Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl SAGA O GUTOWIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl SAGA O GUTOWIE. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2014

Anioły, Amory i wojna. Recenzja książki

Głupio mi mówić innym ludziom, że nie lubię książek, które oni mi polecają. Że głupio było mi odmówić, kiedy koleżanka dała mi do przeczytania Pamiętniki Wampirów, żałuję do dziś, szczerze mówiąc. No ale przecież trzeba być uprzejmym, prawda? Przez jakiś czas odkładałam wciśnięte mi na siłę przez innych ludzi książki, zwracając je dwa tygodnie później z uprzejmym uśmiechem i "tak, to była fascynująca lektura!", ale jedna ze znajomych mojej mamy ma denerwujący zwyczaj przepytywania mnie ze swoich ukochanych obyczajówek, które mi pożycza: a to, kotku, czy nie było fascynujące? Ciekawe, prawda? Mam nadzieję, że wątek takiej i takiej bohaterki bardzo ci się spodobał.. I inne takie. No i co miałam powiedzieć? Zaczęłam czytać te wszystkie powieści w szkole, pomiędzy kolejnymi lekcjami, a także na lekcjach WF (z powodów zdrowotnych nie mogę ćwiczyć, co bardzo mnie cieszy), jakoś brnąc przez kolejne strony by potem z uśmiechem na ustach rozmawiać o tym z ową koleżanką mamy. W ten sposób wilk jest syty, a owca cała, natomiast ja mam dodatkowe książki do obrzucania błotem. W sumie nie jest tak źle.

Pierwszą część tej sagi już wcześniej recenzowałam, drugą ta pani nie miała, co nie robiło mi większej różnicy, natomiast tę trzecią trzymałam u siebie pół roku, zanim zdecydowałam się ją dokończyć. Poszło całkiem sprawnie, aż sama byłam zdziwiona, jeśli porównać do innych tego typu książek, które zdarzało mi się czytać nawet przez cały rok. To była najbardziej chyba zasługa nudy, jaka panowała w szkole w maju i czerwcu.

Tym razem otrzymujemy historię osadzoną w realiach II Wojny Światowej, a dotyczy ona wnuków i prawnuków bohaterów poznanych w pierwszej części, chociaż pojawia się tu hrabia Tomasz Zajezierski, będący już jednak zdziadziałym wrakiem tamtego młodzieńca z pierwszej części. Także migawkami pojawia się syn Marianny i owego hrabiego, Paweł Cieślak, a także ten zrodzony ze związku z nieszczęsną Adą, ksiądz Paweł (ten pierwszy urodził się Ameryce, więc Marianna nie wiedziała, jak będzie się nazywał pierworodny hrabi, tak więc przepowiednia wiedźmy z pierwszej części się spełniła). Jednak większość książki zajmują młodsi bohaterowie – Adam Troszyn, Gina Weylen (matka Adama, córka Kingi, tej która wyszła za Ruska), Cecylia Hyrć, jej matka, Zyta Cieślak i wiele innych mordek. Obserwujemy to, co chyba miało być romansem Cecylii i Adama (którzy, w gruncie rzeczy, byli dalszą rodziną), wojenne przygody Giny Weylen, która w końcu, niestety, umarła na białaczkę, jesteśmy świadkami śmierci hrabiego Tomasza i – wreszcie! - dowiadujemy się, czyja to mumia spoczywała w zawalonych podziemiach pod Gutowskim rynkiem.

Właśnie, pierścień. Najmocniejszy punkt powieści. Sauron, który znów szuka swojego Pierścienia Jedynego, niedawno chciał się ode mnie dowiedzieć, co z tym pierścieniem z Gutowa, bo mało znalazł tak obiecujących tropów, był zaskoczony, tak samo jak ja. Otóż rodowy klejnot Zajezierskich, wykradziony przez Tomasza dla Marianny i zabrany przez nią do Ameryki, znalazł się w rękach młodej Niemki, Julii Papke, która skryła się w podziemiach. Przeszła przez ręce syna Marianny, Pawła, jego syna Zygmunta, który dał go swojej żydowskiej kochance, Lily. Kiedy ta, podczas wyzwalania miasteczka od Niemców, bandażowała jakiegoś Polaka, pierścień wypadł jej z skrytki w ubraniu i podniosła go Julia. Ukryła się w podziemiach, by odczekać na ukochanego Niemca, ale gdy ten nie wrócił, ona tam została i umarła wraz z pierścieniem. A już wszyscy myśleli, że to Lily. Autorka mnie tu naprawdę zaskoczyła, jak w niektórych kryminałach, w których wydaje nam się, że, wraz z detektywem znaleźliśmy mordercę. To chyba największy plus tej książki.

Fabuła, a przynajmniej jej fragmenty, zaciekawiły mnie i, ze zdziwieniem, muszę przyznać, że niektóre rzeczy są naprawdę dobre, jak na przykład historia Giny Weylen, pełna awanturniczych wątków. Wciągająca jej opowieść zaczyna się od więzienia, poprzez uprowadzenie przez Niemców, udawanie choroby psychicznej, śpiewaniem na urodzinach Adolfa Hitlera, romans z nazistowskim oficerem udającym Polaka i ucieczkę do odnalezienia własnego męża i, niestety, śmierci na białaczkę. To właśnie sprawiło, że w końcu zasmuciła mnie ta historia i, mimo że była bardzo ciekawa, nie polubiłam jej. O ile lepiej byłoby usłyszeć, że Gina, najlepsza bohaterka tej książki, żyła jeszcze długie lata w zdrowiu! No ale oczywiście Autorka musiała zniszczyć nawet to, co w jej książce było najlepszego. Jak zwykle.

Drugą rzeczą, na jaką warto by zwrócić uwagę są tajemnice Gutowa, szczególnie ten korytarz pod rynkiem, w którym znaleziono zwłoki Julii Papke i którym wędrował Zygmunt Cieślak w poszukiwaniu Lily, która, wraz z siostrą zakonną, kryła się tam. To chyba dlatego, że przypomina mi się Pan Samochodzik i Templariusze, książka, którą przeczytałam chyba osiemnaście razy pod rząd, pełna korytarzy, trupów i tajemnic. No i dlatego, że jest to wątek kompletnie odstający od reszty powieści, bardziej mroczny i bardziej dopracowany niż wszystko inne.

Reszta jest taka nijaka. Z nadzieją, że z wątku miłości Celiny i Adama coś wyjdzie, pożegnałam się, gdy chłopak zaczął grzeszyć z własną służącą, bo później swojej niby-ukochanej w oczy nie mógł spojrzeć. Równie ciekawa mogłaby być historia współpracy Adama z AK, ale Autorka zgrabnie pojechała sobie po łebkach i dostaliśmy tylko jakieś strzępki informacji, jakieś nielogiczne sceny i kompletnie irracjonalne zachowanie bohatera, w tym lekceważenie wszystkich zasad konspiracji. Pewnie za mało pisareczka o tym przeczytała. Wszystko, co dzieje się w latach dziewięćdziesiątych, czyli wtedy, kiedy Iza grzebie w historii swoich przodków, znów potraktowane jest po macoszemu, a zapowiadanego wątku kryminalnego w gruncie rzeczy nie ma. Niby coś tam się dzieje, ale .. Właśnie. To, co się dzieje nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia, nie ma linii fabularnej. Otrzymujemy zarys jakiś intryg o przejęcie Cukierni po Amorem przez rodzinę, kiedy Cecylia po udarze raczej już się nie będzie zajmować cukiernią – jakieś gierki, chociaż nie jestem w stanie powiedzieć jakie, prowadzi wuj Izy, Grzegorz, oraz jego kochanka, Helena (która poza imieniem nie wprowadza czegoś nowego do fabuły), która uwodzi ojca dziewczyny, chociaż go nie kocha. Tu chodzi, podejrzewam, o ten sklep, ale, przestawiona w skrócie, zupełnie mnie nie przekonuje. Wątki się rwą, aż całkowicie urywają w najciekawszym i najbardziej obiecującym coś lepszego momencie, kiedy człowiek ma już nadzieję, że Autorce wyjdzie coś w rodzaju Gry o Sklep, tfu, o Tron.

Tak samo jest z wątkiem za czasów komunizmu. Okładka mówi nam, że w książce wraz z bohaterami doświadczymy ciężkich czasów komuny, ale wcale tak nie jest, bo jak na tamte czasy, to Hyrciom powodzi się, mówiąc delikatnie, bardzo dobrze. Same zbiegi okoliczności, łuty szczęścia i inne takie tam. No i Cecylia wykiwała Kochaną Ludową Władzę, zmieniając Anioła na Amora i tłumacząc, że to dla Kochanej Ludowej Władzy. Muszę przyznać, że genialne, ale nie uratowała to tego wątku. Co ja piszę? To nie jest wątek, to zaledwie jakaś opowieść babci, opowiedziana jeszcze w wielkim skrócie i pośpiechu. Zaledwie szkielet, który dopiero można by wypchać mięchem opowieści. Czyżby pisarka podpisała kontakt na trylogię, a później okazało się, że materiału dość na kilka następnych książek? A może sądziła, że Czytelnicy są tak znudzeni opowieścią, że chcą jak najszybciej skończyć? O, to jest chyba najbliższe prawdy!

Bohaterowie, oprócz, całkiem niezłej Giny Weylen, która miała jeszcze jakieś cechy charakteru, i była inna od większości spotkanych przeze mnie postaci książkowych, są pustymi balonami, nadmuchanymi powietrzem, w tym przypadku słowami. Tomasza było za mało, choć przed śmiercią Autorka pozbawiła go jakichkolwiek cech charakteru. Adam to, przepraszam, erotoman i idiota, a Cecylia.. Nie wiem, co powiedzieć, poza oczywiście tym, że żyje i w książce istniała taka. Lily, Zygmunt, Paweł Cieślak.. pierwsze, co zrobili im Niemcy, to wyczyścili im psychikę. Po przeczytaniu książki wciąż nie wiem, co o nich myśleć, bo przecież ich nie znam. Autorka nawet nie opisała ich wyglądu, o psyche już nie mówiąc. Imiona i nazwiska – jak na jakiejś liście – nic mi o postaci z książki nie powiedzą, prawda? Obawiam się więc, że za kilka miesięcy, podczas których z całą pewnością nie będę myśleć o tej książce, zapomnę ich wszystkich, bo w innych książkach, które będę czytać i krytykować, będą również podobnie skonstruowane postacie, a te również zleją się z następnymi i następnymi, aż w końcu ich zupełnie zapomnę. Nie mają w sobie przecież nic ciekawego, ani nic nieciekawego, dokładnie nic. Psychiatrzy mieliby z nimi ciężki problem.

Język powieści jest prosty jak budowa cepa. Ot, kilkaset zdań złożonych podrzędnie i współrzędnie, w logicznym porządku. Nie ma tych irytujących archaizmów z części pierwszej, pomieszanych z prostą, codzienną polszczyzną, ale to nie znaczy, że jest lepiej – wręcz przeciwnie. Autorka znów chce nadać swojej opowieści gawędziarski ton, tym razem ma być to opowieść babci dla wnuków plus rozmaite dodatki. Jednak Autorce nie udało się opisać w miarę literackim językiem opowieści z lat 90., skracając ją tylko do bólu, ubiegłego wieku, nie mówiąc już o latach wojny, która tu wygląda jak szkolna bójka za garażami. Zresztą jak by mogła to zrobić, gdy jej słownictwo nie jest zbyt bogate, a opisów jest jak na lekarstwo, a może jeszcze mniej? Mogła sobie poczytać słownik języka polskiego, zanim zasiadła do pisania powieści, albo chociaż przeczytać jedną, dwie książki. Oszczędziłaby mi wiele męki, podczas czytania tego.

Pojawia się też wiele fragmentów, jak ten zamykający powieść z datą 2009 (podejrzewam, że wtedy Iza odwiedziła swoją rodzinną miejscowość), pełnych sentymentalizmu. Cukru pudru (który tutaj powinien być na ciastach, również niezbyt smacznie opisanych). Ochów i achów. Wiatru we włosach i innych bzdur, które być może pasują do niektórych nastolatkowych opowiadań, ale na pewno nie do powieści, że tak to ujmę, dla dojrzalszych czytelników. Na mnie osobiście sentymentalizm działa jak płachta na byka i nie biorę na poważnie książek, w których sentymentalizm zapuścił swoje macki. Najgorsze jest to, że Autorka tym zepsuła ostatnią niezłą rzecz. I nawet mi nie jest jej szkoda.

Jakość okładki nie poprawiła się od pierwszego tomu, jest zupełnie tak samo, czyli niezbyt dobrze. Okładkowa cukiernia zmieniła tylko barwę z zielonej na czerwoną, poza tym nic ciekawego. Wystawione tam specjały nie zachwycają, no, może mnie, bo nie należę do łasuchów. W każdym razie wciąż wygląda to jak okładka opowieści dla dzieci i w dodatku nieadekwatna do tej książki – fabuła opowiada o niczym, a nie o cukierni, żebyście nie mieli złudzeń. Lepszy byłby tytuł z zawijasami i jakimś ciepłym obrazkiem, ja wiem, filiżanek czy jakiś ciastek, ale i to raczej też nie nadaje się nadaje się do tej książki. Słowem – zupełny niewypał z tej powieści, nawet tytuł i okładka mnie nie przekonały do siebie.

Nie jestem w żaden sposób bogatsza po przeczytaniu tego czegoś. To jedna z tych wielu książek, które przeczytałam po to, by przeczytać i zostawić tylko ślad w postaci kolejnej niechlubnej dla naszej rodzimej literatury recenzji. W końcu przecież temat sagi rodzinnej jest mi dość obojętny (chyba dlatego, że dotychczas nie przeczytałam nic ciekawego w tym gatunku), a i książka, jak widzicie, pozostawia wiele do życzenia. Smutne jest tylko to, że na takie rzeczy marnuje się papier z lasów, a i ludzie, zamiast zająć się czymś innym, lub czytać lepsze książki, (jak wiadomo, takie rozwijają charakter człowieka, a przynajmniej sprawiają, że ma więcej empatii, co w tych czasach jest rzadko spotykane) czytają takie jak ta, które zupełnie nic nowego nie wnoszą, chyba kolejną beznadziejną i nierozwiniętą historię, która pożera czas.
Zauważyliście, dlaczego podałam wam rozwiązanie zagadki pierścienia? Dla niedomyślnych powiem, że doszłam do wniosku, że nie warto czytać tej powieści tylko po to, by dowiedzieć się, jak kończy się jedyny ciekawy wątek. Przecież poza pierścieniem nie ma nic ciekawego o aniołach, amorach (i Amorach) oraz wojnie.

Tytuł: „Cukiernia pod Amorem: Hyrciowie”
Autor: Małgorzata Gutkowska – Adamczyk
Moja ocena: 3,5/10  

wtorek, 10 czerwca 2014

Cukiernia pod nudą. Recenzja książki

Polskie obyczajówki stały się dla mnie synonimem tandety, kiczu i grafomaństwa na granicy wytrzymałości. Bo o ile w literaturze zagranicznej można czasami spotkać coś, czemu z lekkim nadciąganiem można wstawić ocenę 7/10 albo nazwać perełką literatury w ogóle, to w Polsce, poza Musierowicz (to literatura czystko młodzieżowa, więc się nie liczy) nie ma nic, czemu można by poświęcić swój czas, nie mówiąc już o jakichkolwiek słowach pochwały.

Próbowałam. Przysięgam niczym Gollum na Pierścień, kiedy spotkał Froda idącego do Mordoru (jakkolwiek byłby on zdradliwy i podstępny). Przeczytałam kilka, w tym jedną całkiem niezłą, ale dalej nie mogłam. Potrzebowałam jakiś fajerwerków, jakiejś szalenie mądrej książki, jednocześnie oryginalnej i wciągającej. Szybko okazało się jednak, że, jak zwykle, mam zbyt wygórowane wymagania. Zniechęcona (co się wyjątkowo rzadko zdarza) powoli przerzucałam się na inne gatunki, zachęcana wcale dobrymi książkami. Zniechęcał także brak dobrej księgarni i brak e-booków w Internecie. Gdyby mi zależało, jestem pewna, że jakoś bym zdobyła coś, ale mi totalnie nie zależało.

Ostatnio znajoma mojej mamy, słynąca z ilości książek, które przechowuje w swoim domu, pożyczyła mi na ferie dwa tomy nowoczesnej, polskiej sagi obyczajowo – historycznej. Jestem osobą kulturalną, więc nie odmówiłam, tylko z uśmiechem przyjęłam książki, nawet z zaciekawieniem spoglądając na okładki, które całkiem niedawno widziałam w Biedronce. Cóż, pomyślałam, otwierając w pierwszy dzień ferii na pierwszej stronie, zobaczymy co to.

Książka jest historią rodziny Zajezierskich. Poznajemy hrabię Tomasza, jego żonę Adę, Mariannę Blatko, jej matkę Zuzannę (która, uwaga, jest czarownicą), rodziców Tomasza, rodzinę jego żony Ady (szczególnie jej dwie siostry, z których jedna nazwa się Kinga, tak jak ja), oraz całe tabuny najróżniejszych typów, które pojawiają się na chwilę, by zaraz potem zniknąć. Jednocześnie historia toczy się w XXI wieku i latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy to Iga, która sama nie widziała, że jest spokrewniona z owym hrabią, odnajduje przy pewnej mumii rodowy pierścień (nie, nie Pierścień Jedyny, Sauronie, uspokój się) , który jakiś czas temu zaginął jej dziadkowi. Dla dobra babki, która po udarze jest unieruchomiona w swoim fotelu, postanawia rozwikłać zagadkę i powoli wygłębia się w poplątaną historię swojej rodziny, a czytelnik robi to wraz z nią. Poznajemy zatem losy rodziny obciążonej klątwą i żyjącej w cieniu niezwykłej przepowiedni, która jednak się spełnia. Jesteśmy świadkami mrocznej śmierci małej siostrzyczki Tomasza i prób ocalenia młodego hrabi przez czarownicę Zuzannę. Dowiadujemy się także o losach Kingi, siostry Ady, a także o tym, co spotkało drugą siostrę Wandę w klasztorze (na ten wątek zareagowałam tak samo jak Bilbo, kiedy na szyi Froda zobaczył Pierścień Jedyny, tyle że moja mina była jeszcze bardziej straszna). Możemy także poznać samą Igę, jej problemy i tęsknoty, a także jej rodzinę – ojca, wspomnianą wcześniej Cecylię i resztę tej wesołej rodzinki, nie przedstawionej jednak ze sympatią.

Trzeba przyznać, że nie które wątki były ciekawe, co sprawiało, że wtedy naprawdę pochłaniałam książkę. Śmierć najmłodszej siostry Tomasza poprzedzana mrocznymi zdarzeniami i znakami, a także wątek czarownicy Zuzanny, który fascynował i sprawiał, że książka nabierała rumieńców. Kilka miejscowych legend, szczególnie ta o rycerzu i karczmarce (moja ulubiona i jedna, niestety, z niewielu) sprawiło, że książka stała się nieco bardziej autentyczna i całkiem zgrabnie naśladująca tamte czasy. Oprócz tego podobały mi się specyficzne klimaty polskich dworków, w których mieszkała większa część bohaterów. Dla tych rzeczy, szczerze mówiąc, przeczytałam całkiem grubą książkę w jeden dzień. Zdołałam nawet polubić tytułową cukiernię, choć nie było tu o niej dużo, wręcz przeciwnie. Autorka potraktowała ten wątek po macoszemu, ale o tym później.

Okładka jest wcale niezła. Choć o tytułowej cukierni, jak w wspomniałam, nie ma dużo, zachęca do wzięcia książki w rękę. Mamy tam Amora i tytuł wpisany częściowo w szyld sklepu. Wszystko utrzymane jest oliwkowo-zielonych barwach, kojarzących się ze starością i historią, a za szybą widać jakieś ciasta, choć nie wygląda to najlepiej. Jak na polskie okładki to nawet nieźle.

Styl pisania Autorki niezbyt przypadł mi do gustu. Próbuje imitować swój styl na tamten, jakim mówiono w dziewiętnastym wieku i jednocześnie pisać tak, żeby dwudziestopierwszowieczne matoły (bez obrazy, mówię o plastikach) zrozumiały i czytało im się szybko. Wyszło coś dziwnego pomiędzy, zupełnie nie lekkiego, niczym sarmackie opowiastki Sienkiewicza, ale ciężka do przełknięcia imitacja, wiejąca na kilometr podróbą (z drugiej strony się nie dziwię, bo trudno jest coś takiego zrobić gdy nie jest się wybitnym pisarzem). Nie czytało się lekko, wręcz przeciwnie. Dzięki tej dziwnej mieszance w tekście jest bałagan i ja, maksymalnie skupiona na książce, czasami musiałam czytać dwa razy, by dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. W każdym razie niektórym może się spodobać, ale tylko tym, którzy zaczynają swoją przygodę z literaturą. Dla mnie to żadna gratka, wręcz przeciwnie.

Opisów prawie nie ma – większość miejsca zajmuje akcja, to znaczy opisy codziennych dni bohaterów i ich przygód, które, w znaczniej większości, nie porywają. Sporadycznie dostajemy opisy specjałów cukierni, ale, choć opisy są dobre, tylko prawdziwi smakosze muszą odczuwać głód czytając o nich. Opisów przyrody, polskiej przyrody a także dworków raczej nie uświadczymy. Nawet zwykłego opisu poranka, czy pogody nie ma. No ludzie. Czasem dostajemy za to pobieżny opis pomieszczenia, do którego taka a taka bohaterka wchodzi, ale to rzadko. Oczywiście, istnieje taka odmiana gatunkowa powieści – powieść psychologiczna, w której Autor więcej uwagi poświęca psychologii bohaterów, ale w tym wypadku jest to lanie wody. Serio. Ile razy można opisywać wnętrze pustej butelki?

W ogóle ta książka to piękny przykład pisaniny o niczym. Długa, rozwlekła powieść, zbudowana z rozmaitych historii, które, pomijając bohaterów, nie są ze sobą jakoś związane. Oczywiście, jeśli jest się dobrym pisarzem, który konstruuje trójwymiarowe rzeczywistości ze słów, a nie pismakiem, który dopiero stawia pierwsze kroki w prozie, nie umiejąc jeszcze dobrze pisać. Niby wszystko spina pierścień i moment jego odnalezienia, ale większość i tak się nie trzyma kupy, a owego tajemniczego (a może nie?) jest jak na lekarstwo. Gollum i Sauron też nie pochwaliliby tej powieści.

No i tak. Ile ja już książek przeczytałam, w których bohaterowie mają osobowość nadmuchanych balonów? Nie potrafię powiedzieć, ponieważ wszystkie te lektury zlewają się w jedną, bezkształtną masę. Pewnie niedługo będzie tak samo z tą książką – nie ma tu ani jednej postaci, którą zapamiętałabym. Niby są zróżnicowane, ale to tylko pozory. W ilu książkach poznajemy zbuntowaną kobietę, która popiera wolne romanse i którą rodzina traktuje jak ciekawostkę? Albo kobietę, która nie wyszła za właściwego faceta? Albo bawidamka? W tysiącach. W milionach. Każdego dnia mnóstwo pisarczyków i pisarzów jak świat długi i szeroki wymyśla kolejne, podobne do siebie fabuły i postacie takie jak te powyżej. Po pięciu podobnych książkach nie wie się, czy ta malarka nazywała się Róża, Pamela czy Luiza. A może Kelly? To nieważne. W każdym razie nie ma tu nic pomysłowego, odkrywczego. Na dodatek skromnym zdaniem fanki Sienkiewicza, Autorka nie wczuła się w klimat tamtych czasów i jej postacie nie są przekonujące pod tym względem – bardziej nadają się do naszych czasów niż ludzi, którzy wtedy żyli. Nieudolnie rekonstruuje ich filozofię i sposób myślenia. Niestety. Tutaj też zawaliła sprawę. Może jej bohaterowie są ciekawi, kto wie. Ale na pewno nieumiejętnie przedstawieni. Brakuje im jakiś cech, które sprawią, że każdy będzie postacią pełnokrwistą, wyrazistą, wyróżniającą się z tłumu innych (a ten tłum, delikatnie mówiąc, jest rozmiarów dość dużych). W dodatku są przedstawione zimno, bez tego rysu sympatii Autorki. Wystarczy się tylko ze zgrozą zastanawiać, jak pisarka dała radę napisać całą trylogię, skoro nie lubi bohaterów...

Jak ktoś lubi takie rzeczy, może mu się książka spodobać. A może nawet go pchnąć do przeczytania innych książek z tego gatunku tyle że lepszych, kto wie. W każdym razie mnie trudno zadowolić czymkolwiek, co jest, nie oszukujmy się, dość słabą książką. Ale zresztą czego oczekiwałam po książce, która jest milionową, polską obyczajówką nie wyróżniającą się z tłumu innych?

Tytuł: „Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy”
Autor: Małgorzata Gutkowska – Adamczyk
Moja ocena: 3/10