Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephenie Meyer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephenie Meyer. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

Zmierzch romansu. Recenzja książki

Powieść ta ostatnio była i jest, niezwykle popularna, a filmy nakręcone na podstawie książki są bardzo wysoko oceniane (oczywiście, w Polsce i tak nic nie dogoni historycznych produkcji filmowych, na szczęście). W sklepach i gazetach można zobaczyć twarz Kristen Stewart, ponure klimaciki i dwóch facetów, ubiegających się o względy jednej z najsłynniejszych bohaterek ostatniej literatury popularnej. A ile blogów, fan fiction... nikt tego nie zliczy.

Zazwyczaj takie rzeczy wywołują skrajne emocje, czego dowodami mogą być recenzje tej książki – piękne hymny pisane na cześć Autorki, ironiczne komentarze i czasem nawet wulgarne epitety. Dlatego po dłuższym namyśle postanowiłam nie zwracać uwagi na zdania innych Czytelników i przeczytać nie tylko tę powieść, ale całą sagę. Pożyczyłam ją od kuzynki i pewnego pięknego wieczoru zaczęłam czytać, bo szkoda mi było czasu, żeby iść do biblioteki i wypożyczać coś, co – byłam pewna – kompletnie mi się nie spodoba. Jedyne obrażenia, jakich dostanę po przeczytaniu wszystkich części to przybliżenie dnia, kiedy będę musiała włożyć na nos okulary.

Fabuła nie jest ani świeża, ani arcywciągająca, taka sobie przeciętna. Isabella Swan, siedemnastolatka z Phoenix, przeprowadza się do swojego ojca, do ponurego i deszczowego Forks. Jej matka wyjeżdża ze swoim drugim mężem na Florydę, a Bella, która faktycznie byłaby tam zawadą, nudzi się w miasteczku. Do czasu, kiedy poznaje fascynującego Edwarda Cullena. Ów „piękny bóg” jest wampirem – wegetarianinem, którego jednak nęci krew bohaterki. Mimo tego zakochują się w sobie, a rodzinka Edka prawie w całości akceptuje Bellę. Jak w każdej jednak powieści i tu mamy trójkąciki – Jacoba Blacka, wilkołaka i Jamesa, wampira – tropiciela, który ma ogromną chętkę na krew panny Swan. Jednak, jakby nie było, kiedy Isabella ma umrzeć w męczarniach, zjawia się Edward i bohaterka, co prawda mocno poharatana, trafia do szpitala. W Epilogu mamy bal maturalny, na który Cullen idzie z Bellą i całuje ją w szyję (och, jakie to romantyczne), czyli wszystko kończy się dobrze, mimo że siedemnastolatka chce zostać zamieniona w wampira. To naprawdę wszystko, nawet dużo nie poskracałam.

Najpierw, żeby fani powieści mogli tutaj skończyć, napiszę o plusach książki, których zauważyłam tyle, co kot napłakał, więc ten akapit będzie krótki. Przede wszystkim na pochwałę zasługuje okładka. Jest tajemnicza, zachęca do zajrzenia w treść, ciekawa, dająca pole do popisu wyobraźni, tak, że człowiek automatycznie zastanawia się, co może kryć książka o takiej okładce. Jeśli chodzi o treść, w końcu wymyśliłam, że plus mogłabym dać za jakąś całkiem celną ripostę co jakieś sto stron i na tym pozostaję.

Zacznijmy od pierwszych kart opowieści. Prolog nijak ma się do reszty tekstu, chyba że chodziło o metaforyczny sens związku Edwarda i Belli, choć i to pasuje tu jak kwiatek do kożucha, bo w dalszych partiach książki metaforyki żadnej nie ma. W każdym razie już od pierwszej strony właściwego rozdziału, wita nas trochę dziwne, w sensie kontekstu, wyrażenie o samochodowych oknach i akcja zaczyna się rozwijać wolno jak deszcz w Forks. Nie powiem, że na początku byłam zdziwiona jakością powieści, a także klimacik miasteczka i dom Charliego, taty Belli, spodobał mi się bardzo. Sama Isabella, potykająca się o własne nogi i powietrze, wydała mi się dość nieszczególną, sympatyczną osobą. Problemy zaczęły się dopiero wtedy, kiedy pojawił się Edward.

Muszę kiedyś jeszcze raz wrócić do tej książki i policzyć, ile razy pojawiło się wyrażenie „młody bóg”, „piękny bóg” , choć to nie będzie trudne. Zaczynając od strony dziesiątej do końca, na każdej stronie możemy przeczytać to jakże trafne określenie urody Edwarda i tylko raz Autorka wysila się na dodanie słowa „zapomniany”. Widocznie pani ta nie miała nigdy w ręku słownika synonimów albo nie wie, że żeby opisać męską urodę, trzeba wciąż powielać to samo fascynujące wyrażenie, mające wywoływać dreszcze ... znudzenia.

Ale nie tylko to. Na początku pisarka zachowuje jeszcze jakiś dystans do opowieści, ale gdy Edziu postanawia zaznajomić się z Bellą, ciekawe klimaciki pryskają, bo Autorka sama daje się ponieść magii rodzącego się wielkiego uczucia, na czym traci wszystko, co dodawało tej powieści walory artystyczne. Niektóre sceny z cyklu Bella&Edward są cukierkowe, bez miary przesłodzone i schematyczne. Inne znów szokują ignorancją jakichkolwiek środków wyrazu, doboru słów, jak urocza scenka, w której panna Swan płacze, a Edziu bierze na palec jej łzę i, cytuję: „zlizuje z ręki słony płyn”. Ten „płyn” w odniesieniu do łez to horrendalny synonim, a o zlizywaniu, jakkolwiek by się to interpretowało, już nie wspominam. Fuj.

Opowieść jest rozwlekła i nudnawa. Kiedy pisarka zepchnęła wątek miłosny w dół, a samą powieść napakowała ciekawych wątków i postaci, wyszłoby wiele lepiej, ale Autorka nie miała siły angażować swojego pomyślunku i stworzyła długaśne, tak naprawdę jednowątkowe opowiadanie, puste i tandetne. Przy końcu mamy trochę fajerwerków, ale one szybko gasną i zastępują je kolejne, bardzo romantyczne sceny w szpitalu. Zresztą, fragmenty, w których akcja nabiera tempa, są źle napisane, bez polotu i znajomości obrazowania dynamiki. Mój mózg nie zdołał obudzić nawet James i nawet to, że bohaterka była bliska śmierci, bo gdzieś, w jej umyśle, wciąż tkwił Edward i wciąż o nim myślała. Powieść ta, dzięki narracji pierwszoosobowej, jest tylko hymnem pochwalnym dla urody i przymiotów Edka, przerywana czasem jakimś potknięciem bohaterki i refleksjami nad własną ciapowatością i WF- em. Za to pisarka zabłysła kreatywnością, na ścianie białego i przestronnego domu wampirów powiesić siedemnastowieczny krzyż i wymyślić przeszłość członków rodziny Cullenów. Krzyża już nie komentuję, zaparło mi z szoku dech, ale historia Edwarda, tego umierającego na hiszpańską grypę chłopaka z początków XX w., byłaby ciekawa, gdyby później nie miał stać się wampirem. Naprawdę nie mam nic przeciw wampirom wracającym do literatury, ale sposób, w jaki człowiek tu staje się wampirem, nie spodoba się każdemu rozgarniętemu fanowi literatury, jak również to, że wampirki ( w szczególności Cullenowie) to takie stworki, które świecą w promieniach słońca i zakochują się w myszowatych, zakompleksionych nastolatkach, czytających klasykę literatury angielskiej i nierozumiejących z nich nic. Może te całe potwory mają w sobie coś z drapieżności, ale pisarka nie umie tego opisać.

Stylu nie warto zazdrościć Autorce. Nie potrafi znajdować synonimów do najprostszych nawet słów, nie umie malować słowami sugestywnych obrazów w wyobraźni czytelnika, a w dodatku ma problemy z podmiotem w zdaniu  Dialogi są sztywne, boleśnie szablonowe i kompletnie niewystylizowane, lepsze riposty zdarzyły się tylko trzy razy. Uśmiech politowania na moich ustach wywołały opisy przyrody, które pisarka, niebędąca żadnym z mistrzów naturalizmu i pozytywizmu, nieudolnie wtrąca do tekstu. Przyroda opisana jest banalnie, bez klimatu i ciekawych porównań, powierzchownie i ciężko. Natomiast myśli Belli, szczególnie te po poznaniu Edwarda i jego rodziny, są jeszcze bardziej irytujące niż ona sama. W momentach, które powinny być mroczne, mroku, strachu i napięcia w ogóle się nie czuje. Autorka nie potrafi wydobyć burzy uczuć, ognia, smutku i strachu i utrwalić to na papierze. Jest to dla niej, jak widać, za trudne.

Otwierając tę książkę, nie obiecywałam sobie niczego więcej ponad wątpliwą rozrywkę przy słabej artystycznie powieści i faktycznie powieść nie była poniżej tym bardziej powyżej moich oczekiwań. Czytanie nie było żadną przyjemnością, ale nie mogę powiedzieć, że nie czytało się szybko. Ot, takie sobie czytadło na wolną chwilę, niezobowiązujące i naprawdę nie warte mojej uwagi i takiego rozgłosu. Jeśli jednak chcemy spojrzeć z perspektywy tysięcy lat tradycji romantycznej, doskonale widzimy, że w czasach, kiedy każdy umie czytać, przyszedł zmierzch, który niedługo pochłonie cały ten piękny gatunek traktujący o miłości ludzi – kobiety i mężczyzny.

Tytuł: „Zmierzch”
Autor: Stephenie Meyer
Moja ocena : 0,5/10

(recenzja archiwalna) 

sobota, 6 września 2014

Wyjątkowy wyjątek. Recenzja książki

Czasami, u dobrego pisarza, pojawia się książka, która okazuje się być zaskoczeniem dla fanów. Negatywnym, oczywiście. Albo pisarz stacza się po równi pochyłej jak wszystko zresztą w tych czasach. No nie wszystko. Na przykład w muzycznym undergroundzie, którego w większości jestem fanką, zdarzają się jeszcze doskonałe, niezwykle dojrzałe i ciekawe albumy muzyczne, a także artyści – jak na przykład specjalistka od celtycko - new age'owych brzmień, Enya – którzy wciąż trzymają bardzo dobry poziom. Ale jeśli chodzi o muzykę i literaturę bardzo popularną, artyści, którzy w latach 90. zachowywali się, jak na artystów przystało, za przeproszeniem, liczą tylko kasę w ciemnych kątach swoich jachtów i apartamentów, albo próbują się przystosować do naszych, nowoczesnych czasów, produkując kolejne pozycje do kolekcji shitów, które, co najwyżej, trzeba przesłuchiwać dwa, trzy razy, w przeciwnym razie grozi to odpadnięciem uszu czy ohydnymi ranami na ludzkich słuchach. Już nie mówiąc o utworach ludzi, którzy w naszym pięknym, XXI wieku, na razie przebiegającym beztrosko, bez żadnego konfliktu wojennego ani czegoś innego. Uszy opadają. Ale co ja o muzyce sobie gaworzę, jak tu trzeba pisać recenzję książki powyżej.

Jakby z literaturą nie było tak samo. Wystarczy iść do najpopularniejszej, sieciowej księgarni w kraju, Empiku. Znam się na tym trochę, więc wiem, ile radosnej, ale słabej twórczości zalega na półkach z bestsellerami, z, o zgrozo, fantastyką (i polską i zagraniczną) już o powieściach obyczajowych nie wspominając. Erotyki, rzecz jasna, z wielu powodów, mnie nie interesują, i, szczerze mówiąc, chyba nigdy nie będą mnie interesowały. Ale wróćmy do bestsellerów. Zdarzają się bardzo, ale to bardzo ciekawe pozycje, jak choćby często przeze mnie wspominane Igrzyska Śmierci, ale i takie książkowe porażki jak Niezgodna czy Zmierzch – niesamowita historia o świecących wampirach, o wampirach czystych i wampirach wampirycznie seksownych, o wilkołakach dumnie prezentujących gołe kaloryfery na klatkach piersiowych (a po przemianie z wilka w człowieka latających całkowicie na nago) oraz o ludzkiej dziewczynie wciąż przygryzającej wargę i potykającej się o powietrze. Ej, dlaczego nie piszczycie? A powinniście, chociaż ze strachu, bo to przecież straszniejsza od największych, dziewiętnastowiecznych horrorów opowieść! Niech się Dracula do trumny schowa, szczególnie dlatego, że na ścianie mieszkania wampirków, tak, nie przecierajcie oczu, wisi krzyż. Jak mi nie wierzycie, zajrzyjcie do książki. Albo nie, bo to literackie zło, prawdziwy literacki koszmarek, względnie lekkie czytadło. I wydawałoby się, że reszta książek tej pisarki też może być taka. Czy na pewno jest?

Czasami, jak w opisanych wyżej przykładach, dobry artysta stacza się. A czasami jednak ktoś, na kim postawiliśmy już teoretyczny krzyżyk, wynajduje coś, co naprawdę może zachwycić, a przynajmniej nie zdegustować. W muzyce przykładem jest takie One Direction. Midnight Memories jak na miałki, komercyjny pop słucha się nieźle. Albo Justin Bieber, który za kilka lat prawdopodobnie udowodni, że potrafi zaśpiewać piosenkę w klimatach R&B bez audiotune. Ale znów mówiąc o literaturze, a nie znów o muzyce, właśnie pani od świecących wampirków jest chyba najlepszym przykładem. Naprawdę! Bardzo Znośna Książka jej autorstwa może do wybitnych nie należy, ale sprawia, że pisarka ma już krótszą drogę, bym wybaczyła jej grzech, jakim była saga o seksownych krwiopijcach (wydaje mi się, że warsztat poprawia się w miarę pisania, przynajmniej u większości pisarzy, więc się w sumie nie dziwię). I nie mówcie, że to jest nieprawda – powieść nie odniosła takiego sukcesu jak opowiastki o wampirach, a to już o czymś świadczy. Może nawet o tym, że pisarka wysiliła się i stworzyła swój świat z przyszłości, może nieprawdopodobny, ale to zawsze coś.

Ziemię zaatakowały Dusze, przybysze z odległego kosmosu i opanowały ją. Dusze to coś w rodzaju pasożytów, wykorzystujących ciało swojego żywiciela, ale całkowicie zabijając jego umysł, jego duszę, wewnętrzne ja czy coś w tym rodzaju. W każdym razie dusza żyje w naszym ciele, a my umieramy, a obecność Duszy można jedynie wyczytać po jasnych, świecących oczach. Jak możecie się domyślać, ludzi mających swoją, własną duszę jest coraz mniej, właściwie ich już nie ma, a ci, co zostali, schowali się i starają się likwidować tyle Dusz, ile zdołają.

Melanie była jedną z nich, dopóki pewnego dnia, a raczej nocy, złapano ją i wszczepiono wyjątkową Duszę – nazywaną Wagabundą, czyli taką, która zwiedziła bardzo dużo planet. Jednak Melanie – uwięziona w swoim ciele – nie poddaje się i wciąż walczy z Duszą. W miarę rozwoju akcji Wagabunda zaprzyjaźnia się z Melanie, a w końcu nawet chce odejść od ciała dziewczyny, bo Melanie ma ukochanego i młodszego brata. Na szczęście nasza bohaterka znajduje miejsce do mieszkania w pewnej umierającej dziewczynie i nawet zyskuje chłopaka, który nie zakochał się w ciele, ale w tym czy naprawdę jest – w białej, bezkształtnej materii (gdyby nigdy jej nie spotkał, zakochałby się prawdopodobnie w amebie czy w meduzie, tylko problem byłby tego rodzaju, że nierozumna istotka nie wiedziałaby, że to coś wielkiego ją kocha, dlatego dusza jest lepsza) i nie mówicie, że to coś dziwnego. Teraz są czasy na kochanie wszystkiego. Nawet Dusz. W każdym razie wszystko zostało posypane refleksjami na tematy, które może świeże nie są, ale wciąż ludzi inspirują: istota człowieczeństwa, miłość, piękno tego świata, życie, zdrada podobnych do siebie, którzy robią, zdaniem zdrajcy, źle (czyli kłopoty z lojalnością, które dla Wagabundy są naprawdę Problemami i wredną, głupią policjantką biegającą za głównymi bohaterkami i wymachującą pistoletem, który mógłby zabić Wagabundę naprawdę, a z nią Melanie).Wnioski, do których Autorka dochodzi, nie są odkrywcze, ale pokrzepiające i, moim pesymistycznym, skromnym zdaniem, prawdziwe. Świat jest nawet piękny, szczególnie jak się ma książki, kakao i ciepły dom, do którego można wrócić. Prawda?

Pomysł, przyznacie, bardzo ciekawy. Jeszcze z tym takim czymś nie spotkałam. Nie chodzi tu o samą procedurę uwalniania ludzi od Dusz, czy wstrzykiwania ich do ludzi, co, muszę przyznać, jest niezwykle twórcze, jak na tą pisarkę, stworzenie innych planet, na których była Wagabunda, a także organizacja świata zainfekowanego przez przybyszy z kosmosu. Seriale, sklepy, szpitale i inne organizacje, przy założeniu, że Dusze są troskliwe i tak dalej, wyglądają zupełnie inaczej niż za czasów, kiedy władcami planety byli ludzie (zauważcie, że gdyby udało mi się zaakceptować świecące w promieniach słońca, wegetariańskie wampirki, doszłabym do wniosku, że pisanie o istotach ludzioopodobnych, które ludźmi nie są motywem przewodnim w twórczości tej pisarki. Ciekawe, czy wierzy w UFO?) dzięki czemu książkę czyta się jednym tchem, nawet kiedy napotykamy nużąco nudne, niewnoszące nic do fabuły fragmenciki o tym, jak Wagabundo-Melanie jeździ z mężczyznami po jedzenie. Co więcej, z grubsza, wszystko jest uporządkowane i logiczne, nie ma chaosu i kompletnie nielogicznych wstawek, a co Autorce sprawiałoby jakieś trudności, na przykład sprawa polityki czy ekonomii (w tym świecie nie używano pieniędzy, wyobraźcie sobie, książki były za darmo!) zostało zgrabnie wyminięte. I dobrze. Po co ma udawać, że wie coś, o czym tak naprawdę nie ma pojęcia? Inni pisarze tak robią i wychodzą na tym co najmniej źle.

Bohaterowie nie są śmieszni i papierowi jak w słynnej powiastce o wampirach, nie ma także, na szczęście, żądnej Mary Sue. Melanie jest raczej wojowniczką, chociaż, ze zrozumiałych względów, nie dowiadujemy się o niej zbyt dużo. Zresztą wszyscy ludzie, którzy zostali na ziemi, z oczywistych powodów stali się przede wszystkim wojownikami. Oczywiście nie mówię o tym chłopaku od ameb, Ianie, który zakochał się głównej bohaterce (pisarka uważa, chyba żeby być szczęśliwym, trzeba mieć ludzkie ciało i być z kimś w związku... No cóż, ale w tym przykładzie, hm. Nie ważne) Dusze są natomiast miłe, no, z jednym wyjątkiem. Najbardziej jednak spodobała mi się postać wuja Jeba (tak, tak się nazywał; imię to było związane również z tym że czasów, kiedy wszyscy żyli w błogiej nieświadomości i myśleli, że nie grozi żadne niebezpieczeństwo, o niebezpieczeństwie z Kosmosu już nie mówiąc, on wymyślał różne teorie spiskowe i organizował kryjówkę), który jest naprawdę barwną postacią, której, mimo wszystko, po prostu nie da się nie lubić. Wagabunda w pewien sposób też jest sympatyczna, ale czasami Autorka nie mogła się powstrzymać i za bardzo idealizowała bohaterkę, uwypuklając jej przywiązanie do Melanie i pochwałę dla ludzkiego życia oraz do znudzenia powtarzając, że chociaż Dusza ta zwiedziła niemal cały wszechświat, najlepiej jednak czuje się tu, na Ziemi i to jest najpiękniejsza planeta bla, bla, bla. Czy naprawdę nie mogłaby zrobić tego bardziej delikatnie, z większym wyczuciem?

Okładka, ta niefilmowa (zapewne wiecie, że książki zrobili film, jednak ja go nie oglądałam, mimo że wyglądał na całkiem porządny) prezentuje się nieźle: mamy na niej twarz, Melanie zapewne, z okiem, z charakterystyczną srebrną otoczką wokół źrenicy, oznaczającą, że w środku mieści się dusza. Niezbyt pomysłowe, ale całkiem niezłe. Jedna z wersji filmowych okładek jest podobna, tyle że twarz należy do aktorki grającej w filmie Melanie. Co do tej drugiej okładki filmowej, nie podoba mi się, prawdopodobnie dlatego, że aktorzy grający Melanie, Jareda i Jaime'go w ogóle mi nie pasują i w ogóle okładka jest taka jakaś zwyczajna. A ja nie lubię zwyczajnych okładek.

Język... Uwaga, uwaga czeka was wielkie zaskoczenie, bo nawet jak już stosuje swoją ulubioną narrację osobową, to robi to z punktu widzenia, jakby nie patrzeć, istoty pochodzącej z Kosmosu, a kursywą dodaje to, co w świadomości do Duszy mówi Melanie oraz zgrabnie oddziela wspomnienia Wagabundy i dziewczyny. Odtrutka na punkt widzenia Belli i tego wilkołaka bez koszuli, Jacoba oraz ich jęki. W książce tej samej Autorki. Kto by pomyślał! Język tej powieści zaskoczył mnie – bo jeśli sposób pisania Autorki w słynnym Zmierzchu był, delikatnie mówiąc, pozbawiony nawet najmniejszych ozdób i pochodzący z bloga nastoletniej fanki One Direction, tu jest po prostu komunikatywny i prosty, co sprawia, że czyta się bardzo szybko, wzrok niemal prześlizguje się między stronami. Momentami wciąż da się wyczuć nieporadność językową wcale nie pochodzącą od tłumaczki (sprawdzałam angielski oryginał i okazało się, że mam rację), ale zasób słownictwa Autorki jest znacznie większy, niż to miało miejsce w jej debiucie, chociaż czasami jakby Autorka nie wiedziała jak napisać, by przedstawić czytelnikowi to, co ma na myśli. Czasami także, szczególnie przy końcu, przystaje panować nad sentymentalnymi wstawkami i język staje się pełen niepotrzebnych ozdobników, opisów czyjeś słodkiej urody (ale także wyznań miłosnych Iana), wzniosłych przemówień i myśli, zupełnie pasuje nie tylko do tej książki, ale również w ogóle do Autorki i jej stylu. Dlatego jest nierówno, ale z reguły bardzo dobrze. Da się przeczytać do końca, nawet czasami się roześmiać, czy poczuć w sercu smutek. Dialogi są proste, przyziemne, dostosowane nawet do tego, kto te słowa wypowiada, a, czasami, do charakteru danej osoby, są więc wiarygodne i bardzo się dobrze je czyta.

Opisy też są. Chociaż to może zabrzmi dziwnie, ale taka jest prawda. Pojawiają się od czasu do czasu, żeby zrobić tło na nadchodzące wydarzenia: pustynia, jaskinie, szpital. Chociaż Autorka nie bawi się w poetyckie opisywanie à la Orzeszkowa, jak to robiła czasami w swojej debiutanckiej sadze. Są konkrety i jest dobrze – bo chociaż nie ma magii, nastroju, ale przynajmniej wiemy, że wydarzenia nie rozgrywają się na zielonym czy niebieskim ekranie, ale w jakimś określonym miejscu. Opisy przeżyć, niestety, są często przesłodzone, ale to tylko na końcu – gdy wszystko się dobrze dla każdego kończy (chociaż niby wszystko kończy się happy endem, jest fajne, ale po przeczytaniu kilku książek, w których zakończenie nie jednoznacznie dobre zrobiłam się bardzo wymagająca nawet w tej kwestii). Jednak ogólnie jest też dobrze i nawet dość ciekawie. Nie ma litowania się na swoim złym losem narzekaniem na cały świat i wylewania łez na wylanym mlekiem, jak to robiła nasza dobra, stara znajoma, Bella Swan.

Fabuła, jak zwykle u tej Autorki, jest rozwleczona ponad przyzwoitość. Wiele bym stąd wyrzuciła, szczególnie niektóre wydarzenia z jaskini i te wypady z chłopkami po jedzenie. Po co opisywać takie wydarzenia, jak one nic nie wnoszą do fabuły? A jeśliby już chciała, by opowieść dorównałyby objętością jednemu tomowi sagi o wampirach, ja, na miejscu Autorki, bardziej zagłębiłabym się w wątki psychologiczne, w strukturę społeczności żyjącej w jaskini, albo w kwestię tych, z których wybudzano, czyli usuwano mieszkające w nich Dusze. Jest tyle ciekawych wątków spraw i wątków, które mogłyby zostać dodane, jednak pisarka – oczywiście – poszła w najbardziej banalną stronę i nadmuchała książkę niepotrzebnymi scenami, które, w gruncie rzeczy, przynudzają i męczą (szczególnie te w jaskiniach).

Szczerze i ogólnie mówiąc, byłam naprawdę zaskoczona jakością powieści, jak i tym, że naprawdę mi się spodobała, jako przeciętniej, zjadającej chleb śmiertelniczce, która czasami sięgnie po książkę. Oczywiście, jeszcze dużo powieści potrzeba by było, żebym ją podziwiała za wszystko, ale nie przesadzajmy – nie można wymagać powieści godnej Nobla albo polskiej Nike od Autorki, która stworzyła Sami-Wiecie-Jakiego-Gniota. I, być może, dla niej to już szczyt możliwości. Bądźmy bardziej wyrozumiali, nawet ja postarałam się i, mam przynajmniej nadzieję, że ta recenzja nie jest taka zjadliwa jak inne. Bo, chyba mi przyznacie rację, książka powinna się znaleźć wśród literackich fenomenów – pisarka, która popełniła gniota, który podbił świat swoją infantylnością i głupotą, popełnia książkę, którą, w pewnym sensie, nawet lubię, podczas ponownego czytania nie zważam na błędy i to ja – wredna recenzentka, nie chcę chwalić, najwredniejsza z wrednych. Dochodzimy więc do wniosku, że jednak coś musi w opowieści być, skoro jest wyjątkiem, prawda?

Tytuł: „Intuz”
Autor: Stephenie Meyer
Moja ocena: 5/10