Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl JEŻYCEJADA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl JEŻYCEJADA. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2015

Wiejska Arkadia. Recenzja książki

Kiedy się mieszka w mieście, tak ja, wieś w lato jest zbawieniem. Co prawda, są baseny i aquaparki, ale żadna to frajda kąpać się z dzieciakami i facetami, z których wielu ma lepkie spojrzenia. Wszyscy są spoceni, spaliny wgryzają się jakoś bardziej, a kolejne lody nie przynoszą ochłody (ostatecznie można zjeść wielu lodów i nie przytyć, chyba że lubi się zamrożoną, kolorową wodę). Szkoda jednak tkwić w domu przed dwoma wiatrakami na raz, czy przycupnąć wannie, bo z polska pogoda bywa na tyle nieprzewidywalna, że następny dzień może być pierwszym z trwających tygodniami nieustannych deszczów. Wtedy uciekam na wieś. Jest tam jezioro, raczej pozbawione litrów olejków i odchodów, jakie pozostawiają po sobie turyści i przed domem wielki kasztan, idealny na upały. Cywilizacja też jest daleko – żeby iść do sklepu i kościoła trzeba się pofatygować kilka kilometrów, a do najbliższego supermarketu trzeba pojechać samochodem. Na miejscu, oprócz imprezowania z rodziną i godzinnych, odmóżdżających sesji przy telewizorze kuzyna z przyjaciółmi, (nie należy też zapominać o książkach!) czeka na mnie kolekcjonowanie kleszczy podczas łażenia po lesie, a także sporty z nodric walking i joggingiem na czele, tak niezbędne do podreperowania zdrowia przynajmniej na tyle, by dotrwać bez żadnych większych problemów do końca następnego roku szkolnego (chociaż tych już mi niewiele zostało; studia zbliżają się wielkimi krokami). Na wsi czuję się bezpiecznie, jakoś tak luźniej i pewniej, większą część problemów zostawiam w mieście, czuję się też zdrowiej. Mam szczęście, bo moja liczna rodzina przyjmuje mnie o każdej porze roku, a na dodatek nie tkwię jak odludek mając za towarzystwo tylko szumiący las i grasujące lisy (oraz wilkołaki). Faktycznie, wieś jest moją małą Arkadią, miejscem, za którym tęsknię siedząc w klasie od matematyki i gapiąc się na zimowy śniego-deszcz za oknem, lub wracając o osiemnastej do domu i czując się jak o dwunastej w nocy. I jestem w dodatku pewna, że nie jestem odosobniona z moimi poglądami, nawet postacie książkowe podzielają moje zdanie. Chcecie jakiś dowód? Bardzo proszę!

W Poznaniu szaleje upał, a na dodatek pękają ściany z powodu prac budowlanych na Jeżycach, więc starsi państwo Borejkowie wyprowadzają się do Pulpecji, na idylliczną wieś. Jednak nie cała rodzina tam się spotyka – okazało się, Ida pokłóciła się z mężem i gdzieś zniknęła, a za nią również Ignacy Stryba. Józinek też jest jakiś niemrawy, jak zauważają jego dwaj młodsi kuzyni, i wciąż coś kombinuje, dokądś jeździ, przy czym robi tajemnicze miny. Czy to nie ma związku z piękną, szesnastoletnią Dorotą, w której domu zatrzymała się kontuzjowana Ida? I co z tym ma wspólnego Igor Bogatka, miejscowy chuligan, doceniający jednak zdrową, wiejską urodę dziewczyny? Czy z tego dramatycznego trójkąciku miłosnego wyniknie coś, co powali niezadowolonych fanów Jeżycejady?

Poprzedni tom, opowiadający o wesołej, tłustej Madzi od fast foodów, był dla mnie wielkim rozczarowaniem tudzież kubłem zimnej wody po doskonałych opowieściach o Laurze – Czarnej Polewce i Sprężynie. Autorka powracając po kilku latach nie była już w formie, ciągnęła powieść, żeby ją ciągnąć, coś dać swoim licznym fanom tak, by nie zapomnieli o niej i uznali, że liczący osiemnaście tomów cykl się skończył. Jak widać było – i co niewątpliwie zauważyła sama pisarka – okazało się, że w nowoczesnych, mcdonaldowych klimatach trudno jest jej się odnaleźć i teraz znów powróciła do trącających myszką klimatów Opium w Rosole. Postarała się też widocznie, bo przecież to już dwudziesty tom, jakoś trzeba było uczcić okrąglutką rocznicę jednego z najlepszych i najbardziej popularnych cyklów dla młodzieży w Polsce. Właśnie. Dwudziesty tom. Widać to zbyt mocno.

Jeśli największym plusem w książce jest okładka, to wiedz, że coś się dzieje. Robię to tak naprawdę z dobroci mojego serducha, które zachowało mnóstwo sentymentu dla tej pisarki, ale także dlatego, że ilustracja na okładce, po zupełnie nieudanej Magdusi, robi naprawdę dobre wrażenie i oddaje klimat książki. Roześmiana, blondwłosa i rumiana Dorotka, patrząca na potencjalnego czytelnika odważnie i z prostotą nieskażonych disco polo mieszkańców wsi, z pięknymi, błękitnymi koralami wokół szyi (a ja potrafię docenić dobrą biżuterię) sprawia, że nawet w zimowy wieczór do naszego pokoju włazi promyk słońca, odbicie tego gorącego, wiejskiego lata, jednak nie pełnego znużenia upałem, ale świeżości i radości. Co prawda, wydawnictwo błękitną okładką zniszczyło ogólny wygląd mojej kolekcji Jeżycejady, głównie zielonej i pomarańczowej, chyba, że następna dwudziestka będzie właśnie w tonacjach ciemnych. Tył okładki – gdzie zwykle umieszczano jeszcze jakiś obrazek – rozczarowuje bardziej niż suknia ślubna Laury wisząca w powietrzu na okładce nieszczęsnej McDusi. Autorka tyle razy opisywała mi postać Józinka, że nie muszę jeszcze go oglądać na tym obrazku, jak na poprzednie, zbyt prostym.

Pisarka, która również ilustruje swoje książki, zdążyła nas już przyzwyczaić do swoich prac, poprowadzonych prostą, pewną kreską, zwykle w środku czarno-białych i rozpoczynających każdy rozdział. Nie zmienia się to i tu, ale zawsze tak samo mi się podoba. W liniach zaklęty jest cały czar, jaki powoli gnie w powieściach: twarze postaci, oczywiście pozytywnych, promienieją wciąż takim samym ciepłem i spokojem, aż chce się wejść do tamtego świata i spotkać ich twarzą w twarz, by przekonać się, czy jest tak naprawdę, czy to tylko szósty zmysł Autorki, która potrafi wyeksponować na twarzy to wszystko, co najlepsze. Ale nie tylko – przecież  Choć rysunków nie jest zbyt wiele, są – jak zwykle zresztą – jednym z najmilszych dodatków do książki, swoistym urozmaiceniem i harmonijnym dopełnieniem całości tak wielkim, że nie wyobrażam sobie książek tej Autorki bez ilustracji, które mogę przeglądać godzinami, nawet nie zaglądając do tekstu poszczególnych tomów.

Nadziei, co do fabuły, po przeczytaniu McDusi, jednak nie miałam, choć i tak moje rozczarowanie było znaczne. Proste, przewidywalne schematy wracają, tym razem jeszcze bardziej naiwne, bo – nie wiem czemu – pisarka jest przekonana, że czystych, prostych ludzi ze wsi nie dotyczą mroczne knowania tych z miasta. Rozumowanie zresztą zupełnie błędne, raz, że ludzie wszędzie są tacy sami, a dwa, te iluzje dotyczą romantycznej miłości do ludowych ballad i obrzędów, oraz pozytywistycznej wiary w pracę u podstaw i wygląda to tak, jakby Autorka miała ochotę na drugie Szkice węglem, które zostały napisane ponad dwieście lat temu. Naiwne prowadzenie wątków, mimo wszystko prowadzących do happy endu i zupełnie przewidywalnych zwrotów akcji, tak banalnych, że aż zaskakujących, nie wspominam już o niektórych wątkach, tak infantylnych, że pisanych zapewne dla dzieci (ten wypadek Ignacego   Tu nasuwa mi się skojarzenie z romansami typu harlequin, tyle że pisarka rozgrywa wszystko w niesamowicie staroświecki, pruderyjny sposób, tak bardzo odległy od Zmierzchu, już o innych powieściach dla nastolatek nie mówiąc, często kipiących od scen erotycznych, niekiedy aż zbyt odważnych (ale i tak ustępujących sławetnej trylogii o Grey’u pod względem pomysłowości w tych kwestiach). Może i staroświeckość byłaby urocza, ale przecież są to czasy, gdy w mojej Arkadii natknęłam się na stworzenie tak kuszące chłopaków że aż strach, które w dodatku mieszkało w pobliskim gospodarstwie. Zresztą, mogłabym to przełknąć (łącznie z tysięczną postacią nawalonego testosteronem bezmózga, który napastuje nieskalaną naszą bohaterkę, zakochaną przecież w równie szlachetnym, doskonałym młodzieńcu; nie mówiąc o natychmiastowym odgadnięciu, kimże jest ów kochanek), gdyby nie niemal zupełny brak innych wątków oraz niezbyt prawdopodobne wydarzenia, tłumaczące różne decyzje postaci, taktownie nie wytykając grubszych nieścisłości i innych drobnych szczególików, na ogół bardzo nieprawdopodobnych i po prostu naiwnych, które stopniowo zniechęcały mnie do czytania powieści, kiedy obiecywałam sobie, że nie będę zwracać uwagi na to, że najprawdopodobniej wiem, jak potoczy się akcja (nie znacie mnie jeszcze? Jam jest żeńska reinkarnacja wróżbity Macieja). Prawdą też jest fakt, że pisarka, co zauważyłam ze zdziwieniem, z powieści obyczajowej przesuwa akcenty na powieść typowo dla kobiet, gdzie pierwszą rolę gra Uczucie, a nie zwyczajne życie, które, choć podporządkowane Uczuciu, nie jest tylko nim. Co, jeśli Autorka zmieni się w drugą Kasię Grocholę? Blisko jej do tego, chociaż jedną już mamy, dziękuję za więcej.

Rozumiem, że Autorka uznała, że faktycznie seria straciła swój dawny, staroświecki urok, ale przecież nie znaczy to, że na wsi jeżdżą jeszcze bryczkami, a ordynator i neurochirurg jeździ starym gratem, nie mówiąc o nieskalanej ohydną nowoczesnością wsi. Borejkowie byli zawsze inni, ale nie oznacza to, by wciąż żyć jak dawniej, jedząc lody Pulpecji, która nie wiem jak znajdowała na to czas i nosić wielkie korale do błękitnych sukienek, jak to czyni nasza główna bohaterka, nie mówiąc już o wielu innych rzeczach, które do głębi mnie zdziwiły. Z Jeżycejadą jest tak, że dałoby się jeszcze ją odratować, a może nawet udowodnić czytelnikom, że seria wcale nie kończy się na Sprężynie, z pewnością udałoby wypracować harmonię między nowoczesnością a staromodnymi zapędami Autorki, jednak co począć, gdy pisarka wszystko psuje, z jednej skrajności popadając w następną?

Martwię się, że w raz z wiekiem, Autorce przybywa zacięcia moralizatorskiego – wykorzystuje każdą możliwą sytuację na pokazanie, że najważniejsza jest niezależność, zachowanie umiejętności odróżniania dobra od zła, szczególnie w czasach, gdy wszystko zlewa się w szarości, w ustach doskonałych mówców – kłamców. Że wartości takie jakie jak miłość i rodzina muszą być dla nas ważne, że trzeba trzymać się naszych ideałów i nie zbaczać z obranej drogi, nawet za cenę nienawiści, jaka ogarnie innych ludzi. Myśli zapewne złote, co z tego, że zamiast ukazywać ich głębię i przekazywać je owinięte w historię, podaje je na tacy, popełniając ten sam błąd nachalnego moralizatorstwa, za co niejaka Małgorzata Nawrocka w swoim, zapewne wiekopomnym, cyklu powieści antymagicznym, zapłaciła wieloma negatywnymi komentarzami i napisaniem po prostu złej książki. I boję się, że w tym przypadku – chociaż tezy pisarki nie są aż tak kontrowersyjne, raczej zupełnie już oczywiste – będzie podobnie.

Jeśli Autorka myśli, że ludzie na wsi są tak mili i serdeczni, jak Dorota i jej rodzina, głęboko się myli. Nasza główna bohaterka, to po prostu wzór cnót wszelakich, idealna córka, o jakiej marzyłaby każda mama i każdy tata, katechetka i nauczyciel. Pracowita, chce iść na bardzo trudny i życiowy kierunek, jakim jest medycyna, w dodatku jest zupełnie niedemoralizowana, z miłością do natury, jakiej nie powstydziliby się Darwin i Linneusz. Nie grymasi, zawsze słucha starszych, pisze czułe maile do mamy, pracującej w Norwegii (z mnóstwem wykrzykników, ale o tym kiedy indziej), a i tak ugania się za nią połowa wsi, plus, oczywiście, tajemniczy absztyfikant w osobie Józinka. A gdzie wiejskie dyskoteki? Siedzenie i oglądanie telewizji, czy też łączenie się upragnionym miastem przez Internet? Gdzie ostre makijaże? Gdzie rodzinne fety? Gdzie krówki, świnie i reszta wiejskiego inwentarza? Dorotko, skarbie, boję się, że przypominasz mi tę pastereczkę z odpustów, Ja wiem, że nie można być dyskotekową rozpustnicą albo kimś w tym rodzaju, ale każdy z nas jest niedoskonały, każdy kiedyś marudził odrabiając lekcje czy  wynosząc śmieci, każdy chciał mieć czas na pobuszowanie w Internecie i rodzice na każdego narzekali – nigdy nie było tak, żeby tylko chwalili, jak Idealną We Wszystkim Dorotę (z równie idealną, nieskazitelną urodą). A jej rodzina – ciocię i babcię? Serdeczne, pełne ciepła, skrywanego za szorstkością i tej zdroworozsądkowej wiedzy, która, jak uważa pisarka, charakteryzuje ludzi żyjących na wsi i mający bliższy kontakt z przyrodą. Jedna z nich wciąż wspomina nieżyjącego już męża, a druga, stara panna, z melancholią wspomina mężczyzn, którzy przewinęli się przez jej życie, jednak nie w charakterze kochanków. Obie mają także staroświeckie imiona, które Autorka przytacza przy każdej możliwej okazji i wiele przypadłości, które z pasją leczy ich letniczka, Ida Pałys, a nie da się także zauważyć, że ich sylwetki pisarka kreśli z cukierkowym sentymentem, większym niż swoich starych bohaterów, co dodatkowo sprawia, że ich postacie przypominają – niestety – bajkowe babcię Czerwonego Kapturka, niż realne postacie.

Dawni i nowsi bohaterowie Jeżycejady nadal zachowują się jak po botoksie mózgu, albo jakimś innym niedorzecznym zabiegu odmładzającym. Ich ciepło, tak samo jak w poprzednim tomie, gdzieś się ulotniło, zginęło, zostawiając karykatury tamtych bohaterów. Ida kiedyś miała w sobie nieuchwytny czar, pazura i łączyła w sobie rozsądną panią doktor z rudą trzpiotką mimo upływu czasu; teraz jest tylko rudą wariatką przeżywającą kryzys wieku średniego, polegający na odmładzaniu się na siłę (jak na swoje lata ma także doskonałą przemianę materii; to doprawdy cud medyczny i bardzo jej tego zazdroszczę). Szaleje sobie na wsi, zachowując się zupełnie nieodpowiedzialnie i zupełnie nie jak dawna Ida, o jej mailach do Gabrieli z mnóstwem wykrzykników już nie mówię. Natalia, której synek jest postacią sympatyczną acz zupełnie oderwaną od rzeczywistości, zupełnie nieprawdopodobną, kiedyś tajemnicza, delikatna i poetycka, teraz zmieniona na jakąś wróżkę, która w dodatku potrafi wyprać spodnie z komórką, a także pozwala uzależnić się swoim dzieciom od elektroniki. Pulpecja i jej mąż to, z punktu widzenia Autorki, mili ludzie, którzy przeprowadzili się z miasta na wieś i zapewne przestrzegają zasad ekologii, goszcząc swoją liczną rodzinę w pawilonie gościnnym (moja rodzina jest liczniejsza i czegoś takiego nie ma, co za niesprawiedliwość!) i wyrabiając przepyszne lody, nie mówiąc o goszczeniu Borejków ze wszystkimi książkami. Nie jest po prostu możliwe, żeby nie powiedzieli słowa skargi! Nie wierzę w taką dobroć i szlachetność, naprawdę. Tylko Igancy i Melania zachowali nutkę dawnych siebie; szczególnie nestor rodu Borejków, bo Melanii, zwykle  dość sarkastycznej i sztywnej, nigdy zbyt nie lubiłam. Pisarce udało się zachować sposób bycia pana Borejki, charakterystyczność jego dygresji i specyficzny sposób bycia, bardzo staromodny, ale za to sympatyczny i swój pewien sposób chwytający za serce. Cóż! Przestając być na chwilę Surową Recenzentką, stwierdzam, że gdy stary Borejko umrze, Jeżycejada straci ostatnie prawa do dalszego bycia dalej kontynuowaną.

Styl Autorki jest w tym tomie nieco lepszy w niż w poprzednim – bardziej przypomina dawniejszą pisarkę, która potrafiła słowem czarować. Jednak nie jest już to samo, język pisarki nie ma tamtej duszy, ukrytego w sobie ciepła. Może dlatego, że Autorka stara się być na siłę śmieszna, może tak naprawdę kontynuuje serię z wysiłkiem i każde napisane słowo nie przynosi jej tyle radości co kiedyś? Technika jest, widać, że wypracowane przez lata umiejętności powoli wracają, Autorka brzmi po prostu lepiej niż w McDusi – styl jest dość potoczysty, słowa przykuwają uwagę czytelnika, czasami pisarka błyśnie humorem, tak dobrze znanym nam z poprzednim lat i tak różniącym się od tandetnych żartów z poprzedniego tomu. Bywają momenty, że opisy Autorki, kreślące obraz zaczarowanej rzeczywistości świata kiedyś dawno, przypominały o latach łaskawych dla jej książek – świat, tym razem wiejski i letni, staje się niemal namacalny, otoczony jakąś magiczną mgłą; niemal czujemy na sobie doznania, jakie opisuje Autorka – lepki pot, upał, zimną wodę, wiatr … Najczęściej jednak magia tamtych opisów ulatnia się, gnie pod ilością wykrzykników w mailach Idy i Doroty, wielokropków i zbyt sielankowych, przesłodzonych opisów polskiej wsi, w których pisarka używa mnóstwa niefortunnych zwrotów, świadczących o braku uwagi i chyba mniejszym przykładaniu się do pisania, albo też zmuszaniu się do robienia tego, na co pisarka chęci już nie ma. Na szczęście nie ma już wrażenia szczebiotliwości narracji, jak to było w McDusi, co mnie bardzo denerwowało i wytrącało z równowagi – za to mamy jednak  niezbyt błyskotliwe dialogi, pozbawione tamtej dawnej erudycyjnej głębi, a także dawnych żartów językowych. Nawet to nie jest literacka polszczyzna, bo pisarka sili się na stylizowanie na mowę potoczną, co nie wychodzi jej z wręcz odwrotnym skutkiem. Szkoda, bo przecież styl Autorki był powodem, dla którego czytałam tom po tomie i rzeczą, która była marką pisarki, która nigdy – poza tymi dwoma tomami – nigdy mnie nie zawiodła.

Dla ludzi, którzy dorastali z Gabrielą, Idą, Nutrią i Patrycją to kolejna książka pisarki, kolejny tom przygód rodziny niemal własnej. Ludzie ci, których cząstka została w dawnych czasach, tych latach przełomu pomiędzy odchodzącym komunizmem a szybko nadchodzącą, pędzącą wciąż do przodu nowoczesnością być może odnajdą się w tym świecie, a jeśli nie, to poczują nutkę sentymentalizmu. Jednak nawet oni muszą przyznać, że od tamtych lat do roku 2013, w którym osadzona została akcja powieści, dużo się zmieniło, a staroświeckość nie jest już w cenie. Nawet na wsi, chociaż może się to wydawać nieco dziwne – uwierzcie, nawet do domów otoczonych lasami dotarła cywilizacja: Internet, disco polo, kosmetyki AVON i gazeta Playboy. Ludzie też nie są inni; nie są bez skazy, nie są inni od tych mieszkających w miastach, ludzie są różni nie ze względu na to, gdzie mieszkają, ale na to, kim są. A nie są bez wad, tacy jak na przykład Dorota Rumianek, bohaterka z tej książki, jednak uważam, że nie posiadanie wad nie jest piękne, wręcz przeciwnie. Dlatego wolę inne książki, prawdziwe i trudne, jak moja wiejska Arkadia, nieidealna i dlatego ukochana.

Tytuł: „Wnuczka do orzechów”
Autor: Małgorzata Musierowicz
Moja ocena: 2/10


czwartek, 7 maja 2015

McDonaldowy humor. Recenzja książki

Są tacy pisarze, którzy tworami swojej wyobraźni łączą pokolenia, o których rodzice, bez cienia niepewności i bez westchnień w stylu co oni dzisiaj czytają, mogą porozmawiać ze swoimi latoroślami, bo sami, gdy byli młodzi, czytali te książki. Oczywiście, należą do nich wszyscy ci poważni autorzy powieści pozytywistycznych, których przerabia się w szkole i inne lektury szkolne, ale nie tylko. Ci, którzy piszą od niemal połowy XX wieku i udało im się do dzisiaj utrzymać na czytelniczej powieści, kolejnymi książkami tylko budując swoją markę, z pewnością znani są przez naszych rodzicieli, choćby tylko ze słyszenia. Co prawda to racja, jak to mówi gimbazjalna brać, że PRL nie lubił młodzieżowych obyczajówek, a one jego (kupienie w PRL-u książki graniczyło z cudem, a i tak najchętniej drukowano to, co panowie towarzysze uznali za pomocne w umacnianiu swojej władzy), a dawne konwenanse, przestrzegane przezcież w tamtych latach ściślej, nie wszystkim pozwalały na czytanie o dziewczynach, które zakochiwały się w chłopakach. Mimo tego takie powstawały – bardziej lub mniej staroświeckie – i trzymały się na tyle mocno, że zapewniły sobie nieśmiertelną sławę.

Autorka najpopularniejszej chyba w tamtych czasach serii, która, z powodzeniem, kontynuowana była przez całe lata 90., aż do początków nowego tysiąclecia, powróciła. Czy to chęć sprawdzenia, co u wszystkich bohaterów słychać, czy też wyrzuty sumienia, że pozostawiła tą historię bez jakiegoś konkretnego zakończenia, a może nadzieja na zarobek i odcinanie kuponów od raczej niezawodnej marki, jaką sobie wyrobiła, ale w końcu ukazała się jej nowa powieść, kontynuująca rodzinną sagę Borejków, ich znajomych i nowych postaci, które wkraczają w ich życie – rozpoczynająca nowe wątki, ciągnąca stare, dająca pisarce argument do ciągnięcia historii przez, co najmniej, dwa następne tomy. I choć wiedziałam, że w ciepły, rodzinny klimat mieszkania na Roosevelta w Poznaniu wkroczyła Współczesność, a moi ulubieni bohaterowie wkroczyli w dorosłość, natomiast ze śmiercią tych starszych, niestety, trzeba będzie się powoli godzić, z radością zaczęłam czytać świeżutką, jeszcze pachnącą księgarnią powieść i połknęłam ją tak jak resztę serii.

Poprzednie osiemnaście tomów było zapisem wzlotów i upadków Autorki, saga nie była artystycznie równa, jak każdy, zresztą, długaśny cykl. Na początku pisarka penetrowała różne rzeczy, próbowała, bawiła się, eksperymentowała, zanim znalazła konwencję, jaka okazała się najlepsza do opowiedzenia rodowej historii Borejków, tak rozległej, że mogłabym zrobić ich szczegółowe drzewo genealogiczne, łącznie z datami narodzin większości członków. Coś zaczęło się psuć przy Czarnej polewce i Sprężynie, szczytowych formach talentu Autorki, dorównującym Kwiatowi kalafiora i świątecznej Noelce. Widać było, że najlepszymi tomami serii, pisarka chce zakończyć przygodę z tym, co przecież było jej sztandarowym dziełem. Ryzykowne, ale, moim skromnym zdaniem, dobre posunięcie, niestety, zaostrzające apetyt czytelników na dalsze tomy i pisarki na nowy sukces. Zresztą, każdy lubi okrągłe liczby, na przykład dwadzieścia, szczególnie kiedy jest się ich blisko. Kilka lat po tym, kiedy przestałam zaglądać na stronę Autorki, czekając na jakąkolwiek zapowiedź o nowej powieści i pogodziłam sobie, że cykl został definytywnie skończony, a pisarka przechodzi na zasłużoną emeryturę, pisarka postanowiła jednak ciągnąć wszystko dalej, wrócić do stworzonego przez siebie świata, do porzuconych przez siebie bohaterów, a wszystko, jak zapowiada się, do trzydziestki tomów. Bardzo ambitne marzenia, podziwiam za determinację, naprawdę.

Ignacy Grzegorz Stryba, młody intelektualista i syn Gabrieli, nurzający się, jak autorka tego bloga, w wysublimowanych lekturach i łacińskiej, harmonijniej mowie, ma problem. Otóż w jego świat wpadł nagły dysonans, mający kształt Magdy, córki znanej nam z poprzednich tomów Janki Krechowicz (wnuczki legendarnego już profesora Dmuchawca), dziewczyny o krągłych kształtach i fryzurze kojarzącej się jedzeniem, a konkretnie mówiąc, z klopsikami. Ponieważ wcześniej dziewczyny i kobiety znał tylko z książek, a ideałem była zapewne Helena Trojańska, bezpretensjonalna Magda, fanka fast foodów z popularnej amerykańskiej restauracji, już od początku niepokoi chłopaka, a i tak już od początku czuć ten magnetyzm. Szybko okazuje się także, że dziewczyna przeżyła jeden już zawód miłosny, więc nie tak łatwo da się oplątać nieporadnymi sidłami miłości Ignasia, z której pewnie sam nie do końca zdaje sobie sprawę. Jednak czy ta dziewczyna jest dobrym wyborem dla chłopaka? Tymczasem Laura wreszcie się ustatkowała – z westchnieniem ulgi przyjęłam wiadomość, że, chociaż w atmosferze rozgardiaszu, wreszcie wyszła za mąż za Adama, co tylko potwierdza to stare mądre przysłowie, że przeciwieństwa lubią się przyciągać. Chociaż nigdy nie lubiłam lalusiowatego polonisty, mam nadzieję na to, że małżeństwo, w przeciwieństwie do tego matki Laury, będzie szczęśliwe. Życzę jej wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, co świadczy tylko o tym, że przez tyle tomów serii nauczyłam się traktować bohaterów nie jak postacie, jakie wymyśliła Autorka, ale jak zwykłych, normalnych ludzi, moich znajomych.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co w pełni zasługuje na plus. Ten przytulny, zakurzony klimat mieszkania na Roosevelta? Ciepłe, trochę nierzeczywiste postacie bohaterów, rodzina z prawdziwymi wartościami? A może rysunki? Tak, rysunki Autorki zdecydowanie zasługują na plus i to duży. Czarno-białe, klimatyczne, z pewną, staranną, miękką kreską, wiernie przestawiające opisywanych bohaterów. Chociaż nie ma ich tu dużo, to jednak stanowią spory smaczek i pięknie urozmaicają książkę, sprawiając, że powieść wydaje się jeszcze bardziej swojska i ciepła. Czasami biorę sobie tę książkę – tak jak inne pozycje z cyklu – i przeglądam, tylko dlatego, by podziwiać ilustracje i wpatrywać się we wciąż jeszcze dobrze narysowane, sympatyczne twarze bohaterów.

To naprawdę osobliwe uczucie tak obrzucać błotem jeden z najlepszych cyklów powieści obyczajowych w ogóle, ale jestem recenzentką i nic nie jest mi obce, nawet to. Cóż, zaczynamy. Bohaterowie, stara drużyna z Roosevelta, są tacy, jak byli wcześniej, przynajmniej na pozór. Zakurzony, stary już Borejko i jego pełna energii żona, Melania, tkwiący w kurzu starych książek i łacińskich maksym, jednak ich charakter, ta niepowtarzalność, iskierka życia, którą te postacie w sobie miały, a mądry uśmiech pana Borejki, z którym słuchał domowych kłótni i wygłaszał słowa starożytnych Rzymian, jest już tylko słowem na papierze, bez tego ciepła wokół serducha, jakie zawsze towarzyszyło mi przy czytaniu o tym. Jest też Laura, chociaż w mniejszej, niestety, dawce niż zazwyczaj i jakaś taka mdła… Cała jej dzikość, oryginalność i ledwo wyczuwalny smutek gdzieś zniknęła, zostawiając spokojną dziewczynę, jaką Laura nigdy nie zgodziłaby się być, jakby Autorka sądziła, że ślub wysysa z człowieka cały charakter, zostawiając potulną istotkę. Jak można tak psuć jedną z najlepszych postaci w całym cyklu? Takie same odczucia wywołuje u mnie Ida Pałys, gdzieś w tle świecąca swoją rudą fryzurą i swoimi opowieściami o przeprowadzonych operacjach (przynajmniej tak było w poprzednich tomach, co wspominam z niejakim sentymentem) – chociaż z postaci z charakterem zmienia się coraz bardziej w komediowego stworka, a jej cechy powoli zamazują się pod komediową, tylko na pozór nowoczesną, jak pewnie myśli Autorka, konwencją, w jaką, niestety, skręca cały cykl. Gabriela stała się natomiast płaczącą nad całym światem intelektualistką, pełną dziwnego chłodu i dziwnej oschłości, która chyba jest mutacją jej zdrowego rozsądku; najgorsze jest to, że całe ciepło, jakie ją zwykle otaczało, to całe poczucie bezpieczeństwa, wyczarowane za pomocą słów, zniknęło. Rozwiało się. A ja mogę tylko płakać.

Powieść skupia się jednak na latoroślach dynastii Borejków, co staje się dość powtarzalne i nudne, mimo że zrozumiałe jest, że Jeżycejada jest serią dla nastolatków i nikt nie będzie od pisarki wymagał opisywania rozterek dorosłych członków rodziny. Jednak brakuje historii znajomych Borejków, takich jak za dawnych czasów Belle, Aurelii, Kreski, Bebe i innych, jakoś przecież związanych z historią tej pisarka zbyt mocno skupia się na Józinku, Łusi i Ignasiu, co skutkuje pewną powtarzalnością. Bo jeśli w Sprężynie bawiło mnie to, jak Łusia poprawiała członków rodziny, tutaj czuję znużenie; jeśli wcześniej bawiły mnie pierwsze uczucia tak różnych od siebie kuzynów, tutaj mam tego dość, szczególnie że pisarka nie dodała niczego nowego, popełniając autoplagiat. Żeby chodziło tylko o powtarzalność. Ale cechy Ignasia, które wcześniej harmonijnie wpasowywały się w słodko-gorzką całość, tutaj zostały komicznie wyolbrzymione, niemal do karykatury, więc ostatecznie nie wiedziałam, czy płakać, czy się śmiać, bo jego zaloty do Madzi zostały przedstawione boleśnie schematycznie i bez polotu. Sama Madzia nie ma magii starych bohaterek. Jej skłonność do jedzenia fast foodów jest przereklamowana i zupełnie nieciekawa, tak samo, jak jej cechy charakteru, których nie posiada i poprzednia historia miłosna, zalatująca wręcz tanim sentymentalizmem. Autorka próbowała stworzyć postać nowoczesnej nastolatki z problemami różnego rodzaju, w dodatku zachowując swoją starą magię, ale ponieważ nie można trzymać kilku srok za ogon, wszystko się posypało i Magdusia wyszła nijaka, szara i głupia, pozbawiona błysku geniuszu, tak przecież charakterystycznego dla tej Autorki.

Fabuła jest bardzo pospolita. Nie ma w niej zaskoczeń ze Sprężyny, oryginalności Noelki czy hipnotyzującej mocy Brulionu Bebe B. Słowem, jest pozbawiona wszystkich dawnych cech poznańskich opowieści, by przekształcać się w ciężkawą, typową powieść dla nastolatek. Nawet nieprzewidywalne, dość infantylne i groteskowe, zwroty akcji i (pozornie) śmieszne żarty pisarki nie są w stanie nadać powieści dawnej lekkości – wręcz przeciwnie – fabuła ciągle zgrzyta, a Autorka z zaciętymi zębami i uśmiechem na ustach skleja ją z niepasujących fragmentów. Momentami dzieje się tyle, że człowiek nie może nadążyć, momentami nie dzieje się nic, poza tym, że bohaterowie siedzą przy stole i prowadzą rozmowy, które tutaj nie są już rozmowami dawnych Borejków, więc nie są ciekawe czy wciągające. Zresztą, o czym można mówić, skoro pisarka stara się fabułę swojej powieści jak najbardziej skrócić, uprościć, tak jak to robi wiele Autorów, szczególnie tu myślę o paranormal romance. Nie, nie ma tu aniołów albo złośliwych trolli, które podmieniły mi wydanie, ale rozwiązania fabularne są tak głupie, albo przewidywalne, a wszystko skupia się wokół historii miłosnej Madzi, w czym przypomina inteligencję rodem z opowieści o niezwykłej dziewczynie i jeszcze bardziej niezwykłym chłopaku. Wątki poboczne też niezbyt, bo rodzina Borejków przewija się przez historię Magdaleny i poza drobnymi nawiązaniami do, niestety, ugłaskanego Tygrysa i potomków profesora Dmuchawca, który tutaj już umarł (z nim umarła prawdziwa Jeżycejada, przynajmniej na razie), co owocuje dość nieudaną, zupełnie pozbawioną klimatu sceną w jego pokoju z Aurelią, jakąś dziwną i odmienioną, jak wszystko tutaj. Pojawia się też Pyziak, zapewne dlatego, że Laura wyszła za mąż, ale pojawiał się on już wcześniej, więc tu jest zupełnie zbędny, szczególnie że potulnie posłużył Autorce jako zapychacz w miejsce, gdzie nie miała co już wstawić, a chciała jakoś tam wydłużyć fabułę i zwiększyć objętość książki. Poza tym akcja kręci się wokół fast foodów nowej bohaterki i nieumiejętnym zalotom Ignasia, przy czym wszystko jest niezwykle przewidywalne, łącznie z zakończeniem i zupełnie nieprawdopodobna, sztuczna jakby Autorce skończyły się pomysły na z życia wzięte sytuacje i zakończenia. Niestety, moim zdaniem wskazuje to tylko na to, że pisarka postanowiła napisać książkę, nie mając przedtem sprecyzowanego w szczegółach pomysłu czy zarysu, to znaczy, nie mając pomysłu w ogóle, już o chęciach nie mówiąc.

Niechętnie, ale się zgodzę, że pisarka nie zapominała o żadnym ze wcześniej stworzonych elementów, nie ma więc żadnych nieścisłości. Autorka kontynuuje swoją powieść tam, gdzie ją przerwała kilka lat wcześniej, pociągając za wszystkie urwane wątki i w jakiś sposób kontynuując je. Nie ma więc, na szczęście, żadnych zgrzytów w łańcuchu przyczynowo-skutkowym, co mnie bardzo cieszy i udowadnia, że tak źle nie jest, skoro pisarka przejrzała wcześniej wszystkie swoje zapiski i odtworzyła stworzony przez siebie na papierze świat.

Język zawsze u pisarki był jednym z atutów pisarki. Zaklinał rzeczywistość Poznania, malując przed naszymi oczami jego magiczną wersję. Jeśli pisarka opisywała zimę, w pewien sposób było ją czuć – nie była to też zwykła, brudna zima, ale zima z błyszczącym śniegiem, chrzęszczącym pod nogami i ażurowymi gwiazdami padającymi z nieba, zima wypełniona magią świąt, ciepłych, rodzinnych. Jeśli pisarka umieszczała swoją akcję w Nowy Rok, czuć było to napięcie, jakie nam towarzyszy w odliczaniu do dwunastej i tą dziwną, przepojoną nadzieją radość, kiedy na niebie pojawiają się fajerwerki, a my, rocznikowo, jesteśmy o rok starsi i stoimy przed wielką Niewiadomą, która może nam przynieść wielkie szczęście. Tutaj tak nie jest – styl Autorki zgubił się pomiędzy nawiasikami, drobnymi żarcikami i usilnym staraniem się bycia nowoczesną i bardziej przystępną, zachowując przy tym swój stary, niepowtarzalny, czarujący język. Jednak przy pustych bohaterach i nudnych, niezaskakujących historiach wygląda to fatalnie, szczególnie że postacie nie mają do powiedzenia nic ciekawego, poza niezgrabnymi, stricte nowoczesnymi żartami i zbyt sentymentalnymi kwestiami (albo wygłaszają kwestie znane z poprzednich tomów cyklu); większość, co napisze Autorka, jest więc pustosłowiem. Tak samo opisy – nie są już magicznymi ramkami oplatającymi rzeczywistość, tylko dziwnym, nowoczesnym zapewne, pośpiesznym szczebiotem, paplaniną nastolatki, a przynajmniej tym, co pisarka uważa za słodką paplaninę. W tym wszystkim gubią się, nieliczne już zresztą, ładne porównania Autorki i nieśmiertelne łacińskie maksymy pana Borejki, razem z klimatem zakurzonego, pełnego książek mieszkania rodziny, przesyconego prawdziwym ciepłem, za to dając tylko wnętrze McDonalda, oferujące wszystko i szybko. Magia więc bezpowrotnie znika, zostawiając tylko, owszem, technicznie bardzo sprawny, slang z powieści dla nastolatek, napisany przez osobę, która za wszelką cenę chce się odmłodzić i dogonić o wiele młodsze przeciwniczki (zupełnie jak Madonna, tyle że uważam, że na płycie Rebel Heart niemal jej się to udało), co jest dość żałosne, bo czasu do dni popularności, na przykład, Opium w Rosole nie da się już cofnąć, a teraz wiek się nie liczy, jedynie pomysły i umiejętność przyciągnięcia czytelników.

Okładka, delikatnie mówiąc, do najlepszych nie należy. Przedstawiona na niej Magdusia, ze swoją klopsikowatą fryzurką i kluczykami, które są motywem przewodnim książki, zwieszającymi się skądś tam, wygląda niezbyt gustownie. Obrazek na okładce, będący właściwie od zawsze mocną stroną powieści pisarki, tym razem zawiódł. Magda w ogóle nie jest sympatyczna, za to jej twarz przypomina jakąś maskę i to w dodatku źle zrobioną, bo nieco przekrzywioną i nieco zakrytą przez tę okropną czerwoną chustkę. Wiem, że znów się czepiam, ale Magda nie wygląda porządnie i sympatycznie, wręcz przeciwnie, nie mówiąc o tym, że nie ma tego czegoś, co było w poprzednich wizerunkach bohaterek kolejnych tomów cyklu. Wolę sobie popatrzeć na tył, gdzie sukienka ślubna Laury wisi sobie w próżni obok choinki i pomyśleć o moich niespełnionych nadziejach dotyczących kolejnego spotkania z cudną parą, jaką jest Adam i Tygrys (kocham Czarną Polewkę i Sprężynę niedorzeczną, szaloną miłością, więc aż strach pomyśleć, że tom następny jest niezwykle słaby) kiedyś byli i cieszyć się w sercu, że jedna z ulubionych bohaterek całej Jeżycejady znalazła w końcu stabilizację (i skończyła jako Dobra Laura, choć w to nie wierzę). Cóż. Nawet z tym pisarka się postarała, umieszczając na okładce dość niesympatyczne oblicze, na nie najlepszym obrazku.

Na początku byłam zszokowana, a teraz jestem po prostu rozczarowana. I chyba już pogodzona, że czasy Jeżycejady mijają, że, być może, po Sprężynie Autorka nie wyda kolejnej powieści tak dobrej powieści, na siłę doklejając jeszcze dziesięć, dwanaście lepszych albo gorszych gniotów. Szkoda w sumie, bo przecież współczesność, pierwsza dekada XXI wieku, w której tkwimy, nie musi być wytłumaczeniem dla słabych książek pisarek, które z takim powodzeniem tworzyły wcześniej. Prawda, że żyjemy w pośpiechu i chcemy mieć więcej i szybciej, ale McDonald nie jest symbolem naszej epoki, a stary świat, świat starych Borejków, został zepchnięty do lamusa, ale nie odszedł. Nie widzę więc w problemu w mieszaniu tego starszego świata z tym nowszym, w eleganckich proporcjach i przy zachowaniu starej maniery. Nie widzę potrzeby unowocześniania czegoś na siłę, zmieniania proporcji, tam, gdzie osiągnięto harmonię. Nie widzę też ciągnięcia czegoś, co dla większości zostało już definitywnie skończone, zamknięte; nie ma sensu wskrzeszać i odmładzać czegoś, co powinno zostać w nienaruszonej, starej postaci, doklejać nowych elementów do całości. To tak, jakby oblepiać stare pomniki krzykliwymi reklamami, zupełnie bezsensu. Ba! Gdyby pisarka postanowiła nie burzyć tego, co jest już zbudowane, a nie zanurzać wszystko w nowoczesnym sosie, przyprawiać solą prostego, nieskomplikowanego jakimiś trudnymi problemami i emocjami życia, piec tak, by pozbawić magii, a na końcu podać w opakowaniu nieśmiesznego humoru i nieciekawych historii miłosnych rodem z McDonalda.

Tytuł: „McDusia”
Autor: Małgorzata Musierowicz
Moja ocena: 1,5/10