Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2015

Piękno Bestii. Recenzja książki



Kiedyś to jednak było fajnie! Człowiek miał się czego bać – świat najeżony był mnóstwem paskudnych chorób, a śmierć czyhała na każdym rogu i śmiała się, potrząsając kosą. Grypa? Śmierć! Zapalenie płuc? Śmierć! Rana? Śmierć (chyba że zastosowano tzw. chleb z pajęczyną, w istocie nieświadomie stosując penicylinę) z zakażenia lub z wykrwawienia. Serce szwankuje? Śmierć! Padaczka już całkowicie, człowiek umierał z wyczerpania po zbyt silnym napadzie, a w średniowieczu jeszcze nikt nie pomógł, bo to opętanie. Ba, żeby były tylko takie choroby – przeciwko nim znajdowano zwykle jakieś zielne remedium czy zaklęcie. Srożyły się jednak rzeczy o wiele straszliwsze, szczególnie na Wschodzie: ospa, dyzenteria, malaria, febra, tyfus, hemofilia i dżuma, straszliwa zaraza Europy z końca średniowiecza, oraz trąd – jedna z najstraszliwszych chorób świata, bardzo zaraźliwa, o niezwykle długim okresie inkubacji i powodująca (dosłownie) gnicie za życia. Ale to jeszcze nie koniec. Z upływem lat do listy tej dołączały się zbierająca straszliwe żniwo cholera, dolegliwości serca, nowotwory i ujarzmiona (choć prątki Kocha wciąż się mutują) już gruźlica. 

To już przeszłość, bo nad tymi chorobami potrafimy zapanować, mamy leki i sposoby zapobiegania im. W XXI medycyna wciąż staje się lepsza, a jej osiągnięcia coraz bardziej zdumiewające. Można przeszczepić już bijące serce, przyszyć kończynę wraz z odtworzeniem porwanych połączeń nerwowych, wprowadzić człowieka w stan śpiączki farmakologicznej i badać ciśnienie wewnątrz czaszki, o mechanicznych płucach, czyli respiratorze i innych narzędziach podtrzymujących życie nie mówię – to, co dla naszych przodków dwieście lat temu było snem SF, jest teraz prawdą, czymś zwyczajnym. Protezy są już coraz lepsze, chorzy na cukrzycę mają swoje strzykawki z insuliną, a astmatycy inhalatory. Nie umieramy na katar, grypę, zapalenie płuc czy wyrostek robaczkowy, w domach mamy trutki na szczury, kanalizację, a podstawowe środki do czyszczenia i zabijania owadów można kupić w każdym sklepie. Kiedy wybuchają epidemie odzwierzęcych gryp, w tym słynnych ptasich, media podnoszą rwetes, w Internecie można znaleźć wskazówki dotyczące uniknięcia zarażeniu się, zresztą apteki są pod nosem, zawsze pełne specjalnych masek. Co prawda, szerzy się nowotwór, zawały i choroby wątroby, ale przed tym można się obronić, stosując odpowiednią dietę, biorąc tabletki i prowadząc odpowiedni tryb życia. Możemy być zdrowi – jesteśmy zdrowi, nawet rozwiązano odwieczny dramat z wysoką umieralnością kobiet w połogu. Czego mamy się bać? 

Szpital Nairobi, Afryka, 1980 rok. Na poczekalni oddziału dla przypadków ciężkich i ważnych w kałuży krwi leży człowiek. Nie, nie był to zamach terrorystyczny; nie wystrzelono ani jednej kuli. Po prostu padł i zaczął obficie krwawić. Pielęgniarki zabierają go na oddział intensywnej terapii, mężczyzna jednak umiera. Jego śmierć i to, co działo się przed nią, jest niewytłumaczalne, dziwne, straszne. Po kilku dniach lekarz, podczas prób ratowania mu życia, umazany po łokcie w jego krwi, wymiotach i z oczami zabryzganymi jego krwawymi wymiotami, obserwuje u siebie bardzo dziwne objawy, rozpoczynające się ostrym bólem głowy i krzyża, który nie daje zatamować się żadnymi środkami przeciwbólowymi. I jeszcze te oczy – czerwone jak u wampira… 

Wirus marburg, na który zachorował opisany w poprzednim akapicie mieszkający w Afryce Francuz, to jeden z tzw. filowirusów, czyli wirusów nitkowatych, ma znacznie bardziej straszliwą siostrę, którego nazwę zna każdy, oprócz totalnych lemingów, wirus, który w 2014 roku wywołał wielkie spustoszenie w Afryce i do dziś tam szaleje, zbierając nowe ofiary i mutując się w nowsze formy. Każdy wie, o co chodzi, ale teraz jestem pewna, że słowo ebola nie będzie już tak łatwo przechodziło mi przez gardło. Ebola, fundująca śmierć, jakiej nie wymyślili twórcy najbardziej strasznych horrorów; ebola, która może się równać tylko z wywoływanym przez bakterie trądem, chociaż to drugie skazuje długi czas patrzenia na rozkładającą się za życia skórę i odpadające fragmenty ciała, podczas gdy afrykański wirus wykańcza szybko i widowiskowo (sama nie wiem, co gorsze). Ale jak to ze mną bywa, nawet koszmary nie zatrzymały mojej chorobliwej ciekawości – może tu nie chodzi o jakieś medyczne zacięcie czy marzenie o zostaniu wirusologiem, ale o napędzane adrenaliną pragnienie spojrzenia Bestii w oczy. 

Kiedy więc zobaczyłam tę książkę, wiedziałam, że po prostu musi być moja, bo jak pasja to pasja i ostatecznie artykuły medyczne i notki w Internecie nie wystarczą; zresztą sama koncepcja thrilleru non-fiction – którym, jak wynikło z opisu na stronie wydawnictwa – książka jest, bardzo mi się spodobała. Co prawda, kiedy w końcu do mnie dotarła zajęta byłam inną, dość ciężką pozycją, ale kiedy Saladyn podbił Jerozolimę i postanowiłam dać sobie odpocząć od średniowiecznych patologii rodzinnych, rzuciłam się na tą książkę jak wygłodniały zwierz, lub jak wirus ebola na nową ofiarę. Tak, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Przed lekturą przejrzałam okładkę, czytając kawałek recenzji, w której Stephen King – mistrz horroru – twierdził, że to jedna z najstraszliwszych rzeczy, jakie przeczytał (kto jak kto, ale przypuszczam, że on nie jest człowiekiem strachliwym). Czy jednak są jakieś przeciwwskazania czy objawy niepożądane? Cóż, włóżmy książkę pod mikroskop elektronowy mojego oka i zobaczmy. 

Wydanie książki jest – jak zwykle w tym wydawnictwie – bardzo staranne i eleganckie. Okładka jest w większości czarna, ale przyciągająca wzrok, bo – jeśli przyjrzymy się bliżej – kobieca twarz w częściowym skafandrze kojarzy się pasjonującymi dziedzinami nauki, do których nie dopuszcza się zwykłych śmiertelników. Co prawda, nie wydaje mi się, że jest to bardzo adekwatne zdjęcie, bo kobieta ma szparę pomiędzy ochronnym czepkiem a okularami, co w laboratoriach czwartego stopnia zagrożenia biologicznego jest niedopuszczalne (wygląda mi to na jakiś ubiór do przeprowadzania jakichś skomplikowanych doświadczeń chemicznych), ale jestem w stanie to zrozumieć, bo ludzie w Chemturionie czy Racalu z pewnością nie wyglądają na tyle ciekawie, by przedstawiać ich na okładce. W każdym razie jednak za sylwetką laborantki czarną powierzchnię przyozdobiono wizerunkami eboli ze słynnych zdjęć Murphy’ego, jak przypuszczam, a reszta napisów, poza krótkimi recenzjami amerykańskich magazynów, jest żółtych, co świetnie harmonizuje się z zimnym niebieskim i zielonym reszty okładki. Tył okładki jest czarny, z białymi i żółtymi napisami; poza blurbem mamy tu kolejne – tym razem czarno-białe – zdjęcie Głównego Bohatera, czyli eboli, z systematyką i cechami wiralnymi, co jest naprawdę ciekawym, pomysłowym rozwiązaniem. Książka ma skrzydełka, co bardzo mnie ucieszyło; na jednym z nich są fragmenty książki, te najbardziej szokujące, a na drugim zdjęcie Autora i krótka notka o nim. Wewnątrz czekają na nas jeszcze większe niespodzianki: mapa Afryki z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami występującymi w książce (na szczęście jest po polsku – trochę się bałam po tej niespodziance w Zapomnianym Legionie) i coś w rodzaju książkowej wersji procesu wchodzenia do laboratorium czwartego stopnia bezpieczeństwa biologicznego, co robimy wspólnie z podpułkownik Nancy Jaax, jedną z bohaterek książki. Dodatkowo każda z czterech części książki zaczyna się owym słynnym zdjęciem naszego wirusa, przypominając, o czym czytamy, gdybyśmy mieli jakieś wątpliwości. W środku znajdziemy także kilka zdjęć, może niekoniecznie związanych z tym, o czym akurat czytamy, ale adekwatnych do treści książki i ciekawych; oprócz słynnego zdjęcia F. Murphy’ego, które było prezentowane w galeriach sztuki, znajdziemy tam dużo fotografii spod mikroskopu elektronowego i – między innymi – zdjęcie lekarzy w skafandrach. Szkoda, bo brakuje tu tylko jednej z wyszperanych w Internecie fotografii przedstawiających naukowca pracującego w skafandrze na czwartym poziomie bezpieczeństwa, ale każdy komputer z łączem ma, więc zafascynowani lekturą sami znajdą jeszcze więcej (ponoć pobudza to kreatywność).  Wszystko to dopieszczone w szczegółach i naprawdę porządnie zrobione, tak, że książkę czyta się przyjemnie, a okładka przyciąga wzrok, zamiast odrzucać.

Książka napisana jest bardzo prostym, komunikatywnym stylem (chciałoby się napisać: żołnierskim), który zupełnie pasuje do tematyki – nie jest to przecież literatura piękna, tylko pozycja popularnonaukowa, w której widać jednak fascynację tematem, do której Autor się przyznaję, a ja cieszę się, że nie jestem samotną pasjonatką tematyki śmiercionośnych wirusów. Pisarz pozwala sobie czasem na dłuższe opisy przyrody, osłaniając przed czytelnikiem zalety swojego pióra, które delikatnie i bardzo plastycznie opisuje Afrykę, równie piękną, co niebezpieczną. Podobała mi się również niezwykła wrażliwość, z jaką pisarz przedstawia nam postacie, ich kompleksowy opis ze szczegółami, które – mogłoby się wydawać – są nieistotne, a które wiele mówią o danym człowieku (chociaż, kiedy czytam książkę o eboli, niezbyt interesują mnie  szczegóły ze śledztwa dotyczącego zabójstwa brata Jerry’ego Jaaxa, męża Nancy). Chociaż akcja rwie się do przodu i nie ma czasu na delikatny, jeszcze głębszy rysunek postaci, to naprawdę nie mogę narzekać – zastanawiam się, co by było, gdyby po podszlifowaniu warsztatu Autor napisał powieść – zarzucić mogę tylko powtarzanie w dwóch zdaniach tego samego, co nieco irytowało mnie podczas czytania i wybijało z rytmu; z pewnością przy szerszej perspektywie powieści wszystkie szczególiki, czasami naprawdę niepotrzebne, utopiłyby Autora zupełnie. Pisarzowi brakuje także nieco umiejętności w budowaniu napięcia i konstruowaniu klimatu (po makabrycznych pierwszych pięćdziesięciu stronach wszystko nieco się rozłazi),  ale tak naprawdę trudno podciągnąć książkę do jakiejkolwiek, nawet najbardziej zwariowanej i oryginalnej formy powieści. To tylko popularnonaukowa literatura non-fiction, zabieg, dzięki któremu można przybliżyć literaturę faktu zwykłemu czytelnikowi i chyba nic więcej. I jak na ten gatunek, styl Autora jest naprawdę dobry. 

Rozbudowany thriller non-fiction to nie jest, ale z pewnością sposób narracji prowadzony przez Autora jest naprawdę interesujący – dzięki temu czyta się o wiele lżej niż klasyczną literaturę faktu, do której trzeba mieć dobre pióro, by nie zanudzać czytelnika. Lekka fabularyzacja jest plusem: pozwala nam się znaleźć w środku opisywanych wydarzeń, poznać uczucia osób, poczuć dynamikę rodem z powieści czy innej formy literackiej, w pewien sposób poznać wszystko od podszewki nie tylko jako suche fakty. Autor, co według mnie było strzałem w dziesiątkę, dużo miejsca poświęcił ludzkim reakcjom na styczność z zabójczym wirusem, mniej poznanym niż Kuba Rozpruwacz i znacznie bardziej skutecznym; szczególnie interesujące i cenne są uczucia walczących na pierwszym froncie żołnierzy i ludzi zarażonych (do pewnego czasu, bo w ostatnich stadiach choroby człowiek ulega depersonalizacji, prowadzącej czasami do ciężkich psychoz), a także tych, którzy myśleli, że są zarażeni. Chociaż pisarz nie sili się na głębszą analizę psychologiczną, to samo czytanie o reakcjach i odreagowywaniu tak niebezpiecznej pracy jest fascynujące i ciekawe, w szczególności, że większość z bohaterów książki sama przejrzała napisany przez Autora tekst, by ich myśli, przeniesione na papier, były jak najbardziej zgodne z tym, co czuli i myśleli w danych sytuacjach. Dużo jest także na temat akcji w Reston, amerykańskim miasteczku niedaleko Waszyngtonu (!), gdzie przywiezione z Filipin małpy zachorowały na wirus ebola. Ponieważ USAMRIID i CDC nie chciały wzbudzać paniki, w Internecie – nawet na stronach amerykańskich – nie ma wiele na temat, a ta książka jest prawdopodobnie jednym z niewielu dobrych źródeł informacji na ten temat, a okazje należy łapać, kiedy się przydarzają. Na szczęście szczep ebola reston okazał się groźny tylko dla małp, przenoszony był jednak przez powietrze, co pozwala postawić tezę, że inne szczepy wirusa – zabójcze dla człowieka ebola zair i ebola sudan – zachowują się podobnie… 

Książka ma jednak kilka zasadniczych wad – po pierwsze jest trochę nieaktualna, bo ani Autor (choć przedmowa została napisana w 2014 roku) ani Wydawca nie podjęli się, by dodać choć małą notkę na temat, co działo się z ebolą w wieku XXI. Fakt, jest to historia odkrycia i badań nad wirusem, ale myślę, że przydałaby się chociaż jedna z strona z informacjami nad eksperymentalnymi szczepionkami i pomysłem leczenia chorych krwią tych, którzy przeżyli (rzecz niegłupia, bo krew ta powinna zawierać przeciwciała) i jakiś komentarz do tych zdarzeń. Od lat 90. wirus ebola stał się nieco mniej tajemniczy, naukowcy odkryli kilka jego sekretów, od których – tak myślę – warto byłoby napisać, chociaż to trochę odnotować, a może stworzyć coś w rodzaju kalendarium, w którym chociaż dobrze byłoby zaznaczyć, że tak to ujmę, najnowszą historię eboli. Odnoszę też wrażenie, że – jak już zaznaczałam wyżej – pozbycie się kilkunastu faktów z gatunku szczegółowych szczegółów nie zaszkodziłoby nikomu, wręcz przeciwnie, a nadmiernie eksponowanie kilku osób (w tym bardzo sympatycznej Nancy Jaax) tylko dla własnego nieposkromionego gadulstwa i szerokiej wiedzy na ich temat, jest trochę nieprofesjonalne (tak, brawo Kylie, kocioł przygania garnkowi, co?). Naprawdę nie muszę wiedzieć o wszystkich przeprowadzkach jej rodziny i o sprawach prywatnych, taki jak to, co dziś dzieci państwa Jaaxów będą jadły na obiad, nie wspominając nawet słowem o tym, że dwukrotnie czytałam, dlaczego Jaime, córka Nancy, chodzi na zajęcia z gimnastyki. Naprawdę. To nie jest książka o tej rodzinie, to jest książka o eboli i nasz Główny Bohater pewnie się złości. I to chyba gorzej ode mnie! 

Wirusy są systemem immunologicznym Ziemi, która w ten sposób chroni się przed opisywanymi w powieściach SF nieodwracalnymi zniszczeniami – ludzie tym razem posunęli się za daleko, a potęga naszej wiedzy i naszych potrzeb sprawiła, że nasza planeta zaczęła się bronić tak, jak umie najlepiej. Wycięliśmy wielkie dżungle uwalniając AIDS i ebolę; nasza planeta traktuje nas jak pasożyty. Nie jest przecież nie jest niczym nowym; ebola  jest może  starsza od Mycobacterium leprae, bakterii odpowiedzialnej za trąd – budowa RNA świadczy o tym, że jest to jeden z pierwszych organizmów na Błękitnej Planecie, coś o wiele starszego od człowieka i pierwotnego, więc niepoddającego kontroli takich słabych istot jak my, nawet z naszą zaawansowaną techniką i wciąż rosnącą populacją. Wiedza na ten temat jest więc ważna – przecież wirus w Afryce wciąż szaleje, powraca do miejsc już pozornie od niego wolnych, w straszliwy sposób niszcząc kolejne istnienia. Dlatego też nie można nie wiedzieć na ten temat nic, albo niemal nic, tym bardziej nie można zachwycać się i mówić, że książki na ten temat – jak na przykład ta – bardzo się komuś podobają. Fascynacja to już coś innego, bo kiedy wejdziesz w tę gorącą strefę, strefę skażenia i spojrzysz w ślepia Bestii, w końcu znajdziesz w niej piękno. Lodowe zamki; czystość tak oślepiającą, że aż nieprawdopodobną. Szlachetność praoceanu, pokrywającego Ziemię u początku, przed oddzieleniem lądu od mórz, przed pierwszymi rybami, ssakami, dinozaurami i ludźmi. Złowrogą, ale nawołującą syrenim śpiewem tajemnicę przyrody i dostojeństwo świata, którego nie pamięta już nikt, prócz Kosmosu.

Tytuł: „Strefa skażenia”
Autor: Richard Preston
Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN

środa, 24 czerwca 2015

W puszczy i w pustyni. Recenzja książki



Są takie książki, o których mogłabym napisać kilka grubych tomów, jak – na przykład – Wichrowe Wzgórza czy Władca Pierścieni. Pod liniami tekstu tych książek kryją się inne, wielowarstwowe przesłania, czasami tak skomplikowane, że niemożliwe do interpretacji, a ilość inspiracji Autora przeraża i budzi ogromny szacunek do danego pisarza. Są też powieści, które zmuszają do zadawania pytań, niszcząc to, w co wierzyliśmy i drażniąc nasze sumienie – są to zwykle pytania niełatwe, rodem z dyskusji na studiach filozofii. Bywa też tak, że Autor prowokuje treścią, by wywołać wokół siebie szum medialny i kontrowersje, dodając do tego kilka godzin całkiem niezłej rozrywki. Jednak, ponieważ wciąż mówimy o literaturze popularnej, która – jak wskazuje nazwa – jest dla wszystkich, często jest po prostu tak, że książka ma nam dostarczyć rozrywki i oderwania się od ponurej rzeczywistości na kilka godzin. Autor nie udaje wtedy, że ma jakieś większe ambicje niż rozbawienie czy poruszenie widza, tworzy z chęci opowiedzenia, zaprezentowania jakiejś historii, którą stworzył w swojej głowie. Nie ma nic w tym złego – każdy od czasu do czasu potrzebuje wytchnienia, odpoczynku, czegoś mniej skomplikowanego i lżejszego, może na podróż czy w lato, kiedy trzeba odetchnąć nieco przed kolejną ciężką jesienią i zimą. Jeśli oczywiście Autor dobrze się wywiąże z zadania, bo to, że książka ma służyć rozrywce, nie znaczy, że książka ma być literackim gniotem – bo te, o dziwo, czyta mi się gorzej, niż zabawne, inteligentne, wciągające i napisane z polotem książki napisane tylko i włącznie ku radości mola książkowego. 

Szczerze mówiąc, że sięgając po tę powieść, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, a nawet trochę się bałam. Klon Igrzysk Śmierci? Ratunku, ja już mam takie doświadczenia z dystopijnymi koszmarkami (nie zawiodła mnie tylko Nowa Ziemia, ale czy książka o życiu po ataku bombowym nie może być słaba), że szkoda mówić. Kolejna powieść dla nastolatek z bohaterką słodką niczym cukierek, dietą cud i sylwetką modelki Victoria’s Secret? Nie lubię żyć w nieświadomości, więc kiedy skończyłam poprzednią książkę dzień przed wyprawą do Warszawy, wzięłam ze sobą tę powieść w podróż, z nadzieją, że umili mi podróż oraz pobyt u wujostwa, u których poza wspaniałym ogrodem, nie ma żadnych rozrywek. 

Świat Telli Holloway rozsypuje się wraz z tajemniczą chorobą starszego brata – z gwarnego Bostonu przeprowadzają się na wieś w Montanie, gdzie w zasadzie nie ma żadnych rozrywek, poza oglądaniem, jak Cody umiera, jeśli można to nazwać rozrywką. Aż do czasu, kiedy na kołdrze bohaterki pojawia się pudełko z maleńkim urządzeniem, które rodzice i brat chcą jak przed nią ukryć i zniszczyć. Gdy dziewczyna odzyskuje urządzenie, okazuje się, że jest to zaproszenie na Piekielny Wyścig, w którym można wygrać lek na każdą chorobę. Dziewczyna, podążając za wskazówkami, bierze udział w niebezpiecznej wyprawie przez las równikowy i bardzo gorącą pustynię. Lecz czy wszystko jest takie proste, jak na początku się wydaje? Dzięki przystojnemu Guy’owi Tella odkrywa powoli prawdę o Wyścigu, a także swojej rodzinie. Jednak czy może komukolwiek ufać, szczególnie, że każdym dniem wyścig jest coraz bardziej piekielny? I co najważniejsze – dopiero się zaczął. 

Brzmi jak połączenie Igrzysk Śmierci z Wyścigiem Śmierci i tymi wszystkimi thrillerami w stylu Jamesa Bonda i innych filmideł akcji, gdzie trzeba niwelować szalonych naukowców, prawda? Faktycznie, ten opis odzwierciedla sporą część książki, z pominięciem autorskich pomysłów pisarki, bardzo wyraźnych i, muszę przyznać, bardzo zaskakujących, które sprawiły, że klonem powyższych powieści nie jest, tylko dość mocną inspiracją. Z pewnością brakuje mocno politycznych wątków z dzieła Collins (boję się jednak, że w następnych tomach Tella wdepnie w światek mafii i skorumpowanych biznesmenów, równie niebezpieczny jak ten prezydenta Snowa), zbliżając jej trylogię do ambitniejszej dystopii. Przede wszystkim jednak powieść ta nie należy do nurtu SF – akcja dzieje się w teraźniejszości, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i jakąś miłą odmianą. W przeciwieństwie do Igrzysk w Panem, które odbywały się ku uciesze gawiedzi – przynajmniej na początku – Wyścig ma jakiś cel: lek (przynajmniej może się tak wydawać do pewnego czasu). I to bardzo interesujące, nowatorskie, coś, z czym wcześniej nie miałam do czynienia. Tak samo jak pomysł z pandorami – genetycznie modyfikowanymi zwierzętami, które jako jedyne mogą pomóc uczestnikom, co na początku raczej mnie nie przekonywało i wydawało się bardziej infantylne niż ciekawe, ale ostatecznie przekonałam się do tego pomysłu, kiedy okazało się, że ujmuje ciężarowi niektórych scen. Na początku słabą stroną Autorki była akcja, jednak z każdą stroną było lepiej – w drugiej części, tej dotyczącej pustyni, książka rozpędziła się już zupełnie nieźle, zupełnie nie dając czytelnikowi odpocząć i trzymając go w napięciu. Przez to nie było zbyt dużo czasu na dość schematyczny i przewidywalny wątek miłosny (ciekawe, kiedy zrobią TO; mam nadzieję, że w tej kwestii Autorka okaże się pomysłowa), co sprawiło, że nie musiałam się męczyć, czytając o tysięcznych pocałunkach i obmacywankach, podczas których mam w zwyczaju błagać bohaterów, żeby już TO zrobili, bo wtedy może przejdziemy do kwestii ciekawszych. Kilka elementów zdawało mi się dość naciąganych, jak ci dziwni faceci biegający po puszczy i ta uczta po pierwszym etapie, mam jednak nadzieję, że po odsłonięciu się kolejnych tajemnic Wyścigu ten element wyda mi się bardziej logiczny. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy podróżują w większej grupie, bo nawet Katniss miała tylko Peetę, a nie większość trybutów (Autorka też chciała wymyślić podobną nazwę, ale skończyła na dość kolokwialnym wyrażeniu uczestnicy, co niezbyt jakoś grało z resztą), ale w przecież zawsze trzeba mieć nadzieję, że pisarka jest na tyle inteligentna, że na końcu zaczną walczyć między sobą o lek, który przecież działa tylko wtedy, kiedy dana osoba wypije wszystko. Wszyscy mają chore bliskie osoby, więc spodziewam się ciekawych rozwiązań tej kwestii w kolejnym tomie i, przede wszystkim, nowych, bardziej jeszcze nowatorskich pomysłów, a Tella, mimo tego, że jest bardzo sympatyczna – o czym niżej – przestanie być, choć trochę, Wyjątkową Dziewczyną z Wyjątkową Pandorą. 

Inną jasną stroną książki są bohaterowie, choć tu jest już mocno nierówno. Tella to postać przede wszystkim bardzo sympatyczna, a z tłumu bohaterek wyróżnia ją przede wszystkim niepospolity, sarkastyczny humor. Nie jest płaską bohaterką Niezgodnej, wredną Marre z Czerwonej Królowej, ani mocno bezmyślną Americą z Rywalek, że dyplomatycznie przemilczę Isabellę Swan z zapomnianego arcydzieła o jakże mrocznym tytule Zmierzch. Nie jest może bohaterka bardzo głęboka, ze skomplikowaną psychiką, rozdarta wewnętrznie, czy przeżywająca najgłębsze dylematy moralne – wręcz przeciwnie. W tym jednak tkwi siła tej postaci: kilka cech wystarczyło, by ożywić bohaterkę, nadać jej rumieńców i sprawić, że czytelnik naprawdę jej dopinguje.  No może ze mną tak było, jak zdążyliście się zorientować, kiedy mam dobry humor i mi się chce, mogę być sarkastyczno-wredna i nie tracić humoru nawet w obliczu katastrof, jakimi okazuje się wiele książek. Przy tym wszystkim dziewczyna ma niezłego powera nie jest Larą Croft, wredną Marre czy nieszczęśnicką z ADHD/uzależnieniem od sportów ekstremalnych i ryzyka – Autorka utrzymała równowagę, tworząc jeśli niezbyt wiarygodną postać, to przynajmniej sympatyczną. Do czasu -sentymentalna odmiana Telli, tej z momentów romantycznych, jest dziwnie blada i nijaka, kiedy pewna siebie, sarkastyczna dziewczyna tęskni za chłopakiem. W powieści udało się tylko raz sprawić, by można było ujrzeć drugą, poważniejszą twarz bohaterki – kiedy siedzi w samochodzie, zastanawiając się nad swoimi wyborami i ścinając włosy. Przeważnie jednak wprowadzała trochę wigoru i zawadiackiego humoru do ksiązki, sprawiając, że z strony na stronę mroczniejsza treść stawała się bardziej znośna i po prostu, a to przecież niezwykle ważne, sprawiała, że książkę czytało się lekko i z przyjemnością. 

Pisząc o bohaterach drugoplanowych nie sposób zatrzymać się choć trochę na towarzyszu głównej bohaterki, Guyu. Imię, przyznacie, dość dziwne, choć nie bardziej dziwne od Patcha z Szeptem. To klasyczny mięśniak o złotym sercu, błękitnych oczętach i umyśle Einsteina (no dobrze, przesadzam), który na początku nie lubi głównej bohaterki, a potem zakochuje się w niej (co za niespodzianka, doprawdy), jest rycerzem pełnym cnót wszelakich i ma seksowną dziarę, która być może znaczy bunt bohatera czy coś w tym rodzaju, o miłości namiętnej i gorącej do bohaterki nie mówię. Ponieważ to postać naprawdę źle skonstruowana i – według mnie – płaska i boleśnie schematyczna, zrobiło mi się trochę smutno, ale postanawiam nie tracić nadziei, bo przecież przede mną jeszcze tom drugi, i mam nadzieję, trzeci. Może przez ten czas pewne wątki będą wymagały pogłębienia postaci chłopaka, sprawienia, że będzie ciekawszą, mniej bladą postacią. Znacznie lepiej prezentuje się antagonista, Titus. Trochę przypomina Lokiego z filmów Marvela, co to jak dziesięć razy zabijany komar wciąż jeszcze gryzie, a Autorka kilka razy zdobyła się na ryzykowne ukazanie jego bardziej ludzkiej strony, co sprawiło, że postać ta stała się jeszcze ciekawsza. Nie znaczy to jednak, że kilka razy niemal przyprawił mnie o stan przedzawałowy (tylko Hannibalowi Lecterowi udało się trzymać mnie w tym stanie przez cały czas, ale kto by się dziwił) i naprawdę dreszcz obrzydzenia i strachu. Mamo moja! Z drużyny Telli zainteresowała mnie tajemnicza Caroline z bolesną sprawą rodzinną i Dink – nawet jeśli wam powiem, żebyście uważali na tę dwójkę, z pewnością będziecie musieli zbierać szczęki z podłogi. Harper to taka blond wersja Lary Croft z mięsożernym ptakiem, co raczej do mnie nie przemówiło, bo – niestety – pisarka popadła tu w skrajność, od której udało jej się uratować przy tworzeniu postaci Telli – kobiety-wojowniczki poszły do lamusa z Xeną, a jeśli już, to raczej powinny być podobne do Katniss, tak naprawdę słabą dziewczyną, zmagającą się ze zniszczeniem swojej psychiki czy Johanną, która nie miała nic do stracenia. W tym całym rozgardiaszu giną bliźniaki, marudna Olivia i chłopak Harper, postacie nakreślone tylko pobieżnie, przy okazji, szkicowo, do których nie mam większych nadziei, ale – kto wie – mogą mnie zaskoczyć w drugim tomie. Naprawdę ciężko jest ocenić książkę – obiektywnie i subiektywnie – mając przed sobą tylko pierwszy tom, gdzie wszystko jest jeszcze w powijakach. 

Okładka, kiedy spogląda się na jej wirtualną wersję, nie robi wrażenia. Ot, przeciętna oprawa, trochę pomarańczowego u góry, trochę błękitnego na dole, w środku piórko. Jednak po odpakowaniu książki okładka zrobiła na mnie duże wrażenie. Mimo że minimalistyczna, ma swój charakter, coś takiego, co wyróżnia ją pośród książek o podobnej tematyce – może przez czarne tło, na której wyraźniej jakości elementy wody i ognia rzucają się w oko, tworząc intrygującą mieszankę, może zainteresowanie budzi piórko, zawieszone pomiędzy tymi dwoma żywiołami, prezentującymi dwa pierwsze części wyścigu, w środku tytułu, napisanego prostą czcionką? Fakt, że wygląda naprawdę elegancko (książka została oklejona połyskującą folią) i zachęcająco – mogę z pewnością powiedzieć, że gdybym zobaczyła ją na półce w księgarni, nie odkleiłaby się od moich łapek. Wnętrze jest niemniej staranne – pierwsze strony rozdziałów zostały zaznaczone szarym paskiem u dołu, a dwie części książki są graficznie wyróżnione. Eleganckie skrzydełka, utrzymane w podobnej stylistyce co okładka, z jednej strony prezentują notkę o Autorce (sympatyczna, młoda osoba z niezłym dorobkiem pisarskim) i kolejny opis. Uf, dobrze, że nie fragment książki. Nie cierpię fragmentów książki gdziekolwiek na okładce – mam dziwne wrażenie, że chodzi o zaspojlerowanie czytelnikowi, czego nie lubi przecież nikt. W każdym razie Wydawnictwo naprawdę się postarało, bo okładka zachęca do sięgnięcia po książkę, nie odbiegając przy tym od standardów okładek dystopii i thrillerów dla nastolatek, zupełnie nie skręcając w stronę kiczu i przesłodzonych klimatów. 

Fabuła – jak pisałam wcześniej – rozwija się coraz bardziej ze strony na stronę, by pod koniec przypominać naprawdę coś mocnego. Autorka potrafi zaskoczyć czytelnika nieprzewidywalnymi zakończeniami wątków, zwrotami akcji, które sprawiają, że po prostu trzeba czytać dalej, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Na początku akcja toczy się tempem umiarkowanym, jednak przy końcu, kiedy ma zakończyć się etap drugi, bohaterowie trafiają z deszczu pod rynnę i akcja pędzi jak szalona do przodu. Wytchnieniem może być tylko wątek romantyczny, ale i tak wolałam wszystko, tylko nie to, szczególnie, że Autorce ten wątek zbytnio nie wyszedł – jest za bardzo sentymentalnie, jak na mój dziwny gust. Jednak nie można narzekać na nudę (wręcz przeciwnie – czasami chciałam, by bohaterowie, chociaż dla własnego dobra, odpoczęli nieco) czy zbytnią chaotyczność akcji, bo Autorka potrafiła wszystko uporządkować i opisać tak, że mimo natłoku wydarzeń nie czujemy się zdezorientowani. Dotyczy to zarówno wydarzeń, jak przypuszczam, mających wpływ na dalszy przebieg akcji, ale i tych pobocznych, jak tej całej sprawy z Olivią (bohaterka i wątek romantyczny bardzo łatwo mogą was zmylić, ale proszę osoby nieco wrażliwsze, żeby pod żadnym pozorem nie czytały książki przy jedzeniu, albo po nim; jest tam kilka fragmentów prawdziwie makabrycznych, co pogłębia tylko mrok tej książki). Mimo tego książka nie ma potencjału filmowego, jak Igrzyska Śmierci czy Czerwona Królowa, a przynajmniej byłaby to powieść bardzo trudna do wyreżyserowania. Może i dobrze, bo powieść nie ma drugiego dna, które film mógłby wyeksploatować, natomiast, dzięki fabule, jako trzymająca w napięciu książka sprawdza się doskonale. Nie znalazłam tu żadnych błędów rzeczowych dotyczących opisywanych miejsc, w stylu dżungli, z której wychodzi się na autostradę (pamięta ktoś jeszcze Klątwę Tygrysa?), a na opisy konkretnych roślin nie liczyłam, ostatecznie nie jest to czyjś dziennik z podróży albo powieść napisania po pobycie tam. Pustynia jest odpowiednio gorąca, las parny i deszczowy, pokryty mnóstwem roślin, a to wystarczy za tło wydarzeń z książki. 

Język Autorki jest prosty i lekki, dzięki czemu czyta się szybko i bez zaangażowania większości szarych komórek. Ucieszyły mnie szczególnie cięte uwagi Telli, świadczące o doskonałym poczuciu humoru Autorki i żywe dialogi postaci, które w powieściach dla nastolatek zdarzają się bardzo rzadko i na co najczęściej narzekam (fragment o piasku na pustyni, które jest dzieckiem Marii Antoniny i Józefa Stalina, rozwalił mnie na łopatki, aż mama spytała, z czego tak się śmieję, bo naprawdę trzeba czegoś wyjątkowo śmiesznego, by mnie rozbawić). Czasami można jednak wyczuć pewnego rodzaju nieporadność językową, co dziwne jest u tak doświadczonej Autorki, szczególnie tę występującą na początku książki – może to nieśmiałość, strach? Było to dość nieprzyjemne, bo we fragmentach, które pisarka mogła rozwinąć, pisała bardzo krótko i ogólnikowo, na czym ucierpiały niektóre sceny (ciężko przeboleć mi na przykład ciekawą, ale zmarnowaną scenę uczty po pierwszym etapie, która wydała mi się niezbyt ciekawa i jakoś zbyt krótka). Pretensje mam też do wątku miłosnego i jego naprawdę sentymentalno-erotyznego poprowadzenia, co naprawdę nie pasuje ani do Telli, ani – tym bardziej – jej mięśniaka. Jednak tu naprawdę nie liczyłam na nic więcej, nawet bałam się, że będzie gorzej. Liczę jednak na to, że humor głównej bohaterki znajdzie swoje miejsce również w tym wątku, sprawiając, że będzie on bardziej realistyczny i pasujący do mrocznej, czasami pełnej krwi i innych rzeczy stylistyki powieści. Za jakiś czas pojawi się tom drugi, ale, mam nadzieję, nie będzie to koniec – najlepiej, gdyby książka stała się trylogią, a jeszcze lepiej – serią! 

Czy jestem rozczarowana książką? Z pewnością nie. Głównie dlatego, że liczyłam na dobrą rozrywkę, a ponieważ ją otrzymałam, jestem w pełni usatysfakcjonowana – książka nigdy arcydziełem nie będzie, ale nawet nie ma takich ambicji; taki po prostu umilacz czasu, z czego Autorka zdaje sobie sprawę. Nie męczyłam się przy lekturze, czytając o wydumanych Mary Sue czy naburmuszonych pannicach, nie wysilałam swoich szarych komórek, oszczędzając je do następnej powieści historycznej, klasyki, biografii czy czego tam jeszcze, a podróżując do Warszawy, tak naprawdę wędrowałam po wciąż mokrej puszczy równikowej i wyschniętej pustyni, tyle że nikt z moich współpasażerów o tym nie wiedział. I tyle mi wystarczy – w końcu po to ta książka powstała, prawda?

Tytuł: „Ogień i Woda”
Autor: Victoria Scott
Moja ocena: 6/10 


                      Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu IUVI 


środa, 15 października 2014

Kolekcjoner – numer dwa. Recenzja książki

Każdy, kto jakoś tam interesuje się literaturą, wie, że J.K Rowling napisała opowiadanie, w którym występuje ojciec Harry'ego Pottera, ale nie jego duch, tylko żywy James Potter. Owo opowiadanie toczy się w czasach, kiedy Harry'ego w planach nie było i nazywa się prequel, czyli pokazanie, co działo się przed rozpoczęciem właściwej sagi. Czasami ludzie tak robią, bo wpadnie im do głowy jakiś niesamowity pomysł, albo chcą po prostu się wzbogacić. No cóż, różnie bywa, w każdym razie fani takich serii jak „Zmierzch” albo o przygodach Harry'ego czy choćby „Igrzysk Śmierci” (nawiasem mówiąc to ujma dla tak dobrej książki, że napisałam ją w jednej linijce ze „Zmierzchem”!) chcą się dowiedzieć, co było wcześniej. I ja też chciałam, żeby tak było z moją ulubioną serią thrillerów psychologicznych.

Trzeba przyznać, że bardzo zafascynował mnie wątek Alberta Stucky'ego i jego roli w życiorysie agentki specjalnej FBI Maggie O'Dell. Gdzieś było napisane, że kiedy jeszcze nie znano jego imienia i nazwiska, przezywano go Kolekcjonerem, bo kolekcjonował swoje ofiary, a później je powoli zabijał, odcinając im części ciała i podniecając się ich krzykiem. Maggie wciąż wspomina, jak przywiązał ją do słupa i kazał patrzyć na krwawe dzieło. Chciałam o tym przeczytać szczegółowo, jednak ... no, cóż. Książka, która, jak sądziłam, jest prequelem właśnie o Stuckym (zmylił mnie tytuł i fantastyczna, pełna krwi okładka), opowiadała o czymś całkiem innym i w dodatku o czymś, co nie dzieje się jakiś czas po „Zabójczym wirusie”, książce, którą na razie nie mogę przeczytać, bo chrzestna ją zgubiła czy gdzieś zostawiła.

Moje niezadowolenie powiększył jeszcze fakt, że będę musiała przeczytać to na ebooku, bo oczywiście chrzestna tą pożyczyła. Kiedy zasiadłam przed komputerem i zorientowałam się, że nie jest to powieść tylko obszerne opowiadanie, coś w rodzaju mikropowieści, zdziwienie powoli ustępowało złości. To, co zastałam w środku, sprawiło, że niemal dostałam szewskiej pasji.

Na plaży Pensacola niedługo ma się rozpętać huragan. Ratownik wodny, Elizabeth Baliey, odkrywa lodówkę z kawałkami ludzi: torsem mężczyzny, który zginął w czasie huraganu, nogę przestrzeloną kulą i kilka rąk. Tymczasem szef zakładu pogrzebowego, Scott, zawiera znajomość z pewnym człowiekiem, który rżnie ludzi na kawałki i sprzedaje chirurgom. Maggie, która przyjechała na miejsce zbrodni, ma odszukać mordercę. Jej przyjaciel jedzie do szpitala dla żołnierzy, którzy po misji w Afganistanie potrzebują protezy, ponieważ zapanował tam jakiś dziwny wirus, na który umierają żołnierze. W ogóle dzieje się coś niezrozumiałego, a wszystko wskazuje na to, że za tym stoi jakaś wielka korporacja. Gdy w dzień przewidywanego huraganu, Maggie, która wie wszystko o mordercy, co jej się przyda, rusza na odsiecz porwanemu ojcu Liz i Charlotte, pani w starszym wieku mieszkającej nad morzem. Wszystko staje się jasne – morderca porwie swe ofiary, by je poćwiartować i sprzedać. W czasie huraganu nikt przecież tego nie zauważy.

Dołączone do mikropowieści opowiadanie jest jakby kontynuacją, ponoć rozstrzygnięciem całej sprawy zostawionej w mikropowieści. Akcja to znalezienie trupa, jak się domyślam, Joego Blacka i poznanie jego żony.

Bez ogródek muszę stwierdzić, że to najsłabsza książka Autorki doskonałych thrillerów psychologicznych. Plusami są... chyba tylko mrok, jaki posiada ta historia. Bo jednak czuć na plecach powiew huraganu Issac, w nosie gryzący zapach maści VapoRub, a przed naszymi oczyma pojawiają się to młodzi, umierający żołnierze, a to poćwiartowane kawałki ludzi wymieszane z różowawym płynem i upchnięte do turystycznej lodówki. Ale reszta? Oprócz świetnej, jak zwykle, Maggie O'Dell, mnóstwo określeń na sztywniaków nie ma tu nic, co by ciekawiło. Trochę wszystko po wierzchu, mikropowieść pozbawiona normalnego zakończenia a opowiadanie przypominające nieco kadr z podrzędnego filmidła „kryminalnego”. A to tłumaczenie spaprało całą książkę jeszcze bardziej. Pokawałkowane? Eh, a poćwiartowane to synonim i ładnie brzmi, jakby ktoś nie wiedział. Całość nie fascynuje, nie pociąga, nie bawi, nie interesuje. Szkoda, bardzo wielka szkoda, bo ta historia ma wielki potencjał.

Styl opowiastki? Prosty i nieco męczący, jakby pisarka pisała, leżąc w łóżku na świnkę, albo inną chorobę. Albo jakby jej się nic nie chciało i opowieść nią samą nudziła. Bohaterowie? Oprócz Maggie O'Dell i Scotta nic ciekawego naprawdę. Liz to taka wonderwoman, że krzyczeć się chce, Joego Blacka tak naprawdę nie poznajemy, a ojciec Liz i Trish, żony Scotta, nie zachowuje się jak staruszek, jakim jest naprawdę. I gdzie się podział Tully? Gwen? O Nicku to już nic nie mówię.

Czytając już opowiadanie, miałam niemal łzy zawiedzenia w oczach. Taka dobra pisarka, takie świetne powieści, a tu nagle plama! Gorzej – nie wynagrodziła mi tego, że ta książka jednak nie była prequelem o Stuckym. Może trochę przesadzam, ale ja mam takie skłonności do przesadzania i było mi naprawdę źle. Może to kryzys twórczy? Chyba tak, ale wiadomo – kryzys zmniejsza popularność, bo gdybym zaczęła czytać od tej pozycji, wątpię czy bym w ogóle czytała dalej, inne, lepsze powieści. Tak czy siak – nie wiem, czy polecam, chyba że ktoś jest takim napaleńcem jak ja i chce przeczytać wszystkie książki. Wtedy lepiej jest wypożyczyć z biblioteki lub też ściągnąć ebooka, żeby nie marnować kasy i przeczytać o Kolekcjonerze, ale nie numerze pierwszym – idealnie złym Albercie Stuckym, tylko o jakimś tam kolekcjonerku, oznaczonym podrzędnym numerem dwa.

Tytuł: „Kolekcjoner”
Autor: Alex Kava
Moja ocena: 3/10

(recenzja archiwalna)


poniedziałek, 13 października 2014

Wklejony Dante. Recenzja książki

Nigdy nie miałam dużo pieniędzy, bo wszystko, co udało mi się uzbierać, wydawałam na wakacje w sanatorium, albo, przeważającą większość, na książki. Nie wiem więc, jak to jest mieć dużo pieniędzy, a już całkowicie nie do pomyślenia jest dla mnie, jak można chcieć jeszcze więcej, niż się ma. Dlatego tak trudno zrozumieć mi takiego dzieciucha jak Justin Bieber czy Miley Cyrus (pomijając jej nowy, chory image), albo, już teraz mniej słynny, boysband One Direction, którym nie wystarcza to, że mają całe worki z pieniędzmi i chcą jeszcze więcej. Może to nowy rodzaj obsesji, albo uzależnienia? Tak jak anorektyczka, która wciąż myśli, że jest gruba, chociaż waży poniżej dwudziestu kilogramów, albo zakupoholiczka, która, twierdząc, że ma za mało ciuchów czy innych rzeczy, wciąż kupuje nowe (czyli to jestem ja? Mam przeszło tysiąc książek i wciąż mi mało). Taki człowiek wciąż sądzi, że jest biedny i że powinien zarobić. A co jest najbezpieczniejszym sposobem zebrania nowego zapasu kasy? To proste – robienie tego, co się robiło i co publiczność lubi najbardziej. I tu moje jastrzębie oko widzi sęk. Bo co, kiedy piszesz jakąś, lubianą przez ludzi, serię do tomu sześćdziesiątego ósmego, czyli do miejsca, w którym nawet pomysły na Sagę o Ludziach Lodu zaczynają się wyczerpywać, a bohaterowie odmawiają posłuszeństwa, niczym żołnierze Aleksandra Wielkiego, gdy ten chciał podbić cały świat. I nie ma co robić – bo przecież co się wymyśli, gdy wszystko już było (albo wszystkie warianty zabójstw i psychicznych morderców zostały wyczerpane), a wszystkie zagadki z przeszłości zostały już rozwiązane lub nie budzą już takiego zainteresowania ludzkości? Wtedy, mówię wam, trzeba urozmaicić to, co się pisze, dodać coś nowego, żeby, kto wie, zyskać nowych czytelników, ale zachować także tych starszych. Ale czy wszystkim to wychodzi dobrze? Pomieszanie starego z nowym może być niebezpieczne, bo w większości przypadków jest tak, że nowe niekoniecznie pasuje do starego, a razem wygląda na mieszankę kiełbasy z kakao czy coś równie niedorzecznego. I książka nie zbiera mnóstwa dobrych recenzji, nie powstaje film, bo każdemu coś brakuje. Czegoś, czyli zapewne tego starego pomysłu, których w pierwszych książkach był jeszcze młody i pełen wigoru.

To samo, jak dalej będę was przekonywać, dopadło Autora słynnego Kodu Leonarda da Vinci, książki, która znalazła się na szczycie list Książek Zakazanych Przez Kościół Katolicki, dzięki czemu zyskała niesłabnącą popularność wśród ludzi. Po niemal tak samo głośnych Aniołach i Demonach (pamiętam jeszcze zwiastun w filmu w telewizji, chociaż wydaje mi się, że sama produkcja leciała tysiące lat świetlnych temu), w których główny bohater, wciąż jeszcze kawaler, biega z piękną, młodą damą po korytarzach Watykanu, tradycyjnie już uciekając od policji, która, jak zwykle, uważa, że jest mordercą. Po tym świat odrobinę o nim zapomniał, tonąc w zmierzchowym amoku, więc znów postanowił o sobie przypomnieć i, kto wie, dorobić się kolejnej powieści w swojej karierze, która stanie się bestsellerem, a także, życie przecież jest nieprzewidywalne, zostanie przeniesiona na ekrany kin. Ale czy na pewno?

Pan profesor Robert Langdon budzi się w szpitalu we Florencji, zupełnie nie pamiętając, co stało się wcześniej – nękają go tylko dziwne wizje, straszne i psychodeliczne. Jednak chwilę potem napada na niego jakaś zabójczyni i wraz z młodą, seksowną lekarką (a jakby inaczej) Sienną Brooks muszą uciekać. Profesorek szybko orientuje się, że jest w poważnych tarapatach, bo w marynarce znajduje pojemnik z ostrzeżeniem o niebezpiecznej substancji biologicznej, a także wiele tajemniczych wskazówek, ukrytych w budzącej grozę ostatniej pieśni Boskiej Komedii Dantego – Piekle. Co więcej – w intrygę, pełną tajemniczych graczy zamieszane są środowiska ekscentrycznych naukowców i WHO. Kim jest mężczyzna zakrywający twarz maską z dziobem ptaka, taką, jaką używali lekarze podczas epidemii cholery w średniowiecznej Wenecji? I czego chce od ludzi? Żeby się tego dowiedzieć, Langdon musi przebrnąć przez sieć zagadek, rodem z poematu Dantego, którego ów tajemniczy człowiek uwielbia oraz zrozumieć, kto kim jest w tej grze, co, sama przyznam, jest bardzo trudne – bo pozory mylą i to bardzo. Szczególnie kiedy gra, niczym w filmach o Bondzie, rozgrywa się w istocie o wysoką stawkę. O największą stawkę, jak może istnieć.

Brzmi fascynująco, prawda? Wiem, wiem – ja też byłam bardzo ciekawa książki, chociaż czułam się nieco uprzedzona, bo dwie poprzednie tego Autora, jakie przeczytałam, jednak nie dorównały filmidłom z agentem 007, albo chociaż jednemu z tych amerykańskich rzeczy o terroryzmie. Miałam przede wszystkim nadzieję za rozrywkę w czasie nadchodzących wakacji i chociaż przewodnik po Florencji i Wenecji, bo, trzeba mimo wszystko przyznać, Autor specjalizuje się w szczegółowym opisywaniu zabytków. A może fabuła, zapowiadająca powiew nowego w twórczości tego Autora, będzie na tyle dobra, że wciągnie mnie w swoje szpony i nie wypuści nawet po przeczytaniu ostatniej strony. Czy moja intuicja się pomyliła, zbyt szybko wyrabiając sobie zdanie o książce? Hm, na razie będę tak tajemnicza, jak seryjny morderca, albo ów facet w masce, zdecydowanie za bardzo przywiązujący uwagę do oprawy swojego opus magnum i nie powiem akurat w tym fragmencie, co sądzę o książce. Bo jeśli spodziewaliście się doczytać tylko do tego miejsca i wszystkiego się dowiedzieć, macie za swoje. Czytajcie moje nudne wywody, jeśli jesteście tak bardzo ciekawi mojego wyroku.

Autorowi udało się wyprowadzić mnie w pole i to nie raz – o ile rozwiązanie zagadki, kto jest diabłem i dlaczego chce rozpętać piekło (powiedziałam!) jest bardzo proste i nawet Autor to ujawnia na początku, to z grą pozorów, jaką było wszystko, co od początku otaczało głównego bohatera, byłam zaskoczona. Od początku pisarz zostawia delikatne ślady, dawkuje napięcie, jednak wydaje się, że wszystko jest w absolutnym porządku, chociaż, tak naprawdę, przez większość fabuły czytelnik i Langdon nie wiedzą, co jest zgrane i dlaczego ściga ich tylu różnych facetów (a także jedna kobieta na motorze, z pistoletem i irokezem na głowie) . Wszystko rozjaśnia się dopiero na koniec, a jeśli nie chce się być przytłoczonym ilością różnych sensacji i niezwykle logicznych, ale także sensacyjnych rozwiązań większości zagadek, lepiej nie ufać nikomu. Nikomu. Z wielką wprawą, to trzeba przyznać, Autor konstruuje skomplikowaną fabułę i oplata ją gęstą siecią pozorów, które, nawet przy bliższemu przyjrzeniu się, wydają się prawdą – nie ma w nich nic podejrzanego, przyjemniej na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę wszystko, no, prawie wszystko, jest wytworzoną przez innych fikcją wokół głównego bohatera, grą, niczym w tym słynnym filmie, w którym główny bohater odkrywa, że jego całe życie jest jednym wielkim reality show. Chociaż, żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że pod koniec starannie, z techniczną precyzją, budowana fabuła, powoli się rozsypuje. Chociaż minęło nieco czasu od momentu, kiedy skończyłam książkę, wciąż nie mogę rozwiązać zagadki tego dwukrotnie powtórzonego tekstu, bo, moim niezwykle skromnym zdaniem, jest to ostatnia rzecz, jaka pasuje w tym miejscu, a historia osoby, która ukrywała swoją głęboką zażyłość z owym Bernardem Zorbistem (jestem mądrzejsza niż dwa lata temu i nie będę wam zdradzać całej fabuły, o nie) jakoś mnie nie przekonuje. Doskonale wiem, że od nerwów wypadają włosy, ale żeby aż tak...? W każdym razie zaskoczyło mnie rozwiązanie – nie przypuszczałam, że wszystko okaże się aż tak skomplikowane i pełne podwójnych, potrójnych agentów, mrocznych spraw mrocznych ludzi i wielu innych takich rzeczy spod znaku Bonda. Chociaż, szczerze mówiąc, Bond bałby się tego, z czym musi się zmierzyć profesorek Langdon, co świadczy o niezwykłej wyobraźni Autora i niezrównanej głupocie postaci, jaką stworzył. No ale o tym dalej.

Okładka, chociaż ładna, nawiązuje do tego, o czym ponoć książka jest i zmyli chyba każdego, kto jej nie czytał. Mamy panoramę Florencji i portret Dantego z charakterystycznym nosem (już mój ziemniak jest lepszy, ale biedaczek kochał Beatrycze, więc nie mi jest oceniać jego urodę), a wszystko na pomarańczowo – brązowym tle czegoś, co miało być chyba jakimiś starymi stronami jakieś podartej księgi. Na tym wszystkim jest jeszcze gigantyczne imię i nazwisko Autora, zgodnie z zasadą, że, widoczne z daleka, przywabi do księgarni potencjalnych kupców nowej książki znanego pisarza takiego formatu, którzy, przekonani fotką Dantego, pomyślą, że to następna książka o zagadkach przeszłości, równie szokujących co ciekawych. Ha! Jak bardzo będzie zdziwiony, może jeszcze bardziej niż ja. Cóż, nie każdy jest przyzwyczajony do takiego kłamstwa ze strony okładek, szczególnie kiedy owe okładka została specjalnie zaprojektowana dla danej książki. Albo ktoś czytał tylko opis w tyle i przygotował okładkę na ślepo, albo, co jest, niestety, bardziej prawdopodobne, specjalnie zastawił Dantego jako pułapkę na ludzi spragnionych mrocznych zagadek, a nie kryminałów czy kopii Bonda, bo takich przecież jest wiele, wiele.

Problem podjęty w książce, jest, owszem, aktualny, ale tylko w Afryce. Jednak, niestety, nie jest tak bardzo elektryzujący jak Illuminati (mam dość tych wszystkich podejrzeń i ludzi, którzy uważają, że cały światek popowych gwiazdek i pań z Hollywoodu należy do tej sekty) albo Święty Graal i ta cała sprawa z Małgorzatą, która, dla Kościoła, jest wręcz świętokradcza. Już byłoby lepiej o homoseksualizmie, aborcji i eutanazji, bo Europę przecież przeludnienie nie dotyka, jest wręcz przeciwnie. Zawiniło również potraktowanie problemu z Autora – przecież jednoznacznie nie odpowiada po żadnej ze stron, a dowody przemawiające za tym, że problem jest prawdziwy, są zbyt niepokojące. Przynajmniej dla mnie.

Fabuła jest, jak już wcześniej wspominałam, wybitnie zaplątana. Langdona gonią jakieś służby specjalne, które budzą jego zrozumiały niepokój, a on zmaga się ze swoją pamięcią, która odmawia mu współpracy. Przez większość czasu więc, Autor prowadzi zaciekawionego a także zdenerwowanego czytelnika razem z dwójką bohaterów po korytarzach i skrytkach wielkich, słynnych budynków o niezwykłej architekturze, opisując ich nieustanną ucieczkę przed specjalnymi służbami, połączoną z odkrywaniem kolejnych wskazówek pozostawionych przez Zorbista. Zagadka powiązana jest ze słynnym poematem Dantego, który ponoć uzasadniał wszystkie szaleństwa bizmesmenka, więc było to idealne zajęcie dla naszego profesorka. Jednocześnie Autor, w krótkich, enigmatycznych rozdziałach rozsuwa pajęczą nić intrygi, ciągle podwyższając stawkę, o jaką grają bohaterowie. Zgodnie z prawidłami gatunku – w momencie, kiedy, teoretycznie, napięcie wzrasta do niemożliwości. Teoretycznie. Bo w praktyce tak nie jest, wręcz przeciwnie – intryga jest zbyt skomplikowana nawet dla pisarza, a punkt kulminacyjny jest, bo jest, ale nie ma tam żadnych emocji, żadnego wybuchu, ani godnej temu akcji, choćby jakiejś strzelaniny, paru palących się samochodów, albo chociaż jakiejś konfrontacji kogoś z kimś. Ale nie. Bohaterowie sobie po prostu biegają, brodzą w jakiś zalanych pałacach w Stambule, dopóki nie okazuje się, że Apokalipsa już się zaczęła i w sumie dochodzimy do rozczarowującego wniosku, że Langdon w sumie nic zrobił, nikogo nie uratował, bo w czasie wszystkiego milusio spał, prawdopodobnie, z jakąś dziewczyną pod ciepłą pierzynką, a całość to tylko strata czasu. Zresztą, nawet kiedy bohater i jego niezwykle mądra towarzyszka uciekają przed jakimiś typami, bądź też dziewczyną z pistoletem i irokezem, nie czujemy (no przynajmniej ja) żadnych emocji. Żadnych. Mniej niż zero. Niech sobie uciekają, nie moja sprawa. Tak samo w finale, nie mówiąc o czytaniu tylko dlatego, że akcja jest interesująca. Czytałam, bo nie miałam co robić, ot co. A dlaczego tak jest? Otóż moim zdaniem, podwód jest niezwykle banalny: od książki wieje sterylnością niczym od chirurga albo jego narzędzi, przesadnym perfekcjonizmem, już nie mówiąc o popisywaniu się przeczytaniem i przyswojeniem sobie tony podręczników dla początkujących pisarzy. Tak, brawo. Jestem bardzo z Pana dumna, kochany panie pisarzu. Przeczytanie podręczników zajmuje naprawdę wiele czasu, ale, jak wszyscy wiemy, jest to droga sukcesu. Jednak pan, proszę pana, nie musi się chwalić, że pan to zrobił, naprawdę, bo to jest trochę przewidywalne i wygląda jak technicznie dobra robota bez polotu. Tak, chodzi tu mi przede wszystkim o zerżnięte z większości serialów i podręczników pisarskich przewidywalne zakończenia wszystkich rozdziałów (zawsze kończyły się w najciekawszym, pełnym napięcia momencie, a następny rozdział dotyczył następnego wątku), nie mówiąc już o niesamowitej teatralności, naciągania niektórych spraw i wklejaniu Dantego na siłę tam, gdzie zbytnio nie pasuje. Irytowało mnie to. To tak jakby wkleić wiersze Szymborskiej albo Grombowicza w Bonda. Trochę, delikatnie mówiąc, nie pasuje.

Że przyczepię się jeszcze do Dantego. Poza tym, że faktycznie zupełnie tam nie pasuje, bo morderca (jeszcze gorszy niż Hitler, swoją drogą) nie musiał posługiwać się symboliką z Boskiej Komedii, by rozegrać swoją grę, a dziewięćdziesiąt procent całego Dantego można by wyciąć bez szkody dla fabuły. Cała ta sprawa z jego maską jest dość naciągana i wcale niestraszna, jak być może wydawało się Autorowi, nie mówiąc już o wskazówek mordercy zawartych w poemacie i wizją piekła, która nie jest niczym innym, jak piekłem , a na pewno nie tym, co w nim widzi bohater, nie mówiąc już o stylizacji miejsca zbrodni na owo piekło. Śmiać mi się trochę chce. Tak jest, jak pisarz chce się rozwijać, ale boi się, że jego eksperymenty zostaną źle przyjęte, więc wkleja stare elementy. Mieszanka na pewno nie jest wybuchowa, ale na pewno podobna do pękającej ściany jakiegoś budynku, czy coś w tym rodzaju.

Język, jakim posługuje się Autor, już z daleka pachnie stuprocentowo opanowaną techniką. Opisy budynków w jego wykonaniu, owszem, bardzo mi się podobały, ale kiedy tym samym rzeczowym, prostym i konkretnym językiem pisarz rzuca nam opis uczuć czy dialog, mam wrażenie, jakbym wciąż patrzyła na jakiś budynek, w każdym razie na coś, co można opisać z zerową wrażliwością. To, co mówią bohaterowie, jest bardzo literackie, sztywne i mało zróżnicowane, nie mówiąc już o humorze, który, w wykonaniu Autora, jest bardzo sztywny i tak samo urzędowy, jak wszystko inne. Z opisami uczuć jest podobnie – choć coś tam pisze, w dodatku sterylnie poprawnie, ale czytelnik (przynajmniej ja) kompletnie nie czuje tego, co więcej, takie wykonanie sprawia, że książka jeszcze bardziej nudzi. Niemal podręcznikowy język, w powieści...? Hm. Od razu wiadomo, że takie coś nie może się nie udać. Opisów, poza dziełami sztuki, jest mało, a jeśli są, niezbyt porywają – pachną sztucznością i raczej Autor pachną nadciąganiem. Nie mówiąc już o tym fragmencie z maską pośmiertną Dantego, który był na siłę mroczny i, co za tym idzie, śmiechu warty i nieco infantylny. Jeśli już nawet chciałby, żeby było to nieco bardziej przerażającego, mógłby użyć innych środków językowych, bardziej emocjonalnych i mniej technicznych. Niestety – widocznie Autor jest za słaby w te klocki.

Bohaterowie... Trzy, cztery warstwy masek, kłamstwa, podstępy i oszustwa, plus tonę akcji, w której, co jest oczywiste, nikt wdaje się w filozoficzne rozmowy, ani wniknąć w swoją psychikę, więc nie będę tu mieć, niestety, dużo do powiedzenia. Langdon, jak to Langdon – z buzującymi hormonami na widok seksownej dziewczyny z pistoletem czy znającej sztuki walki, nieprzeciętnie inteligenty, z niezwykłą pamięcią i iście renesansową wiedzą na wiele tematów, niesamowitą tężyzną fizyczną, znajomościami, odwagą i nieśmiertelnością, urokiem osobistym, nie mówiąc o innych przymiotach, które, by można wymieniać w nieskończoność. Stracił resztki człowieka w sobie już dawno temu, teraz jest już bardziej Batmanem (choć nie tak mrocznym). Zastanawiam się wciąż, jakim cudem ten człowiek mógł tyle pamiętać i szybko, szybciej niż wszyscy komisarze, detektywi, policjanci, policjantki, dziennikarki i wszyscy inni ludzie z kryminałów, z Bondem włącznie i to w dodatku nie pić litrami syropków wspomagających myślenie. To nie jest możliwe. Zresztą jak można być również takim farciarzem, odpowiednim człowiekiem w odpowiednim miejscu, z odpowiednią osobą, w każdym razie tam, gdzie nasz geniusz nie może się zgubić, bo już tam był/zdradzono mu tajemnice tego miejsca jako amerykańskiemu profesowi/ jest taki mały i taki niepozorny, że kiedy się skryje za samochodem, wielka grupa wyszkolonych żołnierzy nie zauważy go. Tylko się nie śmiejcie, tam za komputerami. To przecież bardzo poważna książka, mroczna, o śmierci większości ludzkości na chorobę, która, dziwnym przypadkiem, teraz sroży się w Afryce (w dodatku wirusy wektorowe). Tylko się nie śmiejcie, błagam. Przyjaciółka Langdona, seksowna Sienna Brooks. Jak tu napisać, żeby jednak, niektórych z was i bardzo upartych, zachęcić do przeczytania książki i nie powiedzieć zbyt dużo...? W każdym razie cała jej historia jest raczej mocno naciągana i wyssana z palca, mimo że Autor próbuje nadać całości jakiś dojrzały, wręcz dramatyczny wydźwięk, wychodzi z tego jedno wielkie nic, bo delikatność w opisywaniu uczuć przez Autora jest … cóż, żeby nie mówić zerowa (właśnie to powiedziałam), bardzo mała. Bo przecież tu uczuć poza strachem, ukazanym bardzo tradycyjnie (ile można się pocić?) nie ma prawie nic, miejsce na uczucia zostało zajęte przez akcję, pędzącą jak rakieta. Może, żeby nie zdradzać szczegółów, powiem tylko, że w ogóle nie czuć, jakie demony ścigają Siennę. A szkoda, bo byłoby to nieco schizofreniczne, jak to bywa w lepszych książkach z ludźmi, którzy uciekają przed wspomnieniami i przeszłością, i niezwykle ciekawe. Ale tak nie jest.

Inni bohaterowie też nie wyróżniają się tłumu. No bo jak, kiedy są tylko szkicami, zarysami, postaci i niedane nam jest ich poznać, bo ich twarze są szczelnie zakryte rozmaitymi maskami, niekiedy mają nawet kilka twarzy czy masek, dla każdego inną, mimo tego, że czasami mają jakichś tam potencjał (jak agent Bruder) Choć intryguje tajemniczy do końca Zarządca, jest to, niestety, postać ledwie zarysowana, której tajemnice nie zostały nawet muśnięte, by ciekawić tak naprawdę. Zresztą i tak większość postaci pojawia się tylko na chwilę, by zastawić głównym bohaterom drogę ucieczki, wystraszyć niczym klown na sprężynie wyskakujący z pudełka czy pomóc. Osoby te jednak szybko znikają, a czytelnikowi pozostaje wrażenie niedosytu.

I co? Wypożyczyłam, przeczytałam, zapomniałam. Nie zakosztowawszy Dantego prawie nic, zweryfikowałam prawdziwość reklam i skrzywiłam parę razy na pisarza, silącego się oryginalność i połączanie nowych pomysłów ze starymi. Ale do książki mam raczej obojętny stosunek (poza dreszczykiem strachu, kiedy zestawiłam ze sobą to, co teraz dzieje się w Afryce i treść książki), bo to przecież bardzo przeciętna książka, niewywołująca emocji i prowokująca do dyskusji jak poprzednie opowieści Autora, napisana także z mniejszym polotem i wyraźnym zmęczeniem tematu, także dlatego, że Langdon powinien iść na zasłużony urlop od widowiskowych śledztw, a także dlatego, że rozszerzenie motywów bondowskich kłóci się z Dantem, wciąż mistycznym (czego tu nie czuć) i zakochanym w swojej Beatrycze, na siłę wklejonym i wciągniętym do awantury z Ebolą w tle. Albo Autor całkowicie zerwie ze swoją przeszłością, albo wciąż będzie wklejał, co popadnie do swoich książek, naśladując przecież nieudolnie najstraszliwszą wersję piekła w literaturze, kopiując czyjeś pomysły. Cóż, trzeba się zdecydować, drogi pisarzu, inaczej do końca będziesz skazany na kopiowanie czyiś pomysłów i motywów, niczym uczeń, który ściąga referat na temat Dantego z Wikipedii i próbuje wstawić kwestie na temat tego, dlaczego cenimy tego pisarza dziś, by nauczyciel się nie zorientował. Kopiuj, wklej. Kopiuj. Wklej.

Tytuł: „Inferno”
Autor: Dan Brown
Moja ocena: 3,5/10 

czwartek, 9 października 2014

Ułamek sekundy ze skalpelem. Recenzja książki

Czytam wiele książek, czasami kilka dziennie, jeśli są wakacje. Ebooki, wydania papierowe. Pożyczam od chrzestnej, ciotki, rzadziej od koleżanek (one myślą, że zjadam książki), poluję na Allegro, na wyprzedażach, w Empiku. Nie mogę przeżyć dnia bez dotyku książki, bez przeczytania chociaż kilku linijek. Nie pamiętam wielu książek, które czytałam, a zrecenzowanie wszystkich ich jest niesamowicie trudne. No w końcu mój staż jest bardzo długi: namiętnie czytam od szóstego roku życia. Teraz czytam bardzo szybko i bardzo dużo. To jest mój jedyny, najdoskonalszy świat.

Widzę powiązania między różnymi książkami. Widzę wątki, motywy, które się powtarzają. Znam kilkaset wariantów tej samej historii – na przykład morderstwa. Bo przecież na tym bazują kryminały, a ich jest wiele, bardzo wiele. Mnóstwo. Całe stosy, wystarczająco dużo, żeby zrobić z tego bibliotekę. Dlatego pewne rzeczy mogą się powtarzać, niestety. Czytamy jakąś książkę i wiemy, co będzie dalej. Dlaczego? Otóż owa historia niewiele różni się od tej, którą czytaliśmy kiedyś.... albo jakiś czas temu. Są jakieś szczegóły, które różnią fabuły różnych Autorów, bo w końcu każdy ma inny pogląd na świat (prawda?) ale ogólnie jest bardzo, bardzo podobnie. Często mi się tak zdarza, wręcz w nawale współczesnej i nie tylko literatury trudno znaleźć już coś oryginalnego albo świeżego. Czasami, co jest już skandalem, fabuły są dokładnie małpowane, czasami nawet nie świadomie, bo tematy są popularne, a czasami przychodzą do głowy pisarzowi, który nie wie, że ktoś inny pisał na ten temat.

Tak jest z najnowszą książką Autorki thrillerów medycznych, do której twórczości zaczęłam się przekonywać zupełnie niedawno, kiedy przeczytałam jedną z najnowszych książek, rzecz bardzo dobrą. Ponieważ owa książka była w środku serii, chciałam zobaczyć, co było przed i sięgnęłam po następną książkę, również pożyczoną od chrzestnej. I... no cóż. Bardzo przypominało mi inną serię, również bardzo dobrą i również pisarki z Ameryki, której jedna część była prawie taka sama, przynajmniej w najważniejszych aspektach.

Jane Rizzoli ma twardy orzech do zgryzienia. Otóż śledztwo, które teraz rozpoczyna, roztacza przed nią całą falę straszliwych wspomnień – sposób, w jaki zabito doktora Veagera (jego żonę, Gail, uprowadzono, by później znaleźć trupa w momencie dość zaawansowanego rozkładu w lasku, na granicach miasta) wskazuje na jej koszmar, na Warrena Hoyota, który siedzi w najlepiej strzeżonym więzieniu. Człowiek ten ma obsesję na punkcie patrzenia na ofiary, dominowania nad nimi, słuchania ich krzyku, napawania się ich bólem, a ponadto ma obsesję na punkcie krwi, ponieważ kiedyś był analitykiem. Kocha jej konsystencję, zapach, smak, kolor, uwielbia na nią patrzyć, nurzać się w niej. Dlatego dla niego najbardziej podniecającą rzeczą nie są narządy rozrodcze, jak by można było przypuszczać, ale ... szyja. Tak, szyja, gdzie mamy tętnicę i żyłę szyjną, gdzie wyczuwa się puls. Tam jest najwięcej krwi: tej żylnej, ciemnej i tej tętniczej, jasnej i jedwabistej. Można by powiedzieć: Wampir! Człowiek ten sprytnie ucieka z więzienia, zabijając przy tym trzy osoby skalpelem. I wychodzi na miasto, by razem ze swoim wspólnikiem, nekrofilem (nie powiem, co to jest, jak ktoś nie wie, to ciocia Wikipedia powie) i fanem demonstracji swojej dominacji, by zabijać. Mają tylko jeden cel: wyniszczoną psychicznie Jane Rizzoli, z bliznami na rękach od wiercenia w nich skalpelem – pamiątce po Hoyocie. Tymczasem ona nie marnuje czasu - prowadzi śledztwo, dość ślamazarne. I jeszcze ten głupi, tajemniczy i przystojny agent FBI, Gabriel Dean, któremu już raz po ciemku groziła pistoletem. Wie, że kiedyś ją dopadnie, ale kiedy tak się staje, sprawy przybierają niespodziewany obrót i to ostatecznie zwycięża Rizzoli, jednak Hoyot żyje dalej i dalej fantazjuje na tematy związane z szyjami kobiet i krwią.

Od razu nasuwa mi się wyraźny związek tej książki z powieścią innej amerykańskiej pisarki, Alex Kavy. Tam też mamy niesamowicie podobną sytuację. Morderca nazywa się Albert Stucky, podniecenie dla niego do krzyk kobiet, którym odcina niektóre części ciała, uciekł z więzienia. Zwabił Maggie, główną bohaterkę tamtej książki, do magazynu by patrzyła, jak zabija kolejne kobiety, wyniszcza ją psychicznie. Ucieka z więzienia, by skończyć raz z zastraszoną Maggie, która jest na granicy załamania nerwowego. Ma partnera, którego, nawiasem mówiąc, zakatrupił. I jest wcielonym Złem, takim złem, że nie może by większego. Recenzja tej książki – nazywa się ona „W ułamku sekundy” - gdzieś tutaj jest, tylko bardzo już zakopana. Podobieństw zauważamy wiele: ten sam prawie typ zdobywania przyjemności, chęć wykończenia agentki/policjantki, wyniszczenie nerwowe owej, umieszczenie faceta w najgorszym więzieniu, ucieczka, zakończenie. A także wcześniejsza pułapka. I to bardzo typowe zamienianie domu w fortecę. Obie opowieści różnią się szczegółami: Stucky, by uciec zabił strażników, a Warren uciekł się do podstępu medycznego, ten pierwszy został zabity, drugi żyje, obie panie wyszły z tego cało. Maggie miała partnera w śledztwie, ale Tully to rozwodnik z dorastającą córką Emmą, a agent FBI Dean... Hm, to już pozostawię czytelniczkom, dobrze? Poza tym bohaterka Kavy jest agentką federalsów, a Jane tylko bostońskim gliną. Swoje ofiary Stucky zakopuje w śmietnikach, natomiast połowę ofiar Warrena znajdujemy w domu, połowę w lasku. Albert raczej nie przebiera w wyborach narzędzia zbrodni, zaś ten kocha skalpel. Jest chirurgiem.

Ale wracam i zaczynamy sobie analizować książkę, zaczynając, naturalnie, od plusów.

Postaci mamy świetnie skonstruowane i wyraźnie rozdzielone na pierwszo – i drugoplanowe. Główną bohaterką jest Jane, która chce we wszystkim dorównać kolegom z pracy i w dodatku uważa się za twardziela. W rzeczywistości, głęboko pod tą powłoką, kryje się samotna, przerażona koszmarem, który powrócił dziewczyna. Bezbronna, samotna. Oszukująca siebie - nawet bardzo skutecznie – próbuje sobie wmówić, że jest zdolna prowadzić dalej to śledztwo, że się niczego nie boi, że jest osobą wytrzymałą, niezwykłą i tak dalej i mocno owijająca się w tej skorupie. Postać owa ma w sobie dużo wad i zalet, jest wyrazista, pełnokrwista i sympatyczna, bo tak naprawdę nie trzeba być Gabrielem Deanem, żeby wiedzieć, że pod tą skorupą kryje się bezbronna, przerażona kobieta w dodatku wykończona psychicznie i fizycznie. Ale rozumiemy jej potrzeby i tak naprawdę głęboko jej współczujemy i czujemy do niej pewien rodzaj sympatii i respektu. Gabriel Dean – tutaj tajemniczy, piekielnie spokojny i opanowany agent FBI, były wojskowy, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i rządzenia, wobec tego raczej na początku nie czujemy do niego sympatię. Maury jest tutaj jak na lekarstwo, chociaż mamy o niej kilka ciekawych szczegółów – nazywają ją Królową Trupów, na przykład, ale nie dowiedziałam się niczego więcej. Na dobrą sprawę, nie wiem o niej więcej niż z poprzedniej książki - „Autopsji”. Jest tu także Vince Korsak, przez większą część książki jest po zawale, ale w momentach, kiedy jeszcze jest na chodzie, rzuca swoimi dość nieśmiesznymi żartami i robi za 'nierozgarniętego gliniarza'. Bardzo go lubię, nie jest drętwy, jest sobą i niczego nie udaje. Jest prostolinijny, niemal jak dziecko, jednak gdzieś tam ukrywają się jego rany. Ma żonę lekomankę, nieciekawe życie prywatne i lubić pić (o czym świadczy jego brzuch). Barry'ego Forsta nie doświadczyłam, przewija się gdzieś bardzo w tle i rzadko można go spotkać na kartach książki.

Język jest prosty, właściwie się nie zmienił do czasów, gdy Autorka pisała romansidełka wymieszane nierówno z kryminałami. Lekki, przyjemny, staranny. Pedantyczny. Ale to nie wpływa na jakość książki – wręcz przeciwnie – bardzo przyjemnie czyta się opisy. A są to opisy nie byle jakie, bo opisują nie tylko przeżycia bohaterów i obrazują nam plastycznie miejsca zbrodni ( to prawdziwa uczta dla mnie, przyznaję się!). Wielkim plusem jest też to, że wszystko opisane jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale rozdziały z perspektywy Warrena, dające mu głos i pozwalające na wniknięcie do jego mózgu jak najgłębiej jest rzeczą fascynującą – te jego śmierdzące wampiryzmem historie o krwi, czyli pulsującym w żyłach życiu, którego on kochał ludzi pozbawiać. Mmm..
.
Akcja jest szybka i dużo się dzieje, więc czyta się zapartym tchem. Ledwo się kończy wizyta u ofiary, zaczyna się prawdziwa policyjna akcja, a kiedy to się skończy, uczestniczymy w autopsji czy poznajemy losy ofiary Warrena. Na końcu, niestety, lekko stopuje, ale to tylko dlatego, że zaczyna się wątek romantyczny (tym razem mogę spać spokojnie, bo to delikatny romans umiejętnie wtopiony w mocny kryminał), by zakończyć się gwałtownie i niespodziewanie. Nie ma miejsca na nudę, no, chyba że kogoś straszliwie odrzuca od nawet najmniejszej cząstki romansu, albo ktoś czytał setki podobnych do tej książek i wie, jak to się skończy.

Okładka jest – tak jak poprzedniej książki – bardzo dobra. Minimalistyczna, od razu kojarząca się z thrillerem medycznym: sterylna, biała okładka, tytuł i autor oraz czerwona plamka, jakby krwi, u góry w poziomym, lekko innego koloru kwadracie. Gdyby postawić książek w tłumie krzykliwych okładek przyciągałaby wzrok i od razu sugerowała tematykę. Choć.. Mam pewne obiekcje co do tytułu. Tego angielskiego i polskiego, bo to jedno i to samo. Skalpel był ukochanym narzędziem zabijania Warrena, nie powiem, no ale dużo skalpela tam nie ma. Dwie, trzy wzmianki. Tytułem książki powinno być coś, co jest esencją książki, kluczem do zinterpretowania, podsumowaniem i wskazaniem znaczenia tego, o czym mówi nam powieść. A nie... szczegółem.

Pisarka coraz bardziej mnie zadziwia, choć wykorzystuje czasem przereklamowane tematy i schematy. Każda następna jej książka jest coraz lepsza, czyta się szybciej, płynniej, lepiej, z większą chęcią. Szybciej. Podejmuje czasem kontrowersyjne tematy, pokazuje, do czego może dojść umysł psychopatycznego mordercy. I tutaj pojawia się minus, za który, postępując zgodnie z moją tradycją, nie odejmę punktów. Co to? Oczywiście, czyta się błyskawicznie, w ułamku sekundy dosłownie. I jak tamtą powieść Alex Kavy przeczytałam w ułamku sekundy, tę również, z tą jednak różnicą, że trzymałam w ręku śmiercionośny skalpel...

Autor: Tess Gerristen
Tytuł: „Skalpel”
Moja ocena: 6/10 

(recenzja archiwalna) 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Powieść wybrana przeze mnie. Recenzja książki


Pisać każdy może, trochę lepiej, trochę gorzej. Nie mam racji? Jasne, że mam. Wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę jakiegokolwiek wydawnictwa, a już piętrzą się oferty do przysyłania swoich książek. Wiadomo, jakaś sekretarka może mieć pomysł na powieść, która okaże się bestsellerem, albo zrewolucjonizuje rynek księgarski i wytyczy nowe ścieżki literaturze, a wydawcom skapnie trochę kasy. Kto wie, może tą powieścią będzie akurat twoja...? Półki uginają się pod ciężarem książek o najrozmaitszej tematyce i jest ich tyle, że żaden mól książkowy nie przeczyta wszystkich. A pisarzów więcej niż psów! Teraz każdy, kto ma odpowiednią ilość czasu, może machnąć jakąś powiastkę, opowiadania, wiersze. Zawsze się znajdą ludzie na tym globie, którym twoja pisanina spodoba się.

Opowieść ta została napisana, ponieważ Autorka założyła się mężem o to, że napisze powieść. I napisała, choć wcześniej tego nie robiła. Ale zamiast pisać skomplikowane powieści psychologiczne, dawać panoramę dzisiejszych czasów, analizować dzisiejsze postawy, stanąć po którejś stron głośnych konfliktów moralnych, pouczać młode matki, jak mają postępować z dziećmi, czy zajmować się harlequinami, których nigdy nie będzie za mało, zabrała się za powieść dla młodzieży. Thriller. Romans. Rzecz bez magii, demonów, aniołów, wiedźm, nieumarłych, nieśmiertelnych, wampirów, wilkołaków, elfów i całej tej modnej dzisiaj hałastry. Nie chciała, bo wie, że to jest obrzydliwie modne, a ona chciała osiągnąć więcej? Kto wie! W każdym razie, kiedy upewniłam się, że żaden demon w tej powieści mi nie zagraża, a żaden elf-ciota nie wypłynie z kart książki i z linijek tekstu, zabrałam się za e-booka, choć koleżanka miała książkę i mi nie pożyczyła (po szkole krąży plotka, jakbym w zaciszu mojego mrocznego domu rwała książki na strzępy, gotowała w kotle, a później piła z nich wywar.. no, dobra, żartuję; w każdym razie nie chciała mi pożyczyć). W każdym razie wzięłam się za e-booka, mając nadzieję, że będzie się szybko czytać.

Świat szesnastoletniej Allie Sheridan uległ totalnej rozsypce. Ukochany brat Christopher gdzieś zniknął, a ona, przekonana, że ją już nie kochał, zaczyna być bardzo niegrzeczną dziewczynką: włamanie do szkoły, podpalenie swoich akt i napisanie na drzwiach jakże miłego tekstu o dyrektorze czy graffiti to dla niej mało. Pewnego dnia, kiedy zostaje zatrzymana przez policję po kolejnej akcji, rodzice decydują na ryzykowny krok. Posyłają ją do elitarnej Akademii Cimmeria, o której jeszcze nigdy nie słyszała. Spotyka tam wredną Katie, pierwszą przyjaciółkę Jo, Sylviana (tak, wiem, durne imię jak nic), Cartera Westa, burkliwego outsidera, miłą kujonkę Rachel, cichą Lisę, ułożoną Jules, Ruth, Lucasa i – czarny charakter – Gabe'a, dyrektorkę Isabelle, nauczycieli i wielu innych ludzi, których poznaje się w szkole. Od razu zostaje wplątana w coś, co nie rozumie, jakieś machinacje, które są ściśle tajne, ale dotyczą jej, a kiedy ginie Ruth Allie zaczyna rozumieć, że wisi nad nią niebezpieczeństwo. Razem z Carterem, członkiem tajnej Nocnej Szkoły (nawiasem mówiąc, przygotowującej do rządzenia światem w różnych instytucjach) wkraczają do świata tajemnic. Świata, który staje się coraz bardziej niebezpieczny.

Ależ drogie panie, nie martwcie się. Wątek romantyczny też jest, bo bez tego książka, że się tak wyrażę, nie miałaby skrzydeł by lecieć w świat. Allie ma dwóch zazdrosnych adoratorów, tego tam z dziwnym imieniem, który okazał się zbyt nachalny i ukochanego Cartera, który jest outsiderem, nienawidzi snobów i na początku książki Allie nie żyła z nim w dobrych stosunkach. Obaj kochają, ale Allie tylko jednego. Tak! Cartera. Szczerze? To jedna z tych niewielu powieści, w których muszę pogratulować bohaterce właściwego wyboru.

Książka, co muszę przyznać z zaskoczeniem, była oryginalna. Co prawda ukochana przyjaciółka/nowa szkoła/wredna dziewczyna/trójkącik miłosny – te motywy pojawiają się we wszystkich powieściach dla nastoletnich czytelników, ale tutaj nie zostały wypełnione stęchłym mięsem, wręcz przeciwnie – naszpikowane zostały czymś nowym, rzadko spotykanym w książkach tego typu. Co więcej: nie mamy tu żadnych wróżek, elfów, magii czy innych takich rzeczy, a powieść nie jest kolejną dywagacją na tematy dotyczące poznawania własnych magicznych zdolności i zakazanej miłości do chłopaka. Bo to jest, proszę państwa, thriller dla nastolatków. Opowieść o zamaskowanej szkole dla przywódców świata, gdzie, jak w takich szkołach bywa, roi się od tych, co mają chrapkę na rządzeniem takim miejscem. No i sama akademia – panujący w niej prawdziwe gotycki nastrój, tajemnicze malowidła na suficie (mam nadzieję, że w przyszłych tomach serii owa tajemnica zostanie nam wyjaśniona) i owiane mgiełką mrocznej tajemnicy poczynania Nocnej Szkoły. Książka zaciekawiła mnie od pierwszego akapitu, co się rzadko przy takich pozycjach zdarza i zafascynowała mroczną atmosferą właśnie. Może to nie jest „czarna dziura” jak w swej krzykliwej recenzji napisała Ewelina Lisowska, ale ma w sobie coś, co każe siedzieć i czytać.

Najbardziej ze wszystkiego uradowała mnie narracja. Bo, ladies and gentlemen, narracja jest trzecioosobowa, choć wszystko jest pisane z perspektywy Allie. Narrator nie jest wszechwiedzący, co jest dobrym wyborem przy tego typu książkach, ale jest. Trzecia osoba! Odetchnęłam z ulgą, bo przynajmniej przez jakiś czas nie musiałam czytać zwierzeń jakieś tam idiotki o tym, dlaczego kocha chłopaka. Zresztą przemyśleń i monologów wewnętrznych jest prawie tyle, co nic. I tutaj Autorka także dokonała dobrego wyboru, ponieważ pokazywanie charakteru przez działanie sprawia, że książka jest bardziej dynamiczna i więcej osób, których nudzą myśli bohaterów, sięgnie po powieść i polubi ją. A oto właśnie chodziło, czyż nie?

Bohaterowie, przynajmniej ci główni, zaskakują swoją wyrazistością (na ten rodzaj książek, oczywiście) i niezbyt powierzchowną psychiką. Mają jakieś tam wady, zalety, są nawet żywi, a człowiek w pewien sposób czuje do nich sympatię, współczucie, nienawiść. Allie jest normalną, ale znerwicowaną dziewczyną pełną bólu po odejściu ukochanego brata, którą w całości akceptujemy i lubimy. Owszem, mankamentem jest to, że po przybyciu do Cimerii zbyt szybko się ustatkowała, fakt, ale nie zmusza mnie do pisania tutaj: „jaka ta dziewucha głupia i pusta”. Carter, ukochany dziewczyny, jest, oprócz Allie, moją ulubioną postacią. Outsider, nienawidzący snobów, dla którego Akademia jest domem, trochę arogancki, zabójczo przystojny i dobrze wychowany. Dziewczyny lubią takich facetów, fakt. Chociaż w tej postaci podobało mi się to, że nie jest ciotą – był normalnym chłopakiem, nie rozczulał się za bardzo, a nie rycerzykował. Był sobą, zachowywał się naturalnie i wydawałoby się, nie był postacią jednowymiarową. Inne postacie zostały także dość dobrze sportretowane, choć niedokładnie. Sylvian rozłazi się na wszystkie strony, nie jest przekonywający, a Jo, mimo że jej problemy wydają się autentyczne, jest typową słodką blondyneczką. Katie, Jules i Lisa mają tylko cechy charakterystyczne, co pozwala odróżnić je od tabunu innych postaci, co nie czyni ich ciekawymi.

Główną wadą książki jest okładka. Szkoła u dołu jest w porządku, ale wciąż nie mogę wymyślić, po co tam włożono tą emo – dziewczynę, którą Allie nie była i tych dwóch nieprzystojnych kościotrupów, obleczonych w skórę? W ogóle mają takie miny, jakby chcieli iść na wojnę i odrzucają potencjalnego Czytelnika. Okładka w dodatku jest miękka, bez polotu i pomysłu i na pewno nie przyciąga wzroku. Ot, taki amatorski plakat filmowy.

Widać, że jest to książka pisana pod przymusem, ja wiem, presją. Autorka chciała wygrać zakład z mężem i codziennie siadała przed komputerem, by napisać ileś tam stron. Zagryzała zęby, sapała i Bóg jeden wie jeszcze co, ale w końcu, hura!, urodziła ciekawą i dobrą książkę. Jednak po stylu widać, że nie było to pisane z radością, o nie. Widać i czuć tekst rodzony w bólu, niektóre fragmenty są napisane zniechęceniem, ciężko, topornie czy po prostu niestarannie. Niektóre wątki się urywają, inne kończą się nie tak, jak powinny, a czasami wydaje się, że książka nie zasługuje na miano „dobrej”. Pisarce czasami brakuje pomysłów, pisze to, co jej krew do mózgu przyniesie, sprawiając, że niektóre, niepotrzebne sceny po prostu wywaliłabym. Czasami czytało się wręcz ciężko, a czasami, gdy za oknami Autorki był piękny, słoneczny dzień, tekst był ciekawy, lekki i taki, że można by go po prostu połykać.

Opisów wiele nie ma, tylko kilka i to w ogóle nie przyrody. Jednak czasami się trafi jakaś kilkudaniowa informacja o tym, co dzieje się z niebem, potrzebna do wytworzenia dość mrocznego klimatu, którego w książce nie brakuje. Jednak rzadko się zdarza, żeby było coś więcej niż kilka ogólnikowych zdań. A szkoda – myślę, że Autorkę było stać na coś więcej.

Zakończenie mnie nieco rozczarowało. Po dwukrotnym podpaleniu szkoły, zabiciu Ruth i innych takich rzeczach spodziewałam się czegoś innego niż tylko kogoś, kto chce przejąć władzę w szkole. A może Nathaniel to część jakiejś większej organizacji? Może to nie wszystko. Ot, takie tam moje złudzenia dotyczące tego, co być może w części drugiej (następne części są już wydane po angielsku, a u nas, w Polsce, dopiero tłumaczą), bo na razie zagadka nie wydaje się zbyt ciekawa. Gabe'a podejrzewałam od razu, za bardzo debilny i chamski chłopak był, więc nadzieja na pogłówkowanie poszła w siną, bardzo siną dal.

Mam pretensję do tłumacza. Tytuł oryginału brzmi Night School, czyli „Nocna Szkoła”, a nie, jakoś inaczej. Polski tytuł nijak ma się do tego, co jest w środku, bo żadnej aluzji do niego w powieści nie było. Polacy zresztą tak mają – gdy napadnie ich taka ochota albo kaprys, potrafią się dać się ponieść wyobraźni i całkowicie zmienić tytuł. W samej jednak książce nie znalazłam żadnej usterki w tłumaczeniu, które było płynne i bardzo dobre, a w samej książce tylko kilka literówek. Brawo dla wydawnictwa, które postarało się, żeby książka była dobra.
Czy mi się podobało? Ogólnie tak, choć czasami moja morda skrzywiała się w geście niezadowolenia. Było dobrze, nieco ponadprzeciętnie, ale wciąż to nie jest to. Błędy są, ale w końcu kto nie popełnia błędów, szczególnie debiutanci, prawda? Ważne, że czytało się szybko i ciekawie. I została przeze mnie wybrana, jako kolejna pozycja do kupienia, stania na mojej półce i cieszenia moich chciwych na słowa oczu.

Tytuł: „Wybrani”
Autor: C.J Daugherty
Moja ocena: 5,5/10 

(recenzja archiwalna)