Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo MIĘDZY SŁOWAMI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo MIĘDZY SŁOWAMI. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

72 miliony już 76 lat temu, czyli rocznica wybuchu II Wojny Światowej + Bond z rapierem. Recenzja książki

[źródło]


1 września 1939 roku o godzinie 4:30 4 Flota Powietrzna Luftwaffe [1] zbombardowała nadgraniczne miasto Wieluń.
Chwilę potem pancernik „Schlewswig-Holstein” [2] zbombardował Polską Składnicę Tranzytową na Westerplatte.

Zaczął się największy konflikt w dziejach świata – II Wojna Światowa albo, jak chcą niektórzy badacze, druga odsłona Wielkiej Wojny Trzydziestoletniej.

Bezprzykładne okrucieństwo dwóch prawdziwych diabłów – Adolfa Hitlera i Józefa Stalina – a także ilość ofiar w żołnierzach i cywilach na całym globie sprawia, że II Wojna pogrążyła świat w wieloletnim kryzysie moralnym i kulturalnym, zmuszając do zadania pytań o kondycję cywilizacji – szczególnie tej europejskiej – i przeraziła świat świadectwem, do czego zdolny jest człowiek. W czasie sześciu lat jej trwania (1939-1945) zginęło przecież około 72 milionów ludzi. 

 

Około 72 miliony ukochanych bliskich, którzy nigdy nie wrócili do domu.

Ludzie zdobywali się na czyny bohaterskie, heroiczne – można by tu wymieć chociażby powstanie warszawskie i kamikadze. Było wiele pięknych bitew, które podziwiamy do dziś - Midway, Kursk czy Monte Cassino. Przyniosła jednak wiele straszliwych rzeczy – nazizm, komunizm, holocaust. Obozy koncentracyjne, w tym fabrykę śmierci – Auschwitz-Birkenau. Śmiercionośny cyklon B. Bombę atomową. Mord polskich oficerów w Katyniu. Kanibalizm w oblężonym Leningradzie. Cmentarz pod Warszawą. Ofiary, które nie miały być poniesione. Kryzys wszystkiego dobrego, w co można wierzyć.

Historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. I nie mam wątpliwości, że ludzie zrobią to kiedyś jeszcze raz. Mamy talent do niszczenia samych siebie. Nie piszę więc bynajmniej tego na przestrogę.

Piszę, bo członek mojej rodziny zginął w bitwie pod Sochaczewem nad Bzurą; ktoś inny w Powstaniu. Bo chcę pamiętać o ludziach, którzy zamiast iść do szkoły, zostali w domu, bo na niebie pojawiły się groźne niemieckie samoloty. Bo jest mi ich żal. Bo nie chciałabym tego przeżyć, będąc zarówno w skórze polskiej kobiety, niemieckiego żołnierza, japońskiego marynarza, amerykańskiej dziewczyny czy rosyjskiego sołdaka, o narodzie Izraela nie mówię.

Kiedy umrą ci, którzy jeszcze pamiętają tamten 1 wrzesień dokładnie 76. lat temu, kto będzie pamiętał? A trzeba pamiętać. Chociażby dlatego, że te 72 miliony zasługują na największy szacunek. 

Pablo Picasso "Gołąbek Pokoju" [źródło]
 

[1] flota składała się z bombowców nurkujących typu Junkers Ju 87 – historia i parametry [link] [link]
[2] SMS Schleswig-Holstein, pancernik typu Deutschland – dokładne parametry i historia [link][link].

~~

Nie mam wiele czasu, bo pisanie i czytanie pochałania każdą wolną od obowiązków chwilę, więc rzadko oglądam jakiś film czy serial, o oglądaniu telewizji nie mówiąc. Owszem, do kolacji włączam sobie Wiadomości, ale twarzyczki naszych polityków i rosyjskie czołgi potrafią zepuć apetyt nawet największemu smakoszowi, a do takich przecież się nie zaliczam. Nie oglądam żadnych telenoweli, Hitów na Sobotę czy komedii romantycznych, nie przeglądam nawet programu telewizyjnego i na odbiorniku zaczęła się pojawiać warstewka kurzu, co jednak mnie nie niepokoi, bo oglądanie coraz bardziej kojarzy mi się z tymi grubymi Amerykanami z żarciem z McDonalda czy – bardziej w kontekście prywatnych, niezbyt miłych wspomnień – ludźmi ze szklanymi od ekranu oczami, którzy zagapieni na kolejną strzelankę nie zwracali uwagi na to, co działo się wokół. Zresztą, żeby coś porządnego puszczali. Oprócz okolicznościowych Piratów z Karaibów i Trzech Muszkieterów kabarety przeplatają owymi dość nudnymi i przewidywalnymi filmidłami akcji, w których ten lub ów seksowny agent ocala świat od jakiegoś Geniusza Zła względnie szalonego naukowca, przy czym całość może być ogrzewanym kotletem lub nie grzeszyć wiarygodnością. Nie wspominając oczywiście o cudach techniki, jakie tylko Amerykanie potrafią wymyślić i ilości wspaniale wybuchających samochodów, no i oczywiście o pięknych, fatalnych kobietach w dopasowanych sukienkach z poprawioną komputerowo figurą, bo po prostu nie sposób być tak zgrabnym i pięknym. 
 
Nigdy nie zastanawiałam się jednak – bo nad czym się zastawiać, skoro po obejrzeniu trzech tego rodzaju filmów byłam w stanie przewidzieć akcję pięciu następnych – co by było, gdyby coś podobnego przenieść w realia historyczne i miałoby to nawet sens, bo szczególnie na dworach królów i w gabinetach jakichkolwiek ministrów polityki zagranicznej, aż roi się od szpiegów. Trzej Muszkieterowie? Może i tak, chociaż to za inteligentne. Zorro? E, szlachetny mężczyzna w masce nie pasuje do wizerunku sprytnego dworzanina czy innego osobnika, jak najmniej rzucającego się w oczy, który jest agentem tego czy tamtego władcy i za odpowiednie pieniądze zrobi wszystko, by swojego pana zadowolić i wypełnić jego polecenia. I w nie jednej powieści możemy ich spotkać, a często są nawet narratorami – bo znają najwięcej tajemnic rządzących. Ale nigdy, podczas mojego nałogowego połykania kolejnych książek, nie spotkałam się z wybuchową fabułą w stylu filmów z Jamesem Bondem, tudzież spojrzeniem na historię z przymrużeniem oka i z zachowaniem tylko ogólnych rysów epoki. Biblijne przysłowie szukajcie, a znajdziecie, ma w sobie jednak dużo prawdy, bo w końcu znalazłam odpowiednią, bardzo zachęcającą serię. 
 
Stronnicy Elżbiety Tudor są zaniepokojeni – protestancka księżniczka pojechała na dwór swojej przyrodniej siostry, królowej Marii, będącej zagorzałą katoliczką. Kiedy przez jakiś czas nie ma od niej wiadomości, do pałacu Whitehall postanawia jechać jej zausznik i szpieg, Brendan Prescott. Chłopak bynajmniej nie myśli, że zadanie będzie łatwe, ale to, co zastaje w pałacu, przerasta nawet jego. Spisek jest zaplątany i niebezpieczny, a gra toczy się o stawki najwyższe – życie zarówno księżniczki, jak i królowej, a także spokój w państwie, bo na horyzoncie coraz wyraźniej maluje się widmo wojny domowej. Ale komu ufać? Prescott przekonuje się, że bardziej niebezpieczni są starzy i ukryci wrogowie niż ci, którzy nie ukrywają swoich zamiarów, ale jak odróżnić ich od przyjaciół? Zanim okryje źródła spisku, okryje dużo zagubionych fragmentów własnej przeszłości, straci wiele i narazi się na bezpośrednie niebezpieczeństwo. 
 
Moja wina. Moja bardzo wielka wina. Ale też wina Wydawnictwa, właściwie Wydawnictw. Bo trzeba być tak genialnym, jak ja, żeby zacząć czytać trylogię od ostatniego tomu, co w przypadku opowieści o Brendanie jest zabijaniem całego ich czaru. Z drugiej strony w opisie na stronie wydawnictwa, a najlepiej na okładce książki, powinna być zaznaczona kolejność; sęk w tym, że tom pierwszy został wydany w innym wydawnictwie niż dwa pozostałe. Nie wiem, dlaczego tak się stało i raczej nie mam zamiaru dociekać, ale chyba dobro czytelnika jest najważniejsze. A ja czuję się tak, jakby ktoś właśnie zrobił mi przykrość – to jedna z tych książek, których największym atutem jest szybka, nieprzewidywalna akcja. Cóż, spróbuję ocenić ją zupełnie obiektywnie, może uda mi się udać, że nie wiem, co wydarzy się w tomie trzecim i pierwszym. Kto wie, może nie będzie tak źle, jak myślę. 
 
Okładka jest naprawdę dobra i z pewnością bardzo intrygująca. Odwrócona plecami do czytelnika kobieta, w raczej zwyczajnej, beżowej, ale ładnie haftowanej sukni z pomarszczonymi rękawami trzyma za plecami długi sztylet z elegancką głownią i zakrwawionym czubkiem. Widać także kawałek twarzy i nieco brązowych włosów, a także perłowy kolczyk w uchu. Całość przypomina bardzo okładkę trzeciego, czytanego przeze mnie wcześniej tomu, i nie tylko dlatego, że jest bardzo elegancka – co więcej, przypuszczam, że ilustracje obu tomów mają nawiązywać do postaci Marii i Elżbiety. Ewidentne podobieństwa to nie tylko ten nie do końca sensowny napis o kobietach, które zmieniły bieg historii, ale eksponowanie sukni, zakrwawionego elementu i jakiejś drogiej biżuterii, przy jednoczesnym ucięciu postaciom połowy głowy; obie też podobają mi się tak samo, chociaż ta brązowo-beżowo-czarna wydaje się bardziej tajemnicza, a sztylet dodaje całości nutki sensacji bardziej niż karta zatknięta w czyimś dekolcie. Bo kolory są tu rzeczywiście starannie dobrane: beż z jaśniejszymi elementami, delikatny brąz i czerń, nadające okładce pewnej głębi i biel czcionki tytułu, eleganckiej zresztą, oraz bardzo charakterystycznie wydrukowanego nazwiska Autora, co, mimo jego raczej nowoczesnego charakteru, ładnie współgra z resztą okładki. Grzbiet jest w kolorze jasnobeżowym, powoli przechodzącym w czerń z ujętym w charakterystyczną ramkę tytułem. Blurb jest również beżowy, z czarnymi opisami i ładnym, późnogotyckim portalem, wewnątrz którego umieszczono grafikę przedstawiającą zamek. Drażnić może tylko brak moich ukochanych skrzydełek i naprawdę duży format książki, ale – o dziwo – akuat to nie przeszkadzało mi zbytnio, wręcz przeciwnie. Dzięki temu powieść wyróżnia się w na półkach zarówno księgarni, jak i naszej biblioteczki, a okładce nadaje jeszcze więcej szyku i czegoś prawdziwie gotyckiego. W środku również jest bardzo dobrze – tekst, poprzedzielany maleńkimi koronami, został wydrukowany na ładnym, grubym papierze w kolorze kremowym, a czcionka jest naprawdę przyjemna dla oka. Prawdziwą przyjemnością jest chociażby przyglądanie się książce stojącej na półce, nie mówiąc o przerzucaniu jej kart. 
 
Przy poprzednich recenzjach powieści tego Autora podkreślałam zwykle, że pisarz operuje niezwykle subtelnym, lekkim językiem, dzięki czemu napisane przez niego zdania czyta się z przyjemnością i bardzo szybko. Tak samo jest i w tym przypadku – powieść pochłonęłam w jedno popłudnie, rokoszując się plastycznymi, nakreślonymi z niezwykłą wrażliwością opisami. Pisarz ma talent do przedstawiania przed czytelnikiem wystrojów komnat, ale przede wszystkim – do pięknych, zwiewnych lub ciężkich sukien, w jakie stroją się bohaterki. Fragmenty te zachwycają feerią nieoczywistych barw, na poczynając na śliwkowym, a kończąc na bladoniebieskim, hipnotyzują i sprawiają, że czytelnik – tak przynajmniej było ze mną – czuje pod ręką ich fakturę, albo widzi ich kolor. Oczywiście, są to sceny wplecione w poprowadzoną pewną ręką szybką akcję, opisaną lekko, z polotem i dynamiką, tylko czasami zaburzoną jakimś wyrażeniem, które sprawia, że w ogólnej harmonii rozlega się zgrzyt; ogółem jednak opisy bardziej dynamicznych fragmentów są iście filmowe i w kilku momentach mające nawet szansę wzbudzić w niektórych czytelnikach szybsze bicie serca (jeśli się nie wie, co będzie dalej..). Dialogi są w miarę naturalne, chociaż czasami zbyt filmowe i nieco efekciarskie tam, gdzie powinny być najciekawsze, przez co Autor niechcący niszczy największe napięcie i sprawia, że reakcja bohaterki wydawała się dość przesadzona i sztuczna, tak samo, jak większość tego, co powiedziała Sybilla. Żeby dać sprawiedliwości zadość, muszę napisać, że w dialogach występowały tylko śladowe ilości stylizacji na mowę szesnastowiecznych Anglików, co prawdziwie boli, szczególnie że czasami odnosiłam wrażenie, że historyczne kostiumy są za ciasne dla wyrażających się bardzo nowocześnie bohaterów. Tak. Skoro Autor uważa, że wie na temat epoki wiktoriańskiej tyle, by napisać na ten temat książkę, powinien, moim zdaniem, być oswojony z tamtym językiem. Czytelników co prawda trochę ucieknie, ale powieść nie straci nic na wartości. 
 
Książka to powieść historyczna z gatunku tych, w których więcej sympatycznego atramentu niż rzetelnych faktów, a skomplikowane sieci polityczne, z którymi musi mierzyć sie każdy władca, zostały zastąpione sensacyjnymi spiskami. Nauczona więc doświadczeniem, nie oczekiwałam więc żadnych głębszych refleksji nad historyczną materią, a czytając, byłam czujna – jak się okazało, słusznie. O ile tłem opowieści o Prescottcie był często bagatelizowany, ale niezwykle ważny fragment historii tudorowskiej Anglii, bunt Wyatta, to w wielu kwestiach pisarz pozwolił sobie na snucie własnych, dość sensacyjnych teorii. Chodzi tu oczywiście o udział księżniczki Elżbiety w buncie przeciwko swojej siostrze Marii, do dzisiaj niejasny i budzący liczne zastrzeżenia i wątpliwości profesjonalnych historyków, choć nawet prawdopodobny. Dość ciekawą kwestią, poruszoną przez Autora bardzo szeroko, było też małżeństwo Marii Tudor z Filipem Habsburgiem; cały wątek wydawał się bardzo ciekawy i w pewien sposób prawdopodobny, ale nie doszukiwałabym się w jakichś ukrytych knowań. Cesarz pragnął sojuszu z Anglią i tak naprawdę nic dziwnego, że po śmierci Marii proponował małżeństwo Elżbiecie – myślę, że nie zależało mu na żonie jako takiej, katoliczce czy protestantce, ale bardziej na politycznych konsekwencjach, tak więc kiedy starsza z nich umarła, starał się o młodszą, tyle że bez żadnych szczególnych spisków. Inna sprawa to okrucieństwo Marii i nienawiść pomiędzy siostrami wynikła nie tylko z alkowianych problemów ich ojca, króla Henryka VIII, co pogłębiały jeszcze różnice wyznaniowe i z pewnością kontrowersyjne postępki owego monarchy. O ile to drugie bez wątpienia jest prawdą, to zabolało mnie, chociaż w żaden sposób nie chcę faworyzować Marii, dość popkulturalne ujęcie tej postaci. No wiecie – Krwawa Mary, paląca na stosach protestantów; alkohol i nastolatki wywołujące jej, zdaje się, ducha na letnich obozach. Hłe, to wszystko nie było takie proste, jak Autor napisał i sam, w Posłowiu się do tego przyznaje, co świadczy o jego uczciwości wobec czytelnika. Dobrze, że chociaż przedstawia tam zarys dalszych dziejów kilku pobocznych bohaterów powieści – hrabiego Courtenay (rodzina Agnieszki de Courtenay? Nie wierzę!) i nieszczęsnej lady Jane Grey, która chyba skończyła najgorzej ze wszystkich. I chociaż teorie Autora, sfabrykowane raczej na potrzeby powieści, która miała odznaczać się szybką akcją, spodobają się zwolennikom wszelkiej maści teorii spiskowych, książka nakłoniła mnie do kilku ciekawych refleksji, co dla mnie jest niezaprzeczalnie zaletą. 
 
Zawiodłam się trochę na akcji, ale są to raczej moje subiektywne odczucia; uczucia osoby, która wiedziała wszystko z wyprzedzeniem. Mimo tego po dopisanym nieco na siłę – teraz dopiero to widzę – tomie trzecim spodziewałam się od książki czegoś więcej. Intryga nie była tak skomplikowana, jak poprzednio, a wyjaśnienia, szczególnie jeśli chodzi o wątek hrabiego Courtenay, nieco naciągane. Nie było tu też tego, co chciałam wtedy najbardziej od książki: wątku Sybilli Darrier, który swoją nijakością zupełnie nie pasował do intrygującej bohaterki, pozbawiając ją jej dziwnego, mrocznego czaru, co tak bardzo zachwycił mnie wcześniej. Zresztą większość wątków wypadałoby rozwinąć, rozbudować; fragmenty, które pisarz pominął, mogłyby nadać książce rumieńców, sprawić, że konstrukcją swojej fabuły nie będzie tak bardzo przypominać tomu następnego – chociażby losy uwięzionych Dudley'ów i nieszczęśliwej lady Jane, sam bunt Wyatta, w rzeczywistości wzmiankowany tylko w kilku miejscach, a przecież mający realny wpływ na losy fikcyjnych nawet bohaterów. Przyznam szczerze, że miałabym chętkę nawet na bardziej szczegółowe nakreślenie relacji łączącej księżniczkę Elżbietę z hrabią Courtenay. O przewidywalności, nawet gdy się nie czytało tomu trzeciego, wolę już taktownie nie wspominać. Pewne rzeczy należałoby także napisać inaczej, chociażby wątek miłości Brendana i Kate, blady, nieciekawy i źle skonstruowany, rozchodzący się w szwach, tak samo, jak wątek z byłym zarządcą posiadłości Dudley'ów – bo tyle tylko mogę zdradzić – mający szansę być rzeczą bardzo ciekawą, ale zepsuty i przez to niezbyt logiczny. Zresztą wątki czasami prawdziwie się tu rwą lub znikają, by pojawić się tam, gdzie nie powinny – obronną ręką wychodzi tylko ta część fabuły w pewien sposób podobna do filmów akcji z Bondem, nawet momentami równie widowiskowa co wybuchające samochody z laskami w środku i pojedynki Muszkieterów. Sceny te czyta się dobrze, ciekawie, czasami z zapartym tchem i podekscytowaniem, mimo że Autor stara się zachować pewną autentyczność, dając odpocząć czytelnikowi przez chwilę i pomiędzy zapierające dech w piersiach i cokolwiek niebezpieczne dla Brendana przygody wpleść chociaż moment wyciszenia. Nieliczne to jednak fragmenty, bo w tej książce o to nie chodzi – ma być jak najbardziej wybuchowo, jak najbardziej tajemniczo, a gra ma się toczyć o jak największą stawkę. I, od biedy, wszystko tu jest. 
 
Już przy okazji recenzji następnego tomu pisałam, że Brendan nie jest ciekawą postacią. Bo nie jest. Poza byciem Typowym Bondem, z wszystkimi cechami młodego, niezwykle rozgarniętego w życiu człowieka, który tak bardzo kocha swoją wybrankę, ale nie potrafi przezwyciężyć jakże męskiej i bondowskiej egzystencji chuci do pięknej, tajemniczej femme fatale nie jest nikim oryginalnym, takim samym jak tysiące mniejszych i większych Bondów, łącznie z jednym prawdziwym Jamesem Bondem. Postacią irytującą, nie tylko przez swoją nijakość, ale fałszywą skromność, w zamiarach pisarza zapewne uczciwą, ale wyglądającą na paskudnie udawaną. Tak jak zresztą cała jego postać, cechy dobre i złe. Nie to, że nie ma w nim życia; jest, ale jakieś takie ... udawane? Za idealne, za proste, za gładkie, za bardzo wymuskane. Każda inna postać była lepsza, szczególnie – nie ukrywam zdumienia, chociaż czasami bywa tak, że niektórzy znają płeć przeciwną lepiej niż swoją – postacie kobiece. A jakie tu mamy kobiety? Bardzo intrygująca, chociaż nierozwinięta wystarczająco, ale z ogromnym potencjałem królowa Maria I Tudor. Blada, bardzo wyblakła księżniczka Elżbieta, chociaż Autor podjął jakieś nieśmiałe próby ukształtowanie jej charakteru tak, by był tak bardzo płomienny, jak jej włosy, co – bądźmy szczerzy – niezbyt mu się udało. I, oczywiście, Sybilla Darrier. 
 
Wszyscy ci, którzy czytali moją recenzję Króla Trędowatego Zofii Kossak-Szczuckiej,wiedzą, że imię bohaterki książki kojarzy mi się z siostrą Baldwina IV, Sybillą Jerozolimską, i może z tego powodu wynika moja słabość do tej postaci. Ba! Żeby zbytnio nie spoilerować, nie powiem więcej, ale w trzciej części bohaterka była lepiej skostruowana niż tu. Może dlatego, że przez większą część tamtej powieści jest ciemnym demonem, duchem, wciąż nawiedzającym Brendana? W każdym razie byłam nieco rozczarowana nakreśloną tu sylwetką. Sybilla jest tajemnicza, intrygująca, zniewalająco piękna i wszystko jest zupełnie poprawnie, jak – oczywiście – na jedną z tych intrygujących, dwulicowych pań prezydent czy szpiegów, którym czasem udaje się uwieść detektywa, ale nic więcej. Nie ma w niej tego czegoś. Demonicznego, tajemniczego, intrygującego; bo Sybilla wciąż wydaje mi się tylko ładną, złą dziewczynką, jedną z tych femme fatale, które zawsze wiedzą, czego chcą od losu. Niczym innym, a już na pewno nie duchem z przeszłości, tym, czym stała się później. Zresztą to nie tylko dynamiczny rozwój postaci, ale błąd pisarza, który w książkę włożył chyba za mało uczucia lub czasu, co skutkowało tak rażącym niedopracowaniem powieści, pozbawienia takiej bohaterki z ogromnym potencjałem jak Sybilla tego, czego najbardziej potrzebowała – nieco finezji i wyrafinowania. Tej tajemnicy, która mogłaby ją owijać jak perfum z lilii, którym zawsze obficie się spryskiwała. Ale to tylko moje pobożne marzenia, wobec których moją ulubioną postacią zostaje Archie Shelton vel Dziobaty. Przypomina nieco pana Zagłobę, a jego sarkastyczne poczucie humoru i sposób bycia nadaje mu barw i intryguje, a pod jego ubraniami widać prawdziwe, bijące serce. Archie ma wiele wad, ale tak naprawdę jest dobry, nie tylko dla Brendana (którego kocha na swój sposób) i Nancy, ale także dla psa, właściwie chorego kundla. Chociaż staram się nie być sentymentalna i nadwrażliwa, lubię tę postać choćby z tego powodu i za każdym razem, kiedy pisarz z uczuciem nawiązuje do owego zwierzęcia i jego relacji z panem, na moich ustach wykwita uśmiech. Nie śmiejcie się. Naprawdę! Sam Archie powiedział, że pies zmienia człowieka! 
 
Przez kartki powieści przewija się także jeszcze jedna postać i chociaż pojawia się w jednej scenie, a potem wzmiankowana jest jej koszmarna śmierć, sprawiła, że mam ochotę na przeczytanie na jej temat czegoś więcej. Albo najlepiej całej powieści i nie obraziłabym się, jeśli zrobiłby to Autor tej powieści. Chodzi mi tu o lady Jane Grey, królową dziewięciu dni, której historia jest prawdziwie tragiczna i bez żadnych dodatków nadaje się na ciekawą, wzruszającą książkę. Mam nadzieję, że kiedyś moje marzenie w jakiś sposób się spełni, a w ostateczności za to nie zabijają. Bo brak książki o Jane byłby takim samym grzechem, jak brak ekranizacji Igrzysk Śmierci, jeśli chcielibyście znać moje zdanie. 
 
Tak – ta książka rozwiała moje wątpliwości czy Bonda i inne fabuły tego rodzaju da się przenieść w rzeczywistość historyczną i stworzyć wokół tego całkiem zgrabnie nakreśloną historię. Tak samo mam pewność do tego, że agent w eleganckim garniturku i z najnowocześniejszym pistoletem może stać się młodym, ale doświadczonym już szpiegiem na służbie angielskiej królowej z rapierem i sztyletem przy boku. A niejednej kochance 007 łatwo zdjąć swoje futurystyczne wdzianka i zamienić je na szaty Sybilli Darrier, nie tracąc nic na swojej dwu- a może i trzylicowości. Nie mówiąc o Złych Ludziach, którzy przeistaczają się w królowe i hrabiów, tworząc skomplikowane sieci spisków i rozlewając krew wszędzie, gdzie się da. Co tu dużo mówić! Przecież jest tu wszystko, czego wymaga gatunek, łącznie z czarnymi i białymi postaciami, uproszoną fabułą, pewną naiwnością. I również z blond dziewczynami, które w genialności swojej zaczynają czytać od tyłu, psując sobie historyczno-bondowską rozrywkę.

Tytuł: „Spisek Tudorów”
Autor: C.W Gortner
Moja ocena: 4/10

Sekret Tudorów | Spisek Tudorów | Potomek Tudorów

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa Znak

sobota, 29 sierpnia 2015

Królowa to tylko człowiek. Recenzja książki

W 1492 roku w hiszpańskim porcie Palos żegnano Krzysztofa Kolumba, nawigatora i żeglarza z Genui, który na trzech statkach miał odnaleźć morską drogę do Indii – w roku 1453 Konstantynopol zdobyli Turcy i droga lądowa na Daleki Wschód stała się zbyt niebezpieczna, by tamtędy przewozić jakiekolwiek cenne towary. Próbował tego już wcześniej portugalski król Henryk Żeglarz, wysyłając Bartłomieja Diaza, którego zamiar opłycięcia Afryki się nie udał i skończywszy wyprawę odkryciem Przylądka Dobrej Nadziei, wrócił do swojego kraju. A ta wyprawa była jeszcze bardziej ryzykowna. Kolumb ubzdurał sobie, co niemal wiek później udowodni polski astronom Mikołaj Kopernik, że Ziemia jest okrągła i płynąc na Zachód, dotrze do Indii od drugiej strony. Z pewnością w tłumie ludzi byli tacy, którzy byli pewni, że wszystkie trzy statki wraz z nawigatorem pewnego dnia spadną z krawędzi świata, ginąc w pustkach kosmosu, jeśli uprzednio załoga nie zostanie zjedzona przez potwory rodem z Odysei Homera. A jeśli już znajdą jakiś ląd, to będzie on pełen straszliwych poczwar, tylko trochę przypominających ludzi, z którymi nie będzie można się porozumieć. Kto tamtego dnia pomyślał, że nawigatorowi na drodze do Indii stanie nowy, nieznany jeszcze nikomu ląd? Terra nova. Nietknięty jeszcze brutalną stopą białego człowieka raj z cywilizacją, która fascynuje do dziś? Nikt. Chociaż może sam Kolumb, wsiadając na statek, widział już coś na horyzoncie; było to zapewne coś przełomowego w dziejach świata i Eurazji. Ale wydaje mi się, że nie tylko on – był jeszcze ktoś, kto postanowił zaryzykować i sfinansować tę wyprawę, wierząc w to, że żeglarz faktycznie gdzieś dotrze i coś odkryje. Tym kimś była królowa Izabela Kastylijska. 
 
Izabela Kastylijska vel Katolicka. Ze wstydem muszę przyznać, że nigdy bliżej nie interesowałam się tą postacią. Owszem, przewijała się w pozycjach, które czytałam, ale była tylko imieniem, które wspominano przy okaji zdobycia Grenady czy założenia Świętego Oficjum – co sprawiało, że opinie o niej były niezbyt przychylne – czy we właśnie odkrycia Ameryki. Królowa taka jak inne; losy ich były czasami o wiele tragiczniejsze niż Izabeli, chociażby wspomnieć o jej córce, Joannie Szalonej. Ostatnio jednak postanowiłam to zmienić, bo choć jestem świadoma, że z powieści historycznej nie nauczę się nic, to – jeśli będzie to rzecz w jakiś sposób ciekawa – z pewnością zachęci mnie do bardziej szczegółowych studiów nad postacią. Zresztą, jakby nie patrzeć, to mój ulubiony temat, który chyba nigdy mi się nie znudzi: dwór wielkich władców, intrygi i spojrzenie na monarchę jak na człowieka z krwi i kości, mającego własne emocje, własne życie, własne przemyślenia. Spojrzenie na politykę z innej, ciekawej perspektywy, od środka tak jak w lubianych przeze mnie powieściach pani Stachniak. Tyle że nie samą Katarzyną Wielką człowiek żyje, prawda?
 
Opowieść zaczyna się w chwili śmierci ojca Izabeli, króla Jana Kastylijskiego, a kończy zjednoczeniem Kastylii i Aragonii w jedną Hiszpanię. W te ramy czasowe Autor wkłada panoramę dziejów tego kraju, widzianą oczyma samej Izabeli – bo ona jest narratorką. Łącznie z wydarzeniami przełomowymi, ważnymi dla historii, jak zakończenie rekonkwisty i podbicie Grenady lub utworzenie Inkwizycji, poznajemy rzeczy ważne dla niej samej: ślub przyjaciółki, narodziny kolejnych córek i syna, pierwsze spotkanie z Kolumbem, śmierć obu braci czy poronienie dziecka. Gdzieś w tle rozgrywają się kluczowe dla Europy sprawy, których echa docierają do uszu Izabeli – w Rzymie papieżem zostaje Hiszpan kardynał Borgia, w Anglii kończy się wojna Dwóch Róż i zaczyna panowanie Tudorów – Katarzyna Aragońska, najmłodsza córka królowej, będzie zresztą żoną księcia Artura i jego brata, króla Henryka VIII, któremu urodzi Marię Tudor (niestety, tego już w książce nie ma). Wszystko to zanurzone i przefiltrowane przez emocje Izabeli, ale nie Izabeli królowej, tylko Izabeli człowieka, kobiety; kobiety nowoczesnej, ale i należącej do swoich czasów. 
 
Z pewnością Autorowi uznanie należy się za samo opowiedzenie historii królowej – wbrew pozorom nie jest ona tak bardzo popularna w beletrystyce z uwagi na to, że Izabela była postacią kontrowersyjną, a pisanie o niej wiąże się z pewnego rodzaju manifestem swoich poglądów. Chodzi tu oczywiście o Oficjum, o którym do dziś mówi się nie bez emocji, aczkolwiek Jan Paweł II przeprosił za to już dawno; trudno przemilczeć także niewątpliwy antysemityzm królowej, który niebezpiecznie wiąże się z nazizmem i religijnym fanatyzmem, a tu – w dzisiejszych rozkrzyczanych czasach – niezwykle łatwo o skandal. Pisząc o tej królowej, Autor wykazał się więc brawurą i prawdziwym zaangażowaniem w opowiadaną historię, a także niebanalnym pomysłem, dzięki któremu nie powielił już żadnej opowieści z innych książek tego typu – bo o ile o Tudorach widziałam i czytałam naprawdę wiele, to nigdy nie dano mi szansy poznać Izabeli Kastylijskiej na poziomie intymnych wyznań. 
 
Nie jest to książka, po której należy spodziewać się zapierających dech w piersiach wydarzeń czy szybkiej akcji, połączonej z obawą o życie bohaterów, chcoiaż nie brakuje intryg i spisków tak ciekawych, że wciągających do świata opowieści, w której można przepaść. To raczej historia o osobie, kobiecie, próbującej najpierw przeżyć, a potem utrzymać się u steru władzy i zrobić w tym czasie coś dobrego dla swoich poddanych. Opowieść o czymiś życiu, w którym przeplata się wiele spraw, dobro zlewa się ze złem, dobro z tragedią, a każdy popełnia błędy. Po prostu mocno fabularyzowana biografia nieprzeciętej królowej, wielkiej władczyni. Skonstruowana jest jednak tak, że nie nudzi, bo w miarę jak lubimy Izabelę coraz bardziej, to jeśli nawet wiemy, co wydarzy się w jej życiu, czekamy na jej emocje, na myśli, bo to – tak mi się wydaje – jest bardzo ważną rzeczą w książce. Zresztą trudno powiedzieć, że nie dzieje się tu nic; wręcz przeciwnie. Trudno przecież powiedzieć o życiu jakiegokolwiek monarchy, że było nudne, a Autor bardzo dobrze wszystko rozplanował, sprawiając, że akcja jest potoczysta, prędka, a przy tym na tyle rozbudowana, żeby czytelnik nie czuł żadnego niedosytu i w pełni zrozumiała nie tylko dla fanów historii. Jedną z niewielu wad w tej materii (drugą jest brak kontroli nad pewnymi wątkami, na przykład nad historią matki królowej, który mnie bardzo interesował) jest przerwanie historii królowej w najciekawszym momencie, bo chociaż władczyni umiera dwanaście lat później, przez ten czas zdarzyło się wiele innych, bardzo ciekawych i godnych opisania rzeczy. Zresztą polski podtytuł głosi, że jest to historia Izabeli Kastylijskiej, a ja rozumiem, że jeśli mówimy o historii, chodzi o całość życia królowej. I dość, że nie mam ochoty zajmować się czyj to błąd – Autorowi nie chciało się dalej pisać czy niepotrzebny podtytuł – bo chyba nie muszę dodawać, że czuję się zawiedziona i zasmucona. 
 
Kiedy kończyłam czytać powieść (popijając kakao) i w mojej głowie powstawały pierwsze zarysy recenzji, planowałam powiedzieć, że Autor popełnił kilka błędów z gatunków tych, których popełniać nie powinien. Nie wymagam, żeby wszystko było zupełnie cacy, bo w powieściach tak po prostu nie można, ale jeśli w pewnych aspektach pisarz wykazał się znajomością realiów i postaci historycznych, a jest to powieść stricte biograficzna, to myślę, że mam prawo wymagać dopieszczenia szczegółów. Ba! Szczegółów. Kilka rzeczy naprawdę ważnych zostało przedstawionych w nieco inaczej, niż powinno. Chodziło tu przede wszystkim o daty – data przyznania Izabeli i Ferdynandowi tytułu królów katolickich, data urodziny Joanny la Beltranei, okres podbijania Grenady, a także ów tytuł Majestad, funkcjonujący dopiero od czasów wnuka Izabeli, Karola V; nie mówiąc już o spotkaniu głównych bohaterów w Sergovii, do czego prawdopodobnie nie doszło. Z tego wszystkiego – na szczęście – Autor tłumaczy się w posłowiu, podając przy tym dość imponującą bibliografię. Zastrzeżenia mam jednak do kilku niuansów dworskich, jak kilkakrotnie rozpuszczonych włosów Izabeli czy obecności Ferdynadna przy porodzie (?!), homoseksualizmie Henryka IV Bezsilnego (mimo że dużo faktów świadczy o takich skłonnościach, prawdopodobnie dużo winien był guz na przysadce mózgowej) a także do motywacji królowej przy stworzeniu Inkwizycji i wygnaniu Żydów z Hiszpanii. Pisarz skonstruował wszystko tak, by wydawało się, że Izabela została zmuszona – albo przez męża, albo przez poniekąd fascynującego Torquemadę, albo też przez okoliczności, gdzieś w środku podejrzewając skutki swoich czynów. Cóż, czas spojrzeć prawdzie w oczy, panie pisarzu, choć zupełnie rozumiem potrzebę obrony. Izabela chciała tego sama. Takie życie, pan widzi. 
 
Chociaż Autorowi daleko do wyrafinowania pani Stachniak i jej szokująco dobrego warsztatu, język pisarza ma wiele zalet. Czyta się niezwykle szybko i lekko, bez żadnych niepotrzebnych dysharmonii czy potrzeby skupienia uwagi albo wysilenia inteligencji. Styl przy tym nie traci na swojej urodzie, czasami tylko, nie wiem, czy była to wina Autora, czy tłumacza, powtarzają się te same słowa, tak, by w języku polskim – czy angielskim – nie było odpowiednich zamienników; fragmenty te sprawiły pojawienie się na mojej twarzy lekkiego grymasu, jednak nie zniszczyły, na szczęście, potoczystości języka. Pięknie opisuje stroje i zwyczaje dworskie, a chociaż nie są to pełne opisy, to jedwabie szeleszczą naprawdę, aksamity przelewają się przez dłonie, a po palcami czuć fakturę grubych haftów, szczególnie tych na sukniach głównej bohaterki. Chciałabym takich szczegółów więcej, bo smakują jak ukochane w dzieciństwie maleńkie babeczki toffi, które Mama kupowała mi w pobliskiej cukierni, a których wadą było tylko to, że były małe i starczyły tylko na kilka gryzów (teraz wyobraźcie sobie takie ciastko wielkości talerza, tak samo, jak dwa razy więcej tych opisów w tej książce). Brakowało jeszcze opisów pięknych, hiszpańskich widoków, szczególnie upalnej Andaluzji z pomarańczami i cytrynami zwieszającymi się z gałązek drzew czy choćby murów Grenady, świadectwa prawdziwego bogactwa, potęgi i wykwintu Maurów, co teraz jest już niezwykle trudno gdziekolwiek zauważyć. Jestem pewna, że Autor zrobiłby to doskonale, a dla mnie czytanie tego byłoby wielką przyjemnością. No ale cóż. Gdybanie sprawia, że mój nastrój staje się bardziej ponury niż zwykle. Trzeba przecież napisać o dialogach – cokolwiek naturalnych i dobrych, ale za to niezbyt pasujących do epoki z powodu śladowych tylko ilości stylizacji na choćby składnię czy słownictwo języka XV-wieku, przez co siłą rzeczy trochę nienaturalnego; nie mogę narzekać tylko na wtrącenia z języka hiszpańskiego, pojawiające się od czasu do czasu i nadające autentyczności chociaż narodowości bohaterów. 
 
Jak już pisałam wyżej, główną bohaterką i narratorką książki jest Izabela Kastylijska. Z jednej strony pomysł to ciekawy, niemal tak samo, jak pisanie właśnie o tej królowej, ale z drugiej to coś w rodzaju strzelania sobie w piętę i nie tylko dlatego, że Autor nie rozumiał podstawowej sprawy dotyczącej królowej i usprawiedliwiał ją na każdym kroku z tych mniej chwalebnych czynów (co, pozwolę sobie na stwierdzenie, że obecnie jest już nieważne) . Pisarz jest mężczyzną i chociaż prawdzie kobiecej wrażliwości mu nie brakuje, co widać przecież w opisach, to nie zrozumiał tych półcieni i delikatnych, niemal niezauważalnych zmian zachodzących we wnętrzu przedstawicielki płci pięknej, przez co sama postać królowej jest lekko sztuczna i dość przyciężka, szczególnie w końcowych partiach powieści. To bardziej odbicie, wpisanie cech z książek, które Autor przeczytał na jej temat, a nie ich ożywienie, przynajmniej tak mi się wydaje. Zresztą z każdą stroną powieściowa Izabela staje się coraz mniej wiarygodna, nie tylko w kwestiach emocji, ale rzeczy, które definiują ją – miłości do męża, dzieci i, co mnie najbardziej ubodło, jej słynnej pobożności, która tutaj jest nawet mniejsza od mojej, jakaś taka nienaturalna i blada. Właściwie to dobrze, że pisarz trochę źle zinterpretował fakty dotyczące edyktu i Inkwizycji – byłoby trudno uwierzyć, że osoba z taką płytką wiarą ustanawia tego typu edykty. Na początku było lepiej, czuć było więź łączącą Izabelę i owego nieszczęsnego Alfonsa, a także nić przyjaźni między nią a Beatriz. Wszystko rozlazło się w jakiś sposób po koronacji bohaterki na królową i małżeństwie z Ferdynandem, jakby sztuczność relacji tych dwojga sprawiło, że reszta powoli rozchodziła się, a starania pisarza jeszcze bardziej pogłębiały dysonanse. Mimo tego ciężko nie lubić bohaterki i nie wspierać ją w trudnych dla niej chwilach podziwiać silny kręgosłup moralny w czasie, gdy przebywała na dworze zepsutego i nieszczęśliwego Henryka, a także – o ile mamy odpowiednio wykształconą empatię – współczuć wtedy, kiedy była biedna i ścigana przez markiza de Villenę. Ale to chyba nie tyle przez kreację postaci, ile przez naturalne podobieństwo jej losów do tego, co znamy z codziennego życia; może przez to, że po przeczytaniu tej opowieści Izabela będzie dla nas bardziej znajomą, a może przyjaciółką, niż niedostępną, wyniosłą królową, odległą od czasów, w których żyjemy? 
 
Za to nie lubię jej męża, Ferdynanda. Nie lubię go jako postaci historycznej. Miał dwójkę bękartów i przed śmiercią żony przyrzekł jej, że nigdy się już nie ożeni. Zgadnijcie, co zrobił, gdy zamknęła oczy? Cóż, polityka, wiadomo, ale zawsze jakoś tak nieprzyjemnie. W każdym w razie w książce jest postacią dość rozmytą – niby ma jakieś wady, zalety, jest męski, zuchwały, uparty, kocha swoją żonę, ale, tak samo, jak w przypadku Izabeli, nie czuć tego wszystkiego, a rysy rozmywają się. Brak konkretów, jakiejś iskry życia, czegoś charakterystycznego, może trochę mojej antypatii, ale myślę, że napisałabym to samo, gdybym była jego fanką. Tak samo Beatriz. O ile na początku jest sympatyczną postacią, bardzo pozytywną i pełną życia (czyli tego, czego zabrakło Izabeli) stopniowo usuwa się w cień, by po jakimś czasie ulec rozmyciu, wchłonięciu przez tło, zapomnieniu. Inną sprawą jest również doskonale odmalowana sylwetka brata Izabeli, Alfonsa, szczególnie te fragmenty, w których się bał, ale – nad czym ubolewam – on musiał szybko umrzeć, czym zabił Autorowi jeden z najlepszych rzeczy w książce. Podobnie jest z Henrykiem, choć dla tego osobnika nie mam ani cienia współczucia, tak samo jak dla jego żony i jej dziecka, choć to postacie naprawdę dobrze namalowane – strach się bać szczególnie demonicznej, ale dzięki temu sugestywnej Joanny Portugalskiej, a nienawiść jej córki do Izabeli jest niemal namacalna. Różowo nie było już przy postaci biskupa Carilla, który na początku wydawał się osobą tajemniczą i przez to ciekawą, a potem zmienił się w kolejnego rozmytego bohatera, który z niewiadomych powodów stracił większość swoich ciekawych cech. Najgorzej jednak było z Izabelą Portugalską, matką głównej bohaterki, której niezwykle ciekawy wątek został w pewnym momencie definitywnie skończony i urwany, mimo że żyła jeszcze cztery lata po tym, jak Kolumb odkrył Amerykę. A było to niezwykle ciekawe, ponieważ po wygnaniu Izabela stopniowo popadała w szaleństwo, a – jakby było mało – pisarz obaczył ją morderstwem niejakiego granda de la Luny, faworyta jej męża. Bardzo zainteresowała mnie ta postać, świetnie nakreślona, byłam więc bardzo zawiedziona, gdy w pewnym momencie bohaterka zaczęła się zachowywać tak, jakby nie miała matki. Mniejsza z jej nieczułością, ale po prostu mi przykro, kiedy pisarz marnuje takie dobre szanse na udoskonalenie powieści. Szkoda, wielka szkoda. Kilku bohaterów takich jak Joanna, matka królowej czy jej brat Alfons ożywiłoby fabułę jeszcze bardziej i uczyniłoby ją jeszcze ciekawszą.
 
Okładka jest dość minimalistyczna, jednak w pewien sposób wytworna i pasująca do treści książki. Na pierwszym planie mamy kobiecą, odwróconą postać o brązowych włosach we wspaniałej sukni z ładnie obszytymi bufami i żółtymi rękawami. Mimo że uważam zestawienie zielonego i żółtego za gryzące i niefortunne, a odsłonięte ramiona jak zwykle śmieszą mnie na okładkach powieści historycznych z sukniami z epok, szczególnie jeśli chodzi o królową, cała postać pasuje do delikatnego tła – beżowego zarysu gotyckiej świątyni, rozświetlonej jasnymi akcentami, co nadaje konstrukcji niespodziewanej, koronkowej lekkości. U dołu tło i suknia staje się coraz ciemniejsze, co wygląda dość osobliwie. Napisy są lekko wytłaczane, z wielkim nazwiskiem Autora w takiej samej czcionce, co na pozostałych książkach pisarza i ładnym tytule oraz nieco jaśniejszym podtytule, jak już mówiłam wcześniej, zupełnie niepotrzebnym (tym razem jednak tytuł angielski został przetłumaczony poprawnie, aczkolwiek jakoś nie pasuje do książki; być może to tylko moje IQ spadło do zera), a wszystko otoczone ładnym, ozdobnym szlaczkiem. Tytuł na grzbiecie został obwiedziony ładną ramką, a blurb otoczony jest czymś w rodzaju kawałka portalu ze średniowiecznej katedry, z zamkiem nad właściwym tekstem – całość jest w jasnych odcieniach beżu, co wygląda bardzo ładnie i estetycznie. Zresztą książka została wydrukowana na ładnym, przyjemnym w dotyku papierze, estetyczną czcionką i w dość niestandardowym dużym formacie, do którego na początku trudno jest się przyzwyczaić, a każdy rozdział rozpoczyna maleńka korona – sympatyczny dodatek, dzięki czemu wydanie nie jest monotonne. Na pierwszych stronach znajdziemy nieskomplikowane drzewo genealogiczne dynastii Trastámara obejmujące najważniejszych członków wraz z datami urodzin i śmierci – nie polecam jednak zaglądania tam podczas czytania książki, chyba że przy końcu, bo zawiera dużo informacji – a także ogólnikową mapkę historyczną (po polsku, Bogu dzięki!) na której zaznaczono najważniejsze krainy historyczne Hiszpanii i miasta, które zostały wspomniane w powieści. Dzięki temu wszystkiemu powieść nawet trzyma się z prawdziwą przyjemnością, a jeśli spotkałabym ją w księgarni lub w bibliotece, z pewnością zauważyłabym ją na półce i wzięła do swoich łapek. 
 
Izabela Kastylijska była człowiekiem. Nieprzeciętnym, ale jednak tylko człowiekiem. Popełniała błędy jak każdy z nas i nie sposób jej nie krytykować, jednak trudno też nie chwalić. Oprócz niechlubnego edyktu i Oficjum zrobiła dla swojego kraju i świata wiele dobrego – dzięki niej Kolumb odkrył Amerykę dla Europy (oczywiście nie mam na myśli okrutnego postępowania pierwszych zdobywców – wiadomo, że z najlepszych rzeczy ludzie potrafią stworzyć coś złego lub to zupełnie zniszczyć), a dla Hiszpanów jest tym, kim dla Włochów Garibaldi, dla Niemców Bismarck, a dla Polaków Piłsudski. To ona przecież, razem ze swoim pożal się Boże mężem, zjednoczyła Kastylię i Aragonię, w pewien pośredni sposób podbiła Grenadę, odzyskując cały Półwysep Iberyjski. Czasami także się myliła, a jej życie prywatne nie wyglądało jak bajkowy romans, raczej było wiele gorsze niż niejeden los człowieka przeciętnego. Może wydawać się to niektórym osobom bardzo dziwne, bo ciężko jest uświadomić sobie, za datami, nazwami miejsc bitew i suchymi faktami kryją się prawdziwi ludzie – czasami lepsi, czasami gorsi, tacy jak my. Jednak dopiero czytając o nich, zaczynamy dostrzegać, jak bardzo są nam bliscy, chociaż wydają się tacy dalecy przez setki dzielących nas lat. Nasze problemy, nasze starania i nasze nadzieje są zawsze takie same – czy jest się hiszpańską królową, dzięki której pewnego dnia Kolumb zawinął na wyspę San Salvador, czy nic nieznaczącą blogerką. Pod aksamitami i pod jenasami jesteśmy tym samym – ludźmi.

Tytuł: „Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej”
Autor: C.W Gortner
Moja ocena: 6/10 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa ZNAK  

środa, 5 sierpnia 2015

Zamczysko nad urwiskiem. Recenzja książki



Brytyjczycy, w przeciwieństwie do Polaków, potrafią dbać o swoją historię, pamiętać o swojej przeszłości, chwalić się ją przy innych. A mają czym. Wielka Brytania została zdobyta tylko dwa razy – przez Juliusza Cezara i Wilhelma I Zdobywcę (bitwa pod Hastings, 1066), nie uginając się nawet przed Hitlerem. W swojej długiej historii maleńka wyspa oddzielająca Europę i Morze Północe od oceanu stała się imperium kolonialnym, a Wiktoria Hanowerska cesarzową Indii. Wcześniej też nie było gorzej: w średniowieczu potężni Plantagentowie posiadali spory kawał Francji – zmieniło się to dopiero po wojnie stuletniej – a słynny Ryszard Lwie Serce jako potężny władca wybrał się III krucjatę, w czasie której może i by odbił Jerozolimę z rąk Saladyna, ale kłótliwe i złe stworzenie z niego było. Po przegranej wojnie stuletniej i wojnie domowej Dwóch Róż władzę objęła dynastia Tudorów, w tym znany wszystkim Henryk VIII, który nie tylko miał kilka żon, ale i zmienił religię swojego państwa na krajową odmianę chrześcijaństwa. Nie rozumiem fascynacji jego osobą, tak jak całą dynastią, ale naprawdę podziwiam Anglię, że zmiany jej nie osłabiły, ani nie doprowadziły do upadku, szczególnie że nieprawdą jest, że wszyscy potulnie zgodzili się na nową wiarę – katoliczką była Maria Tudor, która do historii przeszła jako słynna Krwawa Mary i szkocka Maria Stuart, jedna z najtragiczniejszych europejskich monarchów. Jednak chyba najbardziej trwale w historii zapisała się postać Królowej Dziewicy, która nigdy nie miała męża, wiedząc, że wynikający z małżeństwa sojusz może w jakiś sposób osłabić Anglię – oczywiście jest to Elżbieta I. 

W 1551 roku nie jest jednak potężną królową, ale zastraszoną królewną, ostatnią z wielkiej dynastii. Właśnie umarła jej siostra, Maria Tudor i wszyscy protestanci w kraju odetchnęli z ulgą, bo Elżbieta wyznaje nową wiarę i z pewnością nie będzie palić anglikanów na stosach. Sytuacja polityczna nie jest dobra – we Francji, u boku delfina Franciszka, przebywała królowa Szkotów, Maria I Stuart, na domiar złego katoliczka, a cesarz Filip II jeśli nie był zajęty osłabianiem potężnej dynastii Jagiellonów (jak się miło złożyło, właśnie nie dawno czytałam i recenzowałam książkę o tym), to ostrzył sobie zęby na Anglię. Wokół nowej królowej zaczynają się plątać hiszpańscy szpiedzy i inne podejrzane indywidua, na domiar złego królowa obawia się, że jej pilnie strzeżona tajemnica może wyjść na jaw, a tym samym doprowadzić do jej zguby. Wysyła więc swojego oddanego szpiega, Brendana Prescotta, do pewnej ponurej, zapuszczonej rezydencji gdzieś na morskim urwiskiem, mającej wiele ponurych – jak przystało na takie miejsce – tajemnic. On jednak zmaga się nie tylko z kilkoma kryjącymi wiele mieszkańcami Vaugham Hall, ale z własnym pochodzeniem i demonami z przeszłości, które nagle zaczynają zmartwychwstawać… Czy oddany szpieg królowej ominie wiele przeszkód i ocali swoją królową? Czy uleczy się z traumatycznych wspomnień i zamieszka ze swoją ukochaną kobietą? I jaki sekret kryje Elżbieta? 

Ja to mam mózg. Nie ma jak zacząć czytać od drugiej części! Uświadomiłam sobie to dopiero, kiedy przeczytałam pierwsze pięćdziesiąt stron. Brawo genialna ja! Na szczęście powieść nie okazała się być bezpośrednią kontynuacją, a wszystkie wydarzenie z poprzedniego tomu zostały przypomniane w retrospekcjach bohaterów i przez narratora, dzięki czemu – choć zazwyczaj takich rzeczy nie lubię – nie czułam się jak urwana z konopi. Jednym minusem jest to, że gdy zabiorę się za tom pierwszy, wszystko będę już wiedzieć, a zakończenie nie będzie dla mnie zagadką, ani też czymś zaskakującym. To nazywa się popsuć sobie rozrywkę zanim w ogóle się zaczęła, ale kiedy pogratulowałam sobie logicznego myślenia i lenistwa, przez które nie chciało mi się pogrzebać w Internecie, możemy przejść dalej. 

Okładka robi naprawdę dobre wrażenie. Książkę wydrukowano w większym, niestandardowym formacie (przez to czytało się ją nieco dziwnie, ale pewnie dlatego, że jestem przyzwyczajona do znacznie mniejszych książek), ale dzięki temu okładkowa ilustracja prezentuje się jeszcze lepiej – pomarańcz sukni kobiety jest bardzo intensywny, ale i ciepły, kontrastując z bielą koronki i górnej części rękawów, wspaniałych szerokich rękawów, jak przy każdej sukni z tamtej epoki, a także nazwiskiem Autora, zapisanym czarną czcionką. Widzimy też piękny naszyjnik kobiety i kawałek jej twarzy z ustami, wokół której wiją się brązowe włosy. Elżbieta to nie jest, bo ona była ruda, a przynajmniej – delikatnie mówiąc – jej włosy miały kolor przypalonego blondu, a suknia kobiety wydaje się u góry zbyt odkryta; w tamtych czasach noszono raczej głębokie kwadratowe dekolty, nie mówię jednak, że mi się nie podoba, bo wygląda to naprawdę dobrze, a poplamiona krwią karta przypomina, że nie jest to zwykły dworski romans, ale coś, co będzie krwawe, mroczne i tajemnicze, szczególnie, że na boku mamy napis, coś o kobietach które zmieniły bieg historii, sugerujący kolejną fabularyzowaną biografię królowej, jakoś tak nie pasujące do tego co mamy pod tytułem – że kobiety które zmieniły losy Europy i jakieś sekrety? Och tak, pomyślałam. Uwielbiam wszystko, co ma coś wspólnego z dworskimi intrygami i spiskami politycznymi, a to – moim zdaniem – opisywały oba blurby. Grzbiet książki prezentuje się równie elegancko z pomarańczowym nazwiskiem Autora na tle w kolorze ercù i klasyczną ramką z tytułem. Tylna okładka, z zarysem portalu (wygląda nieco orientalnie…?) z ciekawym blurbem i sympatyczny opis pisarza, którego od razu polubiłam, jako innego miłośnika historii na tym padole smutku i łez. W każdym razie okładka naprawdę przyciąga wzrok (wciąż nie mogę napatrzyć się na ten pomarańcz!) i zachęca do czytania, poznania, tego, co jest w środku. 

Autor ma dość dobry styl, pisze ciekawie, lekko, tak, że książkę można przeczytać w dzień lub dwa – właściwie całość, poza siedemdziesięcioma stronami, które przeczytałam przed snem, przebrnęłam w jedno popołudnie. Pisarz stara się obrazowo opisać rzeczywistość wokół bohatera, utrwalając zapachy i dźwięki; wprost lubuje się w opisach dworskiej rzeczywistości, aury unoszącej się wśród Elżbiety, pełnej odurzających perfum, zapachów bielideł, lekkich szelestów jedwabiu i aksamitu, grze uczuć i mimice twarzy bohaterów z niemal kobiecą subtelnością. Próbuje nawet stworzyć nastrój grozy w zapuszczonym Vaugham Hall gdzieś nad brzegiem stromego urwiska, zaplątanym w szczelną sieć tajemnic i nawet mu się to udaje, chociaż ja, fanka wszystkiego co mroczne i tajemnicze, byłam dość rozczarowana rozwiązaniem zagadki i brakiem morderstwa, chociaż  wtedy, kiedy wydaje nam się, że wszystko już wiemy, okazuje się, że w niektórych kwestiach się myliliśmy. To bez wątpienia bardzo ciekawy zabieg, skutecznie ubarwiający książkę. 

Z pewnością najlepszym bohaterem nie był Brendan - jestem nastawiona do tej postaci dość neutralnie, choć podziwiam jego odwagę w niektórych sytuacjach. To postać przeciętna, szara, nieco nudna, dość nijaka. Może nawet przypomina trochę jednego z tych bohaterów powieści kryminalnych, jakiegoś młodego inspektora z mnóstwem osobistych wrogów i duchami, które nie chcą go opuścić – co więcej – nie są duchami, chociaż tak mogłoby się wydawać. Prescott ma jakiś tam kodeks moralny, nieco wielkopańskie uosobienie (w sumie się nie dziwię, od tego przebywania na dworze i faworyzowania przez królową woda sodowa uderzyłaby do głowy każdemu) i nieco ludzkich zachowań; jest to jednak postać, która zostaje z czytelnikiem jakoś na długo. Może to wynika z tego, że Autor starał się, żeby każdy z nas, przeciętnych szaraczków, mógł się z nim utożsamić, by miał wyważoną ilość zalet i wad, ale chyba przesadził z tą przeciętnością, bo Brendan wydaje mi się po prostu szary i płaski, bez życia i bez czegoś, dzięki czemu czytelnik mógł go polubić. Szkoda w sumie, po dzięki temu powieść byłaby jeszcze ciekawsza, bardziej malownicza i wciągająca, a brakuje mi jakiegoś bohatera, o którym mogłabym przeczytać całą serię i myślę, że nieco poprawiony pan Prescott nadawałby się idealnie. 

Bohaterką, która zaintrygowała mnie najbardziej – i właściwie dla której przeczytam pierwszy tom – jest Sybilla Darrier. I tu nie chodzi już o imię i jakieś skojarzenia do pewnej innej Sybilli, którą, myślę, Autor powinien znać, ale o samą bohaterkę, zdecydowanie pasującą do imienia. Sybilla jest tajemnicza, mroczna, piękna, intrygująca, bez serca; w dodatku w jej opis pisarz włożył naprawdę dużo wysiłku i jest to chyba najlepsza postać w powieści, chyba również dlatego – że według odwiecznych zasad – zło fascynuje. No ale jak nie ma fascynować? Jest to mistrzyni iluzji, umiejąca wzbudzać pożądanie w Prescottcie i fascynować czytelnika. I chociaż wiem, że w pisarz mocno opiera się na archetypach, a wiele podobnych femme fatale kręci się wokół każdego mężczyzny we wielu kryminałach i powieściach tego rodzaju, to Autor naprawdę ciekawie przedstawił jej postać, spowijając ją warstewką mroku i prawdziwego, wyrafinowanego zła, niemal prawdziwa i żywa, podczas gdy tamte są po prostu albo prymitywne, albo nudne. Albo po prostu działa na mnie tak jej imię – bo nazwać swoją bohaterkę Sybillą to jak zrobić mi prawdziwie dobry prezent. 

Pozostali bohaterowie nie wyróżniają się niczym ciekawym – chociaż  Dziobaty i Nan to ciekawa, sympatyczna para, a lord Vaugham zyskał sobie nieco mojego współczucia. Dość interesująco przestawia się lady Vaugham, jednak gdyby Autor zdecydował się jeszcze bardziej rozbudować fabułę, jestem pewna, że postać ta mogłaby być jeszcze lepsza. Kate, ukochana naszego bohatera, to już całkowita porażka, nie tylko źle zarysowana, ale po prostu nijaka i bezpłciowa, nawet wtedy, kiedy ostrzega swojego ukochanego przed intrygami Elżbiety i wymierza mu policzek (ta scena, nie wiedzieć czemu, skojarzyła mi się z pierwszą częścią Piratów z Karaibiów). Może dlatego, że jest taka sztywna, albo że pojawia się na początku i na końcu? Jednak to ostatnie żadną przeszkodą dla dobrego pisarza nie jest, bo bywają postacie epizodyczne, pełne charakteru i temperamentu. Muszę też pochwalić – chociaż trochę – niezłe przedstawienie postaci dzieci Vaughamów, nakreślone z jakąś niemal matczyną wrażliwością, chyba jedyne godne sympatii postacie w ponurym dworze, nie do końca świadome tego, jakie dramaty i spiski rozgrywają się wokół nich. Sama królowa Elżbieta, wydawałoby się, najważniejsza postać w powieści, została sportretowana bardzo przeciętnie; Autor chciał przedstawić jak pełnokrwistą postać z zaletami i wadami, a jednocześnie możliwie wybielić ją tak, by zyskała sympatię każdego czytelnika i była kontrastem dla swojej siostry Marii (z którą spotkam się w tomie pierwszym), a jednocześnie była silna, władcza, ambitna i po monarszemu przebiegła, przez co Elżbieta jest postacią o rysach mocno rozmytych i niestałych, w dodatku chłodna, wyniosła i dość protekcjonalna, zupełnie nie przypominająca słodkiej, niewinnej, wesołej księżniczki, chociażby zwykłego człowieka z wadami i zaletami, barwną, pełną życia postacią. Przez cały czas wywoływała tylko moją irytację swoją nijakością (bylejakością?) i trzymaniem przy sobie kogoś takiego jak Robert Dudley, który każdemu człowiekowi działałby zbyt mocno na nerwy (jego konflikt z naszym szpiegiem jest mocno naciągany moim zdaniem i zupełnie niepotrzebny, chyba że nie wiem czegoś z tomu pierwszego, co jest bardzo prawdopodobne). Zresztą królowa przez większą część powieści pojawia się tylko w dialogach bohaterów, z którymi wiąże ją tylko… Ale tego nie będę mówić. 

Fabularnie jest to po prostu dość przewidywalny kryminał z historycznym tłem i kostiumami z epoki elżbietańskiej, co prawda niemal pozbawiony trupów oraz nieco naciąganą intrygą, ale Autor nadrabia to zwrotami akcji, potyczkami, nieprzewidywalnymi zakończeniami i kilkoma widowiskowymi scenami, jakie możemy znaleźć tylko filmach sensacyjnych. Trzeba jednak przyznać, że wtedy, kiedy wiemy już wszystko i uśmiechamy się pod nosem z powodu tak banalnego rozwiązania, okazuje się, że zostajemy oszukani przez Autora w naprawdę niezłym stylu. Sama byłam zaskoczona, choć jako samozwańcza wróżka już od początku, spoglądając na okładkę i tytuł domyślałam się istoty całej zagadki (chociaż to nie jest tak bardzo jednoznaczne, jak myślicie; trzeba odnotować także, że Polacy znów popisali się tłumaczeniem - w originale była nawet pasująca wendeta, więc skąd ten potomek?). To naprawdę ciekawy zabieg, bardzo odważny, muszę przyznać. Kilka elementów, szczególnie Sybilla i jej intrygująca historia, zaciekawiło mnie na tyle, by czytać dalej bez jakiekolwiek przymusu i – choć nie zafascynowało mnie bardzo – spędzić miło popołudnie. Nawet jeśli spodziewałam się czegoś innego, intrygi bardziej politycznej i dotyczącej bardziej Elżbiety niż Prescotta, może jakiegoś spisku w Anglii przeciw protestanckiej królowej, czy mającego na celu wyniesienie jej na tron, może zamachu na jej życie, w każdym razie czegoś bliższego prawdzie historycznej i z mniejszą dawką prywaty bohatera, którego perypetie – tak naprawdę – niemal bez większych szkód mogłyby zostać przeniesione do oplątanej habsburskimi intrygami i szpiegami jagiellońskiej Polski czy średniowiecznej Skandynawii. To jednak tylko kolejna lekcja, żeby nie ufać wszelkim blurbom, napisom na okładce im tym podobnym kwiatkom (chyba że założymy, że lady Vaugham niemal zmieniła losy Europy, a okrycie Prescotta było bardziej sensacyjne i nieprawdopodobne od lądowania UFO w Stonehenge). 

Prawda historyczna ma się tu źle. Bardzo źle. Chociaż nie da się napisać powieści historycznej, w której losy fikcyjnych bohaterów splatałyby się z historią nie zmieniając żadnego szczegółu choćby na użytek własny lub z powodu widzimisię pisarza (chyba że jest to powieść biograficzna, ale to zupełnie coś innego), to nie można popadać po prostu drugą skrajność i dać popis kompletniej nieznajomości podstawowych faktów historycznych jak scenarzyści Królestwa Niebieskiego. Tu już nie chodzi, że wtedy czuję się jakbym oglądała czy czytała fantastykę zamiast historii, ale o ile w nieszczęsnym filmie historię potraktowano bardzo dowolnie, to tutaj pisarz padł ofiarą straszliwszych uproszczeń. Nie wiem (nie potrafię też skonfrontować tego z pierwszą częścią), czy po prostu Autor nie przeczytał żadnych obiektywnych, dobrych opracowań na temat reformacji w Anglii i ostatnich Tudorów i bazował na szkolno-podręcznikowej wiedzy doprawionej Wikipedią, czy uznał, że pisząc o problemach Prescotta potrzebuje tylko wczesnoelżbietańskiej otoczki, bez skomplikowanych zagadnień politycznych, kulturowych i społecznych. Cokolwiek w każdym razie zrobił, nie wygląda to zachęcająco. Gdybym była mniej otwartą i tolerancyjną konserwatystką (a nie jestem) z pewnością obraziłabym się na Autora za to, co wypisuje tam o katolikach i o królowej Marii, której krwawa legenda z czasem przerosła ją samą. Ba! Nie chcę uogólniać, ale wydaje mi się, że katolicy zostali przedstawieni dość negatywnie (Sybilla, lady Vaugham, jej mąż i kilku innych), bardziej negatywnie niż anglikanie, między którymi można znaleźć nieco sympatyczniejszych postaci. A Filip II Habsburg to już diabeł wcielony, nie lepszy od Marii (bohaterowie przechadzając się po Londynie wciąż spotykają świadectwa jej krwawych rządów),którzy żyje tylko dla zniszczenia Anglii i nie cofnie się przed niczym. Cóż, polityka, Filipek kombinował nawet z małżeństwem z Królową Dziewicą, ale wątpię, żeby miał czas i interes doprowadzić Tudorów do zupełnego zniszczenia, już nie mówią o bawieniu się w wyrafinowane intrygi, zresztą nie robił tego dla własnej przyjemności i satysfakcji. Może jednak nieco w tym mojej przesady – temat reformacji jest dla mnie na tyle ciekawy, że chcę poznać opinie wielu osób, co sprawia, że doszukuję się jakiś sądów tam, gdzie jest tylko lekka, nieobowiązująca powiastka. 

Zazdroszczę Anglikom, że potrafią w taki sposób opowiadać o swoich dziejach i fascynować nimi ludzi – bo kto wie, czy po przeczytaniu owego przyjemnego kryminału ktoś nie zabierze się do czytania więcej na ten temat, dając się pociągnąć fenomenowi Tudorów (którego wciąż jeszcze nie rozumiem), choć nawet nie jest Anglikiem. Żeby Polacy coś takiego umieli! Na razie jest tylko Elżbieta Cherezińska, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze ktoś, kto pokaże, że nasza polska historia jest sama w sobie świetnym kryminałem i to bez większych uproszczeń. W każdym razie – cokolwiek by powiedzieć – popołudniowe, leniwe czytanie lekkiego kryminału bez wychodzenia z ukochanego świata sukien, królowych i historycznych nazwisk czasami każdemu jest potrzebne. Choćby dlatego, żeby być szczęśliwym, że jest to letnie popołudnie we własnym domu czy ogródku, a nie mroźny, deszczowy dzień w ponurym zamczysku nad urwiskiem, ukrywającym pewną tajemnicę i demona z przeszłości…

Tytuł: „Potomek Tudorów”
Autor: Christoper W. Gortner
Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa Znak

wtorek, 30 czerwca 2015

Wszystko jest nocą. Recenzja książki



Każdy, będąc dzieckiem, chciał być królewną czy królewiczem, prawda? Czytano nam bajki o mądrych monarchach, których poddanym żyło się dobrze i dostatnio. O księżniczkach, które całowały żaby, by wyjść za pięknego księcia. O smokach, których zwyciężali waleczni rycerze, wielkich bitwach, w których ginęli źli, a dobrzy triumfowali. Rozczarowanie przychodzi z czasem, ze znajomością historii. Co prawda, prawdziwi monarchowie otaczali się niewyobrażalnym dla nas splendorem, stać ich było na wszystko, ale tu chyba kończą się wszystkie podobieństwa –małżeństwa z miłości, cnotliwość, rządy, z których zadowolone było całe społeczeństwo należy włożyć między bajki. Bogactwo najczęściej brało się z uciskania biedaków i nędzarzy, rodziny królewskie z wielką przyjemnością truły się między sobą, a władcy, by jakoś wynagrodzić sobie polityczne małżeństwa, jawnie utrzymywali kochanki (o potajemnych romansach homoseksualnych nie mówiąc). Dla królewien większość młodych hrabiów była za nisko urodzona, więc żaden szewc z marzeniami o połowie królestwa nie ma po co nawet marzyć. Przekleństwem władców był także młody wiek, w jakim wielu umarło, choroby psychiczne, z powodu których wybuchały wielkie wojny (na przykład wojna Dwóch Róż w Anglii), hemofilia (czyli przysłowiowa błękitna krew), kazirodztwo. Ci niezbyt bystrzy ginęli, nie potrafiąc rozpracować szpiegów różnych ludzi i własnych, którzy szczelnie oplatali pałac, najczęściej po tym ginąc z rąk silniejszego. Byli tacy jak my, chociaż wielu z nich uważało się za bogów, albo – to w średniowieczu było przekonaniem powszechnym - za pośredników Boga na Ziemi. Różnili się charakterami, cechami, chorobami i osobowościami, co zachowało się w ich przydomkach: Eryk Szalony, Baldwin Trędowaty, Ludwik Święty, Filip Piękny, Kazimierz Sprawiedliwy, Ryszard Lwie Serce, Timur Chromy, Iwan Srogi i Iwan Groźny, Karol Wielki, Ludwik Kłótliwy, Karol Życzliwy… Niektórzy odchodzili do historii z takimi przydomkami jak Pałkin czy Krwawa Mary, a ich śmierć nie zakończyła nieprawdopodobnych wręcz historii o okrucieństwach, którzy się dopuszczali. A królowie dopuszczali się wielu złych rzeczy, nawet wyjątki potwierdzają regułę, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Niestety. 

Z pewnością szlachcie polskiej czasu rozbiorów ubliżał fakt, że Rzeczpospolita została podzielona między otyłą Niemko-Rosjankę, cesarzową Austrii i jej synka oraz pruskiego Fryca, na którego grobie rosną teraz ziemniaki (podjął się niezwykle ciężkiej próby przekonania chłopków, że to wartościowa roślina). Szczególnie caryca była wyjątkowo negatywnie postrzegana – młodzieńczy romans z Poniatowskim, zła opinia, niemieckie pochodzenie i zduszenie powstania Kościuszki były kroplą w czarze ciągłych konfliktów polsko-rosyjskich. Szlachta nie pałała do Rosjan miłością od niepamiętnych czasów, delikatnie mówiąc, a wiek XVII przekonał ich, że potężnemu sąsiadowi nie można wierzyć ani też go lubić. To tematy do dziś bardzo drażliwe, wykorzystywane w propagandzie, której mało kto jest w stanie się sprzeciwić, bo przecież historia nie zawsze jest dla wszystkich tak samo sprawiedliwa. Urazy zostały, przez wiele lat nie myślano nawet o zmianie perspektywy spoglądania na tę władczynię, rezygnując z obiektywnego podejścia naukowego, na rzecz szczerego patriotyzmu, zawsze mającego w sobie coś z uproszczeń i szufladkowania ludzi jako dobrych i złych. Dopiero teraz, kiedy za trzy lata upłynie sto lat od odzyskania niepodległości po 123 latach niewoli i koniec I Wojny Światowej (albo jak twierdzą niektórzy historycy, pierwszej części Wielkiej Wojny Trzydziestoletniej), można z pewnego dystansu spojrzeć na tamte wydarzenia, szczególnie, że młodsze pokolenie powoli wyrasta z narodowej, cierpiętniczej filozofii, skupionej na ciągłym wypominaniu i wyliczaniu krzywd oraz umiejącej spojrzeć na problem nieco szerzej i bardziej kompromisowo, co mnie raczej cieszy niż martwi. Jednym z literackich dowodów na ciekawość i otwartość dzisiejszych, odurzonych wolnością umysłów, jest właśnie zainteresowanie postacią wielkiej carycy z innego punktu widzenia niż zwykle. Nie jest już demonem, myślącym o zniszczeniu Polski, ale władcą, świadomym siły swojego państwa i zdobywcą, takim samym jak Napoleon Bonaparte (ostatecznie Hiszpanie zrobili niezgorsze od Polaków powstanie, równie drastyczne, co tak pięknie i strasznie namalował Francesco Goya), ale przede wszystkim kobietą, w pełnym znaczeniu tego słowa – kobietą mającą swoje życie, uczucia i problemy, których mężczyzna, będący najczęściej autorem biografii czy monografii nie zrozumie (wiem, wiem, jestem niesprawiedliwa i feministyczna), a które są równie interesujące jak wątki dotyczące władzy, a które wiarygodnie potrafi opisać inna kobieta, pisarka. Ale ta od naukowych, suchych rozpraw i biografii, którym brakuje polotu i wyobraźni, tylko od literatury pięknej, potrafiącej dotknąć tego, co w człowieku ukryte, najgłębsze. Stworzyć inny, bardziej ludzki portret Katarzyny i odmalować świat widziany jej oczyma we wiarygodny sposób. Spróbować opowiedzieć tysięczny raz tę samą historię, tylko w zupełnie nowy, ciekawy sposób. 

Jest z piątego na szóstego października i caryca Katarzyna II umiera. Doznaje apopleksji, czyli wylewu krwi do mózgu i zostaje sparaliżowana – może tylko leżeć i bezwiednie obserwować świat wokół niej, nie mając na niego już żadnego wpływu. Wraca wtedy do swoich wspomnień, przeglądając je wszystkie w zawrotnej prędkości, szukając w swoim życiu błędów, porażek i zwycięstw, dokonując podsumowania, rozliczając się z przeszłością, porządkując je w miarę chronologicznie według jej własnego zegara i kalendarza. Przeglądając twarze przyjaciół, rodziny, zdrajców, wrogów, kochanków i wszystkich, którzy brali udział w wydarzeniach ważnych dla niej na różny sposób. Opowiadając swoje życie od najdalszych, zamglonych wspomnień z Zerbst i kończąc niemalże przed nieszczęśliwym wypadkiem, na którym jej stosunkowo długie życie się skończy. Tak poznajemy jej życie, przeplatane sekwencjami z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin jej ziemskiego życia, splatających się ze wspomnieniami, wciąż przez nią przywołanymi. Uczestniczymy wobec tego w całym jej życiu, chcąc tego czy nie. 

Zwykle przy wyborze książki kieruję się rekomendacjami ulubionych recenzentów, własnymi gustami i okładką, choć to ostatnie często bardzo boleśnie myli. Czasami jednak wystarczy mi nazwisko ulubionego pisarza, by złapać książkę i pobiec do kasy, jakby coś mnie goniło – tak jest właśnie z tą pisarką i Elżbietą Cherezińską, autorką nieco podobnej literatury będącą, moim zdaniem, perłą pośród dzisiejszej polskiej beletrystyki. Tym razem nie tylko ulubione nazwisko zadziałało; podejrzewam, że tytułowi i okładce nie potrafiłabym się oprzeć nawet bez tego. Chociaż główną wadę oprawy najlepiej pokazuje reakcja mojego nauczyciela od historii (Kinga, co ty, romanse czytasz?) nie mogłam się oprzeć przykuwającej wzrok każdego historycznego geeka postaci Katarzyny, w cudownej kremowej i koronkowej sukni (jedna z moich słabości), na tle zarysów Pałacu Zimowego. Wygląda to naprawdę w stylu harlequinów historycznych, które udają, że nimi nie są, trzeba to przyznać, ale jaki z nich odważyłyby się na pałac rosyjskich carów w tle; zresztą, kiedy przyjrzymy się bliżej, okaże się, że włosy kobiety nie są już zupełnie czarne, a jej pozycja za poważna i smutna na gorącą powieść o miłości, nie widać też żadnego faceta z gołą klatą względnie hrabiowskim fraczkiem. Niepokój budzi ten cytat o grze w miłość i carycy, trzeba jednak przyznać, że na okładce poprzedniej części również wypisywali różne głupoty, łącznie z beznadziejnym tytułem - jak teraz się okazuje – pasującym do tamtej powieści jak pięść do nosa. Podoba mi się, jednak to, że cała ta delikatna, niemal sentymentalna kompozycja została otulona jakąś taką mgiełką, rozmywając kształty, co sprawia, że okładka nie jest krzykliwa, a fioletowy, wytłaczany tytuł bardzo ładnie się wyróżnia, komponując z resztą. Bardzo przyjemnie jest patrzyć na tę okładkę, nie mówiąc o na świetnym prezentowaniu się na półce. Aż prosi się, żeby przeczytać, prawda? 

Język jest powodem, dla którego przeczytałabym wszystko, co wyjdzie spod pióra Autorki. Nie jest już tak nieznośnie lekki jak w niezbyt udanym – jak ta tę pisarkę – Dysonansie, co jest wielką zaletą,  bo używając prostszego, mniej metaforycznego i barokowego stylu, Autorka potrafi opisać świat w niezwykle plastyczny sposób i balansować na granicy z wysmakowaną prozą poetycką. Ba, nie tylko świat otaczający bohaterów, ale ten wewnętrzny, pełen ulotnych uczuć i myśli, niezwykle staranny i autentyczny, głęboki i fascynujący. Z wirtuozerską lekkością i śpiewnością opisuje każde wrażenie, uczucie, drgnienie postaci a także ukazuje rzeczywistość, nawet tą bardzo przyziemną, w zaczarowany sposób, tak, że naprawdę mamy wrażenie, że obserwujemy świat oczami Katarzyny, czując to, samo co ona. Tworzy swoimi słowami miejsce, w którym znaleźć się jest bardzo łatwo, bo każdy opis, każda wzmianka na temat jakiegoś przedmiotu czy obiekty sprawia, że niemal czujemy jego fakturę. Jak ja uwielbiam takie książki! Dla niektórych styl może wydawać się zbyt ciężki czy niepotrzebnie przyozdobiony, jednak myślę, że łatwo jest do niego się przyzwyczaić, kiedy wgłębimy się powieść, damy się jej porwać, a z czasem docenimy to, że mamy dostęp do najgłębszych myśli bohaterki, a sploty języka są tak kunsztowne jak wystrój Pałacu Zimowego. Bo to doskonały styl na powieść tego typu, sprawiający, że dawny, już nieistniejący świat ożywa przed naszymi oczami. Trzeba także zaznaczyć, że jedną z jego wielu zalet jest delikatna,  nienachalna stylizacja na osiemnastowieczną modłę, która sprawia, że tekst jest zrozumiały dla dzisiejszego czytelnika, ale i sprawia, że książka jest bardziej autentyczna – Autorka zostawiła nazwy różnych niespotykanych już pomieszczeń i zwyczajów na dworze oraz części garderoby, dzięki którym można nauczyć się kilku pożytecznych rzeczy na ten temat. Pisarka ponadto ma doskonałe wyczucie – swobodnie operuje światłocieniami i cieniami, a także ciszą, przez co czasami prawdziwe znaczenia konkretnych fragmentów trzeba odczytywać między słowami, domyślać się, co kryje się za niedomówieniem, delikatną aluzją, przemilczeniem. Na pewno nie jest to najłatwiejsze, ale naprawdę dodaje to książce smaku, wielu nowych odcieni i znaczeń, nakreślonych pięknie i z prawdziwym wyczuciem jakie potrafi mieć – wybaczcie panowie – tylko kobieta. Kobieta z niewątpliwym talentem do pisania pięknej, śpiewnej prozy. 

Zdaję jednak sobie sprawę, chwaląc pisarkę na wszystkie możliwe sposoby, że nie dla każdego specyficzna budowa książki może wydać się powieściową ciekawostką, odpoczynkiem od klasycznych fabuł ułożonych ściśle chronologicznie. Nie jest to z pewnością W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, ale nieco szkatułkowa budowa książki ze śladami strumienia świadomości (teraz coraz mniej popularnego, niestety) zaimponowała mi swoją kunsztownością. Konstruowanie w ten sposób fabuły nie jest ani proste, ani przyjemne, ale daje świetne efekty estetyczne. Tak jak tutaj: umierająca caryca wraca pamięcią do całego życia, wspominając kolejne wydarzenia w swoim życiu, wybierając je subiektywnie (dlatego w powieści więcej miejsca poświęcono nieistotnym, jak mogłoby się wydawać, szczegółom niż ważnym wydarzeniom w polityce carycy, co zupełnie nie dziwi, po jest to jej własna perspektywa; czasami i dla nas ważniejsze są rzeczy nieistotne dla innych, szczególnie jeśli chodzi o wspomnienia) i, czasami zagłębia się w nie, sprawiając, że z jednego wynika następne, co jest charakterystyczne dla powieści-szkatułek, chwytu tak często stosowanego przy opisywaniu czyjś wspomnień. Te sekwencje są raczej spójne; relację z ostatnich godzin Katarzyny otrzymujemy tylko na początku wszystkich czterech części, przez resztę książki śledząc koleje jej losu we wspomnieniach, zaczynając od tego najdawniejszego, z lat dziecinnych, ale z pewnością nie najlepszego. Specjalna i niezwykle delikatna konstrukcja wymaga także braku wydzielonych rozdziałów, kolejne partie tekstu w obrębie części zaznaczane są tylko odstępami, co na początku wzbudza trochę dezorientacji, z biegiem czasu okazuje się jednak świetnym rozwiązaniem, a taka minimalistka sprawia, że nie możemy obiecać sobie, że skończymy czytać z rozpoczęciem nowego rozdziału, a także nic nie rozprasza nas podczas czytania. 

Gdyby wszystkiego w Polsce tak nie pomieszali, nadając pierwszemu tomowi opowieści o Katarzynie właściwy tytuł (Pałac Zimowy) jasne byłoby, że pierwsza część to wydarzenia z punktu widzenia Warwary Nikołajewny i jej szpiegowska historia obrazująca w raczej bezstronnym świetle wydarzenia na dworze rosyjskim, natomiast druga (tym razem przetłumaczona zgodnie z angielskim oryginałem) to prywatne poglądy carycy, której punkt widzenia jest daleki od tego Warwary. Więcej, można mieć wrażenie, że ta sama historia opowiedziana przez polską dwórkę i jej panią to dwie różne, zupełnie różne opowieści – mają różne poglądy na tą samą sprawę, która faktycznie zupełnie wygląda z perspektywy Katarzyny, a inaczej oczami Polki – dzięki temu czytelnik może otrzymać jak najpełniejszy obraz zdarzeń. Dla mnie było to niezwykle ciekawe i fascynujące doświadczenie, nawiązujące przecież do największych literackich tradycji powieści polifonicznej, a Autorkę trzeba pochwalić za niezwykłe wyczucie. Nawiasem mówiąc, dowiadujemy się nieco na temat dalszych losów Warwary, których, choć są nieco przygnębiające, z pewnością wam nie zdradzę. Musicie przekonać się sami. 

Ponieważ chcę być szczerza, muszę przyznać, że bardzo nie spodobało mi się ograniczenie wątku politycznego, obyczajowego na rzecz psychiki i życia głównej bohaterki. Może to nie jest minus, może po prostu to nie ta książka, ale przyznam, że sięgnęłam po książkę ze złośliwym zamiarem przekonania się, jak Autorka poradzi sobie z opisaniem wątku polskiego – rozbiorów i insurekcji kościuszkowskiej a także agresywną polityką carycy. Stanowiło to przecież niezły kawał jej życia i niezwykle ważny jego element, ale po jakimś czasie musiałam się rozczarować i to bolało. Ale nie tyle co przez książkę, ile przez własne oczekiwania. Spoglądając na to bezstronnie, muszę przyznać, że w powieści nie ma za dużo polityki, bo Autorka chce skupić się na bohaterach i ich przeżyciach – sprawy Imperium pokazane są nawet jeszcze bardziej ogólnikowo niż w pierwszym tomie (gdzie szczegółowo została opisana wojna siedmioletnia), co, będąc dla mnie wadą, może być dla kogoś zaletą. Po prostu tak pisarce pasowało do koncepcji i już. 

Główna bohaterka, caryca, jest nawet tu postacią bardzo kontrowersyjną, chociaż Autorka – odetchnęłam z ulgą – nie próbuje jej usprawiedliwiać ani biadać nad jej zepsuciem, nie ukrywając przy tym jej grzechów, łącznie z nieposkromioną rządzą, tak bardzo charakterystyczną dla wielkich monarchów i odwzajemnioną nienawiścią syna, Pawła (patologie w rodzinach królewskich naprawdę mnie przerażają). Pisarka raczej woli ją opisywać, badać jej psychikę, wnikać w myśli, co – choć przybliża powieść do literatury psychologicznej  – jest bardzo ciekawe, a bardzo trudny osąd postaci pozostawiać czytelnikowi, bezstronnie prezentując jej sposób myślenia. Jest to z pewnością osoba ciekawa, pełna światłocieni, niejednoznaczna, ale przy tym wszystkim bardzo ludzka, niezwykle nam bliska ze swoimi obawami o rodzinę, kilkoma wielkimi miłościami, w tym tą największą, do księcia taurydzkiego Potiomkina (który był – tak naprawdę – chłopskim dzieckiem wywyższonym przez swoją kochankę i przyjaciółkę). Trudno jest więc zdecydować, czy ją lubimy czy nie, ale, trzeba to przyznać, patrząc na nią od wewnątrz i z tej perspektywy obserwując jej postępki, wydaje nam się, że rozumiemy ją bardziej niż zwykle – w szczególności kiedy czytamy polski podręcznik do historii, w którym autorom ciężko jest ukryć anypatię, czemu zresztą się nie dziwię. Dzięki temu można spojrzeć na Polskę w trakcie rozbiorów inaczej niż zwykle, co – zapewniam – będzie dość szokującym uczuciem, a terapią wstrząsową, jeśli ktoś lubi te bogoojczyźniane klimaty pewnej grupy katolików w naszym kraju. Niezwykłe doświadczenie, dla którego warto przeczytać tę książkę, z pewnością poszerzającą horyzonty w tym zakresie. 

Reszta bohaterów drugoplanowych również mnie nie zawiodła – są wymalowani słabej niż Katarzyna, ale mają swoje indywidualne cechy, nie są również marionetkami czy pogrupowani według biało-czarnego schematu. Udało mi się polubić jedynie wnuczkę carycy, biedną Aleksandrę i księcia Potiomkina, jedyną chyba postać, którą nie da się nie lubić. Aleksander, przyszły car, który zniszczy Napoleona, to inteligentny chłopak o niebezpiecznych zapędach demokratycznych, dyskutujący na takie tematy ze swoim polskim przyjacielem, Adamem Czartoryskim (późniejszy niekoronowany król Polski z hotelu Lambert, wspominany również w Dysonansie). Są również szefowe szpiegów Katarzny, Queenie i Wiszka, przemykające zawsze gdzieś obok swojej pani i koleni faworyci carycy o rozmaitych, najczęściej wrednych charakterach, wnuk Konstanty bijący swoją żonę (Konstanty będzie namiestnikiem cara w Królestwie Kongresowym, ożeni się z Joanną Grudzińską, a na końcu ucieknie w damskim przebraniu z Belwederu w Noc Listopadową 1830) i cała galeria niezbyt sympatycznych kobiet Romanowów. Zdarzają się także postacie epizodyczne – zwykle są nimi ludzie, którymi Katarzyna pogardza – naszkicowane tylko i aż proszące się o szersze rozwinięcie, ale jednocześnie wzbudzające w czytelniku same negatywne uczucia (matka Katarzyny i jej syn, który wdał się w niepoczytalnego ojca, lepiej nie komentuję…) do tego stopnia, że momentami chciałam, by fragmenty ich dotyczące jak najszybciej się skończyły. Ludzie! Oni wcale nie byli lepsi od nas, a intrygi w rodzinach panujących, na najwyższych szczeblach władzy, budzą tylko obrzydzenie. Naprawdę. 

W zimę w  Rosji noce są długie i ciemne. Wtedy ludzie tam mieszkający mówią, że Śmierć chodzi po ulicach. A śmierć w Rosji jest straszna – przypomina kościotrupa czy rozkładające się zwłoki, w jednej ręce ma kosę, a w drugiej trumnę. Myśląc o tym drży sama caryca. Bo ostatecznie wszyscy jesteśmy tym samym – ludźmi, tylko że ona ma władzę kierować armiami, zajmować inne państwa i mieć każdego mężczyznę, jakiego chciałaby. Ale nie ważne co zrobi, czy oświeci ludzi czy nie, pewnego dnia do jej okna zapuka noc, nie licząc na kochanków, ważnych spraw i zdrad, jakie dopuszczą się ludzie po jej śmierci. A ona? Wtedy to chyba wszystko jest już jednym – nocą właśnie. I chyba tak ma być; bo przecież nie jest to od razu takie straszne: mimo że jej nie ma, są wciąż portrety, również te literackie. Jej portrety – ale czy Katarzyny kobiety czy Katarzyny bezwzględnego władcy?

Tytuł: „Cesarzowa Nocy. Historia Katarzyny Wielkiej”
Autor: Eva Stachniak
Moja ocena: 7,5/10

 Katarzyna Wielka. Gra o Władzę | Cesarzowa Nocy. Historia Katarzyny Wielkiej