Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2010. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2015

Droga do dorosłości. Recenzja książki



Często słyszę opinie starszych ode mnie, że w dzisiejszych czasach dzieci mają nudne życie, a w dorosłość wchodzą nieprzygotowane do wyzwań, jakie na nich czekają. I, po głębszym przemyśleniu oraz obserwacjach poczynionych w szczególności na Facebooku, muszę jednak podpisać się pod tą teorią. Rok szkolny? Wszyscy narzekają na brak czasu, bo nauczyciele wymagają coraz więcej, zresztą towarzyskie wracanie ze szkoły i internetowe rozmowy pochłaniają dużo czasu, żeby nie wspominać o przeczesywaniu otchłani Internetu w poszukiwaniu rozrywki. Wakacje? Również Internet, wypady rowerowe, wycieczki z rodziną, często za granicę. I tak wiele nastolatków, tkwiąc cały deszczowy lipiec czy sierpień przed telewizorem, narzeka w końcu na nudę. Ha. Na tym polega smutek ich egzystencji. Nie chcę nikogo obrażać, ani też jak moja babcia zaczynać zdania od za moich czasów, ale moje wspomnienia są mniej więcej takie, że biegałam z koleżankami i kolegami nie zważając na białe conversy (bo takich nie mieliśmy), robiliśmy placki z błota, zamki z piasku i goniliśmy dzikie koty. Pamiętam jeszcze zaniedbany domek, a właściwie pewnego rodzaju skład na narzędzia ogrodnicze, takiż sam u mojej koleżanki; również wielki basen, po którym pływaliśmy pontonem i pewnego młodego byka, przed którym uciekaliśmy na przełaj przez kukurydzę. Nasz wygląd ciężko było porównać do designerskich dwunastolatek, które robią sobie codziennie kilka selfie , a rozmowy i kłótnie do postów, komentarzy i rozmów w Internecie, ale wspomnienia mam bardzo dobre, takie, jakich wielu mogłoby mi zazdrościć. Jednak myślę, że dzisiejsze nastolatki – w większości - nie chciałyby nawet słyszeć o takich rzeczach, uważając je za zbyt wyczerpujące. Może to stereotypowa opinia, ale dziś mało kto potrafi się bawić. Ale nie chodzi mi o imprezy. Bawić się, w na przykład, udawanie, że jest się posiadaczem wyspy… 

Marian, Julek, Pestka i Ula jednak potrafią. Kiedy przyjeżdżają na wakacje nad rzekę Młynówkę, we wiosce Olszyny, potrafią całe dnie spędzać na wyspie na rzece, tylko we czwórkę. Pewnego dnia odkrywają, że na ich wyspie jest obcy – tajemniczy chłopak ze zranioną nogą, który twierdzi, że idzie do swojego wuja. Przyjaciele próbują mu pomóc, jednak z czasem przekonują się, że sprawa Zenka, bo tak nazywa się ów przybysz, nie jest taka prosta, jak na początku mogło się wydawać. Największe problemy ma Ula, cicha, nieśmiała dziewczyna, która do tego dziwnego chłopaka zaczyna czuć coś więcej niż tylko sympatię… Co będzie z Zenkiem? Czy w końcu uda mu się dotrzeć do wuja? I, co jest chyba najważniejszym pytaniem fabularnym powieści, co go skłoniło do podjęcia tak ryzykownej wyprawy? 

Rzeczą, dla której warto książkę przeczytać, jest podejście do przedstawianych tematów i wartości – ujęcie bardzo klasyczne (żeby nie napisać przestarzałe), pełne moralności tamtych czasów, ale i na wskroś uniwersalne. Autorkę zajmują istotne problemy, do których kłopot z brakiem chłopaka jak najbardziej się nie zalicza; przedstawia swoich młodych bohaterów w sytuacjach często przerastających ich wiek i predyspozycje psychiczne, w których przecież jakoś muszą sobie poradzić, uznając pewne wartości i normy moralne bez których – co pisarka może nieco natrętnie stara się udowodnić – ciężko byłoby te problemy rozwiązać. A rozwiązywanie ich jest właśnie procesem dorastania, kształtuje odrębne, ciekawe charaktery bohaterów, sprawia, że powoli przestają być dziećmi, a stają się dorosłymi – oczywiście psychicznie. Jednocześnie forma nie jest ciężka, wręcz przeciwnie – nurtujące problemy zostały przedstawione tak, że każdy czytelnik, choć może w życiu nie doświadczy podobnych sytuacji, rozumie bohaterów, a także – mimo wszystko współczuje Zenkowi. Nie jest to może dramatyczna lektura w stylu kolejnych wyznań Arabki, która uciekła na Zachód czy dziewczyny, która po latach opowiada o swoim traumatycznym dzieciństwie, ani nie poraża tak samo jak inna lektura, którą pamiętam z okresu, w którym czytałam tę – Chłopcy z Placu Broni. Emocje są bardziej wyważone, ukryte, schowane między słowami, niezbyt intensywne i jaskrawe, ale za to prawdziwe. Do bólu. Nie przesłodzone i sentymentalne, jak bywa to często w pozycjach dla młodszych czytelników, ale zarazem ładnie komponujące się z fabułą, zlewające się w jedną ciekawą całość. I – co chyba najważniejsze – pisarka nie traktuje odbiorcy jak nierozumną istotę, której wszystko trzeba podać na tacy, wręcz przeciwnie: młody czytelnik jest traktowany jak ktoś równy Autorce, jak dorosły, z którym można poważnie porozmawiać na różne tematy, a czasami dobrze i gustownie się przy tym bawić, z góry zakłada, że ma do czynienia z inteligentnym młodym człowiekiem. Rzadko można spotkać takie elementy w tego typu literaturze, pozycja ta więc chwilowo zaspokoiła wtedy mój wybredny gust i robiła to przez naprawdę długi czas.

Dużą zasługę ma w tym język, jakiego używa Autorka – styl ma prosty, dostosowany do potrzeb młodego odbiorcy i sprawiający, że powieść czyta się bardzo szybko i lekko, spokojny i ładny, nadający całości pewną nutę wewnętrznego ładu i harmonii, a może nawet melancholii. Język dość barwny, ale sprawiający wrażenie skromnego i skrajnie minimalistycznego, pozostawiającego wiele do interpretacji czytelnikowi, a jednocześnie odsłaniającym przed nim wiele kwestii, które pewnie zamazałyby się przy większej ilości słów. Nawet najbardziej dynamiczne momenty napisane są spokojnie, dość szczegółowo, bez zmieniania tempa. Pisarka jest doskonałym obserwatorem, zresztą obserwacja zachowań bohaterów i szukanie ich powodów – nierzadko pozostających w sferze domysłów – to istota tej książki. Każdy najdrobniejszy gest, niedopowiedziane zdanie, dziwne uczucie, które zaczyna kiełkować w bohaterze czy błysk w oku mogą wiele znaczyć, będąc czasem ważną częścią opowieści. Z drugiej strony, przez liczne – dziwnie to mówić, ale tak naprawdę jest – archaizmy i dość stare już konstrukcje zdań, rodem z głębokiego PRL-u, same z siebie przywołują pewien dziwny sentyment, który moje pokolenie ma we krwi, chociaż nie pamięta tamtych czasów. Czytanie przypomina trochę kameralny film dla młodzieży, ze słabą kolorystyką i czarnymi plamami, chociaż mimo wszystko bliżej tu do ładnego obrazka tamtych lat niż szarej, brutalnej rzeczywistości. Ale te archaizmy i brak krzykliwych gadżetów dzisiejszych czasów, gdzie komputer zastępuje wyspa na jeziorze, podkreśla tylko uniwersalną wymowę książki i sprawia, że czytelnik przestaje zaprzątać sobie głowę szczegółami, skupiając się na istocie – na problemach bohaterów, które, trzeba przyznać, są zwykle takie same, bez względu na rekwizyty i datę. 

Fabuła, jak na warunki gatunku i rodzaj, toczy się do przodu w dość szybkim tempie; Autorka poświęciła na poszczególne wydarzenia tyle czasu, ile potrzeba, nie przeciągając jakiegoś wątku nadmiernie ani też nie skracając. Wszystko wobec tego jest poukładane, logiczne i harmonijne. Bo tak naprawdę wiele się nie dzieje: duże partie tekstu pisarka poświęciła na delikatną analizę psychiki bohaterów, dialogi i wątki poboczne, chociażby dość szeroko przedstawiony konflikt Pestki z jej matką czy sytuacja rodzinna Uli. Są to jednak – najczęściej - wątki zgrabnie i niemal niezauważalnie wplecione do fabuły, mające na celu jeszcze szersze przedstawienie postaci, w pewnym stopniu wyjaśniające ich styl bycia, charakter, wyznawane wartości i reakcje. Co ciekawe, najmniej wiemy o najważniejszej postaci powieści, Zenku – to wątek sprytnie ukryty, pozostający w strefie domysłu czytelnika i sprawiający, że postać chłopaka jest taka intrygująca i tajemnicza; dzięki temu książka zmusza do przeczytania jej do końca i stwarza Autorce wygodny, zgrabny pretekst by z zapałem szkicować dalej psychologiczne portrety swoich dorastających bohaterów i snuć rozważania na nurtujące ją tematy. Bo tak naprawdę – mimo że jest to kwestia wydawałoby się nadrzędna, ciekawa i motywująca do dalszego czytania – nie ważne, czy Zenek znajdzie swojego wuja czy też nie. Najważniejszy jest tu motyw drogi, powody, jakie kierowały bohaterem i jego przemiana. A także coś, co łączy go z Ulą, choć to najdelikatniej zasugerowany i najbardziej niewyraźny wątek w powieści. A co? Tego niech już każdy domyśli się sam. 

Podkreślając wielokrotnie fakt, że Autorka najwięcej uwagi poświęciła bohaterom i ich psychice, oczywiście nie miałam na myśli, że zrobiła to dobrze – czasami można przecież przedobrzyć, rozmazać cechy bohatera, co sprawi, że postać, której psychikę chcieliśmy przedstawić bardzo dokładnie, rozmywa się i staje się niewyraźna i nieco miałka. To stało się tu w kliku przypadkach, szczególnie jeśli chodzi o męskich bohaterów powieści – mam tu na myśli oczywiście Julka i Marian. O ile Julkowi jeszcze wiele można przebaczyć, bo to przecież jeszcze dziecko, stojące na początku drogi do dorosłości, ujmująco niewinne i wywołujące czasami z tego powodu uśmiech na twarzy czytelnika, a Autorka nie ma raczej dużego doświadczenia w tworzeniu takich postaci, to ciężko powiedzieć cokolwiek dobrego o Marianie. Bo naprawdę nie dowiadujemy się o nic konkretnego. Dobry chłopak z niego był, przy czym miał cechy typowe dla dorastających osobników jego płci, wzorowo opiekował się Julkiem i był dla niego zadziwiająco wyrozumiały (nawet jak na normy PRL-u i lat 50., kiedy, jak wieść głosi, młodzież była lepsza niż dzisiejsza gimbaza, w co, tak naprawdę, nie wątpię) tak naprawdę nic więcej o nim nie wiemy. Oczywiście, Autorka z pietyzmem odmalowuje jego sylwetkę, ale chłopak z każdą stroną staje się coraz bardziej nijaki i skutecznie działa ludziom na nerwy. Tak samo jak dziewczyna zwana Pestką (nie dowiadujemy się, jak nazywała się naprawdę; gdy byłam mniej więcej w jej wieku w całej swojej genialności sądziłam jednak, że to jest jej imię). Inna sprawa, że nie lubię dziewczyn-chłopaczyc w właśnie jej stylu (to znaczy wkurzających osóbek, które kiedy kopiują styl chłopaków myślą, że wszystko mogą i zaczynają działać naprawdę bezmyślnie i arogancko; uwierzcie, mam jeszcze traumę od pewnego mocno bajkowego fantasy, w którym pewna dziewczyna zakochała się w drzewie i kwestiach zachowania przypominała Pestkę… żebym tylko nie zapomniała nasłać na nich asasynów albo nija).  Miała wyjść pewna siebie, buntownicza dziewczyna, która jednak skrywa ciągle powracający konflikt z matką. Wydaje mi się jednak, że Autorka nie miała tyle brawury czy też doświadczenia, żeby napisać to tak, jak powinno być, tworząc postać nieco sztuczną, wykreowaną trochę na siłę i dość trudną do zrozumienia przez czytelnika, nawet tego, który w ogólnym zarysie bohaterkę przypomina. Zresztą, trudno jest wykreować sympatycznego bohatera z mocnym charakterem, a i tego typu osobowość w pewien sposób burzy delikatną, kameralną kompozycję polegającą na zagłębianiu uczuć postaci. Tutaj bardziej pasowałaby Ula (mówiąc nawiasem, subiektywnie moja ulubiona bohaterka powieści, bo może nawet przypominająca mnie) – nieśmiała, cokolwiek zahukana, czasami jeszcze dziecinna i niezwykle wrażliwa. Rysunek jej postaci wychodzi Autorce bardzo ładnie, delikatnie, głęboko i przede wszystkim bardzo wiarygodnie, no, przynajmniej mi tak się wydaje. Wydaje się nawet, że pisarka poddaje ją analizie głębszej niż resztę postaci – naturalnie oprócz Zenka – ukazując przy tym najmocniejsze strony swojego warsztatu i portretując w ciekawy sposób postać, na pierwszy rzut oka, zwyczajną i dość nudną, co jeszcze dobitniej ukazuje w kontynuacji powieści. Nie można jednak zapomnieć o Zenku – przyczynie całego zamieszania, również w uczuciach Uli. Chłopak bardzo tajemniczy, z intrygującą czytelnika historią, jednocześnie, jak widać, mocno pokaleczony przez los, często z wątpliwymi moralnie pomysłami i poglądami na rzeczywistość, szorstki i niezbyt przyjacielski, ale jednocześnie bardzo samotny. Osamotniony. Potrzebujący kogoś bliskiego. W innym przypadku nie wybrałby się przecież samotnie na poszukiwanie wuja, ryzykując wszystko, łącznie z głodem i przymusowym powrotem do domu. I tak naprawdę poszukujący – jak ci bohaterowie powieści drogi, których ryzykowna wyprawa czegoś uczy. Chociaż dopatrywanie się jakiegoś drugiego dna i bardziej w skomplikowanej symboliki w dość prostej historyjce może być zwykłą nadinterpetacją. W każdym razie Autorka stworzyła tę postać z wielkim wyczuciem i niezwykłą empatią, ukazując chłopaka ze wszystkimi zaletami i wadami, portretując go w chwilach złości, zwątpienia, nadziei, radości, sprawiając więc, że Zenek wydaje nam się najbardziej żywy i najszczerzej ukazana postać, pełnokrwisty człowiek, co jeszcze bardziej budzi w czytelniku odruch empatii, o zrozumieniu dla jego, czasem niewłaściwych wyborów, nie mówię – każdy jest w stanie zrozumieć kogoś podobnego do nas, bo nie jesteśmy doskonali i, może, w takich okolicznościach dokonalibyśmy podobnych wyborów. Można więc powiedzieć, że pisarka nie tylko ukazuje nam wnętrze swojego bohatera, ale po trochu dokonuje studium każdego z nas, szczególnie kiedy chodzi o kwestie samotności, przyjaźni i miłości w naszym życiu, czegoś, czego wszyscy potrzebujemy… Stop. Czy ja znów wymyślam sobie to, czego nie ma w książce? 

Okładka posiadanego przeze mnie wydania jest niczego sobie, wesoło w każdym razie nie jest. To znaczy, jest mocno przeciętna i jakoś niezbyt pasująca do tego, o czym jest książka. Wydaje się być trochę w zbyt męskim stylu, a także, pomimo ładnego minimalizmu, wydaje się trochę za bardzo nowoczesna, nawet stylem nie nawiązując do fabuły, nie oddająca jej klimatu. Znowu się czepiam, jednak brakuje mi tu czegoś. Może całość jest zbyt uboga? Na mój gust jest w dodatku trochę za ciemna. Tło jest ciemnoniebieskie, z nieco jaśniejszym środkiem, wyglądającym jak aureola wokół głowy chłopaka, a większość błyszczącego czegoś, co postać ma na sobie (?) ozdobiona jest cokolwiek niemęskim, ale bardzo ładnym, czarnym wzorkiem. Skąd coś takiego się wzięło to nie wiem i raczej wolę nie dociekać. Za to bardzo podobają mi się czcionki użyte na okładce (jakoś dziwnie bez żadnego dodatkowej recenzji czy tekstu reklamowego), szczególnie tytuł, z ciekawym dodatkiem z dwóch stron i gustownie dobrany do całości kolor, jakim napisano nazwisko Autorki – cieplejszy odcień w tych wszystkich nieco przytłaczających i depresyjnych szarościach, błękitach i bieli jak najbardziej się przyda, choć okładki to już z pewnością nie uratuje. 

Coś jest w tej książce, co zmusza do refleksji. Mimo bezpłciowego Mariana, bardzo irytującej Pestki i niezbyt ciekawej – a już na pewno nie przyciągającej wzrok – okładki, jest tu coś, nad czym warto się zatrzymać. Bo o ile zaplątane w rzeczywistości dzieci, które powoli dorastają i próbują odnaleźć się w świecie dorosłych, świecie własnych, coraz mniej jednoznacznych emocji, odnajdą tu może jakąś analogię czy wskazówkę, a może zostaną zmuszone do przemyślenia kilku spraw, a może nawet zachwycą się lekturą, to starsi czytelnicy odnajdą dzieciństwo. Może to również z lat PRL-u, a może ze świata istniejącego jeszcze szesnaście, piętnaście lat temu, kiedy beztrosko bawiło się w budowanie zamków i Zorro, świata innego niż ten dzisiejszy. Takiego, w którym ludzka życzliwość dla tych, którzy zostali w różny sposób skrzywdzeni, jest na wyciągnięcie ręki, tak samo jak zupełnie bezinteresowna przyjaźń rówieśników-towarzyszów zabaw,  a zatopienie się w czyich oczach czy pierwsze, niepozorne drgnienie serca budzi niezrozumiały lęk i zdziwienie, kiedy pociąg oddala się, zmuszając do kolejnego pożegnania. A może i te chwile, kiedy zmieniało się nasze życie, nie potrafiliśmy sobie z czymś poradzić i targało nami poczucie inności czy obcości z różnych kiedy czuliśmy się jak nieproszony obcy na czyjeś wyspie. 

Tytuł: „Ten obcy”
Autor: Irena Jurgielewiczowa
Ocena: 7/10

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Przygoda i rutyna. Recenzja książki

Chyba każdy przyzna mi rację, że szkoła jest raczej nudna. Rano trzeba pędzić co sił, żeby nie spóźnić się na ósmą, a potem siedzieć sześć, siedem godzin na nic nie wnoszących do życia lekcjach, poprzedzielanych przerwami. W podstawówce było to najboleśniejsze, bo kiedy zaczynaliśmy się dobrze bawić, dzwonił dzwonek i wszystko psuł. Zresztą, podstawówka! To były piękne czasy. Kiedy przypomnę sobie piękne, kolorowe książeczki z sympatycznymi, arkadyjskimi rysunkami, kratkami do rozwiązywania prostych zadań matematycznych (wtedy jeszcze nikt nie myślał o sinusach, całkach i innych bajerach) i prostych ćwiczeń w pisaniu. Szkoła znudziła mi się trochę później, bo naprawdę nic się nie działo, pomijając szkolne apele, podczas których nie było nic słychać i przestawienia teatralne - radosną, niepohamowaną amatorszczyznę, która pochłaniała mnóstwo czasu, jaki chciałam poświęcić na czytanie. Nie było jednak ani wesoło, ani ciekawie, bo na wagary z zasady nie chodziłam. Zero przygód. Wszystkie te lata zlewają się w jedno, bo czasami, ze zmęczenia i znudzenia, wolałam nie myśleć, że znów przemierzam tą samą drogę. Może inaczej byłoby, gdybym mieszkała w internacie, ale tam poza równie rutynowymi, dzikimi imprezami nie było niczego innego, zresztą po każdej takiej imprezie ci ludzie mieli wiele nieprzyjemności, łącznie z wyrzuceniem ze szkoły, więc nie było to dość pociągające. Pozostały mi tylko – jak zwykle zresztą – książki. Bo gdzie szkoła może być bardziej ciekawa, jak nie w powieściach? Szczególnie w jednej, teraz już nie tylko co kultowej ale i klasycznej, o której słyszałam już tyle dobrego, że nie sposób było po nią nie sięgnąć.

Do całego cyklu o przygodach młodego czarodzieja mam stosunek raczej neutralny. Pierwszy tom, zaskakująco poniżej moich wygórowanych oczekiwań, choć obiektywnie wcale dobry, nie zaostrzył mojego apetytu na część kolejną, mimo że książka była adresowana do mojej grupy wiekowej. Drugi tom był prezentem od klasy, kiedy wyprowadzałam się do innej dzielnicy, z autografami wszystkich na pierwszej stronie, więc czułam niejako obowiązek przeczytania książki, szczególnie, że zapowiadało się bardziej ciekawiej i straszniej niż w tomie pierwszym – liczyłam, że Harry wciągnie mnie do swojego świata na tyle, że na kilka niezwykle grubych tomów przygód czarodzieja nie będę patrzeć tylko i wyłącznie z obawą.

Można by powiedzieć, że chłopak kłopoty przeczuwał już wcześniej: do domu jego wujostwa przybył skrzat, Zgredek, który próbuje zatrzymać Harry’ego w domu, przechwytuje nawet listy od przyjaciół i stara wyperswadować powrót do Hogwartu. Chłopak, po wielu przygodach i perypetiach, w końcu dostaje się do szkoły, tam jednak czeka na niego straszliwa zagadka. Kotka pana woźnego zostaje zabita, ktoś na ścianach wypisuje, że Komnata Tajemnic została otwarta, co wiąże się z legendą sięgającą jeszcze założycieli Szkoły Magii, a konkretnie jednego z nich - Salazara Slytheirna (poprawcie mnie, jeśli napisałam z jakimś błędem). Kolejni uczniowie zostają spetryfikowani, w tym przyjaciółka Harry’ego, Hermiona Ganger. Jednak dzięki niej i duchowi Jęczącej Marty, straszącym w pewnej łazience, Potter dochodzi do wniosku, że w tajemniczym pomieszczeniu kryje się Bazyliszek – straszna istota zabijająca swoim wzrokiem. Jaka jest jednak w tym wszystkim rola tajemniczego Toma Ridley’a i jego pamiętnika?

Rzeczą, która najbardziej podoba mi się w cyklu o młodym czarodzieju – a przynajmniej w tym tomie - jest mroczny, gotycki klimat, w jakim została utrzymana – właściwie w jakim została zanurzona - książka. Może to przez mury wielkiego, średniowiecznego zamku, jakim jest Hogwart, chodzące po korytarzach duchy i nauczycieli w szatach zamiast w zwyczajnych ubraniach? Może przez prawdziwe czary, niezwykłości i dziwy, jakie kryje w sobie zamek? W każdym razie jest to nastrój hipnotyzujący od pierwszego kroku zza próg Szkoły; aczkolwiek nastrój gęstniejącego mroku i zagrożenia, który zdaje się oblepiać zarówno bohaterów, jak i czytelnika. Mrok większy od samego Harry’ego i jego przyjaciół, którzy – bladzi ze strachu – walczą z siłami większymi od nich, wciąż gubiąc się w labiryncie moralnych niejednoznaczności, w tym tomie zaakcentowanych już mocniej niż w poprzednim. W każdym razie mrok ów jest w pewien sposób bardzo magiczny, choć niebezpieczny to pełen obietnic zapierających dech w piersiach przygód całkiem w stylu epickich opowieści klasyków gatunku (bardzo jestem ciekawa, jakie stanowisko wobec Harry’ego zajęliby J.R.R Tolkien i C.S Lewis z uwagi na wyznawaną religię). Ten mrok ukrywa się pomiędzy słowami właściwej opowieści, sprawnie ukryty przez rosnące napięcie i nierzadki humor słowny i sytuacyjny, ale każdy wrażliwiec na co dzień nurzający się w dark wave z pewnością zostanie nim porażony i zmuszony do przeczytania książki w całości i jednym tchem – tak jak stało się ze mną.

Niewątpliwą zaletą jest także szybka akcja, jak ktoś ciekawie zauważył, przypominająca swoją szybkością gry komputerowe  – bohaterowie nieustannie trafiają z deszczu pod rynnę, a wszystkie spokojniejsze momenty, jak na przykład gra w magiczne szachy, kulminują się w ostatecznej rozgrywce, stanowiąc jej zapowiedź (technika jest nienowa, właściwie stosowana już przez Sienkiewicza w Quo Vadis), co sprawia, że napięcie powoli i niezauważalnie rośnie, podsycane przez kolejne ofiary Bazyliszka, w tym Hermionę i ów pamiętnik, rzecz bardziej istotną od samej Komnaty Tajemnic, bo stanowiącą – jak przypuszczam – ważny element w osi konstrukcyjnej całej sagi. Całość jednak jest zbudowana zupełnie logicznie, a kolejne elementy układanki wyjawiane stopniowo i z wyczuciem, tak, że nie ma tu chaosu czy luk, a wszystko składa się bardzo. Muszę też zaznaczyć, że nie sposób nie dziwić się pomysłom Autorki na szczegóły z niebezpiecznego świata czarodziejów – choćby owe magiczne szachy, gadające portrety czy feniks Dumbledore’a o imieniu angielskiego zamachowca i podpalacza. Takie szczegóły, ubarwiają jeszcze fabułę, czyniąc ją atrakcyjniejszą i dla młodego czytelnika i dla starszego, a powieść wygląda na dopieszczoną i oszlifowaną, co jest przyjemnością samą w sobie. Wydaje się także, że zawierają w sobie jakieś niejasne symbole, coś głębszego, podskórnego i dość osobliwego, z pewnością bardziej na serio niż przygody młodego łowcy bazyliszków i dwójki jego przyjaciół.

Pozwolę sobie na uwagę, że chociaż perypetie Harry’ego lubią dorośli, a wielu z nich czuje sentyment do tej serii, sposób prowadzenia akcji jest dostosowany do potrzeb intelektualnych osób w wieku głównego bohatera, które, razem z nim, z każdym tomem stają się coraz starsze. Choć dużo napisałam o – moim zdaniem – dość niewłaściwej dla młodego czytelnika aurze mroku i niepokoju, wydaje mi się, że jest to faktycznie pozycja dla rówieśników Pottera. Przecież nawet Lord Voldemort jest tu kilkunastoletnim wspomnieniem, a Komnata Tajemnic z całą swoją złożonością i kryjącą się tam stworą wygląda bardziej bajkowo niż poważnie i nasuwa oczywiste skojarzenia z polską legendą o tym stworze. Wydaje się jednak, że Autorka, i to gruntownie, przygotowuje materiał na kolejne, znacznie poważniejsze tomy, a opowieść ta ma w szerszym kontekście serii jakieś ważniejsze znaczenie – w przeciwnym razie powieść ta byłaby tak naprawdę błahą, niewiele znaczącą opowiastką, jakich na rynku historii dla młodzieży jest wiele. Ostatecznie przecież wiadomo, że Harry i jego przyjaciele zwyciężą, a walka z bestią będzie kosztowała chłopca tylko kilka siniaków oraz pokrzepiającą, wyjaśniającą wizytę u dyrektora, pełną mądrych cytatów i dobrotliwych uśmiechów.

Język jest potoczysty i sprawny, przy tym bardzo prosty – dzięki temu narracja sprawia, że książkę, niezbyt grubą zresztą, czyta się niezwykle szybko. Autorka ma to, co nazywamy lekkim, ale przy tym dobrym  piórem – pisze zwyczajnie, jednak z jej słów wycieka autentyzm emocjonalny i sytuacyjny, dialogi wydają się naturalną rozmową, tak samo jak barwne, sugestywne opisy, bardzo sprawne zresztą i krótkie, których pisarka nie zapomina od czasu do czasu wpleść, tak dla uspokojenia w wydarzenia mknące tak szybko jak magiczny samochód ojca przyjaciela Harry’ego. Zresztą z dynamiką pisarka problemów nie ma – ostateczna konfrontacja to świetnie napisana scena, chyba najlepsza w książce, niezwykle oddziaływująca na wyobraźnię i zapierająca dech w piersiach, a technicznie zupełnie nienaganna. Nie ma wrażenia chaosu, nadmiernej opisowości – a przez to spowolnienia tempa – ani zabiegów stylistycznych. Umiejętnie dozuje napięcie, także w warstwie językowej, przemycając sugestywnym, podprogowym obrazowaniem bardzo duże dawki mroku, trochę może jak w powieści gotyckiej, trochę jak w wyrafinowanym horrorze, w którym przez większą część książki bohater, z plastycznie wymalowanym na twarzy przerażeniem i ściśniętym gardłem, ściga coś niezwykle groźnego, będącego jeszcze tylko cieniem czegoś, z czym przyjdzie się zmierzyć później. I aż ciężko uwierzyć, że stylistycznie to książka dla młodszego czytelnika, niezwykle lekka w odbiorze i prosta, niekiedy przypominająca nawet mroczną baśń z zamkiem pełnym duchów i jednorożcami w lesie.

Nie mam najmniejszego zamiaru ukrywać, że Harry Potter to postać irytująca. W ogóle drażni mnie wszystko, co dotyczy jego osoby. Najpierw to paskudne bycie ofiarą swojego dość przerysowanego wujostwa i kuzyna, będącego raczej schematycznym Złym Kuzynem z amerykańskich komedii familijnych i rozpieszczonym bachorem. Mały, blady, zalękniony chłopiec z połamanymi okularami i tajemniczą blizną na czole, biedaczek! Dziwne, że nie została mu po dzieciństwa trauma, bo ta komórka pod schodami… Zresztą nieważne. Poza tym naszego bohatera cechuje szlachetność i sympatia nawet dla Jęczącej Marty, która, z powodów do dziś mi niewiadomych, została moją ulubioną bohaterką z przeczytanych części cyklu. Ów serdeczny i miły chłoptaś jest wybrańcem i pupilem dyrektora, poza tym pewna ładna dziewczynka jest w nim prawdziwie zakochana. Słodko! Harry ma też poczucie, pewnego rodzaju egoistyczny mesjanizm, że tylko on jest w stanie ocalić świat czarodziejów i Hogwart, a Autorka tak kieruje akcją, by go w poczuciu tym tylko utwierdzać, chociaż przez to pakuje się w takie kłopoty, że nie raz mógłby stracić życie. Rozumiem, że jest to historia o Chłopcu, Który Przeżył, czarodzieju, jakiego nie było już dawno i jaki ma szansę pokonania Voldemorta, jednak naprawdę przydałoby mu się trochę skromości nw tej kwestii. Szczególnie, że w obu pierwszych tomach łamanie wszystkich szkolnych zasad często uchodzi mu płazem, co jest już zupełnie nie fair. Główny bohater jest jednak postacią technicznie dobrą i wiarygodną, a przez to jeszcze bardziej irytującą.

Tak samo jest Hermioną Ganger, chociaż kiedyś, w pewnym etapie mojego życia, mogłam się z nią utożsamiać i dopiero teraz widzę, jaki popełniałam błąd: wszystkowiedząca kujonka naprawdę mnie wkurza. Potrafi rozwiązać skomplikowaną zagadkę Komnaty, chociaż ma dopiero jedenaście, dwanaście lat (swoją drogą, bohaterowie wydają się naprawdę dojrzali na swój, aż za bardzo; poczucie humoru, sarkazm, dialogi podobne i rozważania prowadzą co najmniej nastolatki, a nie trójka dzieciaków; ciężko też uwierzyć w ich odwagę i dojrzałe myślenie, podejrzewam więc, że nie jest to świadomy zabieg, lecz błąd pisarki). Żeby jeszcze była sympatyczna, nie taka wyniosła dla innych uczniów, ale nie. Ja rozumiem, że była córką mugoli, dentystów, zaczynała właściwie od zera, ale nadgorliwi kujoni są naprawdę wkurzający i to w każdej szkole. Lubiłam ją tylko wtedy, kiedy razem z przyjaciółmi łamała zasady – stawała się wtedy bardziej ludzka i swobodniejsza i, przede wszystkim, mniej przemądrzała. Ron i jego rudzi bracia bliźniacy to jedne z chyba najciekawszych postaci, jakie wszyły spod pióra Autorki. Bije od nich nieskrępowana młodość, radość i poczucie humoru, a Ron to bardzo lojalny przyjaciel bez żadnych aspiracji do bycia pierwszym i najlepszym w całej trójce. Polubiłam go od pierwszych zdań w poprzednim tomie, a tu moja sympatia staje się tylko silniejsza; zresztą to idealnie skonstruowana postać, żyjąca własnym, rudym życiem. Pozostałe postacie dopiero się rozwijają, Autorka z tomu na tom ukazuje je głębiej i przenikliwiej, dodając kolejne cechy tak, że są coraz bardziej prawdziwi i fascynujący, stanowiąc ciekawe tło dla losów głównego bohatera - Minerwa, Dumbledore, Lockhart, Snape, nieszczęsna Ginny i cała jej wesoła rodzinka, a nawet Draco Malfoy, jak zwykle przylizany i odpychający. To postaci coraz bardziej zarysowane, ciekawe, oddane z prawdziwym talentem i pasją, niejednoznaczne i wciąż ewoluujące. Tak! Można powiedzieć, że stanowią niemal pełną rekompensatę za altruistycznego, szlachetnego i słodkiego Harry’ego.

Okładka – nie oszukujmy się – pięknością nie grzeszy, jest nawet gorsza niż ta tomu pierwszego, chociaż i tak, porównując do innych wydań, źle nie jest. Dużo tu czerwonego: kawałek czerwonej kotary, czerwony feniks i trzymający go za ogon Harry w purpurowym, czarnoksięskim płaszczu. Jakoś to nie pasuje do seledynowo-niebieskiego ubrania i trampek, ale pomijam to milczeniem, podziwiając oddane dość dobrze filary Komnaty, pokryte wężami, niebieską posadzkę z kafelek – jak na Komnatę Tajemnic przystało – i zielone sploty bazyliszka (?) w wejściu. Cieszy szczegół w postaci świecznika w kształcie węża i czerwone pióro feniksa, a także ambicja, by całość nawiązywała do tradycji malowanych okładek fantasy, ale to wszystko z żółtym napisem stylizowanym na czcionkę gotycką, czerwony napis na ścianie (pewnie nawiązywał do treści książki) i ledwo widoczne imię i nazwisko Autorki daje efekt naprawdę średni, zupełnie inny do kolejnych tomów serii, bardziej minimalistycznych. Bo to jest element, którego tu brakuje – minimalizm. Jak na moje nerwy, to tu jest za dużo wszystkiego. I jeszcze ta twarz Harry’ego. Nie, to nie wygląda ładne, ani estetycznie, nawet dla dzieci. Albo ja mam jakiś taki dziwny gust, co jest bardzo możliwe.

Na początku narzekałam, że w zwykłych szkołach nic nie dzieje, że chciałabym obudzić się z uczuciem, że czeka mnie przygoda, coś nowego, niespodziewanego. Ale już nie jestem tego taka pewna, rozważając niebezpieczeństwa życia w szkole dla czarodziei. Pomijając oczywiście nieszczęsną Jęczącą Martę, dla której tragicznie skończyło się pójście za potrzebą do łazienki, trzeba pamiętać o tym, co przydarzyło się naiwnej (i zakochanej!) Ginny i o zamiarach Voldemorta, teraz jeszcze będącego wspomnieniem chłopca, którym był, kontrolującego przez dziennik. I wrednych ludzi, ze Malfoy’em i Snape’em na czele. Nie. To naprawdę nie dla mnie. A gdzie książka? Gdzie spokojny sen? Głupia rzecz, ale sów zbytnio też nie lubię. A te przygody jednak naprawdę potrafią człowieka zmęczyć, szczególnie jeśli celem jest śmiercionośny potwór, kierowany przez jeszcze gorszą istotę. To ja już naprawdę wolę pogrążyć się w lepszej albo gorszej rutynie, zrobić sobie kakao i przeżyć owe niesamowite perypetie w równie niesamowitej szkole na kartach książki, gdzie bohater naraża swoje cenne życie a nie ja. Naprawdę.

Tytuł: „Harry Potter i Komnata Tajemnic”
Autor: Joanne K. Rowling

Moja ocena: 6/10 

wtorek, 7 kwietnia 2015

Wszytko zależy od kąta padania światła. Recenzja książki

Wiele osób może widzieć tę samą rzecz inaczej, jak to było kiedyś z tą sukienką w telewizyjnych „Wiadomościach”: niektórzy mówili, że jest złoto-biała, a inni, tacy jak ja, że jest niebiesko-czarna. Czy coś w tym rodzaju. Tak samo tam, gdzie rodzice widzą narkotyki, tabletki gwałtu i inne okropności, młodzież twierdzi, że to sympatyczna dyskoteka pełna przystojniaków. I tak jest chyba ze wszystkim, nawet z moimi recenzjami – tam gdzie jakaś inna blogerka widzi pozycję na maksymalną oceną, ja widzę coś ledwo na pół punktu, a nawet gorzej. Wszystko zależy od kąta padania światła, doświadczeń, poglądów, zmysłu artystycznego. Gorzej robi się, kiedy ktoś próbuje narzucić nam swoje poglądy. No dobrze, to robią nam rodzice od naszych najmłodszych lat, ale to chyba normalne, że chcą nas wychować jak najlepiej. Później są jeszcze obcy nauczyciele, którzy próbują przekonać ludzi o wielu różnych rzeczach, najczęściej niezbyt przydatnych do dorosłego, codziennego życia. I to też, niestety, musimy akceptować, bo to obowiązek każdego przykładnego obywatela tego kraju. Tylko – nie wiem, jak wy – ale w kwestiach rozrywki narzucanie, przekonywanie, że jest to dobre, muszę to przeczytać czy posłuchać, a tamto jest nawiedzone przez Szatana, albo tamto jest złe, niebywale mnie wkurza. Nie mówiąc już o ludziach, którzy uważają, że mają Prawdę i rozpowszechniają ją w swoich środowiskach.

Tak jak w trójwymiarze – widzisz coś innego, patrząc z boku i patrząc prosto. Tam, gdzie ta pisarka, Autorka recenzowanej książki (tak! Jedna powieść antymagiczna rozrosła się do trzech!) widzi zagrożenie i czarną magię, tam inni widzą po prostu rozrywkę, świetną książkę, może nawet dla niektórych najlepszą w życiu. Mówię tu oczywiście o sadze o Harrym Potterze i o tych wszystkich innych, coraz bardziej skrzyżowanych z innymi powieściami, które również odnosiły sukces. Wszystko też zależy od środowiska, w jakim się poruszasz, a wiemy, w jakim porusza się ta Autorka. Oczywiście, nie chcę nikogo obrażać, ale wielu przedstawicieli tego środowiska i tak się obrazi, zupełnie jak niektórych fanów Garncarza. Ale za co? Ja jestem tylko chudą dziewczyną, która czyta i recenzuje książki. Czytam to, co chcę – równie dobrze mogłabym przeczytać Biblię Szatana Szandora LaVeya, tyle że nie chcę. Chciałam przeczytać tę książkę, bo byłam ciekawa, czy pisarka znalazła w końcu jakieś argumenty, które otwarłaby pole do racjonalnej dyskusji, a także, przyznaję się, miałam nadzieję na coś w stylu Ptaków ciernistych krzewów Colleen McCullough, no, chociażby było na tyle inteligentne, by nie obrażało czytelników. W poprzedniej części z tym były problemy.

Tym razem kłopot z magią ma syn bohatera poprzedniej części, noszący jakże oryginalne imię, Alhar. Chłopak, w przeciwieństwie do swojego brata i siostry, nie jest grzecznym synem i woli magię, a także wybiera nieposłuszeństwo wobec swoich rodziców. Nawiedzają go wizje, a raczej nie ma schizofrenii, więc to musi być Szatan – w końcu widzi jego tron, bardzo misternie zrobiony, z nadzianym na niego księżycem. W tym samym czasie królowa Teresa postanawia zabrać dzieci do swojej siostry, Anny. W drodze do jej miasta przyplątuje się do nich pewien dziwny mężczyzna z młodym chłopakiem i podejrzaną skrzynką. Po tym jak wyjeżdżają, Klara, siostra naszego kochanego bohatera, dostaje zagadkowej choroby. Alhar postanawia odnaleźć staruszka i wplątuje się w chyba najmniej ciekawą przygodę swojego życia, ostatecznie wciągając w skomplikowaną i śmiertelnie niebezpieczną rozgrywkę swojego ojca, która, zapewne, zniechęci go do magii aż do końca jego życia. Zakończenie jest bardzo, że tak powiem, wybuchowo-wulkanowe, niemal jak ze starych filmów katastroficznych, gdzie unikano komplikacji fabuły, by pokazać, że najważniejszym pytaniem jest: Czy bohaterowie przeżyją? Czy zdołają uciec przed kataklizmem? I czy Alhar zrozumie, że magia jest zła, a Ten Sam, jak w powieści nazywany jest Bóg chrześcijan, który stworzył świat i wszystkie cuda, zawsze wybacza i chce dla nas tylko dobra? 

Mówcie, co chcecie, ale ja wiem, że to jest najlepsza książka, jaka zdarzyła się tej pisarce dotychczas. Chociaż do świetnej książki powieści jeszcze góry, morza i jeziora do przebycia, i tak jest o wiele bliżej niż poprzedniej. I to z kilku powodów. Ale najprościej mówiąc, widać, jak Autorka przysiadła fałdy i spróbowała robić fantasy na serio. Tym samym uznała, że poprzednia część była zbyt mało mroczna, a powinna być – no bo czy magia jest pełna światła? Oczywiście, że nie! Może wciąż nie wychodzi tak, jak powinno, ale, korzystając z moich bogatych doświadczeń z fizyką, mogę powiedzieć, że dobre chęci zupełnie się liczą.

Bo właśnie klimat to jest najlepsze, co powieść może nam zaoferować i tym razem mówię serio (ja już nie wiem, kiedy mówię serio, kiedy ironizuję, taki los każdego, kto nadużywa sarkazmu). Może nie czuć przytłaczającego, schizofrenicznego klimatu, który oblepia jak ropa i który nawet po odłożeniu powieści nie chce od nas się odczepić, ale beztroski klimat poprzedniej części wyparował. Jest, powiedziałabym, niespokojnie. Nad wszystkim unosi się chmura napięcia, oczekiwania na coś, rozedrgania. Od pierwszych kart, zresztą, dostajemy zamek pogrążony w ciemnościach i bohaterów, którzy nie śpią, a jak nie śpią, to wiedz, że coś się dzieje. Bardzo złego. Później jest jeszcze tego więcej, bo przecież Alhar, wprawny mag, ma wizje o Królu, oczywiście tym rogatym. Jeszcze ta dziwna choroba Klary, chociaż w sumie każdy wie, skąd pochodzi i pełna mroku ścieżka, która doprowadzi królewicza i króla do miejsca przeznaczenia, ukrytego zza korytarzami, owijającymi się wokół szyi jak węże. Autorka dawkuje napięcie, wciąż utrzymując pewną jego dawkę, by czytelnik wciąż niepokoił się o bohaterów i czekał, co dalej wymyśli, aż do efektywnego końca, który z kolei jest w barwach czerwieni i czerni, jak latające skały. Wtedy napięcie sięga zenitu, a pisarka stara się, żebyśmy martwili się o bohaterów, komplikując ich losy. I wiecie? Może nie jest to odkrycie miesiąca, ale bardzo mnie zaskoczył fakt, że Autorka, prawdopodobnie, przynajmniej czytała coś, gdzie stopniowanie napięcia jest ważne, bo takich rzeczy sam z siebie nie umie.

Z klimatem wiąże się także fabuła. Z pewnością większość rozwiązań nie jest pierwszej świeżości, ale nie jest tak boleśnie przewidywalne, jak wcześniej. Mimo że od początku wiemy, że cokolwiek się stanie, Ten Sam uratuje wszystkich, a przynajmniej większość bohaterów, a królewicz wróci do wiary swoich przodków, pozostawiając w tyle Gedesa, magię i ciemne sprawki obydwu. A szczegóły potrafią zaskoczyć – na przykład służąca Ardiwa czy niespodziewane uczucie między doktorem leczącym małą Klarę a księżną Anną, oczywiście opisane przez Autorkę bardzo nieporadnie i z rumieńcami na twarzy, ale to już coś. Pisarka stara się też, żeby ruchy bohaterów, wydarzenia i ich skutki były dla czytelników nieprzewidywalne, a zwroty akcji zapierały dech w piersiach. Tak się nie stało, bo ten wysiłek widać czasami, kiedy wszystko staje się bardzo skomplikowane do tego stopnia, że całą stronę trzeba przeczytać jeszcze raz i wysilić mózg, by czegoś się domyślić, co pozostało w szczątkowej formie, albo zupełnie nie ma, a później skądś wyłazi. W każdym razie na plus jest także sam pomysł – są mroczni magowie, jest krew, ofiary, tajemnicze obrzędy, wulkan, tajemnicza choroba i tak dalej. Wiem, że brzmi to strasznie amatorsko i tanio, ale przy tym, co wyrabiało się tom wcześniej, wszystko wygląda jak prawdziwe kamienie szlachetne przy sztucznej biżuterii. No i czyta się z zaciekawieniem, co prawda uprzejmym, ale to zawsze lepsze niż zniechęcenie i czytanie tylko dlatego, żeby przeczytać do końca. Chyba dlatego, że Autorka poszła po rozum do głowy i zamiast na dysputy filozoficzne, traktujące o tym, jak bardzo magia jest zła, jak należy jej wystrzegać się, a w istocie nie prowadzą do niczego, stawia na akcję. Co prawda, wszystko wciąż przypomina przypowieść, ale jest – jak na powieść z krwi i kości przystało – więcej odcieni szarości, więcej więc autentyzmu i o wiele mniej, dzięki Bogu, moralizowania. Pisarka robi też pewne postępy – każde swoim bohaterom skakać, biegać, snuć intrygi, walczyć o władzę i robić mnóstwo rzeczy, których wcześniej nie robili. Z satysfakcją zauważyłam, że bohaterowie chcieli robić jeszcze więcej, tylko pisarka, aby powieść była w miarę wiadomej grupy i ich poglądów.

Pomysł miał wielki potencjał i taki zły nie był, jakby mogło się zdawać, choć, jak pisałam wyżej, bardzo przewidywalny i, co jest chyba najpotworniejsze, świadomie zabity przez Autorkę. Kiedy inni pisarze, nie widząc, albo nie chcąc widzieć swoich warsztatowych braków, zabijają nawet przez przypadek świetne pomysły, pisarka zrobiła to świadomie. Dlaczego? Czy dlatego, że wymyślona przez nią akcja nawiązywała coraz bardziej do krzyżówki urban fantasy z klasyczną epic fantasy niż do moralitetu? Czy zaczął ją przerażać mrok opowiadanej historii, nie chciała się w niego wgłębiać, a tym samym odnajdywać mrocznych stron każdego z bohaterów? A może bała się, że ten dualizm sprawi, że jej książka, budząc moralne wątpliwości co do wyborów tych, którzy mieli ściśle przestrzegać nakazów Tego Samego? A może bała się objętości? Bo na-pewno poswatałaby cegła. Może historia nie opowiadałaby już konkretnie o magii, tylko o walce dobra ze złem, więc nie spełniałaby wyższego celu pisarki? A może Autorkę przeraziło balansowanie na granicy z dark fantasy, bo niektóre momenty mocno kojarzą mi się z tym gatunkiem. Kto wie, może wtedy faktycznie pobudziła do rozmowy na temat, na który chce rozmawiać przez te książki? Cóż, celowe niszczenie swoich książek jest zjawiskiem tak osobliwym, że wymowniejsze od moich słów będzie już tylko zdziwione milczenie. I oburzenie. Jak tak można!

Moralizowanie dalej jest, tym razem bardziej przez akcję. Pisarka pokazuje nam opętanie, jakie przychodzi przez obcowanie z czwartym wymiarem, a także powtarzanie historii biblijnych w tej legendarno-fantastycznej otoczce, niemal w taki sam sposób jak w tomie pierwszym. Chociaż scena modlitwy jest niezła, dzięki emocjom bohatera, pisarka skręca bardziej w pokazywanie zgubnych działań Szatana, chociaż to nie są Egzorcyzmy Emily Rose czy Egzorcysta. Bo to ma straszyć. Reszta jest taka sama – pisarka wciąż albo nie umie sformułować tego w czytelny sposób, albo nie ma wystarczających argumentów, bo tłumaczenia, dlaczego magia jest zła, zupełnie mnie nie przekonują. Myślę, że to z bardzo prostego powodu – Autorka zakłada, że magia istnieje (a nie każdy przecież w nią wierzy), nie udowadniając czytelnikom tego. Bo jak to udowodnić? Cóż, nie takie rzeczy lepsi pisarze robili, a kiedy ktoś zacznie mi wyjaśniać fizykę kwantową od środka, to jeszcze tym bardziej nie zrozumiem.

Poziom wielokropków w stylu Autorki zniżył się niemal do tolerowanego przeze mnie poziomu (co za ulga!) jednak momentami wciąż jeszcze uśmiechają się do mnie szyderczo z kart powieści, kiedy nawet boję się je policzyć w kilku linijkach dialogów. Dialogi natomiast stały się nieco żywsze, bardziej przypominające ludzką mowę, niż wydumane przemowy, na które byłam skazana, czytając poprzednią książkę. Opisy także stały się barwniejsze, niemal barokowe, bo pełne metafor, ale w miarę zrozumiałych i plastycznych, niektóre jednak wciąż rażą swoim tanim sentymentalizmem, rozwlekłością i, niekiedy, absurdalnością. Momentami proza staje się niemal mantrowa, z kłębowiska zdań wychyla się prawdziwy styl tej kobiety, którym mogłaby pisać znakomite książki, gdyby nie zginała karku przed powinnościami wobec leaderów swojej grupy, a może nawet bardziej przed niezbyt życzliwymi członkami, którzy fantastykę, delikatnie mówiąc, nie trawią. Traf chciał, ze są to obrazy i opisy dotyczące magów, magii i mrocznych stron tej książki – przy opisach wyczynów dobrych bohaterów – no, może poza Klarą – styl blednie, mnożą się wielokropki, nie mówiąc już o porównaniach, których powstydziłaby się nawet Autorka opowieści o Ani Shirley. Język jednak potrafi zbudować nerwowy klimat powieści i utrzymać na takim stopniu, by książka niepokoiła czytelnika i żeby ją dotyczył do końca, nie zwracając większej uwagi na wiele innych niedociągnięć.

Takim niedociągnięciem są bohaterowie, którzy budzą się tu do życia. Najlepszymi postaciami, oprócz owego czarnoksiężnika, dziwnie przypominającego mi Chilona Chilonidesa z Quo Vadis Sienkiewicza, są Klara i tajemniczy doktor Medeo, w który w końcu, przynajmniej taką mam nadzieję, wiąże się z Anną. Tak, sprawdziłam. Wiąże się z Anną. O ile Klara to wygadana dziewczynka z zakusami do swatania wszystkich wokół, jak na porządną dziewczynę przystało, to Medeo jest jednym z tych wspaniałych bohaterów, od których aż się roi w literaturze, którzy mają wspaniałego tatusia, a przez to ich życie i poglądy są mocno niejednoznaczne. Gdyby pogłębić tę postać, dodać jej rumieńców... mniam. Trzecią postacią jest niezwykle odważna służąca Ardiwa – numer jeden, jeśli chodzi o udawanie satanistycznej bogini. Tylko żeby później nie było, że pisarka popiera feministki, jak to było z Eowyn Tolkiena! Jeszcze raz mniam! Z ust leci mi ślinka na myśl o uczcie literackiej, jaka wtedy by mnie czekała. Gdyby pozmieniać nieco w Teresie, Anharze, Annie, tym chłopaku o bardzo dziwnym imieniu (odwrócone imię Gedes, czyli szatan, hm, a to przypadkiem nie aluzja?) i wielu innych, pomajstrować przy świecie przedstawionym i przysiąść fałdy na jakieś osiemset stron, wyszłoby z tego coś bardzo przyzwoitego. Tyle że pisarka postawiła na wyraźne rozdzielenie szlachetnych od złych i wobec tego powieść o wielkim potencjale stała się jarmarcznym cieniem samej siebie. Resztę psuje wierny rycerz, mydłek Jan, psy, czarny i biały, które są raczej tylko symbolami, i reszta bohaterów, których pisarka trzyma na uwięzi, nie pozwalając im na robienie tego, co sami chcą, co wychodzi bardzo nieautentycznie, nawet jeśli chodzi o ich religijność. A to przecież chyba chodzi, przynajmniej tak mi się wydaje.

Jednak okładka przewyższa wszystko. Tamta poprzednia przynajmniej była jasna, a Teresa i książę wyglądali, jak wyglądali – młodo i ładnie. Po pierwsze, nie wszystkie kolory wyglądają ładnie na ciemnej okładce, szczególnie tak kontrastowe. Po drugie, co możecie sprawdzić w księgarniach, okładka nie jest czarna. Jest fioletowa. Tak, taki śliwkowy, ciemny fiolet, przechodzący w granat. Nie mam przecież daltonizmu, a moje oczy, chociaż zniszczone od komputerów i książek, jeszcze potrafią rozróżnić kolory. Po trzecie, sam pies by wystarczył, ale oczywiście nie – jest książę, jest mag, są psy i jeszcze, w tle, kamienice miasta. I to wszystko na niewielkiej powierzchni między krawędzią książki a tytułem, który tym razem jest elegancko srebrny. Naciapane trochę. Ja bym zamiast tego postawiła na jakiś widoczek z górami, ze zdążającą ku nim grupą ludzi, to, przypominające stare epic fantasy przeszłoby. Najgorsze chyba jest to, że obrazek stara się być mroczny, co, delikatnie mówiąc, niekoniecznie wychodzi. Gdyby tytuł i wydanie nie było eleganckie, książka z powodzeniem wpasowałaby się w klimat półek z wyprzedażami po złotówce. To bardzo mocne słowa, ale tak, moim zdaniem, jest. Właśnie tak.

I cóż? Dalej pisarka nie przekonuje mnie, ani też nie daje mi przyjemności z czytania jej książek. Chociaż i tak jest o wiele lepiej. Czy coś z lektury wniosłam? Też nic. Dlatego muszę stwierdzić, że pisarka powieścią wiatraków nie zabije, słońca motyką nie zgasi ani nie nawróci wody w Wiśle. A już na pewno nie wmówi komuś, kto widzi niebiesko-czarną sukienkę, że widzi biało-złotą. Da do myślenia może tym, którzy wątpią, rozdarci między ultrakonserwatywnymi poglądami a otaczającą, obojętną na wszystkie strony polityczne i światopoglądowe, rzeczywistością. Może utwierdzi kogoś w przekonaniu, że magia jest zła, a z Harrym Potterem trzeba na stos. Może kogoś przerazi, a innego rozśmieszy. Ale nie wywoła żadnego tsunami czy czegoś w tym rodzaju. Bo co innego mam powiedzieć? Ja, książkowy maniak, który gania w poszukiwaniu książek, które mnie w jakiś sposób zachwycą czy zainspirują, podpowiedzą prawdę o człowieku, próbuję właśnie zachować pewną dozę obiektywizmu w świecie, w którym tak wiele zależy od kąta padania światła (wielokropek!)...

Tytuł: „Alhar, Syn Anhara. Powieść antymagiczna 2”
Autor: Małgorzata Nawrocka
Moja ocena: 2,5/10


piątek, 20 marca 2015

Nie ma nad czym dyskutować. Recenzja książki

Magia była – i jest – bardzo kontrowersyjnym tematem. Aż od odurzającej się roślinnymi narkotykami Pytii i mrocznych alchemików poszukujących złota, przez palone na stosach kobiety, które w większości były niewinne (nie mówiąc już o Joannie d'Arc) do dzisiejszych wróżek z TV i wszędobylskich horoskopach. Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną – prawi jedno z Dziesięciu Przykazań, przepisów, do których muszą się stosować chrześcijanie. Czy dotyczy to także magii? Czy magia istnieje naprawdę, a odczytywanie przyszłości z ręki lub z ruchów gwiazd i planet jest prawdą? Czy ezoteryka to po prostu bujdy wyznawane przez ludzi, którzy chcą się po prostu wzbogacić? A może jednak prawda? Czy wobec tego człowiek ma moralne prawo znać swoją przyszłość, czy można bezkarnie panować nad nieokreślonymi kosmicznymi mocami, przywoływać duchy i być przez to panem tego świata? Czy rzeczywiście wszystko jest tylko materią, duszą kosmosu, mocami, a może za tym wszystkim stoi jakiś inny byt? Na te i wiele innych pytań ludzie próbują sobie odpowiedzieć od niepamiętnych czasów, zgodnie ze swoim światopoglądem i kulturą, w której się urodzili.

Pewna znana wszystkim ludziom, którzy żyją w Polsce i nie są uzależnionymi od komputera maniakami (czy narkomanami)  słowem, wszystkich ci, do których docierają sygnały zewnątrz, grupa ze środowiska skrajnych konserwatystów i katolików, ma na ten temat własne, starannie wypracowane poglądy. Poszło tu przede wszystkim o Heńcia Garncarza, czyli Harry'ego Pottera i o całą tę magiczną otoczkę wokół książek J.K Rowling. Członkowie tej grupy, szczególnie ci starsi – bo młodzieży jest tam, szczerze mówiąc, niewiele – drżąc o swoje dzieci, wywołali medialną burzę o młodego czarodzieja, która, jak w kraju nad Wisłą bywa, szybko przekształciła się w ogólną walkę dwóch wykluczających się stronnictw. Ponieważ obie strony, uogólniając, nie chcą porozumienia, lub dążą do narzucenia drugiej stronie przyjęcie swojego stanowiska, przy pomocy nie zawsze miłych i kulturalnych słów. A ponieważ obie strony doszły do wniosku, że lepiej walczyć na pióra i powieści niż na internetowe komentarze i posty na forach, które i tak nic nie wnoszą do konfliktu.

Ponieważ zwolennicy czarodzieja książki, naturalnie, już mają, przeciwna strona konfliktu musiała napisać swoje. Zadania tego podjęła się pewna pisarka, silnie związana z tym środowiskiem, znana szerzej jako krytyk wszystkich popularnych książek i filmów z nurtu fantastyki, pomijając Opowieści z Narnii i dzieła Tolkiena. Co ciekawe, bardziej akcentuje korzystny wpływ opowieści o Narnii, niż historii Śródziemia, mimo że C.S Lewis był protestantem, a Tolkien – katolikiem i to w dodatku konserwatywnym. Oczywiście, jego konserwatyzm był zwykłym, sympatycznym konserwatyzmem, nie mylcie z jego dzisiejszą wersją, która chyba z podstawową definicją Edwarda Bruke'a ma niewiele wspólnego. Autorka recenzowanej dziś przeze mnie książki woli C.S Lewisa dlatego, że nie powiedział, tak jak Tolkien, ze religii nie można mieszać do fantastyki, dlatego, w swoich książkach, ukrył głęboko chrześcijańskie przesłanie, na pierwszy plan wysuwając mitologię celtycką – a przede wszystkim – germańską (niekiedy zapożyczenia są bardzo dosłowne!). Gdyby Autorka powiedziała, że się z tym zgadza, zaprzeczyłaby wszystkiemu, co pisze, więc całą swoją energię poświęca na krytykowanie, chociaż, ponieważ nie znam całego Harry'ego Pottera, nie mogę powiedzieć na ile są merytoryczne. I na książkę dużo czasu i siły nie zostaje...

Sięgnęłam po powieść tylko przez ciekawość. Opis fabuły, jak najbardziej pozytywny, obiecywał … fantastykę katolicką. Moja ciekawość była więc ciekawością przyrodnika pochylającą się nad zmutowanym dziobakiem, albo rybim reliktem, w każdym razie czymś wartym zbadania. Ciekawił mnie też rozkład sił – bo gdyby książka była doskonała, prowokująca do dyskusji i tak dalej, byłaby ciężkim przeciwnikiem dla zwolenników Pottera. Zresztą, konflikt urósł do rangi jednego z symboli ruchu, z którym Autorka jest związana, a także jest to ważny fragment białej lub czarnej – jak kto woli – legendy tego ruchu. Jako osoba interesująca się ważnymi prądami w europejskiej, a także rodzimej kulturze XXI wieku, nie mogłam nie znać. Tak więc pewnego pięknego, dnia, rozsiadłam się wygodnie na moim tapczanie wraz z biszkoptami, kompotem i sokiem marchwiowym i zaczęłam czytać...

Poznajcie króla, jak to w fantastyce bywa, i jego dwór. Król nazywa się Magissimus, ma syna Anhara (jak ktoś bystrzejszy ode mnie zauważył – jego imię to tyle co ANtyHARy) i bliżej nieznaną małżonkę. Oficjalną i jedyną religią państwa tego władcy (który, jak na Złego Króla przystało, ma zacną salę tortur) jest szeroko pojęta magia, na jego dworze zatem przebywa mnóstwo najróżniejszych magów, przy czym są to sami wariaci. Jeden, jakkolwiek by to brzmiało, pomaga kotom się rozerwać, inny przypomina momentami kobietę (wiecie, do czego pije Autorka?), a stara wiedźma utrzymuje, że umie przewidywać pogodę i na nią wpływać. Jest tam też jeden dość zapomniany mag, Gordoneo, który uczy księcia śpiewać. Ów ma swoje sekrety i historię, która jest tak samo ciekawa co niebezpieczna, a także służącą Teresę, właściwie to pochodzącą z dobrego, arystokratycznego domu, która w tajemnicy podkochuje się w księciu. Gordoneo pewnego dnia, dowiadując się, że książę ma głębokie pragnienie zostania prawdziwym magiem jak najszybciej, postanawia więc udać się z nim podróż, podczas której wyjawi mu swój sekret, który, jak ma nadzieję, sprawi, że młody władca się nawróci. Ale czy tak będzie? I co wyniknie z podróży? Jak skończy się ta bardzo, ale to bardzo ciekawa książka?

Fabuła, jak widzicie, niczego sobie. Typowy przeciętniak, tyle że klasyczny już dla fantastyki quest (który, mówiąc nawiasem, wymyślił Tolkien, a nie Lewis, no ale teraz to już jestem naprawdę złośliwa) jest, ogólnie mówiąc, donikąd, nie mówiąc już o schematach z stricte-średniowiecznych fantastycznych czytadełek. Zresztą, zastanawiałabym się, czy to w ogóle można klasyfikować jako powieść fantasy, a nie jako przypowieść, bo fabuła jest bardziej argumentem do wygłaszania nauk, a nie opowieścią samą w sobie. A to nie było chyba intencją pisarki, skoro chciała się zrównać z Rowling. To potwornie spłaszcza powieść, ponieważ komentarze Autorki nie dają miejsca na jakieś dodatkowe rozmyślania i kombinacje, co automatycznie klasyfikuje książkę jako kontrowersyjną, nowatorską, wielopłaszczyznową, podejmującą z czymś dyskusję i ukazującą jakieś szersze rozważania. Jakie piękne seppuku.

W okładce widać chęć wypromowania książki jako fantasy. Malowana – zamiast komputerowych grafik – nawiązuje do starej szkoły okładek fantasy. Obrazek jednak na pewno nie dorównuje ilustratorom dzieł Tolkiena, a także do okładki niedawno skończonej przeze mnie Korony śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej. Jak trafnie ktoś zauważył, przypomina okładkę Biblii. Ciekawe skojarzenie, chociaż ja wolałabym porównać książkę (na pewno obrażę pisarkę!) do okładek płyt „metalowych” pełnych płaczących aniołów, pięknych dam w balowych, starych sukniach, kryjące płyty z fatalnymi tekstami, wyjącymi wokalistkami i gitarowym pituleniem. Oczywiście, nie mogę zaprzeczyć, że Teresa nie wygląda ładnie, ani że trawa jest wyjątkowo zielona, ale całość wygląda bardzo kiczowato i bez pomysłu. Obrazek, sam w sobie ładny, wydaje się bardziej odpowiedni do środkowych stron książki, ale nie na okładkę. W każdym razie i tak się zastanawiam, dlaczego ją krytykuję, bo przecież z drugą częścią jest jeszcze gorzej...

Bohaterowie. Co można o nich powiedzieć? Teresa, na szczęście, Mary Sue nie jest, bo Autorka próbuje ją wykreować na mocną osobowość, z charakterkiem, a jednocześnie taką, żeby niektórzy nie pomyśleli, że chce być jakąś feministką, a to przecież nie zgadza się mocno z poglądami tej grupy. Dlaczego na początku mówię właśnie o niej? Dlatego, że jest jedną z nielicznych postaci kobiecych? Nie, chociaż poza nią znaczącą postacią jest tylko pewna kucharka imieniem Ardiwa (pisarka ma skłonności socjalistyczne, jak widzę – wszyscy niskiego pochodzenia, albo zmuszeni do bycia służącymi są przez nią lubiani), również postać ogarnięta i dość ognista, jeśli mogę w tym miejscu użyć takiego przymiotnika. Piszę najpierw o Teresie, ponieważ jest najciekawsza, najlepiej zbudowana w całej książce postać. Pisarka sprostała zadaniu wykreowania skrzyżowania Eowyn z Władcy Pierścieni z Ligią, tą ślicznotką z Quo Vadis. Co więcej – Teresa promieniuje na swoich nieżywych albo skostniałych towarzyszy młodzieńczą radością i ogóle tym wszystkim, co ma w sobie zdrowa, młoda dziewczyna, kiedy nie jest pogrążona czytaniem książek albo chora na coś, co nie pozwala cieszyć się życiem. Natomiast postacie, którą jej towarzyszą... Ponieważ Autorka uważa, że ich jedyną wadą jest przeszłe czy teraźniejsze zainteresowanie magią, co jej zdaniem jest jednoznaczne z konszachtami z Gdesem (czytaj: z Szatanem), kiedy usunie się ten drobny problem, wszyscy, o których pisze będą idealni. A ci, którzy nigdy nie interesowali się magią i byli wyznawcami Boga, którego pisarka, by zachować pozory równoległego świata, nazywa Tym Samym, już są idealni. Zresztą nawet nie patrząc na to, postacie są nudne, przewidywalne i, co najgorsze, płaskie jak kartki papieru. Nie mają wyraźnie zarysowanej psychiki, tylko jakieś szczątki: Gordoneo to starzec, który chce odkupić swoje winy z przeszłości, mówi o sobie z dystansem i, przede wszystkim nie chce, by młodzi powtórzyli jego błędy. Książę to porywczy, brawurowy, kochliwy młodzieniec, uważający, że zawsze ma rację. Chociaż z tą kochliwością, z oczywistych przyczyn, jest różnie. A właściwie tak, że Autorka niektóre rzeczy tylko bardzo nieśmiało sugeruje. W sumie się nie dziwię.

Postacie drugoplanowe i trzecioplanowe to jakaś porażka. Źli, brzydcy, mroczni, a jednocześnie kłamliwi i przeżarci własnymi ambicjami magowie, Zły Król Magissimus (przez historyczne skrzywienie kojarzy mi się z generalissimusem Armii Czerwonej, Józefem Stalinem) i dobrzy ludzie z miasta Teresy i wielu innych. Wychodzą na scenę, wygłaszają rolę i znikają, a zarysowani tylko schematycznie, na zasadzie dobra i zła, jak w baśniach. Zresztą, to parada zmarnowanych szans – wyobrażam sobie wszystkie intrygi, jakie mogli snuć magowie, służba i król, rzeczy, które mogły się dziać w mrocznych zakamarkach zamku. Mam wrażenie jednak, że Autorka bała się i raczej absorbowały ją inne sprawy. Dlatego też upadek Magissimusa jest taki zwykły, bardzo schematyczny i nudny.

Po przeczytaniu tej książki mam traumę. Jeśli gdzieś zobaczę wielokropki, dostaję ciężkiego uczulenia. Bo Autorka ich zdecydowanie nadużywała. Tfu, nadużywała! Zaaplikowała śmiertelną dawkę. Każde niemal zdanie kończy się wielokropkiem. Poza tym język nie jest wyszukany – prosty, czasami tylko noszący ślady prób nacechowania go emocjonalnie (głównie za pomocą wielokropków), jakiejś indywidualizacji, a czasami możemy spotkać dość kwieciste, wyszukane porównania, które, siląc się na artyzm, stają się bardzo kiczowate. Ponieważ, mówiąc delikatnie, nie jest dobrze, a wręcz tragicznie – pochwalę pisarkę za jakieś tam próby wyciągnięcia swojego arcydzieła na wyższe poziomy.  Niektórym, innym pisarzom, nawet tego się nie chce robić. Niestety, nawet najbardziej rokokowe porównania, przypominające piękne, kiczowate, pastereczki z gąsiątkami z taniej porcelany, nie zastąpią dobrych bohaterów, ciekawej fabuły i całej reszty.

Opisy też są, zapełniające akapity o kilkunastu zdaniach, pełne wielokropków, porównań i wymuszonej malowniczości, która w sumie do niczego nie prowadzi. Są bardzo statyczne w dodatku, bo jeśli pejzaż z zachodzącym słońcem dam radę sobie wyobrazić, to burzy już nie. Zresztą, o czym ja piszę? Nawet opisy w tej książce są podporządkowane temu, co pisarka chce powiedzieć przez swoją historię, a przedstawienie kolejnych opisów potwornie schematyczne, co nie tylko widać przy kontrastach między zamkiem Magissimusa i domem Teresy.

A teraz wisienka na torcie! To, co Autorka chce przez swoją powieść powiedzieć. Oczywiście, w dużym skrócie, bo większość z tych teorii pisarka wzięła z Biblii i jeśli was to w ogóle interesuje, możecie sobie wszystko wydedukować.  W każdym w fantastycznym świecie Autorki istnieje Szatan (Gedes) i Ten Sam (Bóg), a ich wyznawcy nie żyją w zgodzie. Przez usta Gordonea, pisarka łopatologicznie wyjaśnia, perswaduje i wpaja czytelnikom, dlaczego magia jest zła. Bo jest wykrzywieniem cudu. Bo Szatan każe sobie za nią płacić. Bo Czarny Pan oszukuje. Bo religia Tego Samego jest religią miłości, człowiek chce dawać dobro innym, natomiast magik chce tylko wszystkiego dla siebie. O ile kogoś, kto kiedyś miał dużo wspólnego z religią, albo ma, to jeszcze ruszy i zmusi do zadania sobie kilku pytań, ale jeśli ktoś nigdy nie wierzył, znając ludzi, jeszcze się z tego będzie śmiał. Takie życie. Zresztą Autorka raczej nie próbuje w jakikolwiek sposób korespondować z sagą Rowling, wręcz przeciwnie – nie ma tu nawiązań do Harry'ego (no, poza księciem...), a i przecież wiadomo, że jeśli się wygłasza swoje racje łopatologicznie i niemal dosłownie, nie ma rozmowy. Czytelnik wyrobiony, (jakimi są przecież blogerzy i nie tylko) lubi także doszukiwać znaczeń dodatkowych i podtekstów, a fascynują go też niejasne przesłanki takie jak u Tolkiena. Tutaj podtekstów nie ma, wszystko jest na wierzchu. Boleśnie na wierzchu.

Jeśli Autorka ma jakieś złudzenia, że powieścią, która teraz rozrosła się do rozmiarów trylogii, podbije kosmos i zetrze w proch Harry'ego Pottera, to grubo się myli. Rowling jest po prostu lepszą pisarką i chociażby dlatego w ostatecznej rozgrywce fani Pottera będą mieli mocniejszą broń niż ich przeciwnicy. Czy mi jest z tego powodu przykro? Mi jest przykro, że znów przeczytałam złą książkę. I przykro, że pisarka nie zauważa, jak bardzo się myliła, sądząc, że umie pisać takie książki (lepiej, żeby powróciła do swoich wierszyków i historyjek o aniołkach dla dzieci, co z powodzeniem w swoich kręgach robiła to tej pory) I przykro, że ciekawej, dyskusyjnej książki na ten temat nie będzie. Powieści, o której będzie można napisać dziesięć stron recenzji i która zwróci uwagę obu stron i obie strony rozłoży na łopatki. Bo jeśli taka książka powstanie, na co czekam, na pewno nie będzie nic od tej Autorki, na pewno nie będzie to ta książka.

Tytuł: „Anhar. Powieść Antymagiczna”
Autor: Małgorzata Nawrocka
Moja ocena: 2,5/10




wtorek, 16 września 2014

Marzenie każdego mugola. Recenzja książki

Kto chciałby zobaczyć smoka? Ja! Naprawdę. Tylko wtedy, kiedy miałabym Pierścień, jak Bilbo Baggins albo Smoczy Hełm i Czarny Miecz jak Turin (albo gdybym była ich matką, jak Dany z Pieśni Lodu i Ognia) Potraktowałabym ziejącego ogniem, gigantycznego jaszczura jako ciekawostkę, albo, kto wie, robiłabym mu zdjęcia, by później przesłać do Internetu i chwalić się, powiem to po angielsku, bo jest ładniej, selfie ze smokiem. A kto chciałby być Wybrańcem, który musi urtować świat przed zagładą? No... Już niekoniecznie. Nie lubię walczyć, broń lubię oglądać tylko na zdjęciach w książkach i w Internecie, o wojnie i walczeniu z orkami już lepiej nie wspominam. Chyba że walka nie byłaby na miecze, łuki, szable tarcze i inne takie, ale na magię. Wtedy mogłabym zgłosić się na ochotniczkę, bo kto nie chciałby, żeby pisano o nim książki i te książki jeszcze były sławne, już nie mówiąc o tworzeniu filmów na mój temat. Bo wiecie, chyba żadna celebrytka, nawet ta Miley Cyrus z wywalonym jęzorem nigdy nie będzie taka popularna jak ktoś, kto uratował świat, nawet jak stanie na nim i zrobi rowerek. Także w końcu dochodzę do wniosku, że warto walczyć z facetem, którego twarz jest podobna bardziej do żmii niż do człowieka, albo z facetem, który jest większy od gór i w dodatku ma żelazną koronę. Mówię wam, komercyjny sukces gwarantowany.

Gorzej, kiedy nie wiesz, że jesteś wybrany. Męczysz się ze szkołą, która w twoim wypadku nie jest do niczego potrzebna (skoro tak, to ja też jestem wybrańcem, wow, jak fajnie) i w dodatku z żałosną dulszczyzną, tą twoją głupią, najczęściej przyszywaną, która jest płytka i durna, że na wymioty bierze. I pewnego pięknego dnia dowiadujesz się, że jesteś wybrankiem, kimś więcej niż tylko wzgardzonym człowiekiem. Ba! Jesteś nawet kimś więcej niż zwykłym wybrankiem. Trochę się kojarzy z paranormalami, prawda? Zwykła, amerykańska licealistka, która pewnego dnia dowiaduje się, że jest demonem. Albo aniołem. Albo, ja wiem, wróżką, elfem czy czymś w rodzaju. Nawet czasami trollem. Czy, też bywa, twój ukochany jest wampirem, a najlepszy przyjaciel, również trochę ukochany, wilkołakiem. Ale przecież te małe, miłe pasożytki próbują tylko naśladować kogoś, kto to wszystkim wymyślił, wiedząc, że przyniesie mu to więcej pieniędzy niż pisanie o kolejnym superherosie z wysuwanymi z ramion pistoletami na laser. A tym kimś jest właśnie Autorka tej powieści.

Harry nigdy, w gruncie rzeczy, nie zaznał miłości. Drobny, chudy i blady dzieciak z dziwną blizną na czole w kształcie błyskawicy mieszkał uwięziony w izebce pod schodami w domu swojego wrednego wuja, równie wrednej co brzydkiej i głupiej ciotki oraz ich synka-pieszczoszka Dursely'a, obrzydliwego i głupiego jak jego rodzice, a pojawił się jako zawiniątko pod drzwiami pewnej nocy. Rodzinka, mimo że ciotka była siostrą jego matki, która zginęła w wypadku samochodowym (przynajmniej tak wujostwo powiedzieli Harry'emu) traktuje chłopca gorzej niż zwykłego przybłędę. Dlaczego? Ano dlatego, że jego matka, Lily, była czarownicą i on też ma jakieś czarodziejskie moce, tylko, oczywiście, nie wie o tym, dopóki pewnego dnia wąż w ZOO przemówił do niego. Niedługo potem dostaje list z Hogwartu, co jest jakby szansą na ucieczkę od rodziny, a także początkiem niezwykłej przygody w świecie, który, jak się dowiaduje, zawsze był jego światem. Wraz z bohaterem dowiadujemy się więcej o świecie czarodziei, istniejącym gdzieś tam, niby w naszym świecie, ale będącym jakby jego zakrzywieniem, na tyle skutecznym, że zwykli ludzie nie są w stanie zauważyć, na przykład, Szkoły Magii i Czarodziejstwa, będącym ogromnym, i, moim zdaniem, ponurym zamczyskiem. Harry w końcu trafia do szkoły i spotyka już tam różnych, bardzo różnych ludzi, ale w końcu zaprzyjaźnia się Ronem Weasley'em i zadzierającą nosa kujonką Hermioną Granger (to chyba jakiś piękny wyjątek, bo z zasady z zadzierającymi nosa kujonkami ciężko się zaprzyjaźnić, wiem to z doświadczenia). Jest także wielu ciekawych nauczycieli – Dumbledore, McGongall, Quirrell (mój faworyt) a także wredny i brzydki Serwus Snape. Tytułowy Kamień Filozoficzny jest niezbędny do stworzenia Eliksyru Życia, który jest potrzebny Lordowi Voldemortowi do odrodzenia się, po tym, jak umarł w domu Potterów. Coś w stylu tego, czym był dla Saurona Pierścień Jedyny w każdym razie. Harry, Ron i Hermiona, wykrywając spisek Snape'a, muszą powtrzymać jednego i drugiego przed spełnieniem swoich mrocznych nadziei.

Pewnie zanudzam, bo każdy zna Harry'ego, jak nie z książek to z filmów, a reszcie, że tak powiem, na pewno słyszeli czy widzieli w Empiku czy w jakiejkolwiek innej księgarni. Ale pozwólcie, proszę, by moim dziwactwom stało się zadość. Zresztą, saga o Harrym jest tak skonstruowana, by rosnąć z czytelnikiem, więc chyba przypomnienie co było na początku, jest przydatne (sama przyznam się z niejakim wstydem, że musiałam już posiłkować się nieco Wikipedią, co znaczy, że z moją pamięcią coś jest nie tak), chyba że jesteście gigantycznymi fanami sagi i znacie wszystkie szczegóły (ja tak mam z książkami Tolkiena, ale nie chwalę się, bo obiecałam sobie, że będę skromna). W każdym razie myślę, że znam i pamiętam tę książkę na tyle, by nakreślić na jej temat kilka słów.

Dzisiaj książka, a właściwie saga, wyróżniałaby się tylko świetnym warsztatem Autorki i akcją bez infantylizmu, przynudzania i niezbędnego teraz wszędzie romansu oraz mroczną, duszną atmosferą. Bo ile teraz jest podobnych książek? Tych wszystkich Akademii Mitu, szkół magicznych, obozów dla mitologicznych stworów lub mrocznych, wiktoriańskich szkółek dla słodkich dziewczątek w koronkach, gdzie nagle zaczynają mieć miejsce jakieś straszne, niewytłumaczalne wydarzenia. Jednak książkę naprawdę się doceni, jeśli pomyśli się, że to właśnie ona rozpoczęła to wszystko. Sprawiła, że do skostniałej literatury dla nastolatek, pełnej głupiutkich dziewuszek, których jedynym problemem jest brak chłopaka, wlecieli najpierw czarodzieje na miotłach, później wszelkie odmiany wampirów, wilkołaków, istot mitologicznych, a wydawcy odkryli, że pisanie fantasy dla nastoletniego odbiorcy jest tak opłacalne, jak kopalnie złota podczas podboju Ameryki przez konkwistadorów. I być może przełom nigdy by nie nastąpił, gdyby nie ta powieść. Wcześniej bano się pisać dla młodzieży, prawdopodobnie myśląc, że młodzież czyta tylko lektury szkolne i to, co dotyczy ich problemów – wydumane historyjki o chłopaczkach i dziewuszkach, którzy chodzą do szkoły, ale, jak wynika z powieści, nie przejmują się. Po tej sadze wszyscy ze zdziwieniem zauważyli, że młodzież raczej woli fantastykę, odkrywanie nowych światów, niż przywołanie po raz tysięczny rzeczywistości, którą każdy w gruncie rzeczy zna. To właśnie Autorka tej książki odkryła dla nas, młodzieży (no i dla dzieci, nie będę taka samolubna) fantastykę.

Myślę, że rzeczą, która odciągnęła dzieciaki od gier RPG i zwabiła do tej książki, jest właśnie fabuła jak z gier RPG. Wielkie, tajemnicze, mroczne zamczysko, wiedza tajemna i akcja – Autorka nie pozwala, żeby w książce nic się nie działo, a postacie przechodziły się tak po prostu i rozmawiały. Od początku zaczyna się dość szybko, a później przyspiesza, niczym pociąg ze stacji 3/4 na dworcu King's Cross. I to jest w tej książce najlepsze – nawet ja siedziałam wciśnięta w fotel i nie mogłam przestać czytać, bo co jedno się skończyło, zaczęło się następne, jeszcze ciekawsze. I w dodatku Autorce udało się rozegrać to na tyle dobrze, że szybka jazda nie nuży, ani nie zrywa węzłów przyczynowo-skutkowych, jak to czasami się mniej zdolnym pismaczkom zdarza (to wytłumaczenie, dlaczego czasami czytając jakąś fatalną książkę, siedzę i z półgodziny przerzucam kartki, zastanawiając się, dlaczego bohaterka jest na plaży, jeśli ostatnio była w środku panicznej walki ze wściekłymi wilkami i okazuje się, że wystarczyło kilka słów, a bohaterka uciekła swoim prześladowcom i następne kilka, by całowała się ze swoim ukochanym. I nie, nie brałam znikąd przykładu, sama wymyśliłam). Szczególnie że Autorka wszystko tak ciekawie wymyśliła i opisała, że trudno nie być obojętnym nawet na kupowanie różdżki, już nie mówiąc o czymś takim zaskakująco nowym jak mecz quidicha (czy jak to się pisze), co naprawdę wygląda widowiskowo, gdy przeczyta się o tym w książce i wyświetli, dzięki plastycznym zdaniom Autorki, na ekranie wyobraźni.

No właśnie. Język Autorki jest prosty, lekki i precyzyjny (co sprawia, że czyta się szybko i z przyjemnością, nie martwiąc się o to, że nie rozumiemy jakiegoś słowa, lub jakiejś skomplikowanej, wymyślnego porównania do czegoś, co człowiek nigdy na oczy nie widział i Autor także) ale jednocześnie bardzo bogaty i malowniczy. Mimo że nie stosuje jakiś wymyślnych metafor, jej słowa jednak działają na nas, widzimy przed oczami, są jakby ruchomymi obrazami, w dodatku kolorowymi (gdyby tylko pojawiało się tam więcej słonecznej żółci, zamiast zamglonych, angielskich pól czy ciemnych korytarzy!). To, o czym pisze Autorka i co, w niektórych aspektach wydaje się nieprawdopodobne, staje się tutaj czymś żywym w każdym szczególe. A szczegółów jest wiele, niektóre zabawne, niektóre dziwne (jak gadający obraz, proszek Fiuu), ale wszystkie pasujące do świata wykreowanego przez Autorkę jak ulał. Dialogi między bohaterami są niewymuszone, proste, ale jednocześnie posiadające wszystkie cechy żywego, normalnego ludzkiego języka – nie są wydumanymi przemowami, ale także nie są, na szczęście, prostymi (by nie rzec: prostackimi) zbitkami kilku słów, najczęściej pochodzących z angielskiego. Jest klasycznie i ładnie. Czyli tak, jak lubię.

Warto zwrócić także uwagę na niewielką część końcową – przypisy od tłumacza, (jednego, obok Skibniewskiej, z najlepszych tłumaczy fantastyki w Polsce) pana Polkowskiego, które dowodzą, że nie wszystko w książce nie jest oczywiste i niektóre kwestie językowe wymagają zrozumienia – to także świadczy o ogromnym wyczuciu językowym Autorki i jej bogatym słownictwie. Dla mnie chyba największą ciekawostką było to, skąd wzięło się imię Jęczącej Marty. Okazało się, że nie jest ono takie oczywiste, a i wiele mówi o tym, jaka była. A właściwie jaki był jej duch.

Może jestem inna, ale żal mi jest rodziny Harry'ego, a jednocześnie bardzo ich lubię tą samą dziwną sympatią co rodzinkę Dulskich (hm, zbieżność nazwisk) z dramatu Gabrieli Zapolskiej i innych pociesznych istotek, które są takie złe, że aż żal, albo próbują być złe. Nie budzą we mnie obrzydzenia, a także, co dziwne, jeszcze większej sympatii do Harry'ego. Dudley jest miłym, sympatycznym młodzieńcem, nawet lepszym od głównego bohatera, który wydał mi się zbyt zahukany, miły, mało wygadany i przez to jakoś zdominowany przez Rona, a później przez wymądrzającą się Hermionę. Mało wyrazisty, jak na głównego bohatera, z minimalną pewnością siebie, nie mówiąc już o nieśmiałości. Wiadomo, że po takiej traumie nawet Batman miałby problemy, ale Harry, jak na mój wredny gust, za bardzo ginie pod silnymi osobowościami swoich przyjaciół – Hermiony, którą bardzo polubiłam (rzadko zdarza się, by kujonka była taka miła), chociaż nie jest taką rozbudowaną postacią jak Harry i Rona, który, choć był bardzo sympatyczny, był, na mój gust, za bardzo dziki. Gdzieś w tle przesuwają się sylwetki Ginger, dziewczynki zakochanej na zabój w Harrym, Draco Malfoy'a, faszystowskiego durnia, którego nie lubi chyba nikt, kto sam faszystą nie jest, a także nauczycieli. Na najwyższym szczeblu władzy jest dyr, Dumbledore, którego feniks mnie urzekł, ale on nie uczy przyszłych pokoleń czarodziejów – śmieszna profesor McGongall, wredny Snape, który skrywa wiele rzeczy nie tylko przed uczniami, ale i nauczycielami, Quirrell, jak na mnie, bardzo zabawny, miły facet, który raczej, powiedzmy prawdę, nie nadawał się do przedmiotu, którego nauczał. Nie sposób wspomnieć także o duchach, które były dla mnie dość dużym zaskoczeniem, jednak z zaskoczeń tych pozytywnych. Przez to szkoła zaczyna przypominać nieco mroczny, dawny zamek, jakim w rzeczywistości jest Hogward. Co, wraz ze zbrojami i gadającymi duchami, nie mówiąc już o krwiożerczym woźnym, tworzy niezwykle wiarygodne i niepokojące tło do nieustannej wojny z Czarnym Panem, jaką musi stoczyć bohater.

Trudno nie wspomnieć o gajowym, Hagridzie, który jest olbrzymem (nie pamiętam, czy mam rację) i od razu podbił moje serducho swoją poczciwą głupkowatością i innymi sympatycznymi (czy dzisiaj zbyt dużo razy powtórzyłam ten przymiotnik? Wydaje mi się, że tak) cechami, a także uśmiechem na swojej okrągłej twarzy, który potrafi rozświetlić nawet najgorsze mroki, jakie panują w powieści. Zawsze nie mogłam się doczekać fragmentów, w których przyjaciele idą do niego w gościnę. To jednak, zdecydowanie, nawet lepsza postać od Hermiony, ale jednocześnie ciepła i jakaś inna od świata czarodziei, który rządzi się własnymi, żelaznymi zasadami i jest pogrążona w mroku Czarnego Pana.

Wszystko ładnie i pięknie, więc trzeba, chociaż trochę, namieszać i nachlapać arszenikiem na pudrowane ciasto. Problem jest tego rodzaju, że powinnam przeczytać tę książkę, kiedy miałam tyle lat, ile główny bohater, a nie teraz, kiedy rozczytuję się w postapokaliptycznym SF o bombach atomowych, heroic fantasy pełnym smoków, wojen, biżuterii pełnej mrocznych mocy, lordów, elfów, orków, namiestniczek i mnóstwa innych rzeczy, bardziej już poważniejszych, no, przynajmniej od pierwszych dwóch tomów tej sagi. Jednak nie mogę się przemóc, żeby czytać dalej, przynajmniej, teraz kiedy na mnie czeka coś, co bardziej lubię od szkoły dla czarodziei – mnóstwo dorosłej fantastyki, albo rozbudowanych sag o światach, których mapy zajmują czasami kilka stron. Jednak żałuję i, kiedy będę mieć w życiu odrobinę czasu więcej, na pewno pożrę następne tomy. Tylko... że już nigdy nie zostanę, tak przynajmniej czuję, fanką świata tej pisarki. Mimo wszystko – czegoś tu brakuje, a ja nie wiem czego.

Jednym z minusów książki, bo przecież muszę się do czegoś przyczepić, jeśli coś takiego istnieje, jest okładka jedynego w Polsce popularnego wydania, pomijając oczywiście wydania kolekcjonerskie. Nawiązuje do największych tradycji fantastycznych – malowanych okładek, dzieła artysty, żadnych fotoszopowych grafik z dziewczynami w gotyckich sukniach, już nie mówiąc o seksownych facetach bez koszulek, jak to w paranormal romance bywa. Okładka jest utrzymana w brązach, z jaśniejszymi akcentami, mimo tego – tak jak wnętrze książki – wygląda dość infantylnie, trochę jak bajka i w dodatku – w przeciwieństwie do następnych tomów – nie ma zaznaczonego, pomijając przerażoną minę Harry'ego, mroku, jaki wypełnia powieść. Szkoda, bo sam rysunek jest niczego sobie – szczerze mówiąc, mógłby być lepszy.

Podsumowując? Chciałabym zobaczyć Hogward, chociaż przez chwilę, jak każdy, nie oszukujmy się, mugol. Chociaż ja jestem elfką (tak, patelnią z naleśnikami jesteś, Kylie) a, niestety, elfy nie mogą się tam uczyć. Szkoda, bo mroczna szkoła w kształcie zamku, do którego płynęło się w łódkach, niedaleko lasu pełnego jednorożców jest raczej atrakcyjniejszą ofertą niż zwykłe placówki edukacji i tortury mugoli i innych istot, które czarodziejami nie są. Dlatego, mimo że książka, jak (prawie) każda ma jakieś tam swoje wady, nie raz pewnie wrócę, a kiedyś, kto wie, może przeczytam całą sagę, by jeszcze raz zwiedzić mroczne korytarze i z Harrym i jego przyjaciółmi zabić Czarnego Pana.

Tytuł: „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”
Autor: Joanne K. Rowling
Moja ocena: 6,5/10