Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia SYRENA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia SYRENA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2014

Dno i wodorosty. Recenzja książki

Pamiętam swoją pierwszą wizytę nad Bałtykiem. Pamiętam, jak bardzo byłam rozczarowana. Szczególnie gdy ciocia pokazała mi słabo widoczne dźwigi portowe daleko stąd, w Norwegii czy w Szwecji, a ja wcześniej byłam przekonana, że jeśli to jest morze, to nie widać jego drugiego końca. Chociaż woda była faktycznie słona, fale fajne, nie podobało mi się (może dlatego, że nie pokazano mi żadnej dzikiej plaży, tylko te zawalone chamskimi, opalającym się w nieskończoność, czytającymi płytkie książki – wiem, bo zawsze zerkam na to, co kto czyta – i krzyczącymi na swoje nagie, rozwrzeszczane dzieci) I chyba do dzisiaj, nie patrzę na nie z zachwytem, chociaż teraz w pewien sposób udało mi się z nim zaprzyjaźnić – w końcu do Gdańska z Torunia jedzie się tylko trzy godziny, a i mam tam też rodzinę, i chociaż moja wizyta polega na opiekowaniu się kuzynką i zamawianie pizzy, szum morza towarzyszy mi w zasypaniu. Jednak, tak naprawdę, jeśli o to chodzi, patrzę z obrzydzeniem na każdy większy zbiornik wody, od basenu szkolnego poczynając, a na oceanach kończąc. Nie lubię, kiedy nie mam, na czym oprzeć moich nóg, albo kiedy ziemia znajduje się w miejscu osiągalnym dla nurków i trupów. Nie ufam wodzie, bywa bardzo zdradliwa, nie tylko wtedy, kiedy a moja miłość do morza jest teoretyczna (w teorii kocham morze niczym piraci z Karaibów), lubię patrzeć szczególnie na refleksy słoneczne na Atlantyku i inne takie bzdury, ale żeby tam popływać... Zamiast tego wolałabym iść do Mordoru, tfu, to znaczy do szkoły na same lekcje matematyki, fizyki, chemii i religii (co ja poradzę na to, że katechetka jest wredna?) a to w moim wypadku jest wielkie wyrzeczenie.

Dlatego książki mające coś wspólnego z wodą, pomijając wszystko związane z Piratami, którąś tam moją wielką miłością (ale to film!) i baśń o Małej Syrence – tą klasyczną, naturalnie (żadnym prawem nie mogę też zapomnieć o roli, jaką pełniło Morze na Zachodzie dla moich ukochanych Eldarów, ale oni kochali morze z innych powodów) - raczej nie należą do moich ulubionych, wręcz przeciwnie. Odrzucają mnie, za co czasami sama się sobie dziwię. Dlaczego więc, do licha, wmusiłam właśnie w siebie kolejną opowieść o syrenach? I to nie tych z disnejowskiej bajki, tylko z Piratów albo gorzej? I to w dodatku nie po kolei – po części pierwszej, która była dla Was ochłodą, albo raczej kubłem zimnej wody w pewien upalny lipcowy dzień, nadszedł czas na tom, uwaga, trzeci trylogii. Jakby tom drugi psi zjedli, ale ja nie o tym. Książka, podpisana, leżała porzucona na jednym z wielu parapetów naszej szkoły i w końcu przygarnęła mama. Dała mi w sobotę, mówiąc, że zapewne chętnie przeczytam, bo lubię takie książki. Jasne. Lubię krytykować, mieszać z błotkiem takie książki jak ta, mamo, a poprzednia właścicielka, jeśli celowo zostawiła książkę, wiedziała, co robi. Uwierzcie mi.

Uprzedzona więc, przystąpiłam do czytania jeszcze tego samego dnia, w szkole i wcale, wcale się nie zdziwiłam tym, co tam zastałam. Wręcz przeciwnie – pozbywszy się różnych moich uprzedzeń, przestawszy się zastanawiać, dlaczego bohaterka to robi, co robi i dlaczego wszystko jest takie przeciętne, lektura dała mi pewien rodzaj przyjemności, a już na pewno ocaliła mnie przed matematyką. Dlatego jakiś tam sentyment mam, co powtarzam już na początku, jednak w tej recenzji, nieprzypominającej recenzji i będącej raczej klasycznym przerostem treści nad formą, pozbędę się sentymentów i sympatii, mówiąc szczerze, co jest na minus, a co na plus. Jesteście gotowi na wyprawę w głębie oceanu? Butle tlenu na grzbiety i zaczynamy!

Vanessa ma problemy. Po roku szkolnym znów wróciły wakacje, a więc kolejna wizyta w Winter Harbor, tam, gdzie mieszkają złe wspomnienia Vanessy o syrenach i przyrodniej siostrze Justine. Ale to nie wszystko – jest jeszcze ukochany Simon, z którym, jak wynika z fabuły, nasza syrenka musiała się pokłócić w tomie drugim. W dodatku, już na miejscu, odkrywa, że w gruncie rzeczy jej życie przypomina ruinę. Żeby jakoś przeżyć i nie skończyć jak jej matka, która zresztą odwiedza naszą bohaterkę, musi nie tylko faszerować się solą, ale, uwaga panowie, uwodzić mężczyzn, czy to przez przykładanie ręki do ich torsu i jednosekundowe piszczenie, czy to przez flirt, czy coś znacznie gorszego – uwodzenie, albo... Nie, to już byłby spoiler. W każdym to jakieś wyjaśnienie dla faktu, że marynarze albo inny faceci zamienieni w topielców wypływają z szerokimi uśmiechami na twarzach. Brr. Nie chcę o tym myśleć, tak jak nasza bohaterka, przynajmniej na początku też nie, ale kiedy widzi, co stało się z jej matką, zmienia, niestety zdanie, walcząc o życie. Poza oględnymi opisami mniej i bardziej przygodnych kontaktów płciowych i tego, jak Vanessa wygląda przed i po (zupełnie jakby chodziło o jakąś, kurde, dietę albo operację plastyczną!), problemami z całym światem i dysput z rodzoną matką, mamy także kryminał – ginące młode dziewczyny, tajemniczą dziewczynę pracującą w restauracji przyjaciółki Vanessy i zagadkę kryminalną, którą, po odpowiednim dopracowaniu i rozwinięciu, można by użyć w niejednym popularnym i płytkim kryminale. No i kulawo skonstruowany finał, klasycznie przy pomrukach burzy i obowiązkowo z przerwaną sceną, w której całemu światu wydaje się, że bohaterka umarła. Ziewam. Naprawdę nie dało się bardziej schematycznie?

Co może być plusem? Co może być kasztanem na wierzbie? A, wiem. Albo już nie, przysyłanie zdjęć ofiar już gdzieś było, prawda? A powiadam wam, że Czarny Charakter daje się wyczuć od pierwszych stron. Dobra. Mam. Myślę, że najlepszy wątek to historia mamy Vanessy. Autorka ukazała wszystko realistycznie, brutalnie i bezkompromisowo, nie dając nawet odrobiny nadziei na dobre zakończenie. Poświęcenie Charlotte jest godne podziwu, a jej śmierć mimo wszystko bohaterska. Jestem gotowa jej nawet wybaczyć, że jest taką fatalną postacią bez charakteru. Rzadko tak zdarza się w książkach dla nastolatek, chcących czytać tylko romanse, że śmierć jest już bezpowrotna, całkowita, a ten ktoś już z zaświatów czy też z toni oceanu nigdy nie powróci. Rzadko, niestety, zdarza się także motyw poświęcenia, więc tym bardziej należą się pisarce za to brawa. Niech przez tą krótką chwilę cieszy się pochwałą, wtedy może będzie lżej dowiedzieć się mojej prawdy na temat jej książki.

Okładka książki jest przeciętna, czyli, co stwierdzam z ulgą, tragedii nie ma. Tym razem mamy błękit oceanu, przetykany również oceanicznymi zieleniami i turkusami, kilka cieni błękitnych rybek i dziewczynę z pływającymi, jak to w wodzie bywa, niebieskawymi włosami. Sama sylwetka dziewczyny nie wydaje się sylwetką modelki, a tytuł jest zbyt duży i niezbyt ciekawym kolorze. Nic ciekawego, wręcz przeciwnie – dzięki temu fabuła wydaje się bardzo przewidywalna i każdy, kto raczej nie interesuje się syrenami, na pewno nie sięgnie po tę książkę. Mimo tego nie ma jakiś żałosnych błędów, których każdy porządny grafik powinien się wystrzegać, i bardzo dobrze, że tutaj nie znalazłam żadnego potworka, ale, co się oszukiwać, za specjalnie fajnie też nie jest.

Tytuł bynajmniej nie jest adekwatny do treści. Jaka mroczna toń? Czy Vanessa robi coś mrocznego? Czy pływa po jakiś mrocznych wodach? A może zabójstwa są mroczne? Ha, czytałam kiedyś książkę o facecie, któremu obcięto głowę i wstawiono tam głowę psa, tylko dlatego, że bał się zginąć właśnie taką śmiercią. I to jest mroczne morderstwo, jeśli cokolwiek można by nazwać mrocznym, bo już takie zużyte słowo, właśnie przez pisarki i pisarzy, zajmujących się mrocznymi, upadłymi aniołami, które, mimo połamanych skrzydeł i tak dalej, latają za amerykańskimi dziewojami. I to wkurza, nie trochę, ale bardzo mocno. Mroczne sekrety. Mroczne tonie. A mroku, jeśli by go zważyć, nie ma ani grama. W każdym razie wszystko, co ma coś mrocznego w tytule, lepiej się sprzedaje i przyciąga co niektóre osoby do siebie, które są przekonane, że czytają horrory (zauważcie, że prawdziwe horrory rzadko w tytule mają mrok), więc dlaczego nie? Jeśli można zarobić mroczne pieniądze?

Język Autorki jest prosty i lekki. Nie pisze w jakiś metaforyczny, skomplikowany sposób, tylko stylem, jaki ma wiele dzisiejszych ludzi piszących dla nastolatek, (i większość popularnych ludzi piszących dla dorosłych również). Czyta się zastraszająco szybko, bo pisarka wygląda na pewną siebie Autorkę, z wyszkolonym, płynnym warsztatem i raczej nie ma problemów z dobieraniem prostych słów i jakąś tą nieporadnością językową. Czyta się nawet przyjemnie, niezwykle szybko, nie trzeba długo się namyślać nad sensem czytanych zdań. Jednak opisów, jak w większości powieści tego gatunku zresztą, jak nie ma, tak nie ma. Nie czuje się emocji bohaterów, trudno jest wyobrazić sobie z tych ochłapów, jakie rzuca nam pisarka, ich twarze i miejsca, po jakich chodzą. No dobrze, Autorka napisała, że Vanessa siedzi nad morzem, w porządku. Ale jakie jest to morze? Bo jak zdążyliście zauważyć, morza mają wiele kolorów, co zależy także od pory dnia lub nocy, ale też od tego, co jest morzu (na przykład nasz Bałtyk jest zanieczyszczony i ma mały kontakt z Morzem Bałtyckim, dzięki czemu ogólnie jest ciemnozielony w przeciwieństwie, choćby, do Adriatyku). I co mi to daje? Może nastolatki, potencjalne czytelniczki, nie będą miały pretensji, że jest więcej akcji (później, zresztą, powiemy sobie, jaka jest naprawdę ta akcja), ale ja tak. Co jest następnym dowodem na to, że tak naprawdę nie powinnam się brać za czytanie tej książki. Tylko nerwy sobie niepotrzebnie psuję.

Fabuła jest bardzo przewidywalna (czego zresztą się spodziewać po tym gatunku!) i chaotyczna, tak jakby Autorka spieszyła się napisaniem książki, czy też nie miała ochoty jej w ogóle pisać i ciągnęła wszystko na przymus, bo przecież nie można zostawić czytelników na lodzie z nieskończoną serią. Kiedy Vanessa przybywa do Winter Harbor, jej były ukochany chamsko ją ignoruje, co, bardzo dziwne moim skromnym zdaniem, bo już czterdzieści stron dalej całuje ją namiętnie jakby nigdy nic i nawet wsadza jej ręce pod koszulkę, co, przyznacie, jest już znakiem bardzo dużej zażyłości. Bardzo dużej. Chwyt z urwaniem akcji w połowie, w najciekawszym fragmencie, bardzo trudny szczególnie dla pisarza, delikatnie mówiąc, niebędącego jedną z najlepszych ryb literackiego oceanu, tutaj nie wyszedł zupełnie. Za duże przeskoczenie w czasie. Tak jakby, że posłużę się tolkienowskim porównaniem, rozpocząć trzecią część Władcy Pierścieni koronacją Aragorna. I jeszcze niedokładnie wyjaśnić, dlaczego ów facet, będący w drugiej części takim tam kolesiem ze złamanym mieczem, teraz siedzi na tronie w miejscu, którego, na dobitkę, wcześniej w książce nie było. To ja już wolę pachnące naiwnością, serialami i oczywistością zabiegi Dana Browna w Inferno, bo facet rozgrywa to mniej więcej wiarygodnie, bez takich niespodzianek. Zresztą też nie jest lepiej – można się zawsze przyczepić do beznadziejnej przewidywalności, bo w tym gatunku zawsze wszystko kończy się happy endem, nawet jeśli na końcu bohaterka godzi się z tym że musi zabijać ludzi i puszczać się na bokach, by choć trochę jeszcze pożyć (co samo w sobie, przyznacie, jest absurdalne i śmieszne. Autorkę za mocno poniosły fale jej niezwykłej wyobraźni). Jeśli chodzi o wątek kryminalny, pisarka, jak to w kryminałach bywa, próbuje nam podsunąć za podejrzanego kogoś, kto wcale podejrzany nie jest, ale, uprzedzam, nietrudno odgadnąć, kim jest czarny charakter i morderca, bo naszą Vanessę, jak zwykle, syrenie zmysły nie zawodzą. Już trudniej jest odgadnąć, dlaczego morderca robi to, co robi, ale nie przejmujmy się tym, bo sama pisarka nie wie, dlaczego (co do przesyłania zdjęć przyszłych ofiar mailem, nie oszukujmy się, to już było i nie dwa razy). Tak samo, jak w całej tej historii z Charlotte, która, pomijając oczywiście jej prawdziwie makabryczną śmierć, nie ma sensu. Niby jechała gdzieś, a została u córki do końca życia, później mówiła, że nie chce wyjeżdżać i wcale a wcale nie miała tego w planach. Już nie mówiąc o uzasadnieniu, dlaczego w pierwszej części Vanessa widziała zmarłą Justine, które, odnoszę dziwne wrażenie, zostało dodane w naprędce później, już w trzeciej części, kiedy coś takiego przyszło Autorce do głowy.

W celu ostudzenia emocji czytelników pisarka dodaje mające niby spinać wszystko i służyć za spokojny, romantyczny przerywnik mnóstwo scen (wciąż!) nieudanego seksu Simona i Vanessy, co, patrząc na ogół tego rodzaju literatury dla młodych ludzi, robi się, delikatnie mówiąc, nudne i powszednie. Chaosu dopełniają sylwetki rodziców Vanessy, których córeczka zawsze potrafi oszukać i którzy raczej, w miarę rozwoju fabuły, znikają z kart powieści. Już nie mówiąc o rybakach, pełniących funkcję zombi, przed którymi wszyscy bohaterowie, a szczególnie nasza zapierająca dech w piersiach syrena, uciekają. Brzydcy, niedobrzy rybacy!

Koniec jest nijaki, zakończenie jest otwarte, w pełnym znaczeniu tego słowa, tak, aby można było jeszcze powrócić do tej historii. W sumie mam wątpliwości, czy na trylogii się skończy, bo zapewnienie o tym, że wszystko będzie dobrze, że jakoś sobie poradzi, niczego nie kończy. Pożyjemy, zobaczymy, czy Autorka będzie miała tyle rozsądku i stwierdzi, że kontynuowanie tej historii raczej nie należy do najlepszych pomysłów. Są historie, które trzeba po prostu przestać pisać, zanim staną się kompletną katastrofą i ta jest właśnie jedną z nich. Bo Autorka musiałaby wtedy pisać o kolejnych bojach ze złymi syrenami i podbojach miłosnych Vanessy, na co raczej, delikatnie mówiąc, nie miałabym ochoty, a podboje miłosne są nudne i pełno jest ich w innych, niezwykle ciekawych książkach dla nastolatek, co już mi zdecydowanie wystarczy.

Z bohaterami też nie jest lepiej, wręcz przeciwnie – wybaczcie, znów będę się czepiać wielu rzeczy. Vanessa robi się jeszcze bardziej nierozsądna, głupia i to, co wyrabia z facetami, niemal wywołuje u mnie mdłości, że tak brzydko powiem. No bo w łazience. W barze. Z ledwo co poznanym chłopakiem. Wiem, że to jest jedno z uroków bycia syreną w wyobraźni Autorki, ale jak można tak... się szmacić? Za przeproszeniem oczywiście, ale czasami nie mam siły nie być istotą wredną i bezpośrednią. Przecież, myśląc logicznie, za jakiś czas nasza syrena dostanie obsesji na punkcie młodego wyglądu i zamieni się w potwora godnego Zarze, którą zarówno czytelnicy, jak i ona sama, mieli nieprzyjemność poznać w pierwszym tomie opowieści o syrenach (żeby było trudniej, Vanessa nie może czerpać energii życiowej z Caleba, bo on zakochał się w dziewczynie jeszcze przed tym, jak stała się syreną). Gdyby w jakiś sposób się nasza syrena zabiła, sądząc, że takie życie nie ma sensu, byłoby to już lepsze rozwiązanie – przynajmniej dla mnie. W każdym razie, poza tym robi mnóstwo nieprzemyślanych, głupich rzeczy, bezmyślnie i radośnie sprawiając, że na jej piękną główkę zwalają się problemy i różne oskarżenia, a później dziwi się, dlaczego tak jest. Zresztą i tak większość czasu spędza na myśleniu o swoim ukochanym Simonie, najpierw na tym dlaczego, och i ach, nie chce jej, a później jaki on jest przystojny i tak dalej. Simon w tej kwestii też nie jest lepszy – to jeden z tych facetów, którzy zapominają o całym bożym świecie, myśląc tylko o swojej jedynej i robią maślane oczy na każde o niej wspomnienie, a najważniejszą, jak się zdaje, sprawą jest, żeby nie być wulgarną ani zbyt metaforyczną, moment czystej przyjemności kopulowania... Nie. Stop. Z wiekiem i z recenzjami robię się coraz bardziej wulgarna. Powiem ładniej: uprawiania miłości. W każdym razie nie lubię takich facetów, nie mówiąc już o tym, że w chwili zakochania się w Vanessie, czy też wspólnych z nią scen, wszystkie indywidualne cechy bohatera zniknęły. Wyparowały jak kamfora. Dalej mamy Paige, która niestety, pełni tu rolę cienia naszej głównej bohaterki i tajemniczej Caroline, która zaczyna pracować w restauracji, ale zamiast być miłą, sympatyczną dziewczyną, jaką była w pierwszym tomie, jest bezmyślną, piszczącą syreną i pustą dziewczyną, a jej przyjaźń z Vanessą jest ukazana bardzo sztucznie i pretensjonalnie. Zresztą, jak to w tradycyjnych młodzieżówkach by, Paige zaczyna zerkać bokiem na Caleba i, ku mojemu niepomiernemu zdziwieniu, żałuję, że na tym się kończy, bo chętnie dowiedziałabym się, co dalej się z nimi stało. Chociaż szczerze mówiąc, po Calebie, domorosłym detektywie, nie widać tego, że rok temu był mocno sponiewierany przez wredną syrenę, a, tak na logikę, powinien mieć jakieś zranienia. To tak się łatwo nie zabliźnia, jak sobie to Autorka wyobraża, nie mówiąc o bliższej, hm, przyjaźni z syreną, jaką jest przecież Paige. W każdym razie i tak ów Caleb nie ma żadnych cech charakteru, po prostu jest kolejną papierową kukiełką, który mechanicznym głosem wygłasza podsunięte przez Autorkę kwestie, bez żadnych emocji ani innych rzeczy. Gdzieś w tle, niczym napełnione helem balony, pływają rodziciele Vanessy, cała trójka. Charlotte jest chyba najbardziej dojrzałą bohaterką, jaka kiedykolwiek wyszła spod pióra (a raczej klawiatury) pisarki i mimo że cała rzecz została niezbyt dobrze rozegrana, podziwiam biologiczną matkę naszej syreny za odwagę i poświęcenie – w przeciwieństwie do swojej córeczki, wolała umrzeć niż zabić jakiegoś człowieka. Ponadto, pomiędzy Vanessą a matką roztacza się subtelna aura takiego niezdecydowania, jakie na pewno jest między matką a córką, kiedy spotkają się pierwszy raz w życiu. To bardzo delikatne, trudne do napisania uczucie, ale to doskonale udało się Autorce. Jestem naprawdę miło zaskoczona, jednak tylko tym, bo biologiczny tato i matka Vanessy, którzy ją wychowują, są tylko naszkicowani. Pojawiają się, wbrew wszelkiej logice, tylko kilka razy, by, następnie znów wyparować w atmosferę i z kart książki. Nie można tu mówić nawet o żadnych cechach charakteru, bo te postacie są tylko cieniami. Cieniami cieni. I znów jest gorzej niż w pierwszej części. Znów uderzam moim pięknym, gładkim czołem o ścianę, albo klawiaturę mojego laptopa, nie mówiąc już o chęcią rzucenia książką w półkę, albo w jakiegoś krzykacza czy żartownisia z mojej kochanej klasy. Przynajmniej do czegoś się przyda ta powiastka, no bo co, powiedzcie mi, mam zrobić, kiedy postacie mają osobowość koników Pony albo gorzej? Żeby książka, według mnie, była ciekawa, niebanalna i wciągająca, postacie muszą być ludźmi, a nie tymi słynnymi robotami z warszawskiego Centrum Nauki Kopernik.

Książka ogólnie jest wymęczona. Liczne korekty przyniosły językowi powieści lekkość i płynność, to prawda, ale widać, że pisarce po prostu się nie chciało. Bohaterowie zachowują się tak, jakby stracili całą swoją osobowość, jakiej resztki jeszcze posiadali w pierwszym tomie. Fabuła ledwo się klei, a gdyby nie nijaki wątek kryminalny, w większej części po prostu byłoby to romansidło o syrence i jej ukochanym, biegających beztrosko po górach i... zresztą, nie ważne. W każdym razie coś w tym rodzaju. Może Autorka zrozumiała, że ów pomysł był w gruncie rzeczy nudny i pisała, żeby pisać, z tysiącem innych pomysłów na głowie? Tak czasem bywa. Wtedy jednak seria, zamiast z tomu na tom być coraz ciekawsza i dojrzalsza, staje się coraz bardziej nudna i nijaka. Powiedziałabym nawet, że mi szkoda, ale tak wcale nie jest – od początku jakoś nie czułam się przywiązana do akurat tych książek o syrenach, więc nie jestem rozczarowana. Taki świat, takie książki dla typowych nastolatków: po kilkunastu poważnych oparzeniach, nie spodziewam się już niczego dobrego. A ta książka Autorki, której samej odechciało się pisać tego gatunku, tylko jeszcze bardziej zniechęca mnie do tego gatunku i utwierdza w przekonaniu, że, w miarę upływania lat, nie moje klimaty. Więc dlaczego wciąż się tym zajmuję? No? Dlaczego?

Jak widzicie, wycieczka do odmętów morskich raczej się nie udała – syreny, które zobaczyliśmy, nie były, moim zdaniem, waszej kochanej, wrednej przewodniczki, ciekawe. Czy było warto? Moim zdaniem nie – są ciekawsze, morskie światy, które warto zwiedzić i przeżyć tam niejedną ciekawą przygodę. Ale może i tak będziecie chcieli jeszcze raz przeżyć tę przygodę, proszę bardzo. Szczególnie gdy prawy, wierny swoim zasadom humanista z powołania (tak jak ja) siedzi na lekcji fizyki i rozumie cztery słowa na krzyż i nie wie, co robić. Wtedy już nawet srebrnookie syreny bez charakteru wabią swoim śpiewem. No i na chemii i nieszczęsnej, szczerze znienawidzonej matematyce, na której naprawdę nie wiem, co z sobą robić, kiedy już nawet dno i wodorosty z pływającymi, bladymi syrenami są lepsze od literek, cyferek, wzorów, wykresów i innych tego typu niezwykle interesujących rzeczy. Bo to zawsze, jakby nie patrzeć, świat inny od szkolnej, nudnej rzeczywistości, prawda?

Tytuł: „Mroczna Toń”
Autor: Tricia Rayburn
Moja ocena: 1,5/10 

środa, 30 lipca 2014

Niekuszący syreni śpiew. Recenzja książki

Z dzieciństwa mam dużo wspomnień, choć nie było ono ciekawe a to, co wspominam, to są historie, które działy się w moim umyśle. Pisać nauczyłam się mając zaledwie cztery czy pięć lat, a wcześniej rysowałam swoje wymyślone historie – najczęściej bale pełne panów w czarnych kostiumach, tęcz, panien w pięknych, balowych i szerokich sukniach oraz ... No właśnie. Niedawno, bo kilka lat temu, jeszcze przed przeprowadzką do tego domu, w którym teraz mieszkam, moja znajoma Kasia sfiksowała na tle syrenek. Jestem od niej o wiele lat starsza, ale jej pasji nie traktowałam z pobłażliwością. Kiedy byłam mała też je kochałam. Snułam opowieści o łowieniu ich, przywiązywaniu do wersalki czy jakiegoś innego mebla i zabijaniu ich (jak widać, już wtedy ujawniały się moje sadystyczne skłonności). Z wiekiem przeszło, bo dziesięcioletnia wiedźma odkryła filmy wojenne i uznała, że hektolitry czerwonej farby są lepsze niż popiskujące, Bogu ducha winne syreny.

Kiedy zobaczyłam tę książkę, pomyślałam, że to będzie jak powrót do dzieciństwa, do świata syren. Ładna, zielona okładka, dziewczyna z zamkniętymi oczami i zachęcająco wyglądająca czcionka wyglądały zachęcająco. Niestety – książkę pożyczyłam od koleżanki, która wyjeżdżała na wakacje i chciała książkę z powrotem. Internet wtedy mi się popsuł i musiałam jechać do kuzyna, żeby ściągnąć sobie tę książkę. Wreszcie, razem z kubkiem kawy i paczką krakersów, usiadłam przed ekranem i otworzyłam plik z książką.

Vanessa i Justine są siostrami i przyjaciółkami, stanowią jednak swoje przeciwieństwa: Vanessa to szara myszka, ciągle czegoś się bojąca (najczęściej ów strach jest zupełnie irracjonalny), natomiast Justine jest przebojowa, popularna i świetna w nauce. Pewnego dnia, podczas wakacji, Justine skacze z klifu, co kończy się zranieniem. Kilka dni później miasteczkiem wstrząsa tragiczna wiadomość: ciało Justine znaleziono niedaleko klifu. Rzuciła się? Spadła? Nie wiadomo – wakacje w Winter Harbor zostają brutalnie przerwane i rodzina wraca do Bostonu. Jednak Vanessa ma dużo wątpliwości co do tego, jak zginęła jej siostra: piętrzą się zagadki a w dodatku wydaje się Vanessie, że słyszy głos własnej siostry. Wraca do miasteczka i rozpoczyna dochodzenie wraz z przystojnym Simonem, znajomym.

Zagadka coraz bardziej się plącze. Paige, nowa koleżanka Vanessy, a szczególnie jej starsza siostra Zara wydają się dziwnie podejrzane. Co więcej – nagle Caleb, brat Simona, znika i kiedy Vanessa dzwoni do niego, słyszy tylko szybki oddech i czyjeś wołanie. W dodatku przez miasteczko przetaczają się raz po raz gwałtowne burze, po których na brzeg wypływają ciała mężczyzn.. Uśmiechniętych mężczyzn. Dwójka naszych bohaterów zaczyna więc śledztwo, które prowadzi do domu Paige, gdzie, dzięki babci dziewczyny, odkrywa kim naprawdę jest i kto był jej matką. Dziewczynie, według wskazówek Justine, pozostaje udaremnić plan całkowitego zniszczenia Winter Harbor.

Może zaczniemy od minusów? Tak, tak będzie lepiej, bo błędy rzucają się w oczy i gryzą je. Po pierwsze, nie rozumiem po co cały ten łomot z zagadką czy tam intrygą, jak kto woli, jeśli tak naprawdę już od początku wiemy, o co chodzi. Bo każdy średnio rozgarnięty czytelnik, kiedy najpierw przeczyta tytuł a później zajrzy do środka książki (nawiasem mówiąc, ja tak zawsze robię, nie wiem, jak inni) wie, że chodzi o syreny. Mamy więc podane to jak na tacy. Z drugiej strony aż tak horrorystycznie nie jest: myślałam, że będą jakieś groźne istoty jak z mitu o Odyseuszu, czy rozdrapujące ludziom skórę morskie wampiry. A tymczasem....? Syreny to piękne kobiety, zajmujące się uwodzeniem mężczyzn, śpiewające i choć demoniczne, to mające w sobie więcej z femme fatale niż z syren, które faktycznie chciałoby się przywiązać do wersalki i pozbawić wody tak, żeby w końcu umarły (wiem, wiem, sadystka ze mnie). I ten wątek specjalistycznej bomby, która zamroziła morze wokół Winter Harbor i sprawiła, że w środku lata pojawiła się zima, no ludzie. Ja rozumiem, że Autorka nie wiedziała jak zakończyć wątek, lub wyobraźnia ją poniosła, no ale ludzie. Moim zdaniem wyglądało to tak samo, jak taka tam jedna chowająca bombę zegarową do plecaka koleżanki z klasy, czyli niesamowicie. Wątpię, że takie coś istniało naprawdę, bo w pokoju mam wielką stertę pism naukowych (taki ze mnie fizyk jak z koziego ogona powróz, ale lubię czytać o wynalazkach) i w żadnym nie pisali o niczym takim. A ja jestem z tym na bieżąco.
Plusy, na szczęście, też są. Powieść jest dość oryginalna, bo, w przeciwieństwie do tych wszystkich aniołów i wampirów, syreny to prawie zupełnie dziewiczy teren fantastyki, takiej dla młodzieży. W dodatku Vanessa (taka gorąca informacja dla wszystkich dziewuszek, które jeszcze nie czytały) od środka powieści nie jest dziewicą, choć wszystko zostało opisane skromnie, cicho i jakby ze wstydem. W innych powieścidłach kochanków od łóżka oddzielają paranormalne problemy, prawdziwa natura jednego z nich i inne smutne rzeczy, często też do niczego nie dochodzi, bo coś przeszkadza zakochanym na samym początku. Ah, no i śmierć tylu osób, bo zwykle w czymś takim dużo nie zamienia się w trupy. No i to, że jest kilka takich fragmentów, w którym dzięki całkiem niezłemu stylowi autorki zostajemy zamknięci w klaustrofobicznej przestrzeni strachów Vanessy. To jest dobre – mocne i fascynujące.

Bohaterowie, szczególnie Vanessa, są irytujący. Bo – na przykład – nasza główna postać. Zostaje przedstawiona jako szara mysz, drżąca wciąż ze strachu, niezbyt ładna, a przynajmniej brzydsza od siostry, niezbyt towarzyska, ogólnie jaskrawo przeciętna. I oto taka dziewczyna zostaje bohaterką i kochanką Simona, poważnego umysłu ścisłego, który pod wpływem olśniewającej piękności zmienia się w romantycznego Romea. A te wszystkie teksty o tym, że tak naprawdę Justine zazdrościła Vanessie.. Tak z drugiej strony, to owa piękność jest tępa jak połamany nóż – ludzie, czy ona nigdy książki żadnej nie czytała, żeby nie wiedzieć, że właśnie tak jest z syrenami? A Paige? Kazali się jej kąpać w wodzie, a ona, durnota, nic nie wiedziała. W ogóle nikt nawet nie wpadł na pomysł, żeby sprawdzić w Internecie? Bella z „Zmierzchu” przynajmniej była taka mądra i to wiedziała. A tutaj... Cały tabun drugoplanowych bohaterów też irytuje – kłótliwa mamuśka starająca się być taka jak jej nastoletnie córki, pusta Zara, tata starający się być Tatusiem Małych Dziewczynek. A wszystko takie papierowe i takie płytkie. Jakby na świecie były tylko problemy w stylu „Rany, jak on zareaguje na to, że jestem syreną?” Wrr, nerwy mnie biorą.

Styl pisania Autorki jest dość ciekawy i nawet wciągający. Opisów trochę jest, choć nie dużo, ale zawsze to coś. Słownictwo nie jest bogate, narracja w pierwszej osobie, czasami opowieść jest dość chaotyczna (jak po śmierci Justine, na przykład), jakby pisarka chciała najszybciej skończyć dany wątek. Jednak trzeba przyznać, że Autorka dobrze wykorzystuje to, co ma i tworzy lekką, miejscami zabawną a miejscami nieco straszną opowieść. Szybko się czyta, nie ma większych zawiłości, a talent, jaki posiada pisarka, w przeciwieństwie do innych twórców tego gatunku, pozwala nam na poczucie na własnej skórze parzącego słońca i słonych i zimnych kropelek rosy.

Jednak nie tego oczekiwałam, więc można sobie wyobrazić, jak bardzo byłam rozczarowana, chrupiąc ostatniego krakersa i przewijając plik PDF. Oczekiwałam czegoś straszliwego, romantycznego i emferycznego zarazem, a nie takiej sobie tam historyjki. Mówi się niestety, znów okładka mnie wprowadziła w błąd.

Autorka napisała tę powieść jako terapię lęku przed wodą. I na takie coś książka jest naprawdę dobra. Ale żeby to czytać.. tłumaczyć na inne języki.. zachwycać się tym..? Obyłabym się bez tej powieści, jest mi zupełnie obojętna. Mroczny klimat był, nawet dość dużo, ale reszta była taka zwyczajna, jak tysiące innych opowieści tego gatunku. Bo to musi być tak, że każda z tych pisarek stosuje kanon, aby od razu było widać: o, a to jest paranormal romanse dla nastolatek. Ciągle te same schematy. Męczy, po tylu książkach, męczy.

Nawet jeśli zdarzyło się, że płynęłabym po morzu, jak Odyseusz, a po moich obu stronach siedziałyby syreny i śpiewem zachęcały mnie do rozbicia swojego statku o skałę i zapadnięciu w lekturze tej książki, nawet nie musiałabym zatykać sobie uszu woskiem. Bo nie były to śpiew kuszący, o nie. Może nawet wyjaśniłabym im, że przeczytałam i szybko zapomniałam, tak, żeby zasiąść do napisania do tej spóźnionej recenzji musiałam szybko przeczytać najważniejsze fragmenty książki. I to wcale nie jest choroba mózgu, nie. To tylko jedna z tych powieści, które szybko się zapomina.

Tytuł: Syrena
Autor: Tricia Rayburn 
Moja ocena: 4,5/10

(recenzja archiwalna)