Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cassandra Clare. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cassandra Clare. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2015

Polując na demony z przystojniakiem. Recenzja książki



Trudno mieć chłopaka. Wokół krąży mnóstwo zazdrosnych dziewuch, każda ponętna i modnie ubrana, a mężczyzna najczęściej nie ma tak zwanej żelaznej woli i nawet nie wie, że jest przedmiotem sprytnych gierek dziewcząt, zazdrosnych na przykład o tak abstrakcyjne rzeczy jak lepsza ocena z jakiegoś przedmiotu. Trudno go kontrolować. Każdy ma jakieś umiejętności informatyczne, bo nawet siedmioletnie dziecko wie, jak wyczyścić historię przeglądania, a nie każda dziewczyna jest Sherlockiem Holmesem. Czasami są zazdrośni o własne wybranki, a wtedy, jak moja kuzynka, nawet z własnym bratem nie mogła rozmawiać. Mężczyźni, wbrew obiegowym opiniom, też nie są tak głupi, jak my, dziewczyny, myślimy, chodź prawdą jest, że wiadomych sytuacjach, męski mózg przestaje pracować. Albo jak jest pijany. Oj. Lepiej czasami trzymać ich w ryzach, żeby nie powiedzieli czegoś, czego nie chcemy wiedzieć. Chociaż nie są aż tak zmienni jak kobiety, nie są też prości, więc uniwersalnej instrukcji obsługi nie napiszesz, a szkoda. Bardzo by się taka przydała. Bo to wszystko nie jest proste – jest bardzo, ale to bardzo trudne. 

A pomimo to każda dziewczyna chce go mieć. Jak nie dla fejmu czy statusu na Facebooku, to dla tego, że tak jest fajnie. Najlepiej, żeby przypominał mężczyznę z popularnej literatury: kiedyś przystojnego amanta prawiącego wysublimowane komplementy, później czarnowłosego bohatera harlequinów, ostatnimi czasy stuletniego wampira, anioła, demona czy Obcego, albo, w bardziej klasycznej wersji, Christiana Grey’a. Młode dziewczyny pchają się na motory swoich wilkołaków i wojowników, odzianych w skóry i starannie wydziaranych, a starsze poddają się rozkoszom BDSM; wszystkie marzą i szukają, ale jakoś sny się nie spełniają, chyba tylko ten o bibliotece pełnej romansów, które w ostateczności zaspakajają potrzebę posiadania chłopaka tylko na jakiś czas, bo książki się kończą, a dziewczyna dalej jest sama. 

Chcemy z tymi chłopakami przeżywać przygody: zjechać pustynię i puszczę, pobić oceany czy chociaż skombinować jakiś spisek, albo walczyć na śmierć i życie o ocalenie świata, co jest niezbędną rzeczą do scementowania związku na wieczność. I już coraz rzadziej chcemy, żeby był  po prostu zwykłym człowiekiem, bo normalności jest bardzo dużo i już chyba każdemu się ona znudziła. To zadanie spełniają paranormal romance, gatunek z kilkoma niezłymi i ciekawymi opowieściami oraz całą masą gniotów, przez co cierpią tylko biedne drzewa, które się wycina, niszcząc przecież ekosystem (nie chcę, żeby moje dzieci chodziły w maskach tlenowych). Czasem jednak nawet ja muszę przyznać, że jakaś pisarka ma przebłyski geniuszu, co dla mnie jest jak przywrócenie wiary w ludzkość, a każdy ma chwilę słabości, kiedy sięga po książkę tylko w celach rozrywki lub głupich marzeń. Ale jakie wrażenia, chodzi mi o te estetyczne, oprócz tego, opowieści te dostarczają czytelnikowi?

Clary nie miała chłopaka, tylko przyjaciela Simona i mamę. Nie poznała nigdy swojego ojca; był żołnierzem i zginął. Przynajmniej tak sądzi, bo pewnego dnia, wchodząc do klubu, zauważa facetów i dziewczynę, którzy … znikają. I robią różne dziwne rzeczy, których Clary nie rozumie. Ona ich też interesuje, bo przecież ich widzi. Jednak dopiero potem zaczynają się prawdziwe kłopoty, które rujnują dotychczasowe, zwykłe życie piętnastolatki – świat, którego wcześniej nie znała, tak bardzo różniący się od jej, a jak się okazuje, znajomy bardziej od tego, czym żyła dotychczas. Tajemnicze, straszliwe postacie, porwanie mamy, wampiry, wróże i demony, odwieczny wróg, który ostatecznie zniszczy wszystko, w co wierzyła dotychczas i znów wywróci zbliżające się już do normalności życie Clary o trzysta sześćdziesiąt stopni – Valentine, Nemezis świata Nocnych Łowów i losu tajemniczych przedmiotów, nazywanych Darami Anioła (jednym z nich jest kielich – czyżby Autorka znalazła Świętego Graala?), z którym więcej dziewczynę łączy i dzieli. Wydaje się od początku, że oparciem Clary będzie Jace, przystojny, jasnowłosy Nocny Łowca, który towarzyszy jej od początku, ale więzi, o których istnieniu nie wiedzieli, staną na przeszkodzie ich szczęściu. Celem książki, a właściwie serii, jaką rozpoczyna, jest odpowiedzenie na fundamentalne pytanie: czy Clary Fray, a właściwie Morgenstern (wow, jak satanistycznie! Pisarka nie ukrywa, że prawdziwe nazwisko bohaterki ma związek z samym Księciem Piekieł, bo to on, Niosący Światło, nazywany był Gwiazdą Poranną zanim upadł) poradzi sobie w całym bałaganie i uratuje świat, bo na niej spoczywa teraz największa odpowiedzialność… 

Brzmi jak krótki opis fabuły filmu, prawda? Zaczynając czytać książkę, nie podejrzewałam, że pisarka tak zapętli akcję, że na końcu całkowicie zrujnuje wszystko, co napisała, doprowadzając wątki do takich rozwiązań, że dojdziemy do smutnego wniosku, że nic nie podejrzewaliśmy, wręcz myśleliśmy, że zakończenie będzie zupełnie inne. Byłam tym bardzo pozytywnie zaskoczona, muszę przyznać, bo najczęściej już na początku wiem, co zdarzy się dalej, mimo że nigdy nie praktykowałam wróżbiarstwa czy czegoś podobnego. Nawiązując od zapętlonych wątków, mam dziwne wrażenie, że Autorka lubi poruszać temat miłości między rodzeństwem, nieważne, czy przyrodnim czy naturalnym – czytałam kiedyś takie opowiadanie w jakimś prymitywnym zbiorze opowiadań paranormal romance dla nastolatek, gdzie opowiadanie pisarki właśnie miało podobny motyw. Rozumiem, że jak pisze się dużo, to niektóre rzeczy wyjdą podobnie, szczególnie, że wszyscy pisarze mają jakieś ulubione wątki, motywy lub postacie, które powielają zupełnie nieświadomie, więc nie będę tu snuć moich teorii spiskowych, jakie od razu tworzą się w mojej zniszczonej książkami głowie. Nie, nie, nie! 

Jak zaznaczyłam wyżej, fabuła bardzo mi się spodobała, aczkolwiek (rany, jak to mądrze brzmi!) na początku wiało banałem – z każdą stroną, jak na porządną książkę przystało, było coraz bardziej pomysłowo i ciekawie. Akcja się plątała, odkryte zostawało to, o czym wcześniej nikt by nie przypuszczał, a na wierzch wychodziły nowe postacie i postępki z przeszłości, które zaważą na losach Clary. Pisarka stopniowo wprowadzała także historię rodziny Morgenstern, samych Darów Anioła i zaznajamiała czytelnika z sekretami świata Nocnych Łowców – zaprzysiężonych i doskonałych zabójców demonów, których ciała po śmierci trafiają do tytułowego Miasta Popiołów. W powieści dużo się dzieje, bo nawet wtedy, kiedy główna bohaterka zaznajamiana jest ze zasadami panującymi w świecie, w którym się znalazła i który od teraz będzie należał do niej, są przerwy na szalone wyprawy motocyklem Jace’a (to akurat jest pomysł, moim zdaniem, dość kiczowaty, albo ja mam alergię na przystojniaków w skórach i na motorach, bo kojarzy mi się to z powieściami young adult), gonitwy i zabijanie demonów, których, jak się okazuje jest mnóstwo i zagrażają także zwykłym śmiertelnikom. Nie mogę napisać, że czytałam książkę z zapartym tchem albo że zarwałam przy niej noc, bo tak nie było, jednak powieść nie należała do męczących – akcja toczyła się wartko i nawet nie zauważyłam upływu czasu oraz zmniejszającej się liczby stron. Na to wpływa też prosta i nienaganna konstrukcja powieści, nie meandrująca pomiędzy westchnieniami bohaterki a smakiem chleba z dżemem, jaki jadła na śniadanie. Autorka skupia się na konkretach, eksponując ciekawy pomysł, umiejętnie podkręcając napięcie na finał, wtrącając ulubiony przez niektórych wątek romantyczny i pomijając wydarzenia, które nie miałyby żadnego wpływu na akcję. Tak! Wszystkie specjalistki od ciągnących się w nieskończoność romansideł i wlokących się opowieści o sukience, jaką na bal wybierze przyjaciółka głównej bohaterki, powinny nauczyć się nieco od Autorki tej książki. 

Pomysł był, w świecie paranormal romance i młodzieżowej fantastyki, bardzo świeży. To prawda, że istnieją książki o tytułach takich jak Córka Łowcy Demonów czy inne, ale jeszcze (chyba) nikt przed Autorką nie złożył tego wszystkiego w spójny, ciekawy świat z własną historią i wieloma tajemnicami, jakie krył. Mówię tu w szczególności o tytułowym Mieście, miejscu dziwnym, strasznym i fascynującym, w którym z pewnością chciałabym się znaleźć i którego historia mnie fascynuje. Przez te elementy książka bardziej skręca w stronę fantastyki – a może nawet urban fantasy - niż klasycznego paranormal romance, mieszając oba gatunki, co świadczy o tym, że Autorka miała pomysł. I to bardzo dobry, nawet jeśli chodzi o rozkwitającą, zdawałoby się, miłość Clary i Jace’a, a także trójkącik miłosny z Simonem (który również mnie zaskoczył, bardziej, niestety, negatywnie); w końcu jednak wątek ten ewoluuje do w kierunku historii, jakiej nikt tu by się nie spodziewał. Muszę się jednak przyczepić do szablonowego ujęcia historii głównej bohaterki, w sumie wiadomo już od początku, że Clary jest kimś bardzo ważnym w całej tej dramie, skrywającym piętno kogoś złego (to wiadomo od czasów Harry’ego Pottera i jego magicznej blizny, jaką na pamiątkę pozostawił mu Voldemort), ale stojącej po stronie dobra, nawet sprzeciwiającej się wszystkim, którzy są źli, bez względu na to, kim oni dla niej są. To takie proste. A może dlatego przyjemne, że takie proste? 

Styl, jakim posługuje się Autorka jest prosty, ale jednocześnie bardzo płynny i lekki, dlatego książkę czyta się szybko i nie potrzebuje ona zbytniego zaangażowania szarych komórek czytelnika. Nie komplikuje książki zbyt wielką liczbą kwiecistych metafor, ani też nie obraża moich uczuć estetycznych potocznym i pełnym językowych wpadek tekstem, złożonym tylko z samych dialogów. Dialogi brzmią dość naturalnie, bohaterowie – ku mojej wielkiej uldze – nie wyrażają się jak roboty, ani też pisarka nie stara się wplątywać stylizowaną na średniowieczną mowy, czy, o zgrozo, młodzieżowego slangu, który zwykle okazuje się być bardzo daleki od tego rzeczywistego. Opisów dużo nie ma, nie są one może zbyt plastyczne, jednak na tyle dobre, by choć przez chwilę poczuć klimat opisywanych przez Autorkę miejsc i chociaż na chwilę uwierzyć w istnienie różnego rodzaju demonów, które reagują na wygrywaną na fortepianie melodyjkę, co w zupełności wystarczy, by przez chwilę odpocząć od cięższych lektur i jeszcze gorszej rzeczywistości. Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to brak umiejętności opisywania scen dynamicznych; chaos, zbytnia opisowość i nieporadność, charakteryzująca się w zbytnim używaniu tych wszystkich nagle i wtem, których pisarz pozbywa się razem z doświadczeniem. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jest nawet bardzo trudne dla bardzo doświadczonych pisarzy, a instruktorom kreatywnego pisania bardzo trudno jest nauczyć tego swoich podopiecznych – statyczne sceny wychodzą lepiej; opisując na przykład ucieczkę musimy liczyć się z zarzutem otarcia się o kicz albo o to, że czytelnik wszystkiego dobrze sobie nie wyobrazi. 

Dużym zaskoczeniem był dla mnie wiek głównej bohaterki – Clary ma zaledwie piętnaście lat. Mój dobry Boże, ja w jej wieku ze strachem przemykałam ulicami mojego miasta tuż pod dwudziestej drugiej, patrząc, czy za mną nie idzie jakiś tajemniczy cień, czy zza rogu nie wypadnie wampir, a po drodze nie spotkam Czarnej Wołgi handlującej ludzkimi narządami. Już o całowaniu się z chłopakiem nie mówię, choć pewna znajoma robiła już to w drugiej klasie podstawówki, nie wspominając o tym, że dziewczyna sugerowała Jace’owi coś więcej. W każdym razie, nie przyczepiając się do wieku, Clary była zupełnie neutralną mi postacią, może dlatego, że była bardzo przeciętna, podobna do wielu swoich nastoletnich kuzynek z innych powieści. Biedna, zagubiona, targana strachem o najbliższych, powoli zakochująca się w Jace’u dziewczyna, która nie wie, komu ufać i przez większość książki tak naprawdę nie wie, co się wokół niej dzieje. Poza tym jest bardzo zwyczajna: zakochuje się, żartuje ze swoim przyjacielem Simonem, chodzi na imprezy, nie ma żadnych skomplikowanych problemów natury moralnej i filozoficznej, słowem, zachowuje się tak, jak przystało na zwykłą nastolatkę chyba po to, żeby jej rówieśniczki łatwo się z nią mogły utożsamić. Nie nosi dredów, nie mieszka w łódce, nie jest więc dla mnie charakterystyczna i rozpoznawalna, brak jej też charakteru, by nie pozostawiać w cieniu innych, znacznie ciekawszych postaci – Izabelle, Hodge, Aleca no i gwiazdy programu – Jace’a, nie wspominając o Bardzo Złym Wujaszku Valentine. 

Jace spodobał się i mnie, choć na ogół nie lubię bohaterów paranormal romance, którzy są w dodatku blondynami i jeżdżą na motorach. Jace miał w sobie coś z zagubionego, małego chłopca, co nawet nie ginęło w czasie bójek z demonami; coś delikatnego, wrażliwego, mało męskiego, ale jednocześnie potrafi być opryskliwy i wredny, popisywać się przed Clary.To ciekawa postać, o mocnym kręgosłupie moralnym i dobrym charakterze, która na końcu staje się ciekawa i jeszcze bardziej skomplikowana, gdy na jaw wychodzi jego pochodzenie i rodzinna historia, a także okazuje się, kim dla niego jest Clary. Podziwiam go też za inteligencję, tak rzadką u postaci w fantastyce dla młodzieży, zdrowy rozsądek i ochotę na coś innego niż pocałowanie dziewczyny, na co ochotę ma większość bohaterów Pamiętników Wampirów i innych ciekawych książek. Jakby dla kontrastu Autorka umieściła gdzieś niedaleko tajemniczego, ciemnowłosego Aleca, o którym dowiadujemy się, że ma odmienną orientację seksualną, co bardzo mnie zaintrygowało – wbrew pozorom rzadko na kartach tego gatunku można spotkać się z homoseksualistą – i jest zakochany w Jace’u (cóż za niespodzianka!). Isabella, przez większość książki opryskliwa i wojownicza dziewczyna, co jest jej sposobem na okazywanie sympatii, to postać, jaką sama chciałabym być, ewentualnie mieć taką przyjaciółkę jak ona. Wszystkie postacie wyżej wymienione są nieźle skonstruowane, posiadające w sobie nieco życia, oryginalności, kilka iskier, które na jakiś czas pozwalają uwierzyć w ich istnienie w jakimś magicznym, innym świecie Instytutu. W tle przewija się jeszcze zagadkowy Hogde, postać, która od początku budziła moje podejrzenia, Simon, który od początku mnie irytował swoim mięczakowatym zachowaniem i geniusz Zła, Valentine, który, co bardzo mnie zdziwiło, od początku śmierdział kiczem i jakimś takim brakiem autentyczności, zupełnie jak zły Czarnoksiężnik z bajki Jezioro Łabędzie… Co? Wybaczcie mi, proszę, moje dziwnie skojarzenia. Ostatnio znalazłam karton na strychu z moimi starymi bajkami. Przepraszam. W każdym razie Valentine wypadł zupełnie nieprzekonująco, wprowadzając do książki mniej mroku, niżbym sobie tego życzyła i bardzo nad tym boleję. 

Czas przyszedł, by ocenić okładkę, co może być dość trudne. Miałam już nawet pomysł, żeby na warsztat wziąć niekłopotliwe wydanie filmowe bądź też wydanie pierwsze, ale wolałam nie odchodzić od mojego zwyczaju opisywania moich wydań powieści, więc podjęłam się tego bardzo trudnego zadania. Jak napisać, że kręcę moim łebkiem na nagi tors Jace’a i żebyście nie poczuli się urażeni, albo nie pomyśleli, że poszłam w ślady Aleca i zmieniłam orientację? Problem jednak w tym, że okładki w tym stylu wydają się kłopotliwe nie tylko ze względów estetycznych, ale i światopoglądowych – trudno mi akceptować nadmierny ekshibicjonizm w popkulturze, szczególnie w literaturze, w której tego typu okładki mają zapewne przyciągnąć wzrok. Ale czy powinnam brać to pod uwagę? To tylko moja bardzo subiektywna opinia, a nie uczciwa ocena książki. Chociaż nawet nie biorąc tego pod uwagę okładka nie prezentuje się niezbyt ciekawie – żółto-zielona kolorystyka nie wprowadza mroku tylko jakoś gryzący nasze oczy chaos. Wspomiany wyżej tors Jace’a mieni się ciemnożółtymi promieniami, a ktoś starannie wyrysował kontury jego tatuaży, natomiast na piersi możemy przeczytać zachęcający kawałek emocjonalnej recenzji pani Stephenie Meyer (tak, chętnie wysłałabym Panią do Valentine’a). Nagi Jace kończy się w przyzwoitym miejscu, a za to możemy podziwiać utrzymane w bardzo ciemnej kolorystyce wieżowce Nowego Jorku, gdzie rozgrywa się akcja, pod którymi rozpościera się coś w rodzaju dołu z jakimiś widmowo zielonymi kamieniami. Czy to tytułowe Miasto Kości czy Instytut? Ciężko powiedzieć, bo na tym wszystkim ktoś napisał tytuł i nazwisko oraz imię Autorki. Cóż, jak na mój gust, to wszystkiego za dużo i jeszcze te kolory. Co za dużo to nie zdrowo (a tu wszystkiego jest za dużo), a i tak okładka w zupełności nie pasuje do książki – przy niej okładka filmowa jest arcydziełem, chociaż Jace … w filmie … nie był przystojny (teraz możecie mnie zabić). 

Wiadomo, że kiedy okoliczności zmuszają nas do zabijania demonów, najlepiej to robić z przystojniakiem, jak również sama być piękną i wybraną przez liche, w sumie, przeznaczenie. A jeśli mamy ograniczone możliwości zostaje nam siedzenie i czytanie w domu, przygoda przeżywana tylko w wyobraźni. Jeśli chcecie, macie na to ochotę – bardzo proszę. Mózgu wam nie zniszczy, bo to niezła literatura, ani gustu nie zepsuje, a odpoczynek do cięższych rzeczy przyda się każdemu, tak samo jak skrócenie czasu podczas wakacyjnych podróży z miejsca na miejsce. Tylko nie zapomnijcie nauczyć się kung fu i kilku innych japońskich słów, żeby wasz demon ukryty w nauczycielu od matematyki was nie zabił. Ja wracam do swoich światów, by jeszcze kiedyś, kiedyś, może, tu wrócić i znów zapolować na demony z blond przystojniakiem Jace’em.

Tytuł: „Miasto Kości”
Autor: Cassandra Clare
Moja ocena: 5/10 

czwartek, 5 czerwca 2014

Piekło na wakacjach. Recenzja książki

Lubię antologie, tak samo jak grube powieścidła. Antologie, w których teksty są uporządkowane według jakiegoś klucza, wybranego przez Autora lub Wydawcę, wbrew pozorom nie są monotematyczne. Spotykamy się mnóstwem krótszych historii, czasami nowych Autorów, przez to nie można narzekać na nudę. Antologie są jak wielobarwny fresk – im bardziej elementy są do siebie niedopasowane, im bardziej oryginalne, tym lepiej. Jednak, co jest smutne, rzadko można spotkać dobrą antologię, chyba, że mamy zbiór tekstów jakiś mistrzów krótkiej formy, a zdarzają się tacy. Większość pisarzy, wydających co roku grube tomiszcza, nie może zmieścić się w krótszych rzeczach, przez co antologie śmierdzą tandetą. Ale ja biorę każdą, bo i tak są rzadko spotykane. Czytam każdą, jaka wpadnie w moje wygłodniałe łapska. I pożeram.

Na dość udany wyjazd na południe naszego pięknego kraju, postanowiłam sobie wziąć coś grubszego (grube książki poprawiają mi samopoczucie) ale jednocześnie szybkiego do czytania, głupiego, płytkiego, żeby się nie zmęczyć no i szybko przeczytać (wiadomo, że na wyjazdach nie ma dużo czasu na czytanie książki, szczególnie, gdy się spędza czas wchodząc i schodząc z Kasprowego Wierchu). Wybór padł na niepozornego, jednak grubego ebooka, który, o tym wiedziałam już wcześniej, spełnia wszystkie moje kryteria. Zadowolona, po naładowaniu sobie baterii w laptopie w jednym z naszych hotelów, odpaliłam lapcia i zaczęłam czytać.
Oto następna gruba antologia opowiadań o wampirach i nie tylko – znanych i mniej znanych pisarek. Tym razem już nie na balach maturalnych, ale, uwaga, na wakacjach krew będzie się lała strumieniami razem z wieczną miłością. Bohaterowie pojadą gdzieś daleko, poza swój dom, by przeżyć największy koszmar swojego życia. Zapierające dech w piersiach, prawda?

No więc zaczynamy. Pragnę jeszcze dodać, że żeby można jakoś się odnaleźć w tekście, postanowiłam wyodrębnić graficznie kolejne fragmenty dotyczące opowiadań. Pragnę dodać, że wypracowałam nową metodę oceniania antologii – nie będzie ona ogólna, ani oceniająca całościowo wszystkie opowiadania – postanowiłam tekst podzielić na kilka krótkich recenzyjek i przy każdej postawić ocenę według przyjętego przeze mnie kryterium, a na końcu – jako podsumowanie całej książki – wystawić średnią tych ocen. Uważam, że będzie to obiektywne i sprawiedliwe.

Książka, naturalnie, zaczyna się od wampirów i od straty dziewictwa, tak, by zainteresować drogie czytelniczki i zachęcić do kupna i przeczytania całej antologii. Opowiadanko to przedstawia losy dwóch dziewuszek, Liz i Kristin, które wybierają się na „Droga donikąd”, z określonym celem – Kristin ma ochotę stracić dziewictwo z pierwszym chłopakiem, który będzie ją chciał, a przynajmniej taką dostajemy informację. Poznają tam Hailey, zapaloną czytelniczkę brukowców typu „Fakt”, które zamiast publikować opalone kobiece ciała, rozgłasza plotki o tym, że wampiry atakują statki. Nie byłoby w tym niezwykłego, gdyby nie to, że ni z gruchy ni z pietruchy nasze dziewoje okazują się owymi wampirami, a człowiek zaskoczony nielogicznością powyższego, zostaje wgnieciony w fotel z głośnym „Jezus, what a fuck?”.

Plusy? Pomysł – nie. Sposób opisania – nie. Naprawdę trudno jest tutaj cokolwiek napisać! Po długim namyśle orzekłam, że jednak to, że Autorka potrafiła tak rozwinąć wątki, żeby przedstawić historię w formie dość krótkiego opowiadania, co innym Autorkom nie przychodziło niełatwo. Pisarka maksymalnie rozwinęła wątki i zbudowała całkiem niedługą historyjkę.

Bohaterki, bo jedyny bohater okazuje się samcem i ciotą, który o niczym innym nie myśli jak o chodzeniu z dziewczyną do alkowy, są koszmarnie płaskie. Liz to dziwka, aż się cisną na usta odpowiednie epitety, Kristin za wszelką cenę chce ową dziwką zostać, Hailey jest nadmuchanym materacem, które latem reklamują w hipermarketach, żeby nie powiedzieć dmuchaną lalą. Tępe, głupie dziewczęta, które chętnie wrzuciłabym w topiele, nawet nie wysysając im krwi.

Akcja, jak już wspomniałam powyżej, jest wszech miar nielogiczna. Najpierw nasze bohaterki myślą, że coś takiego jak wampiry na statkach nie istnieją, a później same się nimi okazują, co doprowadza człowieka do szewskiej pasji i zdumnienia. W ogóle nic się nie dzieje: przez całą ową epicką opowieść nasze bohaterki chodzą sobie i rozmyślają oraz szukają chłopaków dla Kristin. Ze zdumnieniem odkrywamy również, że tam, gdzie naszym zdaniem minęło parę godzin albo minut, w świecie opowiadanka minęło kilka(naście) dni. Zamęt i chaos, Autorka, której, nie znam (a muszę koniecznie poznać) nie potrafi tego w jakikolwiek sposób ogarnąć. Czytelnik gubi się wraz z Autorką, tyle że nie zastanawia się, jaki w tym może być sens, bo po prostu to nikogo nie interesuje.

Język jest pusty, wybiórczy i biedny jak mysz kościelna. Nie interesuje, nie wciąga, nie intryguje, nie maluje niczego. Dialogi są dialogami robotów, którzy bezmyślnymi głosami recytują algorytmy jakiegoś informatyka – amatora. Opisów nie ma prawie zupełnie, ale za to mamy stosy dialogów, po łebkach scharakteryzowane postacie i ogólny klimat niedbałości i nijakości. Przez to miałam dość już w pierwszym akapicie, a całą opowiastkę przeczytałam, niemal o tym nie myśląc.

Opowiadanie, najlżejsze ze wszystkich, zostało zapewne dlatego umieszczone na początku. Mnie, zamiast zachęcić (potencjalne czytelniczki, jak Wydawca się domyśla, mają być zachwycone opowiadaniem, które jest „cool” , ciekawe i takie, które do nich dotrze) zniechęciło i już chciałam wyłączyć lapka, ale droga wiła się jak wąż i do celu pozostało jeszcze wiele godzin. Zacisnęłam więc zęby i przeszłam dalej, wciąż nie móc się pozbyć miłej chałturki o dziewczęciu-wampirze.

Tytuł: „Łowy”
Autor: Sarah Mlynowski
Moja ocena: 0,5/5

Druga epicka opowieść jest autorstwa osoby mi znanej, przynajmniej z widzenia. Gdzieś na dysku walają się książki tej pisarki, które mam przeczytać, ale nie wiem kiedy to zrobię. W każdym razie słyszałam o tej pani wiele dobrych opinii i byłam przekonana, że będzie to „coś” w jej historii, co zdoła mnie przekonać. Szczególnie, że tytuł nasuwał mi skojarzenia z domami luster w wesołych miasteczkach, gdzie lustra nie zawsze są takie śmieszne – wielokrotnie słyszałam lub czytałam historie, w których lustra (które, mówiąc nawiasem, zapisały się w historii i tradycji jako diabelskie, wystarczy wspomnieć choćby lustro pana Twardowskiego, którym rzekomo wywołał zbolałemu Zygmuntowi Augustowi ducha ukochanej Barbary Radziwiłłówny) nie były tylko śmieszną zabawą. Liczyłam więc na coś strasznego, mrocznego..

Jednak widocznie owa pani pojęcie 'coś strasznego' widzi inaczej. Otóż Violett wyjeżdża z matką, jej drugim mężem Philippem i jego synem Evanem (który, mówiąc nawiasem, jest ukochanym głównej bohaterki i narratorki) na wakacje na Jamajce w ramach podróży poślubnej matki dziewczyny. Szybko okazuje się jednak, że wakacje są mocno nie udane – ów Philipp okazuje się tyranem i despotą, przy którym Neron i jego palący się Rzym jest krasnoludem z Tolkiena przy leśnym ognisku, a Evan, tak namiętnie całujący usta głównej bohaterki, zostaje zaczarowany przez miejscową wiedźmę. Anne Palmer, bo tak się nazywa, była kiedyś brutalnie bita przez swojego męża i od tamtego czasu mści się na wszystkich mężczyznach w wyjątkowo mroczny sposób – wyjmuje ich dusze i zamienia je w szkło. I właśnie tak chce zrobić z Evanem, tylko że wiedźma okazuje się mieć serce anioła i za specjalną zapłatą uwolni Evana, kiedy Violet da jej innego mężczyznę. Mężczyznę, który bije swoją żonę. Philippa. Dzięki wiedźmie matka chroni się traumą, a Violet odzyskuje chłopaka, który nie zawaha jej się pocałować. W końcu już nie ma Philippa. Przez całe opowiadanie, gdzieś w tle, przewijają się postacie służących, rodzeństwa – Damaris i Damona (hm, skąd ja znam to imię..?).

Pomysł w tym opowiadaniu jest na mały plusik, przynajmniej jego jakaś część. Rzadko zdarza się spotkać opowiadanie, w którym jednym z wątków będzie przemoc w domu i problemy z tego wynikające. To trudny temat, tutaj ujęty niedostatecznie dobrze – Philipp jest zwykłym psychopatą jakich na tej ludzkiej planecie jest zbyt wielu, a Autorka nie zrozumiała, że wyprawa w głąb jego głowy jest straszniejsza od czarownicy. W dodatku brakuje całości jakiegoś mroku, bo wszystko, co widzimy, to rozpalone piachy, nastolatka łażąca wokół różowego (!) domu wiedźmy i jakieś całowanie się. Dlatego na plus zasługuje tylko Philipp.

Język jest, jak na ten gatunek i wiele jego przedstawicielek, całkiem bogaty. Opisów jest nawet nieco, dialogi są jakby od niechcenia wplatane w fabułę jakoś nie grzeszą oryginalnością ani naturalnością, jednak jeszcze tak źle nie jest, żeby gadały roboty. Zresztą – opisy, które są, pokazują tylko, ile kasy mieli bohaterowie, w jakich luksusach mieszkali i jak bardzo Violett kocha Evana i jak bardzo boli ją zakazana miłość. No i te wszystkie uniesienia miłosne dwójki nastolatków – wolę już rozkrojone zwłoki w thrillerach.

Bohaterowie są wcale nieźli. Violett jest sentymentalna a z tej sentymentalności wojownicza i niepokonana, przynajmniej tak jest przedstawiona. Philipp, jak już mówiłam – psychopata i łajdak, ukazany jednak zbyt powierzchownie, a także matka Violett, osoba cicha jak szara mysz i bezwolnie poddająca się swojemu nowemu mężowi – tyranowi. Do dziś zastanawiam się, jak można być tak naiwnym, jeśli o to chodzi. No i jeszcze całkowity number one: wiedźma mieszkająca w różowym domu, chodząca w okularach przeciwsłonecznych i szlafroku. Kobieta, która została wiedźmą tylko dlatego, że mąż ją bił. Rozumiem, że wiedźmy także zmieniają się wraz z wiekiem, ale różowy domeczek to już gruba przesada. Czarownica.. Zła kobieta... No cóż, o gustach się nie dyskutuje, jak mówi stare, łacińskie przysłowie.

Nie, nie zachwyciło mnie, choć czytało się lekko, nie powiem. Historyjka raczej pusta, bezwartościowa, nie niosąca ze sobą nowego powiewu do paranormal romanse. Bardzo przeciętne, zupełnie niestraszne (ponoć to miała być antologia pełna piekielnych scen, a byle kryminał jest straszniejszy) coś, co na pewno wyglądałoby lepiej, gdyby rozciągnięte było na dłuższą książkę. Po prostu brakuje duszy – czegoś, co można było nazwać ponadprzeciętnym. Widać tu całkiem niezłe techniczne przygotowanie pisarki, ale czy to wystarczy? Pomysłu brak, a do wykonania pisarka się nie przyłożyła. Brak autentyczności. Niestety.
Jak widzicie, coraz ciężej czytało mi się tą antologię..

Tytuł: „Dom Luster”
Autor: Cassandra Clare
Moja ocena: 0,5/5

Przechodząc do następnego opowiadania miałam jeszcze coś, co nazywa się Roztapiającą się Nadzieją. Czyli nadzieją, która powoli znika. Ponieważ tytuł, jak mój wybredny gust był sweetaśny, zagryzłam tylko zęby, włączyłam ostre, na wskroś metalowe „Bye, Bye Beautiful” Nightwish, utwór opowiadający o pogardzie dla czegoś sweetaśnego. Przydało się to też dlatego, że zapychając sobie uszy metalem nie słyszałam Katarzyny Skrzyneckiej (każdy zna ją z pobocznej roli w „Bulionerach”, to, że jest piosenkarką, rzadko jest ludziom znane, a jeszcze rzadziej ludzie puszczają jej piosenki, których w serwisie tekstowo.pl jest tylko trzydzieści) , jęczącej w głośnikach utwór z najnowszej płyty „Koa” - niesamowicie piękne i głębokie „Share Your Life”. Z takim podkładem zaczęłam czytać następny horror, jadąc do Zakopanego.

Cecily ma matkę czarownicę i nieświadomego niczego ojca. Wraz z innymi paniami w wakacje wyjeżdżają na obóz, który w rzeczywistości nie jest urlopem, jak myślą mężowie innych czarownic, tylko sabatem ich żon. Główna bohaterka, osoba bardzo skrupulatna, ma jednak pewien problem: co roku spotyka tam wredną Kathleen, osobę bardzo pomysłową w robieniu przykrości naszej bohaterce. Tym razem przywozi ze sobą swojego idealnego chłopaka Scotta, w którym Cecily również się zakochuje. Problem jednak tkwi w tym, że największa przeciwniczka naszej bohaterki zakochała go w sobie zaklęciem, łamiąc w tym jeden z punktów regulaminu młodocianych czarownic. Cecily postanawia zrobić to samo i, przy pomocy „Księgi Cieniów” jej matki odczarować chłopaka (wtedy, była tego pewna, facet zakocha się w niej). Jednak... zaskoczenie. Odczarowany Scott okazuje się być jednym z tych przemiłych chłopaków, których ulubioną rozrywką jest stanie pod spożywczakami i sączenie taniego piwa. Świntuch. Debil. I tak dalej.

Plusy. Hm? Plusy, a tak. Czytało się lekko, płynnie. Jak rzadko które opowiadanie z tego tomu. Nie ma tu zbyt wielu fajerwerków, przy czym fabuła została maksymalnie rozwinięta i rozciągnięta, więc nie ma tu żadnego niedosytu. Historia jest spójna, pisarka stawia na konkrety. To mi się podoba.

Bohaterowie, bohaterowie. Podziwiam ich za to, że nie mieli żadnych cech charakteru i że byli idealni. Za to, że jedynym zmartwieniem dorastającej dziewczyny był chłopak, który ją kochał. A Kathleen! Żaden zabójca w stosiku kryminałów, jakie przeczytałam w swoim długim życiu, nie był taki straszliwy jak Kathleen. Nawet Warren Hoyt czy Albert Stucky, moi kumple z thrillerów Tess Gerristen i Alex Kavy, którzy, jakby się wydawało, byli idealnym złem, mieli jakieś ludzkie odruchy. Drżeliby przed Kathleen. Aż się dziwię, że nie wzięła do ręki noża i nie zabiła Cecily. A Scott! Najpierw sweet, aż mi się niedobrze robiło, a później już był fajny, gdy pokazał swoją prawdziwą twarz. Oh, wy naiwne dziewczynki!

Akcja jest bardzo schematyczna – dwie nienawidzące się dziewczyny, seksowny chłopak, kwestie magii i tak dalej. Nic nowego, no, może poza feministycznym wymysłem, że czarownicami mogą być tylko kobiety. W każdym razie nie było tu nawet ziarenka czegoś strasznego, czy czegoś, co mogłoby mnie zainteresować. Obyczajowe, bardzo słodkie opowiadanko dla dziewczynek, takie było moje pierwsze i jedyne skojarzenie z tym.

Język był prosty i lekki, bardzo zrozumiały i transparentny. Czytało się lepiej niż pozostałe, ponieważ oprócz dialogów były tam i opisy sytuacji, a to i to było zrównoważone ze sobą, nie nachalne. Wszystko było jednak puste, słodkie, banalne i nieciekawe. Owszem, miło się czytało, bardzo miło, ale to nie to. Niestety.

Zauważyłam, że im bardziej zagłębiałam się w to, tym stawało się to ciekawsze i lepsze. Tak jakby Wydawca zostawił najlepsze opowiadania na sam koniec. Aż tak kolorowo nie było, ale coraz mniej chałtury, a to oznacza, że będzie lepiej, będzie lepiej! Wyciągam języczek i lecę dalej!

Interesujecie się historią Francji? Napoleonem Bonaparte, tym kurduplem, co kochał Polkę, panią Walewską? Znacie straszliwą Rewolucję Francuską? Dla mnie to nie jest zbyt ciekawe. Po prostu morze krwi. Znam tylko raczej w zarysach, wiem, kim był Marat, Charlotte Cordell, Maria Antonina i wiem, że próbowano wprowadzić kult Rozumu (w pełnym tego słowa znaczeniu!). Wiem, co to Bastylia. Potrafię w dodatku odróżnić „Wolność wiodącą ludzi na barykady” od „Bitwy pod Grunwaldem” (na jednym jest baba bez stanika, a na drugim facet z białym płaszczem, jak stwierdził mój kuzyn). Nie ma w tym nic pociągającego: po prostu szubienica chodziła w górę i w dół. I łby leciały.

Jedna z Autorek tej fascynującej antologii pokusiła się o nawiązanie do tego tematu, konkretnie o dekrecie o podejrzanych (czytaj: o tych, co trzeba wybić). Oryginalne, bo kult Historii już wyparowuje jak kamfora ze świata pełnego wampirów. Panie wolą pisać o tym, o czym wiedzą – a teraz, patrząc na stan historii w naszych szkołach i na oceny – mało ludzi wie, że Jagiełło to nie nazwisko (poważnie, spotkałam jedną taką osobę, która tak myśli).

Charlie czyli Charlotte (licealistka) i Marylou (zapalona studentka psychologii) czyli Marie-Louise przyjeżdżają na wakacje do Francji. Tam poznają Henri'ego, a raczej Charlie, która wyszła na spacer i poznała faceta, który opowiada straszliwą historię o dekrecie dla podejrzanych, jednak omija fragment o gilotynach, bo zmyślna dziewczyna mu przerywa. Później od Gerarda poznaje prawdę – owa historia, a raczej papiery, które są owym dekretem, są obciążone klątwą. Dlaczego? Nie wiemy! Nie ma tutaj żadnego słówka, nawet takiego tyci, tyci. W każdym razie Marylou zostaje obciążona klątwą i kiedy Henri popełnia samobójstwo (po posiekaniu swojej żony), siostrzyczka zostaje zamknięta w piwnicy, a Charlie.. Charlie pieści się na kanapie z Gerardem. Mhm, słodkie. Do czasu, kiedy biedna dziewczyna popada w paranoje i przestrzela mu rękę. Na końcu opowiadania dostaje się do najmilszego miejsca na świecie – psychiatryka. Dają jej tyle leków, ile chce, czasem pozwalają korzystać jej z laptopa i z Internetu. Fascynujące. Jeszcze brakuje piosenki „Heaven is Place on Earth”, bo naszej kochanej bohaterce podoba się tu. Nawet bez chłopaka, z którym się pieściła. Ciekawe.

Wiecie, jak bolą naciągnięte mięśnie? Tak samo mnie bolał brzuch, gdy przeczytałam to coś. Akcja? Bohaterowie? Jaka akcja? Jacy bohaterowie? Mój ty Panie Boże. Czy coś tu cokolwiek jest?

Aha, plusy. Plusy. Czy coś tu w ogóle jest takiego? Dobra, nie będę Sknerus McKwacz i dam plusa za szpital psychiatryczny – bardzo oryginalne zakończenie opowieści!

Akcja tak mocno naciągnięta, że gdyby były nią moje mięśnie, od razu pojechałabym na pogotowie. Pomysł nie wypalił, od co. Zbyt wielkie plamy w mapie akcji utworu. Brakuje powodów, dlaczego nad papierami wisi klątwa. Brakuje dłuższego opisu tego, co działo się z papierami, skąd wzięły się u profesora.. Zresztą, ten pomysł, sama jego esencja jest, kolokwialnie mówiąc, do dupy. Nie warto pisać na ten temat opowiadania, no widać, że pomysł z nawiedzonymi papierami z czasów Rewolucji Francuskiej jest śmiesznie idiotyczny. A w ogóle zastanawiał się, kto zostawia dwie dziewczyny same, w obcym kraju, wciąż obiecując, że się przyjedzie, jak zrobił to ten ich wujek? Kto, zresztą, nie przywiózłby czegoś, nawet laptopa, oprócz podręcznika na studia? A sens? Gdzie jest sens, do licha.

Bohaterowie? Pośpiesznie wprowadzeni, niedokładnie naszkicowani, nijacy. Ich zachowania są mocno naciągane (znowu..), bo kto, przepraszam bardzo, po odstrzeleniu ręki głaskałby kogoś innego po głowie? Choćby dlatego, że boli jak diabli albo dlatego, że człowiek zapadł w morfinowy, znieczulający sen? No, chyba, że Gerard był ze stali i nic go nie bolało. Henri? Nie poznajemy nikogo o takim imieniu, chyba że tylko jego cień. A Marylou i Charlie? Jeśli ta pierwsza jest psychiczna od samego początku i tylko cudem studiuje psychologię, to ta druga na początku jest osobą bez żadnych cech, biedną dziewczynką pozbawioną osobowości, tak samo jak Gerard, jej ukochany.

Język jest prosty, ubogi, konkretny. Opisów nie ma żadnych, nie mówiąc już o charakterystykach bohaterów. Dowiadujemy się, jak wyglądał Gerard (czytelnicy muszą wiedzieć, jak przystojny był chłopak, z którym pieści się nasza główna bohaterka) i że Marylou miała rude włosy. Dużo! Opisów makabry mamy chyba najmniej, ale właśnie tego powinno być najwięcej. Tematu klimacików w opowiadanku już nie poruszam, bo nie warto. Nawet mi jest żal tej opowieści.

Ogólnie, wiało nudą i tandetą. O ile inne opowiadania z tej antologii mają w sobie coś naturalnego, a temat można by jeszcze podźwignąć, tutaj wszelkie problemy wynikają z naciąganego pomysłu na fabułę. Niczym nie zachwyca, niczym nie powala, tylko rozśmiesza infantylnością. A już myślałam, że Wydawca umieścił najlepsze opowiadania na koniec..

Tytuł: „Dekret o podejrzanych”
Autor: Maureen Johnson
Moja ocena: 0,5/5

Ta ostatnia recenzyjka, przed dopisaniem tej, również krótkiej, przedmowy, nie zajmowała dużo miejsca, co dowodzi tezie, że o dobrych rzeczach nie trzeba dużo pisać. A może nie chce mi się już pisać kolejnych recenzji bazgrołów różnych ludzi? Oczywiście chodzi o ostatnie opowiadanie – najlepsze. A już nie chciałam czytać! Coraz mniej jestem przekonana do trafności zabiegów marketingowych tego wydawnictwa – zanim szanujący siebie czytelnik dotrze do tego opowiadania, wyrzuci książkę w kąt pokoju albo komputera. Ale ja wytrwałam i - można tak powiedzieć – dostałam nagrodę. Dlatego, narodzie ciesz się i raduj, ostatnia recenzja będzie bardzo pozytywna. No może nie będzie tekstem napisanym przez piszczącą nastolatkę, ale przez osobę, która, pośród zwykłej trawy znalazła soczystą, dobrą trawkę.

Poe (tak, tak, tak bohater tej opowieści ma imię po wielkim pisarzu amerykańskim) wraz z przyjaciółmi wybiera się na wakacje do pewnej wioski w Karpatach, uważanej za nawiedzoną. Faktycznie, kiedyś, miasteczko oddawało cześć Szatanowi, dzięki czemu mieli zapewnioną ochronę przed kataklizmami, które wciąż nawiedzały mieścinę. Starsi ludzie w to wierzą, ale nowe pokolenie ma to wszystko głęboko w dupie, bo ich żyjący przodkowie wydają się bardzo śmieszni w tych zabobonach. Jednak amerykańscy przyjaciele są bardzo bezmyślni i mimo tego, że wiele osób ich ostrzega, wpadają w kłopoty. Straszliwe kłopoty.

Gotyckie. Punkowe. Gotycko – punkowe, a fabuła niemal jak z powieści Stephena Kinga. Raczej nie próbujcie czytać w nocy, jak ja to zrobiłam, już w hotelu. Przejmujące dreszczem. Demoniczne. Prawdziwy horror! Naprawdę!

Popatrzmy, co tu jest, a czego nie ma: klimat jest. Brrr.. Opisy – są, bo bez nich nie byłoby klimatu. Bohaterowie, w porządku, nieco denerwują, ale i tak jest fajnie.
Brakowało mi jednak dwóch rzeczy: po pierwsze, rozwiniętej fabuły. Oh, jakby było dobrze, gdyby można byłoby czytać o tym dłużej! A ile w tym temacie można napisać, jednak wszystko za szybko się skończyło i masz babo płacz. A po drugie brakowało mi jakiegoś zakończenia. Tutaj Autorka pozostawia opowieść otwartą, bez sensownego zakończenia, a szkoda. Wielka szkoda. To popsuło mi nieco wrażenie.

To jedno opowiadanie doskonale pasuje do tomiku i jego założenia. Piekielne opowiadanie w samym tego słowa znaczeniu. Tak! Gdyby to miało coś wspólnego z Facebookiem, od razu kliknęłabym 'Lubię To!'. Pomysł jest doskonały, może nieco nie rozwinięty i z nieefektownym zakończeniem, ale i tak o trzysta razy lepszy od reszty opowiadanek. W końcu to, że na chwilę krew zmroziła się mi w żyłach i na chwilę wierzyłam, że nawet w przytulnym pensjonacie w Zakopanem nie jest bezpiecznie, świadczy najlepiej, prawda?

Tytuł: „ Nigdzie nie jest bezpiecznie”
Autor: Libba Bray
Moja ocena: 3/5

Jeszcze coś niecoś ponarzekam na książkę i w końcu, po niemal tygodniu ślimaczego pisania skończę z tą stumetrową recenzją. Jak ktoś nie ma do mnie cierpliwości, niech już przestanie czytać, bo to aż takie ważne nie będzie, naprawdę.

Widziałam książkę w księgarni w Zakopanem. Fatalne wydanie. Miękkie okładki, żółte, prześwitujące strony, czyli lichy papier, najzwyklejsza czcionka, liche klejenie i w dodatku kilka literówek. A okładka to porażka. Psychodeliczna roślinność jest na każdym tomie opowiadań z tej serii, tak samo jak kolory. Tutaj psychodeliczny fiolet, niemal granatowy i ten kwiat w ogóle nie pasuje. Co te kwiatuszki mają wspólnego z książką? Z jej treścią? No chyba, że to jest taki tzw. kwiat dziewictwa, he, he. Nie, sobie tylko tak milusio żartuję. Jakiś wampir byłby już lepszy. Albo reprodukcja jakiegoś mrocznego obrazu. Zawsze lepiej wygląda. Zresztą, szczerze mówiąc, nie byłam jakoś specjalnie zaskoczona. Jak na razie tylko na jedną okładkę tego wspaniałego wydawnictwa jakoś zaakceptowałam.

Autorek opowiadań, oprócz Libby Bray, na której powieść miałam ochotę kiedyś, kiedy wpadłam do biblioteki i dlatego sobie tak nią zapamiętałam. Maureen Johnson znam, poznałam przy okazji co miesięcznych odwiedzin bloga Amandy Hocking, który jest idealny do nauki angielskiego, jak zresztą cały Internet. Oburzona Autorka trylogii o Tryllach napisała krytycznego posta na temat wpisu owej pani. Z podanego przez Amandę linku do bloga Maureen, wywnioskowałam, że owa pani jest feministką i wciąż sądzi, że monopol na literaturę mają mężczyźni. Aha. Rozumiem. W porządku. Nie komentuję. Na nasze rodzime narzecze przetłumaczono tylko jedną, mało sztandarową książkę pisarki i w dodatku mało popularną. Jest jeszcze, że jasna, Cassandra Clare, ale tej pani widziałam portrecik na portalu Lubimy Czytać i od razu odechciało mi się jej książek, choć mi koleżanka z klasy polecała. Jasne, wiem, że po wyglądzie ludzi i ich pracy się nie ocenia, ale … Jej opowiadanie nie było jakieś wybitne. A reszta? Oprócz tych trzech nie słyszałam nawet o Sarah Mlynowski (polskie nazwisko, polskie nazwisko!) ani o Claudii Gray. Pisarzów jak psów na tym ludzkim świecie.
Na jazdę samochodem, która, bez miętowej gumy do żucia byłaby samobójstwem, jest to książka idealna, ale to nie znaczy, że mi się podobała. Słabiutko było, oj słabiutko było. Nuda. Teraz, na starość, robię się coraz bardziej wybredna. W podstawówce to były czasy: pochłaniałam książkę za książką i na dodatek doprawiałam sobie książką, a teraz takie byle co wnerwia mnie i podczas czytania tego, często wręcz nagminnie podnosiłam swój łebek w kolorze rudoblond by najpierw podziwiać widoczki Beskidów, a później wysokich i surowych Tatr. Czasami nie chciało mi się czytać, ciężko przechodziło się od strony do strony. Żeby mnie zaciekawić, potrzeba było ciekawej akcji, albo – tak samo w ostatnim utworku, zapowiedzianego horroru. W końcu, z oddechem ulgi, docierając do słowa „Koniec”, uznałam, że jednak dobrze nie było. Piekło – jak widać – wyjechało jak ja na wakacje w góry (do Poronina.. ci co uczyli się w PRL jak moja mama będą wiedzieli o co chodzi..) i zadbało kuszenie określonej grupy pisarzy do stworzenia czegoś znośnego. Ciekawa jestem, kiedy przyjedzie i kiedy będę mogła wreszcie przeczytać coś, co będzie miało lepszą ocenę.

Autorki:
Sarah Mlynowski;
Cassandra Clare;
Claudia Gray;
Maureen Johnson;
Libba Bray;
Tytuł: „Wakacje z piekła”
Łowy”;
Dom Luster”
Nie lubię twojej dziewczyny”
Dekret o podejrzanych”
Nigdzie nie jest bezpiecznie”
Moja ocena: ocena ogólna: 1/10
o,5
o,5
0,5
0,5
3/5