Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane Austen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane Austen. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

Mój ślub z panem Darcym. Recenzja książki



Fajnie było w tym wieku dziewiętnastym. Dziewczęta pozbawione były życiowej traumy zwanej szkołą, a matka stawała na rzęsach, żeby kupić im najlepsze i najpiękniejsze stroje. Oczywiście mówię tu o arystokracji, bo między Bogiem a prawdą wolę nie myśleć o życiu osób z niższych warstw społecznych. Hrabianki grały sobie na klawikordach, czytały francuskie romanse i wyszywały, a ich największym zmartwieniem był krzywy haft. Do czasu, bo w wieku szesnastu lat – a może i wcześniej – każda z nich zaczynała dostrzegać czar płci przeciwnej, co prawda w dość sentymentalny i abstrakcyjny sposób, bo stosunki między mężczyznami a kobietami ograniczały konwenanse, ale zawsze. Szarmanccy młodzi dżentelmeni, którzy mistrzowsko grali w wista, spędzali popołudnia na grze w golfa albo polowaniach i zostali wprowadzeni w arkana sztuki czarowania młodych kobiet i tańca. To, do czego śmiałyby się także i moje oczy jeśli miałabym szczęście żyć w tamtej epoce – przystojni, odważni i młodzi oficerowie, którzy, jako prawdziwi żołnierze, są bardzo kochliwi i mało odporni na kobiece wdzięki. Starzy kawalerowie z domami większymi od pałacu niejednego średniowiecznego króla, którzy z filozoficznym spokojem pili whisky i brandy, jeździli powozami i wciąż tylko mówili o pieniądzach. Może ta ostatnia perspektywa nie jest pociągająca, ale o ile panna była bogata, nie musiała się martwić o zalotników i mogła ich wybierać jak chciała, do wyboru do koloru – w tych trzech grupach było zawsze wielu takich, którzy chcieliby ożenić się z ową panną. O losie panny brzydkiej i biednej nie będę pisać, ponieważ jej straszny los nie będzie tematem niniejszego tekstu; jest to również historia zbyt smutna. Dziewczyna ładna i biedna też nie miała dobrze. Bo choć wdziękami może pociągała bogatych panów, to przecież nie miała posagu albo był on niewystarczający. No i jak z taką żoną pokazać się w teatrze? Chyba że taki wielki, dumny pan zakocha się do szaleństwa i postanawia nie zważać na powyższe zasady. I co wtedy? Wtedy to jest po prostu dobry materiał na książkę. 

Państwo Bennetowie mają poważny problem – ich piątka córek jest w wieku, w którym pannę należy wydać za mąż. Wydawałoby się, że nie jest to rzecz skomplikowana, bo na horyzoncie pojawia się niejaki pan Bingley i jego przyjaciel, pan Darcy, ale nie wszystko idzie po myśli zarówno matki jak i córek. O ile Bingley zwraca uwagę na Jane, to Darcy jest diabelnie dumnym mężczyzną, a w dodatku niegrzecznym, niesympatycznym. I, rzecz dziwna, swoje złośliwe uwagi kieruje szczególnie do następnej z sióstr, Elżbiety, co we wrażliwej dziewczynie wywołuje szczególną antypatię do tego osobnika, której, wydawałoby się, nic nie jest złagodzić. Jednak jedne uczucia zasłaniają drugie, a bohaterowie będą musieli zmienić swoje charaktery pod wpływem wielkiego uczucia. On będzie musiał przezwyciężyć swoją dumę, a ona – na co wskazuje zresztą tytuł – uprzedzenia. Tylko czy aby im się uda? Nie wszyscy są przychylni temu związkowi… 

Był taki okres, że w kulturalnych i oczytanych kręgach, do których przez jakiś niefortunny przypadek należę, wstydziłam się przyznać, że nie przeczytałam tego klasyku. I to w dodatku tak popularnego klasyku! Jak jest napisane na okładce, nawiązano do niego w Dzienniku Bridget Jones (lektura wciąż przede mną), a pana Darcy’ego wspominano na każdej książkowej stronie i blogu kulturalnym w Walentynki, a pewna moja znajoma czytała to w szpitalu, doprowadzając mnie tym do białej gorączki, co w miejscu tego typu nie było dla mnie wskazane. Kiedy postanowiłam zmienić ten haniebny stan rzeczy, okazało się, że nigdzie nie mogę dostać wydania, które pasowałoby do Rozważnej i romantycznej tej samej pisarki, od jakiegoś czasu dumnie stojącej na mojej półce. Traf chciał, że odnalazłam wreszcie książkę i z ciekawością zabrałam się do czytania, pewna, że powieść okaże się jedną z najważniejszych w moim życiu, a jeśli nie, to przynajmniej zakocham się w panu Darcym, tak jak wiele osób wokół mnie. I cóż? Właściwie całą recenzję, jeśli miałby to być tekst subiektywny, mogłabym skrócić do jednanego zdania: moja żałosna chęć bycia jak inni ludzie i wrodzone, denerwujące poczucie sprawiedliwości daje czasami naprawdę zaskakujące efekty, które trudno tak naprawdę precyzyjnie opisać. 

Okładka książki jest tak samo ładna jak zdobiąca Rozważną i romantyczną, a nawet o wiele ładniejsza. Maleńkie, czerwone różyczki z zielonymi liśćmi, różowymi wstążeczkami i jeszcze innymi kwiatkami, których gatunków nie znam, jako że z biologii orłem nie jestem, w kolorach biało-różowym i fioletowym, co bardzo ładnie wygląda z różami i sprawia, że całość się staje bardziej różnorodna. Wszystko to zostało umieszczone na kremowym tle. Z podobnymi motywami mam wiele dobrych skojarzeń –poduszkowe hafty, kołdra babci pachnąca lawendą, no i ów dziewiętnastowieczny angielski szyk, piękne suknie dam i zapach five o’clock tea. Róże i pozostałe kwiaty w pewien sposób oddają treść książki – klasycznie eleganckiej, ale i opowiadającej o miłości delikatnych dziewcząt i szarmanckich panów. Pośrodku okładki na kwiatowy wzór nakłada się biały pasek, na którym wypisano imię i nazwisko Autorki i tytuł – czerwoną, pochyłą czcionką, dzięki czemu wszystko wygląda estetycznie i bardzo ładnie; przyjemnie jest patrzeć na okładkę, bo i kolory zostały dobrze dobrane. Grzbiet i tył okładki są utrzymane w czerwieni, z białymi napisami i kolorowymi okładkami pozostałych powieści w serii. I choć w księgarni z pewnością zaginie pośród bardziej krzykliwych okładek, to miłośnik tego typu powieści doceni minimalizm i klasycyzm okładki, doskonale odzwierciedlający klimat i zawartość książki. Zresztą trzeba przyznać, że na półce prezentuje się doskonale. 

Już w poprzedniej powieści pisarki było widać, że Autorka poświęca więcej czasu ironicznemu obrazowi społeczeństwa niż romansom, traktując opowieści o młodych pannach szukających męża za powód do pisania o ludzkich słabościach i charakterach. I o ile w Rozważnej i romantycznej tyleż samo miejsca poświęcono studium głównych bohaterek, spychając na dalszy plan cokolwiek błyskotliwe uwagi na temat pozostałych postaci, tutaj wątek ten wydaje się znacznie bardziej widoczny. Wokół Elżbiety i Darcy’ego - których miłosna historia, bądźmy szczerzy, w niedużym skrócie objętościowo dorównywałaby przeciętnemu opowiadaniu – kręci się wiele ciekawych, mistrzowsko nakreślonych sylwetek. Nie znaczy to jednak, że są to postacie pozytywne czy chociaż o przyzwoitych charakterach, bo pisarka lubuje się w portretach ludzi po prostu głupich lub napuszenie arystokratycznych, przedstawiając ich ze zjadliwą ironią i nie wahając się uwypuklić ich wad. Mamy więc pana Collinsa, niesympatycznego, nudnego i głupiego lizusa, w dodatku gadułę uwielbiającego słuchać własnego głosu; panią Bennet, matkę Elżbiety, osóbkę pozbawioną zupełnie inteligencji, co najbardziej objawia się w jej niestosownej gadaninie, zmianach nastroju i naiwności; absurdalnie dumną i złą lady Katarzynę jak również Karolinę Bingley. Wszystkich jednak przyćmiewają siostry Elżbiety i Jane – choć tyrady Mary zawsze wywoływały głupkowaty uśmiech, to oczywiście trudno znaleźć słowa, którymi opisać można Lidię. Powiem tylko, że takie dziewczyny istnieją zawsze i wszędzie, mimo że fakt ich istnienia przyprawia o ból głowy każdego rozsądniejszego mieszkańca tej planety (bowiem wierzę, że tacy jeszcze istnieją). W każdym razie odnalazłaby się w dzisiejszej tzw. gimbazie. A skąd mam taką pewność? To wszystko zasługa Autorki i tego, że tak barwnie i dokładnie opisała każdego z bohaterów, czyniąc z nich prawdziwe, pełne wad, śmiesznostek ale też i zalet postacie. Pisarka nie oszczędza nikogo, nawet samej Elżbiety i jej, wydawałoby się, inteligentnego ojca, przez co bohaterowie wydają się niezwykle plastyczni i żywi, jakby wyjęci z rzeczywistego życia. Oczywiście nie ma tu przenikliwych analiz psychologicznych i złożonych charakterów, jednak wydaje się, że postacie są o wiele bardziej wiarygodne od tamtych. Prostsze, ale bardzo charakterystyczne, nakreślone ostrą, wyraźną kreską. Uważam to za przejaw prawdziwego talentu, bo wbrew pozorom trudniej jest stworzyć postać pełnokrwistą, wiarygodną, pełną ironicznie skomentowanych wad  i zwyczajną niż opisać jakiegoś skomplikowanego psychologicznie artystę. Szczególnie jeśli chodzi o gatunek literatury popularnej, a więc przystępnej dla każdego czytelnika i wystarczająco lekkiej na inteligentną rozrywkę – pośmiać się z pani Bennet albo z Collinsa można, porównując ich do tych nam znanych. 

Dwójka głównych bohaterów nie jest już tak ciekawa, jak towarzyszące im inne postacie: racjonalna, dobra Elżbieta gnie w cieniu sarkastycznie opisanej matki (jestem zresztą zdania, że główna bohaterka jest bękartem swojego ojca) postaci bardzo barwnej, aczkolwiek irytującej, nie mówiąc już o młodszych siostrach. Panna Bennet jest skrzyżowaniem obu sióstr z Rozważnej i romantycznej, z przewagą tej pierwszej – pomimo swojego dość nieracjonalnego uprzedzenia i godnym pozazdroszczenia wygadaniem nie tylko na wiktoriańskie standardy (vide scena z lady Katarzyną lub zabawne dialogi z Darcym na końcu książki) Elżbieta jest ucieleśnieniem niemal wszystkich możliwych zalet, przynajmniej takich, jakie wtedy wymagano od kobiet, chociaż kiedy czasami beztrosko łamie konwenanse wydaje się najsympatyczniejsza i w jakiś sposób prawdziwa; sceny w których Elżbieta się buntuje lub odmawia zaręczyn Darcy’emu są pełne emocji, będące czymś więcej niż tylko elegancką literaturą. Czasem jest jednak gorzej, bo bohaterka wydaje się nieco sztywna, dumna i jakaś bez wyrazu, a czytelnika aż ściska w dołku, bo wystarczyło tylko pociągnąć policzki bohaterki literackim różem, by stworzyć niezwykłą postać, która zapisałaby się w historii popkultury tak samo mocno jak pan Darcy. Pan Darcy! O tak, już wiem dlaczego większa połowa książkowej blogosfery chce wydrzeć mi mojego i tylko mojego pana Darcy’ego. Nie wiem, co on widział w tej Elżbiecie; zresztą to nieważne, bo gdyby znał mnie, zapomniałby o tamtej bardzo szybko, to mogę wam obiecać. Jego fenomen polega na tym, że każda dziewczyna chciałaby, żeby ktoś kochał tak mocno, żeby miłość przezwyciężała dumę rodową, dla postronnego obserwatora będącą główną i największą wadą bohatera. Która nie chciałaby mężczyzny, który kocha bez pamięci, jest czarujący, bardzo przystojny i bogaty (i dlaczego to ta durna Elżbieta, a nie ja)?  Muszę jednak przyznać, że przez znaczną część książki jakoś nie pałałam do niego sympatią, nawet wtedy, kiedy dla ukochanej zaczął się zmieniać na lepsze. Nie czułam kompletnie nic, bo Autorka jakoś nie potrafiła zaciekawić jego postacią, pokazać, że za obojętną, dumną twarzą kryje się coś więcej, że chłodny i powściągliwy bohater, żyjący zapewne po to, by krytykować innych i kierować swoim naiwnym przyjacielem ma w ogóle jakiekolwiek uczucia; gdyby ktoś powiedział mi, że to tylko maska, nie uwierzyłabym i wyśmiałabym. W dodatku bohater gubił się pomiędzy zachwycającą mnie wciąż matką Elżbiety, Lidią, Wickhamem i Collinsem, bez którego powieść nie byłaby taka sama. Jego postać nie była ciekawa, z zamazanymi, niedopracowanymi rysami charakteru, zapewne według Autorki tworzącymi aurę niedopowiedzeń i niedostępności. Wszystko zmieniło się po tym, jak Darcy zrzucił maskę, idealnie przylegającą do jego twarzy i z zaskoczeniem odkryłam, że jestem o niego zazdrosna. Autorka zaczęła opisywać go z wyraźną pasją, cieniować uczucia i podkreślać pozytywne cechy osobowości bohatera, tak, że z dość nieciekawej, bladej postaci, przesuwającej się po kartach jak męczące główną bohaterkę, ponure i niedopracowane widmo zmienił się w jedną z najbardziej zapierających dech w piersiach postaci męskich w literaturze (choć owa metamorfoza była szyta grubymi nićmi i wymagała jeszcze dopracowania) i każdy sceptyk taki jak ja musi to przyznać, szczególnie, że pod obiektywnym umysłem kryje się subiektywne, niepoprawnie romantyczne serce. Och, Darcy! Jak ja mam wybrać pomiędzy tobą a panem Rochesterem? 

Martwi mnie również fakt, że nie jestem jedyną zadurzoną w Darcy’m dziewczyną, o czym świadczą inne recenzje i w ogóle niemal wszystko, co zostało powiedziane o tej książce. Z tego powodu, jeszcze przed przeczytaniem, dostałam od znajomych tych ze świata realnego i Internetu wystarczająco dużo spoilerów, że równie dobrze mogłabym nie czytać. Rzeczą nienową jest fakt, że żadna lektura nie przynosi frajdy i jakiejkolwiek czytelniczej satysfakcji, kiedy znamy większość akcji z opowiadań innych czy ekranizacji. Nie ma zaskoczenia, podekscytowania, czasami ciężko w ogóle zaciekawić się treścią. Uczciwie jednak stwierdzam, że opowieść byłaby do bólu przewidywalna – przynajmniej jeśli chodzi o historię miłosną i niektóre z pobocznych historii - nawet wtedy, gdyby jakimś cudem udało mi się przeczytać ją bez znajomości zakończenia i niektórych wątków – od pierwszego spotkania czuć, że między Elżbietą a Darcym jest to coś, a po drugim spotkaniu romans tych dwojga, mimo nieco efekciarskich zabiegów Autorki mających wpuścić czytelnika w maliny, jest przesądzony. I fakt, że Darcy będzie się pojawiał tam, gdzie panna Bennet, bo przecież muszą się dużo spotykać, żeby się w sobie zakochać. Nie mówię o happy endzie, który pisarka szczodrze rozdziela między obie pary, nie zapominając o Disney’owskim happy ever after, kojarzącym się z zakończeniem Rozważnej i romantycznej. Zresztą wiele wątków i motywów z tamtej książki się powtarza w niemal niezmienionej formie: jest matka, która chce wydać córki za mąż, są kawalerowie, a wśród nich amant, który okazuje się szumowiną, jest wyjazd do Londynu ze wsi, prawdziwi i fałszywi przyjaciele oraz zażywna ciotka lub przyjaciółka rodziny, wspierająca moralnie panny na wydaniu. Nawet dekoracje nie zmieniają się drastycznie – małe domostwo przycupnięte gdzieś na wsi w sąsiedztwie do znacznie bogatszych dworów. Jakieś novum stanowiła jednak historia z Lidią, bardzo intrygująca zresztą, chociaż nie sztuką było domyślić się, kto spłacił potężne długi Wickhama i dlaczego. Cóż, mogę narzekać ile wlezie, bo fabuła jest boleśnie oczywista i rozczarowująca, ale byłabym w niezgodzie z własnym sumieniem, gdybym stwierdziła, że obecność pana Darcy’ego niemal na każdej stronie – szczególnie przy końcu – nie przeszkadzała mi. Wręcz przeciwnie. 

Powieść jest napisana elegancko. Stylowo. Tak, jak to oddaje okładka: klasycznie, prosto, bez językowych wygibasów i zabiegów stylistycznych. Styl Autorka ma lekki i prosty, pomijając oczywiście wszystkie archaizmy, w tym te dotyczące charakterystycznej XIX-wiecznej składni, językowo jest dość dobrze, acz za bardzo formalnie i sztywno. Nie ma tu słownych impresji, pięknych opisów przyrody czy trafnych wyrażeń, pokazujących umiejętności pisarskie Autorki i ubarwiające powieść. Owszem, przez większość krótkich rozdziałów (co mnie nieco denerwowało) przez tekst przebija celna i ostra ironia, najbardziej widoczna w wirtuozerskich opisach zachowań niektórych postaci czy piękne dialogi Darcy’ego i Elżbiety na końcu, przypominające nieco moje ukochane rozmowy Rochestera i Jane w Jane Eyre Brontë, ale czasami sztywność czy dbałość o słowny minimalizm jest bardzo męcząca i, wydaje mi się, zupełnie zbędna. Zdania są ładnie wykrojone, płynne i bez zarzutu, bo przecież wychodzące spod pióra pisarki bardzo dobrej, ale trudno doszukać się w nich emocji. Barw. Czegoś, co by porwało, wciągnęło czytelnika w środek wydarzeń. Pozwoliło poczuć smak, zapach, fakturę. Może nie o taki efekt chodziło, bo wydaje mi się, że powieść – według wiktoriańskich norm – i gustu Autorki miała być racjonalna i emocjonalnie wyważona (w przeciwieństwie do publikacji romantyków…), ale i tego tu nie czuć. Wspominałam wyżej, że tam, gdzie Darcy ma być tajemniczy i wyniosły, wydaje się być nieciekawy i niedopracowany; przez jakiś czas nawet uczucie pomiędzy dwojgiem bohaterów jest mimo doskonałych proporcji zimne i sztywne. Jakby ktoś wykonał ładną, schludną rzeźbę o właściwych proporcjach i zapomniał nadać jej jakieś rysy, indywidualne cechy; tchnąć w nią życie. A to jest przecież romans, nie tylko powieść obyczajowa polegająca na katalogowaniu ludzkich śmiesznostek i pokazywaniu ich w krzywym zwierciadle; nie chodzi tu tylko o błyskotliwe dialogi (a większość, muszę przyznać, właśnie takich jest; nie powstrzymam się od dopisania do mojej listy jeszcze paplaniny pani Bennet i pana Collinsa oraz bardzo napuszonych i wrednych komentarzy lady Katarzyny). W powieściach innych pisarek z tego samego podwórka, przynajmniej niektórych, czuć wiele podskórnych emocji, a wątki romantyczne ewoluują czasem do form dziwnych i wcześniej ani później niepowielarnych. Polowanie na męża nie musi być w większej części minimalistycznym językowo i emocjonalnie sprawozdaniem – i wiem, że Autorka o tym wiedziała, bo przecież zakończenie jest takie, jakie sobie wymarzyłam. Ale to tylko zakończenie. 

Kilka słów należy odnotować także o tłumaczeniu, a przynajmniej o pewnym elemencie tegoż. Rzecz chyba oczywista dla każdego bardziej rozgarniętego czytelnika, ale dla Wydawnictwa czy tłumaczy chyba już nie, bo kwestię tę zauważyła już moja znajoma, kiedy czytała w szpitalu, nie zwracając uwagi na mój rozmarzony wzrok spoczywający na okładce. Chodzi o imiona. Teoretycznie Elżbieta powinna być Elisabeth, bo akcja dzieje się – jak przypuszczam – w Anglii. Co więcej, jest również Katarzyna, Karolina i Lidia, ale mamy także Charlottę, Mary i Jane. Można było się uprzeć na Marię, wiadomo, ale nie znam żadnych polskich odpowiedników dla Charlotte i Jane, więc w praktyce  wszystko jest pokręcone tak, że aż nieestetyczne. Ktoś mniej rozgarnięty w pierwszej chwili pomyślałby, że Elżbieta nie jest siostrą Jane, bo pierwsza z nich jest z Polski, a druga z Anglii (słowo honoru, znam taką osobę). Zresztą nie potrafię zrozumieć tego zabiegu – pisarka była Angielką, akcja dzieje się w Anglii, a książce, jako że należy do powieści realistycznych, wszystko powinno być jak najbardziej podobne. To nie jest fantastyka pełna bohaterów z arabskimi, angielskimi i elfickimi imionami w jednym kraju. Cóż, nawet tłumaczenie ma swoje ograniczenie, a Elżbieta to już niezupełnie to samo co Elisabeth. 

Jak pisałam wiele kilometrów wyżej, wydaje mi się, że jest to powieść pełna paradoksów: genialny Darcy i dość nijaka Elżbieta; niezbyt porywający początek, również językowo, i końcówka, którą czyta się z wypiekami na twarzy. To romans, a jednocześnie ciekawa obyczajówka, traktująca o ludziach, jacy otaczali dziewiętnastowieczną pisarkę, ale otaczają również nas, bo głupota jest wieczna. Dobrze napisana, jednak czasami sztywna w ten nieznośnie wiktoriański sposób, jakby na beletrystykę również nałożono specjalny kanon o czym pisać dobrze wychowanej pannie przystoi. Odzwierciedlająca epokę, jednocześnie uniwersalna. Przyjemna, ale czasem prawdziwie przewidywalna, pełna znanych motywów nie tylko z twórczości Autorki; pełna ciekawych postaci, ale też zmarnowanych szans, z ironicznym zacięciem, ale i bardzo sympatyczna. Niezbyt słodka, bo między wierszami pisarka daje do zrozumienia, że toczy się prawdziwe, brutalne życie, bezwzględnie także dla trzymanych pod kloszem dobrze urodzonych panien, ale z szczęśliwym zakończeniem w którym Autorka zapewnia nas, że wszystko ułożyło się tak, jak powinno. Lekkostrawna, jednak trudno ją zapomnieć, a przynajmniej pana Darcy’ego. Bo i ile kiedyś, może nawet za kilka miesięcy, zapomnę o nietuzinkowej pani Bennet i ucieczce Lidii z Wickhamem, to wieczorami, kiedy pod zamkniętymi powiekami wirować będą chemiczne reakcje, wzory na prędkości kosmiczne i całki połączone z przerastającym mój mózg programowaniem, powrócę do tej postaci w wersji z końca powieści (bo to jest najbardziej warte zapamiętania) i wyobrażę sobie nasz ślub. Mój i pana Darcy’ego. Będzie kościół, biała suknia z trenem, mnóstwo gości w wiktoriańskich ubiorach, bal i czas na poczęstunek, w czasie którego będzie można zjeść mięso upolowanych przez mojego lubego zwierząt. Nie będzie żadnej Elżbiety ani Karoliny Bingley. Za to na stole postawię filiżaneczki w czerwone róże, małe niezapominajki i fioletowe kwiaty, których nazwy nie znam. Podam w nich popołudniową herbatę, a potem się obudzę i odkryję, że pan Darcy istnieje tylko w książce, będąc może najlepszą jej częścią.

Tytuł: „Duma i uprzedzenie”
Autor: Jane Austen
Moja ocena: 6,5/10

czwartek, 28 maja 2015

Rozum contra serce. Recenzja książki

Jak ja uwielbiam wiek dziewiętnasty! Szeleszczące suknie, wachlarze, kolej parową, dekadencję i romantyzm, wiktoriańską pruderyjność i skryte romanse licznych hrabin, świadomość szybko rozwijającego się świata i tęsknotę za czymś, co odeszło. Belle époque, kiedy wydawało się, cesarzowa Indii i królowa Anglii Wiktoria Hanowerska będzie żyć wiecznie, a wojna krymska nie zburzy konceptu kongresu wiedeńskiego dotyczącego równowagi europejskiej. Kiedy w Rosji szaleli krwiożerczy carowie, z Mikołajem I, żandarmem Europy na czele, siostrzeniec Napoleona Bonapartego stał się cesarzem Francji i nikt nie zdawał się przejmować faktem, że pod koniec stulecia, w Chartum głowę (i to dosłownie) stracił generał-major Charles Gordon, broniąc miasta przed dzikimi hordami mahdystów, tych samych, którzy w Pustyni i w puszczy porwali Stasia i Nel. Anglia królowała na morzach, a Wiktoria na głowie nosiła koronę Indii, które były tylko niewielką częścią imperium kolonialnego wyspiarzy, dzięki czemu społeczeństwo żyło dostatnio i bez większych trosk. A ponieważ obyczaje były purytańskie, arystokracja zajmowała się, poza chodzeniem na wieczorki towarzyskie, rozsupływaniem skomplikowanych zasad konwenansów i reguł powiększania swoich majątków za pomocą małżeństw dzieci, co było sprawą niezwykle ważną i nie najłatwiejszą – bywało tak, że kandydatka na żonę była piękna, młoda i po uszy zakochana, ale, niestety, bez odpowiedniego posagu, a romans młodego młynarza i królewny należy, jak powszechnie wiadomo, włożyć między bajki.

Realniejszą wersję arystokratycznego życia dają nam powieści z epoki, zarówno te polskie, jak i angielskie. O ile nasze rodzime utwory zawsze zahaczały w pewien sposób o kwestie społeczne, ideologiczne i polityczne – wiek dziewiętnasty jest przecież wiekiem powstań, romantyzmu, pozytywizmu, patriotyzmu i rozbiorów – ich angielskie wersje zawsze otaczała aura beztroski. Brytyjczykom powodziło się wtedy świetnie, bilard i plotki były więc najpopularniejszymi rozrywkami ludzi, którzy nie bali się o bezpieczeństwo swojego kraju i nie martwili się o jutro, pewne i o wiele lepsze niż losy Polaków. Jednak zawsze ciekawie sięgnąć po te utwory, nawet jeśli nie jest się historycznym geekiem czy miłośniczką trącających myszką romansów – tchnie z nich duch pięknej epoki, utraconej już na zawsze dla świata okaleczonego dwoma straszliwymi wojnami.

Eleonora i Marianna są siostrami, chociaż bardzo się od siebie różnią – młodsza, Marianna jest romantyczną panienką z głową wypełnioną książkami, muzyką i romantycznymi marzeniami o prawdziwej miłości, a starsza – Eleonora, o umyśle czysto matematycznym – jest zwolenniczką powściągliwości uczuć, myśli i ostrożną naturą, marzy o rozsądnym, szlachetnym mężu. Na drodze panien pojawia się kilku młodych mężczyzn, lepszych i gorszych, jednak uczucia ich nie są stałe, w przeciwieństwie do sieci konwenansów i zasad brylowania w salonach i życia, która szczelnie oplata każdego z bohaterów, zmuszając ich do różnych – trafionych lub nie – wyborów, niekiedy wpływając na ich uczucia. Kto zostanie mężem Eleonory? A kto Marianny? I czy dziewczęta, obie mające wyrobione zdanie na niemal każdy możliwy temat, mogą się nauczyć czegoś nowego, albo dokonać rewizji swoich charakterów?

Wydawać by się mogło, że Autorka podąży drogą wielu naiwnych pisarek, całą swoją energię zużywających na opisywaniu zalet poszczególnych bohaterów i ukazując wspaniałości arystokratycznego życia, pokazując jego różową wersję i wychwalając nad niebiosa. I ja też miałam takie wątpliwości, kiedy otworzyłam książkę, by przeczytać pierwszy rozdział, powieść mnie jednak bardzo zaskoczyła i to pozytywnie – na tyle, by uznać, że bohaterowie to największy plus tej książki. Nie są oni schematyczni, starannie podzieleni na dobrych i na złych, ani też nie próbują być grupą doświadczalną jakiegoś zwariowanego psychologa badającego granice ludzkich wynaturzeń (jak często bywa w literaturze nowoczesnej). Są to postacie zwykłych ludzi, z wadami i zaletami, niezbyt dobre i niezbyt złe, opisane jednak z niezwykłą wrażliwością i przenikliwością, co jest dowodem na dar obserwowania ludzi , jaki posiadała Autorka. Ich postępki często nie są dobre, wręcz przeciwnie, nawet jednak pan Willoughby, który w okrutny sposób postępował z zakochanymi w nim kobietami, ma wiele na swoje usprawiedliwienie; raczej zasługuje raczej na litość niż nienawiść czytelników – pisarka zdaje sobie sprawę z tego, że jej postacie nie są wybitnymi osobistościami czy politykami, na których spoczywa odpowiedzialność za całe państwo, ale zwykłymi ludźmi, wtłoczonymi w gorsety i surduty, zmuszonymi żyć w określonej epoce, wymagającej, jak to każda epoka, określonych zasad zachowania, a także ograniczonych przez kontakty z innymi ludźmi tak jak każdy z nas. Nie sposób nie lubić trochę śmiesznego sir Johna i ograniczonej Lucy Steele, której zazdrość o Edwarda jest w pełni zrozumiała, a także z jej siostry Anny, osóbki cokolwiek inteligentnej, o pani Jennings nie wspomnę, bo chociaż sympatyczna starsza plotkara i swatka jest w niemal każdej powieści, takie postacie nie znudzą się chyba nigdy. Całość utrzymana jest w konwencji zjadliwej ironii, omijającej tylko siostry, ich matkę i absztyfikantów, ironii prześmiewczej, ale i pobłażliwej, która umniejsza niektóre wady i każe nam litować się nad rozmiarem inteligencji – na przykład - Roberta Ferrasa, zamiast nad nią biadać. Zresztą, dzięki temu powieść czyta się o wiele lżej, z przymrużeniem oka, bez poczucia przesytu różem, ale też bez wrażenia śmiertelnej powagi czy sztywniactwa.

Postacie głównych bohaterek z pewnością nie są głębokie, ale analizowanie zawiłych procesów myślowych nie było celem Autorki i nie wymagam od niej tego. Zresztą nie mogły takie się stać, żyjąc pod niejakim kloszem, nawet wtedy, kiedy musiały opuścić ukochane Norland, w bezpiecznym kraju i pięknych czasach. Są raczej przeciętnymi pannami tamtego okresu, choć są może nieco inteligentniejsze od innych bohaterów powieści – a może po prostu lepiej przedstawione. Ponieważ jednym z nadrzędnych celów pisarki było ukazanie ścierajacych się charakterów, tak skrajnie różnych, postacie Marianny i Eleonory są zbudowane schematycznie, na zasadzie kontrastu, a co za tym idzie, dość płasko i przewidywalne – Marianna to romantyczna ślicznotka, bardzo bezpośrednia, co sprawia, że nie ma wielu przyjaciół; kocha książki, muzykę i wszystko, co emocjonalne, a od swojego towarzystwa, w szczególności przyszłego męża, wymaga tego samego. Daje wciąż upust swoim emocjom, tym złym i tym dobrym, czasami tak intensywnie, że zapada potem na choroby, które w skutkach mogą okazać się śmiertelne. Pochwalić muszę to, że pisarka zachowała potrzebny umiar i harmonię, nie popadając w nadmierną egzaltację i marysuizm przy tworzeniu tej postaci – mimo wszystko Marianna to postać bardziej stereotypowej romantyczki bez żadnych dodatkowych zaburzeń niż jęcząca i biadająca nastolatka z powieści mojego ulubionego gatunku, jakim jest paranormal romance. Eleonora to jej przeciwieństwo – ukrywa swoje cierpienie, nie dając innym poznać swoich emocji, nawet nie zdradzając ich powodu. Zwykle używa rozumu, imponują jej ludzie tak jak ona inteligentni i z wyrafinowanym humorem, jednak nie daje po sobie poznać, że czyjeś towarzystwo uważa za nudne bądź zbyt prostackie, swoje myśli zachowuje dla siebie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie sposób polubić takie bohaterki, jednak Autorka zachowała jednak pewien margines sympatii dla postaci, rozsądnie harmonizując ilość cech i pozwalając obu bohaterkom na posiadanie maleńkiej iskry życia, które sprawiają, że nawet rozumiemy problemy dziewcząt i cieszymy się, kiedy ich kłopoty zakończyły się tak, jak każdy zaangażowany w lekturę czytelnik powinien im życzyć. Schematyczność nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – sylwetki obu dziewcząt, proste i jednocześnie dystyngowane, nakreślone na tyle dobrze, bym nie miała ochoty pożyczyć siekiery od mojego wujka, pasują do wygodnych salonów wiktoriańskiej Anglii, jednocześnie nie urągając inteligencji czytelnika.

Warto wspomnieć także o pięknej okładce, która zdecydowała o tym, że sięgnęłam po książkę, kompletnie nie mając pojęcia o treści. Różany wzór, jakby żywcem wyjęty z dawnych tapet czy obić kanap i foteli, sympatycznie staroświecki, jest idealny dla tej powieści, jest jej kwintesencją – klasycznej, dystyngowanej, eleganckiej, niezbyt słodkiej, ale przecież tragicznej też nie, staroświeckiej, ale też nietracącej jeszcze swojego blasku. Jest minimalistycznie, ciekawie i bardzo estetycznie, jeśli chodzi o kolorystykę, nie mam więc powodu, by narzekać – wręcz przeciwnie – okładka sprawia, że po powieść sięga się z chęcią.

Językowo jest dobrze, bardzo dobrze. Tłumaczenie nie zatarło charakterystycznej dla dziewiętnastego wieku maniery stylistycznej, dzięki czemu czytało się bardzo przyjemnie, naturalnie. Styl Autorki jest wiktoriańsko sztywny, momentami nieco naiwny, jednak melodyjny i prosty, widać nieźle już wyćwiczony, czyta się więc lekko i szybko, nie zastanawiając się nad sensem barokowych metafor, których tu po prostu nie ma, mimo że język, jakim posługuje się pisarka, jest dość bogaty. Trzeba też przyznać, że pisarka zaskoczyła mnie dużą dozą sarkazmu, naprawdę ciętej ironii, wywołując nieraz uśmiech na moich ustach, a kilka nawet razy wybuch śmiechu – chodziło o którąś ze scen z naiwną, ale zazdrosną i bardzo prostą Lucy, albo też jej siostrą Anną, która wprost domagała się żartów dotyczących niej i pewnego przystojnego doktora, którego poznała w podróży. Na dialogi także nie wypada narzekać, choć mogą wydawać się nieco zbyt sztywne; wbrew pozorom, arystokracja dawniej tak się wyrażała, co może dzisiaj nawet nieco dziwić (ah, jak ja lubię historie o politykach, którzy niechcący powiedzieli przekleństwo do mikrofonu...), w każdym razie jednak rozpacz Marianny i dialogi sióstr oraz powiedzonka pani Jennings są na tyle żywe, ciekawe i wciągające, że nie mam do nich żadnych, nawet najmniejszych zastrzeżeń. Gorzej jest z opisami, bo tych nie jest dużo – Autorka skupia się bardziej na opisie przeżyć wewnętrznych, myśli bohaterek, analizowaniu powodów ich zachowań i opisywaniu spotkań towarzyskich, które, wydaje się, są jednym z głównych zajęć wszystkich głównych bohaterów powieści. Trochę mnie to rozczarowało, chciałam bowiem poznać bliżej ukochane Norland czy okolice nowej posiadłości, o Londynie nie wspomnę, który, jako że jestem ogromną pasjonatką historii (czytaj: chodzącą skamieniałością), niezwykle mnie interesował. Z drugiej strony rozumiem Autorkę, która pisała dla sobie współczesnych, ale także nie interesował ją świat zewnętrzny – historia Eleonory i Marianny mogłaby wydarzyć się nawet w świecie fantastycznym, a o jej niezwykłości i niepowtarzalności decydują emocje i świat wewnętrzny postaci.

Fabuła nie jest rozbudowana, kto spodziewa się nagłych zwrotów akcji, może być niemile zaskoczony, jednak osoby liczące na łatwy romans, w którym dla pary kochanków idealnych pisarka (lub pisarz, drogie panie, jest równouprawnienie) przygotowuje happy ever after, a za każde cierpienie i ból przychodzi nagroda, mogą się nieźle zdziwić. To raczej powieść obyczajowa, pełna smaczków dotyczących szczegółów życia angielskiej arystokracji w XIX wieku, z wyeksponowanym wątkiem miłosnym; na rozwlekłość nie można jednak narzekać, bo pisarka ma plany dotyczące konkretnej fabuły i konsekwentnie się ich trzyma, co bardzo mi się spodobało. Wątki poboczne zostały jednak zminimalizowane, Autorka pokazuje tylko to, co jest potrzebne i ważne w sposobie postrzegania Eleonory i Marianny, oraz konkretne elementy fabuły, co z kolei momentami mnie drażniło, szczególnie wtedy, kiedy chciałam dowiedzieć się więcej szczegółów na temat – na przykład – zmarłego męża pani Dashwood czy Edwrada. Przez całą książkę denerwowały mnie także ciągłe, niemal cudowne zbiegi okoliczności, co po dłuższym czasie stało się nużące i dość naiwne – wiadomo, że świat jest mały, nawet ja spotkałam koleżankę z klasy w Łodzi na gwarnej ulicy Piorkowskiej, a kolega pomachał mi z czubka Kasprowego Wierchu, choć zupełnie nie wiedziałam, że go tam spotkam, ale trochę dziwne jednak jest to, że idąc do sklepu jubilerskiego, spotykasz brata twojego ukochanego, a potem jeszcze w to samo miejsce przychodzi dawno niewidziany twój własny, przyrodni brat; jakaś daleka kuzynka twojego dalekiego kuzyna okazuje się narzeczoną twojego ukochanego... Trochę tego za dużo – w pewnym miejscu – szczerze mówiąc, robi się mało realistycznie. W każdym razie zwyczaje dawnej arystokracji zostały odtworzone z największą starannością i gustownie wplecione w losy obu bohaterek, co sprawiło mi wielką przyjemność – uwielbiam czytać o nieskończonych balach, kolacjach, spotkaniach towarzyskich, na których królowa etykieta, karty i bilard, konwenanse dotyczyły także zakochanych, a jedynym zmartwieniem była czyjaś poplamiona suknia czy surdut. Dopiero później, po odłożeniu książki, przypominam sobie o dzieciach pracujących dwanaście godzin w fabrykach (szczególnie w Anglii, gdzie proces grodzenia zmusił rolników do przeprowadzki do miast) i nie jestem pewna, czy świat panien Dashwood był aż tak różano-różowy.

Trudno było nadać jakiś tytuł tej recenzji, który nie przypominałby choć trochę sławetnej reklamy Orange czy Neostrady, swojego czasu mojej ulubionej. Bo tak naprawdę Marianna i Eleonora przypominają zupełnie tamte maskotki, chociaż ich problemy są bardziej skomplikowane – każda z nich przekonuje się, że świat jest zaskakujący, kapryśny i bezwzględny zarówno dla chłodnego umysłu Eleonory i gorących uczuć Marianny. Ustawia ludzkie pionki w najprzeróżniejszych konfiguracjach, zmusza do interakcji z innymi ludźmi, co złożone razem daje różne, czasami zupełnie nieprzewidywalne rezultaty. I nie ważne, jacy jesteśmy – rozważni czy romantyczni – musimy się z tym pogodzić, przełknąć czasami własną dumę. Nawet wtedy, kiedy jesteśmy elegancką, wyrafinowaną damą z tuzinem halek pod spódnicą i żyjemy tylko na papierze i w wyobraźni, pod okładką z różanym wzorem, wiodąc życie bez zmartwień o przeżycie następnego dnia, egzystując, tylko by sprawić przyjemność kolejnemu czytelnikowi, zainteresowanemu opowieścią.

Tytuł:Rozważna i romantyczna”
Autor: Jane Austen
Moja ocena: 5,5/10