Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo ALBATROS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo ALBATROS. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 kwietnia 2015

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Recenzja książki

źródło fotografii: olx.pl 
Kiedyś, pewnego śnieżnego poranka, gdzieś w czasie ferii, oglądałyśmy z koleżanką jakieś romansidło, z gatunku tych, które ona uwielbia (a ja nie), zaniepokoiłam ją swoim zachowaniem. Otóż w pewnym momencie streściłam to, co zaraz stanie się na ekranie, dodając, że wcześniej tego filmu nie oglądałam, ani nie czytałam recenzji, słowem, nie znałam go. Koleżanka po chwili stwierdziła, że mam jakieś zdolności paranormalne, albo w tajemnicy przed światem param się magią. Ponieważ szerzyła się do ekranowego przystojniaka, nie miałam jej serca mówić, że tak naprawdę fabuła jest boleśnie przewidywalna i prosta, a każdy, kto trochę książek w życiu przeczytał, przewidzi kilka najbardziej prawdopodobnych zwrotów akcji. Zresztą, większość filmów, jakie razem obejrzałyśmy była do siebie podobna. No, żeby skrajnie nie uogólniać i nie być niesprawiedliwą, kilka było naprawdę ciekawych, a kilka innych w jakiś tam sposób było nieprzewidywalnych, ale większość to samo: romanse, całowanie się i – wisienka na torcie – odpowiednio, artystycznie zmontowana scena łóżkowa, która ma zapierać oddech widzom. W końcu, co do mnie nie podobne, zaczęły mi się mieszać tytuły, co dla mnie jest niepodobne. A później dałyśmy sobie z romansidłami spokój, bo przypominałyśmy sobie Igrzyska Śmierci i moja koleżanka polubiła Niezgodną (która jest również, jakby nie patrzeć, romansidłem, tyle że dystopicznym). W końcu!

Tak też jest z książkami. Czytając – na przykład – kryminały, w końcu nie trzeba zbytnio wysilać się, by wydedukować, kto jest mordercą, a fabuły zaczynają się powtarzać. Morderca zabijający kobiety. Morderca zabijający młode dziewczynki, by ochronić ich czystość, morderca zabijający je, bo po prostu lubi widok młodych twarzy, wiecznie młodych. Morderca mszczący się na kimś. Od schematów nie da się zupełnie uciec, ale można sprawić, by przynajmniej jak mniej przypominały inne powieści. A ambitniejsi pisarze w fabułę swoich książek, czasami nawet bardzo schematycznych, wplatają głębsze, rozważania filozoficzne i społeczne, sprawiając, że kryminał, thiller, jest tym, czym w założeniu miał być – nie tylko prostą rozrywką. Podejmują tematy trudne, zawikłane, które opowiadają z brawurą i psychologiczną przenikliwością, a temat zbrodni, czasami, przechodzi na drugi plan, staje się tylko doskonałym argumentem na opowiedzenie czegoś o człowieku, a może i  rozwinięciu jakiejś głębszej myśli, czy polemizowaniu z jakimś filozoficznym zagadnieniem. Wtedy, czytając taką książkę, mamy wrażenie, że książka jest inna, lepsza od wszystkich – ciekawsza, oryginalniejsza. Jednak przecież to nie jedyny sposób by opowiedzieć inaczej niż wszyscy kryminalną historię,  a stosują ją ci, którym po drodze nie jest filozofią, za to lubują się klasycznym, męskim mordobiciu. I tak, przykładowo, Harlan Coben, istna supergwiazda kryminału, z wyglądu człowiek mocno przeciętny, konstruuje przeraźliwie skomplikowane fabuły, w których kolejne mordy nie wiążą się z niczym, lub wszeli słuch po ofiarach zaginął, by na końcu rozwiązanie okazało się banalne, albo zupełnie zaskakujące. Bywają też jeszcze bardziej skomplikowane metody, tak karkołomne, że osobiście bałabym się ich na miejscu każdego nawet doskonałego pisarza, nie mówiąc o tych mniej wspaniałych i dobrych, więc podziwiam każdego, kto spróbuje coś takiego zrobić, nawet jeśli wyjdzie zakalec lub jajecznica przypominająca zwęglone szczątki czegoś, co kiedyś było jajkiem. A co mi chodzi? Przekonajmy się!

Jedyną rzeczą, na którą Ben Hawkins nie może się uskarżać, jest miłość jego wieloletniej dziewczyny, Amandy Diaz. Reszta życia to gruzy – był gliniarzem, ale jego partrer z szefem wkopali go w taką kabałę, że pracę stracił od razu, a powieść kryminalna, jaką napisał, przepadła z kretesem, jeszcze z niezbyt ciekawymi recenzjami. Teraz jest reporterem i mieszka w Los Angeles, jakoś tam żyjąc z dnia na dzień. Pewnego dnia, gdy na Hawajach ginie piękna, młoda topmodelka, Ben jedzie tam na jakiś czas zrobić reportaż. Morderca  to człowiek przebiegły, dosłownie posiadający wiele masek, pod którymi nie można go poznać, genialny i doskonały, więc nikt nie może go znaleźć, w szczególności policja, która, prawdę mówiąc, obija się między jednym a drugim rajskim kurortem.  Nasz reporter, gapowaty mężczyzna, który lubi się wściubiać nos w nie swoje sprawy, za późno orientuje się, że pomagając rodzicom pięknej Kim, wkręcił się w niezłą sprawę, która w przyszłości zaowocuje pisaniem powieści pod dyktando psychopatycznego mordercy, strachem przed owym osobnikiem i jego potężnymi protegowanymi, co w końcu doprowadza do zaskakującego końca... Zaskakującego? No dobrze, może być zaskakującego. Nie lubię kasować tego, co napisałam, więc powyższe słowa możecie odebrać jako sarkastyczne, takie w moim stylu.

Znów mój wieczny dylemat. Co jest w tej książce na plus? Co mogłabym nagrodzić, bez narzekania, bezdyskusyjnie? Wpatruję się w drzewo oblepione jemiołą na tle prawdziwego, błękitnego nieba i przeczesuję powieść wzdłuż i wszrerz, jednak do głowy przychodzą mi tylko jakieś blade wspomnienia z dzieciństwa, dotyczące bladego nieba, co jest niechybnym znakiem na to, że nic takiego nie znalazłam. Przechodzimy więc dalej, szukać błędów – od tych rzucających się w oczy, do diabełków tkwiących złośliwie w szczegółach.

Zaczniemy od strony wizualnej, bo to przecież pierwsza rzecz jaką widzimy,  biorąc do ręki książkę. Oprócz wielkiego nazwiska Znanego Pisarza, które powinno magnetyzować czytelników obeznanych z trendami i (mniejszymi) nazwisko Tego Drugiego, zapewne jakiegoś biednego debiutanta, który ma spore trudności z wybiciem się w książkowym rynku, a może jakiś znajomy pisarza. Zupełnie na dole, pod tytułem, napisanym prostą czcionką, mamy jedyną ozdobę graficzną – wygięte dziewczęce ciało w czarnym bikini, tkwiące w jakiejś wodopodbnej cieczy. Ciało nie ma jakichkolwiek oznak brutalnego mordu, wręcz przeciwnie – jest gładkie, opalone, jędrne i w dodatku szczupłe – później narzekają, że tyle młodych dziewczyn ma anoreksję – co razem tworzy, prawdopodobnie, ciało supermodelki Kim. Wszystko razem wygląda jak okładka powieści erotycznej wydanej w podrzędnym wydawnictwie i jak zaprzeczenie okładki powieści kryminalnej, bo jakiegoś ponurego klimatu nie ma nawet brązowe tło. Tak, jak wiem, zachlapane krwią okładki, wszelkie noże, żyletki, pistolety, ręki i karty do gry są już tak ograne, że na nie narzekałabym również, ale co ma kwiatek do kożucha? Morderca z tej powieści zabił nie tylko kobiety w bikini, a sam strój plażowy nie był czymś szczególnym, żadnym motywem ważnym dla fabuły. Dlatego sam tytuł – a ten został przetłumaczony z języka angielskiego dosłownie i jak najbardziej poprawnie – z większością książki nie ma nic wspólnego. Tak samo jak ostrzeżenie, wypisane na dole okładki małymi literami, bo teren polowań pschopaty obejmował nie tylko hawajskie plaże. Zamiast iść na plażę, by po prostu czytać książki w innym miejscu, będę się bać czytać inne powieści tego Autora. Choćby dlatego, że jeśli kryminał z okładki przypomina książkę po pięć złotych na wyprzedażach, albo powieść erotyczno-obyczajową dla niewybrednych.

Mam nieodparte wrażenie, że Ben Hawkins, główna postać tej wybitnej powieści, jest książkowym alter ego Autora, chociaż w jakiejś części, ale niewykluczone, że się mylę. Dość spory kawałek fabuły to użalanie się bohatera nad sobą, jak bardzo pokrzywdzony jest przez okrutny los, który skazał go na marną pracę w czasopiśmie, a jego talent na płodzenie krótkich reportażyków. Jaka wielka szkoda! Przecież, jak wydaje się mordercy, wcześniejsze powieści dorównują Milczeniu Owiec, a nawet ją przewyższają. Zresztą Bena bezpardonowo wykorzystują wszyscy: i gliniarz, z którym pracował, i morderca, i jego wcześniejszy pracodawca, i wydawca jego książek… Co za ofiara! Nie dziwię się, skoro całe życia spędza na użalaniu się lub myśleniu o swojej pięknej dziewczynie Amandzie, zdecydowanie bardziej męskiej od niego. Może po prostu wybitni pisarze tak mają? Być może, ale Autorzy nie potrafili stworzyć wiarygodnej postaci, gubiąc granicę między wielowarstwową, ciekawą postacią a istotą o niezbyt ustalonym charakterze, z nawpychania do jego postaci zbyt wielu cech, w większości irytujących, źle dobranych do charakteru książki. Zresztą, gdyby Ben został wykreowany ciekawie, z polotem, a resztę zostawiono tak, jak jest teraz, powieść byłaby kompletą ruiną, bo przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni. Teraz, kiedy Ben jest irytującym, ciapowatym mydłkiem, niezdolnym do odczuwania jakiś głębszych, bardziej skomplikowanych uczuć, staje się kamieniem pociąganym książkę na najgłębsze dno.

Postać psychopatycznego mordercy, zabójcy mnóstwa postaci w powieści, nie zachwyca – wręcz przeciwnie. Chcąc stworzyć dobrą postać, Autorzy postawili na ilość, ale nie jakość, co poskutkowało nijaką, boleśnie płaską, nudą i źle skonstruowaną postacią, która, zamiast fascynować swoim okrucieństwem, irytuje i śmiertelnie nudzi. Zresztą, ta jego choroba jest ukazana w sposób ściśle podręcznikowy i pokrywa się z tym, co inni mu podobni wyczyniali w innych powieściach, co sprawia, że książka jest bardzo przewidywalna i bez polotu, bez jakiegoś ciekawego pomysłu. Zresztą większość tego, co robi nasz czarny charakter, nie ma logicznego wytłumaczenia, albo pachnie naiwnością rodem z cienkich książeczek dla dzieci, a udaje się mu jedynie dlatego, że egzystuje w pokrzywionym, nierealnym świecie tej powieści. Już nie mówię o uczuciach, bo te ów bohater ma na poziomie człowieka wyprostowanego, homo e, bardziej małpiaka niż człowieka. Powiecie pewnie, że psychopata nie powinien ich mieć, z czym jak najbardziej się zgodzę, tyle że pisarze wymyślili sobie, że będzie je miał, czego jednak dostatecznie realistycznie tego nie umotywowali. Samo deklarowanie w powieści, że ktoś coś tam czuł, nie wystarczy – moim zdaniem czytelnik powinien czuć to, co bohater i rozumieć go doskonale, nawet jeśli jest nim morderca albo psychopata pragnący władzy nad światem. Wiem, że to bardzo trudna sztuka, ale każdy, kto jej dokona, moim zdaniem zdaje test na mistrza cechu pisarzy. Tutaj niestety, hmm, tutaj tak nie jest.

Pozostałe postacie są ledwo naszkicowane, porozkładane według prostego, ale irytującego mnie schematu, skrajnie dobre lub skrajnie złe. Więcej cech nie mają, a także nie zamierzają mieć, bo przecież jakiś szczególik popsułby kryształowy wizerunek rodziców Kim, samej Kim, albo pokazałby, że któryś z Podglądaczy ma ludzkie cechy i interesuje ich coś innego niż zbijanie kasy i oglądanie filmów, na których ów psychopatyczny morderca w wyrafinowany sposób zabija różne piękne dziewczyny. Nie mają jakiś cech osobistych, które odróżniałaby ich od innych, są tak schematyczne jak dobre wróżki i źli czarnoksiężnicy z bajek, których imiona po kilku latach zacierają się, mylą z innymi, a w których powody postępowania Autorzy wolą się nie wgłębiać, poprzestając na walce dobra z złem. A ponieważ nie jest to opowieść, w której czarnoksiężnicy noszą czarne szaty, a mordercy mają odrażający wygląd, nic nam nie każe bać się tych złych. Dlatego też drugo – i trzecio- planowe postacie z powieści wywołały tylko mój zgryźliwy uśmieszek, minę zarezerwowaną dla sytuacji, w których coś jest tak złego albo głupiego, że nie aż nienadającego się do narzekania na to.

Język powieści jest prosty. A właściwie prostacki. Ma łopatologiczną konstrukcję właściwą debiutantom, którzy, po roku niezbyt intensywnych ćwiczeń, uparli się, że napiszą całą powieść, bo ich styl jest taki wspaniały.  Nie ma harmonii, nie ma żadnego wyczuwalnego rytmu, za to częste mielizny i karkołomne konstrukcje zgrzytające niczym drapanie długimi paznokciami o tablicę na kredę. Ktokolwiek tworzył tekst powieści, nie miał bogatego słownictwa, a ponieważ sądził że ma, starał się nim opisać bardzo trudne, skomplikowane sprawy nawet dla pisarzy doświadczonych i bardziej utalentowanych, jak sceny erotyczne. Tu, ograniczone do niezbędnego minimum, i tak brzmią bardzo prostacko, o krok od medycznej pornografii, ale nie tylko to – opisy morderstw, które, zgodnie z przybraną konwencją, powinny być wyrafinowane również językowo, by stworzyć odpowiednio wyrafinowany, a przez to mroczny klimat, jaki starał się stworzyć w swoich filmach. Dialogi są również sztuczne, tak sztuczne, jak tylko mogą książkowe dialogi być; kiepskie rozmowy cyborgów, albo beznadziejnych aktorów, z trudem i naśladujące ludzkie rozmowy, nie mówię o tym, że są strasznie bezpłciowe i wzute ze wszystkich emocji, jakie można przekazać. Nawet, rzecz dziwna, przekleństwa nie nadają kwestiom wypowiadanym przez bohaterów, nawet odrobiny życia ani rysu prawdziwości. A żeby tak było, to trzeba mieć naprawdę wielki talent do pisania. Bo nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale trzeba mieć talent, żeby pisać źle. Serio. Nawet to nie jest tak łatwe, jak się niektórym wydaje.

Na początku, kiedy czytałam opis na okładce, miałam nadzieję, że Autorzy nie zmarnują tak ciekawie przedstawionych zarysów fabuły. Opowiedzenie historii kryminalnej w inny sposób niż inni też jest wyzwaniem, a na zdradzenie czytelnikowi kto jest mordercą już zaraz na początku, to krok niewątpliwie bardzo odważny i ryzykowny, zarezerwowany dla najlepszych. Jednak po pierwszych pięćdziesięciu stronach byłam już pewna, że wszystko wzięło w łeb, albo samo się zabiło. Wszystko jest przewidywalne, nie ma miejsca na żadną, nawet najmniejszą niespodziankę, a to co powinno nas interesować, wydaje się nieciekawe, nie warte uwagi. Nic nie splata się ze sobą w sposób zaskakujący, żaden wątek nie kończy się ciekawie. Mam dziwne wrażenie, że Autorzy właściwie zaczynali z szczątkami, kawałkami pomysłu, które powinny zostać obrobione, a nie zostały – czy dlatego, że któryś z pisarzy chciał napisać książkę jak najszybciej, czy powodem jest kompletny brak pomysłu, czy też przekonanie o własnej genialności. Nie wiem, ciężko jest cokolwiek powiedzieć, w każdym razie powieść nie opowiada o niczym konkretnym, a fabuła nie układa się w jakąś zaskakującą, ciekawą całość. Już o oryginalności nie mówię, bo mimo wysiłków obu pisarzy, zapewne tak intensywnych, że aż pot ciekł im z czoła. Ponadto fabuła bywała w większej części nielogiczna, niespójna, z tendencjami do wpadania w mielizny i niepotrzebne, niezwykle nużące dłużyzny, których brak skróciłyby powieść o  jakąś jedną drugą, no, może trochę mniej.

Jak już pisałam wyżej, pomysł nie grzeszy oryginalnością, choć to jest akurat jedną wielką zmarnowaną szansą. Czasami pisarze starali się być nadmiernie inteligentni, pomysłowi, kreatywni, rzucać powiedzonkami i mądrymi, głębokimi myślami filozoficznymi, a może nawet plastycznie ukazać nam zawiłości charakteru mordercy-psychopaty. Jednak dzięki postaciom, fabule, a przede wszystkim językowi – nie mówiąc o talentach Autorów, bo przecież nie można kogoś obrażać w nieskończoność – pomysł przestał być ciekawy, przeistaczając się głównie w wypełniacz i jakiś kurtuazyjny powód dla bezsensownej fabuły. Cóż, przyznam, czasami zastanawiałam się, co właściwie czytam i dlaczego. Ani ciekawe, ani fascynujące, ani błyskotliwe. Ludzie, może zamiast pisarzami powinniście zostać ekologami? W sensie, tymi specami od ochrony środowiska? Przynajmniej zamartwialibyście się los drzewek, które przez, między innymi, tę powieść zostały tak nikczemnie wykorzystane. Chcecie nosić maski tlenowe? A czym, dzięki tym waszym arcydziełom, ludzie będą oddychali, co?

Powieść pisało dwóch pisarzy, a raczej trzech, bo wszystko jest stylizowane na książkę, którą w finale Ben Hawkins wydał i na której zrobił furorę, jak się w chwali w Posłowiu swojego arcydzieła. Co prawda, książka jest jednolita, tak jakby jeden – albo dwóch – było na doczepkę, kąpało się w chwale tego jednego. Tyle, że nie wiem, który z nich jest tym głównym, mózgiem tego wszystkiego. Hm, zapewne ten, którego imię i nazwisko pyszni się na okładce największą czcionką, jaką można było tylko wymyślić, która sprawia, że wszystko na okładce jest mniejsze. Magia nazwiska? Czar imienia? Sława niczym blask jupiterów, oślepiająca przyszłego czytelnika? Jakieś międzynawowe bestsellery, albo przynajmniej napis na okładce jednej z książek, podrabiany czy nie, oświadczający wszystkim szaraczkom, że to bestseller New York Times? A ten drugi? Pisarska chudzina, gryzipiórek w moim stylu, chcący zaznać trochę prawdziwego, jak to mówią poczciwe gimbusiaki, fejmu? Nie wiem, może się nigdy nie dowiem, jednak tak czy inaczej mam wrażenie, że przysłowie o mnóstwie kucharek i braku jedzenia sprawdza się zawsze i wszędzie – bo jeśli dwóm pisarzom i temu wymyślonemu uda się coś wypichcić, to jedynie coś mało jadalnego.

Tytuł: „Bikini”
Autor: James Patterson, Maxine Patreo

Moja ocena: 0,5/10

sobota, 25 października 2014

Aj łona bi sori, bat ajm rili nat. Recenzja książki

Każdy człowiek ma marzenia, prawda? Czasami takie dziwne i nienormalne jak moje, żeby w pokoju były tylko same książki no i jeszcze jakiś tapczan, żeby je czytać czy inne, na przykład te o... E tam, nieważne. Albo takie nieprawdopodobne jak napisanie wydanie własnej książki, a potem sfilmowanie jej w Hollywoodzie albo przez Petera Jacksona. Albo te trywialne – o, na przykład dzisiaj moim marzeniem jest to, żeby pani od matematyki nie zrobiła kartkówki z prac domowych (!), albo żebym nie musiała iść do Kochanej Szkoły nawet na jedną lekcję. Każdy człowiek ma jakieś marzenia. Dotyczą one najczęściej miłości drugiej osoby, najczęściej płci przeciwnej, albo tej samej, nieważne. W każdym razie o czymś w odcieniu Romea i Julii, ale raczej z happy endem. W moim wieku (chociaż czuję się już stara) większość dziewczyn marzy jeszcze o ślubnej sukni z kilometrowym welonem, co jeszcze, jeślibyśmy mieszkały w odległych wiekach, byłoby jednym z tych marzeń, co na pewno się spełnią. Jednak teraz wszystko jest coraz bardziej skomplikowane – kobiety wyzwoliły się spod panowania mężczyzn, a i oni coraz częściej są żabami, co się za księcia przebierają i taka jest smutna prawda. Bo jak nie jest uzależniony od TV albo gier komputerowych, to w pewnym momencie życia zaczyna dostrzegać wdzięki innych kobiet, a jak nie to, to ma czasochłonną tudzież niebezpieczną pracę, o której wciąż gada, a jeśli żadne z powyższych, to jest brzydki i pryszczaty. Niestety! Ciężko jest się pogodzić, że Aragorn, pan Dracy, Romeo i inni, do których wzdychamy, nie chodzą po ulicach nawet Los Angeles. Lajf is brutal, drodzy panie i panowie.

No ale od czego w tym razie jest literatura? Przenosimy się tam, gdzie chcemy, poznajemy, co chcemy, przeżywamy płomienne romanse albo, jak to woli, uczestniczymy w autopsji zwłok jakiegoś człowieka, któremu bezlitosny morderca zdał za życia wielki ból. Jak kto woli. Albo, tak jak ja, bierzemy wszystko w jednym worku, żeby jak najwięcej zobaczyć. Poczuć. Bo może w realnym świecie, kto wie, od czego jednak Bóg uchowaj, nigdy tego nie doświadczę. A zresztą uwielbiam silne emocje, jak każdy chyba artysta i osoba nadwrażliwa i wiadomo, że w książkach jest ich pełno. Marzenia mają to do siebie, że nie wszystkie się spełniają, więc piszemy o nich w książkach, upodobniając siebie do postaci z naszych powieści i w chociaż pośredni sposób spełniamy swoje pragnienia. I nie ma w tym nic złego.

Gorzej jest, kiedy między naszym Marzeniem a rzeczywistością w powieści nie ma równowagi, czyli wszystko jest zbyt idealne, by mogło istnieć, a świat jest zbyt idealny. Wtedy nasze Marzenie sprawia, że większość ludzi, którzy w jakichś tam sposób są związani w prawdziwym, realnym światem, uśmiechają się ironicznie i mają wrażenie, kiedy czytają nasze wypociny, że czytają durną baśń, bo nawet te muszą tak napisane, by nie było zbyt naiwnie. I to właśnie jest największym minusem tej książki – dziecinna wręcz naiwność. Ale co ja wypisuję! Przecież jeszcze nie przedstawiłam fabuły, co, na szczęście, nie zajmie dużo czasu, a później przejdziemy do szczegółowego uzasadnienia, dlaczego ta książka nie ma żadnych zalet, a za to mnóstwo wad. Już się nie mogę doczekać!

Patrycja jest weterynarzem i nie ma faceta, tylko wiedźmowatą mamuśkę pracującą w sądzie czy w czymś w tym rodzaju oraz malutką kawalerkę. Zaczytuje się, w, dla mnie, kiczowatych powieściach fantasy (czytaj: paranormal romance z najniższej półki i wypocinach Autorki tej książki, znanych szerzej jako Gra o Ferrin i następne części, przy których nawet Zmierzch to największe arcydzieło ludzkości) i marzy o jakimś facecie, roboczo zwanym Amrem, do którego wysyła listy. Innych marzeń nie ma, więc żeby spełnić to, wybiera się na sabat czarownic, na którym ma wizję domku i księcia. Oh, oh, oh! Umieramy z romantyzmu, prawda? Jedziemy w każdym razie dalej. W końcu nasza bohaterka znajduje domek, zamieszkuje w nim, jednak jej ukochana mamusia zaczyna mieć wąty, że nie mieszka niedaleko niej i nie może jej kontrolować (to bowiem jedna z mamuś, które lubią kontrolować swoje dzieci, nawet leżąc w grobie) i... posuwa się do Niecnego Podstępu. Wynajmuje playboya i jego przyjaciela, który swoją drogą jest kolegą Patrycji z kliniki, by ten uwiódł ją i przywabił do Warszawy. Jednak nie wszystko się udaje – w Poczekajce, bo tak nazywa się wioska, w której mieszka nasza bohaterka, mieszka ktoś, kogo ów uwodziciel nie lubi, a łączą ich jakieś straszne rzeczy z przeszłości i jedna chora psychicznie dziewczyna. Co z tego będzie? Kto okaże się księciem, a kto – żabą? I wreszcie, pytanie warte życia: czy Patrycja znajdzie sobie kogoś?

Już jak pisałam wcześniej, książka, niestety, nie ma żadnych zalet. Choćbym nie miała spać całą noc i tylko myśleć, rozpatrując słowo po słowie, i tak nic bym nie znalazła. Może jeszcze więcej wad. Starałam się, słowo honoru, ale do moich zalet należy szczerość, a do wad szczerość. Źle bym się czuła, kiedy zmyśliłabym tu coś, chociaż w jednej rzeczy słodząc Autorce. Cóż. W każdym razie (czujecie ten pośpiech do rozpisywania się wadach tej książki?), jak to śpiewała nasza polska Margaret w swojej najsłynniejszej piosence (tym razem zapiszę poprawnie, bo to nie jest tego typu żart) I wanna be sorry, but I'm really not. Wiem, jak czuje się zjechany przez recenzenta pisarz, ale nie jest mi przykro. Nie tym razem.

Najważniejszą wadą jest właśnie – również przeze mnie wspomniana - straszliwa naiwność i uproszczenie, co uprościć się da, czyli wszystkiego. Nie, żeby to było płaskie, bo to jeszcze pół biedy, to jest po prostu zupełnie niezgodne z jakimikolwiek realiami na tej plancie, nawet jeśli miałby być to świat równoległy, wymyślony przez Autorkę. To przecież zbitka najgorszych z możliwych stereotypów, uogólnień i nierealnych nigdzie marzeń (nawet na tych ufoludkowych planetach). Naiwność dotycząca łatwości zdobycia pracy, leczenia zwierząt, a właśnie nieleczenia ich, czarownic, wsi wyglądających nie tylko na wieś za czasów głębokiego PRL-u, ale na uproszczanie wsi z głębokiego PRL-u. A rozumiem, że to jest XXI wiek, kiedy nawet na wsi mają komputery, a warszawiacy są bardzo miło przyjmowani przez miejscowych. Skąd to wiem? Cóż, mam rodzinę na wsi, na Mazurach, i dodam, że mają kino domowe, za którym moja kuzynka z Łodzi dopiero się rozgląda, a ciocia przyjaźni się wieloma osobami z Warszawy i nie tylko, którzy mają tam swoje domki letniskowe i często zapraszają nas na swoje działki. A wieś, o której mówię, jest otoczona ze wszystkich stron lasami. Różnice między wsią a miastem tak bardzo się zatarły, że to, o czym pisze Autorka, jest doprawdy śmieszne. Nie mówię już o zwierzętach z ZOO, w którym pracuje Patrycja, bo przecież Autorka, która jest weterynarzem (!) powinna wiedzieć, że gdyby w prawdziwym ZOO, w prawdziwym świecie, albo w książce, która w jakiś sposób naśladuje rzeczywistość, dawno zostałaby wywalona. Jak jej koleżanka Agata, ta od straszenia wężami ludzi w przychodni weterynaryjnej w oczekiwaniu na rentgen. Przecież, tak sobie teraz myślę, w ZOO powinni mieć RTG, a jak nie, to przecież dla nich, szczególnie kiedy mają jakieś niebezpieczne zwierzęta, powinni wpuszczać ich innym wejściem czy coś w tym rodzaju. Zresztą w żadnym normalnym ZOO nie trzyma się siedemdziesięciu iluś korb czy innych wężów w jednym terrarium, wymachuje wężami, przekarmia żółwie, aż zdychają i wyrabia takie inne akcje. Pomijając brak mózgu u dyrektora (o tym powiemy sobie w innym miejscu), w świecie pisarki wyraźnie brakuje Sanepidu, Greenpeace i ekologów, którzy zapewne pierwsi dobraliby się do Patrysinego ZOO. Hm. Poważna wyrwa, nie opisać ludzi od jaszczurek pod autostradami, gdy się chce pisać o zwierzętach. Już sprawę oszalałej Janki taktownie przemilczę, że pozwolicie. Przynajmniej w tym akapicie. Nie wspomnę, że jej choroba jest tak stereotypowa, że śmiać się chce. Czy pani Autorka wie, że nie wszystkie choroby psychiczne objawiają się w ten sposób? Po doznanym urazie Janka nie powinna, co najmniej, chodzić, nie mówiąc o skomplikowanych czynnościach. Nie wspominając o – mimo obłędu – ogólnej wiedzy o tym, co dzieje się wokół, czego takie osoby, z reguły, nie mają, najczęściej są bowiem dotknięte amnezją i mają objawy schizofrenii, a czasami nawet schizofrenię i inne paskudztwa. Janka na pewno nie byłaby w stanie dowiedzieć się, jakie działanie ma rozrzedzająca krew trutka na szczury, która powoduje krwotoki. I jeszcze włożyć w kiełbasę. A może tak trochę realizmu? Jakaś, nawet popularnonaukowa książka o neurologii i jej powiązaniach z psychiatrią? Dobry pisarz dba o wszystkie szczegóły.

Zresztą, czy to nie dziwne, że Janka podpaliła się akurat wtedy, kiedy jej mąż odbył stosunek płciowy z Patrysią. Zresztą samo to wyglądało tak dziwnie i śmiesznie, że nieomal się zakrztusiłam ze śmiechu. Niejedna pani od harlequinów pozazdrościłaby naszej pisarce tego, co tu napisała, naprawdę.

Najgorsze, że Autorka przedstawia fabułę w konwencji komedii, sugerując czytelnikom, że Patrycja jest zdrowa na umyśle i po prostu pozytywnie zakręcona. I człowiek ma się śmiać. Aha. Kto by pomyślał. Mnie się po prostu chciało płakać, bo było to dość, lekko mówiąc, żenujące. Dziewczyna czyszcząca krowę dziką, nienormalną krowę pachnącym, truskawkowym szamponem. Hanka. Wyżej wspomniane ZOO Gra o dziewczynę (Gra o Ferrin! Gra o Tron!, chociaż nie powinnam wspominać zacnej serii Martina w takim miejscu) zakrawa na jakiś kryminał, a to, że ów Gabriel mieszkał dokładnie tam, gdzie mieszkała Patrycja, a Łukasz był właśnie tym playboyem, który z tą, a nie inną wsią był związany. Nie wspominając o listach Patrycji... Nieważne, bo zaczynam się rozpisywać, w każdym razie tą wszystko: naiwność, uproszczenia, stereotypy i inne rzeczy, które wywołują u mnie tylko uśmiech politowania, połączone z fatalnym warsztatem pisarskim, sprawia, że książka jest faktycznie śmieszna, ale w tym bardzo, ale to bardzo negatywnym znaczeniu. To, co miało być śmieszne – jest żałosne. To, co miało być dramatyczne – jest sztampowe jak serduszka na papierze toaletowym (stosunek Gabriela z Patrycją, he, he, he). To, co miało być mroczne – jest mrokiem rodem z blogów nastolatek, które śnią się oceniającym w najgorszych koszmarach. To, co miało być poważne – wygląda na również żałosne. To, co miało być tajemnicze – jest tak przewidywalne, jak ilość naszych palców u rąk. A to, co miało być bajkowe – najzwyczajniej w świecie jest głupie. Książka katastrofa, jak widzicie.

Bohaterowie? Hm? Są? Naprawdę? No tak. Patrysia, ksiądz Plama, Artur, Łukasz... Nie chce mi się dalej wymieniać, chociaż nie jest dużo. Za to dwóch jest gangsterami zajmującymi się rozprowadzaniem dragów na wiejskich dyskotekach (serio?)... przepraszam, gangsterami mającymi uwieść Patrysię i porwać ją do miasta, gdzie na rozszarpanie swojej córki czeka jej matka. Jest mhroczny książę, który rozwalił głowę swojej narzeczonej, za to, że poszła do łóżka z jego najlepszym kumplem po pigułkach gwałtu. Policja, mówiąc nawiasem, nie zainteresowała się tym, dziwne. Mamy księdza, który leczy żyrafę chorą na serce ziołami i który przywalił Patrysi sekatorem i Hankę pustą gorzej od nastolatek z reality show z MTV. Jest Janka, która z niewiadomych powodów podpaliła sama siebie i, o zgrozo!, mimo swojej choroby psychicznej otruła psa (więcej o tym piszę wyżej). Jest jeszcze Patrysia, pisarka kiczowatych powieści fantasy, które w rzeczy samej napisała sama pisarka (i które nazywają się Gra o Ferrin) i pani weterynarz, która zna się tak na weterynarii, jak ja na fizyce kwantowej, czyli wcale, a przecież nikt ją nie wyrzuca, wręcz przeciwnie. Patrysia jest bardzo napalona na mrocznego księcia i to w takim stopniu, że postanawia wybrać się na sabat, uprzednio ukradłszy miotłę. A kiedy odbierają jej Chatkę, podcina sobie żyły i trafia do psychiatryka. Przecież nie ma szansy na czarnego księcia na czarnym koniu! Aaa, zaraz potnę się jak gotka, która nie widzi sensu w życiu, jak emo, różową żyletką, aaa, już nigdy nie zdejmie białej sukienki ze mnie, aaa, zdejmą mi z dachu bronę, która przyciąga szczęście i pioruny (?!?). W końcu przechodzi magiczną próbę i dostaje tego, kogo chciała – swojego kochasia. Mrrr. Przez karty przewija się kilka miejscowych postaci, niczym PRL-owskich duchów z jakiegoś kiepskiego filmu o tym, jaka ta socjalistyczna wieś jest piękna, z nieodłącznymi dyskotekami wsiowymi, niczym w XX wieku. Wstrząsa mną histeryczny śmiech, jednak podszyty współczuciem i zdziwieniem, że ktoś coś takiego może nazywać postaciami.

Autorka na obwolucie książki i w wywiadzie w EMPiKu wspomina o tym, że w liceum była uważana przez panią od polskiego za grafomankę. Hm, nie chcę mówić, bo moim celem nie jest obrażenie pisarki, ale moim myszowatym, skromnym zdaniem ta pani miała rację. Są ludzie, którzy nie powinni brać się za pewne zawody, tak jak nie powinnam zostać fizykiem albo matematykiem. Niektórych rzeczy niektórzy ludzie po prostu nie mogą robić, bo to przekracza ich możliwości, tak jak moje przerasta – na przykład – wejście do prosektorium i cięcie trupów, dlatego nie wybieram się na medycynę, chociaż tego żałuję. Tak samo jak Autorka tej książki – nie powinna tego robić, choć sobie wyobrażam, jak bardzo musi to robić. Po prostu, myślę, musi być bardziej empatyczna, mniej egoistyczna i zrozumieć, że większość ludzi rozmiłowanych w słowie pisanym, słowie, co coś znaczy i układa się niemal w melodię, będzie cierpieć, tak, jak ja. Może już nigdy nie przeczytam żadnej książki tej pisarki, a być może przeczytam – bo masochistką jestem i z radością mieszam kolejne tomy z błotkiem, ale przykro mi jest, że takie książki w ogóle powstają i są przyjmowane do wydawnictw (jeśli chodzi o ten niezwykły przypadek, zapewne każdy doświadczony Polak wie, jakim sposobem owa pisarka doszła do takiej popularności i wydawnictw). Przecież ta książka jest napisana źle, infantylnie, nic się do niczego nie klei, nie mówiąc już o opisach (Autorka szczyci się jeszcze, że cechuje ją niechęć do opisów, co, jak zapewne wiecie, jest dla mnie zbrodnią przeciw ludzkości) i dialogach, które są beznadziejne, jak, zresztą, wszystko inne. Sam pomysł nie wystarczy, droga pisarko, trzeba mieć wyczulone zmysły pisarza, miłość do słów i wyczucie, że tam, pośród kartek, płynie rytmicznie melodia, stuka serce opowieści, w które trzeba się wczuć, wsłuchać, zrozumieć. Dzięki temu - nie ważne czy to fantasy czy powieść historyczna można napisać coś dobrego. Czytałam więc niechętnie, z przygryzioną wargą niczym bohaterka paranormali i ponurą determinacją kogoś, kto idzie na ważny test, nic się nie ucząc i licząc, ile jeszcze stron tej męki zostało mi do końca. A ponieważ takie rzeczy czyta się szybko, na szczęście, dużo mi te czterysta ileś stron nie zabrało. Na szczęście, bo już myślałam, że więcej nie wytrzymam.

Osobny, wymowny i jakże krótki akapit poświęcam piosenkom śpiewanym przez Patrycję, po angielsku, ale jakoś dziwnie zapisanych. Cytuję: Ląly, mister, ląly, aj hew nołbadi on maj ołn. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to angielski. Postanowiłam pozostawić to bez komentarza, ale przynajmniej wiecie, skąd się wziął taki dziwny tytuł tej recenzji.

Nie wspominam także o paskudnej autopromocji, o tym, że Amre to bohater z Ferrinu, że Patrysia pisze Ferrin, o fragmentach Ferrinu, który pewnie wtedy kiełkował pisarce w głowie, o powtarzalności i wielu innych rzeczach. Nie wspominam. Niech Autorka rozważy je w swoim sumieniu.

I jeszcze ostatnia, ostateczna okazja do poznęcania się nad tą książką – oto okładka. Chatka, a na progu chatki, w zielonej, jedwabnej sukni, z rudymi włosami opadającymi na plecy, siedzi sobie … Autorka. Nie, nie, ona chyba nie jest Patrycją, ale, uwaga, Bereniką. Autorka jako czarownica. Naprawdę, ciekawe marzenie. Plusem jest to, że nie ma tam pary jak na rasowych harlequinach, ale to … czy ja wiem? Wygląda dla mnie zbyt romansowo, zbyt słodko. Nie mogliby sfotografować jednej z polskich dróg, ozdobionych niezwykłym wzorem dziur? Albo drogi wiejskiej, z chatką na końcu. To byłoby ciekawe, znacznie ciekawsze niż takie jawne reklamowanie pisarki. A może się czepiam? Może kobiety, które lubią sobie pomarzyć o nocy z czarnym księciem na czarnym koniu, lubią takie okładki? Ja tam nie spojrzałabym na taką książkę, a okładka wydaje mi się kiczowata, ale może dlatego, że całe swoje towarzyskie życie spędzam z kuzynami i kolegami, z którymi rozmawiam o metalu, fantasy i historii. W każdym razie z rozkoszą zauważam, że opis Autorki jest bardzo śmieszny i nawet dzieci by się dziwiły, dlaczego ta pani pisze o sobie takie rzeczy (zaglądnąwszy na oficjalnego bloga pisarki, dowiedziałam się, że zrobiła filmik do Union (Slopes of St. Benedict) jakich pośród fanów Sabaton dużo, a fotografie są tylko amatorskie).

Nie chciałam pani Autorki zranić, szczególnie, z tego, co wiem, jest bardzo delikatną osobą, która nie znosi krytyki, chociaż, w sumie, nie jest mi jej żal. Jednak z drugiej strony to już druga recenzja (pierwsza była Katarzyna Berenika Miszczuk i jej debiutancki Wilk), kiedy nawet ocena 0,5/10 jest zbyt wysoka. Ja tylko wytykam błędy, pastwię się nad książką, bo bardzo bym chciała, żeby wszystko, co czytam, jakakolwiek książka, jaką dotknę, była bardzo dobra. To moje nierealne marzenie. Jestem hejterem, mam gorącą, słowiańską krew i to wszystko dlatego. Ale nie przepraszam za tę recenzję, takie jest moje zdanie. Może kiedyś, kiedy pisarka napisze coś lepszego, kto wie. Na razie wstawiam taką ocenę, jaką wstawiam i kończę wreszcie swoją radosną twórczość, wybierając się na poszukiwania czegoś nowego do krytykowania.

Tytuł: „Poczekajka”
Autor: Katarzyna Michalak
Moja ocena: 0/10 

czwartek, 9 października 2014

Ułamek sekundy ze skalpelem. Recenzja książki

Czytam wiele książek, czasami kilka dziennie, jeśli są wakacje. Ebooki, wydania papierowe. Pożyczam od chrzestnej, ciotki, rzadziej od koleżanek (one myślą, że zjadam książki), poluję na Allegro, na wyprzedażach, w Empiku. Nie mogę przeżyć dnia bez dotyku książki, bez przeczytania chociaż kilku linijek. Nie pamiętam wielu książek, które czytałam, a zrecenzowanie wszystkich ich jest niesamowicie trudne. No w końcu mój staż jest bardzo długi: namiętnie czytam od szóstego roku życia. Teraz czytam bardzo szybko i bardzo dużo. To jest mój jedyny, najdoskonalszy świat.

Widzę powiązania między różnymi książkami. Widzę wątki, motywy, które się powtarzają. Znam kilkaset wariantów tej samej historii – na przykład morderstwa. Bo przecież na tym bazują kryminały, a ich jest wiele, bardzo wiele. Mnóstwo. Całe stosy, wystarczająco dużo, żeby zrobić z tego bibliotekę. Dlatego pewne rzeczy mogą się powtarzać, niestety. Czytamy jakąś książkę i wiemy, co będzie dalej. Dlaczego? Otóż owa historia niewiele różni się od tej, którą czytaliśmy kiedyś.... albo jakiś czas temu. Są jakieś szczegóły, które różnią fabuły różnych Autorów, bo w końcu każdy ma inny pogląd na świat (prawda?) ale ogólnie jest bardzo, bardzo podobnie. Często mi się tak zdarza, wręcz w nawale współczesnej i nie tylko literatury trudno znaleźć już coś oryginalnego albo świeżego. Czasami, co jest już skandalem, fabuły są dokładnie małpowane, czasami nawet nie świadomie, bo tematy są popularne, a czasami przychodzą do głowy pisarzowi, który nie wie, że ktoś inny pisał na ten temat.

Tak jest z najnowszą książką Autorki thrillerów medycznych, do której twórczości zaczęłam się przekonywać zupełnie niedawno, kiedy przeczytałam jedną z najnowszych książek, rzecz bardzo dobrą. Ponieważ owa książka była w środku serii, chciałam zobaczyć, co było przed i sięgnęłam po następną książkę, również pożyczoną od chrzestnej. I... no cóż. Bardzo przypominało mi inną serię, również bardzo dobrą i również pisarki z Ameryki, której jedna część była prawie taka sama, przynajmniej w najważniejszych aspektach.

Jane Rizzoli ma twardy orzech do zgryzienia. Otóż śledztwo, które teraz rozpoczyna, roztacza przed nią całą falę straszliwych wspomnień – sposób, w jaki zabito doktora Veagera (jego żonę, Gail, uprowadzono, by później znaleźć trupa w momencie dość zaawansowanego rozkładu w lasku, na granicach miasta) wskazuje na jej koszmar, na Warrena Hoyota, który siedzi w najlepiej strzeżonym więzieniu. Człowiek ten ma obsesję na punkcie patrzenia na ofiary, dominowania nad nimi, słuchania ich krzyku, napawania się ich bólem, a ponadto ma obsesję na punkcie krwi, ponieważ kiedyś był analitykiem. Kocha jej konsystencję, zapach, smak, kolor, uwielbia na nią patrzyć, nurzać się w niej. Dlatego dla niego najbardziej podniecającą rzeczą nie są narządy rozrodcze, jak by można było przypuszczać, ale ... szyja. Tak, szyja, gdzie mamy tętnicę i żyłę szyjną, gdzie wyczuwa się puls. Tam jest najwięcej krwi: tej żylnej, ciemnej i tej tętniczej, jasnej i jedwabistej. Można by powiedzieć: Wampir! Człowiek ten sprytnie ucieka z więzienia, zabijając przy tym trzy osoby skalpelem. I wychodzi na miasto, by razem ze swoim wspólnikiem, nekrofilem (nie powiem, co to jest, jak ktoś nie wie, to ciocia Wikipedia powie) i fanem demonstracji swojej dominacji, by zabijać. Mają tylko jeden cel: wyniszczoną psychicznie Jane Rizzoli, z bliznami na rękach od wiercenia w nich skalpelem – pamiątce po Hoyocie. Tymczasem ona nie marnuje czasu - prowadzi śledztwo, dość ślamazarne. I jeszcze ten głupi, tajemniczy i przystojny agent FBI, Gabriel Dean, któremu już raz po ciemku groziła pistoletem. Wie, że kiedyś ją dopadnie, ale kiedy tak się staje, sprawy przybierają niespodziewany obrót i to ostatecznie zwycięża Rizzoli, jednak Hoyot żyje dalej i dalej fantazjuje na tematy związane z szyjami kobiet i krwią.

Od razu nasuwa mi się wyraźny związek tej książki z powieścią innej amerykańskiej pisarki, Alex Kavy. Tam też mamy niesamowicie podobną sytuację. Morderca nazywa się Albert Stucky, podniecenie dla niego do krzyk kobiet, którym odcina niektóre części ciała, uciekł z więzienia. Zwabił Maggie, główną bohaterkę tamtej książki, do magazynu by patrzyła, jak zabija kolejne kobiety, wyniszcza ją psychicznie. Ucieka z więzienia, by skończyć raz z zastraszoną Maggie, która jest na granicy załamania nerwowego. Ma partnera, którego, nawiasem mówiąc, zakatrupił. I jest wcielonym Złem, takim złem, że nie może by większego. Recenzja tej książki – nazywa się ona „W ułamku sekundy” - gdzieś tutaj jest, tylko bardzo już zakopana. Podobieństw zauważamy wiele: ten sam prawie typ zdobywania przyjemności, chęć wykończenia agentki/policjantki, wyniszczenie nerwowe owej, umieszczenie faceta w najgorszym więzieniu, ucieczka, zakończenie. A także wcześniejsza pułapka. I to bardzo typowe zamienianie domu w fortecę. Obie opowieści różnią się szczegółami: Stucky, by uciec zabił strażników, a Warren uciekł się do podstępu medycznego, ten pierwszy został zabity, drugi żyje, obie panie wyszły z tego cało. Maggie miała partnera w śledztwie, ale Tully to rozwodnik z dorastającą córką Emmą, a agent FBI Dean... Hm, to już pozostawię czytelniczkom, dobrze? Poza tym bohaterka Kavy jest agentką federalsów, a Jane tylko bostońskim gliną. Swoje ofiary Stucky zakopuje w śmietnikach, natomiast połowę ofiar Warrena znajdujemy w domu, połowę w lasku. Albert raczej nie przebiera w wyborach narzędzia zbrodni, zaś ten kocha skalpel. Jest chirurgiem.

Ale wracam i zaczynamy sobie analizować książkę, zaczynając, naturalnie, od plusów.

Postaci mamy świetnie skonstruowane i wyraźnie rozdzielone na pierwszo – i drugoplanowe. Główną bohaterką jest Jane, która chce we wszystkim dorównać kolegom z pracy i w dodatku uważa się za twardziela. W rzeczywistości, głęboko pod tą powłoką, kryje się samotna, przerażona koszmarem, który powrócił dziewczyna. Bezbronna, samotna. Oszukująca siebie - nawet bardzo skutecznie – próbuje sobie wmówić, że jest zdolna prowadzić dalej to śledztwo, że się niczego nie boi, że jest osobą wytrzymałą, niezwykłą i tak dalej i mocno owijająca się w tej skorupie. Postać owa ma w sobie dużo wad i zalet, jest wyrazista, pełnokrwista i sympatyczna, bo tak naprawdę nie trzeba być Gabrielem Deanem, żeby wiedzieć, że pod tą skorupą kryje się bezbronna, przerażona kobieta w dodatku wykończona psychicznie i fizycznie. Ale rozumiemy jej potrzeby i tak naprawdę głęboko jej współczujemy i czujemy do niej pewien rodzaj sympatii i respektu. Gabriel Dean – tutaj tajemniczy, piekielnie spokojny i opanowany agent FBI, były wojskowy, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i rządzenia, wobec tego raczej na początku nie czujemy do niego sympatię. Maury jest tutaj jak na lekarstwo, chociaż mamy o niej kilka ciekawych szczegółów – nazywają ją Królową Trupów, na przykład, ale nie dowiedziałam się niczego więcej. Na dobrą sprawę, nie wiem o niej więcej niż z poprzedniej książki - „Autopsji”. Jest tu także Vince Korsak, przez większą część książki jest po zawale, ale w momentach, kiedy jeszcze jest na chodzie, rzuca swoimi dość nieśmiesznymi żartami i robi za 'nierozgarniętego gliniarza'. Bardzo go lubię, nie jest drętwy, jest sobą i niczego nie udaje. Jest prostolinijny, niemal jak dziecko, jednak gdzieś tam ukrywają się jego rany. Ma żonę lekomankę, nieciekawe życie prywatne i lubić pić (o czym świadczy jego brzuch). Barry'ego Forsta nie doświadczyłam, przewija się gdzieś bardzo w tle i rzadko można go spotkać na kartach książki.

Język jest prosty, właściwie się nie zmienił do czasów, gdy Autorka pisała romansidełka wymieszane nierówno z kryminałami. Lekki, przyjemny, staranny. Pedantyczny. Ale to nie wpływa na jakość książki – wręcz przeciwnie – bardzo przyjemnie czyta się opisy. A są to opisy nie byle jakie, bo opisują nie tylko przeżycia bohaterów i obrazują nam plastycznie miejsca zbrodni ( to prawdziwa uczta dla mnie, przyznaję się!). Wielkim plusem jest też to, że wszystko opisane jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale rozdziały z perspektywy Warrena, dające mu głos i pozwalające na wniknięcie do jego mózgu jak najgłębiej jest rzeczą fascynującą – te jego śmierdzące wampiryzmem historie o krwi, czyli pulsującym w żyłach życiu, którego on kochał ludzi pozbawiać. Mmm..
.
Akcja jest szybka i dużo się dzieje, więc czyta się zapartym tchem. Ledwo się kończy wizyta u ofiary, zaczyna się prawdziwa policyjna akcja, a kiedy to się skończy, uczestniczymy w autopsji czy poznajemy losy ofiary Warrena. Na końcu, niestety, lekko stopuje, ale to tylko dlatego, że zaczyna się wątek romantyczny (tym razem mogę spać spokojnie, bo to delikatny romans umiejętnie wtopiony w mocny kryminał), by zakończyć się gwałtownie i niespodziewanie. Nie ma miejsca na nudę, no, chyba że kogoś straszliwie odrzuca od nawet najmniejszej cząstki romansu, albo ktoś czytał setki podobnych do tej książek i wie, jak to się skończy.

Okładka jest – tak jak poprzedniej książki – bardzo dobra. Minimalistyczna, od razu kojarząca się z thrillerem medycznym: sterylna, biała okładka, tytuł i autor oraz czerwona plamka, jakby krwi, u góry w poziomym, lekko innego koloru kwadracie. Gdyby postawić książek w tłumie krzykliwych okładek przyciągałaby wzrok i od razu sugerowała tematykę. Choć.. Mam pewne obiekcje co do tytułu. Tego angielskiego i polskiego, bo to jedno i to samo. Skalpel był ukochanym narzędziem zabijania Warrena, nie powiem, no ale dużo skalpela tam nie ma. Dwie, trzy wzmianki. Tytułem książki powinno być coś, co jest esencją książki, kluczem do zinterpretowania, podsumowaniem i wskazaniem znaczenia tego, o czym mówi nam powieść. A nie... szczegółem.

Pisarka coraz bardziej mnie zadziwia, choć wykorzystuje czasem przereklamowane tematy i schematy. Każda następna jej książka jest coraz lepsza, czyta się szybciej, płynniej, lepiej, z większą chęcią. Szybciej. Podejmuje czasem kontrowersyjne tematy, pokazuje, do czego może dojść umysł psychopatycznego mordercy. I tutaj pojawia się minus, za który, postępując zgodnie z moją tradycją, nie odejmę punktów. Co to? Oczywiście, czyta się błyskawicznie, w ułamku sekundy dosłownie. I jak tamtą powieść Alex Kavy przeczytałam w ułamku sekundy, tę również, z tą jednak różnicą, że trzymałam w ręku śmiercionośny skalpel...

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Skalpel”
Moja ocena: 6/10 

(recenzja archiwalna) 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Autopsja moich poglądów o Autorce. Recenzja książki

Wszyscy myślą, że Ameryka to najlepszy kraj na tym ludzkim świecie. No wiecie. Wielkie osiągnięcia naukowe, niektórych zdaniem świetna literatura dla młodzieży, McDonald's, szalone zakupy w Nowym Jorku, zapach ton sałaty upchniętej do ogniotrwałego sejfu, wspaniała muzyka wykonawców takich jak Justin Bieber, Rihanna, Michael Jackson czy Madonna (czy, co ja już rozumiem, Evanescence). Tuzin American Express, samoloty, drapacze chmur, Hollywood i Los Angeles, i wiele innych miast, gdzie po ulicach spacerują sobie Woody Allen, Katy Perry, Miley Cyrus, Selena Gomez ,Angelina Jolie, Brad Pitt, Leonardo di Caprio, Kristen Stewart Robert Pattinson,a w sklepie, razem z pieskiem możemy spotkać uśmiechniętą Britney Spears czy sławnych pisarzy – Stephanie Meyer, Jodi Picolut, a może nawet ducha L.M Montgomery, gdybyśmy zajrzeli do Kanady. Tylko mnie, fance programów policyjnych, USA kojarzy się z psychopatycznymi mordercami, mafiami, dealerami narkotyków, prostytucją i atakami terrorystów – w WTC i w Bostonie. Może coś ze mną jest nie tak? A może za piękną fasadą Nowego Jorku kryje się coś mrocznego? Jakieś krętactwa na wysokich szczeblach władzy, gdzieś w Pentagonie, CIA, FBI? A co firmy, które dowożą sprzęt dla wojska? Czy coś tam przypadkiem się nie dzieje?

O tym właśnie opowiada thriller raczej medyczny Autorki, na której prozie wcześniej się rozczarowałam – za dużo było tam romansideł, za mało kryminału. Ale, oczywiście jak to ja, musiałam przeczytać inne. Niedawno, na początku wakacji zauważyłam książkę tej Autorki w całkiem niezłej serii kryminałów. Moją uwagę przyciągnęła okładka oraz opis na skrzydełku i od razu poszłam do chrzestnej i poprosiłam od pożyczenie tego. Kiedy już usiadłam w domu i zagłębiłam się w lekturze tej niedługiej książki, z radością odkryłam, że nie jest to kolejna opowieść o miłości i uciekaniu oraz o zbrodniarzach, którzy nie cofną się przed niczym. Z sadystyczną przyjemnością wgłębiałam się dalej, dalej, popijając słodką, żurawinową herbatkę.

Pewnego dnia lekarz medycyny sądowej, Maura Isles, dokonuje w kostnicy koszmarnego odkrycia – zwłoki, które wyjęto z zatoki, zaczynają się ruszać, choć piękna kobieta jest hipotermii. Jednak kiedy kobieta budzi się w szpitalu, zastrzeliła tajemniczego ochroniarza, który nie był z ochrony szpitala i zgarnia zakładników, między innymi ciężarną detektyw z bostońskiej policji, Jane Rizzoli, która jest w zaawansowanej ciąży i w każdej chwili może urodzić. Olena, bo tak nazywa się dziewczyna i jej partner, Joe, który wydaje ogólnie wydaje się chory na manię prześladowczą (przysłała wciąż do rządu i dziennikarzy różne materiały) giną, a jednak udaje im się powiedzieć parę tajemniczych rzeczy – o czymś, co wydarzyło się w Ashburn i o tajemniczej Mili. Jane i Maura, na różne sposoby, starają się dotrzeć do tajemniczych wydarzeń. Szybko okazuje się, że Ashburn miała miejsce masakra – w pewnym domu, należącym do firmy, która zajmuje się zaopatrzeniem żołnierzy, znaleziono cztery zamordowane kobiety, w tym jedną z palcami połamanymi młotkiem. Jane i jej mąż, agent FBI, Gabriel Dean, dowiadują się, że cztery niezidentyfikowane dziewczęta były prostytutkami z Moskwy, a piąta była burdelmamą (nawet w ciele Oleny znaleziono podskórny środek antykoncepcyjny, co FBI chciało ukryć). Powoli odnajdują nawet tajemniczą Milę, która przypadkiem ocaliła także Jane i jej córkę Reginę. Ale okazuje się też, że nie wszyscy, którzy są po stronie prawdy mówią prawdę, a afera ma swoje źródło u szczytu władz USA …

To już druga książka tej Autorki, w której przedstawia nie psychicznych zabójców, ale afery u szczytu władzy. Wcześniej na pierwszy plan wysuwał się wątek miłosny, a tutaj mamy tylko jego szczątkowe ślady i to w wersji rodzinnej, co zostało zarysowane bardzo sympatycznie. Nie ma także biochemików, zaginionych mężów, próbówek z jakimiś czarnymi ospami czy ich mutacjami, nic z tych rzeczy. Odetchnęłam z ulgą, kiedy fabuła potoczyła się tak, że szansa na wkroczenie w powieść jakiegoś mikrobiologa.

Opisy. Tak! Szczególnie dokładne, autonomicznie precyzyjne opisy autopsji przeprowadzanych przez Maurę. Krew, ściąganie skóry z czaszki, narządy wewnętrzne i te rzeczy. Tutaj nie są potrzebne jakieś wywody na temat koloru słońca, tylko na temat, dajmy na to, koloru wątroby denatki. Dla niektórych ów naturalizm może się wydać szokujący, ale to sprawia, że powieść ryje psychikę i zapada głęboko w pamięć. W końcu my, zwykli przeżuwacze chleba, rzadko mamy okazję na spotkanie z zwłokami, a co dopiero na wyciąganie wątroby, żołądka i tak dalej z umarlaka.

Okładka przyciąga wzrok. Jest biała, co od razu nasuwa skojarzenia z medycyną, a co za tym idzie, z autopsjami. Na zdjęciu, tuż nad napisami przedstawia czyjąś, jak można zobaczyć, żywą twarz owijaną w białe, szerokie bandaże. Nawet głupi Jaś wie, że autopsja to nie zawijanie ciała, ale można się domyślić, że chodzi tutaj tylko o symbol: kobieta, która była przygotowywana była do śmierci, jakimś cudem się od niej uchroniła. Zmartwychwstała, albo nie: obudziła się. I dlatego w tej minimalistycznej okładce jest coś, co przyciąga wzrok. Człowiek patrzy na tytuł i resztę i myśli: kurde, o co chodzi? I od razu chce przeczytać.

Pierwszoplanowi bohaterowie są dość dobrze wykreowanymi postaciami. Maura to osoba ponura, nie znająca nic prócz trupów, dość nieprzystępna, ale profesjonalistka w swojej dziedzinie i, kiedy przychodzi taka potrzeba, gotowa pomóc przyjaciołom i dać swój wkład w śledztwo. Nie poznajemy jej wielu cech, bo, trzeba przyznać, że spotykamy ją najczęściej przy stole, kiedy kroi ludzkie zwłoki. Postacią, którą poznajemy najbardziej jest Jane Rizzoli. Autorka pokazuje nam jej wady i zalety, przez co bostońska policjantka staje się kimś bliskim, pełnokrwistym. Trochę wprawdzie wnerwiło mnie to, że woli służbę policyjną od opiekowania się córeczką, ale myślę, że to jest w pełni ludzkie. Roztacza przed nami jej myśli, obawy, lęki, koszmarne sny i determinację za wszelką cenę. Z jednej strony pokazuje twardość Rizzoli i to, że chce, by mężczyźni traktowali ją jak Kozaka i jak twardego policjanta. Mąż Jane, Gabriel, trzyma się raczej na uboczu i poznajemy tylko jego zalety, ale mimo tego nie przyszło mi do głowy, że jest plastikowy jak te młode wariaty z horrorów dla niedowartościowanych psychicznie dziewcząt i innych gimbusów. Pisarka wyczarowała jego postać jako bardzo autentyczną i budzącą ciepłe uczucia. Powiem więcej: agent Dean jest wzorowym mężem i gliną, a jednak, za sprawą Autorki, nie wyszła ciota.

Inni bohaterowie – a jest ich kilku – wyszli całkiem nieźle. Sympatyczny Korsak, Peter Lucas, na pierwszy rzut oka ułożony, przystojny, idiotowaty i głupkowaty dziennikarz z gatunku hien i rzędu tych, którzy piszą o wszystkim, byle mieć jakąś kasę, jednak okazuje się bardzo dwulicowy. Mila, siedemnastoletnia Białorusinka, cicha i wystraszona, jednak potrafiąca stanąć w obronie tych, których uważała za osoby, którym można zaufać. Jest tu też matka Jane, Angela. Osóbka wesoła, łatwowierna, żyjąca w jasnym świecie bez przestępstw. Dobrotliwa, ale także na wskroś nowoczesna i ciepła kobieta, zasłużyła na mój uśmiech.

Akcja szczególnie z początku była wciągająca. Te kawałki o Mili i dziewczynach z burdelu, niezwykłe okrucieństwo, z jakim zwyrodnialcy seksualni, pasący swoje brzuszyska na stanowiskach dyrektorów w różnych firmach, instytucjach i urzędach, a nawet w CIA, FBI i Pentagonie, którzy męczą biedne, nielegalnie przewożone Słowianki, które wyjeżdżają w nadziei na lepszą przyszłość z rosyjskiej biedy. Które w końcu muszą skończyć swoje życie tylko dlatego, że jakiś bydlak zabił małą, może czternastoletnią dziewczynkę, która nie chciała dać mu chorej przyjemności. Które cierpią, fizycznie i psychicznie tylko dlatego, żeby firma zarobiła podwójnie: z usług i z filmów pornograficznych, które nagrywają się z kamery umieszczonej w szafie (właśnie na jedną z takich płyt nagrała się owa umarła dziewczyna). To wżera się w ludzką psychikę i oznacza piętno. Szokuje, i to jak.

Ale wydarzenia w Bostonie także przykuwają niejako uwagę czytelnika. Na początku nawet nie wiedziałam, co ma Mila i jej historia wspólnego z piękną nieznajomą, która zachowywała się Bostonie jak terrorystka, ale kiedy padło imię Olena, już pewne nici pojawiły się między tymi dwoma historiami, a jeszcze dołączył tam Joe.. Co prawda, niektóre rzeczy zostały przez pisarkę pomięte, historia wydaje się przez to niekompletna i trochę niejasna. Wątek dochodzenia, jest krótki i raczej ubogi w treść, a samo dochodzenie jest znów takie skomplikowane. Nie ma fajerwerków, analiz kryminalistycznych, przygód i strzelaniny. Po prostu sobie Jane i Gabriel drepczą i rozmyślają nad czymś co dla mnie fascynujące nie jest, bo już na początku dowiedziałam się prawdy.

Język był prosty, styl pisarki lekki i dość bezpretensjonalny, jednak, oprócz fantastycznych autopsji Maury, które czytałam z niejaką rozkoszą ( sadyści już tak mają, jeśli chcecie wiedzieć) nieco pozbawiony emocji. Technicznie jest dobrze – lekko, zwiewnie, bez żadnych zbędnych wątków czy przerywników, konkretnie i jasno, ale... Ale nie ma emocji. Tak naprawdę, poza naturalnym szokiem, kiedy Autorka nazywa rzeczy po imieniu i okazuje ból kaleczonych dziewcząt, nie ma tu nic: nawet drobnej analizki psychiki tych dziewcząt, bardziej wejść do ich emocjonalnego świata, czymś jeszcze zaszokować Czytelników. Nie ma też wielu przemyśleń Jane czy Maury. Po prostu są, a my, całkiem dokładnie, poznajemy je po tym co robią. Plus dla Autorki dostaje za sympatyczne nakreślenie wątku Jane (szczególnie tego, że pokochała tak naprawdę córkę dopiero wtedy, kiedy mieli ją zabić – te strony wydały mi się najmroczniejsze i najciekawsze w całej książce, ale także najpiękniejsze – to całe czytanie o trosce o córeczkę), ponieważ pisarka zrobiła to lekko, nawet fragmentami zabawnie. Mamy tu też nieco zabaw językowych. Otóż miasteczko, w którym popełniono przestępstwo nazywa się Ashburn od słów „popiół” i „płonąć, palić się”. Taki drobiażdżek, ale u mnie wywołał uśmiech na twarzy.

Tłumaczenie tytułu nie było do końca trafne, ponieważ nie widzę tutaj większego związku z autopsją, ponadto tytuł oryginalny to Vanish. Czasownik ten, według moich słowników i Google Tłumacza, oznacza tyle co znikać, zanikać, przepadać – to najlepsze tłumaczenia. I wtedy tytuł, coś w rodzaju Zniknęły, miałby sens. Zniknęły dziewczyny, zresztą, że się już tak niegramatycznie wypowiem, były zniknięte przez całą książkę. Przecież nikt nie znał ich osobowości – zniknęły, wyparowały wśród lasów, zniknęły dla znajomych, rodziny, Amerykanów, by w końcu zniknąć naprawdę. Bez imienia. Autopsji jest tu dużo, i owszem, pełni tutaj kluczową rolę, ale ludzie. Kryminał ten dotyczył czegoś innego. Autopsji nie.

Reszta była dobrze przetłumaczona, nie znalazłam żadnych potknięć językowych, gramatycznych, żadnych literówek i niedokładności w wydaniu. W tym aspekcie wszystko było tak jak trzeba.

Minusy niektóre już podałam wyżej, ale tutaj jeszcze to zaakcentuję, żeby jakoś to wszystko pozbierać do kupy. Luki w akcji – nie wiemy, co dokładnie działo się z Oleną i Joem. Dość nudne śledztwo. Nierozwinięte niektóre wątki. Brak emocji w języku pisarki. Dowiadujemy się wszystkiego na początku, przez co nie jest tak ciekawie. Nieco dłużące się opisy, które, szczerze mówiąc nie prowadzą do niczego. Sceny, których nie powinno być, bo lekko zapychają. Mało psychologii bohaterów, dużo akcji.

Zauważyliście? Jest miej minusów a więcej plusów niż w tamtych dwóch poprzednich, tak zwanych romantyczno-kryminalnych powiastkach. Rany, chyba pójdę do Biedronki, kupię co trzeba, włączę disco polo i upiję się z radości Piccolo. Ha, ha. Ale tak na serio, pisarka zrobiła ogromne postępy – od tych romansideł i harlequinów do thrillerów medycznych. Brawo, brawo. Kiedy brałam tę książkę, na serio myślałam, że nie będzie dobra, no bo czego spodziewać się od babki, która pisała o chwilowym kochanku sweetaśniej panienki, który zostaje znaleziony martwy w jej łóżku, albo o innej, której mąż nie jest tym, za kogo się podaje, albo pięknej damy, która ratuje pokaleczonego faceta, a później z nim ucieka? Miałam dziką radochę z pisania tamtych recenzji i obsmarowywania książek błotem i po cichu liczyłam, że teraz będzie tak samo. No, niestety. W miarę czytania tego moje dawne poglądy zostały zamordowane, a Maura Isles przeprowadziła im autopsję, a później włożyła w czarny worek dla sztywniaków i zamroziła.

Tytuł: „Autopsja”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 6,5/10



wtorek, 29 lipca 2014

Milcząca zbrodnia. Recenzja książki

MADE IN CHINA, często to widzimy i nie tylko moją mamę to denerwuje, co nie? Wiadomo – co chińskie, to tandeta. Takie są przekonania większości białych Europejczyków. Jednak mało kto interesuje się kulturą tego egzotycznego kraju, co nie? O ile każdy w szkole miał styczność z mitologią grecką, to mało kto wie o opowieściach Indii i Chin, tych jeszcze sprzed buddyzmu. Kiedyś trochę czytałam, ale nie dużo. To dla mnie totalna egzotyka, a także ezoteryka. Tajemnicze zakony, niezwykłe zdolności ninja, kolorowe kimona i origami, szczególnie żurawie, tulipany i łódki. A także barwne, niesamowite legendy, które dla nich, przynajmniej dla tych bardziej konserwatywnych, są wciąż prawdą.

A jeśliby tak zrobić z tym kryminał? Do pogmatwanej zagadki dołożyć mitologię chińską? Szablę legendarnej kobiety, generał Wushi, która potrafiła władać dwoma chińskimi szablami i była dla piratów synonimem śmierci, uczynić narzędziem wymierzania sprawiedliwości? Sprawiedliwości za coś, co miało tylko pozornie miejsce dziewiętnaście lat temu..

Dziewiętnaście lat temu w bostońskim Chinatown doszło do mrożącej krew w żyłach zbrodni. W knajpie „Czerwony Feniks” kucharz, którego o nic nie podejrzewano, wyszedł zza kasy i dokonał zborni zabijając małżeństwo, zausznika królewicza irlandzkiej mafii i kelnera, pana Jamesa Fanga. Ale.. czy mimo tego, że na ręce Wu Wenima, bo tak nazywał się ów kucharz, znaleziono proch, on zabił najpierw innych, a później siebie. Kto dokonał tego upozorowanego samobójstwa? Kto chce zakryć straszliwą zbrodnię? I kto, w masce Małpiego Króla, zabija dwóch płatnych morderców? I co z „Czerwonym Feniksem" mają wspólnego zagięcia dziewcząt?

Nie będę tutaj niczego zdradzać, choć mogłabym. Nie chcę po prostu nikomu odebrać przyjemności bytowania z zagadką, zaplątaną jak wykonanie niektórych rzeczy z origami. Nie chcę odbierać komuś przyjemności dopasowywania kolejnych fragmentów razem z Jane Rizzoli i jej ekipą. Możecie mi tylko zazdrościć, że jestem tą mądrzejszą i wiem, co i kto się za tym wszystkim kryje.
Powieść porusza ważki problem sprawiedliwości. Gdzie się ona kończy? Co można uznać za sprawiedliwe, a co nie? Gdzie się zaczyna zbrodnia? W pierwszym rozdziale uczestniczymy w rozprawie sądowej, w której Maura Isles zeznaje przeciwko gliniarzowi, który zakatrupił przestępcę. Gdzie tutaj jest sprawiedliwość? Po której stronie? Po stronie stróża prawa, który zastrzelił kogoś, kto tego prawa nie przestrzega, czy po stronie przestępcy, który jest człowiekiem i którego zwłoki zostały zmasakrowane. Ot, konflikt idealny dla biblijnego króla Salomona. Jestem naprawdę ciekawa, jakby to rozwikłał.

Ciekawa jest jedna rzecz, rzadko przeze mnie wspomniana, a taka, którą odkryła sama Autorka. Otóż powieść dedykowała swojej babci, która była Chinką i opowiadała pisarce wiele legend i baśni chińskich, kiedy ta była mała, dlatego Autorka uważa książkę za najbardziej osobistą. Ha, wreszcie potwierdziła się moja teoria, że pisarka miała korzenie orientalne, ale nie o to chodzi. Cóż, mnie natchnęła tylko jedna babcia, ale nie arcyciekawymi i pięknymi baśniami, ale straszliwymi wspomnieniami z II Wojny Światowej. No, mówi się niestety.

W tej powieści, obok nierozwiązywalnej z pozoru zagadki mamy niesamowity, ponury klimat nocnych uliczek Chinatown, ponurych legend o Małpim Królu, mścicielu, a także niesamowite wydarzenia, od których przechodzi dreszcz podniecenia i strachu: obcięta dłoń płatnej morderczyni, obcięty łeb płatnego mordercy, irlandzki mafios trzęsący zębami ze strachu, który, to dziwne, nie miał nic wspólnego z morderstwem i budzi nawet pewien rodzaj sympatii. A także ponura zbrodnia, straszna i niesamowita jednocześnie. Tak! Ten kryminał ma dużo horrorystycznego klimatu i jest jednym z najstraszniejszych, jakie miałam przyjemność czytać.

Sprawa jest bardzo skomplikowana, bardziej skomplikowana niż w jakimkolwiek innym kryminale, ponieważ sprawa ta ma wiele, co najmniej cztery, aspekty, a odkrywanie ich jest trudne, a to, że Jane dotarła do esencji całej zbrodni, jest tylko dziełem przypadku. Morderstwo w Chinatown jest inne, bo nic, jak mówi jedna z bohaterek, nie jest tu oczywiste, co się sprawdza. Żaden z bohaterów, nawet ci pozytywni, nie są tymi, kim się wydają, ale oczywiście tego, kim są, nie zdradzę. Wszystko jest takie nieoczywiste, zamazane i schowane pod powierzchnią. Ukryte. Milczące. Nawet Jane, co pokazuje epilog książki, nie dowiaduje się pełnej prawdy, choć, podejrzewa. Na szczęście Autorka nie jest osobą okrutną, jak niektórzy i wyjawia nam całą prawdę. O akcji, kiedy mamy do czynienia z taką intrygą, należy powiedzieć, że jest ciekawa, wręcz wchłaniająca. Przeczytałam tę książkę błyskawicznie, w jeden dzień, a nawet w kilka godzin, choć na pewno do najkrótszych nie należy. Dla mnie była jedną z najbardziej ciekawych przygód z kryminałem.

Bohaterowie – ci, co występują w całej serii nie zmienili się tak bardzo. Jane jest taka, jaka jest, Angela, jej matka, co jest ciekawe, ma zamiar wziąć ślub z Korsakiem. Tak! Jak zwykle czytam części serii chaotycznie, więc nie dowiem się na razie, co stało się z jego żoną, Dianą, lekomanką. Ale chyba umarła, jeśli znam się na życiu (cóż, wychodzi mi nie czytanie powieści po kolei .. nawet nie dowiedziałam się szczegółów romansu Maury, więcej, byłam zdziwiona, że go w ogóle miała) Gabriela mamy tu tylko w kilu scenach i Reginę (która tutaj ma już dwa lata) także, ale za to dużo Barry'ego Forsta. Tak! Policjanty partner Rizzoli jest nie tylko czarujący, ale też bardzo sympatyczny. Lubię jego podejście do staruszek. Można się trochę pośmiać. Co do innych postaci – a tych trochę jest – nie powiem dużo, bo jeszcze nieopatrzenie wygadam coś o mordercy. Powiem tylko, że uwielbiałam to, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, przez co wszystko jest jeszcze bardziej nieoczywiste i zagmatwane, co bardzo lubię. Postacie są naszkicowane z psychologicznym prawdopodobieństwem, dobrze i ciekawie, przez co można polubić niektóre z nich. Już, oczywiście, nie dodam, że trzeba uważać, żeby nie polubić mordercy..

Język jest dobry. Pisarka, jak już kiedyś pisałam, ma własny styl. Ciekawie, z lekkością właściwą długim terminatorom pisarskiego rzemiosła, opowiada nam historię z zaangażowaniem. Sieć intrygi jest zapleciona dokładnie, pisarka odkrywa kolejne karty bez pośpiechu, ale wystarczająco tak, żeby przyciągnąć uwagę czytelnika na jak najdłuższy czas. Dodatkowym plusem są, naturalnie, chińskie legendy. Nie jest ich tu dużo, ale wystarczy by oczarować mnie, osobę dotąd tym niezainteresowaną. Ot, takie drobne wprowadzenie do kręgu legend kultur innych krajów, całkowicie od nas odmiennych. Ile wiedzy! Oczywiście, zauważyłam, że owe legendy są dziwne podobne do hinduskich baśni z pewnego paranormal romanse, ale poza tym ile tutaj oryginalności! Pierwszy raz poczułam się zainspirowana do wleczenia się do biblioteki i z powrotem, by sprawdzić, czy jest jakiś gruby tom legend chińskich. No cóż. Może poszukam w Internecie. Nie ma dużo opisów i mało znajdujemy autopsji, trzeba niestety przyznać, ale cóż. Nie wszystko można dostać, prawda?

Okładka książki, którą pożyczyła mi chrzestna, nie jest już sterylnie biała, jak inne. Jest ciemna, taka granatowa, ascetyczna jak wszystkie. U góry mamy tytuł i imię i nazwisko Autorki, a także wieczną recenzję Harlana Cobena, która jest na wszystkich chyba okładkach jej książek. U dołu mamy dziewczęcą głowę – krótkie, postawione czarne włosy i skośne oczy na tle paska w biało-niebieską kratę. Wygląda to tak, jakby bohaterka (zamordujcie mnie, ale nie powiem, która) leżała na stole przykrytym ceratą, mającą zapewne symbolizować „Czerwonego Feniksa”. Tytuł ciekawy i trzeba powiedzieć, mający kilka znaczeń. Szczerze mówiąc, okładka to najładniejszych nie należy, ale dzięki głębokim kolorom bardzo źle nie jest.

Czytałam już nieco książek tej Autorki i mam jakieś porównanie. I co myślę? Ta historia jest najlepsza, zdecydowanie. Najbardziej dojrzała, bo jest nie tylko kryminałem, dzięki któremu można nieco rozerwać i zatopić się w innym świecie, czego potrzebuję. Ta książka stawia pytania, ale nie daje odpowiedzi. Dlaczego? Chce, żebyśmy sami sobie odpowiedzieli, a Autorka swoją historią sama nas zmusza do przemyśleń na temat sprawiedliwości. Czy to, co zrobili bohaterowie jest sprawiedliwe? Kryminał milczy. Nie daje odpowiedzi. Milczy, tak samo jak zbrodnia i nie jedna dziewczyna z kart tej książki.

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Milcząca dziewczyna”
Moja ocena: 7/10 

(recenzja archiwalna)

czwartek, 5 czerwca 2014

Chirurg kryminału. Recenzja książki




To jest tak, jak na grzbietach książek nie ma numerków. Człowiek, który ma maleńką głowę do matematyki i ograniczone pole manewru do minimum, czyta książki jak popadnie, szczególnie, w ferworze i skuszony jakimś tytułem. Najpierw pierwszą część thrillera, gdzie morderca zostaje właściwe unieszkodliwiony, a później biorę się za tą pierwszą, gdzie nikt nie wie, kim jest morderca, skaczący sobie i podrzynający ryjki. Ponieważ przez to jestem zła, bo mi się wątek przyczynowo-skutkowy rozłazi jak stary budyń, wyciągnęłam ostatnie megabajty z chomika (większość zmarnowałam na obficie ilustrowany skan Mikołajka dla kuzynki i grę Pou dla niej) i ściągnęłam sobie tę książkę. Bo, jak na złość, chrzestna jej nie miała.

Znaleziono zabitą kobietę. Diana Sterling pracowała w biurze turystycznym i niedawno została zgwałcona. Następne są Elena Ortiz i Nina Peyton, zabita w szpitalu. Również kiedyś zgwałcone. Następna jest Catherine Cordell, lekarz chirurg, osoba, którą kiedyś Andrew Capra chciał zgwałcić, ale ona go zastrzeliła. Do akcji wkracza detektyw Jane Rizzoli i „królowa trupów” Maura Isles. Jednak sprawa się coraz bardziej komplikuje, a morderca, sprytniejszy od wszystkich glinów, powoli zastrasza kobietę aż w końcu porywa ją do piwnicy swojego domu. Jak się skończy rozgrywka z bezwzględnym, inteligentnym mordercą, będącym esencją Zła? Chirurgiem, który wicina macice zgwałconym kobietą w maseczce chirurgicznej? I czy tak naprawdę tamtej pamiętnej nocy w Savannah to Catherine zabiła Caprę?

Pomysł jest genialny w całej, przyjemnej rozciągłości. Już od pierwszej strony, gdzie opowiada nam morderca w pierwszej osobie liczby pojedynczej, jest morderstwo. Nie wiemy, kim jest morderca, ale dostajemy od niego jakby w prezencie barwne opowieści o Grekach i Majach i ich sposobach zabijania, co w samej rzeczy jest przerażające i barwne jednocześnie. Urzekła mnie historia o Ifigenii, córce greckiego króla Agamemnona, który musiał złożyć ją w ofierze. A może 'urzekła' to złe słowo? Tak już jest, gdy się pisze z odmętów morderczego przewiewu po aquaparku i diabelnym bólu lewej połowy szyi. Raczej zafascynowało. Tak, to dobre słowo. Wszystko związane z innymi bohaterami też jest ciekawe a dochodzenie niejasne, chociaż pewna mądrala, paradująca po domu z chustką, ręcznikiem okręconymi wokół szyi i trzema warstwami maści (nie chcę jej robić reklamy) zaczęła czytać książkę od drugiej części i wie już wszystko. Okazało się jednak, że nie wszystko wiedziałam o Warrenie – ten człowiek skrywał przede mną więcej, niż mogłam przypuszczać.

Intryga jest bardzo zaplątana i potrzeba dużo logicznego myślenia i szczęścia, by w końcu dojść do nory mordercy. Jest to mordercza, misternie utkana sieć, trudna do wyjaśnienia, ale także banalnie prosta. Tak – właśnie. Tak prosta, że aż piekielnie trudna.

Autorka, w przeciwieństwie do wielu, wielu innych pisarek i pisarzy, ma swój indywidualny styl i bogate słownictwo. Choć opisów przyrody nawet nie warto szukać (bo i po co w kryminałach?) to operacje są bardzo plastycznie ukazane, tak samo jak miejsca zbrodni. Jednak ja byłam wielką fanką fragmentów opowiedzianych przez Warrena – te pełne nastroju i plastyczne kawałki, niezwykła dbałość o szczegóły i ciekawa perspektywa a także ciekawe i oryginalne teorie, filozofia życiowa i logika jego zabójstw sprawiły, że po przeczytaniu książki przeleciałam całego ebooka, żeby jeszcze raz przeczytać wszystkie fragmenty opowiedziane z jego perspektywy. I to tylko udowadnia tezę, że – jak twierdzi sam Warren – takie rzeczy, jakie on robi są jednak fascynujące. Niebezpiecznie fascynujące.

Thriller medyczny to jest pełną gębą. Oprócz opisów ofiar naszego kochanego kumpla, mamy tutaj opisy operacji, przeprowadzanych przez Catherine, w stylu wyciągania z serca robotnika druta albo ratowania człowieka, którego narządy pływają w krwi. Smaczki, że miam, miam, czasami nawet mi robiło się słabo, gdy o tym czytałam, ale jestem zadowolona, bo udało mi się dowiedzieć dużo na temat operacji i w końcu wiem, jak wygląda profesjonalna operacja – w „Na dobre i na złe” oglądałam tylko te fragmenty ze Żebrowskim.

Akcja jest wciągająca, choć najlepsze fragmenty są dopiero na końcu, gdzie jest strzelanina, wybijanie skalpeli w dłonie i inne tego typu ciekawostki. Przez całą, dość grubą książkę uczestniczymy w śledztwie, złączając rozłażącą się sprawę. To, że kobiety zostały zgwałcone, dowiadywano się szybko, ale trudniej było rozwiązać zagadkę, jak Warren dowiadywał się o nich. Dla mnie, chociaż znałam kochanego pana Hoyta, była to świetna zabawa i trening dla mojego mózgu.

Do tego dochodzą także prywatne problemy Jane, z którymi, tak myślę, bije się każda policjantka, a tym bardziej detektyw z wydziału zabójstw. Jane skrywa swoją kobiecą osobowość pod maską twardziela, osoby, która potrafi się po wszystkim ogarnąć, co, jak wiadomo, nie jest prawdą. Jane jest kobietą, tylko stara się to ukryć – w końcu nie jeden detektyw chamsko kpi z niej. Autorka poświęciła temu dość dużo miejsca, czyniąc Rizzoli postacią oryginalną i z kompletną psychiką. Dowiadujemy się przecież także, dlaczego ona tak robi – cofamy się do dzieciństwa Jane, kiedy to jako jedyny siostra w rodzeństwie starała się pokazać, że jest czegoś warta i dlatego wybrała tak trudny zawód. Czyni to z niej postać kompletną i prawdziwą.

Jednak, co mnie nieco rozczarowało to wątek miłosny – pozostałości po dawnych upodobaniach pisarki, tylko że teraz mamy policjanta – Moore'a i byłą ofiarę, Catherine Cordell, lekarza chirurga, osobę zamkniętą, przerażoną i unikającą facetów – klasyczną ofiarę gwałtu. Romans z typowych książek pisarki: ofiara i jej obrońca, złączeni piękną, romantyczną miłością, a później ślubem na wieki. I ta cała paplanina o słabej kobiecie, ukrytej pod pozorami twardości. Te wszystkie bzdurki, które tak bardzo denerwowały mnie w romansidłach z na siłę wepchniętym wątkiem kryminalnym, te książki, dzięki którym poznałam Autorkę (możecie nawet sprawdzić, że moje pierwsze z nią spotkania nie były wcale miłe). A to bardzo przypomina historie Sarah, Catherine i Mirandy, bohaterek owych dwóch książek. No cóż, mam świadomość, że przejście z jednego gatunku do drugiego jest bolesne.

Bohaterowie są, ogólnie i krótko mówiąc, dobrze skonstruowani, szczególnie główna bohaterka – detektyw Jane Rizzoli to osoba o pełnym portrecie – pisarka dała jej przeszłość, po równo wady i zalety, tak, że można ją lubić bez wyrzutów sumienia. Jest człowiekiem w pełnego tego słowa znaczeniu, jest pełnokrwista. Dlatego ją tak bardzo lubię.

Nie należy zapominać także o Warrenie Hoycie – czarnym charakterze i tytułowym chirurgu. Jak już wyżej pisałam, jest on najbardziej fascynującą postacią, bo tak naprawdę nie wiadomo czy nadaje się do psychiatryka czy nie. Na kartach książki opowiada o swoich fascynacjach, myślach. Zupełnie jak Hitler, tylko tamten był psychopatą, a jego teorie były paplaniną bez większego sensu, zbiorem wyobrażeń schorowanego wariata albo szalonego artysty, którym Adolf był (tak, tak wujcio Google zna mnóstwo jego obrazów). Warren sądzi, że każdy jest z natury mordercą, a on nie sprzeciwia się naturalnym instynktom, jak to robią ludzie. Już na samą myśl o tym przechodzi nas tajemniczy dreszcz ni to strachu, ni to fascynacji, prawda? Warren oprócz tego, jak na osobę inteligentną przystało, dużo czyta o sposobach zabijania. I dlatego zabiera nas na przejmującą grozą wyprawę w starożytną Grecję i ofiarę z Ifigenii do Majów, którzy jednym przecięciem wyrywali niewolnikowi serce.. Właśnie dlatego ta książka jest zaskakująca: sterylny klimat prosektorium zostaje zaburzony przez umysł człowieka, który na pierwszych kartach powieści pije kawę w Starbucks, myśląc o popełnionej zbrodni. Od razu sobie myślimy: Boże, a może nasz sąsiad też jest taki? Ach, lubię się czasami mocno postraszyć, ale w nocy..

Z innymi, bardziej marginalnymi postaciami jest gorzej. Gabriela, przyszłego męża Jane z oczywistych powodów jeszcze nie ma, Angela została zepchnięta na margines, Maury jest jak na lekarstwo, Korsaka Jane jeszcze nie poznała. Moore jest człowiekiem sympatycznym, ale potencjał tej postaci, policyjnego „świętego Tomasza” nie został do końca wykorzystany. Taki facio co lata za Catherine i wspomina swoją żonę. Oczywiście, nie mam nic przeciwko, ale.. Ile tak można? No ile? Dobra, on może myśleć o tym całe życie, ale kochani ludzie, po co pisarka wciąż to wałkuje? Po co? Ową panią Cordell, chirurga, nie lubiłam jak nie wiem czego. Oczywiście, żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę powiedzieć, że Catherine psychologicznie jest postacią na piątkę, bo Autorka demaskuje nam lęki zgwałconej kobiety i ofiary mordercy, ale sama jest nudna i brak jej czegoś. Zimna i surowa, a wewnątrz delikatna kobieta spragniona miłości. Rizzoli też jest taka, tylko że Rizzoli ma tupet, czyli to coś. A Catherine? Schematyczna kobieta z pisaniny tej Autorki, bo jak ktoś czytał kilka książek tej pisarki, doskonale wie, że w jej powieściach jest takich jak Catherine na pęczki. Nuda. I w ogóle ta cała Cordell była durna i jakoś nie mogłam się wczuć w jej postać. Eeee.. Szkoda, że tutaj także thriller, zapowiadający się na bardzo dobry rozczarował mnie.

Było dobrze, nawet bardzo dobrze. W końcu – nie możemy wymagać arcydzieła od wstępu do serii kryminałów, szczególnie, że wcześniej pisała książki, które, hm.. no cóż. Książki, które niezbyt lubiłam. W serii są jeszcze lepsze, z mniejszą jeszcze dawką romansu niż tu, są takie, że już całkowicie o tym nie ma mowy. Jednak, bądź co bądź, byłoby jeszcze gorzej gdyby nie Warren Hoyt, który, tak jak zawodowy chirurg, przeprowadził operację na tej książce i doprowadził ją do bardzo dobrego zdrowia.

Tytuł: „Chirurg”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 7/10