet mroczną baśń z zamkiem pełnym duchów i jednorożcami w lesie.

Nie mam najmniejszego zamiaru ukrywać, że Harry Potter to postać irytująca. W ogóle drażni mnie wszystko, co dotyczy jego osoby. Najpierw to paskudne bycie ofiarą swojego dość przerysowanego wujostwa i kuzyna, będącego raczej schematycznym Złym Kuzynem z amerykańskich komedii familijnych i rozpieszczonym bachorem. Mały, blady, zalękniony chłopiec z połamanymi okularami i tajemniczą blizną na czole, biedaczek! Dziwne, że nie została mu po dzieciństwa trauma, bo ta komórka pod schodami… Zresztą nieważne. Poza tym naszego bohatera cechuje szlachetność i sympatia nawet dla Jęczącej Marty, która, z powodów do dziś mi niewiadomych, została moją ulubioną bohaterką z przeczytanych części cyklu. Ów serdeczny i miły chłoptaś jest wybrańcem i pupilem dyrektora, poza tym pewna ładna dziewczynka jest w nim prawdziwie zakochana. Słodko! Harry ma też poczucie, pewnego rodzaju egoistyczny mesjanizm, że tylko on jest w stanie ocalić świat czarodziejów i Hogwart, a Autorka tak kieruje akcją, by go w poczuciu tym tylko utwierdzać, chociaż przez to pakuje się w takie kłopoty, że nie raz mógłby stracić życie. Rozumiem, że jest to historia o Chłopcu, Który Przeżył, czarodzieju, jakiego nie było już dawno i jaki ma szansę pokonania Voldemorta, jednak naprawdę przydałoby mu się trochę skromości nw tej kwestii. Szczególnie, że w obu pierwszych tomach łamanie wszystkich szkolnych zasad często uchodzi mu płazem, co jest już zupełnie nie fair. Główny bohater jest jednak postacią technicznie dobrą i wiarygodną, a przez to jeszcze bardziej irytującą.

Tak samo jest Hermioną Ganger, chociaż kiedyś, w pewnym etapie mojego życia, mogłam się z nią utożsamiać i dopiero teraz widzę, jaki popełniałam błąd: wszystkowiedząca kujonka naprawdę mnie wkurza. Potrafi rozwiązać skomplikowaną zagadkę Komnaty, chociaż ma dopiero jedenaście, dwanaście lat (swoją drogą, bohaterowie wydają się naprawdę dojrzali na swój, aż za bardzo; poczucie humoru, sarkazm, dialogi podobne i rozważania prowadzą co najmniej nastolatki, a nie trójka dzieciaków; ciężko też uwierzyć w ich odwagę i dojrzałe myślenie, podejrzewam więc, że nie jest to świadomy zabieg, lecz błąd pisarki). Żeby jeszcze była sympatyczna, nie taka wyniosła dla innych uczniów, ale nie. Ja rozumiem, że była córką mugoli, dentystów, zaczynała właściwie od zera, ale nadgorliwi kujoni są naprawdę wkurzający i to w każdej szkole. Lubiłam ją tylko wtedy, kiedy razem z przyjaciółmi łamała zasady – stawała się wtedy bardziej ludzka i swobodniejsza i, przede wszystkim, mniej przemądrzała. Ron i jego rudzi bracia bliźniacy to jedne z chyba najciekawszych postaci, jakie wszyły spod pióra Autorki. Bije od nich nieskrępowana młodość, radość i poczucie humoru, a Ron to bardzo lojalny przyjaciel bez żadnych aspiracji do bycia pierwszym i najlepszym w całej trójce. Polubiłam go od pierwszych zdań w poprzednim tomie, a tu moja sympatia staje się tylko silniejsza; zresztą to idealnie skonstruowana postać, żyjąca własnym, rudym życiem. Pozostałe postacie dopiero się rozwijają, Autorka z tomu na tom ukazuje je głębiej i przenikliwiej, dodając kolejne cechy tak, że są coraz bardziej prawdziwi i fascynujący, stanowiąc ciekawe tło dla losów głównego bohatera - Minerwa, Dumbledore, Lockhart, Snape, nieszczęsna Ginny i cała jej wesoła rodzinka, a nawet Draco Malfoy, jak zwykle przylizany i odpychający. To postaci coraz bardziej zarysowane, ciekawe, oddane z prawdziwym talentem i pasją, niejednoznaczne i wciąż ewoluujące. Tak! Można powiedzieć, że stanowią niemal pełną rekompensatę za altruistycznego, szlachetnego i słodkiego Harry’ego.

Okładka – nie oszukujmy się – pięknością nie grzeszy, jest nawet gorsza niż ta tomu pierwszego, chociaż i tak, porównując do innych wydań, źle nie jest. Dużo tu czerwonego: kawałek czerwonej kotary, czerwony feniks i trzymający go za ogon Harry w purpurowym, czarnoksięskim płaszczu. Jakoś to nie pasuje do seledynowo-niebieskiego ubrania i trampek, ale pomijam to milczeniem, podziwiając oddane dość dobrze filary Komnaty, pokryte wężami, niebieską posadzkę z kafelek – jak na Komnatę Tajemnic przystało – i zielone sploty bazyliszka (?) w wejściu. Cieszy szczegół w postaci świecznika w kształcie węża i czerwone pióro feniksa, a także ambicja, by całość nawiązywała do tradycji malowanych okładek fantasy, ale to wszystko z żółtym napisem stylizowanym na czcionkę gotycką, czerwony napis na ścianie (pewnie nawiązywał do treści książki) i ledwo widoczne imię i nazwisko Autorki daje efekt naprawdę średni, zupełnie inny do kolejnych tomów serii, bardziej minimalistycznych. Bo to jest element, którego tu brakuje – minimalizm. Jak na moje nerwy, to tu jest za dużo wszystkiego. I jeszcze ta twarz Harry’ego. Nie, to nie wygląda ładne, ani estetycznie, nawet dla dzieci. Albo ja mam jakiś taki dziwny gust, co jest bardzo możliwe.

Na początku narzekałam, że w zwykłych szkołach nic nie dzieje, że chciałabym obudzić się z uczuciem, że czeka mnie przygoda, coś nowego, niespodziewanego. Ale już nie jestem tego taka pewna, rozważając niebezpieczeństwa życia w szkole dla czarodziei. Pomijając oczywiście nieszczęsną Jęczącą Martę, dla której tragicznie skończyło się pójście za potrzebą do łazienki, trzeba pamiętać o tym, co przydarzyło się naiwnej (i zakochanej!) Ginny i o zamiarach Voldemorta, teraz jeszcze będącego wspomnieniem chłopca, którym był, kontrolującego przez dziennik. I wrednych ludzi, ze Malfoy’em i Snape’em na czele. Nie. To naprawdę nie dla mnie. A gdzie książka? Gdzie spokojny sen? Głupia rzecz, ale sów zbytnio też nie lubię. A te przygody jednak naprawdę potrafią człowieka zmęczyć, szczególnie jeśli celem jest śmiercionośny potwór, kierowany przez jeszcze gorszą istotę. To ja już naprawdę wolę pogrążyć się w lepszej albo gorszej rutynie, zrobić sobie kakao i przeżyć owe niesamowite perypetie w równie niesamowitej szkole na kartach książki, gdzie bohater naraża swoje cenne życie a nie ja. Naprawdę.

Tytuł: „Harry Potter i Komnata Tajemnic”
Autor: Joanne K. Rowling

Moja ocena: 6/10 

niedziela, 26 lipca 2015

Powrót do korzeni. Recenzja książki



Lubię baśnie. Wszystko w nich jest takie proste, takie zwyczajne, swojskie. Szewc poślubi królewnę i dostanie pół królestwa, a zły baron zostanie zabity przez wiedźmę. Dwójka dzieci wepchnie czarownicę do pieca, by następnie zapełnić swoje puste brzuchy smakołykami, z jakich zbudowany był jej dom, natomiast babcia Czerwonego Kapturka wyjdzie z brzucha wilka cała i zdrowa. Zamieniona w łabędzia Odetta pewnego dnia zostanie odczarowana, a Dziadek Do Orzechów okaże się pięknym księciem. I choć baśnie niektórym z nas mogą wydawać się bardzo naiwne, trudno oprzeć się czarom, niezwykłości, w jakie są spowite. W poplątanym, brutalnym świecie kryminałów, trudnych decyzji i powieści historycznych, w których piękne, bogate królewny umierają jako żebraczki, a królowie muszą grać nieczysto, tęsknimy za naiwną, prostolinijną wymową baśni. Wydaje się, że tylko w takim świecie możemy być naprawdę szczęśliwi – ostatecznie za ścianami  wiejskich azylów, cukierni i innych ostojach, jak utrzymują Autorki lekkich powieści dla kobiet, prawdziwych wartości i szczęścia, wrze życie. Czasami ohydne, czasami złe, ze szczęściem zatrutym goryczą. Do bólu prawdziwe. Aż chce się powrócić do dziecięcych marzeń, do niewinnego świata, który tak pięknie w swoich kompozycjach opisuje Tuomas Holopainen, lider Nightwish. Czasów, kiedy byłam przekonana, że garstce buntowników da się wyzwolić królestwo, a sympatyczny zielony smok Tabaluga z Wieczorynki w końcu raz na zawsze zniszczy owego bałwana, zostawiając jednak jego pingwina, postać pełniącą taką samą rolę jak kot Klakier w Smerfach

Literatura pokazuje złożoność świata, wszystkie odcienie szarego (nie mylić z Grey’em), niejednoznaczność ludzkiego życia, tajemnice, stara się odpowiadać na zagadki, z którymi ludzkość styka się od tysięcy lat. Czasami jednak odpowiedzi są tak niejednoznaczne, że nie tak naprawdę nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi, a niekiedy odpowiedź jest zbyt straszna, by ją poznać. Pisarze pokazują zawikłane losy jednostek i całych społeczności, starając się wyłuskać jakąś prawdę o świecie, o człowieku, o tym, co dla nas ważne, o naszym przeznaczeniu i losie, odpowiedzieć na pytania, dlaczego tu jesteśmy. Pokazywać jednostki mniej lub bardziej nieprzeciętne, ciekawe, inne. I choć taka literatura pasjonuje i pociąga mnie na co dzień, czasami mam dość. Czasami jakaś książka, w której pokładałam nadzieje, bardzo mnie zawiodła, czasami dlatego że jakaś powieść wygryzła mi się w mózg i nie chce stamtąd wyjść, sącząc do moich myśli treści czasami naprawdę straszne, ale prawdziwe. Kiedy mam już dość takich książek, względnie rzeczywistości, którą opisują, czytam coś lżejszego. Opowieść miłosną czy jakąś miłą fantastykę. Powiedziałam: miłą. Bo tej niemiłej, mrocznej, fatalistycznej jest bardzo dużo i choć ją kocham (Metro 2033!), a jeśli nawet nie jest taka, zdarza się tam coś, przez co moje serducho zaczyna krwawić (Robb Stark z wiadomo jakiej książki – dlaczego on?). Miła fantastyka zdarza się niezwykle rzadko i bardzo przypomina baśnie, co stanowi pewien powrót do moich dziecięcych lat i szlachetnej wiary w to, że dobro zwycięża, a miłość jest wieczna i potrafi przekraczać wszelkie granice. Tak! Takie rzeczy czyta się szybko i przyjemnie, z wypiekami na twarzy, bo chociaż mają wiele niedoskonałości, czyta się z zapartym tchem i wady nie gryzą tak, jak przy ambitniejszych pozycjach. Dlatego też nie mogłam doczekać się przeczytania tej książki – kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ją na stronie wydawnictwa, pomyślałam, że to właśnie jedna z takich pozycji i muszę ją koniecznie przeczytać. I jeszcze ta okładka! Jaką wielką przyjemnością jest posiadanie książki w takiej okładce na swojej półce! Skądś wiedziałam, że owo czytadło mnie nie zawiedzie – będzie po prostu dobrym czytadłem. Ale ponieważ na to miałam ochotę, z radością zabrałam się do lektury. 

Viana wiedzie beztroskie życie. Jej ojciec jest księciem, ma przystojnego narzeczonego, który niedługo zostanie rycerzem i żyje w kraju mlekiem i miodem płynącym. Swój czas dzieli między granie na harfie, haft i lubi smacznie zjeść, czasami poplotkować ze swoją przyjaciółką Belicią, panienką o nienagannych manierach jak ona. Sielanka się jednak kończy: kraj najeżdżają barbarzyńcy z mrocznej północy (zza Muru…? Eh, to tylko znowu Gra o tron), a ponieważ król Notrii, państwa, w którym mieszka dziewczyna, jest człowiekiem zbyt pewnym siebie, jego wojska przegrywają bitwę i ostatecznie państwo zostaje zajęte przez okrutnego dzikusa Haraka, którego nie można zabić. Osamotniona Viana po wielu epizodach, bardziej lub mniej ciekawych, trafia do mrocznego Wielkiego Lasu, magicznego i niebezpiecznego. Tam tylko jest coś, co pomoże nielicznym buntowników rządów barbarzyńców wyzwolić swoje państwo – tajemnicze źródło wiecznej młodości. Czy Viana jest tą, która ma udać się na tą niebezpieczną wyprawę? Czym tak naprawdę jest to źródło? I kim jest pewien młody, tajemniczy chłopak, którego dziewczyna znalazła głęboko w lesie? 

Okładka jest piękna, nie tylko dla mnie, zagorzałej fanki takich klimatów. Bardzo ładna dziewczyna w pięknej sukni stojąca pomiędzy krzewami i wysokimi drzewami, w plątaninie zieleni, pomiędzy kolorowymi kwiatami (wyglądają jak róże, poza tym w dwóch miejscach siedzi motyl, a po pniu przechadza się biedronka) Suknia dziewczyny jest bardzo średniowieczna, zupełnie w klimatach fantasy i jakoś dziwnie pasująca do tych chaszczy. Na tylnej okładce, będącej przedłużeniem obrazka ze strony przedniej, co razem ze skrzydełkami tworzy jedną ilustrację (miałam już z tym styczność przy recenzji Dopóki nie zgasną gwiazdy i uwielbiam takie okładki), widać jakieś drzewo z jakimś źródełkiem czy czymś w tym stylu, a blurb nie wydaje się nachalny, może zbyt rozbudowany. Naturo! Witaj! Ponadto pełno tu ciekawych szczegółów, które widać dopiero po tym, jak przyjrzymy się uważniej: mnóstwo motyli, kwiatów, ptaków, owadów i kolorowych kwiatów, a we wielu miejscach także zielone chochliki i wróżki, których szukanie możne sprawiać naprawdę wielką frajdę. Dawno nie widziałam już nic tak bardzo bajkowego i pięknego, przypominającego bardziej jakiś genialną grafikę niż okładkę książki, chociaż w zupełności oddaje to, o czym książka jest, a jednocześnie zaprasza do wnętrza, jakby za okładką, zamiast liter, było wejście do tego pięknego lasu. Całość z pewnością rzuca się w oczy na sklepowych półkach, nawet jeśli ustawiono ją grzbietem, a na mojej skromnej półeczce wygląda naprawdę zjawiskowo i razem z biografią Queen, ze złotym napisem na grzbiecie, przyćmiewa całą, przecież i tak piękną, resztę. W środku również jest przyjemnie: na tylnej stronie okładek i dużych, pięknych skrzydełek (jestem ich fanką!) mamy kontry lasu w kolorach czarno-zielonych, pokryte tylko jakimiś zielonymi zawijasami, które nie wiem, po co tam są, bo psują całą resztę. Reszta stron tytułowych pokryta jest barokowymi zawijasami, bez których wszystko nie wyglądałoby gorzej, ale i tak jest bardzo dobrze. Zaskoczyło mnie to, że każdy rozdział zaczyna się kartą tytułową, na której, poza numerem, dostajemy streszczenie ważniejszych wydarzeń w książce – trochę to sprawia, że wiemy, co zaraz się wydarzy, jednak i zaciekawia, bo Autorka stara się robić to zagadkowo i ogólnikowo. Przy kartach dwóch części możemy zobaczyć znowu leśnie widoczki, choć biało-czarne, to pełne ciekawych szczegółów. Naprawdę ilustrator musiał się napracować, co wyszło książce zdecydowanie na dobre, a mi tylko skutecznie umiliło lekturę. 

Zielonego pojęcia nie mam, dla jakiego przedziału wiekowego jest ta opowieść. Bohaterka ma szesnaście lat, ale całość, moim zdaniem, wskazuje raczej na czytelników młodszych, może od dziewięciu do trzynastu lat, wyobrażam sobie, jak bardzo byłabym w tym wieku zachwycona tą powieścią i jak bardzo wkręciłabym się w fantastykę, nie znając Tolkiena. Sądząc jednak po opiniach powieść podobała się także starszym, w tym mnie, więc kompletnie już nie wiem. Ale tak sobie myślę, że każdy, kto z melancholią wspomina lektury dzieciństwa z sentymentem przypominając sobie rycerzy bajkowych królestw i lubi opowieści w stylu Hobbita – bo Władca Pierścieni i Silimarilion to, że się tak wyrażę, zupełnie inny poziom – powinien docenić tę opowieść chociaż za bajkowy, niezwykły klimat i sam pomysł, odnajdując w niej cień swoich dawnych wzruszeń oraz książkowych miłości, znaleźć przyjemność w ucieczce do świata dzieciństwa, do innego wymiaru, niezależnie od wieku, bo, tak naprawdę, nie ma w tym nic wstydliwego albo dziwnego. 

Nie mogę powiedzieć, że powieść nie przypomina wielu innych znanych mi książek – z pewnością jest tu dużo z Niekończącej się Historii i Władcy Pierścieni (drzewa, drzewa!) oraz Igrzysk Śmierci, a na początku skojarzyło mi się również – to dziwne, wiem – z Gumisiami. W tej historii był król, królewna i kraj, który magiczne misie wciąż ratowały. Nie mówiąc o tysiącach innych baśni i powieści fantasy, w których śmiałkowie musieli zmienić się, zrewidować swoje poglądy i osobowość, by w końcu, za pomocą magicznych mocy, ocalić swoje królestwo. Łatwo także znaleźć inspiracje średniowiecznymi motywami, baśniami i legendami, w tym tak charakterystyczną wiarę w rośliny czy wodę dające upragnioną nieśmiertelność, personifikację przyrody i respekt przed mrocznymi lasami, o opowieści o wędrowcu i staruszce nie mówiąc, przy zachowaniu łotrzykowskiej, rubasznej konwencji pełnej czasami naprawdę świetnych żartów słownych i sytuacyjnych. Pisarka wydaje się naprawdę zafascynowana średniowieczem, bo swój świat kreuje dość podobnie, zachowując podstawy wczesnego ustroju feudalnego, tamtejsze zwyczaje i nawet formy odnoszenia się do kobiet (tak sobie myślę, czy to nie jest przypadkiem historia o rekonkwiście, skoro Autorka jest Hiszpanką, ale to tylko moje historyczne nadinterpretacje, wybaczcie), mimo że kreowanie Viany na bohaterkę i wojowniczkę jest zupełnie nieśredniowieczne. W miarę rozwoju fabuły, pisarka łączy też poszczególne wątki w ciekawą, wcale nieprzewidywalną opowieść, zaskakując kilkoma pomysłami, może niezbyt szokującymi, ale jednak zupełnie oryginalnymi i nawet zaskakującymi, chociaż niektórych dla mnie rzeczy – niestety – można się z łatwością domyślić (mam tu na myśli w szczególności pochodzenie ukochanego głównej bohaterki, problem domniemanej nieśmiertelności Haraka i jeszcze kilka innych szczegółów). Mimo tego książka wciąga od pierwszych stron i angażuje czytelnika, Autorka wie bowiem, w którym momencie sprawić, by czytelnik, który odetchnął z ulgą, pewien, że bohaterom nic się nie stanie, albo że odczytał już los postaci z fusów na dnie kubka kawy, przeraził się, gdy okazuje się, że wszystko jest nie tak jak myślał. Naprawdę. I tu już nie chodzi o to Sensację Tygodnia, czyli o to, kim jest Uri (jak ktoś wie, to nie mówi, bo naślę asassynów), choć to był ten moment, kiedy zbierałam szczękę z podłogi (i byłam autentycznie przerażona) tylko o inne ciekawe szczegóły, jak historia Belicii czy tajemniczego trubadura, sprawiające, że historię – mimo wszystko – czyta się jednym tchem. Jedyną wadą była chyba skrótowość fabuły, charakterystyczna przecież dla baśni, która momentami mnie irytowała i złościła, bo nie mogłam wgłębić się w świat bohaterów, cieszyć się różnorodnością wątków i malowniczością akcji, jakąś naturalnością. Wszystko dzieje się szybko, bohaterowie już od pierwszych stron wchodzą i wychodzą jak w teatrze, po kilku stronach już wiemy, co grozi Notrii i znamy opowieść o źródle wiecznej młodości, a po kilkunastu następnych stronach Viana jest w pierwszych w kolejności tarapatach. Czasami chciałam zakrzyknąć coś o spieszeniu się fabułą powoli, bo ja lubię rozbudowane tło, ale właściwie ciągle mam podejrzenia, że to jest baśń, a w baśniach tak się godzi, więc wolę ten temat przemilczeć. 

Książka napisana jest bardzo prosto, dzięki czemu czyta się bardzo szybko. Nie ma trudnych, specjalistycznych słów, poza – oczywiście – najbardziej rozpowszechnionymi terminami z średniowiecza, co jakoś specjalnie nie razi: styl idealny do charakteru opowieści, a przy tym na tyle malowniczy, by choć w części znaleźć się między bohaterami. Dialogi są dość żywe, a mistrzem ciętych ripost i pikantnych kawałów jest oczywiście Wilk, nie można jednak odmówić uroku konwersacjom Uriego i Viany, szczególnie tych intymniejszych… Momentami język jest nieco infantylny, a styl nie grzeszy wyrafinowaniem, ale Autorka, jakby o tym wiedząc, nadrabia innymi fragmentami, pisanymi niezwykle lekko i potoczyście, aż chce się czytać i poznawać dalsze losy bohaterów. Mimo tego nie można napisać, że to czytadło na jeden raz, do połknięcia i zapomnienia – coś w stylu pisarki, w rodzaju zaklętej melodii śpiewających drzew – sprawia, że książka pozostaje w pamięci, chociaż w fragmentach. Prostota nie oznacza również, że pisarka ma słaby warsztat – jest to bajkowa prostota, pełna uroku zaklętego lasu, niewinności i szlachetności, w którą można się zagłębiać z prawdziwą przyjemnością oraz czystym sumieniem, że opowieść – jak na baśń czy coś baśniopodobnego, a nie fantasy – jest wystarczająco dobra. 

Viana, główna bohaterka, była bardzo denerwująca. Na początku była płytką dziewczyną, myślącą tylko o narzeczonym i ploteczkach, ale ostatecznie okazała się upartą jak osioł, lekkomyślną dziewuchą, która – o zgrozo! – w zupełnie niedługim czasie ze sztywnej damy o niezbyt szczupłej sylwetce zmieniła się w zwinną wiewiórkę, łażącą po murach, polującą, odważną i bijącą się jak chłop, brawurowo odważną i wymachującą łukiem nieco w stylu Katniss. Eh. Przestałam ją nienawidzić dopiero wtedy, kiedy poznała Uriego, ale do końca książki miałam ochotę wylać na nią kubeł zimnej wody i spytać, do u licha, ona robi i co sobie znów wyobraża. To naprawdę źle skonstruowana postać, niedopracowana albo zupełnie chybiona. Pisarka pewnie chciała stworzyć bohaterską, silą osobowość, która nieświadomie została twarzą rebelii (skarbie, od ciebie lepiej robiła to panna Everdeen) i w końcu została w pewien sposób nagrodzona za swoje poświęcenie i upór, naprawiając swoje błędy, a maniakalna pewność siebie, to przywara, która przyczyni się do bardziej pełnokrwistego portretu bohaterki. Nic bardziej mylnego. Ta dziewucha nie przypomina tej dziewczyny z okładki, a jeśli tak, to tylko z wyglądu. Robi mnóstwo nieodpowiedzialnych rzeczy, bez większego przygotowania i tak naprawdę ma w czterech literach osoby, które chcą ją chronić, jest makabrycznie egoistyczna i w dodatku łatwowierna. Te dwa ostatnie razem są najgorsze, w gorszym świecie Viana nie miałaby żadnych szans, nawet jeśli strzeliłaby dokładnie w główną aortę serca króla Haraka. Bo jeśli Autorka nie miałaby serca ją zabić, to zrobiłabym to ja. Słowo harcerza! 

Większość pozostałych bohaterów to Standardowe Postacie w Baśniach, przeważnie czarne albo białe (nie potrafię powiedzieć, czy był to celowy zabieg, przybliżający opowieść jeszcze bardziej do baśni, czy po prostu tak słabo wyszło) – mówię tu o Złym Królu Haraku i magicznych mocach, których używa; Służącej, czyli Dorei, która – co za zaskoczenie - zna się na ziołach, a w zanadrzu ma mnóstwo podstępów, Małym Przyjacielu, czyli Airicu, no i Rycerzu, czyli Robianie z Castelmar, który tu został jednak pokazany w bardzo komediowy sposób i jest chyba – poza moim ulubionym Wilkiem – jedną z niewielu niejednoznacznych postaci w powieści. Płaczliwej i pustej Belicii nie liczę, bo Autorka na dobrą sprawę nie miała nawet okazji pogłębić jakoś tę postać. Tej klasyfikacji wymyka się Uri, który jest nieco ujmujący i dość sympatyczny, choć – może jestem jakaś inna – czasami się go bałam, szczególnie po tym, jak wyjaśniło się, kim jest. Nie ma co. To jest tysiąc razy dziwniejsze od tych wszystkich stworzeń z mitologii i powieści Tolkiena. Naprawdę. Technicznie Uri to postać dobra, choć myślę, że pisarka powinna zostawić jakiś margines sekretu, tajemnicy, coś niezwykłego w nim czy jego zachowaniu, przyciągającego i fascynującego, postać ta jest jakaś taka pospolita, mimo wszystko bardzo zwyczajna i w końcu nie dająca odróżnić się od innych ludzi. Moją ulubioną postacią był więc Wilk, choć dałoby się go podciągnąć pod motyw Mentora. Postać ta za bardzo jednak kojarzyła mi się z moim najulubieńszym panem Zagłobą z Trylogii Sienkiewicza, by nie poczuć chociażby cienia sympatii. Wilk ma bogatą, tajemniczą przeszłość, tylko jedno ucho, a o stracie drugiego opowiada niestworzone historie, zupełnie jak Zagłoba na temat swojej dziury. Rzuca też niewybrednymi żartami, złości się i nie jest zbyt kulturalny, ma jednak wielkie serce i równą mu inteligencję oraz spryt, czasami zabawny, czasami nie. Zupełnie jak Zagłoba, prawda? Zupełnie niechcący – albo chcący – udało się Autorce wykreować najbardziej wiarygodnego bohatera w powieści, personę pełnokrwistą, ciekawą i fascynującą, z wielkimi i małymi zaletami tudzież wadami. Nie zgłaszałabym więc żadnych obiekcji, gdybym miała możliwość przeczytanie coś jeszcze z Wilkiem w jednej z głównych ról czy też dla niego samego jeszcze raz zacząć czytać od nowa tę opowieść, choć to tylko cień wielkiego mistrza fortelu wszelakiego, jakim jest sienkiewiczowski bohater. Ah, Wilku! Co robisz w towarzystwie tej dziewuchy i jej chłopaka z lasu, przyprawiającego mnie o dreszcz strachu? Ty jesteś dla nich za dobry, naprawdę. 

Jak sami widzicie, powieść – niby taka niepozorna – dostarczyła mi wielu wrażeń i wcale nie znudziła. Czy to objaw niedojrzałości psychicznej, czy odreagowanie organizmu po wielu książkowych gniotach, które zamiast relaksować wkurzały mnie tylko, miłych przeciętniakach i pełnych krwi, mroku i bólu ambitnych pozycjach tudzież czystej historii – naprawdę tego nie wiem i chyba jestem zdania, że dobre czytadło nie jest złe, szczególnie kiedy życie postanawia zmęczyć jeszcze bardziej niż dotychczas. Mimo niedoskonałości nawet z bajkowego punktu widzenia, książka była doskonałym odreagowaniem w starym stylu urokliwych historii o walce Dobra ze Złem, wygranej niezaprzeczalnie przez Dobro, prostej i bezpretensjonalnej, jednakże naprawdę magicznej i harmonijnej (z nutką strachu). I choć z pewnością nie zaparła tchu w piersiach jak Władca Pierścieni, nie pozostawiła traumatycznych wspomnień w stylu Pieśni Lodu i Ognia czy też nie wzruszyła jak baśnie Andersena czy stricte fantastyczno-średniowieczne bajkowe historie, to jednak każdemu przyda się chociaż chwilowa ucieczka w głąb tajemnego, bardzo zielonego lasu i posłuchanie, jak śpiewające drzewa szepczą tę historię. Prostą i niewinną, dzięki której zapomnimy chociaż na chwilę, jak daleki od doskonałości jest nasz świat, skomplikowany i niejednoznaczny i choć nie otrzymamy morału, to chociaż choć trochę przypomnimy – dla wielu, w tym dla mnie – powrót do korzeni czytelniczej pasji, dzieciństwo i miłość do takich historii.

Tytuł: „Tam, gdzie śpiewają drzewa”
Autor: Lucia Gallego
Moja ocena: 5/1o

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Dreams

wtorek, 21 lipca 2015

Pomiędzy wszystkim. Recenzja książki



Czasami chciałabym mieć więcej czasu. Wróć. Zawsze chciałabym więcej czasu. Naginam czasoprzestrzeń do niemożliwości, nastawiając sobie budzik na nieprawdopodobnie wczesne godziny, kończąc ze starym przyzwyczajeniem spania do jedenastej i chodzenia spać o trzeciej nad ranem. Mimo tego i tak czasu ubywa bardzo szybko, a w dodatku chodzę spać bardzo zmęczona, mimo że kładę się między jedenastą a dwunastą. Przyjadą goście – siedź z nimi człowieku i się uśmiechaj. Przyjedzie rodzina, rozłoży się w ogrodzie, posiedzę z nimi godzinę i już mam mniej czasu. I to, niestety, nie jest sprawa zorganizowania – mam mnóstwo hobby, a wszystkie są niesamowicie czasochłonne i wciągające. Już nie wspominam o muzeach, teatrach, kinach i galeriach sztuki, które odwiedzam wiele razy w ciągu roku i które są prawdziwymi pożeraczami czasu. Kiedy przychodzę do domu, myślę o rzeczach, które miałam zrobić ale nie zrobiłam i przygnębiona tym wszystkim zasypiam, myślę sobie, że naprawdę chciałabym mieć dwa życia – w jednym bym pisała recenzje, czytała i robiła mnóstwo innych rzeczy, drugie poświęciłabym na różne wypady do miasta, myszkowanie po księgarniach i odpoczywanie, nie marnując żadnego z nich. Pomysł tak mi się spodobał, że został ze mną na dłużej: trochę czasu poświęciłam na obmyślenie mechanizmów takiego świata, przyszła mi chęć na napisanie opowiadania, ale kiedy tylko włączyłam komputer, stwierdziłam, że przez dłuższy czas nie będzie na to nawet godzinki. 

Dlatego została tylko ta książka, mniej więcej na ten temat, po którą – przyznam się – sięgnęłam z czystej ciekawości. Zachęciły mnie recenzje, w większości bardzo pozytywne i opis na okładce – chodziło tu o coś więcej niż o fizykę i dwa różne życia tej samej osoby, ale wybór, przed którym stoi bohaterka i atrakcyjnie wyglądająca na internetowych zdjęciach okładka. Nie spodziewałam się bynajmniej błyskotliwej lektury czy jakiś niebanalnych rozwiązań Autorki, ale miałam nadzieję, że przynajmniej w jakiś sposób moje dziwne marzenia (a jakich innych marzeń po mnie się spodziewacie?) i po prostu spędzę z książką miło czas, popijając kompot a potem kakao i odpocznę od cięższych rzeczy, których ostatnimi czasy – są przecież wakacje – było dość dużo. W końcu mózg, nawet tak niedoskonały, nie potrafiący przenosić się między dwoma światami, ma swoje prawa i trzeba o niego dbać – jakkolwiek by na to nie spojrzeć, to najważniejszy organ. 

Sabine żyje bowiem w dwóch światach. Dwadzieścia cztery godziny w jednym, dwadzieścia cztery godziny w drugim. Każdy dzień przeżywa dwa razy – raz w świecie bogatej panienki w stylu tych z  Plotkary w Wellesley, później w prowadzi żywot dziewczyny z klasy bardzo średniej, jednej z tych, jakich wiele pojawia się na ulicach naszych miast w Roxbury, lichej dzielnicy Bostonu. O godzinie dwunastej w nocy  następuje przeskok z jedno świata do drugiego i Sabine na nowo przeżywa ten sam dzień. Męczą ją kontrasty – w jednym świecie jest bogata, w drugim biedna; w jednym prowadzi życie, o jakim marzy każdy, w drugim nie ma nic pociągającego, tym bardziej, że z dnia na dzień sprawy się komplikują. I nie tylko dlatego, że cechy fizyczne przenoszą się z jednego świata do drugiego – Sabine, malując włosy i połykając tabletki przeczyszczające, dochodzi do wniosku, że coś zmieniło się w regułach gry i może umrzeć w jednym ze swoich światów, by być normalna i żyć tylko w jednym. Ale właśnie w tym niechcianym, gorszym, pojawia się coś, co sprawia, że dziewczyna musi jeszcze raz zastanowić się nad swoim życiem … życiami (to słowo w ogóle ma liczbę mnogą?) i dokonać ponownego wyboru. Co to? Cóż innego, jak nie wymarzona miłość! 

Nie oszukujmy się - pomysł życia w dwóch światach na zasadzie wszechświatów równoległych nie jest oryginalny, wręcz przeciwnie, jest to motyw bardzo ograny i momentami już nużący. To raczej jeden z najczęstszych motywów w literaturze popularnej, o poważnej, trudniejszej już fantastyce nie mówię. Wybór pomiędzy bogactwem a miłością – dwoma chyba najbardziej pożądanymi przez człowieka rzeczami - jest stary jak świat i musieli mierzyć się z nim więksi od Sabine bohaterowie. Wybór bywa jednak dramatyczny, a to już jest naprawdę ciekawą pożywką dla literatury, karmiącej się dylematami w stylu być albo nie być. Dlatego, mimo swojej powtarzalności, potencjał tego pomysłu był ogromny i, będąc naprawdę ciekawa, co zrobi z tym Autorka i bohaterka tej powieści, miałam nadzieję na coś ciekawego, ba!, oryginalnego. Może chociaż na jakąś ciekawą myśl. Może na zaskakujące zakończenie, chwytające za gardło. A może po prostu na wciągającą fabułę, wybuchającą emocjami i ciekawymi wydarzeniami jak fajerwerk? Cokolwiek, co przekona mnie, że jeszcze tak źle z literaturą młodzieżową nie jest. Dziewczyna, dwa wspaniałe światy, wybór, miłość, pieniądze… To naprawdę mogłaby być wybuchowa mieszanka, szczególnie że z całego serca zazdroszczę wszystkiego dziewczynom z Plotkary

Pomysł nie został jednak w pełni wykorzystany. Nawet w połowie. Jeśli oczekiwałam jakiś fajerwerków w części, w której Sabine wahała się pomiędzy oboma światami, ryzykując swoje życie i coraz bardziej zaprzyjaźniając się z Ethanem (dlaczego, dlaczego przypomina mi Gusa z Gwiazd naszych wina?), mocno się zawiodłam. Fabuła – i owszem – poprowadzona jest porządnie, bez niekonsekwencji i niepotrzebnych ozdobników bardzo logicznie (to bardzo istotne, bo dla większości pań piszących dla młodzieży tak ważkie tematy jak techniczne szczegóły przenoszenia się między dwoma światami przekraczają granice ich wyobraźni i są ich swoistą piętą Achillesa) już od początku twardo dążąca do obmyślanego wcześniej zakończenia i starannie, niemal w punktach, zaplanowana przez Autorkę, jednak to chyba nie wszystko. Pokazując swój rzemieślniczy warsztat, pisarka zapomniała o tym co najważniejsze – o artystycznej obróbce, jakiejś finezyjności i odrobiny życia, tchniętego w niezłą formę. Chwile decyzji i świat Sabine po pewnym przełomie w obu życiach łagodzony jest tak, by czytelnikiem nie wstrząsały żadne emocje, albo pisarka ma trudności z wydobywaniem ich z narracji, tak samo jak chwile spędzone z Ethanem, mimo że w romantycznej scenerii, ale wciąż będące tylko i wyłącznie opisem. A tu naprawdę mogło być dużo emocji, które mogłyby trząść czytelnikiem. Już nie mówiąc o zdarzeniach, jakie mogłyby wyniknąć z takiej konwencji – jeśli miał być to melodramat, a szkoda, bo zaplątana między dwoma światami dziewczyna i jacyś superagenci to też wcale niezły motyw, można było wpakować bohaterkę jeszcze w większe problemy i komplikować jej życie w nieskończoność, z maleńkiego szczególiku robiąc zagrożenie dla obu jej egzystencji. Autorka także nie powstrzymała się przed schematami, włażącymi do książki wszystkimi możliwymi dziurami fabularnymi i choć nie był to z pewnością typowy paranormal romance ani inne zmierzchopodobne cudo, to lekko momentami przypominało Gwiazd naszych wina wymieszane z Plotkarą w pigułce i te wszystkie historie o dziewczynach w stylu Ever z Ever, które mają tajemnicze zdolności. Wiele rzeczy było też przewidywalnych, jak to, co się stanie, kiedy dziewczyna wyjawi swoim rodzicom prawdę i gdzie pozna i pokocha Ethana, nie zaskoczyło mnie również to, że plany związane z Dexem nie dojdą do skutku, już nie mówiąc o tym, że ukochanego spotkała w drugim świecie. Tu znów nasuwa się refleksja o tym, co Autorka zapomniała dodać, czyli o jakimś wytłumaczeniu tajemniczych zdolności Sabine i tych dwóch wszechświatów, w których się porusza. Chociaż wiem, że nie jest to bardzo ważne w kontekście całej książki, to chciałam się dowiedzieć coś o prawdziwym pochodzeniu dziewczyny, jej tajemniczych zdolnościach i owych wszechświatach, bo chociaż przeczytałam na ten temat wiele, być może od Autorki dowiedziałabym się dużo więcej. A sam wątek mocno już w stylu fantasy, sam w sobie ma duży potencjał, gdyby tylko pisarka nie dała się skuć schematom. Naprawdę, ten temat jest tak nośny i pojemny, że zmieścić mógłby o wiele więcej niż dostaliśmy. 

Nadzieja jeszcze w tym, że Autorka pozostawiła w strategicznych miejscach furtki do pociągnięcia historii w tomie drugim, jednak przeglądając jej stronę internetową do smutnego wniosku, że raczej nie zanosi się na to, że cokolwiek takiego powstanie. Trochę szkoda, bo jak początek trylogii lub serii dla młodzieży książka prezentuje się naprawdę przyzwoicie i z pewnością w kolejnych tomach pisarka zdobyłaby się na jeszcze większe wykorzystanie potencjału pomysłu. Z drugiej strony jednak mam dziwne wrażenie, że pisarka nieopatrznie potraktowała książkę w taki sposób, że nawet otwarte zakończenie wydaje się być ostateczne, a kolejne tomy po prostu zbędne. Cóż, nie moja to wina, chociaż wciąż mam dziwną nadzieję, że kiedyś usłyszę jeszcze i będę miała – może większą – przyjemność przeczytać o dalszych losach Sabine. 

Styl Autorki jest prosty, przyjemny, niewymagający i lekki, czyta się błyskawicznie, właściwie tylko przez kilka godzin. Nie ma tu rozbudowanych opisów czegokolwiek, poza emocjami Sabine i sympatycznymi, dość drętwymi jednak dialogami, czasami iskrzącymi humorem, a czasami łzawo melodramatycznymi i sentymentalnymi, co jednak trochę mnie bolało. Narracja bynajmniej nie porywa, historia nie intryguje tak, jak powinna, emocje nie przechodzą na czytelnika, chociaż braku zaplecza technicznego i umiejętności pisania na tyle płynnie, by książkę połknąć w jeden dzień. Bardzo łatwo można też zauważyć, że pisarka ma poczucie humoru i z pewnym powodzeniem przelewa je na papier, żartuje jednak tam, gdzie raczej powinno być nieco poważniej, a we fragmentach, gdzie powinno się zachować dystans, lekko rozładować napięcie, tekst zalatuje mocno tanią melancholią, czego najbardziej nie lubię. Poza tym brak jakiś poważniejszych błędów, poważnych potknięć językowych i nieścisłości w tej warstwie, chyba dlatego, że pisarka nie pokusiła się o jakieś poważniejsze zabiegi i bardziej finezyjne rozwiązania w tej warstwie. Z jednej strony bardzo szkoda, ale z drugiej pisarka nie oszukuje, nadmuchując książkę pustosłowiem czy degustując mnie wyszukanymi metaforami i nie ukrywa, że nie ma zamiaru wspinać się na literackie szczyty. Może to i dobrze, ale niezbyt miło jest jeść surowe ciasto czy zanurzać się w ciepłych odmętach przeciętnej przeciętności narracji. 

Jakie są postacie, każdy to widzi. Pisarka zadbała o to, by główna bohaterka była ciekawą i porządnie zbudowaną postacią. Chociaż to pierwsze może się nie udało, Sabine nie przypomina rozlazłych Mary Sue, jakie w mam niewątpliwą przyjemność poznać w innych książkach. Nie użala się nad sobą, a pewnego dnia zrozumiała, że przez cały czas była egoistką i podejmowała naprawdę wkurzające, irracjonalne decyzje. Ma w sobie coś, co mało która dama z powieści dla młodzieży czyli umiejętność refleksji na własnym życiem i sytuacją, w jakiej się znajduje, wie, że cały świat nie ma obowiązku padać jej do stóp, a Autorka podjęła całkiem niezłą próbę ukazania osoby zagubionej w rzeczywistości, jakiej się znajduje. I choć bardzo mocno zdziwiły mnie jej łatwe przystosowanie się do życia w obu światach, tak, żeby nie zdradzić się ze swoimi umiejętnościami – szczególnie dziwne jest to, że kiedy była dzieckiem nie wzbudziła podejrzenia jednych lub drugich rodziców jakimś swoim zachowaniem, w końcu kilkuletnie dziecko nie ma jeszcze takich myśli jak nastolatka i myśli, że przeskoki w z życia do życia są normalne, więc się z tym nie kryje – pisarka naprawdę się stara, by wszystko wyglądało bardzo prawdopodobnie, w miarę logicznie, a Sabine przypominała swoje rówieśniczki z normalnego świata – jak i te mieszkające w okolicach podobnych do Wellesly, jak i te z Roxbury (choć obie wersje bohaterki były zbyt dobre, za mało zepsute, jak na moją bogatą wiedzę i doświadczenie z ludźmi z tych środowisk). A to już, wbrew pozorom, bardzo dużo. 

Pozostałe postacie są niezbyt dobrze wykreowane. Najlepszą z nich była  Maggie, siostra Sabine z Roxbury, żywiołowa, mała dziewczynka z doskonale odmalowaną manią na punkcie królików (tak, o dziecięcych pasjach jak króliki czy syrenki to ja coś wiem….), jeszcze taka niewinna i czysta, która wzbudziła we mnie same pozytywne emocje, a sama dziewczynka jest jakby małym promyczkiem rozświetlającym ponurą  i momentami makabryczną (Boże, ja czytałam o samookaleczeniu! Czy naprawdę to jeszcze jakiegoś pisarza obchodzi? Już nie mówię o tych domniemanych problemach ze zdrowiem Sabine, naprawdę brawurowo opisanych) resztę powieści. Poza tym czytamy o Ethanie z przepisowymi mięśniami, doskonałą techniką całowania, smutną przeszłością i nieprzeciętną inteligencją – to po prostu kolejny banalny i słabo opisany przystojniaczek brzmiący tak, jakby nauczył się wszystkich książek Paula Coelho na pamięć. Przez całą powieść przewija się Dex, ale tak naprawdę trudno było mi wyczuć zasugerowane przez Autorkę zaburzenia, może dlatego, że psychopaci nigdy nie są tacy łagodni, jak opisała to w swojej książce, mimo sam pomysł na tę postać nawet mi się spodobał – naprawdę rzadko w powieściach dla młodzieży pojawia się chociaż wzmianka na ten temat. Poza tym są jeszcze rodzice obu wcieleń Sabine – dwójka ciężko pracujących ludzi, nie potrafiących utrzymać kontroli nad córką w Roxbury i rozwiedzieni bogacze w Wellesley, niezbyt dokładnie przedstawieni, raczej ujęci tylko szkicowo, żeby coś tam było; mimo tego zdążyłam polubić elegancką matkę z Wellesley i znienawidzić ojca z Roxbury. Na dalszym tle są jeszcze przyjaciele dziewczyny z obu światów, to znaczy typowe imprezowe panienki jak Lucy i Miriam, myślące tylko o chłopakach, pierwszym razie i tak dalej; oraz Capri, dość sympatyczna, jednak tylko pojawiająca się w kilku miejscach gotka. Plączą się jeszcze bracia Sabine, bo Lucas to naprawdę ciekawa, nawet dość zagadkowa postać, podczas gdy Ryan z Złego Brata nagle przemienił się Dobrego Brata, co było nagłe i zupełnie nieprawdopodobne – chyba że wszystkie docinki były przyjacielskie, ale tego Autorka już nie zasugerowała. Z tych postaci dałoby się również dużo wyciągnąć, choćby po prostu sprawić, by powieść była barwniejsza, pełna różnych charakterów, więc trochę szkoda, że pisarka – czy to z chęci skupienia się na głównej historii czy ze zwykłego gapiostwa – nie rozwinęła choć trochę ich wątków czy sprawiła, że postaci stały się bardziej szczegółowe i pełne. Książka przez to jest boleśnie szara, przeciętna i niepełna, czego ja po prostu nie lubię. 

Muszę przyznać, że w na zdjęciu okładka książki prezentuje się dość ciekawie, a przynajmniej elegancko, w rzeczywistości jednak kolorowo nie jest i to dosłownie. Chociaż i tak jest lepiej niż z okładką angielską, rzeczą tak prymitywną, że każdy chciałby to poprawić (przynajmniej jest takie moje odczucie), to coś tu nie wyszło. O ile sam pomysł był dobry (podzielenie zdjęcia dziewczyny na dwie części o różnych kolorach, odbicie w szybie) to reszta ciekawa już nie jest. Po pierwsze kolorystyka. Ciepłe kolory jednej z części są ładne, a Photoshop zbytnio nie rzuca się w oczy, bo i sama dziewczyna jest sympatyczna i zdjęcie w ogóle dobre, ale jaskrawa zieleń – delikatnie mówiąc – nie zachwyciła mnie, mimo że kojarzy mi się z ulubionymi, miętowymi lodami. Trochę to ufoludkowe, szczerze mówiąc. Zresztą nie mam złudzeń, że brązowe okładki rzucają się w oczy w księgarniach bo tak nie jest, a zielenie po prostu odrzucają. Można było to zrobić bardziej minimalistycznie, w pastelach. Przez całość przebiegają jeszcze jakieś pasy czy linie innego rodzaju, co jakoś zamazuje dziewczynę i nieco plącze moje zmęczone oczy. Tytuł, imię i nazwisko Autorki oraz krótki tekst reklamowy u góry zostały napisane prostą czcionką, która jakoś ratuje całość (wyobrażacie sobie zawijasy?), sprawiając (to największa zasługa pomysłowo napisanego tytułu), że okładka jest taka jak treść – z pomysłem, ale mocno, bardzo mocno przeciętnie. Grzbiet jest ładny, ciemnobrązowy, z małym obrazeczkiem i naprawdę nieźle prezentuje się  Dalej jest jednak nieco gorzej: na jednym ze skrzydełek napisano po prostu fragment książki (swoją drogą dobrze dobrany i nie zdradzający, o czym jest reszta; nawet intryguje), a na drugim krótki tekst o Autorce, wyglądającej nawet sympatycznie. Wszystko wydrukowane jest prostą czcionką na brązowym tle o ładnym, czekoladowym odcieniu, estetycznie i zupełnie przeciętnie. Blurb za to jest już zupełnie nieciekawy, w jakiś rozmytych brązach (co ciekawe, znalazłam tam informację o tym, że 10 procent dochodu przeznaczono na cele charytatywne, za co muszę bardzo Wydawcę pochwalić, bo to naprawdę szczytny cel), a Wydawnictwo napisało do siebie tylko krótką notkę pod oryginalnym opisem, zresztą niezbyt ciekawym i zdradzającym zbyt dużo. Kłuje w oczy sformułowanie „wykolejeni przyjaciele” , jakby Capri była zła tylko dlatego, że była gotką. Kiedy czytałam ten tekst przed zabraniem się za lekturę, myślałam, że znajomi Sabine będą palić trawkę i pić wódkę, słowo honoru. Okazało się jednak, że chodziło o tych z Wellesley… 

Najciężej jest oceniać właśnie takie książki. Wybitnie przeciętne pozycje na jeden raz, do połknięcia, uśmiechnięcia się i zapomnienia. Powieści tak lekkie, że nawet nie czuje się, że jedną z nich właśnie się połknęło, za przeciętne jednak nawet na rozrywkę. Gniot koszmarny to przecież nie jest, ale nie sposób zapamiętać jej na dłużej, czy poczuć jakiekolwiek emocje, które powinny towarzyszyć przy lekturze. Nie szokujące niczym, przewidywalne zapychacze półek, sympatyczne i nieźle zrobione, ale nic poza tym. Ciężko być sprawiedliwym, wypośrodkować to wszystko i jeszcze uchwycić swoje emocje, które gdzieś zagubiły się w tym morzu zwykłości, przeciętności typowej opowieści do szuflady czy wyparowały razem z momentem, zakończenia lektury? Ciężko mi oceniać również dlatego, że tę książkę zabrałam na weekendowy wypad i za każdym razem, kiedy spoglądam na okładkę, przypomina mi się tamten dzień, więc sentyment jakiś jest, chociaż w inny sposób związany z książką. Sama powieść jest pomiędzy tym wszystkim, niezdecydowana, czy chce być dobra czy zła, tak samo jak bohaterka. Bo w końcu wszystko jest niedoskonałe i trudno o jakąś idealnie wyważoną opinię, idealne doskonały świat.

Tytuł: „Między życiem a życiem”
Autor: Jessica Shirvington
Moja ocena: 3,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Dreams

piątek, 3 lipca 2015

Mroźna świeżość. Recenzja książki



Właściwie ludzie zawsze bali się wojny, żyli z jej piętnem, a ona nie daje nigdy o sobie zapomnieć. Jest chyba podobna do końca świata, apokalipsy, a ostatnimi czasy, gdy wojny 1914-1918 i 1939-1945 zamieniły się w konflikty ogólnoświatowe, dotyczące nie tylko jednego państwa, ale całego globu. Wgłębiając się w historię można też zauważyć, jak bardzo zmieniały się rodzaje broni, coraz bardziej rozszerzając swoje możliwości: kiedyś jeden małpolud zabijał drugiego oszczepem czy maczugą, dziś w tajnych laboratoriach na całym świecie produkowana jest broń atomowa, która bezkrwawo może zniszczyć cały świat, ale to nie wszystko, bo zabijać można się już wszędzie: na lądzie, na wodzie, pod wodą, w powietrzu, a może i w kosmosie, kiedy rozwój nauki pozwoli ludziom na odtworzenie Gwiezdnych Wojen. I to nie są tylko przewidywania – wojna nuklearna była już pewniakiem podczas kryzysu kubańskiego, ale i wcześniej, w czasach II Wojny Światowej naukowcy badali w tajnych laboratoriach możliwości jąder atomów, pracując na zlecenie szaleńca nazwiskiem Hitler, który powinien zresztą wylądować o wiele wcześniej w psychiatryku jako groźny psychopata. Ale wydaje mi się, że niewiele osób patrzy w przyszłość, mimo że nowoczesny dekadentyzm w postaci słynnego hasła YOLO stał się normą. Boją się? Już pisarze roztoczyli przed nami ponure wizje innego, zmienionego świata, pisząc książki takie jak Igrzyska Śmierci czy inne młodzieżowe dystopie czy antyutopie. To jednak pryszcz przy – o dziwo – coraz popularniejszej literaturze postapokaliptycznej, w skrócie post-apo. Julianna Baggot w Nowej Ziemi pokazuje  rzeczywistość po wybuchu bomby atomowej, ale prawdziwie mroczną, jeszcze bardziej wiarygodną wizję buduje Rosjanin Dymitry Glukhovsky w niepokojącej powieści Metro 2033

Ale czy to musi być wojna? A może coś innego, coś, co kryje się w niezmierzonych przepaściach Kosmosu, miejsca do dziś niezbadanego. Nie mówię tu oczywiście o zielonych ufoludkach w talerzach czy spodkach, bo to brednie dla ufologów, podejrzanych rodzajów geeków i maniaków teorii spiskowych; mogą istnieć inne formy życia, znacznie bardziej skomplikowane. Mimo teleskopu Hubble’a (doszły mnie wieści z NASA, że mają zamiar wymienić poczciwinę na jakiś inny teleskop, w sumie to bez znaczenia, bo i tak nie zmieni się tematyka tapet na moim laptopie) i innych sposobów badania Wszechświata, z każdym nowym wynikiem badań straszliwie duża przestrzeń staje się dla nas coraz większą zagadką. A jeśli pewnego dnia z nieba spadnie coś, co zapoczątkuje inną, jakąś dziwną formę życia? A my, gospodarze tej planety, jej panowie i istoty, które pobiły księżyc i Marsa, nie będziemy potrafili temu zaradzić? Co wtedy? 

Trzysta lat temu od początku akcji książki świat, stanął twarzą w twarz z taką katastrofą. Coś spadło z nieba, coś, co ludzie nazwali Lucyferem. Sądzono, że Bóg, żeby ukarać świat, jaki kiedy Sodomę i Gomorę, strącił szatana, by wszystkich opętał, a zostali tylko najlepsi. Faktycznie – niezidentyfikowany obiekt rozbił się, a tysiące tajemniczych Świetlików, które wchodziły w człowieka, po jakimś czasie doprowadzić do samozapłonu, po którym zostaje tylko nieco popiołu. Ludzie żyją już tylko w górach. Ba! Żeby jeszcze był klimat, ale powierzchnia naszego kraju wygląda jak w pierwszej epoce lodowcowej i nic nie wskazuje na to, że zima się skończy (aż na usta ciśnie się słynne zdanie Eddarda Starka Winter is coming, a potem jakaś aluzja do świata za Murem; ach, ta Gra o Tron!), wręcz przeciwnie. W jednej z takich wiosek żyje szesnastoletni Kacper, który zgodnie ze wszystkimi prawami zostaje mężczyzną, a jego dziewczyna, Mira, narzeczoną. Nadchodzi jednak czas gorszy niż wszystko do tej pory – Przesilenie – a chłopak, który decyduje się na niebezpieczną wyprawę, musi zdecydować o tym, w co chce wierzyć i kim być, w przeciwnym razie zginie, a sposobów na to jest wiele. Tylko w co wierzyć? Kto mówi prawdę – szalony Bibliotekarz, ojciec czy ksiądz? Jak znaleźć ocalenie dla ludzi, którą z metod wybrać, skoro jest ich tak wiele, a każda ciągnie za sobą zbyt dużo ofiar? I czy w ogóle warto szukać ocalenia? 

W polskiej literaturze jednak od dawna brakowało takiej powieści. Oczywiście, mamy doskonałych twórców fantastycznych, jak Andrzej Pilipiuk, Lidia Maria Kossakowska, Jarosław Grzędowicz, Andrzej Sapkowski, Jakub Ćwiek, ale żaden z nich nie napisał postapokalipsy w prawdziwym tego słowa znaczeniu, zostawiając to młodym, naśladującym obce wzorce, twórcom – skupili się na w tematach tradycyjnej fantastyki, popkulturze i podobnym tematach. Jeśli więc ta powieść do samego nurtu SF nie wnosi nic, dla polskiej fantastyki może zrobić dużo. Czy to jest ten, na którego czekaliśmy? Nieznany wcześniej szerszej publiczności Autor, który odmieni scenę polskiej SF, kierując ją bliżej standardów Glukhovsky’ego, ale nie popadając w marazm naśladownictwa? Cóż, zobaczymy, bo na razie ciężko jest cokolwiek więcej powiedzieć, w każdym razie pisarz jest na dobrej drodze, choć sam zalicza siebie co najwyżej do drugiej ligi. Przyszłość może przynieść naprawdę zaskakujące niespodzianki. 

Na końcu, kiedy wyszła na jaw ta cała historia z kosmosem, skojarzyło mi się lekko z serią Michaela Grata, GONE. Jednak, jak ktoś już na Lubimy Czytać zauważył, jest o wiele lepsze porównanie: do samego Metro 2033 (książka zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie, ale muszę sobie ją odświeżyć przed napisaniem recenzji), niekwestionowanego arcydzieła gatunku. Chociaż jestem wredna i napiszę, że to zdecydowana wada książki, ale każda powieść postapokaliptyczna gdzieś się ze sobą pokryje, nie mówiąc o połączeniu ją z powieścią inicjacyjną lub drogi. Zresztą Autor twierdzi, że nie inspirował się niczym, nawet nie wiedział, jaki konkretnie gatunek mu wyszedł, w co mogę wierzyć albo nie, ostatecznie jednak stwierdzam, że jeśli kopiować coś tego gatunku, to tylko dzieło młodego Rosjanina. Tak czy inaczej, obie powieści nawiązują do tych samych schematów fabularnych i tych samych tradycji literackich, więc muszą się gdzieś zazębiać; poza tym oba powieści w szczegółach różnią się mocno, co podkreśla otwarte zakończenie losów Kacpra (Autor, na szczęście, pisze kontynuację) i ogólnej wymowy całości. 

Przed właściwą recenzją treści muszę zwrócić uwagę na wydanie książki, szczególnie na rzecz rzadko spotykaną w powieściach w ogóle – ilustracje. Jest ich kilka, ale robią naprawdę dobre wrażenie, techniką wykonania przypominając nieco te z kart Nowej Fantastyki: gruba kreska, dynamika, dbałość o szczegół i niezwykły, pasujący do powieści klimat. Już sama okładka daje przedsmak przyjemności wewnątrz powieści, choć wydaje się zbyt nachalna przy minimalistycznych i klimatycznych ilustracjach w środku; jest jednak w pewien sposób jest inna, bardzo oryginalna, czym przyciąga uwagę, stanowiąc zarazem kwintesencję treści książki – stojący na tle białych gór chłopak zapowiada, o czym będzie powieść, nie jest to jednak szkic, bo gdyby usnąć wszystkie napisy i rozłożyć skrzydełka, okładka stałaby jeszcze jedną, kolorową ilustracją książki. Okładka została zresztą bardzo harmonijnie skonstruowana, że do ilustracji pasują nawet elementy takie blurb, tytuł i nazwisko Autora. Trudna sztuka, tym bardziej grafikowi należy się oddzielna nagroda za tę powieść, tak samo jak ilustratorowi, którego prace umilały mi jeszcze czytanie książki (stworzył także pewnego rodzaju znak firmowy serii – bo mam nadzieję, że powieści będą przynajmniej dwie - pojawiający się przy rozpoczęciu każdego z dziesięciu rozdziałów, bardzo charakterystyczny i ciekawy), a także połączyły wszystko w jedyne swojego rodzaju literackie przeżycie. 

Pomysł na uniwersum jest chyba najmocniejszym punktem książki, muszę przyznać, że nigdy się z czymś takim nie spotkałam, a wiem z doświadczenia, że to nie jest łatwa sprawa. Mroczny, pełen tajemnic świat, niezwykle groźny i zimny, jednocześnie piękny jakimś takim majestatycznym pięknem i owiany delikatną, tylko wyczuwalną metafizyką oraz magią, czymś niezwykłym, hipnotyzującym. I ta cała mitologia – niezwykły, nieoczekiwany splot religii chrześcijańskiej, której prawidłami ludzie starają wytłumaczyć sobie dziwne wydarzenia, i nauki, fascynujący, ale jednocześnie niepokojący. Wszystko posypane prawdziwie postapokaliptycznymi patentami: lasem, ruinami wielkiego miasta z opuszczonymi wieżowcami, szczurami i mnożącymi się na potęgę sektami, których mroczne rytuały główny bohater ma nieszczęście poznać, do czego Autor dodał słowiańską przyprawę, głównie imiona bohaterów i pewne cechy charakteru właściwie tylko Polakom (Polakom-burakom również), co z pewnością pochwaliliby Donatan i Cleo z epoki My Słowianie. Mało tego – wszystko jest jeszcze oplecione gąszczem filozoficzno-moralnych pytań o to, co stanowi o odrębności człowieka, o sensie istnienia, celowości religii, istocie człowieczeństwa i w końcu stawia, chyba najważniejsze, dramatyczne pytanie: jaką cenę należy zapłacić za ocalenie całej ludzkości? Warto wspomnieć, że Autor nie udziela prostych odpowiedzi na te pytania, pozwalając bohaterom wygłaszać swoje opinie i pokazywać różne, czasami bardzo skrajne, stanowiska wobec zagadnienia, a wszystko nie jest tylko czystą teorią – przeciwnie, pisarz ukazuje te kwestie w odniesieniu do rzeczywistości, konkretnych zdarzeń z życia bohaterów. 

Właśnie. Bohaterowie. Ciężko jest powiedzieć, dlaczego Autor zdecydował się, by głównym bohaterem jego powieści był szesnastoletni, wkraczający w dorosłość chłopak. Może chciał pokazać mechanizmy kształtowania się jego poglądów, może napisać powieść inicjacyjną, a może po prostu był świadomy, że powieść z takim bohaterem pisze się łatwiej i szybciej, a dociera ona do większego grona czytelników, bo wtedy można wpleść do niego delikatny wątek miłosny? O Artemie mogliśmy jeszcze, od biedy, powiedzieć, że jest rówieśnikiem pana Glukhovsky’ego, ale tutaj niczego takiego zrobić nie można. Szczerze mówiąc, nie wiem, ale uważam, że był to strzał w dziesiątkę, bo powieść nic nie traci na swoim uniwersalizmie, a kształtowanie się – jak przypuszczam – przyszłego bohatera jest rzeczą fascynującą dla czytelnika, dla którego staje się później bardziej wiarygodną postacią niż zawsze dorosły heros. Kacper jest jednak zwyczajnym chłopakiem, tak jak bohater Metra 2033, a jego decyzje są często bardzo kontrowersyjne. Boi się, często tchórzy, podróży w charakterze gońca podejmuje się z pobudek bardzo egoistycznych, potrafi kochać, ale i nienawidzić, miewa momenty zwątpienia i zdecydowanie nie ma wytrzymałości postaci z Marvela. Jest zwykłym, przeciętnym człowiekiem, pełnym zalet i wad, który na przekór wszystkim dąży do poznania jakiejś prawdy o świecie, w którym przyszło mu żyć, starając się zapewnić sobie jak najbardziej możliwy komfort, przystosować się do życia, jednak – jak każdy z nas – nie potrafi pogodzić się z ceną, jaką trzeba zapłacić. Ma przy tym mocny kręgosłup moralny i godną naśladowania chęć poznania bezwzględnej prawdy, co podziwiam i szanuję, bo na to nie stać żadnego z bohaterów, a co dopiero ludzi żyjących w naszych czasach. To świetnie skonstruowana postać sympatycznego, przeciętnego człowieka, z którym – rozumiejąc jego dylematy i problemy – każdy, niezależnie od wieku, może się zidentyfikować. 

Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, sylwetki nie są już tak wyraziste, jednak jest kilku bardzo ciekawych, którym należy poświęcić choć kilka słów. Przede wszystkim jest to Stach, straszy brat głównego bohatera, postać tak świetnie wykreowana i ciekawa, że miałam ochotę rzucić książką o ścianę (brzydko!), kiedy złamał mi serce swoją decyzją i w ogóle to było straszne; mam nadzieję, że Autor w drugiej części znajdzie dla niego ratunek, bo spełnię swoja groźbę, obiecuję. Po za tym jest jeszcze sylwetka szalonego Bibliotekarza, brata Łukasza, który, mimo że uczony, popadł w obłęd związany z własnymi książkami (co aż tak złe nie jest) i badaniami dotyczącymi Świetlików. Jego metody ocalenia ludzkości są bardzo kontrowersyjne, to fakt, ale ciekawe, czy są jakieś inne alternatywy. Między tym wszystkim jest jeszcze narzeczona głównego bohatera, cicha i słodka Mira, typ pięknej i bezbronnej dziewczyny między wilkami, co nie znaczy, że jej nie lubię, a także jej zalotnik, który miał zadatki na świetną postać, ale co czytelnik ma zrobić, kiedy Autor postanawia go zabić (to było tak samo niemal straszne jak śmierć mojego kochanego Robba Starka w Grze o Tron)? Zdarzają się także postacie epizodyczne, jak interesująca sylwetka proboszcza w osadzie Kacpra, ojciec nieszczęsnej Miry czy biskup, ale Autor woli się skupiać na starannym rysunku postaci już istniejących. I bardzo dobrze – nikt nie plącze się niepotrzebnie jak duch, strasząc swoją papierowatością.

Fabuła, tak jak Metro 2033, polega na chodzeniu w tą i z powrotem, z dodatkiem mrożących krew w żyłach przygód, kiedy biedny czytelnik drży z obawy o bohatera, odwlekając to, co nieuniknione i oglądając czasami rzeczy tak mroczne i fascynujące, że zapiera z wrażenia dech. To jedna z tych powieści przygodowych (SF, postapokaliptycznych, drogi, inicjacyjnej … Autor pięknie pomieszał gatunki), które pod zajmującą fabułą zawierają jakieś głębsze przesłanie, jak inne słowa, ukryte pod tymi wydrukowanymi; jeśli ktoś ich nie zrozumie, będzie i tak świetnie się bawił, a przynajmniej zapewniam, że nie oderwie się od książki. Powieść ta (nie mówię, że jak Metro 2033!) ma iście filmową, bardzo męską  fabułę, w której czytelnik ma ledwo ma czas by odetchnąć; bohaterowie wpadają z deszczu pod rynnę, a droga Kacpra rzadko odbywa się spokojnie, zawsze jest jakiś element trzymający czytelnika w napięciu. Jazda momentami jest ostra, jeśli dodamy do tego mroczne, ale jednocześnie piękne, klimaty postapokalipsy, wyjdzie nam rzecz warta każdego grzechu, łącznie z zarywaniem nocy; aż ciężko uwierzyć, że ta zaczynająca się tak spokojnie i niewinnie książka możne obfitować w takie zwroty akcji i momenty, przyprawiające ludzi ze słabszymi nerwami o stan przedzawałowy, bądź czyny niegodne mola książkowego (moja chęć rzucenia książką). W przeciwieństwie jednak do powieści Glukhovsky’ego, wywołującej klaustrofobię, książka ta wywołuje agorafobię, bo wielkie, białe przestrzenie mogą się okazać zagrożeniem dla wędrowców, nie tylko z powodu Świetlików… 

Język, jakim posługuje się Autor, jest bardzo plastyczny, ale jednocześnie dość prosty i bardzo płynny, co sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko i lekko, całą uwagę poświęcając fabule i innym aspektom powieści. Nie mogę jednak nie dodać, że zdarzyło się pisarzowi kilka potknięć, w formie przestarzałych form potocznych, używanych przez starszych bohaterów, co – moim zdaniem – było niepotrzebne. Piękny, płynny język pisarza, po którym da się poznać niezwykłą wrażliwość i spostrzegawczość Autora, nie potrzebował takich wstawek, a mnie, jako czytelnika, bardzo to rozpraszało i wybijało z hipnotycznego niemal rytmu czytania. Na szczęście wpadki należały jednak do rzadkości i dalej wszystko toczyło się własnym rytmem. Mam jednak nadzieję, że tego typu rzeczy nie będzie już w części drugiej, bo choć książka jest bardzo dobra, zawsze może być lepsza. 

Obwołać powieść polską odpowiedzią na „Metro 2033”? Nie, na to jeszcze za wcześnie, zresztą nie lubię takich chwytów i Autor – z tego, co czytałam w wywiadach z nim – także. Poczekać na dalszą część i wtedy zdecydować, czy pisarz faktycznie jest nadzieją polskiej fantastyki i SF? Jak najbardziej, bo wolę być ostrożna. Coś jest jednak na rzeczy i niewątpliwe warto wiedzieć o tym nieco więcej, choćby dla niezwykłego wydania książki, tak rzadkiego na polskim rynku wydawniczym. Sięgnąć chociażby dlatego, żebyzrozumieć, że w Polsce mamy naprawdę świetnych autorów, lepszych za niż zagranicą, mających potencjał podbić Amerykę; że w ogóle ci Słowianie są najlepsi. Bo to nawet nie nacjonalizm, ale fakty – pan Glukhovsky ostatecznie jest Rosjaninem, a przecież Autor tej powieści nie poszedł za ciosem opisując kolejną wizję świata po wybuchu wojny atomowej, wpuszczając do literatury mroźną, bardzo pociągającą świeżość.

Tytuł: „Dopóki nie zgasną gwiazdy”
Autor: Piotr Patykiewicz
Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN