Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eva Stachniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eva Stachniak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2015

Wszystko jest nocą. Recenzja książki



Każdy, będąc dzieckiem, chciał być królewną czy królewiczem, prawda? Czytano nam bajki o mądrych monarchach, których poddanym żyło się dobrze i dostatnio. O księżniczkach, które całowały żaby, by wyjść za pięknego księcia. O smokach, których zwyciężali waleczni rycerze, wielkich bitwach, w których ginęli źli, a dobrzy triumfowali. Rozczarowanie przychodzi z czasem, ze znajomością historii. Co prawda, prawdziwi monarchowie otaczali się niewyobrażalnym dla nas splendorem, stać ich było na wszystko, ale tu chyba kończą się wszystkie podobieństwa –małżeństwa z miłości, cnotliwość, rządy, z których zadowolone było całe społeczeństwo należy włożyć między bajki. Bogactwo najczęściej brało się z uciskania biedaków i nędzarzy, rodziny królewskie z wielką przyjemnością truły się między sobą, a władcy, by jakoś wynagrodzić sobie polityczne małżeństwa, jawnie utrzymywali kochanki (o potajemnych romansach homoseksualnych nie mówiąc). Dla królewien większość młodych hrabiów była za nisko urodzona, więc żaden szewc z marzeniami o połowie królestwa nie ma po co nawet marzyć. Przekleństwem władców był także młody wiek, w jakim wielu umarło, choroby psychiczne, z powodu których wybuchały wielkie wojny (na przykład wojna Dwóch Róż w Anglii), hemofilia (czyli przysłowiowa błękitna krew), kazirodztwo. Ci niezbyt bystrzy ginęli, nie potrafiąc rozpracować szpiegów różnych ludzi i własnych, którzy szczelnie oplatali pałac, najczęściej po tym ginąc z rąk silniejszego. Byli tacy jak my, chociaż wielu z nich uważało się za bogów, albo – to w średniowieczu było przekonaniem powszechnym - za pośredników Boga na Ziemi. Różnili się charakterami, cechami, chorobami i osobowościami, co zachowało się w ich przydomkach: Eryk Szalony, Baldwin Trędowaty, Ludwik Święty, Filip Piękny, Kazimierz Sprawiedliwy, Ryszard Lwie Serce, Timur Chromy, Iwan Srogi i Iwan Groźny, Karol Wielki, Ludwik Kłótliwy, Karol Życzliwy… Niektórzy odchodzili do historii z takimi przydomkami jak Pałkin czy Krwawa Mary, a ich śmierć nie zakończyła nieprawdopodobnych wręcz historii o okrucieństwach, którzy się dopuszczali. A królowie dopuszczali się wielu złych rzeczy, nawet wyjątki potwierdzają regułę, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Niestety. 

Z pewnością szlachcie polskiej czasu rozbiorów ubliżał fakt, że Rzeczpospolita została podzielona między otyłą Niemko-Rosjankę, cesarzową Austrii i jej synka oraz pruskiego Fryca, na którego grobie rosną teraz ziemniaki (podjął się niezwykle ciężkiej próby przekonania chłopków, że to wartościowa roślina). Szczególnie caryca była wyjątkowo negatywnie postrzegana – młodzieńczy romans z Poniatowskim, zła opinia, niemieckie pochodzenie i zduszenie powstania Kościuszki były kroplą w czarze ciągłych konfliktów polsko-rosyjskich. Szlachta nie pałała do Rosjan miłością od niepamiętnych czasów, delikatnie mówiąc, a wiek XVII przekonał ich, że potężnemu sąsiadowi nie można wierzyć ani też go lubić. To tematy do dziś bardzo drażliwe, wykorzystywane w propagandzie, której mało kto jest w stanie się sprzeciwić, bo przecież historia nie zawsze jest dla wszystkich tak samo sprawiedliwa. Urazy zostały, przez wiele lat nie myślano nawet o zmianie perspektywy spoglądania na tę władczynię, rezygnując z obiektywnego podejścia naukowego, na rzecz szczerego patriotyzmu, zawsze mającego w sobie coś z uproszczeń i szufladkowania ludzi jako dobrych i złych. Dopiero teraz, kiedy za trzy lata upłynie sto lat od odzyskania niepodległości po 123 latach niewoli i koniec I Wojny Światowej (albo jak twierdzą niektórzy historycy, pierwszej części Wielkiej Wojny Trzydziestoletniej), można z pewnego dystansu spojrzeć na tamte wydarzenia, szczególnie, że młodsze pokolenie powoli wyrasta z narodowej, cierpiętniczej filozofii, skupionej na ciągłym wypominaniu i wyliczaniu krzywd oraz umiejącej spojrzeć na problem nieco szerzej i bardziej kompromisowo, co mnie raczej cieszy niż martwi. Jednym z literackich dowodów na ciekawość i otwartość dzisiejszych, odurzonych wolnością umysłów, jest właśnie zainteresowanie postacią wielkiej carycy z innego punktu widzenia niż zwykle. Nie jest już demonem, myślącym o zniszczeniu Polski, ale władcą, świadomym siły swojego państwa i zdobywcą, takim samym jak Napoleon Bonaparte (ostatecznie Hiszpanie zrobili niezgorsze od Polaków powstanie, równie drastyczne, co tak pięknie i strasznie namalował Francesco Goya), ale przede wszystkim kobietą, w pełnym znaczeniu tego słowa – kobietą mającą swoje życie, uczucia i problemy, których mężczyzna, będący najczęściej autorem biografii czy monografii nie zrozumie (wiem, wiem, jestem niesprawiedliwa i feministyczna), a które są równie interesujące jak wątki dotyczące władzy, a które wiarygodnie potrafi opisać inna kobieta, pisarka. Ale ta od naukowych, suchych rozpraw i biografii, którym brakuje polotu i wyobraźni, tylko od literatury pięknej, potrafiącej dotknąć tego, co w człowieku ukryte, najgłębsze. Stworzyć inny, bardziej ludzki portret Katarzyny i odmalować świat widziany jej oczyma we wiarygodny sposób. Spróbować opowiedzieć tysięczny raz tę samą historię, tylko w zupełnie nowy, ciekawy sposób. 

Jest z piątego na szóstego października i caryca Katarzyna II umiera. Doznaje apopleksji, czyli wylewu krwi do mózgu i zostaje sparaliżowana – może tylko leżeć i bezwiednie obserwować świat wokół niej, nie mając na niego już żadnego wpływu. Wraca wtedy do swoich wspomnień, przeglądając je wszystkie w zawrotnej prędkości, szukając w swoim życiu błędów, porażek i zwycięstw, dokonując podsumowania, rozliczając się z przeszłością, porządkując je w miarę chronologicznie według jej własnego zegara i kalendarza. Przeglądając twarze przyjaciół, rodziny, zdrajców, wrogów, kochanków i wszystkich, którzy brali udział w wydarzeniach ważnych dla niej na różny sposób. Opowiadając swoje życie od najdalszych, zamglonych wspomnień z Zerbst i kończąc niemalże przed nieszczęśliwym wypadkiem, na którym jej stosunkowo długie życie się skończy. Tak poznajemy jej życie, przeplatane sekwencjami z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin jej ziemskiego życia, splatających się ze wspomnieniami, wciąż przez nią przywołanymi. Uczestniczymy wobec tego w całym jej życiu, chcąc tego czy nie. 

Zwykle przy wyborze książki kieruję się rekomendacjami ulubionych recenzentów, własnymi gustami i okładką, choć to ostatnie często bardzo boleśnie myli. Czasami jednak wystarczy mi nazwisko ulubionego pisarza, by złapać książkę i pobiec do kasy, jakby coś mnie goniło – tak jest właśnie z tą pisarką i Elżbietą Cherezińską, autorką nieco podobnej literatury będącą, moim zdaniem, perłą pośród dzisiejszej polskiej beletrystyki. Tym razem nie tylko ulubione nazwisko zadziałało; podejrzewam, że tytułowi i okładce nie potrafiłabym się oprzeć nawet bez tego. Chociaż główną wadę oprawy najlepiej pokazuje reakcja mojego nauczyciela od historii (Kinga, co ty, romanse czytasz?) nie mogłam się oprzeć przykuwającej wzrok każdego historycznego geeka postaci Katarzyny, w cudownej kremowej i koronkowej sukni (jedna z moich słabości), na tle zarysów Pałacu Zimowego. Wygląda to naprawdę w stylu harlequinów historycznych, które udają, że nimi nie są, trzeba to przyznać, ale jaki z nich odważyłyby się na pałac rosyjskich carów w tle; zresztą, kiedy przyjrzymy się bliżej, okaże się, że włosy kobiety nie są już zupełnie czarne, a jej pozycja za poważna i smutna na gorącą powieść o miłości, nie widać też żadnego faceta z gołą klatą względnie hrabiowskim fraczkiem. Niepokój budzi ten cytat o grze w miłość i carycy, trzeba jednak przyznać, że na okładce poprzedniej części również wypisywali różne głupoty, łącznie z beznadziejnym tytułem - jak teraz się okazuje – pasującym do tamtej powieści jak pięść do nosa. Podoba mi się, jednak to, że cała ta delikatna, niemal sentymentalna kompozycja została otulona jakąś taką mgiełką, rozmywając kształty, co sprawia, że okładka nie jest krzykliwa, a fioletowy, wytłaczany tytuł bardzo ładnie się wyróżnia, komponując z resztą. Bardzo przyjemnie jest patrzyć na tę okładkę, nie mówiąc o na świetnym prezentowaniu się na półce. Aż prosi się, żeby przeczytać, prawda? 

Język jest powodem, dla którego przeczytałabym wszystko, co wyjdzie spod pióra Autorki. Nie jest już tak nieznośnie lekki jak w niezbyt udanym – jak ta tę pisarkę – Dysonansie, co jest wielką zaletą,  bo używając prostszego, mniej metaforycznego i barokowego stylu, Autorka potrafi opisać świat w niezwykle plastyczny sposób i balansować na granicy z wysmakowaną prozą poetycką. Ba, nie tylko świat otaczający bohaterów, ale ten wewnętrzny, pełen ulotnych uczuć i myśli, niezwykle staranny i autentyczny, głęboki i fascynujący. Z wirtuozerską lekkością i śpiewnością opisuje każde wrażenie, uczucie, drgnienie postaci a także ukazuje rzeczywistość, nawet tą bardzo przyziemną, w zaczarowany sposób, tak, że naprawdę mamy wrażenie, że obserwujemy świat oczami Katarzyny, czując to, samo co ona. Tworzy swoimi słowami miejsce, w którym znaleźć się jest bardzo łatwo, bo każdy opis, każda wzmianka na temat jakiegoś przedmiotu czy obiekty sprawia, że niemal czujemy jego fakturę. Jak ja uwielbiam takie książki! Dla niektórych styl może wydawać się zbyt ciężki czy niepotrzebnie przyozdobiony, jednak myślę, że łatwo jest do niego się przyzwyczaić, kiedy wgłębimy się powieść, damy się jej porwać, a z czasem docenimy to, że mamy dostęp do najgłębszych myśli bohaterki, a sploty języka są tak kunsztowne jak wystrój Pałacu Zimowego. Bo to doskonały styl na powieść tego typu, sprawiający, że dawny, już nieistniejący świat ożywa przed naszymi oczami. Trzeba także zaznaczyć, że jedną z jego wielu zalet jest delikatna,  nienachalna stylizacja na osiemnastowieczną modłę, która sprawia, że tekst jest zrozumiały dla dzisiejszego czytelnika, ale i sprawia, że książka jest bardziej autentyczna – Autorka zostawiła nazwy różnych niespotykanych już pomieszczeń i zwyczajów na dworze oraz części garderoby, dzięki którym można nauczyć się kilku pożytecznych rzeczy na ten temat. Pisarka ponadto ma doskonałe wyczucie – swobodnie operuje światłocieniami i cieniami, a także ciszą, przez co czasami prawdziwe znaczenia konkretnych fragmentów trzeba odczytywać między słowami, domyślać się, co kryje się za niedomówieniem, delikatną aluzją, przemilczeniem. Na pewno nie jest to najłatwiejsze, ale naprawdę dodaje to książce smaku, wielu nowych odcieni i znaczeń, nakreślonych pięknie i z prawdziwym wyczuciem jakie potrafi mieć – wybaczcie panowie – tylko kobieta. Kobieta z niewątpliwym talentem do pisania pięknej, śpiewnej prozy. 

Zdaję jednak sobie sprawę, chwaląc pisarkę na wszystkie możliwe sposoby, że nie dla każdego specyficzna budowa książki może wydać się powieściową ciekawostką, odpoczynkiem od klasycznych fabuł ułożonych ściśle chronologicznie. Nie jest to z pewnością W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, ale nieco szkatułkowa budowa książki ze śladami strumienia świadomości (teraz coraz mniej popularnego, niestety) zaimponowała mi swoją kunsztownością. Konstruowanie w ten sposób fabuły nie jest ani proste, ani przyjemne, ale daje świetne efekty estetyczne. Tak jak tutaj: umierająca caryca wraca pamięcią do całego życia, wspominając kolejne wydarzenia w swoim życiu, wybierając je subiektywnie (dlatego w powieści więcej miejsca poświęcono nieistotnym, jak mogłoby się wydawać, szczegółom niż ważnym wydarzeniom w polityce carycy, co zupełnie nie dziwi, po jest to jej własna perspektywa; czasami i dla nas ważniejsze są rzeczy nieistotne dla innych, szczególnie jeśli chodzi o wspomnienia) i, czasami zagłębia się w nie, sprawiając, że z jednego wynika następne, co jest charakterystyczne dla powieści-szkatułek, chwytu tak często stosowanego przy opisywaniu czyjś wspomnień. Te sekwencje są raczej spójne; relację z ostatnich godzin Katarzyny otrzymujemy tylko na początku wszystkich czterech części, przez resztę książki śledząc koleje jej losu we wspomnieniach, zaczynając od tego najdawniejszego, z lat dziecinnych, ale z pewnością nie najlepszego. Specjalna i niezwykle delikatna konstrukcja wymaga także braku wydzielonych rozdziałów, kolejne partie tekstu w obrębie części zaznaczane są tylko odstępami, co na początku wzbudza trochę dezorientacji, z biegiem czasu okazuje się jednak świetnym rozwiązaniem, a taka minimalistka sprawia, że nie możemy obiecać sobie, że skończymy czytać z rozpoczęciem nowego rozdziału, a także nic nie rozprasza nas podczas czytania. 

Gdyby wszystkiego w Polsce tak nie pomieszali, nadając pierwszemu tomowi opowieści o Katarzynie właściwy tytuł (Pałac Zimowy) jasne byłoby, że pierwsza część to wydarzenia z punktu widzenia Warwary Nikołajewny i jej szpiegowska historia obrazująca w raczej bezstronnym świetle wydarzenia na dworze rosyjskim, natomiast druga (tym razem przetłumaczona zgodnie z angielskim oryginałem) to prywatne poglądy carycy, której punkt widzenia jest daleki od tego Warwary. Więcej, można mieć wrażenie, że ta sama historia opowiedziana przez polską dwórkę i jej panią to dwie różne, zupełnie różne opowieści – mają różne poglądy na tą samą sprawę, która faktycznie zupełnie wygląda z perspektywy Katarzyny, a inaczej oczami Polki – dzięki temu czytelnik może otrzymać jak najpełniejszy obraz zdarzeń. Dla mnie było to niezwykle ciekawe i fascynujące doświadczenie, nawiązujące przecież do największych literackich tradycji powieści polifonicznej, a Autorkę trzeba pochwalić za niezwykłe wyczucie. Nawiasem mówiąc, dowiadujemy się nieco na temat dalszych losów Warwary, których, choć są nieco przygnębiające, z pewnością wam nie zdradzę. Musicie przekonać się sami. 

Ponieważ chcę być szczerza, muszę przyznać, że bardzo nie spodobało mi się ograniczenie wątku politycznego, obyczajowego na rzecz psychiki i życia głównej bohaterki. Może to nie jest minus, może po prostu to nie ta książka, ale przyznam, że sięgnęłam po książkę ze złośliwym zamiarem przekonania się, jak Autorka poradzi sobie z opisaniem wątku polskiego – rozbiorów i insurekcji kościuszkowskiej a także agresywną polityką carycy. Stanowiło to przecież niezły kawał jej życia i niezwykle ważny jego element, ale po jakimś czasie musiałam się rozczarować i to bolało. Ale nie tyle co przez książkę, ile przez własne oczekiwania. Spoglądając na to bezstronnie, muszę przyznać, że w powieści nie ma za dużo polityki, bo Autorka chce skupić się na bohaterach i ich przeżyciach – sprawy Imperium pokazane są nawet jeszcze bardziej ogólnikowo niż w pierwszym tomie (gdzie szczegółowo została opisana wojna siedmioletnia), co, będąc dla mnie wadą, może być dla kogoś zaletą. Po prostu tak pisarce pasowało do koncepcji i już. 

Główna bohaterka, caryca, jest nawet tu postacią bardzo kontrowersyjną, chociaż Autorka – odetchnęłam z ulgą – nie próbuje jej usprawiedliwiać ani biadać nad jej zepsuciem, nie ukrywając przy tym jej grzechów, łącznie z nieposkromioną rządzą, tak bardzo charakterystyczną dla wielkich monarchów i odwzajemnioną nienawiścią syna, Pawła (patologie w rodzinach królewskich naprawdę mnie przerażają). Pisarka raczej woli ją opisywać, badać jej psychikę, wnikać w myśli, co – choć przybliża powieść do literatury psychologicznej  – jest bardzo ciekawe, a bardzo trudny osąd postaci pozostawiać czytelnikowi, bezstronnie prezentując jej sposób myślenia. Jest to z pewnością osoba ciekawa, pełna światłocieni, niejednoznaczna, ale przy tym wszystkim bardzo ludzka, niezwykle nam bliska ze swoimi obawami o rodzinę, kilkoma wielkimi miłościami, w tym tą największą, do księcia taurydzkiego Potiomkina (który był – tak naprawdę – chłopskim dzieckiem wywyższonym przez swoją kochankę i przyjaciółkę). Trudno jest więc zdecydować, czy ją lubimy czy nie, ale, trzeba to przyznać, patrząc na nią od wewnątrz i z tej perspektywy obserwując jej postępki, wydaje nam się, że rozumiemy ją bardziej niż zwykle – w szczególności kiedy czytamy polski podręcznik do historii, w którym autorom ciężko jest ukryć anypatię, czemu zresztą się nie dziwię. Dzięki temu można spojrzeć na Polskę w trakcie rozbiorów inaczej niż zwykle, co – zapewniam – będzie dość szokującym uczuciem, a terapią wstrząsową, jeśli ktoś lubi te bogoojczyźniane klimaty pewnej grupy katolików w naszym kraju. Niezwykłe doświadczenie, dla którego warto przeczytać tę książkę, z pewnością poszerzającą horyzonty w tym zakresie. 

Reszta bohaterów drugoplanowych również mnie nie zawiodła – są wymalowani słabej niż Katarzyna, ale mają swoje indywidualne cechy, nie są również marionetkami czy pogrupowani według biało-czarnego schematu. Udało mi się polubić jedynie wnuczkę carycy, biedną Aleksandrę i księcia Potiomkina, jedyną chyba postać, którą nie da się nie lubić. Aleksander, przyszły car, który zniszczy Napoleona, to inteligentny chłopak o niebezpiecznych zapędach demokratycznych, dyskutujący na takie tematy ze swoim polskim przyjacielem, Adamem Czartoryskim (późniejszy niekoronowany król Polski z hotelu Lambert, wspominany również w Dysonansie). Są również szefowe szpiegów Katarzny, Queenie i Wiszka, przemykające zawsze gdzieś obok swojej pani i koleni faworyci carycy o rozmaitych, najczęściej wrednych charakterach, wnuk Konstanty bijący swoją żonę (Konstanty będzie namiestnikiem cara w Królestwie Kongresowym, ożeni się z Joanną Grudzińską, a na końcu ucieknie w damskim przebraniu z Belwederu w Noc Listopadową 1830) i cała galeria niezbyt sympatycznych kobiet Romanowów. Zdarzają się także postacie epizodyczne – zwykle są nimi ludzie, którymi Katarzyna pogardza – naszkicowane tylko i aż proszące się o szersze rozwinięcie, ale jednocześnie wzbudzające w czytelniku same negatywne uczucia (matka Katarzyny i jej syn, który wdał się w niepoczytalnego ojca, lepiej nie komentuję…) do tego stopnia, że momentami chciałam, by fragmenty ich dotyczące jak najszybciej się skończyły. Ludzie! Oni wcale nie byli lepsi od nas, a intrygi w rodzinach panujących, na najwyższych szczeblach władzy, budzą tylko obrzydzenie. Naprawdę. 

W zimę w  Rosji noce są długie i ciemne. Wtedy ludzie tam mieszkający mówią, że Śmierć chodzi po ulicach. A śmierć w Rosji jest straszna – przypomina kościotrupa czy rozkładające się zwłoki, w jednej ręce ma kosę, a w drugiej trumnę. Myśląc o tym drży sama caryca. Bo ostatecznie wszyscy jesteśmy tym samym – ludźmi, tylko że ona ma władzę kierować armiami, zajmować inne państwa i mieć każdego mężczyznę, jakiego chciałaby. Ale nie ważne co zrobi, czy oświeci ludzi czy nie, pewnego dnia do jej okna zapuka noc, nie licząc na kochanków, ważnych spraw i zdrad, jakie dopuszczą się ludzie po jej śmierci. A ona? Wtedy to chyba wszystko jest już jednym – nocą właśnie. I chyba tak ma być; bo przecież nie jest to od razu takie straszne: mimo że jej nie ma, są wciąż portrety, również te literackie. Jej portrety – ale czy Katarzyny kobiety czy Katarzyny bezwzględnego władcy?

Tytuł: „Cesarzowa Nocy. Historia Katarzyny Wielkiej”
Autor: Eva Stachniak
Moja ocena: 7,5/10

 Katarzyna Wielka. Gra o Władzę | Cesarzowa Nocy. Historia Katarzyny Wielkiej 

sobota, 9 maja 2015

Muzyka dysonansów. Recenzja książki

Czasami ciężko jest zrozumieć romantycznego poetę. Zrozumieć! Większość ludzi na sam jego widok podrapie się w głowę i zdroworozsądkowo pomyśli, że ma do czynienia z osobą, której do zdrowia psychicznego nieco brakuje, więc będzie się starał omijać taką osobę z daleka. Nawet ja, osoba na co dzień nurzająca się w klimatach rodem z romantycznych poematów i zafascynowana niezwykłością romantycznych opowieści, muszę przyznać, że mówienie co tydzień innej kobiecie o pokrewieństwie dusz jest już trochę... nie, tego, jeśli wiecie, co mam na myśli (chociaż z tygodniem przesadziłam, to do pana piję, panie Mickiewicz). Romantycy w większości zeszli z tego świata szybko i, tak jak marzył wokalista starego zespołu Alphaville, na zawsze zostali młodzi. Szczególnie w Polsce, gdzie romantyczność rozrosła się wyjątkowo bujnie, za sprawą rozbiorów i nieszczęsnego powstania listopadowego. Ci, którzy przeżyli, wyemigrowali, czując zagrożenie ze strony rosyjskich władz i zniechęcenie popowstaniowymi represjami. Wyjechali najwięksi, by nigdy już nie wrócić, by na wygnaniu utworzyć Wielką Emigrację, która przez kilka lat służyła tam niesiejącej Ojczyźnie. W Paryżu, Mekce emigrantów żyły takie sławy jak Fryderyk Chopin, Adam Mickiewicz, czy hrabia Adam Czartoryski, założyciel Hotelu Lambert, samozwańczy król emigracji i genialny strateg, który przewidział I Wojnę Światową na grubo osiemdziesiąt lat przed jej wybuchem.

Wśród nich do Paryża, oprócz Mickiewicza, miotającego się po świecie z coraz to nową kobietą, wyjechało wielu innych mistrzów pióra, wtedy tylko poetów, bo prozą mało kto sobie zawracał głowę, uważając ją za mniej romantyczną, więc gorszą. Romantyczne gryzipiórki, wśród skandali obyczajowych i kolejnych wizyt na salonach, kłóciły się zażarcie o miejsce w Trójcy Największych, a także o kształt przyszłej, odrodzonej Polski. Do poetyckich szranków stawali: opętany fałszywym, jak później się okazało, prorokiem Towiańskim wieszcz Adam Mickiewicz, który ostatecznie wygrał, bo jego poemat o rozpustnej Telimenie i Napoleonie idącym na Rosję w 1812 roku stał się narodową epopeją. Był też Słowacki, który bardzo chciał słowiańskiego papieża i którego matka za drugiego męża wzięła rosyjskiego generała. Z nimi chciało się mierzyć dwóch – teraz raczej razem zajmujących trzecie miejsce, bo badacze, jak zwykle, są podzieleni. Są nimi Zygmunt Krasiński, autor Nieboskiej Komedii i Cyprian Kamil Norwid, ulubiony poeta Jana Pawła II, ten, który napisał choćby słynny Fortepian Chopina. O ile Norwid przez całe życie przymierał głodem na paryskim bruku, to Krasiński dzielnie brylował w salonach i żył tak, jak na hrabiego przystało. We wszystkim – nawet w stosunkach z kobietami, które dla romantyków są podwójną trudnością.

A trudności w tej materii miał duże. Już od najmłodszych lat pałał miłością do różnych kobiet, a każda z nich była tą jedyną, tą wyśnioną i tak dalej, dopóki nie spotkał pięknej, nieszczęśliwiej Delfiny z domu Komar hrabiny Potockiej, której mąż okazał się psychopatycznym potworem, a córeczka umarła na szkarlatynę, pozostawiając kobietę w strasznej rozpaczy. Delfina miała opinię kobiety rozpustnej, zresztą była o wiele od Zygmusia starsza i jakkolwiek związek z nią był w epoce salonowej moralności i konwenansów po prostu niemożliwy. Dlatego Krasiński związał się małżeństwem z bogatą Elizą Branicką (potomkinią Franciszka Ksawerego Branickiego, targowiczanin, który – między innymi – doprowadził do upadku I Rzeczpospolitej i drugiego rozbioru), z którą, co prawda, miał kilka dzieci, ale dla której, niestety, nie przerwał romansu z Delfiną, pisząc codziennie do niej grube listy, zawierające wyznania miłosne, jakie tylko poeta mógł wymyślić. I co miała zrobić biedna żona? Jakby tego było mało, kazał się biednej Elizie zaprzyjaźnić i pokochać Delfinę i żeby tego dokonać, zaprosił je obie na wspólne wakacje do Włoch, w ten nieszczęsny 1846 rok, kiedy w Galicji doszło do rabacji, zmory, która do dziś wywołuje gęsią skórkę nie tylko u potomków polskiej arystokracji: chłopskie powstanie okazało się być bardziej krwawe od powstania Spartakusa, bo połączone z obcinaniem głów szlachcie i porywaniem szlacheckich dzieci za austriackie pieniądze… Czyn okrutny, godny romantyka wierzącego w pokrewieństwo dusz ponad okowami małżeństwa, a dla każdego pisarza, lubiącego robić coś więcej niż opowiadać podobne do siebie historie, niesamowita okazja, by przeanalizować reakcje i zachowania dwóch zupełnie odmiennych kobiet, w tak osobliwej sytuacji i dziwnej epoce przejścia, kiedy stare się powoli kończy, a nowe jest jeszcze w powijakach.

Ciężko jest mi więc powiedzieć coś jednoznacznego o tej książce, tak samo jak ciężko było mi nazwać emocje, które odczuwałam, odkładając ją. Dałam sobie czasu, by, cokolwiek to może być, skrystalizowało się. Wolę poczekać, niż tonąć w zachwycie, wolę pomyśleć, zanim zaryzykuję stwierdzenie, że jednak książka mi się nie podobała. I tak wciąż mam trudności, jak z każdą książką, która jest trudna. Co powiedzieć? O stylu? Bohaterach? Czy polecić, a może powiedzieć, że jednak nie, opowieść nie nadaje się do czytania? Cóż, spróbuję jeszcze raz powolutku wszystko przeanalizować, akapit po akapicie, rozważyć, żeby słowa, które napiszę, nie okazały się nietrafione. O wyjątkowych książkach trzeba pisać wyjątkowo.

Wydaje mi się, że Autorka naprawdę zrozumiała epokę, o której pisze. Wczuła się bardzo w to całe romantyczne szaleństwo, dekadentyzm (choć ta nazwa narodzić miała się dopiero później) i nastroje społeczno-polityczne epoki, takie trudne, szczególnie dla Polaków. Jest to niezwykła sprawa, bo my dzisiaj, może to wszystko rozumiemy, ale nie czujemy nic z tego, co tamci ludzie, ich emocje, świat, zasady są dla nas już obce. Całe tło zostało bowiem odmalowane po mistrzowsku. Epoka napoleońska odchodzi – o wielkim cesarzu i Księstwie Warszawskim pamięta tylko stary generał Krasiński, młodzi przecież nie pamiętają nawet roku 1812. Panuje polityczny pragmatyzm (ten sam generał jest teraz na służbie cara), padają wciąż oskarżenia o niepowodzenie powstania listopadowego, ludźmi targa rozżalenie i gniew, a jednocześnie romantyczna gorączka, która każe przygotowywać następny zryw, ale ta, co jest w powieści nie powiedziane, spadnie razem z tragedią powstania styczniowego w 1864 roku. Arystokracja włóczy się po świecie, jednak emigracja wysyła wciąż emisariuszy, co dopiero się skończy wtedy, kiedy wszyscy zbladną ze strachu, słysząc o rabacji. Na tle tego wszystkiego w paryskich salonach grywa Chopin, stare panie plotkują o jego związku z kontrowersyjną pisarką Gregorge Sand, upadają stare ideały, ale i tak każdy próbuje sztucznie utrzymać przy życiu krępujące salonowe konwenanse, a Delfina romansuje z naturalnym synem Talleyranda, kiedy akurat nie ma Krasińskiego. W książce jest jeszcze wiele innych tego rodzaju smaczków, które bezbłędnie opisują te czasy, w sposób tak plastyczny i namacalny, że niemal ma się wrażenie, że nie jest to powieść współczesnej pisarki, może tylko jakiś fabularyzowany przez nią pamiętnik z tamtej epoki. Jako fanatyczna wielbicielka historii czytałam książkę choćby tylko dla tych smaczków, zachwycając się tą epoką, która nagle stanęła jak żywa przed moimi oczami, czarując barwami, kształtami i opisami. I czytałabym dalej, tyle że, niestety, książka gruba nie jest – wręcz przeciwnie.

Język, styl Autorki, też jest typowo romantyczny, czasami zahaczający o barokową ornamentykę. Gdyby patrzeć z mojego, nowoczesnego punku widzenia, powiedziałabym, że poza niezwykłą melodycznością i lekkością, Autorka pisze wiele słów o niczym. Najbardziej wtedy, kiedy poświęca akapity na zygmusiowe zachwyty nad Delfiną. Jednak jest to tylko doskonałe odwzorowanie romantycznego sposobu myślenia, bo te całe gadanie o pokrewieństwie dusz, zachwycanie się nad twarzą, charakterem kochanki, zupełnie oderwane od rzeczywistości abstrakcyjne rozważania, z jeszcze bardziej abstrakcyjnymi wnioskami, dla nas zupełnie niewarte czytania, stanowiło sens istnienia romantycznego poety. Proszę, nie śmiejcie się. Oni naprawdę potrafili całą noc myśleć o gwiazdach, a potem iść do jakiegoś powstania, żeby dać się zabić. Powiedziałabym także, że styl Autorki jest bardzo plastyczny, bardzo impresjonistyczny. Potrafi łapać ulotne emocje, utrwalać na papierze przelotne myśli, dziergać powieść jak koronkę z subtelnych słów, robiąc to w suty, niezwykle wyszukany sposób. Przyznam, że na początku było to dla mnie denerwujące, bo jednak w poprzedniej książce Autorki, którą czytałam, tej o Katarzynie Wielkiej, aż tak delikatnie i barokowo nie było, ale później pomyślałam, że ta książka po prostu tego wymaga. Bo jeśli romantyk miałby napisać prozą tę historię, zrobiły to właśnie tak.

Opisów nie było dużo, Autorka bowiem skupia się bardziej na bohaterach, na ich przeżyciach, wyłuskując z otoczenia tylko to, co w jakiś sposób wpływa na nich. Jednak jeśli się pojawiają, są bardzo plastyczne; czuć bardzo intensywnie klimat opisywanych miejsc – nicejskich willi, saloniku z lampami przykrytymi abażurem, mieszkania Chopina czy sypialni bohaterów, gdzie owija nas zaciemniona, niezwykle intymna atmosfera. Doskonale się czyta, szczególnie że dialogów nie ma zbyt wiele. Nie są może bardzo rzadkie, ale przecież pisarka ich nie potrzebuje, opisując bardziej myśli bohaterów, ich uczucia, niż zewnętrzne reakcje. Jakie to typowe dla romantyzmu!

Jest to jedna z tych książek, która nie ma jednoznacznie dobrego moralnie bohatera, jednak wcale mi to nie przeszkadza – jestem z tego zadowolona. Można powiedzieć, że taką postacią jest Eliza, jednak jej poświęcenie bywa naprawdę denerwujące, a każdy, nawet romantyk, w końcu zadaje sobie podstawowe pytanie, na które może odpowiedzieć tylko osoba, która tkwi w takim patologicznym związku jak ona. Jednak jej postać nie budzi we mnie sympatii, choćby nawet z powodu cierpienia, jakie musiała znosić każdego dnia, jedynie politowanie. Eliza była dobrą kobietą, przyznaję, może dobrą matką, jednak brakło jej tego czegoś – była zwyczajna albo, jakby powiedział jej mąż, brakowało jej poezji cierpienia. Jej naiwność mnie przeraża, a dobroć budzi podejrzenia. Ale to, że wywołuje u mnie jakieś emocje, pokazuje tylko, że technicznie jest to powieść pełna doskonale skonstruowanych bohaterów, sprawiających, że chce się zgrzytać zębami nie dlatego, że są tacy beznadziejni i bez charakteru, ale dlatego, że są głupi, naiwni i tak dalej. Tak samo jest z dumną Delfiną, cierpiącą z powodu braku dziecka w swoim życiu; nie dlatego, że go nigdy nie miała, ale dlatego, że zostało jej ono odebrane. Stratę starać się powetować sobie zmieniając kochanków, zdradzając przecież zakochanego w niej po uszy Zygmunta, co jest trochę poplątane i jeszcze dziwniejsze, bo nie ma to jak zdradzać kochanka z innym kochankiem. Delfina jest też artystką o delikatnym, wrażliwym umyśle, bardzo inteligentną, ze zdaniem wyrobionym na każdy temat. Potrafi sprostać filozoficzno-romantycznym rozważaniom swojego poety, co dla Elizy jest za trudne, ale także dodać zawsze coś od siebie. W dodatku uczy się śpiewać – bardziej dla zabicia czasu, ale jednak i wciąż poprawia swoją więdnącą już wielką urodę, jakby chciała zatrzymać wszystkich kochanków. Ona chyba najmniej zajmuje się Polską, żyje paryskim życiem, oddycha włoskim powietrzem, mówi nienaganną francuszczyzną, a zacina się przy polskim, ale Zygmunt nie zauważa, że nie przejmują ją nawet doniesienia o rabacji, a może przyprawiają o ból głowy. Nie, delikatnej, wysublimowanej Delfiny też nie lubię, choć przyznaję, że jest przecież tylko człowiekiem, kolejną niejednoznaczną postacią stworzoną przez Autorkę, której wad ani zalet pisarka nie przemilcza (co już nie jest tak bardzo w tylu romantyzmu).

Najbardziej irytujący był jednak nasz poeta, mimo że opisanie (obiektywne!) postaci romantycznego wieszcza to szczyt możliwości literackich większości pisarzy. Zygmunt z jednej strony jest postacią naprawdę sympatyczną; wydaje się chłopcem w ciele mężczyzny, z drugiej strony nic nie usprawiedliwia jego potwornego pomysłu o przyjaźni żony z kochanką, o ilości kobiet, którym mówił, że są wybrankami jego serca i pokrewnymi duszami lepiej nie mówić. Nie polubiłam go, nie byłam w stanie go zrozumieć ani osądzić, czy naprawdę był postacią nadludzką, niezwykle wybitną, czy tylko tak o sobie sądził. Autorka pokazuje go raczej jak człowieka, portretuje z dystansu, ukazuje oczami Elizy i Delfiny, zawsze gdzieś przemycając obiektywną o nim prawdę, jednak wciąż trudno o nim cokolwiek powiedzieć, nawet jednoznacznie stwierdzić, czy kochał Polskę, czy nie. Trzeba jednak powiedzieć, że Autorka sportretowała go wirtuozersko, starannie ukazując wzajemnie wykluczające się cechy jego charakteru i obdzierając z nimbu nadczłowieka, poety, kogoś, kto ma inny mózg niż wszyscy. Chylę głowę z podziwem, bo do tego potrzeba doskonałego pióra i odwagi, naprawdę!

Przez powieść przewija się dość dużo postaci epizodycznych, wstępnie naszkicowanych: Chopin, jego partnerka, pani Szymanowska i jej nieszczęśliwa, chora psychicznie córka, ojciec Zygmunta, matka i siostry Delfiny, dumna rodzina Elizy, służba, zagraniczni hrabiowie … Stanowią oni raczej tło, część tej panoramy tamtego okresu, są fragmentami zbiorowego portretu Wielkiej Emigracji, jakimś urozmaiceniem i rzeczą, która ożywia powieść. Czytało mi się o nich bardzo miło, z chęcią dowiedziałabym się także, co jeszcze Autorka ma na ich temat do powiedzenia i nie miałabym nic przeciwko, gdyby zdecydowała się wyeksponować te postacie bardziej, ale jednocześnie wiem, że taki układ zapewnia powieści harmonię, bardzo dla niej ważną. Dzięki nim można jednak poznać głębiej klimat tamtych czasów, co przecież nie byłoby możliwe bez nokturnów Chopina wciąż grających w tle, jakby ilustrujących nie tylko rozterki bohaterów, ale także sytuację, w jakiej się znaleźli i skandali córki pani Sand, Solange.

Po fabule nie można oczekiwać fajerwerków, tak samo jak po większości romantycznych poematów. Właściwie powieść jest zbiorem obrazów, szkiców czy scen, połączonych wątłą nicią fabularną – emocjami bohaterów - a swoją płynność zawdzięczają mistrzowsko skonstruowanemu łańcuchowi przycznynowo-skukowemu. Zakończenie jest jednak mocne, może nawet będące czymś w rodzaju dysonansu względem delikatnej strukturze reszty powieści, może będące potężnym zakończeniem koncertu Chopina. Jak już pisałam – spoiwem są emocje bohaterów, złączonych w tym dziwnym, przerażającym mnie za każdym razem trójkącie, a każde ich działanie jest głęboko uzasadnione ich przemyśleniami, dlatego, gdybym chciała sprecyzować bliżej gatunek powieści – mówiłabym o czymś balansującym między powieścią historyczną a dokumentem tamtej kolorowej, niezwykle ciekawej epoki, jednak nie o romansie historycznym, jak napisano na okładce. Skomplikowana, ażurowa konstrukcja powieści budzi mój podziw, bo na takie zabiegi stać tylko naprawdę wytrawnych pisarzy. Z drugiej strony muszę przyznać jednak, że powieść nie zaciekawi każdego, może poza fanami historii, albo wielbicieli literackiego undergroundu, dla których sztuka dla sztuki jest codziennością - formuła, jaką obrała Autorka rozłożona na niemal powieść, w której tak naprawdę dzieje się wiele, przez co najwięcej dwieście stron z około czterystu, potrafi znudzić, a nawet uśpić nawet najbardziej zaciętego czytelnika, pod uwagę jeszcze biorąc niezwykłą melodyjność i harmonię.

Okładka jest rzeczą chyba najgorszą w powieści. Grafikowi zależało zapewne na oddaniu klimatu sztuki romantyzmu, jednocześnie pokazując portrety trójki głównych bohaterów, a skończyło się na kiczu i rzucającej się w oczy tandecie, zapewne dlatego, że tło jest czarne, postacie nieznośnie kolorowe i niezbyt widoczne, a tył naszpikowany jakimiś dziwnymi, szarymi kwiatami czy czymś w tym rodzaju. Zresztą, nie ukrywajmy, uroda Zygmunta, Elizy i Delfiny, nie jest zbyt fotogeniczna, zupełnie źle stało się, kiedy zdecydowano się na ukazaniu tylko samych głów bohaterów. Poeta ma nienaturalne rumieńce na twarzy, ma minę mumii, a twarz Elizy patrzy w nieokreśloną pustkę, przed siebie. Jedynie Delfina nie zawodzi – ze spuszczoną głową, bardzo, aż do zmylenia, skromna, mogłaby, w ostateczności tu zostać. Przedstawienie Elizy i Zygmunta razem, a po drugiej stronie Delfiny, zdradza też zbyt dużo fabuły, a przynajmniej nie wygląda ciekawie – wręcz przeciwnie. Całości dopełnia żółty tytuł, napisany niezbyt ciekawą czcionką, który zresztą dopełnia wizerunku okładki, na jaką w sklepie na pewno nie zwróciłabym uwagi, a jeśli w jakiś sposób dostałaby się w moje łapki, z pewnością nie uwierzyłabym, że w środku kryje się coś dobrego. Zresztą może i po przeczytaniu kilku zdań z książki zmieniłabym zdanie; jestem jednak pewna, że powieść okładką zniechęci do siebie tych, którzy do fanów historii nie należą, a same słowa romans historyczny wywołują dreszcz obrzydzenia czy coś w tym rodzaju.

Wciąż jeszcze nie wiem, co powiedzieć o tej książce, tak samo jak o romantyzmie – bo książka niezwykle wtapia się w epokę, którą opisuje. Piękne twarze, ale więdnące ciało, trupy wyglądające zza kaszmirowych szali i muzyka Chopina, nazywana armatami w kwiatach. Tak samo jak w tej powieści – piękne słowa, oplatające mroczne, pełne cierpienia życie dwóch kobiet i lekkomyślnie wykorzystującego je mężczyzny, żyjącego swoimi marzeniami i kochającego, kiedy jest za późno; pustka wyglądająca zza barokowych wzorów. Jak więc ocenić? Którą z warstw uznać za tą właściwą? Jak wyważyć ocenę między tym, co czuję, jak przyznać, że jednak przejadłam się wytrawnością i jednocześnie jestem zachwycona wirtuozerią pisarki? Cóż, odwieczny problem z oceną romantyzmu, z iście młodopolską, piękną ideą sztuki dla sztuki, a umysłem zwykłego, prostego czytelnika, jakim jestem. Prawdziwy dysonans między wszystkim, co chcę powiedzieć o tej książce, który jednak jakoś zmienia się na melodię, chociaż nie wiem jak – i dlaczego wciąż lubię tak nieoczywiste, dziwne książki, wymykające się blogowej skali ocen. Ale ostatecznie trzeba wysnuć motyw przewodni muzyki dysonansów, choćby dlatego, żeby, jak to ludzie lubią, w jakiś sposób zaszufladkować nawet takie trudne, specyficzne książki. I napisać zdanie lub dwa.

Tytuł: „Dysonans”
Autor: Ewa Stachniak
Moja ocena: 6/10


niedziela, 19 kwietnia 2015

Moja przyjaciółka, Katarzyna II. Recenzja książki

Hitler, też, niestety, był człowiekiem. I w dodatku był zdolny do mało zwierzęcego uczucia do Evy Braun, co, oczywiście, nie usprawiedliwia jego bestialskich mordów. O to, że chciał władzy nad światem, a przynajmniej nad Europą, nie mam już do niego pretensji. Wcześniej tego chcieli Napoleon, Aleksander Macedoński, rzymscy cezarowie, islam, papież, Mongołowie, Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy, Niemcy Ottonów, Bismarcka, Wilhelma II, a współcześnie mu Stalina... Lista jest długa. Oczywiście różnice między Napoleonem i Hitlerem są wielkie, co do tego nie można mieć wątpliwości. Ten pierwszy wylał mniej ludzkiej krwi i był uważany za genialnego boga wojny, którym naprawdę był, kiedy Hitler to tylko psychicznie chory człowiek, który miał za dużo władzy. Jednak każdy z nich był mały, był rozkosznym, różowym bobasem w białych powijakach. Każdy z nich miał ulubione zabawy, przyjaciół, swoje smutki i radości, zalety i wady. Ale co się musiało stać, że pragnęli władzy? Jak doszli na szczyt? Jak syn prawnika, niespełniony malarz, Gruzin i wielu innych zburzyło Europę, a także większość świata, chcąc ukształtować ich zgodnie z osobistymi planami? Te pytania budziły i budzą fascynację pisarzy i czytelników, o których powstaje o ich drodze na szczyty wiele książek, w tym powieści, które ja, wielka fanka historii, z wielką ciekawością, czytam.

Katarzyna II Wielka jedna z najwybitniejszych władców Rosji, źle zapisała się w historii Polski. Manipulowała swoim byłym kochankiem i królem naszego kraju, Stanisławem Augustem Poniatowskim, a także magnaterią, doprowadzając do osłabienia Polski, a następie do jego rozbiorów. Oczywiście, dużo w tym wszystkim było też winy samych Polaków, ale caryca przez wiele lat była postrzegana przez Polaków jako zło wcielone, Niemka na rosyjskim tronie. Nie można przecież zaprzeczyć, że rządziła twardą ręką i mimo że była oświeconą kobietą, niejeden Rurykowicz mógłby pozazdrościć, a Iwan IV Groźny ze pełnym uznania uśmieszkiem powiedziałby tylko, że to jego krew. Tak naprawdę Katarzyna, a właściwe Zofia, była krwi Askańczyków, Ottona ze Strzałą, Albrechta Niedźwiedzia i Mechtyldy (tak, tej samej, którą możemy poznać w Koronie śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej). Askańczyków, twórców Marchii Brandenburskiej. Można by powiedzieć, że dobra krew. Ale to jeszcze nie wszystko – poza krwią są jeszcze pieniądze, intrygi, aranżowane małżeństwa, niekoniecznie szczęśliwe i masa innych rzeczy, zdecydowanie nie dla mięczaków i niewinnych dziewczątek zapatrzonych w idee wolności dla każdego narodu lub jakieś inne wymysły dla mas. Ale także nie dla biednych, terroryzowanych przez matkę księżniczek, chudych i zaniedbanych, które zostają w dodatku żonami wariatów, niezwracających na nic uwagi poza wojskiem. Więc w jaki sposób taka osóbka, która, według wszelkiego prawdopodobieństwa, powinna umrzeć w zapomnieniu, stała się jedną z najbardziej bezwzględnych kobiet dziejach, bijąc w popularności, przewrotności i okrucieństwie Elżbietę I Tudor i cesarzową Wiktorię Hanowerską?
Główną bohaterką książki jest Warwara Nikołajewna, właściwie Barbara – bo pochodzi z Polski - i powieść jest jej wspomnieniami. Córka introligatora i biednej, polskiej szlachcianki po śmierci rodziców dostaje się na dwór cesarzowej Elżbiety, gdzie w końcu dorabia się pozycji lektorki wielkiego księcia Piotra i szpiega, wychodzi za rosyjskiego oficera, rodzi córkę, a w końcu zostaje hrabiną. Wspinaniu się bohaterki po szczeblach kariery towarzyszą wzniosłe wydarzenia: ślub Piotra z pruską księżniczką Zofią, która stanie się potem Katarzyną II, wojna siedmioletnia, śmierć cesarzowej, przewrót pałacowy i początek rządów Zofii. Ponieważ Barbara jest szpiegiem carycy, a jednocześnie przyjaciółką Katarzyny, dowiadujemy się o dworskich intrygach, mężczyznach carycy i jej następczyni, o najgłębiej skrywanych tajemnicach dworzan, uczestniczymy w kolejnych spiskach, a jednocześnie w zwykłym życiu, które również jest udziałem monarchów i ich dworów. Poznajemy także tam postacie mniej lub bardziej historyczne, przedstawione bardzo ludzko, a także ze specyficznej perspektywy – szpiega, który wie i tak to, co chcą ukryć, albo przynajmniej się już domyśla i równocześnie wrażliwej, inteligentnej kobiety, która nikogo nie ocenia, tylko obserwuje i notuje swoje spostrzeżenia. Mamy więc możliwie największy podgląd na to, co tam się działo, a jednocześnie uczestniczmy w prywatnym życiu bohaterki, nierozerwalnie złączonym z polityką i sprawami rządzących – spragnionych biografii władczyni, albo opracowania bardziej naukowego ostrzegam, że to powieść historyczna, gdzie fikcja splata się z historią bardzo mocno i że trudno zdecydować, co jest prawdą, a co nie. Jednak to, w miarę czytania powieści, przestaje zupełnie nie przeszkadzać, szczególnie, tak jak ja, polubi się Warwarę.

Największym chyba plusem książki jest język Autorki. Zwiewny, lekki, nieprzekombinowany styl, zdania łączące się w płynną, śpiewną całość. Nie ma tu eksperymentów ze środkami wyrazu – porównania są tam, gdzie rzeczy kojarzą się z czymś innym każdemu, dzięki czemu stają się bardzo plastyczne. Brakuje też, co za ulga dla moich zszarganych nerwów, nachalnego archaizowania wypowiedzi przy jednoczesnym łączeniu z zupełnie potocznymi, współczesnymi wyrażeniami, co sprawia dość dziwne wrażenie. Dialogów zresztą jest mało, a kiedy są, nie odstają niczym od współczesnej mowy, no chyba oprócz tradycyjnych rosyjskich wyrażeń i nazw. Wszystko razem tworzy niezwykle piękną, elegancką niczym suknie carycy, harmonijną całość, która oplątuje i hipnotyzuje czytelnika tak, że choćby nie lubił historii, albo nie mógł ścierpieć tematu czy bohaterów, musi czytać dalej, przynosząc mu zadowolenie i odpoczynek. Albo, jak to bywa z książkami, w której dużą rolę pełni historia , wiedział, co wydarzy się z Elżbietą, Katarzyną, Piotrem, jak potoczą dzieje kolejnych bohaterów. Przynajmniej ja tak miałam, bo, chyba już wiecie, przywiązuję wielką wagę do tego, jak książka została napisana i jestem gotowa przeczytać wszystko od deski do deski, byle było dobrze napisane. Z tymi gorzej napisanymi jest już różnie...

Bohaterowie, których jestem zmuszona przedstawić szerzej, to kolejna mocna strona książki. Autorka opisuje pierwszoplanowe postacie bardzo starannie, wszechstronnie i powoli, dawkując ich charakterystyki w odpowiednich proporcjach – nie poznajemy ich od razu, do końca poznając nowe aspekty ich osobowości. Pisarka dużo uwagi poświęca szczegółom – pod jej piórem nieistotne elementy zgrabnie stapiają się w jeden niezwykle szczegółowy i bogaty portret jakiegoś bohatera, naturalny, pełnokrwisty. Autorka pokazuje wady, zalety, silne i słabe strony każdej z postaci, myśli – co dotyczy tylko głównej bohaterki – nie przemilczając niczego, nawet tego, co sprawia, że postać lubimy mniej. Świadczy to przede wszystkim o niezwykłej pewności siebie Autorki, ale także o talencie, przez którym nisko chylę czoło – każdy pisarz ma skłonności do jakiegoś idealizowania swoich bohaterów, każdy przedstawia ich mniej lub bardziej jak swoje lepsze alter ego, jednak tu pisarka prezentuje ich jak zwykłych ludzi, takich jak my, ale jak my bez makijażu i internetowych upiększeń, nawet z najgorszymi myślami.

Warwara to postać najbardziej szczegółowo przedstawiona i nic w tym dziwnego, bo przecież jest główną bohaterką, narratorką historii. Autorka powoli, strona za stroną, nawet każąc jej opowiadać o czymś innym, wgłębia się w psychikę, wspomnienia i wszystko, co Warwarę kształtuje, robiąc to niespiesznie, delikatnie i bardzo ciekawie, mimo że postać ta nie jest jakaś oryginalna - kobieta nie wyróżnia się niczym nieprzeciętnym, nawet urodą, a już na pewno nie charakterem – nie ma więcej zalet niż wad, a swoją niewinność i naiwność straciła już bardzo dawno, do wielu ludzi żywi czasami nieskrywaną nienawiść czy wrogość, chociaż czasami, jak to bywa w życiu, później musi tego żałować. Jej miłość do córeczki, Darii, również nie jest niczym w literaturze nowym, a bynajmniej ukazanym w nowy, świeży sposób, budzi jednak w czytelnikach ciepłe uczucia, tak jak jej przytłaczająca samotność na początku powieści i marzenie o posiadaniu jakiejś przyjaciółki, kogoś, kto będzie mógł ją zrozumieć i komu będzie mogła zaufać w miejscu, w którym wszyscy kłamią i szpiegują siebie nawzajem. Dzięki temu lubimy ją bardziej niż spiżowe sylwetki innych książkowych tworów – jest ludzka, taka bardzo podobna do nas, osobników (w znacznej większości) nieświętych. Poza tym Warwara jest obdarowana spostrzegawczością i bezstronnością swoich sądów, jako zawodowy szpieg i jako – tak naprawdę – cudzoziemka, w której interesie jest przede wszystkim przeżycie w świecie spisków i zbrodni. Ze szczególików, które zauważa, z drobnych historii, które spostrzega, nie mówiąc, czy lubi daną osobę, czy nie, nakreśla portrety poszczególnych bohaterów i starannie opisuje ważne, zapamiętane przez siebie historie z ich udziałem. Nie można jej też odmówić inteligencji, co mocno muszę podkreślić, bo spotkanie prawdziwie inteligentnego bohatera książkowego, jeszcze w tych czasach, to jak natknięcie się na odmianę jakiejś rzadkiej chronionej rośliny. A jeśli mowa o młodych kobietach, to niewiasta o czaszce, w której jest mózg, a nie puch, w dzisiejszej literaturze jest na wagę złota. Naprawdę.

Bardzo lubię także rodzinę głównej bohaterki – męża Igora i Darię, chociaż, wiadomo, postać córki jest bardzo przez matkę idealizowana, co przecież jest oczywiste. Natomiast Igor, choć należący do postaci stojących na uboczu, nie jest nie mniej ważny i ciekawy – to gorącokrwisty oficer, we wiecznych długach powstających przy okazji zakładów z przyjaciółmi i prawdziwy żołnierz kochający swój kraj bardziej chyba niż żonę, w dodatku – kto by się spodziewał – czuły, bardzo dobry ojciec dla Darii, która będzie później kochać go mimo wszystko. Bo, jeśli myślicie, że powiem wam, co się z nim stało, jesteście w dużym błędzie. W każdym razie wnosi do powieści, zdominowanej przez zniewieściałych intrygantów i kochanków obu caryc, coś świeżego, autentycznego. Dzikiego. A może powiedziałabym nawet, szlachetnego, bo Igor jest idealistą, patriotą, wierzącym, dzięki reformom – jakie powinny nastąpić w rosyjskiej armii – wojna zostanie wygrana. W imię tych wartości walczy, płacąc najwyższą cenę.

Postacie historyczne zostały opisane bardzo ciekawie, a jednocześnie bezstronnie, Autorka skrupulatnie unika oceniania i pomstowania oczami Warwary na ich liczne wady czy zepsute czasy. Przedstawia ich z niezwykłą psychologiczną głębią, zrozumieniem, jednocześnie nie odbiegając od prawdy historycznej. Nie oczernia tych, których nie darzy sympatią, nie wybiela tych, których lubi, raczej z pietyzmem odkurza ich portrety, przedstawiając nam ludzi takich jak wielu z tych, którzy nas otaczają, tyle że na szczytach władzy, codziennie walczących o kolejny dzień przetrwania na dworze. Przed naszymi oczami przewija się cała ich galeria, jak w kalejdoskopie, jedne zostają dłużej, inne – tak jak polski ambasador mianowany przez wszechpotężnego króla Augusta III Sasa, młody i dość naiwny Stanisław Antoni Poniatowski – pojawiają się tylko na chwilę, niepozbawione są jednak psychologicznej głębi i tego rysu, który sprawia, że są żywi. Poznajemy więc carycę Elżbietę, spędzającą czas na pijackich orgiach, patrzeniu na szalonego księcia Iwana i leżeniu krzyżem przed ikoną Matki Boskiej. Wielkiego Księcia Piotra, późniejszego cara, osobiście kochającego pruskich żołnierzy i największego wroga Rosji, króla Prus Fryderyka II; sam jest niekoniecznie zdrowego psychicznie, szczególnie po ospie, która na zawsze zniszczyła mu twarz. Matkę Katarzyny vel Zofii, osóbkę widzącą w córce tylko pionek w grze o własny awans. No i, oczywiście, samą Katarzynę.

Wielka caryca została przedstawiona tu bezstronnie, bardzo ludzko. Autorka ma odpowiedni dystans do tej postaci, traktuje ją jak bardzo inteligentną kobietę, którą doświadczenie nauczyło, że jeśli chce wygrać grę o władzę musi być bezwzględna, nawet kosztem miłości, której trzeba się wyrzec (przychodzi jej to nawet łatwo… bardzo łatwo) co niekoniecznie rozumnie jej kochanek, pan Poniatowski. Zresztą nie interesują ją skutki – woli raczej prześledzić przyczyny, te drobne, czasami nic nieznaczące doświadczenia, które wątłą, ufną i łagodną Zofię, dźwigającą ciężar ambicji matki, zmieniły w niewątpliwie okrutną, pewną siebie Katarzynę, doskonałego polityka, umiejętnie wykorzystującego dawne bliskie znajomości z naiwnymi ludźmi, jak wyżej wspominany Polak. Przy całej przebiegłości carycy w tej powieści nie brakuje rys kobiecych, co prawda wypaczonych przez fakt, że jej własne dzieci wolały ciotkę Elżbietę niż ją i licznych kochanków, których liczba niebezpiecznie zbliża Katarzynę do swojej poprzedniczki. Jednak pisarka sięga jeszcze głębiej – zdaje się rozumieć swoją bohaterkę, tak jak kobieta rozumie kobietę, a nawet uwypukla bolesne fragmenty jej życia, przez co momentami, szczególnie na początku powieści, nawet współczujemy biednej dziewczynce, jaką była. Później dopiero okazuje się, że nie wiedzieliśmy nawet połowy o niej – poznajemy ją jak Warwara: powoli, z dystansem przyglądając się jej poczynaniom i chwilom bardzie intymnym, reakcjom na różne wydarzenia i słowa innych, po jakimś czasie wiemy o niej wystarczająco tyle, by nazwać ją, tak jak główna bohaterka, przyjaciółką, chociaż chyba nie każdy chciałby zawrzeć z nią bliższą znajomość. W każdym razie zajrzeć do wnętrza takiej osoby, a jeszcze zostać jej przyjaciółką, to niezwykle osobliwe uczucie, jak dla mnie bardzo przyjemne.

Błędów historycznych w powieści nie zauważyłam żadnych, pod względem merytorycznym książka jest nienaganna. Zresztą, na końcu pisarka pobieżnie wymieniła opracowania, z których korzystała – pomiędzy nimi były oryginalne pamiętniki carycy, niewątpliwie cenne, wiarygodne źródło. Co więcej, Autorka momentami błyszczy ciekawostkami, szczególikami, dotyczącymi najczęściej obyczajów XVIII-wiecznej Rosji i jej kultury oraz mody. Zabierając się za intrygi, wojny i wszystkie te sprawy dużych, niegrzecznych dzieci zwanych politykami, doskonale orientuje się w realiach, celach każdego z monarchów i zawiłościach prowadzonych przez nich polityki, co dla mnie, osóbki raczej naiwnej i niewinnej, czasami jest zbyt zawiłe lub trudne do zrozumienia. Należy także odnotować, że, mimo o wojnie siedmioletniej nie ma tu zbyt wiele, pisarka przypomina nam bardzo mało znaną bitwę pod Groβ-Jägerdorfem, powiększając tym samym moją wiedzę historyczną (natychmiast po przeczytaniu książki szukałam jakichś informacji na temat bitwy w Internecie), za co jej bardzo dziękuję.

Fabuła, w miarę rozwoju wydarzeń, nabiera tempa – przy końcu znajduje się punkt zwrotny dla wszystkich wątków, a potem stopniowe wyciszanie. Nie mamy jednak uczucia chaosu; pisarka uważnie i wolno plącze swoją sieć z wątków, poszczególnych historii, każdy z nich kończąc w odpowiednim momencie, by w innym jeszcze raz o nim przypomnieć - jak z powracającym snem Warwary, dotyczącym realnych wydarzeń z jej życia. W przeciwieństwie do innych książek historycznych, w których – z racji tego, że kluczowe wydarzenia miały miejsce w różnych latach – tutaj nie miałam nieznośnego uczucia cięcia scen, mimo że powieść została podzielona rozdziały, każdy obejmujący kilka lat. Sceny przepływają płynnie, pisarka dba o to, by, nawet gdy jest zmuszona do robienia przeskoków, wszystkie wątki i wydarzenia były jasne dla czytelnika. Ponadto, ani przez jedną stronę nie odczuwałam nudy, wręcz przeciwnie – z rosnącym w miarę rozwoju akcji zainteresowaniem przerzucałam strony i wgłębiałam się w malowniczą historię, wabiącą mnie kolorami, postaciami i po prostu dobrze napisaną opowieścią, może nie nową, ale i tak bardzo ciekawą.

Trzeba jednak przyznać, że sam pomysł na książkę nie jest nowy. Na kartach wielu powieści o drodze przeróżnych ludzi na królewski czy cesarskich tron, względnie kanclerski fotel (co ten Hindenburg sobie myślał, kiedy przekazywał tę godność Hitlerowi?!) aż roi się od szpiegów, którzy z powodu swojego zawodu widzą to wszystko z perspektywy zakulisowej, znają prawdziwe intencje i umieją prześwietlić spiski możnych oraz dworskie intrygi. Gdy w ten sposób popatrzymy na historię Warwary, nie wydaje się niczym nowym, tak samo jak konstrukcja powieści, chyba że uprę się i napiszę, że Wareńka jest szpiegiem w spoczynku, spisującym swoje wspomnienia po latach. Biorąc książkę do ręki, miałam nadzieję na opowieść Katarzyny, pełną intymnych szczegółów i wyznań szeptanych czytelnikowi do ucha, co byłoby rzeczą bardzo oryginalną (a i bardzo trudną, ale myślę, że pisarka, gdyby przysiadła fałdy, poradziłaby sobie z jeszcze bardziej trudnymi rzeczami) i dzięki temu mogłaby bardziej skupić się na historii, nie na historii życia wymyślonej bohaterki, tym samym uniknęłaby wplatania powieściowej fikcji nad faktami, na tyle intrygującymi, że dałoby się z tego zrobić ciekawą rzecz przez jakiekolwiek osi fabularnej. Z drugiej strony, dzięki Warwarze, której historia spina wszystkie wydarzenia, pisarka w łatwy i przyjemny sposób uniknęła zarzutów o bezsensowność, dłużyzny albo pełną niepotrzebnych dygresji narrację. W każdym razie – jest tak, jak jest, a równowaga między fikcją a prawdą cudem została zachowana.

Jedną rzeczą, na którą mogę się naprawdę skarżyć to okładka. I tytuł. Angielski brzmi The Winter Palace, czyli po prostu Pałac Zimowy i chociaż nie jest dobrany zbyt fortunnie, to zostawia pole dla wyobraźni, jak to mówiła Ania z Zielonego Wzgórza, a nie sprawia, że od początku wiemy, o czym będzie książka, jak to czyni ten z polskiego wydawnictwa. Chociaż w przypadku tej, konkretnej powieści, myślę, że jest zabieg przemyślany przez polskiego wydawcę – każdy, kto mniej więcej zna historię Polski, zainteresuje się carycą, kochanką ostatniego króla naszego kraju i osobą, która, wraz z Fryderykiem II i Marią Teresą, pozbawiła Polskę niepodległości na 123 lata. Postać Katarzyny budzi więc jakieś konkretne emocje, dzięki którym wiele osób zwróci uwagę na książkę, szczególnie – jak informuje nas podtytuł – postać dotyczy sposobu, w jaki dostała się na rosyjski tron. Pałac Zimowy kojarzy się z carami w ogóle, a jeszcze wiele ludzi (niestety, tacy istnieją) nie wiedzą, w jakim państwie znajduje się taki pałac, albo czy przypadkiem nie jest to fantastyka. Mimo tego tytuł mnie irytuje, nie tylko dlatego, że jest bardzo długi, a ja nie mam pamięci do długich tytułów, ale także z tego powodu, że zgrabnie myli czytelnika, powieść, jak już wiecie, nie jest zupełnie o Katarzynie, a powieść nie jest stuprocentowo o jej dochodzeniu do władzy. Okładka też nie pociąga. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam, od tej szachownicy, musiałam zmrużyć oczy i wcale nie dlatego, że, mimo że nie noszę okularów, coraz bardziej niszczą mi się od komputerów, telefonów i, oczywiście, książek (jasne, oszukuj się dalej, Kylie). Odwrócona postać w przepysznej, czerwonej sukni bardzo przypomina Katarzynę i pasuje tam w miarę, to fakt, a tytuł zwinięty w barokowe zawijasy jest przyjemny dla oka, chociaż dziwnie kojarzy się z romansidłami; jednak wydaje mi się, że tych wszystkich napisów w tej zwykłej, psującej wszystko czcionce, jest za dużo. Patrzę na okładkę i co widzę? Reklamy, nachalne zachęcenia do kupna powieści, zapewnienia, że to jest powieść o wielkiej, potężnej carycy i tylko o niej, w dodatku wszystko brzydką czcionką, zwykłą (to chyba najzwyklejszy Arial) i nudną, jakby wszystko nie mogło się zmieścić w opisie. Już chyba nie muszę mówić, jak to działa na mój delikatny układ nerwowy, szczególnie że wydawnictwo jest jednym z moich ulubionych i naprawdę wysoko cenię sobie jakość wydawanych przez nich książek.

Poważny historyk prychnąłby na widok tej książki, kiedy dowiedziałby się, że samej Katarzyny w powieści, rzekomo o Katarzynie, nie jest znów tak dużo, jednak jeśli ów historyk jest książkowym molem, szukającym dodatkowo jakiegoś miłego, łagodnego wstępu w historię Rosji XVIII-wieku czy też w samą biografię carycy, by potem nie utknąć przy poważniejszych książkach, powieść jest w sam raz. Chociaż porównanie mnie do historyka jest tak samo trafne, jak porównanie romansu stuletniego wampira Edwarda siedemnastoletniej Belli do doskonałej Lolity Nabokova, więc wiecie. Prawdą jest jednak, że nie odpuszczę sobie żadnej powieści historycznej, na jaką się natknę, nie mówiąc już o takiej, która, tak jak ta, jest świetnie napisana, ma w sobie pełno ciekawych postaci, słowem, jest bardzo dobra Jedna z tych na tyle dobrych, że pozwala poznać postacie historyczne od podszewki, często obdzierając je, jeśli są to królowie, z blichtru i aury boskiego namaszczenia, pokazując nam ludzi, którymi przecież byli. Pozwolić nam się z nimi zaprzyjaźnić. A ponieważ książki mają do siebie to, że bohaterowie nie wychodzą z nich (na nieszczęście dziewczyn spragnionych przystojniaków), śmiało mogę powiedzieć, że Katarzynę II znam teraz jak przyjaciółkę i że tą przyjaciółką jest. Mimo że w realnym świecie – niestety - zapewne nie byłoby aż tak kolorowo.

Tytuł: „Katarzyna II. Gra o władzę”
Autor: Eva Stachniak
Moja ocena: 7/10