Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tess Gerristen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tess Gerristen. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2014

Ułamek sekundy ze skalpelem. Recenzja książki

Czytam wiele książek, czasami kilka dziennie, jeśli są wakacje. Ebooki, wydania papierowe. Pożyczam od chrzestnej, ciotki, rzadziej od koleżanek (one myślą, że zjadam książki), poluję na Allegro, na wyprzedażach, w Empiku. Nie mogę przeżyć dnia bez dotyku książki, bez przeczytania chociaż kilku linijek. Nie pamiętam wielu książek, które czytałam, a zrecenzowanie wszystkich ich jest niesamowicie trudne. No w końcu mój staż jest bardzo długi: namiętnie czytam od szóstego roku życia. Teraz czytam bardzo szybko i bardzo dużo. To jest mój jedyny, najdoskonalszy świat.

Widzę powiązania między różnymi książkami. Widzę wątki, motywy, które się powtarzają. Znam kilkaset wariantów tej samej historii – na przykład morderstwa. Bo przecież na tym bazują kryminały, a ich jest wiele, bardzo wiele. Mnóstwo. Całe stosy, wystarczająco dużo, żeby zrobić z tego bibliotekę. Dlatego pewne rzeczy mogą się powtarzać, niestety. Czytamy jakąś książkę i wiemy, co będzie dalej. Dlaczego? Otóż owa historia niewiele różni się od tej, którą czytaliśmy kiedyś.... albo jakiś czas temu. Są jakieś szczegóły, które różnią fabuły różnych Autorów, bo w końcu każdy ma inny pogląd na świat (prawda?) ale ogólnie jest bardzo, bardzo podobnie. Często mi się tak zdarza, wręcz w nawale współczesnej i nie tylko literatury trudno znaleźć już coś oryginalnego albo świeżego. Czasami, co jest już skandalem, fabuły są dokładnie małpowane, czasami nawet nie świadomie, bo tematy są popularne, a czasami przychodzą do głowy pisarzowi, który nie wie, że ktoś inny pisał na ten temat.

Tak jest z najnowszą książką Autorki thrillerów medycznych, do której twórczości zaczęłam się przekonywać zupełnie niedawno, kiedy przeczytałam jedną z najnowszych książek, rzecz bardzo dobrą. Ponieważ owa książka była w środku serii, chciałam zobaczyć, co było przed i sięgnęłam po następną książkę, również pożyczoną od chrzestnej. I... no cóż. Bardzo przypominało mi inną serię, również bardzo dobrą i również pisarki z Ameryki, której jedna część była prawie taka sama, przynajmniej w najważniejszych aspektach.

Jane Rizzoli ma twardy orzech do zgryzienia. Otóż śledztwo, które teraz rozpoczyna, roztacza przed nią całą falę straszliwych wspomnień – sposób, w jaki zabito doktora Veagera (jego żonę, Gail, uprowadzono, by później znaleźć trupa w momencie dość zaawansowanego rozkładu w lasku, na granicach miasta) wskazuje na jej koszmar, na Warrena Hoyota, który siedzi w najlepiej strzeżonym więzieniu. Człowiek ten ma obsesję na punkcie patrzenia na ofiary, dominowania nad nimi, słuchania ich krzyku, napawania się ich bólem, a ponadto ma obsesję na punkcie krwi, ponieważ kiedyś był analitykiem. Kocha jej konsystencję, zapach, smak, kolor, uwielbia na nią patrzyć, nurzać się w niej. Dlatego dla niego najbardziej podniecającą rzeczą nie są narządy rozrodcze, jak by można było przypuszczać, ale ... szyja. Tak, szyja, gdzie mamy tętnicę i żyłę szyjną, gdzie wyczuwa się puls. Tam jest najwięcej krwi: tej żylnej, ciemnej i tej tętniczej, jasnej i jedwabistej. Można by powiedzieć: Wampir! Człowiek ten sprytnie ucieka z więzienia, zabijając przy tym trzy osoby skalpelem. I wychodzi na miasto, by razem ze swoim wspólnikiem, nekrofilem (nie powiem, co to jest, jak ktoś nie wie, to ciocia Wikipedia powie) i fanem demonstracji swojej dominacji, by zabijać. Mają tylko jeden cel: wyniszczoną psychicznie Jane Rizzoli, z bliznami na rękach od wiercenia w nich skalpelem – pamiątce po Hoyocie. Tymczasem ona nie marnuje czasu - prowadzi śledztwo, dość ślamazarne. I jeszcze ten głupi, tajemniczy i przystojny agent FBI, Gabriel Dean, któremu już raz po ciemku groziła pistoletem. Wie, że kiedyś ją dopadnie, ale kiedy tak się staje, sprawy przybierają niespodziewany obrót i to ostatecznie zwycięża Rizzoli, jednak Hoyot żyje dalej i dalej fantazjuje na tematy związane z szyjami kobiet i krwią.

Od razu nasuwa mi się wyraźny związek tej książki z powieścią innej amerykańskiej pisarki, Alex Kavy. Tam też mamy niesamowicie podobną sytuację. Morderca nazywa się Albert Stucky, podniecenie dla niego do krzyk kobiet, którym odcina niektóre części ciała, uciekł z więzienia. Zwabił Maggie, główną bohaterkę tamtej książki, do magazynu by patrzyła, jak zabija kolejne kobiety, wyniszcza ją psychicznie. Ucieka z więzienia, by skończyć raz z zastraszoną Maggie, która jest na granicy załamania nerwowego. Ma partnera, którego, nawiasem mówiąc, zakatrupił. I jest wcielonym Złem, takim złem, że nie może by większego. Recenzja tej książki – nazywa się ona „W ułamku sekundy” - gdzieś tutaj jest, tylko bardzo już zakopana. Podobieństw zauważamy wiele: ten sam prawie typ zdobywania przyjemności, chęć wykończenia agentki/policjantki, wyniszczenie nerwowe owej, umieszczenie faceta w najgorszym więzieniu, ucieczka, zakończenie. A także wcześniejsza pułapka. I to bardzo typowe zamienianie domu w fortecę. Obie opowieści różnią się szczegółami: Stucky, by uciec zabił strażników, a Warren uciekł się do podstępu medycznego, ten pierwszy został zabity, drugi żyje, obie panie wyszły z tego cało. Maggie miała partnera w śledztwie, ale Tully to rozwodnik z dorastającą córką Emmą, a agent FBI Dean... Hm, to już pozostawię czytelniczkom, dobrze? Poza tym bohaterka Kavy jest agentką federalsów, a Jane tylko bostońskim gliną. Swoje ofiary Stucky zakopuje w śmietnikach, natomiast połowę ofiar Warrena znajdujemy w domu, połowę w lasku. Albert raczej nie przebiera w wyborach narzędzia zbrodni, zaś ten kocha skalpel. Jest chirurgiem.

Ale wracam i zaczynamy sobie analizować książkę, zaczynając, naturalnie, od plusów.

Postaci mamy świetnie skonstruowane i wyraźnie rozdzielone na pierwszo – i drugoplanowe. Główną bohaterką jest Jane, która chce we wszystkim dorównać kolegom z pracy i w dodatku uważa się za twardziela. W rzeczywistości, głęboko pod tą powłoką, kryje się samotna, przerażona koszmarem, który powrócił dziewczyna. Bezbronna, samotna. Oszukująca siebie - nawet bardzo skutecznie – próbuje sobie wmówić, że jest zdolna prowadzić dalej to śledztwo, że się niczego nie boi, że jest osobą wytrzymałą, niezwykłą i tak dalej i mocno owijająca się w tej skorupie. Postać owa ma w sobie dużo wad i zalet, jest wyrazista, pełnokrwista i sympatyczna, bo tak naprawdę nie trzeba być Gabrielem Deanem, żeby wiedzieć, że pod tą skorupą kryje się bezbronna, przerażona kobieta w dodatku wykończona psychicznie i fizycznie. Ale rozumiemy jej potrzeby i tak naprawdę głęboko jej współczujemy i czujemy do niej pewien rodzaj sympatii i respektu. Gabriel Dean – tutaj tajemniczy, piekielnie spokojny i opanowany agent FBI, były wojskowy, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i rządzenia, wobec tego raczej na początku nie czujemy do niego sympatię. Maury jest tutaj jak na lekarstwo, chociaż mamy o niej kilka ciekawych szczegółów – nazywają ją Królową Trupów, na przykład, ale nie dowiedziałam się niczego więcej. Na dobrą sprawę, nie wiem o niej więcej niż z poprzedniej książki - „Autopsji”. Jest tu także Vince Korsak, przez większą część książki jest po zawale, ale w momentach, kiedy jeszcze jest na chodzie, rzuca swoimi dość nieśmiesznymi żartami i robi za 'nierozgarniętego gliniarza'. Bardzo go lubię, nie jest drętwy, jest sobą i niczego nie udaje. Jest prostolinijny, niemal jak dziecko, jednak gdzieś tam ukrywają się jego rany. Ma żonę lekomankę, nieciekawe życie prywatne i lubić pić (o czym świadczy jego brzuch). Barry'ego Forsta nie doświadczyłam, przewija się gdzieś bardzo w tle i rzadko można go spotkać na kartach książki.

Język jest prosty, właściwie się nie zmienił do czasów, gdy Autorka pisała romansidełka wymieszane nierówno z kryminałami. Lekki, przyjemny, staranny. Pedantyczny. Ale to nie wpływa na jakość książki – wręcz przeciwnie – bardzo przyjemnie czyta się opisy. A są to opisy nie byle jakie, bo opisują nie tylko przeżycia bohaterów i obrazują nam plastycznie miejsca zbrodni ( to prawdziwa uczta dla mnie, przyznaję się!). Wielkim plusem jest też to, że wszystko opisane jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale rozdziały z perspektywy Warrena, dające mu głos i pozwalające na wniknięcie do jego mózgu jak najgłębiej jest rzeczą fascynującą – te jego śmierdzące wampiryzmem historie o krwi, czyli pulsującym w żyłach życiu, którego on kochał ludzi pozbawiać. Mmm..
.
Akcja jest szybka i dużo się dzieje, więc czyta się zapartym tchem. Ledwo się kończy wizyta u ofiary, zaczyna się prawdziwa policyjna akcja, a kiedy to się skończy, uczestniczymy w autopsji czy poznajemy losy ofiary Warrena. Na końcu, niestety, lekko stopuje, ale to tylko dlatego, że zaczyna się wątek romantyczny (tym razem mogę spać spokojnie, bo to delikatny romans umiejętnie wtopiony w mocny kryminał), by zakończyć się gwałtownie i niespodziewanie. Nie ma miejsca na nudę, no, chyba że kogoś straszliwie odrzuca od nawet najmniejszej cząstki romansu, albo ktoś czytał setki podobnych do tej książek i wie, jak to się skończy.

Okładka jest – tak jak poprzedniej książki – bardzo dobra. Minimalistyczna, od razu kojarząca się z thrillerem medycznym: sterylna, biała okładka, tytuł i autor oraz czerwona plamka, jakby krwi, u góry w poziomym, lekko innego koloru kwadracie. Gdyby postawić książek w tłumie krzykliwych okładek przyciągałaby wzrok i od razu sugerowała tematykę. Choć.. Mam pewne obiekcje co do tytułu. Tego angielskiego i polskiego, bo to jedno i to samo. Skalpel był ukochanym narzędziem zabijania Warrena, nie powiem, no ale dużo skalpela tam nie ma. Dwie, trzy wzmianki. Tytułem książki powinno być coś, co jest esencją książki, kluczem do zinterpretowania, podsumowaniem i wskazaniem znaczenia tego, o czym mówi nam powieść. A nie... szczegółem.

Pisarka coraz bardziej mnie zadziwia, choć wykorzystuje czasem przereklamowane tematy i schematy. Każda następna jej książka jest coraz lepsza, czyta się szybciej, płynniej, lepiej, z większą chęcią. Szybciej. Podejmuje czasem kontrowersyjne tematy, pokazuje, do czego może dojść umysł psychopatycznego mordercy. I tutaj pojawia się minus, za który, postępując zgodnie z moją tradycją, nie odejmę punktów. Co to? Oczywiście, czyta się błyskawicznie, w ułamku sekundy dosłownie. I jak tamtą powieść Alex Kavy przeczytałam w ułamku sekundy, tę również, z tą jednak różnicą, że trzymałam w ręku śmiercionośny skalpel...

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Skalpel”
Moja ocena: 6/10 

(recenzja archiwalna) 

sobota, 13 września 2014

Labirynt schematów. Recenzja książki

Ktoś wie, co to są mikropowieści? Tak, wiem, ktoś tutaj podniesie rękę jak w kochanej szkółce, że nic takiego na ojczystym języku nie było. Więc tłumaczę. Mikropowieści to coś pośredniego między powieścią a rozbudowanym, długim opowiadaniem. Ot, powieść, która nie kończy się szybko, nie ma w niej dużej ilości bohaterów i wątków. Sama z mikropowieściami spotkałam się dopiero niedawno, a była nią pewien thriller, o którym będzie jeszcze mowa i, trzeba przyznać, zainteresował mnie ten gatunek. To coś nowego dla mnie. A ja piekielnie lubię nowe rzeczy, trzeba przyznać.

Po ostatniej wizycie u chrzestnej znalazłam kolejną ciekawą, jak myślałam, pozycję z gatunku thriller. Książka miała ciekawą okładkę, od razu skojarzyła mi się z płytą „Fallen” Evanescence, co, oczywiście, wywołało same dobre skojarzenia. Przekartkowałam ją, zadowolona, że są to dwie mikropowieści, aż czterysta stron, więc czytanka będzie więcej. Mmm... Od razu, oczywiście za pozwoleniem, wyniosłam książkę z domu i już w drodze powrotnej zaczęłam czytać. Zapowiadało się, trzeba przyznać całkiem nieźle.

Sarah Fontaine, mikrobiolog, niedawno wyszła za mąż za Geoffreya – przystojnego, eleganckiego mężczyznę, w którym była straszliwie zakochana. Jednak kiedy wyjechał do Londynu, w nocy zadzwonił do niej telefon – pracownik dyplomacji, Nick O'Hara, zawiadamia ją, że mąż jej zginął... w Berlinie. W hotelu, w którym się zatrzymał, wybuchł pożar. Kobieta nie wierzy w śmierć męża, tak samo jak Nick i rozpoczynają śledztwo. Wplątują się także w romans i tajną misję CIA i FBI, którą ciapowaty O'Hara komplikuje. Mocno komplikuje. Sarah powoli dowiaduje się prawdy o własnym mężu i powoli dowiaduje się, kim był, a co za tym idzie – odkochuje się i zakochuje się w Nicku. Przedtem muszą jednak uciekać, kryć się, chować, żeby w końcu doszło do finału w Amsterdamie – strzelaniny i wchodzenia na dach całkiem w stylu Autorki. No i, niestety, happy endu.

Druga opowieść to historia innej pary. Victor (skąd ja znam to imię..?, czy ktoś taki nie chodzi ze mną do klasy, hm?), mikrobiolog, jest ścigany przez kogoś, kto chce go zabić. W uciecze przez tajemniczym zabójcą zatrzymuje samochód, który prowadzi Cathy. Od razu zakochuje się w niej, a ona w nim, a po wyjściu ze szpitala ich losy się łączą, gdy przyjaciółkę Cath zabija tajemniczy gość, który szuka filmu, który w czasie ucieczki zgubił Victor. Teraz razem, gdy człowiek ten poluje na nią, uciekają, jednak nigdzie nie są bezpieczni – facet idzie tam, gdzie oni. Po jakimś dłuższym czasie dowiadują się, że Victor zna dość szczegółów o nielegalnej produkcji broni biologicznej – morderczej mutacji czarnej ospy. Podwójna misja Victora i jego załogi złożonej z przyjaciół i Cathy,kończy się powodzeniem – w czasie pożaru w teatrze Saracen giną wszyscy źli ludzie produkujący broń, która mogła zabić tysiące ludzi. Para natomiast bierze ślub.

Język się polepszył,to pewne. Jest nieco więcej opisów, wszystko łatwiej sobie wyobrazić, akcji jest wystarczająco dużo, żeby nazwać książką świetną przygodą. Bo ciągle się coś dzieje i w to w zatrważającym tempie. Strach, ucieczki, w końcu stawianie czoła przeszkodzie do szczęścia. Tak, to już jest bliższe nazwania sensacją niż poprzednia książka Autorki, którą miałam wielką, niebywałą przyjemność przeczytać. W dodatku połknęłam tę książkę w dwa dni w bardzo ograniczonym czasie, mniej więcej jedna mikropowieść na dzień. I nie wiem komu to zawdzięczać: mojej wprawie w czytaniu, czy też temu, że Autorka jednak ma talent do pisania lekko i konkretnie. Na plusa zasługuje także polski akcent – agent FBI Polowski, został przedstawiony jako sympatyczny i, co więcej, sprawiedliwy i dobry facet, przyjaciel i dzielny człowiek. Jestem zaskoczona, bo to już trzeci pozytywny obraz w Polaka w amerykańskiej literaturze, z jaką miałam do czynienia.

Nie potrzeba specjalnego wykształcenia, żeby zauważyć braki i minusy tej powieści. Z tego, co napisałam powyżej, widać, o co mi głównie chodzi, prawda? Tak. Zaczytując się w przygodach Victora i Cathy miałam wrażenie, że czytam to samo co w opowieści o Nicku i Sarah. Jeden z bohaterów jest mikrobiologiem, tu i tu bohaterowie uciekają przed mordercą, tu i tu włażą na dach, tu i tu nie wierzą FBI i CIA, tu i tu coś niedobrego dzieje się u szczytu władzy, tu i tu bohater miesza szyki perfekcyjnej tajnej misji, tu i tu główny bohater zakochuje się w głównej bohaterce, która jest trzydziestoletnią, poranioną, bezbronną, delikatną, kruchą i sprytną kobietą. I co jeszcze? Tu i tu bohaterowie dopiero na końcu wyznają przed sobą miłość i co jeszcze? Tak, wiem. Tu i tu dialogi są słabiutkie. Tak słabiutkie, że myślałam, że tłumaczce coś padło na mózg. Sprawdziłam w Internecie oryginał i jeszcze gorzej. Coś w rodzaju Baby, I enjoy make love with you Dosłownie. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.

Zresztą w poprzedniej książce Autorki schemat był podobny. Znów intryga gdzieś w rządzie, dwóch zakochanych ludzi, pościgi, strach przed śmiercią i tak dalej. No i faceci są tacy mydełkowaci (Victor był na dobrej drodze do bycia normalnym bohaterem, ale niestety...), a panie inteligentne, skromne i delikatne. Ile, pytam, można pisać o tym samym?

Jak już powiedziałam, dialogi siadają, tak samo, jak niektóre sceny. W ogóle większość rzeczy dzieje się tak szybko, że trudno się połapać i zdecydowanie za szybko jak na kryminał, przez co wiele rzeczy staje się naciąganych i zupełnie nielogicznych, dziwnych i głupich. I to właśnie denerwowało mnie bardzo w obu historiach. Ja rozumiem, że akcja musi być szybka, ale to nie oznacza, że wszystko się dobrze kończy, że wszystko się tak bardzo udaje bohaterom.. Przez to książkę tę czytało się dziwnie - język i pomysł straszliwie kontrastował z fabułą. No może język nie za bardzo, przez te wyznania miłosne i tkliwe sceny rodem z osiemnastowiecznych szmatławców (mówię tu oczywiście o romansidłach, które również, niestety, wtedy istniały na tym świecie). Ale fabuła... Milion zmarnowanych szans.

Trochę się pogubiłam w tym labiryncie schematów. Miałam wrażenie, że drugi raz czytam to samo, raz pomyliły mi się imiona. Jednocześnie, choć wstrzymywałam oddech przy niektórych scenach, inne (czyli miłosne) niemiłosiernie mi się dłużyły. Ile, do licha, można o tym pisać? No ile? Żeby jeszcze to było ładnie opisane, ale gdzie tam. Więcej romansu niż kryminału, to drugie wciśnięte na siłę. I co? Druga książka Autorki, kolejne rozczarowanie. Kiedy natrafię na idealną mikropowieść, w której nie będzie żadnych labiryntów? Aaa, nie, labirynty mogą być. Byle tylko nie schematów, proszę!

Tytuł: „Labirynt kłamstw”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 3/10

(recenzja bardzo archiwalna) 

Serdecznie zapraszam do komentowania także poprzedniej recenzji. 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Autopsja moich poglądów o Autorce. Recenzja książki

Wszyscy myślą, że Ameryka to najlepszy kraj na tym ludzkim świecie. No wiecie. Wielkie osiągnięcia naukowe, niektórych zdaniem świetna literatura dla młodzieży, McDonald's, szalone zakupy w Nowym Jorku, zapach ton sałaty upchniętej do ogniotrwałego sejfu, wspaniała muzyka wykonawców takich jak Justin Bieber, Rihanna, Michael Jackson czy Madonna (czy, co ja już rozumiem, Evanescence). Tuzin American Express, samoloty, drapacze chmur, Hollywood i Los Angeles, i wiele innych miast, gdzie po ulicach spacerują sobie Woody Allen, Katy Perry, Miley Cyrus, Selena Gomez ,Angelina Jolie, Brad Pitt, Leonardo di Caprio, Kristen Stewart Robert Pattinson,a w sklepie, razem z pieskiem możemy spotkać uśmiechniętą Britney Spears czy sławnych pisarzy – Stephanie Meyer, Jodi Picolut, a może nawet ducha L.M Montgomery, gdybyśmy zajrzeli do Kanady. Tylko mnie, fance programów policyjnych, USA kojarzy się z psychopatycznymi mordercami, mafiami, dealerami narkotyków, prostytucją i atakami terrorystów – w WTC i w Bostonie. Może coś ze mną jest nie tak? A może za piękną fasadą Nowego Jorku kryje się coś mrocznego? Jakieś krętactwa na wysokich szczeblach władzy, gdzieś w Pentagonie, CIA, FBI? A co firmy, które dowożą sprzęt dla wojska? Czy coś tam przypadkiem się nie dzieje?

O tym właśnie opowiada thriller raczej medyczny Autorki, na której prozie wcześniej się rozczarowałam – za dużo było tam romansideł, za mało kryminału. Ale, oczywiście jak to ja, musiałam przeczytać inne. Niedawno, na początku wakacji zauważyłam książkę tej Autorki w całkiem niezłej serii kryminałów. Moją uwagę przyciągnęła okładka oraz opis na skrzydełku i od razu poszłam do chrzestnej i poprosiłam od pożyczenie tego. Kiedy już usiadłam w domu i zagłębiłam się w lekturze tej niedługiej książki, z radością odkryłam, że nie jest to kolejna opowieść o miłości i uciekaniu oraz o zbrodniarzach, którzy nie cofną się przed niczym. Z sadystyczną przyjemnością wgłębiałam się dalej, dalej, popijając słodką, żurawinową herbatkę.

Pewnego dnia lekarz medycyny sądowej, Maura Isles, dokonuje w kostnicy koszmarnego odkrycia – zwłoki, które wyjęto z zatoki, zaczynają się ruszać, choć piękna kobieta jest hipotermii. Jednak kiedy kobieta budzi się w szpitalu, zastrzeliła tajemniczego ochroniarza, który nie był z ochrony szpitala i zgarnia zakładników, między innymi ciężarną detektyw z bostońskiej policji, Jane Rizzoli, która jest w zaawansowanej ciąży i w każdej chwili może urodzić. Olena, bo tak nazywa się dziewczyna i jej partner, Joe, który wydaje ogólnie wydaje się chory na manię prześladowczą (przysłała wciąż do rządu i dziennikarzy różne materiały) giną, a jednak udaje im się powiedzieć parę tajemniczych rzeczy – o czymś, co wydarzyło się w Ashburn i o tajemniczej Mili. Jane i Maura, na różne sposoby, starają się dotrzeć do tajemniczych wydarzeń. Szybko okazuje się, że Ashburn miała miejsce masakra – w pewnym domu, należącym do firmy, która zajmuje się zaopatrzeniem żołnierzy, znaleziono cztery zamordowane kobiety, w tym jedną z palcami połamanymi młotkiem. Jane i jej mąż, agent FBI, Gabriel Dean, dowiadują się, że cztery niezidentyfikowane dziewczęta były prostytutkami z Moskwy, a piąta była burdelmamą (nawet w ciele Oleny znaleziono podskórny środek antykoncepcyjny, co FBI chciało ukryć). Powoli odnajdują nawet tajemniczą Milę, która przypadkiem ocaliła także Jane i jej córkę Reginę. Ale okazuje się też, że nie wszyscy, którzy są po stronie prawdy mówią prawdę, a afera ma swoje źródło u szczytu władz USA …

To już druga książka tej Autorki, w której przedstawia nie psychicznych zabójców, ale afery u szczytu władzy. Wcześniej na pierwszy plan wysuwał się wątek miłosny, a tutaj mamy tylko jego szczątkowe ślady i to w wersji rodzinnej, co zostało zarysowane bardzo sympatycznie. Nie ma także biochemików, zaginionych mężów, próbówek z jakimiś czarnymi ospami czy ich mutacjami, nic z tych rzeczy. Odetchnęłam z ulgą, kiedy fabuła potoczyła się tak, że szansa na wkroczenie w powieść jakiegoś mikrobiologa.

Opisy. Tak! Szczególnie dokładne, autonomicznie precyzyjne opisy autopsji przeprowadzanych przez Maurę. Krew, ściąganie skóry z czaszki, narządy wewnętrzne i te rzeczy. Tutaj nie są potrzebne jakieś wywody na temat koloru słońca, tylko na temat, dajmy na to, koloru wątroby denatki. Dla niektórych ów naturalizm może się wydać szokujący, ale to sprawia, że powieść ryje psychikę i zapada głęboko w pamięć. W końcu my, zwykli przeżuwacze chleba, rzadko mamy okazję na spotkanie z zwłokami, a co dopiero na wyciąganie wątroby, żołądka i tak dalej z umarlaka.

Okładka przyciąga wzrok. Jest biała, co od razu nasuwa skojarzenia z medycyną, a co za tym idzie, z autopsjami. Na zdjęciu, tuż nad napisami przedstawia czyjąś, jak można zobaczyć, żywą twarz owijaną w białe, szerokie bandaże. Nawet głupi Jaś wie, że autopsja to nie zawijanie ciała, ale można się domyślić, że chodzi tutaj tylko o symbol: kobieta, która była przygotowywana była do śmierci, jakimś cudem się od niej uchroniła. Zmartwychwstała, albo nie: obudziła się. I dlatego w tej minimalistycznej okładce jest coś, co przyciąga wzrok. Człowiek patrzy na tytuł i resztę i myśli: kurde, o co chodzi? I od razu chce przeczytać.

Pierwszoplanowi bohaterowie są dość dobrze wykreowanymi postaciami. Maura to osoba ponura, nie znająca nic prócz trupów, dość nieprzystępna, ale profesjonalistka w swojej dziedzinie i, kiedy przychodzi taka potrzeba, gotowa pomóc przyjaciołom i dać swój wkład w śledztwo. Nie poznajemy jej wielu cech, bo, trzeba przyznać, że spotykamy ją najczęściej przy stole, kiedy kroi ludzkie zwłoki. Postacią, którą poznajemy najbardziej jest Jane Rizzoli. Autorka pokazuje nam jej wady i zalety, przez co bostońska policjantka staje się kimś bliskim, pełnokrwistym. Trochę wprawdzie wnerwiło mnie to, że woli służbę policyjną od opiekowania się córeczką, ale myślę, że to jest w pełni ludzkie. Roztacza przed nami jej myśli, obawy, lęki, koszmarne sny i determinację za wszelką cenę. Z jednej strony pokazuje twardość Rizzoli i to, że chce, by mężczyźni traktowali ją jak Kozaka i jak twardego policjanta. Mąż Jane, Gabriel, trzyma się raczej na uboczu i poznajemy tylko jego zalety, ale mimo tego nie przyszło mi do głowy, że jest plastikowy jak te młode wariaty z horrorów dla niedowartościowanych psychicznie dziewcząt i innych gimbusów. Pisarka wyczarowała jego postać jako bardzo autentyczną i budzącą ciepłe uczucia. Powiem więcej: agent Dean jest wzorowym mężem i gliną, a jednak, za sprawą Autorki, nie wyszła ciota.

Inni bohaterowie – a jest ich kilku – wyszli całkiem nieźle. Sympatyczny Korsak, Peter Lucas, na pierwszy rzut oka ułożony, przystojny, idiotowaty i głupkowaty dziennikarz z gatunku hien i rzędu tych, którzy piszą o wszystkim, byle mieć jakąś kasę, jednak okazuje się bardzo dwulicowy. Mila, siedemnastoletnia Białorusinka, cicha i wystraszona, jednak potrafiąca stanąć w obronie tych, których uważała za osoby, którym można zaufać. Jest tu też matka Jane, Angela. Osóbka wesoła, łatwowierna, żyjąca w jasnym świecie bez przestępstw. Dobrotliwa, ale także na wskroś nowoczesna i ciepła kobieta, zasłużyła na mój uśmiech.

Akcja szczególnie z początku była wciągająca. Te kawałki o Mili i dziewczynach z burdelu, niezwykłe okrucieństwo, z jakim zwyrodnialcy seksualni, pasący swoje brzuszyska na stanowiskach dyrektorów w różnych firmach, instytucjach i urzędach, a nawet w CIA, FBI i Pentagonie, którzy męczą biedne, nielegalnie przewożone Słowianki, które wyjeżdżają w nadziei na lepszą przyszłość z rosyjskiej biedy. Które w końcu muszą skończyć swoje życie tylko dlatego, że jakiś bydlak zabił małą, może czternastoletnią dziewczynkę, która nie chciała dać mu chorej przyjemności. Które cierpią, fizycznie i psychicznie tylko dlatego, żeby firma zarobiła podwójnie: z usług i z filmów pornograficznych, które nagrywają się z kamery umieszczonej w szafie (właśnie na jedną z takich płyt nagrała się owa umarła dziewczyna). To wżera się w ludzką psychikę i oznacza piętno. Szokuje, i to jak.

Ale wydarzenia w Bostonie także przykuwają niejako uwagę czytelnika. Na początku nawet nie wiedziałam, co ma Mila i jej historia wspólnego z piękną nieznajomą, która zachowywała się Bostonie jak terrorystka, ale kiedy padło imię Olena, już pewne nici pojawiły się między tymi dwoma historiami, a jeszcze dołączył tam Joe.. Co prawda, niektóre rzeczy zostały przez pisarkę pomięte, historia wydaje się przez to niekompletna i trochę niejasna. Wątek dochodzenia, jest krótki i raczej ubogi w treść, a samo dochodzenie jest znów takie skomplikowane. Nie ma fajerwerków, analiz kryminalistycznych, przygód i strzelaniny. Po prostu sobie Jane i Gabriel drepczą i rozmyślają nad czymś co dla mnie fascynujące nie jest, bo już na początku dowiedziałam się prawdy.

Język był prosty, styl pisarki lekki i dość bezpretensjonalny, jednak, oprócz fantastycznych autopsji Maury, które czytałam z niejaką rozkoszą ( sadyści już tak mają, jeśli chcecie wiedzieć) nieco pozbawiony emocji. Technicznie jest dobrze – lekko, zwiewnie, bez żadnych zbędnych wątków czy przerywników, konkretnie i jasno, ale... Ale nie ma emocji. Tak naprawdę, poza naturalnym szokiem, kiedy Autorka nazywa rzeczy po imieniu i okazuje ból kaleczonych dziewcząt, nie ma tu nic: nawet drobnej analizki psychiki tych dziewcząt, bardziej wejść do ich emocjonalnego świata, czymś jeszcze zaszokować Czytelników. Nie ma też wielu przemyśleń Jane czy Maury. Po prostu są, a my, całkiem dokładnie, poznajemy je po tym co robią. Plus dla Autorki dostaje za sympatyczne nakreślenie wątku Jane (szczególnie tego, że pokochała tak naprawdę córkę dopiero wtedy, kiedy mieli ją zabić – te strony wydały mi się najmroczniejsze i najciekawsze w całej książce, ale także najpiękniejsze – to całe czytanie o trosce o córeczkę), ponieważ pisarka zrobiła to lekko, nawet fragmentami zabawnie. Mamy tu też nieco zabaw językowych. Otóż miasteczko, w którym popełniono przestępstwo nazywa się Ashburn od słów „popiół” i „płonąć, palić się”. Taki drobiażdżek, ale u mnie wywołał uśmiech na twarzy.

Tłumaczenie tytułu nie było do końca trafne, ponieważ nie widzę tutaj większego związku z autopsją, ponadto tytuł oryginalny to Vanish. Czasownik ten, według moich słowników i Google Tłumacza, oznacza tyle co znikać, zanikać, przepadać – to najlepsze tłumaczenia. I wtedy tytuł, coś w rodzaju Zniknęły, miałby sens. Zniknęły dziewczyny, zresztą, że się już tak niegramatycznie wypowiem, były zniknięte przez całą książkę. Przecież nikt nie znał ich osobowości – zniknęły, wyparowały wśród lasów, zniknęły dla znajomych, rodziny, Amerykanów, by w końcu zniknąć naprawdę. Bez imienia. Autopsji jest tu dużo, i owszem, pełni tutaj kluczową rolę, ale ludzie. Kryminał ten dotyczył czegoś innego. Autopsji nie.

Reszta była dobrze przetłumaczona, nie znalazłam żadnych potknięć językowych, gramatycznych, żadnych literówek i niedokładności w wydaniu. W tym aspekcie wszystko było tak jak trzeba.

Minusy niektóre już podałam wyżej, ale tutaj jeszcze to zaakcentuję, żeby jakoś to wszystko pozbierać do kupy. Luki w akcji – nie wiemy, co dokładnie działo się z Oleną i Joem. Dość nudne śledztwo. Nierozwinięte niektóre wątki. Brak emocji w języku pisarki. Dowiadujemy się wszystkiego na początku, przez co nie jest tak ciekawie. Nieco dłużące się opisy, które, szczerze mówiąc nie prowadzą do niczego. Sceny, których nie powinno być, bo lekko zapychają. Mało psychologii bohaterów, dużo akcji.

Zauważyliście? Jest miej minusów a więcej plusów niż w tamtych dwóch poprzednich, tak zwanych romantyczno-kryminalnych powiastkach. Rany, chyba pójdę do Biedronki, kupię co trzeba, włączę disco polo i upiję się z radości Piccolo. Ha, ha. Ale tak na serio, pisarka zrobiła ogromne postępy – od tych romansideł i harlequinów do thrillerów medycznych. Brawo, brawo. Kiedy brałam tę książkę, na serio myślałam, że nie będzie dobra, no bo czego spodziewać się od babki, która pisała o chwilowym kochanku sweetaśniej panienki, który zostaje znaleziony martwy w jej łóżku, albo o innej, której mąż nie jest tym, za kogo się podaje, albo pięknej damy, która ratuje pokaleczonego faceta, a później z nim ucieka? Miałam dziką radochę z pisania tamtych recenzji i obsmarowywania książek błotem i po cichu liczyłam, że teraz będzie tak samo. No, niestety. W miarę czytania tego moje dawne poglądy zostały zamordowane, a Maura Isles przeprowadziła im autopsję, a później włożyła w czarny worek dla sztywniaków i zamroziła.

Tytuł: „Autopsja”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 6,5/10



wtorek, 29 lipca 2014

Milcząca zbrodnia. Recenzja książki

MADE IN CHINA, często to widzimy i nie tylko moją mamę to denerwuje, co nie? Wiadomo – co chińskie, to tandeta. Takie są przekonania większości białych Europejczyków. Jednak mało kto interesuje się kulturą tego egzotycznego kraju, co nie? O ile każdy w szkole miał styczność z mitologią grecką, to mało kto wie o opowieściach Indii i Chin, tych jeszcze sprzed buddyzmu. Kiedyś trochę czytałam, ale nie dużo. To dla mnie totalna egzotyka, a także ezoteryka. Tajemnicze zakony, niezwykłe zdolności ninja, kolorowe kimona i origami, szczególnie żurawie, tulipany i łódki. A także barwne, niesamowite legendy, które dla nich, przynajmniej dla tych bardziej konserwatywnych, są wciąż prawdą.

A jeśliby tak zrobić z tym kryminał? Do pogmatwanej zagadki dołożyć mitologię chińską? Szablę legendarnej kobiety, generał Wushi, która potrafiła władać dwoma chińskimi szablami i była dla piratów synonimem śmierci, uczynić narzędziem wymierzania sprawiedliwości? Sprawiedliwości za coś, co miało tylko pozornie miejsce dziewiętnaście lat temu..

Dziewiętnaście lat temu w bostońskim Chinatown doszło do mrożącej krew w żyłach zbrodni. W knajpie „Czerwony Feniks” kucharz, którego o nic nie podejrzewano, wyszedł zza kasy i dokonał zborni zabijając małżeństwo, zausznika królewicza irlandzkiej mafii i kelnera, pana Jamesa Fanga. Ale.. czy mimo tego, że na ręce Wu Wenima, bo tak nazywał się ów kucharz, znaleziono proch, on zabił najpierw innych, a później siebie. Kto dokonał tego upozorowanego samobójstwa? Kto chce zakryć straszliwą zbrodnię? I kto, w masce Małpiego Króla, zabija dwóch płatnych morderców? I co z „Czerwonym Feniksem" mają wspólnego zagięcia dziewcząt?

Nie będę tutaj niczego zdradzać, choć mogłabym. Nie chcę po prostu nikomu odebrać przyjemności bytowania z zagadką, zaplątaną jak wykonanie niektórych rzeczy z origami. Nie chcę odbierać komuś przyjemności dopasowywania kolejnych fragmentów razem z Jane Rizzoli i jej ekipą. Możecie mi tylko zazdrościć, że jestem tą mądrzejszą i wiem, co i kto się za tym wszystkim kryje.
Powieść porusza ważki problem sprawiedliwości. Gdzie się ona kończy? Co można uznać za sprawiedliwe, a co nie? Gdzie się zaczyna zbrodnia? W pierwszym rozdziale uczestniczymy w rozprawie sądowej, w której Maura Isles zeznaje przeciwko gliniarzowi, który zakatrupił przestępcę. Gdzie tutaj jest sprawiedliwość? Po której stronie? Po stronie stróża prawa, który zastrzelił kogoś, kto tego prawa nie przestrzega, czy po stronie przestępcy, który jest człowiekiem i którego zwłoki zostały zmasakrowane. Ot, konflikt idealny dla biblijnego króla Salomona. Jestem naprawdę ciekawa, jakby to rozwikłał.

Ciekawa jest jedna rzecz, rzadko przeze mnie wspomniana, a taka, którą odkryła sama Autorka. Otóż powieść dedykowała swojej babci, która była Chinką i opowiadała pisarce wiele legend i baśni chińskich, kiedy ta była mała, dlatego Autorka uważa książkę za najbardziej osobistą. Ha, wreszcie potwierdziła się moja teoria, że pisarka miała korzenie orientalne, ale nie o to chodzi. Cóż, mnie natchnęła tylko jedna babcia, ale nie arcyciekawymi i pięknymi baśniami, ale straszliwymi wspomnieniami z II Wojny Światowej. No, mówi się niestety.

W tej powieści, obok nierozwiązywalnej z pozoru zagadki mamy niesamowity, ponury klimat nocnych uliczek Chinatown, ponurych legend o Małpim Królu, mścicielu, a także niesamowite wydarzenia, od których przechodzi dreszcz podniecenia i strachu: obcięta dłoń płatnej morderczyni, obcięty łeb płatnego mordercy, irlandzki mafios trzęsący zębami ze strachu, który, to dziwne, nie miał nic wspólnego z morderstwem i budzi nawet pewien rodzaj sympatii. A także ponura zbrodnia, straszna i niesamowita jednocześnie. Tak! Ten kryminał ma dużo horrorystycznego klimatu i jest jednym z najstraszniejszych, jakie miałam przyjemność czytać.

Sprawa jest bardzo skomplikowana, bardziej skomplikowana niż w jakimkolwiek innym kryminale, ponieważ sprawa ta ma wiele, co najmniej cztery, aspekty, a odkrywanie ich jest trudne, a to, że Jane dotarła do esencji całej zbrodni, jest tylko dziełem przypadku. Morderstwo w Chinatown jest inne, bo nic, jak mówi jedna z bohaterek, nie jest tu oczywiste, co się sprawdza. Żaden z bohaterów, nawet ci pozytywni, nie są tymi, kim się wydają, ale oczywiście tego, kim są, nie zdradzę. Wszystko jest takie nieoczywiste, zamazane i schowane pod powierzchnią. Ukryte. Milczące. Nawet Jane, co pokazuje epilog książki, nie dowiaduje się pełnej prawdy, choć, podejrzewa. Na szczęście Autorka nie jest osobą okrutną, jak niektórzy i wyjawia nam całą prawdę. O akcji, kiedy mamy do czynienia z taką intrygą, należy powiedzieć, że jest ciekawa, wręcz wchłaniająca. Przeczytałam tę książkę błyskawicznie, w jeden dzień, a nawet w kilka godzin, choć na pewno do najkrótszych nie należy. Dla mnie była jedną z najbardziej ciekawych przygód z kryminałem.

Bohaterowie – ci, co występują w całej serii nie zmienili się tak bardzo. Jane jest taka, jaka jest, Angela, jej matka, co jest ciekawe, ma zamiar wziąć ślub z Korsakiem. Tak! Jak zwykle czytam części serii chaotycznie, więc nie dowiem się na razie, co stało się z jego żoną, Dianą, lekomanką. Ale chyba umarła, jeśli znam się na życiu (cóż, wychodzi mi nie czytanie powieści po kolei .. nawet nie dowiedziałam się szczegółów romansu Maury, więcej, byłam zdziwiona, że go w ogóle miała) Gabriela mamy tu tylko w kilu scenach i Reginę (która tutaj ma już dwa lata) także, ale za to dużo Barry'ego Forsta. Tak! Policjanty partner Rizzoli jest nie tylko czarujący, ale też bardzo sympatyczny. Lubię jego podejście do staruszek. Można się trochę pośmiać. Co do innych postaci – a tych trochę jest – nie powiem dużo, bo jeszcze nieopatrzenie wygadam coś o mordercy. Powiem tylko, że uwielbiałam to, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, przez co wszystko jest jeszcze bardziej nieoczywiste i zagmatwane, co bardzo lubię. Postacie są naszkicowane z psychologicznym prawdopodobieństwem, dobrze i ciekawie, przez co można polubić niektóre z nich. Już, oczywiście, nie dodam, że trzeba uważać, żeby nie polubić mordercy..

Język jest dobry. Pisarka, jak już kiedyś pisałam, ma własny styl. Ciekawie, z lekkością właściwą długim terminatorom pisarskiego rzemiosła, opowiada nam historię z zaangażowaniem. Sieć intrygi jest zapleciona dokładnie, pisarka odkrywa kolejne karty bez pośpiechu, ale wystarczająco tak, żeby przyciągnąć uwagę czytelnika na jak najdłuższy czas. Dodatkowym plusem są, naturalnie, chińskie legendy. Nie jest ich tu dużo, ale wystarczy by oczarować mnie, osobę dotąd tym niezainteresowaną. Ot, takie drobne wprowadzenie do kręgu legend kultur innych krajów, całkowicie od nas odmiennych. Ile wiedzy! Oczywiście, zauważyłam, że owe legendy są dziwne podobne do hinduskich baśni z pewnego paranormal romanse, ale poza tym ile tutaj oryginalności! Pierwszy raz poczułam się zainspirowana do wleczenia się do biblioteki i z powrotem, by sprawdzić, czy jest jakiś gruby tom legend chińskich. No cóż. Może poszukam w Internecie. Nie ma dużo opisów i mało znajdujemy autopsji, trzeba niestety przyznać, ale cóż. Nie wszystko można dostać, prawda?

Okładka książki, którą pożyczyła mi chrzestna, nie jest już sterylnie biała, jak inne. Jest ciemna, taka granatowa, ascetyczna jak wszystkie. U góry mamy tytuł i imię i nazwisko Autorki, a także wieczną recenzję Harlana Cobena, która jest na wszystkich chyba okładkach jej książek. U dołu mamy dziewczęcą głowę – krótkie, postawione czarne włosy i skośne oczy na tle paska w biało-niebieską kratę. Wygląda to tak, jakby bohaterka (zamordujcie mnie, ale nie powiem, która) leżała na stole przykrytym ceratą, mającą zapewne symbolizować „Czerwonego Feniksa”. Tytuł ciekawy i trzeba powiedzieć, mający kilka znaczeń. Szczerze mówiąc, okładka to najładniejszych nie należy, ale dzięki głębokim kolorom bardzo źle nie jest.

Czytałam już nieco książek tej Autorki i mam jakieś porównanie. I co myślę? Ta historia jest najlepsza, zdecydowanie. Najbardziej dojrzała, bo jest nie tylko kryminałem, dzięki któremu można nieco rozerwać i zatopić się w innym świecie, czego potrzebuję. Ta książka stawia pytania, ale nie daje odpowiedzi. Dlaczego? Chce, żebyśmy sami sobie odpowiedzieli, a Autorka swoją historią sama nas zmusza do przemyśleń na temat sprawiedliwości. Czy to, co zrobili bohaterowie jest sprawiedliwe? Kryminał milczy. Nie daje odpowiedzi. Milczy, tak samo jak zbrodnia i nie jedna dziewczyna z kart tej książki.

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Milcząca dziewczyna”
Moja ocena: 7/10 

(recenzja archiwalna)

środa, 2 lipca 2014

Osaczona romansami. Recenzja książki

Po zakończeniu dostępnych mi powieści z cyklu o przygodach dzielnej agentki FBI Maggie O'Dell rozejrzałam się za jakimś następnym kryminałem, thrillerem czy czymś, gdzie będzie śledztwo, krew i inne takie fajne rzeczy, w których ostatnio zasmakowałam. Niestety, oprócz Alex Kavy nie miałam niczego innego w zasięgu wzroku. I wtedy w oko wpadła mi książka – była cienka, a na okładce przedstawiono nóż ubabrany krwią. Ponieważ podobną okładkę miała mikropowieść Kavy, uznałam, kierując się jedynie nosem, że będzie to coś ciekawego i dobrego. Książka gruba nie była – pomyślałam, że to dobrze dla mnie, bo szybciej skończę. Pożyczyłam więc powieść od cioci, która z radością mi ją dała, bo ona teraz nie ma czasu na czytanie,rozsiadłam się więc w fotelu i, panie i panowie, zaczęłam czytać.

Miranda Wood wpakowała się w niezłe kłopoty, kiedy postanowiła zerwać ze swoim kochankiem Richardem Tomainem. Facet był bardzo, bardzo nachalny, a ona miała wyrzuty sumienia, ponieważ ukochany miał żonę i dwójkę dorosłych już dzieci. Nawet chciała się zwolnić z pracy w redakcji pisma, w którego Tomain był właścicielem. Kiedy mężczyzna oznajmia jej przez telefon, że właśnie do niej idzie, Miranda po prostu ucieka z domu. Po powrocie zastaje Richarda, i owszem w łóżku i nagiego, ale .. nieżywego. A obok leży jej nóż, w który w normalnych warunkach służy do cięcia mięsa i tortów. Panna Wood zostaje oskarżona o zabójstwo. Na wyspę przyjeżdża Chase, brat zabitego w charakterze pocieszacza wdowy i dwójki dzieci. Jednak od razu czuje, że coś jest nie tak, szczególnie gdy domniemana morderczyni wychodzi z więzienia za kaucją, którą ktoś anonimowo wypłacił z banku. Razem z Mirandą wplątują się w amatorskie śledztwo, ale zegar tyka i ktoś chce zabić Wood. Kto? Odpowiedzi próbują znaleźć w posiadłości i prywatnym królestwie Richarda, a między nimi zaczyna się coś iskrzyć.. W końcu rozwiązanie zagadki staje się zaskakujące. Okazuje się, że winnymi były osoby, które były najmniej podejrzane – zagadkowa kochanka podrzucająca do Richarda bolesne liściki, podpisująca się jako M i osoba związana z Tomainami. No i na końcu – a jak żeby inaczej – mamy happy end. „Dobry” Chase Tomain i skrzywdzona, niewinna Miranda odnajdują się i kończy się z resztkami niewiary.

Na plus będzie zdecydowanie panna St. John, moja ulubiona postać w powieści. Miła, wesoła siedemdziesięciolatka, której narzeczony zginął gdzieś na jakiejś wojnie, wraz ze swoim psem – osoba inteligentna, dowcipna i sympatyczna. Bardzo sympatyczna. Ma coś w sobie z dam z powieści Montgomery – jakąś taką ekstrawagancką archaiczność, babciowatą mądrość i rozbrajającą naturalność. Tak, panna St. John to świetnie wykreowana postać. Polubiłam także inną figurkę, co prawda stojącą na uboczu, ale również świetną. To Cassie, skrót od Cassandry. Cassie nie jest ładna, ale za to inteligentna. Żyje w cieniu swojej rodziny, uważnie śledzi rozpustę ojca, jego stosunki z dziadkiem i naprawdę stara się pokazać, że nie tylko jej brat bliźniak jest czegoś wart. Tak, naprawdę polubiłam te postacie, a to dowód, że Autorce udało się stworzyć autentyczne sylwetki i dobrze opisać ich psychikę.

Nieco zdziwiłam się, patrząc na tylną okładkę. Wydawnictwo Harlequin, znane z pięknych, jakże oryginalnych i porywających powieści romantycznych w miękkich okładkach ze zdjęciami przytulonej pary w jakiejś ładnej scenerii, sprzedawanych za grosze. Aż z wrażenia weszłam na stronę internetową tego wspaniałego wydawcy. Tak, zgadza się. Oprócz tych cudownych powieści wydawca zdecydował się także na powieści psychologiczne i kryminały, oczywiście z wątkiem romantycznym. Ja nie mogę.

Ponieważ bardzo cenię sobie to wydawnictwo, byłam już nieco uprzedzona, kiedy otwierałam książkę. No i proszę: list do czytelników, w którym pisarka opowiada nam, w jaki sposób polubiła romanse (nazywane inaczej wiadomą nazwą) i w jej pierwszych ośmiu powieściach kryminalno – sensacyjnych umieściła wątki miłosne. Dziękuje także wydawnictwu za to, że chciało, z łaski swojej, wydać to. Jakie to wzruszające i romantyczne! Później jest jeszcze lepiej – spis głównych bohaterów. Już chciałam powiedzieć na głos 'What a fuck?' ale powstrzymałam się, bo czytałam na przyjęciu rodzinnym, gdzie chrzestna zrozumiałaby, co gadam. Przeszłam więc od razu do treści, tłumacząc sobie, że spis może się przydać dla mniej rozgarniętych czytelników.

Po pierwsze. Bohaterowie. Miranda kojarzyła się z mi się z Mirandą Kiss, bohaterką jakże udanego opowiadania z antologii „Bale z piekła rodem” czy jakoś tak. Taka niewinna, naiwna dziewczynka, która nie miewa romansów, mieszka w domku imitującym domek wiejski i ogólnie ciężko przeżywa to, że Richard tylko ją wykorzystywał. Ot, taka sobie młoda dziewczynka, żyjąca wśród pastelowych kolorków. Nic specjalnego, mdłe, chodzące dobro. Chase. Superprzystojny, czarna owca w rodzinie, silny, sprawny, mądry, odważny, wytrzymały tak, że nawet by nie jęknął, gdyby wszyscy diabli polali mu skórę smołą, o ile Miranda była obok. Och. Kocha pannę Wood miłością idealną, nie tylko jej pożąda, ale i kocha jej duszę. Romeo, Wener, Kmicic, Winicjusz i tysiąc innych idealnych kochanków z Edwardem ze „Zmierzchu” na czele, skrzyżowanych z Rolandem, Zawiszą Czarnym, Supermanem i dobrą dupą. Mhm, miam..a może ble, ble, ble. Tak. Ble, ble, ble. Szczególnie że Autorka traktuje wszystko piekielnie poważnie i tylko raz ironizuje. Można się poryczeć z rozpaczy, gdy ta dwójka w końcu łączy się, tym razem bez żadnych braków zaufania.

Opisy, kochana pisarko, to gdzie. A takie małe cuś, taki, wydawałoby się drobiazg w kryminałach coś się nastrój grozy i akcja nazywa? Hę? Nie żadne intrygi i knowania mafii, tylko afekt. I ta piękna scenka, gdzie morderczyni Richarda wkłada sobie rewolwer do buzi? To nie mogła się inaczej zabić? Nie wiem, w łeb sobie strzelić. A Mirandzie to schodki przeciwpożarowe strzeliły w rękę, jeśli później była w szpitalu? Gdzie to jest napisane? Chyba coś przeoczyłam, rozumiem, nie ma sprawy.

Język jest taki prosty i pretensjonalny, że boli piekielnie. Ze sceny erotycznej Autorka rezygnuje, w porządku. Plastycznie to napisane nie jest, bynajmniej, ale topornie też nie. Czyta się całkiem lekko i bardzo szybko, bo dużo się dzieje, to fakt, choć i to przedstawiono dość chaotycznie i ogólnikowo. Bez żadnych dygresji, powierzchowne opisy uczuć, czasem nieścisłości. Dzięki temu jest tu dość.. hm, powiedziałabym szarawo i tylko dwoje bohaterów wprowadza tu dużo światła, bo główni bohaterowie to, jak już wyżej powiedziałam, nieco nieudani, a reszta to tłumek postaci wyciętych z białej kartki papieru. Osobiście nie przekonała mnie także nienawiść mieszkańców miasteczka, a także zachowanie panny Wood po zapłaceniu kaucji. Ogólnie wygląda to tak, jakby pisarka wepchnęła kryminał do romansu, a nie odwrotnie.

To taki lekki szok. Po świetnej serii o Maggie O'Dell, z wyżyn thrillerów, spadłam w dół sympatycznych romansidełek z jednym trupem, w dodatku humanitarnie zabitym. Po tym nożu i tytule spodziewałam się czegoś lepszego. Fascynującej opowieści o kobiecie uwikłanej w ponurą, straszliwą sprawę i swoje uczucia, których wcześniej nie znała. I rozczarowanie było wielkie. No ale co? Czego można było się spodziewać po moim ukochanym wydawnictwie. No raczej nic dobrego. No, ale w końcu spojrzałam na książkę z lepszej, jaśniejszej strony. Bo prawda, nie można przez cały czas tłuc tematu psychopatycznych morderców i ich dzieł, ponieważ, jakby nie patrzeć, można od tego sfiksować. Dlatego jako przerywnik można przeczytać coś lekkiego, słodkiego i bajkowego z nutką kryminału w tle. Poczuć się na chwilę tak, jakbym była osaczona romansem.

Tytuł: „Osaczona”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 5,5/10

(recenzja archiwalna) 

czwartek, 5 czerwca 2014

Chirurg kryminału. Recenzja książki




To jest tak, jak na grzbietach książek nie ma numerków. Człowiek, który ma maleńką głowę do matematyki i ograniczone pole manewru do minimum, czyta książki jak popadnie, szczególnie, w ferworze i skuszony jakimś tytułem. Najpierw pierwszą część thrillera, gdzie morderca zostaje właściwe unieszkodliwiony, a później biorę się za tą pierwszą, gdzie nikt nie wie, kim jest morderca, skaczący sobie i podrzynający ryjki. Ponieważ przez to jestem zła, bo mi się wątek przyczynowo-skutkowy rozłazi jak stary budyń, wyciągnęłam ostatnie megabajty z chomika (większość zmarnowałam na obficie ilustrowany skan Mikołajka dla kuzynki i grę Pou dla niej) i ściągnęłam sobie tę książkę. Bo, jak na złość, chrzestna jej nie miała.

Znaleziono zabitą kobietę. Diana Sterling pracowała w biurze turystycznym i niedawno została zgwałcona. Następne są Elena Ortiz i Nina Peyton, zabita w szpitalu. Również kiedyś zgwałcone. Następna jest Catherine Cordell, lekarz chirurg, osoba, którą kiedyś Andrew Capra chciał zgwałcić, ale ona go zastrzeliła. Do akcji wkracza detektyw Jane Rizzoli i „królowa trupów” Maura Isles. Jednak sprawa się coraz bardziej komplikuje, a morderca, sprytniejszy od wszystkich glinów, powoli zastrasza kobietę aż w końcu porywa ją do piwnicy swojego domu. Jak się skończy rozgrywka z bezwzględnym, inteligentnym mordercą, będącym esencją Zła? Chirurgiem, który wicina macice zgwałconym kobietą w maseczce chirurgicznej? I czy tak naprawdę tamtej pamiętnej nocy w Savannah to Catherine zabiła Caprę?

Pomysł jest genialny w całej, przyjemnej rozciągłości. Już od pierwszej strony, gdzie opowiada nam morderca w pierwszej osobie liczby pojedynczej, jest morderstwo. Nie wiemy, kim jest morderca, ale dostajemy od niego jakby w prezencie barwne opowieści o Grekach i Majach i ich sposobach zabijania, co w samej rzeczy jest przerażające i barwne jednocześnie. Urzekła mnie historia o Ifigenii, córce greckiego króla Agamemnona, który musiał złożyć ją w ofierze. A może 'urzekła' to złe słowo? Tak już jest, gdy się pisze z odmętów morderczego przewiewu po aquaparku i diabelnym bólu lewej połowy szyi. Raczej zafascynowało. Tak, to dobre słowo. Wszystko związane z innymi bohaterami też jest ciekawe a dochodzenie niejasne, chociaż pewna mądrala, paradująca po domu z chustką, ręcznikiem okręconymi wokół szyi i trzema warstwami maści (nie chcę jej robić reklamy) zaczęła czytać książkę od drugiej części i wie już wszystko. Okazało się jednak, że nie wszystko wiedziałam o Warrenie – ten człowiek skrywał przede mną więcej, niż mogłam przypuszczać.

Intryga jest bardzo zaplątana i potrzeba dużo logicznego myślenia i szczęścia, by w końcu dojść do nory mordercy. Jest to mordercza, misternie utkana sieć, trudna do wyjaśnienia, ale także banalnie prosta. Tak – właśnie. Tak prosta, że aż piekielnie trudna.

Autorka, w przeciwieństwie do wielu, wielu innych pisarek i pisarzy, ma swój indywidualny styl i bogate słownictwo. Choć opisów przyrody nawet nie warto szukać (bo i po co w kryminałach?) to operacje są bardzo plastycznie ukazane, tak samo jak miejsca zbrodni. Jednak ja byłam wielką fanką fragmentów opowiedzianych przez Warrena – te pełne nastroju i plastyczne kawałki, niezwykła dbałość o szczegóły i ciekawa perspektywa a także ciekawe i oryginalne teorie, filozofia życiowa i logika jego zabójstw sprawiły, że po przeczytaniu książki przeleciałam całego ebooka, żeby jeszcze raz przeczytać wszystkie fragmenty opowiedziane z jego perspektywy. I to tylko udowadnia tezę, że – jak twierdzi sam Warren – takie rzeczy, jakie on robi są jednak fascynujące. Niebezpiecznie fascynujące.

Thriller medyczny to jest pełną gębą. Oprócz opisów ofiar naszego kochanego kumpla, mamy tutaj opisy operacji, przeprowadzanych przez Catherine, w stylu wyciągania z serca robotnika druta albo ratowania człowieka, którego narządy pływają w krwi. Smaczki, że miam, miam, czasami nawet mi robiło się słabo, gdy o tym czytałam, ale jestem zadowolona, bo udało mi się dowiedzieć dużo na temat operacji i w końcu wiem, jak wygląda profesjonalna operacja – w „Na dobre i na złe” oglądałam tylko te fragmenty ze Żebrowskim.

Akcja jest wciągająca, choć najlepsze fragmenty są dopiero na końcu, gdzie jest strzelanina, wybijanie skalpeli w dłonie i inne tego typu ciekawostki. Przez całą, dość grubą książkę uczestniczymy w śledztwie, złączając rozłażącą się sprawę. To, że kobiety zostały zgwałcone, dowiadywano się szybko, ale trudniej było rozwiązać zagadkę, jak Warren dowiadywał się o nich. Dla mnie, chociaż znałam kochanego pana Hoyta, była to świetna zabawa i trening dla mojego mózgu.

Do tego dochodzą także prywatne problemy Jane, z którymi, tak myślę, bije się każda policjantka, a tym bardziej detektyw z wydziału zabójstw. Jane skrywa swoją kobiecą osobowość pod maską twardziela, osoby, która potrafi się po wszystkim ogarnąć, co, jak wiadomo, nie jest prawdą. Jane jest kobietą, tylko stara się to ukryć – w końcu nie jeden detektyw chamsko kpi z niej. Autorka poświęciła temu dość dużo miejsca, czyniąc Rizzoli postacią oryginalną i z kompletną psychiką. Dowiadujemy się przecież także, dlaczego ona tak robi – cofamy się do dzieciństwa Jane, kiedy to jako jedyny siostra w rodzeństwie starała się pokazać, że jest czegoś warta i dlatego wybrała tak trudny zawód. Czyni to z niej postać kompletną i prawdziwą.

Jednak, co mnie nieco rozczarowało to wątek miłosny – pozostałości po dawnych upodobaniach pisarki, tylko że teraz mamy policjanta – Moore'a i byłą ofiarę, Catherine Cordell, lekarza chirurga, osobę zamkniętą, przerażoną i unikającą facetów – klasyczną ofiarę gwałtu. Romans z typowych książek pisarki: ofiara i jej obrońca, złączeni piękną, romantyczną miłością, a później ślubem na wieki. I ta cała paplanina o słabej kobiecie, ukrytej pod pozorami twardości. Te wszystkie bzdurki, które tak bardzo denerwowały mnie w romansidłach z na siłę wepchniętym wątkiem kryminalnym, te książki, dzięki którym poznałam Autorkę (możecie nawet sprawdzić, że moje pierwsze z nią spotkania nie były wcale miłe). A to bardzo przypomina historie Sarah, Catherine i Mirandy, bohaterek owych dwóch książek. No cóż, mam świadomość, że przejście z jednego gatunku do drugiego jest bolesne.

Bohaterowie są, ogólnie i krótko mówiąc, dobrze skonstruowani, szczególnie główna bohaterka – detektyw Jane Rizzoli to osoba o pełnym portrecie – pisarka dała jej przeszłość, po równo wady i zalety, tak, że można ją lubić bez wyrzutów sumienia. Jest człowiekiem w pełnego tego słowa znaczeniu, jest pełnokrwista. Dlatego ją tak bardzo lubię.

Nie należy zapominać także o Warrenie Hoycie – czarnym charakterze i tytułowym chirurgu. Jak już wyżej pisałam, jest on najbardziej fascynującą postacią, bo tak naprawdę nie wiadomo czy nadaje się do psychiatryka czy nie. Na kartach książki opowiada o swoich fascynacjach, myślach. Zupełnie jak Hitler, tylko tamten był psychopatą, a jego teorie były paplaniną bez większego sensu, zbiorem wyobrażeń schorowanego wariata albo szalonego artysty, którym Adolf był (tak, tak wujcio Google zna mnóstwo jego obrazów). Warren sądzi, że każdy jest z natury mordercą, a on nie sprzeciwia się naturalnym instynktom, jak to robią ludzie. Już na samą myśl o tym przechodzi nas tajemniczy dreszcz ni to strachu, ni to fascynacji, prawda? Warren oprócz tego, jak na osobę inteligentną przystało, dużo czyta o sposobach zabijania. I dlatego zabiera nas na przejmującą grozą wyprawę w starożytną Grecję i ofiarę z Ifigenii do Majów, którzy jednym przecięciem wyrywali niewolnikowi serce.. Właśnie dlatego ta książka jest zaskakująca: sterylny klimat prosektorium zostaje zaburzony przez umysł człowieka, który na pierwszych kartach powieści pije kawę w Starbucks, myśląc o popełnionej zbrodni. Od razu sobie myślimy: Boże, a może nasz sąsiad też jest taki? Ach, lubię się czasami mocno postraszyć, ale w nocy..

Z innymi, bardziej marginalnymi postaciami jest gorzej. Gabriela, przyszłego męża Jane z oczywistych powodów jeszcze nie ma, Angela została zepchnięta na margines, Maury jest jak na lekarstwo, Korsaka Jane jeszcze nie poznała. Moore jest człowiekiem sympatycznym, ale potencjał tej postaci, policyjnego „świętego Tomasza” nie został do końca wykorzystany. Taki facio co lata za Catherine i wspomina swoją żonę. Oczywiście, nie mam nic przeciwko, ale.. Ile tak można? No ile? Dobra, on może myśleć o tym całe życie, ale kochani ludzie, po co pisarka wciąż to wałkuje? Po co? Ową panią Cordell, chirurga, nie lubiłam jak nie wiem czego. Oczywiście, żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę powiedzieć, że Catherine psychologicznie jest postacią na piątkę, bo Autorka demaskuje nam lęki zgwałconej kobiety i ofiary mordercy, ale sama jest nudna i brak jej czegoś. Zimna i surowa, a wewnątrz delikatna kobieta spragniona miłości. Rizzoli też jest taka, tylko że Rizzoli ma tupet, czyli to coś. A Catherine? Schematyczna kobieta z pisaniny tej Autorki, bo jak ktoś czytał kilka książek tej pisarki, doskonale wie, że w jej powieściach jest takich jak Catherine na pęczki. Nuda. I w ogóle ta cała Cordell była durna i jakoś nie mogłam się wczuć w jej postać. Eeee.. Szkoda, że tutaj także thriller, zapowiadający się na bardzo dobry rozczarował mnie.

Było dobrze, nawet bardzo dobrze. W końcu – nie możemy wymagać arcydzieła od wstępu do serii kryminałów, szczególnie, że wcześniej pisała książki, które, hm.. no cóż. Książki, które niezbyt lubiłam. W serii są jeszcze lepsze, z mniejszą jeszcze dawką romansu niż tu, są takie, że już całkowicie o tym nie ma mowy. Jednak, bądź co bądź, byłoby jeszcze gorzej gdyby nie Warren Hoyt, który, tak jak zawodowy chirurg, przeprowadził operację na tej książce i doprowadził ją do bardzo dobrego zdrowia.

Tytuł: „Chirurg”
Autor: Tess Gerristen
Moja ocena: 7/10