Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2013. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

Kolejna wersja. Recenzja książki



Pamiętam czytany kilka lat temu esej Michała Głowińskiego, umieszczony w którymś z podręczników do języka polskiego, który mówił o wieloznaczności interpretacji mitycznej historii o Prometeuszu – tam, gdzie jedni widzieli bohatera i buntownika, inni dostrzegali wręcz demona, anty-boga, istotę niszczącą harmonię świata i boskie plany. Staff napisał zresztą ciekawy i cokolwiek śmieszny wiersz, będący raczej literacką igraszką niż poważnym projektem, ale doskonale pokazujący, że mitem można zrobić dosłownie wszystko – w owym wierszu Prometeusz to sentymentalny i próżny (!) młodzieniec, a Zeus jest humorzastym i kapryśnym władcą. Z początku byłam zaskoczona, ale później, badając choćby kulturę popularną czy oficjalną, zwaną postmodernistyczną, natknęłam się na wiele innych, równie ciekawych deformacji i wątków zapożyczanych z klasycznego kanonu, twórczo jednak przerabianych. I nie wspominam tu o tak oczywistych – szczególnie dla młodzieży – przykładach jak na przykład twórczość Ricka Riodiana (nie czytałam serii o Percym, ale moja młodsza kuzynka żywo interesuje się zarówno książkami jak i filmami, więc z grubsza wiem, o co biega). Choćby taki Ulisses Jamesa Joyce’a, co zresztą sugeruje sam tytuł. O obrazach nie wspominam, jak również o filmach, które czasami nie dotyczą mitologii samej w sobie, ale dla podniesienia atrakcyjności twórcy decydują się na wplecienie podobnych wątków. Wspomnieć tu należy choćby słynnych 300, w których oprócz latających ludzkich głów pojawiało się wiele nagich męskich postaci, w dodatku świetnie umięśnionych, dzięki czemu – trudno się dziwić – opowieścią tą zainteresowały się także panie, przez co zgubiły gdzieś po drodze prawdziwą wymowę filmów i los bohaterskich obrońców Termopile. Ale to nieistotne, bo produkcja była bezceremonialne komercyjna i właściwie na taki zachwyt nastawiona. Gorzej, kiedy to i niesłabnąca popularność mitologii w młodzieżowym ujęciu zainspirowały kogoś do napisania własnej historii. I jeszcze pokazania jej całemu światu. 

Wbrew pozorom, nie chcę szufladkować. Ani wmawiać, że ochota na pisanie książki jest zła. Ale ostatecznie ile na rynku może być paranormal romance? W czasie popularności tego gatunku literackiego pisarze z całego świata zdążyli wyprodukować całą masę historii, wykorzystując wszystkie wątki i schematy, jakie tylko mogą zostać użyte w tego typu literaturze. A nawet więcej. Nie narzekałabym, wręcz przeciwnie, bo z założenia większość powieści w danym gatunku (oczywiście jeśli rozpatrujemy paranormal romance w kategoriach gatunku literackiego, do czego mam duże wątpliwości) wnosi coś do niego, wzbogaca go o coś nowego, wyznacza dalsze cele, trendy i drogę, jaką podąża, co jest jednym z wyznacznikiem po prostu dobrej książki czy arcydzieła. I tak od opowiadań Poego doszliśmy do subtelnych, mrocznych kryminałów psychologicznych (jeśli takowe w ogóle istnieją), a w powieściach historycznych od przygody Scotta, Dumasa czy Sienkiewicza przeszliśmy do zadziwiających perspektyw, silnej psychologizacji postaci i ciekawych, różnorakich eksperymentów z historyczną materią. A jeśli chodzi o paranormal romance? Teraz już są inne trendy, moda na przystojne wampiry i anioły właściwie powoli zanika, bo też nikt nie potrafił wymyślić czegoś ciekawego, a czytelnik nudzi się kolejną podobną historią. A może nie. Takie klasyczne harlequiny w charakterystycznych okładkach – od dziesiątek lat opowiadają o tym samym, a niektórym wciąż się nie znudziło. Pewnie do podobnego wniosku doszła Autorka tej książki, kiedy skończyła oglądać 300 i odkryła Amerykę, postanawiając, że napisze powieść dla młodzieży z mitologią, niezwykle nowatorsko umieszczając akcję w szkole. Nie możecie uwierzyć, że ktoś wpadł na taki genialny pomysł? Ja też. Tego nawet nie przewidział wróżbita Maciej, a tym bardziej ja. Jak widzicie więc, pozycja owa musi być nadzwyczajnie dobra. Bo grunt to pomysł, prawda? 

Główną bohaterką książki została więc Gwen Frost. Gwen uczy się w Akademii Mitu, gdzie uczą się potomkowie stworzeń z mitologii greckiej (w tym również Spartan; co za głupi pomysł). Dziewczyna jednak nie ma przyjaciół, bo jest inna od swoich rówieśników. Ubiera się oryginalnie i nie u sławnych projektantów, czyta komiksy, a wielu z uczniów nie może zrozumieć, dlaczego w ogóle takie dziwadło, zupełnie nieporadne i bez żadnych widocznych magicznych mocy, uczy się właśnie w tej szkole. Gwen jednak niezbyt przejmuje się swoimi rówieśnikami, ma bowiem wiele innych zmartwień – wciąż męczy ją nieciekawa przeszłość i tajemnicza śmierć matki. I dar: niezwykły, niebezpieczny i męczący, który dziewczyna musi trzymać w tajemnicy i który w pewien sposób mamy zasygnalizowany już na okładce. Ten dar, jak się niedługo przekona, przyda jej się bardzo, bo odkrywa, że za barwną fasadą szkoły kryje się coś więcej – powiew niebezpieczeństwa i grozy, zawsze odczuwany przez uczniów Akademii, teraz zaczyna przybierać realne, straszliwe kształty. I ten Longan… Młody, umięśniony Spartanin, który z jakichś powodów zaczyna wracać uwagę na naszą Cygankę, dotąd zakochaną w nim nieodwołalnie i bardzo beznadziejnie. 

Wiecie co? Jedyną w miarę dobrą rzeczą w tej książce jest jej okładka, chociaż brokatu nie znoszę w żadnej formie, szczególnie na ustach i paznokciach (próbuję nie myśleć o najnowszym teledysku Miley Cyrus; w sumie nic dziwnego, że mój wstręt do świecących brokatowo elementów, wynikający z ewidentnej kiczowatości tegoż, zamienił się niemal w fobię, graniczącą ze wstrętem). A pazury dziewczyna na okładce ma niezwykle długie, w dodatku niebiesko-różowe, jakieś takie nieeleganckie, przynajmniej po mojemu. Żeby było lepiej je widać, jedną ręką zakrywa oko, a drugą trzyma na policzku, tuż obok lewego oka, pomalowanego na niewątpliwie śliczny i krzykliwy niebieski, pasujący do niezwykłego, równie niebieskiego odcieniu jej źrenic. No i te brokatowe usta. Pomińmy to lepiej milczeniem, nie chcę być już bardziej złośliwa. Poniżej rozpościera się jakaś żółta tkanina (?), coś co miało zapewne owijać twarz w dziewczyny w ten zmysłowy sposób znany z reklam Prewolla i innych środków piorących. Zresztą to nawet nie wygląda jak jedwab, bardziej przypomina mi chustę… Cygańską chustę? Tak, to brzmi bardzo możliwie. I, przede wszystkim, bardzo sensownie. Jednak, cokolwiek złego by nie powiedzieć, trzeba przyznać, że kolory na okładkę zostały dobrane na tyle starannie, że chociaż brokatu jest za dużo, na ilustrację patrzy się bardzo miło i bez większych estetycznych dysonansów, po prostu jak na kolejną poprawnie wydaną powieść dla młodzieży. Przynajmniej dopóki nie będziemy chcieli przeczytać nazwisko Autorki – można nieźle się namęczyć i naszukać, zanim odnajdziemy to na boku, w zupełnie niepraktycznym miejscu. Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo się zezłościłam. Może przez to, czytając książkę, widziałam jej wady tak nieznośnie wyostrzone? 

Podejrzewam jednak, że nawet gdyby okładka była introligatorskim cudeńkiem, idealnie wpasowującym się w moje poczucie estetyczne i gust, przez większą część książki zgrzytałabym zęby z bólu tudzież uderzała głową o ścianę i oprawa tej książki nie ma tu nic do rzeczy; gdyby była ładniejsza czy bardziej obiecująca, moje rozczarowanie byłoby zapewne większe i boleśniejsze, więc chyba dobrze, że tak się stało. W każdym razie, zagłębiając się w lekturze, przez większość część byłam skonsternowana. Tym gorzej, że zaczęłam się bać, czy to moja inteligencja spadła do zera, czy Autorka przeniosła zasady sztuki dadaistycznej do prozy młodzieżowej (to, mówiąc nawiasem, byłby nawet ciekawy eksperyment). Z każdą kolejną stroną jednak rozumiałam coraz lepiej, że nie potrzebuję pomocy medycznej, ani też nie jest to eksperyment. Chociaż, mimo że nieświadomie, pisarka badała moją wytrzymałość na czytanie bezsensu. Moją cierpliwość na książki, które udają tylko, że wypełnia je jakaś fabuła, a w rzeczywistości są o niczym. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko powieściom bez fabuły, bo to przecież domena mistrzów i prawdziwych artystów, ale książki, które udają, są po prostu fałszywe, kłamią. Przynajmniej tak ja to odbieram. To tak samo jak z ludźmi – nie odbierajcie tego personalnie, broń Boże – którzy udają, że mają mózg, ale tak naprawdę mają tam puch, albo, co gorsze, powietrze. A dlaczego ośmielam się krytykować w ten sposób tę powieść? Przez połowę książki, na kolejnych stronach, czytamy o tym, dlaczego Gwen jest inna od reszty uczniów; dlaczego Gwen nienawidzi swojego daru (tu pisarka serwuje dość rozbudowane retrospekcje, będące chyba najciekawszymi, bo zupełnie innymi partiami książki); czytamy o babci Gwen, o wrednych koleżankach Gwen ze szkoły i – sprawa przecież najważniejsza – dlaczegóż ów Spartanin jest taki sexy. Zainteresowanym, żeby nie musieli zaglądać do książki, wyjaśnię, że najpiękniejsze w nim są jego bicepsy i kaloryfer, niczym te, które mieli Spartanie w 300. A więc sprawa wyjaśniona. Dopiero na końcu książki zaczyna się coś dziać, akcja nabiera tempa, a wydarzenia stają się coraz bardziej mroczne i straszne; mniej wyrobieni czytelnicy z pewnością poczują ciarki wzdłuż kręgosłupa ze strachu, a może nawet nie będą mogli spać, marząc o tym, żeby posąg Ateny czy też bogini zwycięstwa Nike (albo jak kto chce – mroczny bóg Loki), ożył, naznaczając właśnie ich na wybranych. Problem tkwi jednak w tym, że wszystko zostało nakreślone bardzo infantylnie i zupełnie nieprawdopodobnie. Nieautentycznie. Sztucznie. Sam  pomysł był zresztą bardzo wadliwy; Autorka nie potrafiła sprawić, by czytelnik chociaż na chwilę poczuł, że coś takiego mogło się zdarzyć, że emocje i wydarzenia zawarte w fabule są prawdziwe, intensywne, takie, które i czytelnik może poczuć, zrozumieć. Infantylizm jest skutkiem niedostatecznie rozbudowanych wydarzeń i rozwiązań fabularnych, może i zabawnych (chociażby ten gadający miecz o znaczącym imieniu Wiktor), które jednak stanowią dziwny, niedorzeczny i jaskrawy kontrast do mrocznych ofiar dla uwięzionego boga Lokiego i całej tej części mitologii, którą Autorka stworzyła do uzupełnienia powieściowego świata, dołączając go do kanonów; razem wygląda to boleśnie kiczowato i po prostu źle. Utrudnia to nie tylko ogarnięcie całości, z czego połowy nie chce się po prostu uznać za historię snutą całkowicie na poważnie. Zresztą, nawet ciekawa akcja i kreatywne pomysły nie uratowałoby czegoś, co jest napisane przez osobę zupełnie nie potrafiącą precyzyjnie i konsekwentnie prowadzić akcji, tak, by pisanina miała sens. Jakikolwiek, nawet durny jak uwagi owego miecza, Wiktora (i jego jedno oko, kojarzące się mojemu zniszczonemu mózgowi z horrorami SF czy thrillerami o bombie atomowej). To zawsze lepsze niż wzdychanie do czyichś mięśni. 

Język powieści jest prosty, a raczej niezwykle prosty. Nieprawdą byłoby powiedzieć, że pisarka ma problem z budową zdania złożonego, ale ciężko z czystym sumieniem stwierdzić, że powieść jest napisana w sposób, w jaki powinno być to zrobione; to znaczy tak, by nie tylko czytało się szybko, ale i z przyjemnością obcowania z dobrą literaturą. Oczywiście, nie wymagam tego od książek dla zwykłej młodzieży, ale za prosto, niemal topornie zbudowanymi zdaniami, kryje się ogromna, niewypełniona przestrzeń. I to mnie boli. Nawet jeśli lektura jest prosta i lekka w odbiorze, nawet jeśli można ją przeczytać w jeden dzień. Nie ma tu zabiegów literackich, nie ma ciekawych, mięsistych zdań, zaskakujących konstrukcji; pisarka z ledwością radzi sobie z takimi podstawowymi sprawami jak opisanie jakiejś szybszej akcji, jak to, co dzieje się na końcu. Ba! Wspominałam już o tym, że ma trudności z ciągnięciem jakiejś akcji, podtrzymywaniem czytelnika w napięciu. O raczeniu czytelnika dialogami wypełnionymi przez suchary i lichy, przewidywalny sarkazm już nie mówię. Nawet nie dodam też, że brzmi to tak, jakby całość recytowały roboty, najobojętniejszym ze swoich metalicznych głosów i oczywistej infantylności niektórych fraz, całych wydarzeń i niektórych opisów, które w założeniu Autorki miały być chyba śmieszne (ha, ha, ha). Skąd ona to skopiowała? Z różowych książeczek o wróżkach dla dziewczynek? Nie, nie mogła, bo zaraz otrzymujemy jeśli nie pełen podtekstów to baraniego zachwytu opis kaloryfera wybranka naszej Gwen, tak bardzo pretensjonalnego, że tylko trzymany w ręku kubek kakao powstrzymał mnie od uszkodzenia tego, co zostało z moich szarych komórek i ataku spazmatycznego śmiechu. Oh, piękny Spartaninie! Będziesz pokazywał swoje mięśnie złemu bogowi Lokiemu jak Leonidas pod Termopile? Najśmieszniejsze jest to, że nie udało się Autorce napisać tego wszystkiego tak, żebym poczuła chociaż cień jakiegokolwiek uczucia do bohatera, a tym bardziej jakoś odmalowała sobie go w wyobraźni. I nie zmiękczę swojej krytyki, wiedząc, że pisarka jest debiutantką. Znam wielu debiutantów, którzy piszą sto razy lepiej niż ja w swoim piątym życiu. O Autorce – taktownie – już nic, absolutnie nic, nie mówiąc. Wbrew pozorom nie jestem taka zła jak pewna bohaterka powieści, Jasmine. 

Postaci, jak już wiele razy już wspominałam, są niezwykle puste i boleśnie schematycznie, łącznie z główną bohaterką. Gwen to typowa Mary Sue, tym razem w niezwykle ostatninio popularnym, hipsterskim wydaniu: nieładna, niepozorna, niekoniecznie lubiana, z pozoru bez żadnych specjalnych zdolności, niezbyt bogata i przeciętna, a w dodatku lubi komiksy o superbohaterach Marvela, nie mówiąc już o byciu kujonem i posiadaniu średniej 5,0 (przyznam jednak, że gdyby w normalnych szkołach było tyle przedmiotów, ile Gwen wymienia w dodatku do książki, moja średnia, nie chwaląc się, byłaby z pewnością o wiele wyższa). Tak jak każda Mary Sue, Gwen zostaje wybrana przez boginię Nike do zadania, które z pewnością jest przeznaczone dla mądrzejszych albo bardziej wysportowanych i sama właściwie nie wie dlaczego. I jeszcze ten piękny Spartanin – nawiasem trzeba dodać, że jest taki sam jak wielu chłopaków z paranormal romance, co znaczy, że myśli raczej mięśniami niż mózgiem, a w dodatku jest mdło idealny i ohydnie romantyczny bądź przypomina ucieleśnienie boga seksu, gotowego o każdej porze dnia i nocy – który zaczyna interesować się właśnie nią, mając wokół tyle piękniejszych, bardziej pociągających dziewczyn. Autorce nie udało się także podkreślić tego, co w Gwen było oryginalne, mogące stanowić o pewnej wartości jej postaci czy – ogólnie - powieści, a nawet sprawiać, że nakreślona przez pisarkę postać będzie ciekawsza, pełniejsza i pełna życia. W swoim byciu hipsterem i cyganką (bo nie mam wątpliwości, że Cyganie to stuprocentowi hipsterzy) panna Frost jest nudna i przewidywalna, a jej buntownicza natura tak bardzo właściwa dla tych Mary Sue, których twórcy próbowali wykreować je na szorstkie, jeszcze bardziej irytujące postacie. I dalej nic nie oryginalnego. A jeśli już, to oryginalność boleśnie udawana, wymuszona. I to nie dotyczy tylko niej i jej wybranka, tyle że jeśli chodzi o te dwie postacie, to Autorka udaje najbardziej i bezowocnie stara się zrobić z tego coś lepszego. Taka Daphne na przykład. Nosi się na różowo i jest zarozumiała, piękna i w ogóle. Wow. Wielkie zaskoczenie, jeśli chodzi o wybór cech charakteru tej postaci, tak przewidywalny, że równie dobrze mogłaby zastąpić ją inna bohaterką z tych powieści o szkolnych problemach nastolatków, które w czasach mojej niewinnej młodości były równie popularne, co teraz walczące z niesprawiedliwym systemem dziewczęta. Pewnie i każdy z was spotkał kiedyś taką osobę i zakładam, że nie są to najlepsze wspomnienia. Dlatego tak bardzo zirytował mnie fakt, że Daphne okazała się naprawdę dobrą osobą, razem ze swoimi różami. Cóż, w życiu różnie bywa, powiecie, ale tak naprawdę pisarka nie potrafiła pokazać Daphne tak, by można było o niej powiedzieć więcej, nad stwierdzenie, że jest to postać nieumiejętnie nakreślona, pozbawiona głębi, schematyczna i przede wszystkim nudna. Tak samo jak Jasmine – nudna, męcząca i niezwykle przewidywalna postać, która, w przeciwieństwie do pozostałych postaci, w tym również skrajnie babciowatej babci Gwen, jest niewykorzystaną szansą. Z tą całą swoją nienawiścią, mrokiem i pozostałymi sprawami, o których pisać nie mogę, bo byłby to ewidentny spoiler, mogłaby stać się osobą naprawdę wyrazistą i ciekawą, wprowadzającą do książki dużo pikanterii i czegoś niepokojącego, co może zakryłoby choć trochę ów infantylizm, o którym pisałam wyżej. Dzięki temu mogłoby być po prostu ciekawiej. Ale nie jest – Autorka zepsuła zupełnie wszystko, co mogłoby być w tej postaci dobre z czytelniczego punktu widzenia, serwując kolejną przerysowaną, mdłą i nijaką postać, jaka również zaniża i poziom książki, i innych bohaterów, wchodzących w skład owego panteonu o wątpliwej jakości, oczywiście nie licząc miecza Gwen, którego ciężko zaliczyć nie tylko do kategorii książkowych charakterów, ale i kiepskich żartów. Nie dziwcie się więc, że wciąż, jak refren, w mózgu przewija mi się owo przeczytane kiedyś zdanie – bodajże w Kubusiu Puchatku – o owych umysłach wypełnionych puchem. I o ile z łatwością powiedzieć to o żyjących, realnych ludziach (mówię to w uproszczeniu, bo prawdziwemu książkoholikowi trudno odróżnić fikcję od prawdy), to między innymi w tej książce Autorka zrobiła postacią wielką, niepowetowaną i niewybaczalną krzywdę. Najgorsze jest również to, że oni nie są tego świadomi. 

Nie wiem, jaka jest przyszłość gatunku paranormal romace. Może zaginie kiedyś, tak jak drzewa, które wycięto na papier. Jestem zdania, że miarą po prostu dobrej książki, czy nawet arcydzieła, jest to, ile lat ta książka będzie żyć w świadomości następnych pokoleń. I może ktoś odgrzebie tę czy inną pozycję, by dać do przeczytania swoim dzieciom – czego nie polecam – ale to już nie będzie to. I dobrze. Szczególnie, że może na świecie znajdzie się jeszcze kiedyś ktoś, kto obejrzy Starcie tytanów, Xeny, wojowniczej księżniczki i owych 300, a potem wpadnie na pomysł, żeby napisać książkę dla starszej młodzieży, opowie jednak historię zupełnie inaczej i zapoczątkuje coś, co będzie nowym gatunkiem literackim, dokonując to, czego ta pisarka nie potrafiła, dostarczając ludziom niekłamanej rozrywki. I to też będzie dobre. W końcu samą Autorkę tej powieści zdumiewa, ile różnorodnych wersji może mieć dana opowieść, nawet ta.

Tytuł: „Dotyk Gwen Frost”
Autor: Jennifer Estep
Moja ocena: 0,5/10

piątek, 24 lipca 2015

Serce ma najlepsze oczy. Recenzja książki



Może niektórych zdziwi to, co napiszę, ale naprawdę nie jest fajnie być dorosłym. Problemy, z którymi człowiek styka się na co dzień są trudniejsze niż wcześniej, bardziej skomplikowane i o wiele bardziej trudne. Odpowiedzialność większa. Za siebie, za innych. To jest bardzo ciężkie, bo być odpowiedzialnym – moim zdaniem – oznacza wziąć na siebie konsekwencje tego co się zrobi, co bywa trudne. Wiadomo, człowiek jest omylny, często popełniam błędy, których konsekwencje nie są już bardzo miłe. Inni nie przemilczają przed tobą złych rzeczy, które pewnie ukrywaliby za fałszywym uśmiechem, kiedy do czynienia mieliby z dzieckiem. Widzi się rzeczy złe, ale tak powszechne, że trzeba je zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć. Spieszymy się, coraz bardziej: szkoła, potem praca, dzieci, coraz więcej znajomych. Życie nie przypomina serialu, wręcz przeciwnie. Pędzimy, mimo że niemal każde zakupy można zrobić już w Internecie, talerze umyje zmywarka, a z brudnymi ubraniami poradzi sobie pralka. Motamy się w rozmaite emocje, relacje, gubimy się, z każdym dniem niszcząc coraz bardziej wewnętrzne dziecko w nas. Tracimy tamtą niewinność. Już teraz wiemy na pewno, że wyobraźnia to nie wszystko, a szewc nigdy nie ożeni się z królewną. 

Nawet będąc bardzo zapracowanym, szukamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania i powody naszego, czasami złego, samopoczucia. Propozycji jest wiele: religia, wschodnia filozofia, własne poglądy, czasami ignorowanie tych kwestii i poszukiwanie szczęścia tam, gdzie raczej go nie znajdziemy, podczas gdy najważniejsze kwestie przesuwają się przed naszymi oczami, tak blisko, że aż są niedostrzegalne. Pogrążamy się w absurdach naszych ról, wpadając w zamknięte koło i dusząc się tam, nawet nie wiedząc, dlaczego czujemy się źle. Ale dlaczego? Co robimy nie tak? 

Mały Książę mieszka na swojej małej planecie gdzieś pośród gwiazd. Codziennie rano niszczy baobaby, które rozrastają się jak chwasty i w przeciągu kilku dni zniszczyłyby całą planetę, a potem opiekuje się i rozmawia ze swoją Różą, pięknym, ale skomplikowanym kwiatem, bardzo kapryśnym zresztą. W końcu chłopiec nie wytrzymuje i postanawia odpocząć od wrednego kwiatka i zaczyna swoją wędrówkę przez wiele planet – poznaje tam wiele różnych typów, w tym Bankiera czy Pijaka, którzy go dziwią i zmuszają do zadania sobie wielu pytań, na które nie zna odpowiedzi; pogłębia to jego samotność. W końcu dociera do Ziemi i ze zdumieniem odkrywa, że rośnie tu wiele róż, tak bardzo podobnych i niepodobnych do jego Róży. Spotyka także Lisa, bardzo mądre zwierzę, które wyjaśnia mu sekrety przyjaźni i daje wskazówki. Na końcu swojej wędrówki spotyka Lotnika, którego prosi o namalowanie baranka, co dla mężczyzny jest czymś dziwnym. Jednak chłopiec tęskni już za swoją planetą. Tylko jak się można stąd wydostać? 

Banalna, dziwna opowiastka dla dzieci, która brzmi tak, jakby napisał ją pijak albo zwariowany żołnierz, który musiał awaryjnie lądować na pustyni i który może w ten sposób chciał odreagować wojenne doświadczenia (niestety, nie zdążył tego zrobić, bo zginął w czasie II Wojny Światowej), prawda? Chciałoby się powiedzieć, że to racja. Jednak absurdalna, mocno bajkowa fabuła kryje drugie dno, które, by je odkryć, musimy zrozumieć bez narzucania interpretacji przez nauczycieli w szkole, którzy najczęściej sami ściągają wszystko z specjalnych ściąg z lekturami. Wtedy odkryje się przed nami bogactwo znaczeń tej opowiastki i będziemy zaskoczeni. Bardzo zaskoczeni. Tak jak ja, kiedy przeczytałam kilka lat po tym, jak była to moja lektura szkolna i moja nauczycielka obrzydziła mi czytanie zadanych do szkoły książek na całe trzy lata. 

O czym opowiada ta historyjka? O życiu; podróż Małego Księcia jest metaforą życia człowieka, zakończoną śmiercią i ponowną podróżą między gwiazdy, do Niewiadomego. O przyjaźni; szczególnie wątek Lisa, który pięknie opowiada o istocie przyjaźni i tym, że stajemy się za nich odpowiedzialni. O tym, że najważniejsze jest niewidzialne i niewyczuwalne dla zmysłów, trzeba więc patrzeć i czuć sercem, które, choć ślepe, ma czulsze oczy niż te zwykłe, że musimy nim patrzyć na świat – co to znaczy, każdy sam musi sobie odpowiedzieć. O miłości; o tym, że ukochana osoba jest dla nas wyjątkowa, mimo że wokół niej jest tyle do niej podobnych, o istocie miłości między dwoma osobami. Ale przede wszystkim o absurdach dorosłych. Dorosłych w cudzysłowu, oczywiście. Pisarz świetnie i prosto pokazał istotę pułapek, w których popadli kolejny bohaterowie (czy planety w książce nie oznaczają przypadkiem alienacji?): Król (potrzeba rządzenia innymi), Człowiek Próżny (szukanie poklasku kogokolwiek), Pijak (najbardziej zabawne i absurdalne, ale najbardziej trafna charakterystyka tego typu ludzi w kilku słowach), Bankier (potrzeba liczenia, przeliczania, posiadania i pomnażania rzeczy, które i tak nie zostaną wykorzystywane), Latarnik (nadgorliwość i nadobowiązkowość, wykonywanie z oddaniem rzeczy zupełnie zbędnych), Geograf (miłość do wiedzy czysto teoretycznej, przywiązywanie są do teorii). Podczas podróży bohater, po poznaniu którejś z tych osób snuje swoje refleksje na ich temat, dziwiąc się ich chorym, absurdalnie śmiesznym poglądom i ich działaniom. Zastanawia także to, że Ziemia była siódmą planetą podczas wyprawy Małego Księcia, ale pewnie numerologia jest tu czystą nadinterpretacją, więc nie zagłębiam się jeszcze dalej, bo jeszcze odczytam jakiś kod i będę was straszyć, że w następnym roku będzie koniec świata. 

Można więc naprawdę wiele się nauczyć, chociaż wiedza nie została podana bardzo nachalnie – Autor nie wygłasza mądrym maksym, a całe przesłanie książki kryje się w dialogach, subtelne i wymagające nieco pomyślunku. Mądrość kryje się samej fabule, w sposobie przedstawiania Małego Księcia w kontraście do Róży, postaci spotykanych na planetach, tym, co mówią i co jest bardzo absurdalne z perspektywy głównego bohatera. W symbolach, jakich w książce jest pełno, w grze słów, krótkim dialogu, w jednym zdaniu, w kontrastach, w bohaterach, miejscach zdarzeń, w szczegółach, elementach, którym należy poświęcić więcej czasu, by odkryć ich istotę, właściwą, zaszyfrowaną wymowę. To naprawdę mistrzowski popis formy krótkiej formy powiastki filozoficznej – tyle odcieni, zaszyfrowanych znaczeń, kontrastów zawartych w niezwykle prostych słowach, wyjętych niemal z bajki dla dzieci, budzi naprawdę mój respekt dla Autora i prawdziwy podziw. Tylko mistrzowie tego gatunku są wstanie tak bardzo skondensować tyle treści i zrobić to w sposób, który nie budzi żadnych estetycznych i technicznych wątpliwości; jestem naprawdę pod wrażeniem, nie tylko z powodu tych kilku słynnych cytatów, ale ogólnie – każde słowo, choć boleśnie proste i zwyczajne, staje się nagle tak pięknie, że czasami żałuję, że książka jest taka krótka, choć wiem, że jeszcze kilka stron rozciągania opowieści zniszczyłoby jej delikatną konstrukcję. Pisarz bowiem – jakby tego było mało – pięknie i pracowicie konstruuje swoją historię, tak, że tylko pozornie jest ona jak prosty obrazek na starannej, skomplikowanej koronce. Czy to nie jest fascynujące? 

Warto napisać także kilka słów na temat ilustracji Autora. Dość infantylne akwarelki, charakteryzujące się kolorystycznym ascetyzmem (kolory są blade, przygaszone lub obrazki są po prostu czarno-białe), pewnym schematyzmem i bezpretensjonalną prostotą. Kreski są nieco staroświeckie, klasyczne, sympatyczne i urozmaicające książkę – wpada w oko szczególnie charakterystyczny portret Małego Księcia  z blond czupryną i szalikiem, odzianego w zielone wdzianko, a ulubioną ilustracją jest główny bohater uczepiony ptaków (najbardziej nie lubię tego smutnego obrazka na końcu książki, wiadomo chyba, dlaczego). Owe obrazki doskonale korespondują z melancholią całości, z delikatnością tekstu, prostym językiem i głęboką wymową. Mają coś w sobie ze starych książek z bajkami, coś ze starymi dobranockami, ale jednocześnie nie są infantylne – mają w sobie coś smutnego, coś, co sprawia, że są to niemal obrazki z mojego ukochanego, starego zbioru Baśni Andersena: pełne magii i tajemnicy – czegoś, czego nie potrafię nazwać. 

Dla mnie opowiastka ta była prawdziwą przygodą intelektualną, która na każdym kroku stawiała przede mną mnóstwo wyzwań, a ja, jak już zapewne wiecie, uwielbiam takie wyzwania. Im więcej warstw, im więcej dowolnych interpretacji, tym dla mnie lepiej, ciekawiej, szczególnie, że Autor to osoba niezwykła, o rozwiniętej empatii i ze spojrzeniem prawdziwego dziecka, ale nie naiwnym tylko bardzo mądrym, bo popartym jeszcze dużym doświadczeniem życiowym (z żoną ponoć mu  się nie układało, stąd taka kreacja Róży). Takich osób jest już coraz mniej, a są coraz bardziej potrzebni, na szczęście zostają po nich opowieści, takie jak ta. To jedna z tych opowieści-kalejdoskopów: wszystko zależy od sposobu patrzenia, tego, czego oczekujemy od danej książki. Jeśli czekamy na ciekawą baśń – musimy się zawieźć. Ale szukamy słów i znaczeń między liniami tekstu, z pewnością będziemy zachwyceni, albo – chociaż – zaskoczeni, bo dowiemy się czegoś tak oczywistego, że aż niezauważalnego. Niezauważalnego, bo to najtrudniej dostrzec, co mamy przed samym nosem, niezauważalnego, bo być może serce mamy zamknięte i nie możemy nim widzieć, czuć. Jeśli tak jest, to myślę, że to odpowiednia okazja, by to zmienić.

Tytuł: „Mały Książę”
Autor: Antonie de Saint-Exupéry
Moja ocena: 9,5/10

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wszyscy zapomną. Recenzja książki



Traktuję kryminały jak miłą rozrywkę i logiczną łamigłówkę w jednym. Lubię szukać mordercy, razem z detektywem lub policjantem szukać związków pomiędzy zbrodniami, domyślać się motywów. Lubię być miło zaskoczona, a to najczęściej zdarza się w kryminałach, bo czasami trudno jest zgadnąć, kto zabił i kiedy okazuje się, że to ciotka głównego bohatera w pudrowanej peruczce i z jamnikiem na smyczy ogarnia mnie niewysłowiony podziw dla zdolności danego pisarza. Nie ukrywam również, że gotyckie, mroczne tematy to moja miłość, a ponieważ horrory coraz bardziej przypominają wyludnionego McDonalda uwalanego w ketchupie (zresztą nie chcę drżeć ze strachu na widok samochodowej opony, przekonana, że lada chwila zmieni się w Morderczą Oponę), z radością sięgam po kryminały i thrillery. No i trzeci powód – jestem po prostu dziewczyną i zapiera mi dech na każdym filmie z Bondem, nie mówiąc o powieściach z przystojnymi agentami FBI, choć od czasu do czasu nie pogardzę starym detektywem-marudą z fajeczką i peleryną pana Holmesa (nie mylić z Cumberbatchem!). No to w czym problem? Dlaczego sięgając po jakikolwiek kryminał, w głowie piszczy mi alarm? Ano dlatego, że są kryminały i kryminały, jak to w literaturze bywa; jedne są dobre, drugie złe, są jeszcze najbardziej szkodliwe średniaki, które nie wywołują żadnych uczuć poza męczącym pytaniem: Boże miłosierny, ile jeszcze stron do końca? i skracają życie i czas, przeznaczony na lepsze książki, co chyba jest najgorsze. Ale skąd mamy wiedzieć, że sięgamy po coś beznadziejnego czy arcydzieło? Jedno i drugie jest tak samo ładnie opakowane, że człowiek już nie wie, co dobre, a co złe. I wpada w pułapkę. Znowu. 

Dwie ciężarne przyjaciółki – Johanna i Agnes – i ich mężowie spędzają wakacje w małej, rybackiej wiosce. Pewnego razu Agnes znika. Dlaczego? Co się stało? Gdzie jest? Nikt nie potrafi tego powiedzieć, na domiar złego jej mąż, Tobbe, zaczyna mieć wyrzuty sumienia, że nie dopilnował żony, pochłonięty rozrywkami jakie dostarcza pub: karaoke, alkohol i pewna młoda dziewczyna. Wokół tego wszystkiego krąży stary dziennikarz, który wciąż ma nadzieję, że jego artykuły dostaną się, tak jak kiedyś, na pierwsze strony gazet i zaczyna prowadzić swoje śledztwo. Kto z małej wioski uwięził kobietę, która być może niedługo zacznie rodzić? Czy ją zabito, czy została uwięziona? I czy chodzi o samą Agnes, czy o to, że jest w ciąży? 

Nie jestem specjalną fanką Camilli Läckberg – jej kryminały mają naprawdę wiele wad, ale i tak dałam się skusić na książkę. To coś nowego, pomyślałam, widząc, że powieść będzie miała związek z ciążą. Po trochu domyślałam się, i słusznie, o co może chodzić, ale miałam ochotę sprawdzić, szczególnie, że Autorka na fotografii wydawała się sympatyczna no i przecież to jest Czarna Seria. Powieść nie wydawała się też gruba, ot, czytadło do pociągu i na odpoczynek po wyczerpującej podróży; a debiuty kryminalne, w pewnym sensie, zawsze są ciekawe, szczególnie, że początek tej powieści jest bardzo tajemniczy i intrygujący – szczerze mówiąc, można się po nim naprawdę wiele spodziewać. Ale czy sam początek, swojego rodzaju prolog, mówi prawdę o całej powieści? Ano, przekonajmy się. 

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Okładki Czarnej Serii prawie nigdy mi się nie podobały. Są specyficzne, to prawda, ale w większości w sposób raczej negatywny. Gdybym jednak z jakiś powodów uparła się znaleźć  w tej książce coś jednoznacznie dobrego, musiałabym chyba pochwalić dobre chęci Autorki (wiadomo, co jest nimi wybrukowane) i jej ambicje, ale zazwyczaj debiutanci tak mają – albo pomysł, albo ambicje, tylko niezbyt wiedzą, co z tym zrobić. A jeśli w tych kobiecych czytadłach o dolinach, wyżynach i powrotach na rozlewiska można jeszcze nadrabiać formą, to te powieści chyba nie mają na celu zaskakiwanie czymkolwiek, to dobry kryminał musi być ciekawy, wyróżniający się czymś od innych i sprawa jest na tyle trudna, że musi – moim zdaniem – być to zarówno wykonanie, jak i pomysł. 

W warstwie językowej widać, że Autorka bardzo się starała. Aż za bardzo, bo opisy uczuć bohaterów, których w powieści jest najwięcej, tracą dużo na naturalności – aż za bardzo dopieszczone stają się sztuczne i jakieś sztywne. Próbowała także z dialogami, ożywiając je na wszystkie znane jej sposoby, co tylko pogłębiało mękę czytania. Pisarka ma bardzo prosty, dość płynny i mało plastyczny – jak na powieść debiutancką -  styl odpowiedni do lekkich czytadeł dobrych do szpitala i pociągu, z zasady przesłodzonych, a nie mrocznych, ambitnych kryminałów pragnących dorównać Zygmuntowi Miłoszowskiemu, a także niezbyt bogate słownictwo, którym próbując zdziałać nim cuda literackie na poziomie Victora Hugo pogrąża się, według mnie, jeszcze bardziej. W wyniku tego zamiast wyrafinowanych gierek na uczuciach odbiorcy mamy szyte grubymi nićmi emocje niezbyt ciekawie nakreślonych bohaterów, bez światłocieni i językowych smaczków; zamiast napięcia i splątania, tego drażniącego uczucia, kiedy szukamy czegoś, kogoś ważnego, ale nie możemy tego znaleźć, dręczeni tęsknotą i wyrzutami sumienia mamy po prostu zwykłą nudę, a zamiast pięknych opisów skandynawskiej przyrody mamy … Nic. To jest najbardziej przykre, bo taplając się w emocjonalnym błotku swoich postaci, Autorka zapomniała o elementach chyba najważniejszych w skandynawskiej literaturze, sprawiając, że gdyby nie obecność morza i szwedzkich nazw, myślałabym, że to Nowy Jork albo coś w ten deseń. A to już jest niedopuszczalne. 

Muszę przyznać, że byłam nieco zaskoczona rozwiązaniem zagadki, bo o ile słusznie się domyślałam, dlaczego Agnes zginęła, to wybór oprawców kobiety był dość zaskakujący. Jednak na tym cała pomysłowość Autorki się kończy, bo powieść jest bardzo przewidywalna, a większość wątków i zdarzeń wepchniętych na siłę, żeby z historii, idealnej na krótkie, kryminalne opowiadanie, stworzyć powieść. Lwia część fabuły nie prowadzi do niczego konkretnego, wszystko urywa się samoczynnie pod koniec, jakby sama pisarka była zmęczona ciągnięciem tych bezcelowych historii. Większość miejsca w środku wypełniają dylematy i marudzenie męża Agnes, Tobbego i innych bohaterów (Autorka stara się możliwie najlepiej nakreślić konflikty między przyjaciółmi z prawdziwie psychologicznym wyrafinowaniem, co zupełnie jej się nie udaje) pozbawione – jak pisałam już wyżej – jakiejkolwiek finezji i czegokolwiek, co mogłoby mnie na tyle zainteresować, bym czytała dalej nie tylko dlatego, że nie miałam przy sobie żadnej innej książki. Fabuła wlecze się jak flaki z olejem czy coś innego (nie jestem dobrą kucharką, nie przychodzi mi więc na myśl żadne bardziej oryginalne porównanie kucharskie), nawet nowe, coraz mniej ciekawe i dobrze poprowadzone wątki nudzą już po kilku stronach, a powieść sprawia wrażenie chaosu zlepionych ze sobą fragmentów; czasami nawet dziwiłam się, że kolejny, jeszcze bardziej oddalony od historii głównej wątek, znalazł tu swoje miejsce z niewiadomych podwodów. Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat schematów z miliona innych kryminałów, jak to o prasie i pewnym znanym  Nie macie nawet pojęcia, jak to denerwowało! Rzadko patrzę na strony i obsesyjnie sprawdzam, ile jeszcze zostało do końca, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać, szczególnie wtedy, kiedy Tobbe leżał i biadał, a Autorka starała się wyłapać jego myśli i ciekawie je opisać, każde słowo rodząc w prawdziwych bólach. 

Postacie są męczące. Tak najlepiej, jednym słowem, mogę opisać bohaterów tej książki. Męczące, bo ciągle marudzą, szczególnie ten przeklęty Tobbe, którego porwałabym zamiast jego żony Agnes, która tak naprawdę jest postacią-duchem, nieobecnym przez całą powieść powodem tego całego zamieszania i którą tak naprawdę nie poznajemy. Tobbe sympatycznym, dobrym mężem nie jest, a jego bardzo rozbudowane wyrzuty sumienia zmuszają go do narzekania i snucia się z kąta w kąt, co naprawdę nie jest ani ciekawe, ani tym bardziej w jakikolwiek sposób wpływające na fabułę książki. Poza tym mamy jeszcze dość bezpłciową Johannę (to imię!) i jej męża Eryka, postać ledwo nakreśloną i być może ciekawą, ale potraktowaną mocno po macoszemu, irytujący i drażniący Rosenlund, ów słynny dziennikarz kryminalny, któremu życzyłam jak najgorzej, byle męka przebywania w jego towarzystwie skończyła się jak najszybciej. W tle przewija się jeszcze Nicole, mała córeczka Agnes, Rosita, nieprawdopodobnie irytująca kelnerka z pewnego baru i jeszcze kilka innych person (w tym Kenny, któremu z całego serca życzyłam, by wycelowany na końcu powieści w niego pistolet wystrzelił, uwalniając ludzkość od jego irytującej osoby) zupełnie źle skonstruowanych, wkurzających i z źle zarysowaną psychiką: zamiast psychologicznej głębi, bohaterowie są sztucznie nadmuchani jak balony, co tylko kusi, by je przebić (wiem, że to niechrześcijańskie, ale z pewnością zdarza się każdemu molowi książkowemu, który ceni dobrą literaturę czyli ciekawą przygodę z dobrymi, równie ciekawymi bohaterami), albo po prostu szukać wytchnienia w innej, lepszej książce, jak wody po długim marszu przez pustynię. 

Okładka jest – jak pisałam już wcześniej – specyficzna, bo to przecież Czarna Seria, ale i tak brzydka. Przede wszystkim kolory, te wszystkie dziwne kontrasty. Żółte zboże (?), ponury budynek na tle różowego zachodzącego słońca poprzedzielanego ciemniejszymi chmurami w kolorach ciemnobłękitnym i turkusowym, który wprost cudownie gryzie się ze wszelkimi różami i żółciami. Jakby tego było mało, dół przyozdabia biały napis z nazwiskiem Autorki, a z turkusowego nieba zwiesza się malowniczy tytuł w najrozmaitsze ciapki, paski i szlaczki, jeszcze bardziej niż tytuł dające do zrozumienia, że w książce będzie dużo na temat ciąży. Zresztą cała okładka to sugeruje – mimo że to obrazek jakiegoś porzuconego domu (co ma to do treści powieści, to nie wiem) – podejrzewam, że gryzące się cukierkowe, niemal pastelowe, róże, żółcie i turkusy mają nasuwać jakieś ponure morderstwo czy coś w tym stylu z dzieckiem w roli głównej. Może i tak, ale nie wygląda to ładnie, o zatrzymaniu wzroku na półkach księgarni już nie mówiąc. Czasami jednak wydawnictwo powinno się postarać. 

Zastanawiam się w ogóle nad ideą wydania tej książki w serii, w której dotychczas pojawiały się – może niezbyt dobre – ale za to rasowe kryminały, bo nie wiem, czy to naprawdę jest kryminał, już o thrillerze nie mówiąc. To raczej taka sobie opowieść obyczajowo-psychologiczna z mroczniejszym wątkiem, który zatamuje powietrze w płucach niejednej fance powieści o mrocznych, rodzinnych tajemnicach. Zastanawiam się zresztą nad samą ideą tej powieści, nie tylko jako powieści – bo opowiadanko z tego byłoby już niezłe – ale nad samym pomysłem. Jako opowieść do szuflady kobiety w ciąży, lękającej się o swoje dziecko historia w sam raz, ale chyba nie znaczy to, że trzeba od razu publikować to na całym świecie, nachalnie reklamując jako doskonały kryminał. Naprawdę. Bo i tak powieść ta sama się nie wyborni i, parafrazując tytuł, za trzydzieści sześć tygodni wszyscy o tym zapomną.

Tytuł: „36 tygodni”
Autor: Sofie Sarenbrant
Moja ocena: 1/10



czwartek, 9 lipca 2015

Zapach plastiku. Recenzja książki



Kto z nas nie lubi zapachu książek? Wącham każdą nową książkę tuż po przyjściu z księgarni – bo w miejscu publicznym wyglądałoby to, jakbym nie była tak do końca normalna – a także stare książki przy dokonywaniu kolejnego remanentu w mojej biblioteczce, próbując po zapachu odgadnąć treść i jakość książki, a podczas czytania robię to kilkakrotnie. Mogę wam przysiąc, że każda książka pachnie inaczej, a za każdym razem zapach druku i kart papieru jest tak samo hipnotyzujący, że czuję się jak narkomanka po kilku porządnych niuchach heroiny. To właśnie – razem z szelestem przewracanych stron i fakturą papieru – sprawia, że książki papierowe są dla mnie ważniejsze od e-booków, o audiobookach już nie mówię, bo forma odstrasza mnie od razu. Ale to nie są jednak jedyne piękne zapachy, jakimi może zachwycać się kobieta – od niepamiętnych lat wytwarzano perfum, połączenia najpiękniejszych, najbardziej oszałamiających zapachów (choć nie czarujmy się, że mężczyźni na ogół są bezradni wobec własnego wzroku i węchu, a odpowiednie perfum idealnie podkreśla to, co kobieta chce wyeksponować). Niestety, nie stać mnie, by iść do sklepu i kupić Chanel bez zaplanowania i półrocznych cięć w budżecie na książki, ale przecież jest tyle innych pięknych zapachów – uwielbiam szczególnie jaśmin i piżmo, na co dzień jednak wolę lekkie, orzeźwiające połączenia zapachów owocowych i kwiatowych. 

Na co jeszcze jest wyczulony mój nos? Na miętę, farbę, benzynę (w ćwiczeniach z zerówki uznałam, że to przyjemny zapach…) i zapach ciepłego kakao, na szpital i kawę (ponieważ jestem uzależniona od kofeiny, kiedy poczuję nawet lekką woń, moje serce zaczyna szybciej bić), czekoladę, mokrą, wieczorną trawę, las, deszcz, powietrze po burzy i pot, jeden z najgorszych zapachów, jakie istnieją. Był to koniec moich dziecinnych marzeń, zainspirowanych jakimś magazynem z modą podebranym u cioci, kiedy okazało się, że nigdy nie zostanę marines ani którąś z lasek Bonda, z którymi jeździł w palących się autach, a sam 007 nigdy do naszego kochanego kraju nad Wisłą nie przyjedzie. Projektowanie perfum zawsze wydawało mi się jakąś sztuką, bardziej delikatną od wyrafinowanej, koronkowej poezji, opierającą się na pięknie i podświadomości człowieka, potrafiącą przeistoczyć dziwaka i chłopczycę w królową balu. Cóż z tego, kiedy nos nie ten; a zdolności człowiek czuje tylko do literatury, zżerającej czas i niszczącej zdrowie? Dlatego kiedy w moje lepkie łapki wpadła powieść, w której – jak głosił szumnie blurb – główna bohaterka projektuje nowe zapachy, mając wręcz fenomenalny węch, wiedziałam, że pomimo tandetnej okładki (która już wtedy powinna była mnie przestrzec) to coś dla mnie. 

Narzeczony Daphne zostawia dziewczynę przy ołtarzu, kompromitując ją przy gościach. Co więcej, wszystko wygląda na perfidnie zaplanowaną akcję, o której jego rodzina już wiedziała. Od tamtego dnia dziewczyna, zawodowa i doskonała projektantka perfum, traci swój węch absolutny, prawdopodobnie od stresu. Nieszczęśliwa wyjeżdża z rodzinnego San Francisco do małej mieściny, gdzie ma pomóc upadającej firmie, produkującej środki czystości, na której czele stoi sfrustrowany szef, Jesse (samotny ojciec małego Bena, więc jak prawdziwa chrześcijanka nie chciałaby się nim zaopiekować?)… W tym miejscu chyba zakończę tę część recenzji, bo jeszcze kilka słów i domylibyście się reszty. Zresztą chyba i tak przewidujecie, jak połączą się losy Sfrustrowanego Szefa i Daphne. Mi wystarczyło przeczytać o gościu na początku książki, bym domyśliła się reszty akcji tej niewielkiej książeczki. Wróżbito Macieju, właśnie masz poważną konkurencję w tej oto blogerce książkowej! 

Książka jest niezwykle oryginalnym i nowatorskim połączeniem Klasycznego Harlequina, tylko trzynaście stron dłuższego od charakterystycznych, białych książeczek i powieści religijnej w stylu amerykańskiej pruderii. Zaskakujące? I to bardzo! Bohaterowie co kilka linijek tekstu opowiadają o woli Boga i jego łasce, o Biblii i przeznaczeniu, a zamiast ostrych scen erotycznych mamy tu słodkie chwile romantycznej miłości, łącznie z oświadczynami, weseliskiem i małżeńskim seksem, a wszystko to połączone z dziwnym problemem Daphne, dotyczącym braku węchu, który nie można wytłumaczyć naukowo, co, jak sugeruje Autorka wiąże się z Boskim cudem, a może z Cudem Miłości. Czy to nie jest wspaniałe, romantyczne i słodkie? Jak można oprzeć się tej książce, wabiącej niczym połączenie najsłodszych perfum z odświeżaczem do powietrza i Rajdem do zabijania insektów? 

Dobrze, spokojnie. Po kolei. Przez więcej niż pół tej chudej książeczki nie dzieje się nic konkretnego, a Autorka staje na rzęsach, żeby z krótkiego opowiadania stworzyć powieść – mamy nawet szczegółowy opis wizyty Daphne (swoją drogą, co to za romantyczne imię! Ja mam w łazience takie mydło w kostce, swoją drogą jest bardzo dobre) u chirurga plastycznego, który zamiast leczyć jej nos, wstrzykuje jej botoks do ust; pozostawiam to bez komentarza i wiele innych rzeczy, będących w większości rozdmuchanymi szczegółami, nic do fabuły nie wnoszącymi, za to zmieniającymi nieco konwencję klasycznego Harlequina z siedmioma kanonicznymi rozdziałami, które tu, przez te wszystkie szczególiki zostają rozdrobnione na dwadzieścia ileś, co jednak nie wprowadza jakichś rewelacji w schematach, które pozostają te same: pierwsze spotkanie, drugie spotkanie, randka, perypetia, rozwiązanie perypetii i na końcu romantyczny koniec. Chyba że pod uwagę weźmiemy to, że pisarka ma ambicje zostania pastorem czy teologiem, wciąż powierzając swoich bohaterów opiece Boga, zachwycając się, że Pan ich oszczędził i cytując Biblię, bo to rzeczywiście bardzo oryginalne w Harlequinach i powieściach religijnych. Innowacja. Zaraz tysiąc innych pisarek to ściągnie, czy tylko się zainspiruje i pobożne gospodynie domowe, zamiast grzeszyć przy czytaniu Pięćdziesięciu twarzy Grey’a będą miały (w końcu!) idealne książki dla siebie. O tym, co interesowało mnie najbardziej, czyli perfum, jest tu najmniej, bo przecież Daphne straciła węch, a udawanie, że tak nie jest pochłania całą energię bohaterki (swoją drogą, chyba ciężko tak udawać). Zamiast opisów połączeń zapachów i wlewania gotowych perfum do pięknych, nieraz bardzo pomysłowych buteleczek, dostałam zupełnie coś innego, co jednak – muszę przyznać – czytało się tak szybko, że nie warto było odłożyć książeczki czy rzucić o ścianę. Mam jednak opisać, jak czuje się osoba jednocześnie wpuszczona w maliny, nabita w butelkę i – najlepsze – wystrychnięta na dudka? Każdy przecież zna to paskudne uczucie. 

Pomysł, z pewnością, był żaden. Skopiowane od szablonu, dodane kilka zupełnie bezcelowych wydarzeń, żeby było wystarczająco dużo stron na książkę (nieważne, że przez większość książki nic się nie dzieje). Chyba że tym zaszczytnym mianem mamy określić wątek religijny, faktycznie bardzo oryginalny, bo chyba jeszcze niespotykany albo bardzo rzadki w powieściach tego typu. Jednak to, nawet w połączeniu z zostawieniem Daphne samotnej przed ołtarzem i tymi perfumami (nie mogę narzekać; jedna mała scenka ma miejsce w specjalnym laboratorium, poza tym nie ma tam nic więcej na ten temat), których jest tam tyle co śniegu wiosną, czy prawie nic. Jedyną nadzieją, oczywiście zmarnowaną przez Autorkę, jest wątek utraty węchu przez Daphne, co pisarka (pisarka? No dobrze, teraz nawet ja ze swoimi grafomańskimi recenzjami jestem pisarką czy czymś w tym rodzaju, więc ona, ta Autorka, też może) przekształciła w niezwykle romantyczny fragment wątku miłosnego, co oddala ją od rzeczywistości od lata świetlne. 

Co można powiedzieć o bohaterach? Cóż, jaka jest lalka Barbie każdy widzi. Chociaż to lalka Barbie bardzo chrześcijańska, słodka, naiwna, pruderyjna, zło dobrem zwyciężająca, lodzio miodzio. Skrzywdzona przez jednego narzeczonego ofiara szalonego lekarza, któremu nawet nie potrafiła odmówić wykonania tego zabiegu z botoksem. Głęboka jak podłoga, autentyczna jak schematyczny człowiek-patyczak, który ozdabia moje pokryte już kurzem podręczniki z gimnazjum, bohaterka, której nie sposób nie pokochać. Naprawdę. Przecież ona była taka cudowna, że tajemnicza utrata węchu w magiczny (raczej cudowny sposób, określenie magiczny jest przecież zbrodnią!) sposób ustąpiła, gdy znalazła Tego Jedynego. A on? Jesse jest bardzo typowym przystojniakiem po przejściach z dzieckiem w wieku przedszkolnym, który – będąc oczywiście chrześcijaninem, jak wszyscy w tej książce, szuka dobrej laski, z którą ułoży sobie życie. Jest tylko imieniem i nazwiskiem wypisanym na kartce papieru, bo życia w nim nie ma zupełnie, nie mówiąc już o jakiś bardziej skomplikowanych cechach charakteru, no, może poza mocną wiarą do Boga i ufnością w jego wyroki, oraz – mimo wszystko – naprawdę dobrymi sposobami podrywanie Daphne, która z radością chce być podrywana i tą całą rycerskością. A wszystko po to, by czytelniczki, kiedy już przeczytają książkę, z tęsknotą spojrzały na plastikowego Kena na półeczce i za okno, by sprawdzić, czy Wymarzony zaparkował na podwórku swoje ferrari. 

O reszcie bohaterów, posiadających równie słodkie imiona co bezpłciowe osobowości, wolę już nie mówić, bo nawet mi zabrakłoby złośliwości, cierpliwości i czasu, by napisać o tych wszystkich mankamentach i błędach, z których się składają, a potem jeszcze dodać, że w sumie i tak są papierowi jak papier właśnie, więc nie opłaca się o nich dużo pisać. Lepiej będzie to przemilczeć – to sprawi, że nam wszystkim będzie mniej przykro. W końcu nie chcę się dołować i znów śnić tych koszmarów, w których każda książka jest gorsza od drugiej. Więc cóż? Wyruszamy dalej, przed nami jeszcze mnóstwo fascynujących wrażeń, również tych zapachowych. 

Trzeba przyznać, że w tym przypadku okładka była znakiem ostrzegawczym: uważaj, Kylie, jestem harlequinem! , ale ja, jak ten harcerz z absurdalnej piosenki o Stokrotce wlazłam w pokrzywy po pas na całe zmarnowane półtora godziny. Obrazek jest śliczny, słodki i bardzo romantyczny, utrzymany w biało-różowo-błękitnych barwach z dopieszczoną Photoshopem twarzą kobiety, co razem tworzy mieszankę ciężką do strawienia dla osoby, która słodkości raczej nie lubi i która, tak jak ja, od razu czuje załamanie światła w żołądku. Chociaż nie powiem, że nie wygląda to malowniczo; róż z błękitem tworzą bardzo dobrą kompozycję na chrzcie i w pokoju maluchów, ale z pewnością nie na okładkach książek, chyba że ktoś takie słodkości lubi. Jedyną zaletą wydania jest naprawdę niewielki format, dzięki któremu powieść zmieści się do damskiej torebki – zresztą chyba taki był zamysł całej serii, do której należy ta powieść; książek, ekhem, bardzo kobiecych  – również mojej, dzięki czemu nie szłam dziwnie przekrzywiona bądź z podejrzanie wypchniętą torebką, gdzie dwa lub trzy grube tomiszcza niszczyły swoje grube okładki (dziś już tego nie robię, ze względów estetycznych). Mówiąc więc obiektywnie, okładka jest naprawdę starannie wykonana i w miarę estetyczna, moja subiektywna opinia jednak… Eh, nie ważne. W każdym razie wiecie. Tak jak reszta książki. 

Trzeba jednak przyznać, że Autorka, choć ma bardzo, ale to bardzo ubogi zasób słownictwa, pisze płynnie i potoczyście. Lekko, można by powiedzieć, dzięki czemu książkę czyta się w tempie ekspresowym. Styl, oczywiście, jest mocno harlequinowaty i koszmarnie naiwno-słodki, mimo czego miałam dziwne wrażenie, że każde słowo napisane przez pisarkę narodziło się dziwnym bólem, jakby zmuszała siebie do pisania tej powieści, czemu tak naprawdę zupełnie się nie dziwię. Nie wiem jednak, czy jest to zasługa tłumacza (a może raczej jednego z tych świetnych programów do tłumaczenia, przez które takie książki jak ta zostają przepuszczone), bo – o dziwo – nie ma potknięć językowych i słów, które nie pasują do reszty, wybijają czytelnika z rytmu czytania. Bo tu naprawdę jest jakaś harmonia, melodia, co prawda naiwna i do granic bólu słodka, ale jest. Nawet wtedy, kiedy bohaterowie wyznają sobie miłość, słowami oblepionymi lukrem tak, że aż się mdło robi czy z emfazą modlą się do Boga, cytują Biblię i tak dalej co, słowo honoru, przy całych tych słodyczach brzmi jeszcze bardziej absurdalnie niż na ustach osoby z jakiejś sekty. Naprawdę. O dziwo jednak dało się to wszystko czytać, bo, jak widzicie, naprawdę dobrnęłam do końca, a prostszy od budowy cepa styl pisarki był już mniejszym złem, niż wszystko, o czym napisałam powyżej. Naprawdę. 

Ja to mam szczęście do złych książek, naprawdę. Zamiast wyławiać same perły z literackiego morza, przyciągam tylko to, co czytać nie powinnam, a naprawdę ciekawe pozycje umykają mi, zostawiając na pastwę tego czegoś tam, jak to powyżej. Może naprawdę powinnam zająć się literaturą niszową, elitarną, literackim undergroundem i odpuścić sobie nawet spojrzenia w stronę nowoczesnej literatury popularnej i biedronkowych biblioteczek? Może wtedy mój czuły narząd węchu nie zarejestrowałby zapachu świeżutkiego, wymuskanego plastiku, zmieszanego z kwiatowym perfum z sylwetką Hello Kitty czy Hannah Montany (wspomnienia!) i spływającym po kartach książki lepkim, różowym lukrem? Może wtedy nie musiałabym schodzić do tego piekiełka z dziewczyną o imieniu mojego mydła, jej byłym narzeczonym i Jessem by słuchać ich modłów do Boga i uczyć się, że nasz Pan tak pokieruje naszym życiem, byśmy byli zawsze szczęśliwi, co jest mi zupełnie obojętne? Wystarczą mi lalki Barbie, bo ostatecznie książek o sztuce robienia perfum – ze słynnym Pachnidłem na czele – jest wystarczająco dużo, żebym miała szansę poczuć się szczęśliwa; mimo tej powieści wiem, że jest tyle innych pięknych zapachów, które sprawią, że w końcu zapomnę o tym, że taka książka istnieje faktycznie.

Tytuł: „Zapach deszczu”
Autor: Kristin Billerbeck
Moja ocena: 0,5/10



czwartek, 2 lipca 2015

Grzech za grzech. Recenzja książki



Muszę przyznać, że skasowałam już drugą wersję tej recenzji, jest pierwsza w nocy i łóżko przyciąga mnie jak magnes, szczególnie, że Mama zapaliła do jakiejś zdrowej żywności i wyrzuciła mój cały zapas kawy. Jak napisać o kryminale, nie zdradzając dużo z fabuły? To jedna z tych książek z drugim dnem, jakimś ciekawszym przesłaniem, które chciałabym wam przybliżyć, ale co? Oskarżycie mnie o spoilery, a przecież wiem, jak to jest: zabiję całą radochę z czytania. Mogłabym się poddać i napisać, że książka jest taka i owaka, z zadowoleniem ziewnąć sobie i przytulić się do podusi, pod którą kryje się kilka książek – zabobonnie wierzę, że to uratuje mnie przed częstymi koszmarami i da kolejny sen z którąś z przeczytanych powieści w roli głównej. Albo opisać wam plakaty z Freddiem Mercurym i Nightwish, wiszące na moich ścianach. Ale wiecie, że tak nie zrobię i znów będę pisać o książkach, uważając, żeby nie powiedzieć słówka za dużo (szkoda jednak, że taki wspaniały temat przechodzi mi koło nosa; kiedy będzie kolejna okazja, żeby go poruszyć?). Na wstępie, zanim uznacie, że to książka dla was i pobiegniecie do księgarń, bibliotek czy zamówicie w Internecie, muszę dać wam jedną małą radę: jeśli szanujecie swoją psychikę, nie czytajcie jej. Skończcie nawet czytać tę recenzję i skomentujcie post kogoś innego, bo – choć ocena z różnych względów nie będzie najlepsza – będziecie chcieli ją czytać. Tylko jak nie pisnąć słówka o niespodziankach, jakie was czekają? 

To jest sprawa ciężka nawet dla detektywa Huntera, który w życiu widział już wiele strasznych rzeczy, nie mówiąc już o reszcie policjantów.. Wyrafinowane, perfekcyjne, a przede wszystkim mrożące krew w żyłach morderstwa pozornie nie mają nic z sobą wspólnego. Łączy ich tylko pomysłowość mordercy, ale kim on jest? Zabójca idealny, mający tysiące twarzy? Jak dotrzeć do prawdy? I czy nie zbudzi ona moralnych niepokojów u samego detektywa, kiedy role kata i ofiary staną się niejednoznaczne. I czy detektyw przeżyje spotkanie z mordercą? 

Jakoś tak podniośle mi się napisało, ale mniejsza z tym, bo więcej nie mogę zdradzić – fabuła, pomysł to największy plus powieści. Nie ma zbędnego kombinowania, jakiś pokrętnych, naciąganych wyjaśnień, tylko mocny, niezwykle wiarygodny motyw, który sprawił, że – to bardzo niebezpieczne – zaczęłam współczuć mordercy, w pewien sposób rozumiejąc emocje nim targające. Pomysł zrealizowania zbrodni jest jednak bardzo wyrafinowany, mylący i czytelników i detektywa, który plącząc się w domysłach na temat morderstwa rytualnego, a potem niewyjaśnionego, prawdziwego okrucieństwa, z zaskoczeniem odkrywa na końcu, że prawda była za blisko, by ją dostrzec, jak w tym przysłowiu, że pod latarnią jest najciemniej. Bardzo podobała mi się konstrukcja utworu: niemal od razu, bez większego przygotowania, zostajemy wciągnięci w mroczny wir pierwszego morderstwa (łącznie z tajemniczym, mało mówiącym rozdziałem pierwszym, który równie dobrze mógłby być prologiem), zapierającego dech w piersiach i sprawiającego, że trzeba będzie zebrać swoją szczękę z podłogi. Następnie akcja spowalnia się; bohater miota się domysłach, odkrywając szczegóły bez znaczenia, które potem okażą się bardzo ważne, by zupełnie nieoczekiwanie spadło na nas kolejne morderstwo. Od tego czasu wszystko przyspiesza, zagłębiając się w mroku, aż do finału, w którym pisarz trzyma nas w niepewności aż do ostatniej strony. Dzięki temu wszystkiemu Autor, swoją logiczną i skomplikowaną jednocześnie fabułą (to jego znak firmowy) sprawił, że do końca nie wytypowałam mordercy, dosłownie pożerając książkę, bo zajrzenie na ostatnią stronę zepsułoby całą frajdę. Szkoda tylko, że fabuła zawiera dużo kalek z poprzedniej powieści pisarza, Krucyfiks, co sprawia, że momentami to, co wtedy było nowe – czyli większość tego, co przedstawiłam wyżej i co wydaje się dużym plusem w stosunku do tej powieści, porównując do debiutu Autora może się wydać nużące i wtórne. 

Bohaterowie powieści nie są specjalnie głęboko wykreowani, no, może oprócz mordercy, ale skupmy się na razie na protagonistach. Główny bohater powieści, detektyw Hunter jest typem często spotykanym w powieściach: pracoholik, który nie spocznie, póki nie rozwiąże męczącej go, straszliwej zagadki; wiele mówi o nim jego nazwisko (ktoś na portalu Lubimy Czytać zwrócił uwagę, że to jest już tak boleśnie ograne i tendencyjne, że aż nudne i ja się zupełnie z tym zgadzam). Przeciętna jego sylwetka, którą zapominamy niemal od razu po przeczytaniu książki, nie może się równać nawet w połowie z bardzo dobrą kreacją mordercy, zresztą znów odsyłam do powieściowego debiutu Autora – nieciekawy Hunter ma tam do znów do czynienia z kimś równie  interesującym (powstrzymuję się, żeby nie powiedzieć nic więcej)… 

Autor, będący przecież pisarzem z nurtu pospolitych kryminałów, pisanych ku rozrywce gawiedzi, których raczej nie można posądzić o tworzenie jakiś głębszych przemyśleń i ich od niego wymagać, świetnie skonstruował postać mordercy (a może mi się tak wydaje, bo – o zgrozo – doskonale rozumiałam powody, które nim kierowały). Jego historia jest ciekawe nakreślona, mało skomplikowana, ale, niestety, bardzo wiarygodna; w jego przypadku zupełnie nie dziwię się decyzjom, jakie podjął. Postać jest też ciekawie pogłębiona, zupełnie nieszablonowa, bardzo żywa (niestety, niestety) i o wiele bardziej wiarygodna ze swoimi problemami; w pewien sposób wymuszająca naszą litość i zrozumienie, chociaż i tak potępiamy postępki, wiadomo. Słowem, nasz antagonista nie pasuje do bolesnej przeciętności całego utworu. Z drugiej jednak strony – jak pisałam już wcześniej – w poprzedniej powieści była identyczna sytuacja. Panie pisarzu kochany, godzę się na wszystko, tylko żeby kolejne Pańskie powieści były chociaż trochę inne – bo nie śmiem prosić, żeby były lepsze. 

Styl Autora jest prosty i bardzo przeciętny, przy tym lekki, co sprawia, że czyta się szybko i bardzo sprawnie. Nie ma tu żadnej językowej ekwilibrystyki, bardziej metaforycznej stylizacji, czy choćby popisu bogatszego języka, o opisach już nie wspomnę. Nie jest jednak źle, bo poza ostatnimi stronicami - kiedy sposób wyrażania się mordercy jest bardzo pompatyczny (patrz: poprzednia powieść pisarza), a i czasami można natknąć się na Bardzo Poważne Maksymy o śmierci, które wygłasza morderca i nie tylko, co jest trochę nudne i wbrew zamierzeniom Autora bardzo śmieszne i niedorzeczne – wszystko jest bardzo sprawnie ukazane, na tyle, by znaleźć się na miejscu zbrodni i razem z Hunterem szukać mordercy, nie potykając się o kolejne słowa czy męcząc się z krótkimi, urywanymi zdaniami; trzeba jednak przyznać, że świetnie opisuje miejsca zbrodni (co źle wróży o stanie jego psychiki), same morderstwa i opisy pomordowanych ludzi wychodzą mu zastanawiająco dobrze, wręcz bardzo dobrze (to samo było w jego poprzedniej powieści, jakby się ktoś nie domyślał) nie spodziewałam się po stylu pisarza czegoś wyjątkowego, nie zawiodłam się też zbytnio. Kiedy pisarz wyszedłby chociaż trochę ze schematów, wróżyłabym mu niezłą karierę z mnóstwem bestsellerów, bo przecież jego powieści nie są tak głupie jak niektóre kryminały. 

Okładka również jest mocno przeciętna – trochę krwi, spływające tu i tam, jakiś zarys ludzkiego ciała, absolutnie nie sugerujący niczego. Więcej miejsca poświęcono nazwisku i imieniu Autora, wypisanemu czerwonymi literami na białym tle i tytułowi powieści, widniejącemu na tej ciemniejszej stronie, pod fotografią kogoś w białej koszuli (to dla efektu, żeby widać było czerwone plamy krwi) z wyeksponowaną ręką. Tytuł jest wypisany pod spodem, białawą czcionką, a pod nim obowiązkowy dopisek, mówiący o lękach, przez co bardzo trafny. Niezbyt to wszystko pomysłowe, z pewnością o wiele lichsze niż okładka debiutu, i tak powtarzająca się – mówiąc między nami – na wielu innych okładkach. Niezbyt to zachęcające, za to bardzo szablonowe, przez co wątpię, czy zauważyłabym powieść na półkach księgarni, a jeśli tak, to z dużym prawdopodobieństwem nie czułabym się nią zaciekawiona. 

Nie ukrywam, że powieść, choć technicznie będąca zwykłym kryminalnym przeciętniakiem, a może i gorzej, polubiłam jedynie z powodów osobistych, także dlatego, że temat poruszony przez pisarza jest rzadki i bardzo trudny, dla mnie zaś bardzo ważny. I, oczywiście, jako czytelnikowi zmroziło mi krew w żyłach, kiedy pisarz odmalował przed moimi oczami niezapomniane widoki z miejsc zbrodni. Reszta, poza tymi dwoma elementami, zatrze się powoli w moim umyśle, łącznie z tytułem książki, powoli zlewając się z o wiele lepszym debiutem, odrywając się od kontekstu i ginąc pod nawałem mnóstwa innych powieści, powoli zniknie. Taki jest los wtórnych książek, w których jedyną mocną stroną jest pomysł i szokująca zbrodnia, jaką Autor opisał. Czy warto więc wtedy przeczytać? Z pewnością nie jest to dobry odpoczynek, ale książka, mimo wielu niedociągnięć, ma w sobie coś, co warte poznać – być może jest to historia człowieka, któremu nie zostało już nic, poza tym, by oddać grzechem śmiertelnym za grzech śmiertelny: niewybaczalną, niszczącą zbrodnią za niewybaczalną, śmiertelną zbrodnię, sprawiającą, że człowiek staje się żywym trupem.

Tytuł: „Egzekutor”                                      
Autor: Chris Carter
Moja ocena: 3/10

sobota, 13 czerwca 2015

Polując na demony z przystojniakiem. Recenzja książki



Trudno mieć chłopaka. Wokół krąży mnóstwo zazdrosnych dziewuch, każda ponętna i modnie ubrana, a mężczyzna najczęściej nie ma tak zwanej żelaznej woli i nawet nie wie, że jest przedmiotem sprytnych gierek dziewcząt, zazdrosnych na przykład o tak abstrakcyjne rzeczy jak lepsza ocena z jakiegoś przedmiotu. Trudno go kontrolować. Każdy ma jakieś umiejętności informatyczne, bo nawet siedmioletnie dziecko wie, jak wyczyścić historię przeglądania, a nie każda dziewczyna jest Sherlockiem Holmesem. Czasami są zazdrośni o własne wybranki, a wtedy, jak moja kuzynka, nawet z własnym bratem nie mogła rozmawiać. Mężczyźni, wbrew obiegowym opiniom, też nie są tak głupi, jak my, dziewczyny, myślimy, chodź prawdą jest, że wiadomych sytuacjach, męski mózg przestaje pracować. Albo jak jest pijany. Oj. Lepiej czasami trzymać ich w ryzach, żeby nie powiedzieli czegoś, czego nie chcemy wiedzieć. Chociaż nie są aż tak zmienni jak kobiety, nie są też prości, więc uniwersalnej instrukcji obsługi nie napiszesz, a szkoda. Bardzo by się taka przydała. Bo to wszystko nie jest proste – jest bardzo, ale to bardzo trudne. 

A pomimo to każda dziewczyna chce go mieć. Jak nie dla fejmu czy statusu na Facebooku, to dla tego, że tak jest fajnie. Najlepiej, żeby przypominał mężczyznę z popularnej literatury: kiedyś przystojnego amanta prawiącego wysublimowane komplementy, później czarnowłosego bohatera harlequinów, ostatnimi czasy stuletniego wampira, anioła, demona czy Obcego, albo, w bardziej klasycznej wersji, Christiana Grey’a. Młode dziewczyny pchają się na motory swoich wilkołaków i wojowników, odzianych w skóry i starannie wydziaranych, a starsze poddają się rozkoszom BDSM; wszystkie marzą i szukają, ale jakoś sny się nie spełniają, chyba tylko ten o bibliotece pełnej romansów, które w ostateczności zaspakajają potrzebę posiadania chłopaka tylko na jakiś czas, bo książki się kończą, a dziewczyna dalej jest sama. 

Chcemy z tymi chłopakami przeżywać przygody: zjechać pustynię i puszczę, pobić oceany czy chociaż skombinować jakiś spisek, albo walczyć na śmierć i życie o ocalenie świata, co jest niezbędną rzeczą do scementowania związku na wieczność. I już coraz rzadziej chcemy, żeby był  po prostu zwykłym człowiekiem, bo normalności jest bardzo dużo i już chyba każdemu się ona znudziła. To zadanie spełniają paranormal romance, gatunek z kilkoma niezłymi i ciekawymi opowieściami oraz całą masą gniotów, przez co cierpią tylko biedne drzewa, które się wycina, niszcząc przecież ekosystem (nie chcę, żeby moje dzieci chodziły w maskach tlenowych). Czasem jednak nawet ja muszę przyznać, że jakaś pisarka ma przebłyski geniuszu, co dla mnie jest jak przywrócenie wiary w ludzkość, a każdy ma chwilę słabości, kiedy sięga po książkę tylko w celach rozrywki lub głupich marzeń. Ale jakie wrażenia, chodzi mi o te estetyczne, oprócz tego, opowieści te dostarczają czytelnikowi?

Clary nie miała chłopaka, tylko przyjaciela Simona i mamę. Nie poznała nigdy swojego ojca; był żołnierzem i zginął. Przynajmniej tak sądzi, bo pewnego dnia, wchodząc do klubu, zauważa facetów i dziewczynę, którzy … znikają. I robią różne dziwne rzeczy, których Clary nie rozumie. Ona ich też interesuje, bo przecież ich widzi. Jednak dopiero potem zaczynają się prawdziwe kłopoty, które rujnują dotychczasowe, zwykłe życie piętnastolatki – świat, którego wcześniej nie znała, tak bardzo różniący się od jej, a jak się okazuje, znajomy bardziej od tego, czym żyła dotychczas. Tajemnicze, straszliwe postacie, porwanie mamy, wampiry, wróże i demony, odwieczny wróg, który ostatecznie zniszczy wszystko, w co wierzyła dotychczas i znów wywróci zbliżające się już do normalności życie Clary o trzysta sześćdziesiąt stopni – Valentine, Nemezis świata Nocnych Łowów i losu tajemniczych przedmiotów, nazywanych Darami Anioła (jednym z nich jest kielich – czyżby Autorka znalazła Świętego Graala?), z którym więcej dziewczynę łączy i dzieli. Wydaje się od początku, że oparciem Clary będzie Jace, przystojny, jasnowłosy Nocny Łowca, który towarzyszy jej od początku, ale więzi, o których istnieniu nie wiedzieli, staną na przeszkodzie ich szczęściu. Celem książki, a właściwie serii, jaką rozpoczyna, jest odpowiedzenie na fundamentalne pytanie: czy Clary Fray, a właściwie Morgenstern (wow, jak satanistycznie! Pisarka nie ukrywa, że prawdziwe nazwisko bohaterki ma związek z samym Księciem Piekieł, bo to on, Niosący Światło, nazywany był Gwiazdą Poranną zanim upadł) poradzi sobie w całym bałaganie i uratuje świat, bo na niej spoczywa teraz największa odpowiedzialność… 

Brzmi jak krótki opis fabuły filmu, prawda? Zaczynając czytać książkę, nie podejrzewałam, że pisarka tak zapętli akcję, że na końcu całkowicie zrujnuje wszystko, co napisała, doprowadzając wątki do takich rozwiązań, że dojdziemy do smutnego wniosku, że nic nie podejrzewaliśmy, wręcz myśleliśmy, że zakończenie będzie zupełnie inne. Byłam tym bardzo pozytywnie zaskoczona, muszę przyznać, bo najczęściej już na początku wiem, co zdarzy się dalej, mimo że nigdy nie praktykowałam wróżbiarstwa czy czegoś podobnego. Nawiązując od zapętlonych wątków, mam dziwne wrażenie, że Autorka lubi poruszać temat miłości między rodzeństwem, nieważne, czy przyrodnim czy naturalnym – czytałam kiedyś takie opowiadanie w jakimś prymitywnym zbiorze opowiadań paranormal romance dla nastolatek, gdzie opowiadanie pisarki właśnie miało podobny motyw. Rozumiem, że jak pisze się dużo, to niektóre rzeczy wyjdą podobnie, szczególnie, że wszyscy pisarze mają jakieś ulubione wątki, motywy lub postacie, które powielają zupełnie nieświadomie, więc nie będę tu snuć moich teorii spiskowych, jakie od razu tworzą się w mojej zniszczonej książkami głowie. Nie, nie, nie! 

Jak zaznaczyłam wyżej, fabuła bardzo mi się spodobała, aczkolwiek (rany, jak to mądrze brzmi!) na początku wiało banałem – z każdą stroną, jak na porządną książkę przystało, było coraz bardziej pomysłowo i ciekawie. Akcja się plątała, odkryte zostawało to, o czym wcześniej nikt by nie przypuszczał, a na wierzch wychodziły nowe postacie i postępki z przeszłości, które zaważą na losach Clary. Pisarka stopniowo wprowadzała także historię rodziny Morgenstern, samych Darów Anioła i zaznajamiała czytelnika z sekretami świata Nocnych Łowców – zaprzysiężonych i doskonałych zabójców demonów, których ciała po śmierci trafiają do tytułowego Miasta Popiołów. W powieści dużo się dzieje, bo nawet wtedy, kiedy główna bohaterka zaznajamiana jest ze zasadami panującymi w świecie, w którym się znalazła i który od teraz będzie należał do niej, są przerwy na szalone wyprawy motocyklem Jace’a (to akurat jest pomysł, moim zdaniem, dość kiczowaty, albo ja mam alergię na przystojniaków w skórach i na motorach, bo kojarzy mi się to z powieściami young adult), gonitwy i zabijanie demonów, których, jak się okazuje jest mnóstwo i zagrażają także zwykłym śmiertelnikom. Nie mogę napisać, że czytałam książkę z zapartym tchem albo że zarwałam przy niej noc, bo tak nie było, jednak powieść nie należała do męczących – akcja toczyła się wartko i nawet nie zauważyłam upływu czasu oraz zmniejszającej się liczby stron. Na to wpływa też prosta i nienaganna konstrukcja powieści, nie meandrująca pomiędzy westchnieniami bohaterki a smakiem chleba z dżemem, jaki jadła na śniadanie. Autorka skupia się na konkretach, eksponując ciekawy pomysł, umiejętnie podkręcając napięcie na finał, wtrącając ulubiony przez niektórych wątek romantyczny i pomijając wydarzenia, które nie miałyby żadnego wpływu na akcję. Tak! Wszystkie specjalistki od ciągnących się w nieskończoność romansideł i wlokących się opowieści o sukience, jaką na bal wybierze przyjaciółka głównej bohaterki, powinny nauczyć się nieco od Autorki tej książki. 

Pomysł był, w świecie paranormal romance i młodzieżowej fantastyki, bardzo świeży. To prawda, że istnieją książki o tytułach takich jak Córka Łowcy Demonów czy inne, ale jeszcze (chyba) nikt przed Autorką nie złożył tego wszystkiego w spójny, ciekawy świat z własną historią i wieloma tajemnicami, jakie krył. Mówię tu w szczególności o tytułowym Mieście, miejscu dziwnym, strasznym i fascynującym, w którym z pewnością chciałabym się znaleźć i którego historia mnie fascynuje. Przez te elementy książka bardziej skręca w stronę fantastyki – a może nawet urban fantasy - niż klasycznego paranormal romance, mieszając oba gatunki, co świadczy o tym, że Autorka miała pomysł. I to bardzo dobry, nawet jeśli chodzi o rozkwitającą, zdawałoby się, miłość Clary i Jace’a, a także trójkącik miłosny z Simonem (który również mnie zaskoczył, bardziej, niestety, negatywnie); w końcu jednak wątek ten ewoluuje do w kierunku historii, jakiej nikt tu by się nie spodziewał. Muszę się jednak przyczepić do szablonowego ujęcia historii głównej bohaterki, w sumie wiadomo już od początku, że Clary jest kimś bardzo ważnym w całej tej dramie, skrywającym piętno kogoś złego (to wiadomo od czasów Harry’ego Pottera i jego magicznej blizny, jaką na pamiątkę pozostawił mu Voldemort), ale stojącej po stronie dobra, nawet sprzeciwiającej się wszystkim, którzy są źli, bez względu na to, kim oni dla niej są. To takie proste. A może dlatego przyjemne, że takie proste? 

Styl, jakim posługuje się Autorka jest prosty, ale jednocześnie bardzo płynny i lekki, dlatego książkę czyta się szybko i nie potrzebuje ona zbytniego zaangażowania szarych komórek czytelnika. Nie komplikuje książki zbyt wielką liczbą kwiecistych metafor, ani też nie obraża moich uczuć estetycznych potocznym i pełnym językowych wpadek tekstem, złożonym tylko z samych dialogów. Dialogi brzmią dość naturalnie, bohaterowie – ku mojej wielkiej uldze – nie wyrażają się jak roboty, ani też pisarka nie stara się wplątywać stylizowaną na średniowieczną mowy, czy, o zgrozo, młodzieżowego slangu, który zwykle okazuje się być bardzo daleki od tego rzeczywistego. Opisów dużo nie ma, nie są one może zbyt plastyczne, jednak na tyle dobre, by choć przez chwilę poczuć klimat opisywanych przez Autorkę miejsc i chociaż na chwilę uwierzyć w istnienie różnego rodzaju demonów, które reagują na wygrywaną na fortepianie melodyjkę, co w zupełności wystarczy, by przez chwilę odpocząć od cięższych lektur i jeszcze gorszej rzeczywistości. Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to brak umiejętności opisywania scen dynamicznych; chaos, zbytnia opisowość i nieporadność, charakteryzująca się w zbytnim używaniu tych wszystkich nagle i wtem, których pisarz pozbywa się razem z doświadczeniem. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jest nawet bardzo trudne dla bardzo doświadczonych pisarzy, a instruktorom kreatywnego pisania bardzo trudno jest nauczyć tego swoich podopiecznych – statyczne sceny wychodzą lepiej; opisując na przykład ucieczkę musimy liczyć się z zarzutem otarcia się o kicz albo o to, że czytelnik wszystkiego dobrze sobie nie wyobrazi. 

Dużym zaskoczeniem był dla mnie wiek głównej bohaterki – Clary ma zaledwie piętnaście lat. Mój dobry Boże, ja w jej wieku ze strachem przemykałam ulicami mojego miasta tuż pod dwudziestej drugiej, patrząc, czy za mną nie idzie jakiś tajemniczy cień, czy zza rogu nie wypadnie wampir, a po drodze nie spotkam Czarnej Wołgi handlującej ludzkimi narządami. Już o całowaniu się z chłopakiem nie mówię, choć pewna znajoma robiła już to w drugiej klasie podstawówki, nie wspominając o tym, że dziewczyna sugerowała Jace’owi coś więcej. W każdym razie, nie przyczepiając się do wieku, Clary była zupełnie neutralną mi postacią, może dlatego, że była bardzo przeciętna, podobna do wielu swoich nastoletnich kuzynek z innych powieści. Biedna, zagubiona, targana strachem o najbliższych, powoli zakochująca się w Jace’u dziewczyna, która nie wie, komu ufać i przez większość książki tak naprawdę nie wie, co się wokół niej dzieje. Poza tym jest bardzo zwyczajna: zakochuje się, żartuje ze swoim przyjacielem Simonem, chodzi na imprezy, nie ma żadnych skomplikowanych problemów natury moralnej i filozoficznej, słowem, zachowuje się tak, jak przystało na zwykłą nastolatkę chyba po to, żeby jej rówieśniczki łatwo się z nią mogły utożsamić. Nie nosi dredów, nie mieszka w łódce, nie jest więc dla mnie charakterystyczna i rozpoznawalna, brak jej też charakteru, by nie pozostawiać w cieniu innych, znacznie ciekawszych postaci – Izabelle, Hodge, Aleca no i gwiazdy programu – Jace’a, nie wspominając o Bardzo Złym Wujaszku Valentine. 

Jace spodobał się i mnie, choć na ogół nie lubię bohaterów paranormal romance, którzy są w dodatku blondynami i jeżdżą na motorach. Jace miał w sobie coś z zagubionego, małego chłopca, co nawet nie ginęło w czasie bójek z demonami; coś delikatnego, wrażliwego, mało męskiego, ale jednocześnie potrafi być opryskliwy i wredny, popisywać się przed Clary.To ciekawa postać, o mocnym kręgosłupie moralnym i dobrym charakterze, która na końcu staje się ciekawa i jeszcze bardziej skomplikowana, gdy na jaw wychodzi jego pochodzenie i rodzinna historia, a także okazuje się, kim dla niego jest Clary. Podziwiam go też za inteligencję, tak rzadką u postaci w fantastyce dla młodzieży, zdrowy rozsądek i ochotę na coś innego niż pocałowanie dziewczyny, na co ochotę ma większość bohaterów Pamiętników Wampirów i innych ciekawych książek. Jakby dla kontrastu Autorka umieściła gdzieś niedaleko tajemniczego, ciemnowłosego Aleca, o którym dowiadujemy się, że ma odmienną orientację seksualną, co bardzo mnie zaintrygowało – wbrew pozorom rzadko na kartach tego gatunku można spotkać się z homoseksualistą – i jest zakochany w Jace’u (cóż za niespodzianka!). Isabella, przez większość książki opryskliwa i wojownicza dziewczyna, co jest jej sposobem na okazywanie sympatii, to postać, jaką sama chciałabym być, ewentualnie mieć taką przyjaciółkę jak ona. Wszystkie postacie wyżej wymienione są nieźle skonstruowane, posiadające w sobie nieco życia, oryginalności, kilka iskier, które na jakiś czas pozwalają uwierzyć w ich istnienie w jakimś magicznym, innym świecie Instytutu. W tle przewija się jeszcze zagadkowy Hogde, postać, która od początku budziła moje podejrzenia, Simon, który od początku mnie irytował swoim mięczakowatym zachowaniem i geniusz Zła, Valentine, który, co bardzo mnie zdziwiło, od początku śmierdział kiczem i jakimś takim brakiem autentyczności, zupełnie jak zły Czarnoksiężnik z bajki Jezioro Łabędzie… Co? Wybaczcie mi, proszę, moje dziwnie skojarzenia. Ostatnio znalazłam karton na strychu z moimi starymi bajkami. Przepraszam. W każdym razie Valentine wypadł zupełnie nieprzekonująco, wprowadzając do książki mniej mroku, niżbym sobie tego życzyła i bardzo nad tym boleję. 

Czas przyszedł, by ocenić okładkę, co może być dość trudne. Miałam już nawet pomysł, żeby na warsztat wziąć niekłopotliwe wydanie filmowe bądź też wydanie pierwsze, ale wolałam nie odchodzić od mojego zwyczaju opisywania moich wydań powieści, więc podjęłam się tego bardzo trudnego zadania. Jak napisać, że kręcę moim łebkiem na nagi tors Jace’a i żebyście nie poczuli się urażeni, albo nie pomyśleli, że poszłam w ślady Aleca i zmieniłam orientację? Problem jednak w tym, że okładki w tym stylu wydają się kłopotliwe nie tylko ze względów estetycznych, ale i światopoglądowych – trudno mi akceptować nadmierny ekshibicjonizm w popkulturze, szczególnie w literaturze, w której tego typu okładki mają zapewne przyciągnąć wzrok. Ale czy powinnam brać to pod uwagę? To tylko moja bardzo subiektywna opinia, a nie uczciwa ocena książki. Chociaż nawet nie biorąc tego pod uwagę okładka nie prezentuje się niezbyt ciekawie – żółto-zielona kolorystyka nie wprowadza mroku tylko jakoś gryzący nasze oczy chaos. Wspomiany wyżej tors Jace’a mieni się ciemnożółtymi promieniami, a ktoś starannie wyrysował kontury jego tatuaży, natomiast na piersi możemy przeczytać zachęcający kawałek emocjonalnej recenzji pani Stephenie Meyer (tak, chętnie wysłałabym Panią do Valentine’a). Nagi Jace kończy się w przyzwoitym miejscu, a za to możemy podziwiać utrzymane w bardzo ciemnej kolorystyce wieżowce Nowego Jorku, gdzie rozgrywa się akcja, pod którymi rozpościera się coś w rodzaju dołu z jakimiś widmowo zielonymi kamieniami. Czy to tytułowe Miasto Kości czy Instytut? Ciężko powiedzieć, bo na tym wszystkim ktoś napisał tytuł i nazwisko oraz imię Autorki. Cóż, jak na mój gust, to wszystkiego za dużo i jeszcze te kolory. Co za dużo to nie zdrowo (a tu wszystkiego jest za dużo), a i tak okładka w zupełności nie pasuje do książki – przy niej okładka filmowa jest arcydziełem, chociaż Jace … w filmie … nie był przystojny (teraz możecie mnie zabić). 

Wiadomo, że kiedy okoliczności zmuszają nas do zabijania demonów, najlepiej to robić z przystojniakiem, jak również sama być piękną i wybraną przez liche, w sumie, przeznaczenie. A jeśli mamy ograniczone możliwości zostaje nam siedzenie i czytanie w domu, przygoda przeżywana tylko w wyobraźni. Jeśli chcecie, macie na to ochotę – bardzo proszę. Mózgu wam nie zniszczy, bo to niezła literatura, ani gustu nie zepsuje, a odpoczynek do cięższych rzeczy przyda się każdemu, tak samo jak skrócenie czasu podczas wakacyjnych podróży z miejsca na miejsce. Tylko nie zapomnijcie nauczyć się kung fu i kilku innych japońskich słów, żeby wasz demon ukryty w nauczycielu od matematyki was nie zabił. Ja wracam do swoich światów, by jeszcze kiedyś, kiedyś, może, tu wrócić i znów zapolować na demony z blond przystojniakiem Jace’em.

Tytuł: „Miasto Kości”
Autor: Cassandra Clare
Moja ocena: 5/10