Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

I tak nie boję się spać. Recenzja książki




Bez wstydu przyznaję, że jeśli chodzi o fizykę, to nie ogarniam tego jeszcze bardziej od matematyki. Jakieś prawa, zjawiska fotoelektryczne, definicje i najgorsze – wzory, które nijak nie potrafię zastosować w praktyce. Jednak wydaje mi się, że mimo wszystko odkryłam nowy rodzaj przyciągania grawitacyjnego: przyciąganie łóżka i kocu będące wprost proporcjonalne do niewyspania i pogody. Nie wiem jak wy, ale ja to czuję już z odległości dwóch, trzech kilometrów. Ba! Z każdej odległości. Kiedy w końcu moje marzenie się spełni i okryję się po nos w kocyku, do wymęczonego mózgu, który często płata mi wkurzające figle, przychodzi refleksja o tym, że jednak sen to najlepsza rzecz jaka mogła mi się przydarzyć w życiu i chciałabym spać w nieskończoność, co zresztą w moim przypadku nie jest aż tak nieprawdopodobne, bo w weekendy i wolniejsze dni wstaję o trzynastej i jestem taka wyspana, że aż zmęczona. Różnica jest taka, że dociera do mnie, że najlepiej byłoby, żeby moje życzenie się nie spełniło. Bo choć sen jest bardzo dobry dla zdrowia i samopoczucia człowieka (wiąże się to nie tylko z magazynowaniem energii, ale i z lepszym funkcjonowaniem układu odpornościowego, co bardzo by mi się przydało) nie od dziś wiadomo, że jest bardzo podobny do śmierci nie tylko dlatego, że śpiący przypomina czasem zmarłego. Można także umrzeć we śnie i nikt tego nie zauważy, ale jest także objawem różnych nieciekawych chorób, na depresji zaczynając a kończąc na ukąszeniu przez afrykańską muchę tse-tse. Najbardziej jednak śmierć przypomina śpiączka: niezwykle głęboki sen, tak głęboki, że czasem wzbudzenie nie jest możliwe. Stan coma, zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią, pomiędzy światami, pomiędzy wszystkim. Niektóre osoby, które w końcu się obudziły, opisują doznania podobne do śmierci klinicznej, inne wspominają, że były świadome wszystkiego, co dzieje się wokół. Jeszcze gorzej, gdy nie jest to śpiączka wywołana przez leki, czyli farmakologiczna, ale ta wywołana chorobą albo wypadkiem, określana w specjalnej skali Glasgow. Jeśli w ogóle da się kogoś z niej obudzić i w jakiś sposób zregenerować zniszczone neurony to zwykle życie dla tego człowieka zaczyna się od nowa. Od nauki czytania, pisania, poznawania swoich bliskich. Nie, nie. Już wolałabym cierpieć na bezsenność i lunatykować niż tak zasnąć. Brr. 
 
Nigdy nie zostanę lekarzem, ale temat śpiączki jest bardzo intrygujący, tak samo jak wszystkie inne dziwne stany świadomości człowieka, których się boimy, ale które nas bardzo interesują (dlatego, że ich się boimy). Co się dzieje z takim człowiekiem, kiedy dla nas jest właściwie trupem podłączonym do respiratora? Czy po śmierci mózgowej istnienie człowieka przenosi się do jakiegoś innego poziomu? Te pytania zahaczają o ważką tematykę, która dla wszelkiej maści pisarzy jest pożywką dla wyobraźni i rzeczą, na której temat można napisać niejedną książkę. Bo tak naprawdę stać może się wszystko i żaden profesorek nie będzie potem pisał w recenzji, że to nie jest realne. Pomysłów zatem jest dużo, bardzo różnorodnych, mniej lub bardziej udanych, w tym najlepsza powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk - Druga szansa, której gęsty, mroczny klimat i ciekawie zbudowany świat zapadły mi w pamięć mimo warsztatowych braków Autorki. Jednak do opowieści o śpiączce pasuje nie tylko stylistyka horroru – można także napisać opowieść bardziej lekką, może skręcając w stronę rozważań nad sensem życia (jakkolwiek kiczowato to brzmi) i innych poważnych tematów, podanych w formie przemyślanej. Tak by temat został zrozumiany i przez przeciętnego nastolatka z gimbazy i dorosłego, który nie ma czasu i ochoty zaprzątać sobie głowy filozoficznymi tematami; jednocześnie trzeba wszystko umiejętnie wyważyć, bo do kiczu i przesadnego sentymentalizmu droga prosta i szeroka. No ale pisarze wciąż próbują jakoś opowiedzieć o tym młodzieży i dorosłym, opisać w możliwie najlepszy sposób. Udaje się różnie, ale weźmy pod mikroskop ten konkretny okaz. 

Mia ma rodzinę z rockandrollową przeszłością, przystojnego chłopaka i oryginalną pasję – wiolonczelę. Mimo to jej życie nie jest proste – jest po prostu w miarę spokojnym życiem dorastającej, normalnej dziewczyny z różnymi problemami. Wszystko rozsypuje się pewnego tragicznego dnia i od tego czasu nic nie będzie takie samo. Oddzielona od swojego ciała, które zapadło w śpiączkę, Mia będzie musiała zdecydować się czy poddać się i odejść w bliżej nieokreślone zaświaty lub stoczyć batalię o kontynuowanie swojego życia. A wybór jest bardzo trudny, szczególnie w sytuacji wewnętrznego rozdarcia, tęsknoty, ale też nadziei. Nadziei? Jedyną nadzieją Mii jest jej ukochany, Adam. Podczas podejmowania decyzji bohaterka wspomina całe swoje dotychczasowe życie, dzięki czemu czytelnik poznaje ją bliżej i zaczyna rozumieć kontekst całej historii. Jaką decyzję, w konfrontacji tego co przeżyła, podejmie Mia? I czy powrót do życia będzie możliwy? 

Temat ciężki, trzeba przyznać. Rozdarcie bohaterki między życiem a śmiercią wymaga zadania w książce fundamentalnych pytań, które bezrefleksyjnej większości ludzi z grona odbiorców powieści – nastolatków-  nie są na tyle bliskie, by cokolwiek z książki zrozumieć. Autorka miała więc dwa rozwiązania: albo opuścić te kwestie, albo też zaprezentować je w prosty sposób. Ponieważ pisanie tego rodzaju powieści z pominięciem tych spraw byłoby bezsensowne, pisarka musiała znacznie uprościć swoje rozważania na temat życia, śmierci i miłości. I tego najbardziej obawiałam się sięgając po powieść – co zrobię, gdy zabrnę w czytaniu za daleko, a zewsząd napadną na mnie ckliwe opisy, wyznania miłości i inne rzeczy, powszechnie określanym kiczem i tanim sentymentalizmem. Ja naprawdę nie mam zdrowia na takie rzeczy, a z rzucania książkami o ścianę wyrosłam już dawno. Uspokoiła mnie tylko niewielka objętość książki, w razie czego męka nie będzie się przedłużać w nieskończoność, a po całej traumie pozostanie tylko kolejna negatywna recenzja i lekki uszczerbek na zdrowiu, który szybko zagoi się lepszymi książkami. Albo, kto wie, wyniosę z tej książki coś dobrego? Lubię bardzo, kiedy coś pozytywnie zaskakuje, szczególnie jeśli chodzi o literaturę dla młodzieży, o której ogólnie nie mam dobrego zdania. 

Jak zwykle w takich przypadkach mam dylemat, od czego zacząć. Okładka? Hm, do złudzenia przypomina plakat filmowy tegoż dzieła literackiego, chociaż sam w sobie jest dość oryginalny. To coś w rodzaju układanki, składającej się na portret głównej bohaterki, której niektóre fragmenty czy też nie pasują czy też nie zostały odwrócone na drugą stronę. Przedstawiają jednak fragmenty życia Mii, będące scenami z filmu (przy jednej z nich dodano tylko pompatyczny napis Żyj dla miłości; oh jej, ale to romantyczne): u góry dwie sceny ze szpitala, sympatyczny obrazek z Adamem, a poniżej wiolonczela z grającą na niej ręką Mii; jeszcze niżej scena z wypadku (no dobra, miało być bez spojlerów, ale to nie moja wina tylko okładki… po co zdradzają najciekawsze rzeczy na samym początku?), a na końcu jeszcze rodzice Mii, którzy uśmiechają się i wyglądają bardzo sympatycznie. Pomijając kwestię spojlerów całość wygląda całkiem pomysłowo, intrygująco i elegancko. Nie ma niczego za dużo, nie zapaciano niepotrzebnymi kolorami bo wszystko oprawiono w białą ramkę, a napisy ograniczono do tytułu, imienia i nazwiska Autorki i krótkiej informacji o tym, że film w kinach. Całość, choć nie przyciąga wzroku w księgarniach i bibliotekach, prezentuje się wyjątkowo skromnie ale intrygująco – na mnie podziałał brak krzykliwych i nadmiernie pozytywnych recenzji i lapidarny opis, po którym pomyślałam, że to coś dla mnie. Nie można też odmówić aktorce na okładce głębi zamyślonego, dramatycznego spojrzenia, którym przyciąga wzrok oglądającego na tyle, że chce się sprawdzić, coś się za nim kryje. 

A kryje się za nim przede wszystkim fabuła, która jest nią tylko teoretycznie. Bo większość zawartości tej pozycji wypełniona czymś, co w teorii literatury nazywa się retrospekcją. Właściwa akcja to tylko krótkie scenki podczas dwudziestu czterech godzin po wypadku z perspektywy Mii, która wyszła ze swojego pogrążonego w śpiączce ciała i krąży po szpitalu medytując nad tym, czy powinna żyć dalej i przypomina sobie całe swoje życie w przydługich fragmentach części drugiej, przypominającej wycinki z jakiejś innej książki czy opowieści. To głównie historia o związku Mii z Adamem, wokalistą i gitarzystą lokalnego zespołu rockowego z obszernymi dygresjami na temat rodziców dziewczyny, przyjaciółki i wszystkiego, co Autorce wydało się ważne (czytaj: pozwalające na nadmuchanie kilkunastostronicowego opowiadania do rozmiarów krótkiej powieści). Co więcej, w historii miłości dwóch głównych bohaterów nie ma nic nadzwyczajnego, może poza tytułami starych hitów amerykańskiego rocka i punku, które pisarka cytuje w nadziei, że dzięki temu książka będzie lepsza od tych wszystkich powiastek, w których nastolatki słuchają Jennifer Lopez i starej Miley Cyrus na swoich różowych iPodach. Ot, dziewczyna i chłopak chodzą do tej samej szkoły, on zaprasza ją na koncert ulubionego muzyka klasycznego, pojawia się seks i cała reszta, w końcu dochodzą zgrzyty i tak od nowa. Nuda. A odskocznią od tego jest równie nijaka historyjka pałętania się po szpitalnych korytarzach, jakby na siłę doczepiona do rozwlekłego romansidła. Mam żyć czy nie mam? Z całego serca życzyłam Mii śmierci w bólach i w ogóle, bo ile można słuchać jej marudzenia i smutania się. Smutania, bo jak inaczej można się smucić bez emocji, bez angażowania czytelnika, bez czegokolwiek prawdziwego. I jeszcze te pseudo-filozoficzne mądrości o życiu i śmierci brzmiące jak dewizy wyjęte z mózgu Paula Coelho podczas tropikalnych wakacji za pieniądze czytelników jego książek. Albo popowych balladek z podkręconym na audio-tune nieciekawym i ckliwym głosikiem Seleny Gomez czy innego Pitbulla. I potem jeszcze dziwiłam się, jak można tak krótką i z założenia lekką książeczkę czytać tak długo! Przy tym wszystkim całość jest boleśnie nieprawdopodobna. Już przemilczmy prawdopodobieństwo nastolatki grającej na wiolonczeli i słuchającej Beethovena, bo jestem żywym dowodem na to, że dziwni ludzie nie są wymarłym gatunkiem, ale ta punkowa gwiazdka, która przyszła do szpitala specjalnie dla pogrążonej w śpiączce dziewczyny gościa, którego kapela będzie grała support na jej koncercie… No nie wiem, czy to jest możliwe nawet w światku punkowców. Zresztą tego typu akcje zawsze wydają mi się wyjęte z bajek, bo wątpię, czy w normalnym, prawdziwym świecie takie akcje by przeszły i to z wielu różnych powodów. Ba, gdyby tylko to, ale sam pomysł prowadzenia narracji z punktu widzenia Mii, która – nie oszukujmy się – wyszła ze swojego ciała i nie jest widoczna dla innych ludzi. Ten mało odkrywczy motyw jakoś nie łączy się bardziej przyziemną resztą. Przecież pamiętacie te wszystkie moje narzekania, że po prostu nie da się połączyć tych dwóch rzeczy w równych proporcjach, przynajmniej jeśli nie jesteś jakimś noblistą czy innym mistrzem. Zresztą gdyby Autorka pokusiła się o jakieś kreatywne rozwinięcie tego wątku: jakieś tajemnice związane z życiem po życiu, jakiś przystojniak w roli anioła (jak to było w mało popularnym już paranormal romance) czy coś w tym stylu. Dysproporcje między wątkiem bardziej realistycznym a paranormalnym nie były takie duże, a pisarka nie dziwiłaby się również, dlaczego książka wyszła taka cienka. No ale wtedy nie byłoby tej całej filozoficzno-mądrościowej otoczki, życiowej mądrości i wzruszającej historii szczeniackiej miłości tak wielkiej, że budzi ze śpiączki i sprawia, że chce się żyć, mimo że bez prawie nikogo bliskiego. Pisarka przecież nie pozwoli swoim rozbrykanym pomysłom zmniejszyć głębokiego przesłania swojego dzieła, prawda? 

Pod ciężarem tego niezwykle ważnego przesłania dla czytelników uginają się także postacie. Szczególnie Mia, która – z racji, że jest narratorką i główną bohaterką książki – powinna być postacią najbardziej rozbudowaną i najciekawszą. Cóż, zapamiętałam tylko fakt, że bardzo lubi kawę (tak jak ja), bo więcej cech to ona chyba nie ma. Albo są tak źle pokazane czy wykrzywione, że trudno cokolwiek na ich temat powiedzieć (poczucie, że jest się – oh! – innym od swojej rodziny nie jest cechą, przynajmniej dla mnie). Dziewczyna jest mdła, nijaka, nudna i przy tym bardzo irytująca, nawet jak na bohaterkę powieści dla młodzieży. Przede wszystkim pisarka chciała w nią wcisnąć za dużo cech naraz i to starając się aż za bardzo; tak, żeby była – w jej mniemaniu – zwykłą nastolatką, ale i delikatną, introwertyczną wiolonczelistką, prawdziwym muzykiem. Co za dużo to niezdrowo, szczególnie że orłem w tworzeniu ciekawych, dobrych postaci Autorka nie jest. Brak tu również tej iskry, która ożywiłaby postać, sprawiła, że chciałoby się jeszcze dłużej pobyć z Mią, a nawet może współczuć jej dramatowi, ale za to dużo bylejakości, bo kiedy pisarka stworzyła bohaterce dużo cech, zapomniała je złożyć w całość w taki sposób, żeby nie było zapychania dziur irytującymi zachowaniami dziewczyny, przygryzaniem wargi (tak charakterystycznym dla bohaterek powieści dla nastolatek, że aż boli) i wydumanymi problemami, szczególnie dotyczącymi prestiżowej szkoły muzycznej a przyszłością swojego związku (mogła z nim nie iść do łóżka) przez co wiele razy modliłam się o jej śmierć. Śmierć długą i bolesną razem z jej chłopakiem, bo on też pozostawia wiele do życzenia. Nie, oczywiście, nie mam nic przeciwko gitarzystom w ogóle, bo bez nich nie byłoby mnóstwa genialnych piosenek, ale większość autorek powiastek dla młodych dam nie powinno się brać za stwarzanie wiarygodnych postaci męskich. Faceci w ich wykonaniu – tak jak mniej więcej tutaj – to tylko bosko wyrzeźbione ciało, lekki zarost i mnóstwo testosteronu. Głównym zadaniem takich osobników jest całowanie dziewczyny (żeby tylko!) i powtarzanie jej, jaka jest piękna. Może i Adam nie ma klaty i kaloryfera, ale ma wszystko inne i nic poza tym, a przynajmniej ciężko powiedzieć, bo tak jak jego ukochana jest postacią rozmytą i pozbawioną jakichkolwiek konkretnych cech. No może poza dziwną delikatnością, która kilka razy Autorce wyszła całkiem nieźle jak na nią. Ta wrażliwość z muzyką rockową jakoś nie koresponduje, że tak ładnie powiem, ale szczególnie na początku były szanse, że z chłopaka coś będzie, tylko co może być z czegokolwiek w takiej krótkiej powieści, w której pisarce trudno zdecydować się, czy pisać fantasy czy powieść obyczajową. A może romans? 

Pomiędzy tym wszystkim fruwają sobie postaci drugoplanowe – rodzice dziewczyny, jej przyjaciółka, brat i znajomi rodziny oraz dziadkowie. Są to postacie psychologicznie zaledwie naszkicowane, a fabularnie tylko kilka razy wspomniane i zupełnie nieprzekonywujące. Przede wszystkim dlatego, że Autorka nawet nie próbuje nadawać ich jakichkolwiek cech, myśląc pewnie, że problem sam rozwiąże się w dialogach i partiach narracyjnych. Problem w tym, że nawet to jest niewykonalne przy takich gabarytach, jeszcze kiedy – nie oszukujmy się – dostajemy tylko ubogie zarysy fabuły. Nie ma zatem miejsca i warunków na zwykłe postacie, które można byłoby nazwać postaciami, nie mówiąc już o ludziach, których pisarka rozpaczliwie próbuje kreować na oryginalnych, jak przyjaciółkę Mii. Z bohaterki, która chyba miała nadawać zbytnio ugrzecznionej i bezbarwnej powieści odrobinę szaleństwa, wyszło coś, co przypomina stwora złożonego z fragmentów różnych pomysłów, które w ogóle do siebie nie pasują. A właściwie, jak wszystko w tej książce, szkic stwora. W głębokim tle tego wszystkiego unoszą się jeszcze postacie rodziny Mii i znajomych, których znamy tylko z imion, a w najlepszym razie wygłaszają krótkie, bezbarwne partie w jednej czy dwóch scenach. Lepiej więc, gdyby w ogóle ich tam nie było, bo tak naprawdę ani Mii, ani pisarce nie są potrzebni do szczęścia, świadczą tylko o tym, że Autorka chciała swoją opowieść jak najbardziej nadmuchać. Jakie to zresztą dziwne! Z jednej strony pisarka robi wszystko, żeby nudne, niepotrzebne i rozbudowane retrospekcje ciągnęły się jak najdłużej, bo materiału starcza na niezbyt długie opowiadanie, a z drugiej narzekam, że brakuje miejsca na dobre charakterystyki bohaterów. Coś z tą powieścią jest nie tak i to od momentu, kiedy pomysł na jej napisanie zrodził się w umyśle pisarki. 

A może po prostu miejsce jest, tylko nie – paradoksalnie – dla bohaterów; Autorce chodziło o pisanie książki samo w sobie, nie ważne, że z słabo naszkicowanymi postaciami i niewystarczającą fabułą? Wyrzucanie z siebie słów może być w pewien sposób terapeutyczne (czego przykładem jest moja pisanina). Ale mówię tu o pisaniu do szuflady czy wrzucaniem swoich tekstów na internetowy śmietnik, jak robię to ja. Nie każdy chce czytać twoje wypociny, jeśli piszesz w dodatku bez większego sensu i z zamiarami bynajmniej bardzo przyziemnymi (bo w jakim innym celu pisarka rozbudowała owe, banalne przecież, opowiadanie do rozmiarów powieści wraz z jej kontynuacją?). Zresztą nawet bez tych zamiarów talenty pisarki wypadają mało imponująco. Nie ma bogatego słownictwa, w jakikolwiek sposób odkrywczego, bądź chociaż plastycznego stylu, który sprawiałby, że czytałoby się z zainteresowaniem albo szczątkowym chociaż zaangażowaniem. Zdania są proste, toporne, ledwie poprawnie zbudowane, czasami pełne przekombinowanych metafor, szczególnie jeśli chodzi o opisy uczuć bohaterów, których zresztą jest jak na lekarstwo; zresztą nawet bez tych rozpaczliwych prób dosięgnięcia najlepszym, a przynajmniej przeciętnym  pisarzom z jakimś tam warsztatem, wszystko jest sztuczne i pachnie tanim efekciarstwem na kilometr. Stylu pisarki nie ratuje nawet epatowanie nazwami starych kapel rockowych i punkowych, tudzież tytułami ich piosenek, bo razem z infantylnym językiem i nijakością całej reszty wychodzi jeszcze bardziej sztucznie. Nie wiem zresztą, co pisarka chciała przez to osiągnąć, bo to zupełnie nie było potrzebne, przynajmniej tak myślę. Jeśli Autorka chciała pochwalić się swoim gustem muzycznym to mogła przecież zrobić to chociażby na jakiejś stronie internetowej poświęconej swoim książkom (choć przykładu ze Stephenie Meyer, która jest znana z udostępniania prawie całej dyskografii Muse), a jeśli przypodobać nastolatkom, to pomysł również nietrafiony, bo stereotypowy metal, emo czy rockman po powieść tę nie sięgnie, w przeciwieństwie do kolejnej dziewczyny Justina Biebera, której te nazwy nic nie mówią. Dialogi również pozostawiają wiele do życzenia – swoim zwyczajem tylko dodam, że są boleśnie mechaniczne, pozbawione wszelkich uczuć i bardzo proste (by nie rzec prostackie), a w dodatku często naładowane ową filozofią, co sprawia tylko, że tani sentymentalizm wzrasta do poziomu krytycznego. Nie wspominam oczywiście o dialogach pomiędzy Mią a jej ukochanym Adamem, bo żeby o tym napisać potrzebowałabym znacznie więcej zdrowia… chociaż te fragmenty, w których zaczyna między nimi się coś psuć, bardzo mi się podobały. Znacznie poprawiły mi humor, bo przynajmniej się uśmiałam. I choć wiem, że nie takie emocje to powinno u mnie wzbudzić, to przynajmniej tekst chociaż na chwilę przestał być dla mnie kompletnie obojętny i nudny. A to już jakieś osiągnięcie, prawda? Jedyną zaletą tego wszystkiego było to, że bardzo szybko się czytało, a w połączeniu z objętością, książki starczało tylko na kilka godzin. Ba, nawet nie na jedno popołudnie. Mimo że mam dziwne uczucie, że tak mało czasu poświęconego książce sprawia, że ciężko w ogóle coś o książce napisać (mimo mojego naturalnego słowotoku, który podwaja się jeszcze przy wszystkich tych książkowych koszmarkach) i jakoś ją ocenić. Gdybym miała ambicję być kimś więcej niż jedną z przeciętnych, nijakich blogerek z blogosfery przecież niszowej, która kariery nigdy nie zrobi, przeczytałabym powieść jeszcze raz, dla gruntowniejszego zapoznania się ze wszystkimi błędami popełnionymi przez Autorkę. Ale żal mi tych kilku następnych godzin spędzonych z Mią i jej problemami – mogę wtedy zrobić coś bardziej wartościowego, na przykład uciąć sobie drzemkę, bo tego nigdy za dużo. 

Co za dużo, to niezdrowo– mówi mądre polskie przysłowie. Czyżby nawet taka dawka przygód Mii i jej kochasia była dla mnie niezdrowa? Bardzo możliwe, chociaż ta książka zadała mi najmniej tortur, jeśli miałabym porównywać do innych, podobnych powiastek. Ale nie współczujcie mi, bo najbardziej przykre jest to, że dalej nie wiem, co z tą śpiączką i stanem zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią. No tak, oczywiście, filozofia była i to jaka, ale każda czytelnika takich książek – w tym ja, bo już trochę tego w życiu było – doskonale wie, że miłość zwycięża śmierć, warto żyć dla miłości i takie tam (szczególnie że tą miłością jest gitarzysta). Ale poza tym nic godnego uwagi, a nawet tej recenzji i czasu na nią poświęconego. Bo powieść nawet nie sprawiła, że zaczęłam się bać się śpiączki, wypadku samochodowego, czy snu – wręcz przeciwnie: z radością i ulgą odłożyłam książkę na bok, włączyłam kochaną Lisę Gerrard, która zawsze pomaga mi zasnąć i okryłam się kocykiem. O książce przypomniałam sobie – z pewnym wysiłkiem – dopiero teraz, kiedy muszę (właściwie nie muszę… ale chcę) pisać recenzję, ale po skończeniu tego tekstu nie pozostanie mi nic innego jak zupełnie wyrzucić sobie opowiastkę z głowy, zapełniając wolne miejsce w mózgu bitami znacznie bardziej potrzebnych informacji. I dobrze. Bo książka jak najbardziej zasługuje.

Tytuł: „Zostań, jeśli kochasz”
Autor: Gayle Forman
Moja ocena: 0,5/10

niedziela, 5 kwietnia 2015

Ulubione kolory Śmierci. Recenzja książki

Na temat II Wojny Światowej napisano już dużo,i prawie tyle samo nakręcono filmów. I nic dziwnego – jest to największy, najbardziej fascynujący i przerażający konflikt w dziejach ludzkości, pełen piękna, poświęcenia, ale także podłości i zła. Fascynację do dziś wzbudzają dwie główne postacie tego najbardziej krwawego dramatu – groźny psychopata i bezwzględny morderca, czyli Adolf Hitler i Józef Stalin. Nie dziwię się, bo to wprost nieprawdopodobne, żeby w jednym człowieku mieszkało tyle zła, tyle nieuzasadnionej nienawiści i co musiało się stać, żeby wąsaty, niemiecki szeregowiec o ambicjach artysty stał się chyba jedną z największych bestii w historii, a tłusty Gruzin sprawił, żeby Rosjanie znów zgodzili się na wojnę, budując wielkie, ale nietrwałe imperium. I nie tylko – przeraża milczące świadectwo Holocaustu - Auschwitz, wraz z jednym, zachowanym krematorium i szubienicą, na której zawisł w końcu Rudolf Hoss, komendant tego piekła na ziemi. Amerykanie pamiętają o swoich współobywatelach, którzy zginęli w Europie i podczas wojny na Pacyfiku z Japonią, w pamięci Japończyków wyryły się Hiroszima i Nagasaki, straszliwe świadectwa gniewu mocarstwa z Zachodu, a także piękna, ale bezsensowna ofiara kamikadze. Polacy zapewne pamiętają powstanie warszawskie 1944, najbliższy naszym czasom romantyczny zryw, a także, dzięki serialowi Czas Honoru – cichociemnych. Jednak było też sporo przykładów ludzkiej małości albo, jak to woli, wyrachowanej polityki – rząd Vidkuna Quislinga, albo rząd z Vichy Philippa Petaina. Nie mówiąc o kapusiach i szmalcownikach, bo ci, męczeni wyrzutami sumienia, często popełniali samobójstwo.

Jednak najwięcej emocji, nie tylko w ludziach wgłębiających się z zamiłowania w ten konflikt, wzbudza chyba postawa dwóch narodów – Żydów i Niemców. Dlaczego Żydów, tego, mam nadzieję, nie muszę tłumaczyć, a z rodakami Hitlera to problem jest bardzo ciekawy. Już Leon Kruczkowski napisał bardzo dobrą rzecz, dramat Niemcy, który opowiada o postawach tego narodu podczas II Wojny Światowej. Ocena była zupełnie taka jak moja – byli Niemcy i Niemcy, zupełnie tak jak w każdym innym narodzie. Bo przecież wszyscy, no, może poza SS-manami z obozów koncentracyjnych i innych bestyjek jak Mengele, nie byli tacy jak ich wódz, byli zwykłymi ludźmi. Wielu z nich szło do Wehrmachtu bo musiało, z różnych powodów. Inni wyciągali rękę w pozdrowieniu Heil Hitler , w myślach kląc na Führera. Wielu z nich nie wiedziało o wojnie niemal nic, dopóki ona nie przyszła do nich z alianckimi bombami i zniszczeniem. I bynajmniej nie winię Sprzymierzonych – to była wszystko wojna, jej cena, którą należało zapłacić wszystkim bez wyjątku. No bo Śmierć nie widzi różnic między Aryjczykiem, Żydem czy innym, biednym człowiekiem. Może czasami, przy niektórych, tylko zapłacze.

Liesel Meminger była małą dziewczynką, kiedy matka, żona niemieckiego komunisty, musiała oddać dzieci do rodziny zastępczej. Życie z nią w czasie szalejącego terroru Hitlera byłoby dla Liesel i jej brata Wernera zbyt niebezpieczne. W pociągu dochodzi do tragedii – chłopczyk umiera, prawdopodobnie na nieleczone zapalenie płuc. Dziewczynka sama trafia na Himmelstrasse (co, tłumacząc na język polski, oznacza Ulicę Nieba czy coś w tym rodzaju) 33, w małym miasteczku gdzieś pod Monachium, do Rosy i Hansa Hubermannów. Tam ma spędzić najbliższe, chyba najszczęśliwsze, lata swojego życia, aż do tragicznego finału. Pozna moc słów z przeczytanych książek – pierwszą lekturą dziewczynki będzie Podręcznik grabarza, książka, która wypadła młodemu pomocnikowi człowieka od kopania grobów w czasie pospiesznego pogrzebu Wernera, gdzieś w śniegu, na bezimiennej stacyjce. Jednak te lata nie są do końca beztroskie – zanim przyjdzie się dziewczynie ukrywać w piwnicy przed samolotami, wojna zmaterializuje się w młodym Żydzie, z którym Liesel będzie łączyć szczególna więź. Nie mówię o głodzie, którym dziewczyna i jej najlepszy przyjaciel przymierają przez całą prawie książkę. I o tych drobnych, wtrąconych mimochodem smaczkach, które uważny czytelnik wychwyci – incydentach z Hitlerjugend, z Jessem Owensem i wiele, wiele innych rzeczy. Drobne aluzje i ciekawe szczegóły nie omijają także wątku nawiązującego do tytułu – kradzenia książek.

Narratorem książki jest niezwykle ciekawa persona – Śmierć. Szczerze mówiąc, pierwszy raz w moim czytelniczym życiu miałam okazję zetknąć się z tą postacią bliżej, mimo że wiele powieści o niej już napisano. A jeszcze przeczytać książkę, opisaną z jej – przepraszam – jego (bo Śmierć jest tu rodzaju męskiego) punktu widzenia to dopiero przeżycie! Ale dlaczego akurat Śmierć? Ktoś powiedziałby, że w takiej sytuacji nawet sam Adolf Hitler byłby dobry. Zresztą, Liesel po zakończeniu fabuły jeszcze przez długi czas żyje, więc on ma do niej? Odpowiedzią może być to, co powiedział w pewnym momencie narrator: II Wojna Światowa to czasy, w których śmierć była dosłownie wszędzie. I wiedziała wszystko. Zresztą, Śmierć musi się interesować ludźmi i ich historiami – to podstawa pracy tej istoty. Także dzięki takiemu narratorowi, jego specyficznemu podejściu do wojny i do ludzi, na których patrzy z boku, pozbawiony ich wahań, problemów i emocji, otrzymujemy powieść z niebanalnym, świeżym spojrzeniem, wciągającą i intrygującą. Sama Śmierć to interesująca postać – pisarz oryginalnie ukazał nam charakter, zainteresowania – okazuje się, że Śmierć także je ma – i poglądy na otaczającą rzeczywistość. Wykreowanie takiego bohatera w wiarygodny sposób graniczy z cudem, wywołanie mojej sympatii zamiast ironicznego komentarza to podwójny złoty medal. Reszta powieści także nie jest zupełnie schematyczna – kiedy uśmiechałam się zjadliwie, myśląc, że stanie się to, co przewidywałam, okazywało się, że wręcz przeciwnie – powieść mnie zaskoczyła, choć losy bohaterów nie są zbyt skomplikowane. Ot, życie i tyle. Niezwykłe były także dopracowane szczegóły powieści, małe, drobne pomysły, składające się w idealną całość, które mnie sprawiają niebywałą przyjemność. Być może wiecie co czuję, kiedy Autor serwuje kilka drobnych, ale jakże błyskotliwych scenek? Można to porównać z delektowaniem się ciastkami, wypełnionymi masą czekoladową, Ptasim Mleczkiem czy Rafaello. Mniam!

Język jest jednym z największych atutów powieści. Z pozoru minimalistyczny, usiany jest wieloma metaforami, które, jeśli nasze szare komórki pracują na odpowiednich obrotach, odsłaniają głębię spojrzenia Autora i niezwykłą umiejętność uchwycenia koloru, faktury, uczucia i kształtu w jednym, niekiedy dwóch słowach, co skutkuje, niestety, wciągnięciem czytelnika w środek historii, pełnej barw i wrażeń. Czasami, tam, gdzie trzeba, pisarz wstawia słowa proste i dosadne, czasami snuje delikatne nici prozy artystycznej najwyższych lotów, czasem po prostu opowiada, a wszystko robi z lekkością wirtuoza i pewnością siebie, dokumentując zwykłe życie, a jednocześnie je mitologizując, albo, to lepsze określenie, zamieniając na ślicznie napisaną bajkę, ale bez zakończenia żyli długo i szczęśliwie, a może i z nim, kto wie. Momentami nie ukrywa rzeczy, które inni z pewnością by zachowali w wyobraźni, czasami jednak nie mówi nic. Autor wie, jak operować ciszą, niczym wprawny reżyser. Dzięki temu historia Liesel jest prozatorska , liryczna i zwykła, pozbawiona wszelkich cech życia upiększanego na potrzeby literatury, a przez to bardzo wiarygodna. Pełna wyczucia, pozbawiona nachalności, zupełnie nieprzegadana. Pozornie prosta, ale tak naprawdę bardzo skomplikowana, misterna, krucha. Mam wrażenie, że trochę niepotrzebnych wątków, kilka zdań, a nawet słów więcej i harmonia zamieniłaby się w dysonans.

Opisy zostały zbudowane podobne – kilka zdań u Autora to kilka akapitów u innych. To niezaprzeczalny tego, że mamy do czynienia z pisarzem wybitnym – przy kilku innych recenzjach bardzo dobrych książek także o tym wspominałam. Bo zawarcie wszystkich wrażeń słuchowych, węchowych i wzrokowych w kilku zdaniach jest mistrzostwem, wymaga wielu lat intensywnych ćwiczeń albo niebywałego talentu. Tak samo, jak z opisami uczuć bohaterów – pisarz znajduje słowa, które w sposób zwięzły, a jednocześnie bardzo bogaty znaczeniowo oddają to, co w danym momencie czuli bohaterowie. Jak ja uwielbiam takie książki!

Pomiędzy tekstem głównym znajdują się przerywniki, dopowiedzenia Śmierci, jakby didaskalia. Na początku denerwowały mnie, wybijały z czytania, ale teraz widzę, że dopełniają tekst, rozszerzając maksymalnie perspektywę, nie burząc porządku książki. Dzięki temu pisarz uniknął dłużyzn, mielizn i innych Zdradliwych Pułapek Na Autorów, na które wiele z nich się łapie. Dzięki temu książka zyskuje także oryginalny układ, jakiego jeszcze u żadnej powieści nie zauważyłam, niezwykle pomysłowy chwyt, także z graficznym wyróżnieniem. Co więcej, to również świadczy o pomysłowości pisarza i jego odwadze – gdyby znów ktoś miał cięższe pióro i mniej talentów, pomysł okazałby się klapą, kolejnym gwoździem do trumny jakiejś beznadziejnej książki. Być może nawet i ja, z moją nieszczęsną tendencją do słowotoku, zniszczyłabym to, jeśli w ogóle wpadłabym na taki pomysł. A prawdopodobnie nic podobnego nie wpadłoby mi do głowy.

Bohaterowie to sylwetki z krwi i kości. Portretując główną bohaterkę, pisarz konstruuje ją z cieni i świateł, wad i zalet. Liesel wpada w gniew, drze nawet książkę, kradnie je, nienawidzi Hitlera i zakochuje się w swoim przyjacielu, Rudym Steinerze, tą pierwszą, nieśmiałą szczeniacką, jednak prawdziwą, miłością. Z czasem zapomina o swojej prawdziwej matce, o co przecież nie można jej winić, ale trzeba przyznać, że Autor nie pomija niczego, odnotowuje nawet najmniejsze uczucie dziewczyny, negatywne czy dobre, potępiane czy nie. Dzięki temu Liesel jest ciekawą, wiarygodną postacią, taką jak każdy, ani zupełnie białą, ani zupełnie czarną. Głównie wzbudza jednak sympatię, ale taką prawdziwą sympatię człowieka do człowieka, a nie człowieka do postaci, która z racji swojego papierowego charakteru ma prawo życia tylko w powieści. Ciężko uwierzyć nawet, że powieść jest wymyślona, nie jest to żadna fabularyzowana biografia czy coś w tym stylu. Na moje szczęście – i pisarza również – Autor nie ocenia żadnego z bohaterów, pozostawiając to chyba czytelników, albo chcąc wywrzeć na nich większe wrażenie. Gorsze jest przecież czytanie o bestialskich czynach żołnierzy względem Żydów, niż biadania narratora na ich złem, przynajmniej taka jest moja opinia.

Wiele sympatii wzbudzają także pozostałe postacie – Rosa, dobra kobieta z mocno niewyparzonym językiem, Hans Hubermann ze swoimi oczami i akordeonem. Obaj są prostymi ludźmi, jednak Autor, opisując następujące po sobie epizody powieści, delikatnie pogłębiając ich psychikę, ukazuje wielkie pokłady mądrości życiowej i dobroci, a także powiększającej się miłości do ich przybranej córki, chociaż każde z nich okazuje to w inny, sobie właściwy sposób. Nie sposób także nie napisać o Rudym, typowo aryjskim dzieciaku z blond czupryną, marzącym o zostaniu Jessem Owensem, murzyńskim zwycięzcą Igrzysk Olimpijskich w 1933, któremu, jak się domyślacie, Hitler nie podał ręki. Nie można go nie lubić, nie mówiąc już o kibicowaniu mu podczas sprzeczek z komendantem jego oddziału Hitlerjugend i nie uśmiechać się na wspomnienie tego wątku z miłością do Liesel. Jednak chyba tylko Liesel lubię bardziej niż jedną z najtragiczniejszych postaci, a zarazem jedną z najciekawszych – ukrywającego się w piwnicy Hubermannów Żyda, Maxa. Z jego pojawieniem się wiąże się długa historia, którą musicie sobie, naturalnie, doczytać sami. W każdym razie postać niedoszłego żydowskiego boksera, który chce bić się z samym Hitlerem, młodego mężczyzny z włosami jak piórka ptaka jest niezwykle sympatyczna i, jak to bywa w takich książkach, budzi współczucie, ale nie sentymentalne politowanie, nie tylko dlatego, że musi się ukrywać. Max ma własne historie, własne koszmary, własne wyrzuty sumienia, tak samo jak Liesel, ma też pewny talent do malowania, który stara się wykorzystać podczas długich dni w piwnicy. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że gdybym spotkała go nawet w takich okolicznościach jak główna bohaterka, na pewno polubiłabym go bardzo tak jak ona. Z innych postaci, o których warto napisać więcej jest Ilsa Hermann, biedna, załamana po śmierci swojego syna kobieta, która dostrzega w małej złodziejce książek to, czego inni nie zauważają, lub nie chcą zauważyć. Jest to ciekawa postać, Autor nie ocenia jej, wydaje się wręcz, że jej współczuje i niejako ją rozumie, szczególnie jeśli chodzi o zamknięcie się w domu i życie bólem, który w końcu pokochała, bo nie było innego wyjścia. Bardzo ją polubiłam, jednak bardziej tą sympatią, jaką darzymy życiowych nieudaczników, ludzi, którzy odpadli z gry przed jej ostatecznym zakończeniem. Wszyscy są tylko ludźmi, zwykłymi, w rzadkich przypadkach tylko zhitleryzowanymi, traktujący Wodza i jego pomysły jak następne obowiązki, coś w rodzaju chodzenia do szkoły albo do pracy. Niemcy z książki są tacy jak wszyscy – przede wszystkim chcą żyć i postępują zgodnie ze swoimi poglądami, charakterem.

W tle przewijają się jeszcze inne sylwetki – niedosłyszący Tommy, zhitleryzowana Frau Diller, biologiczny syn Hubermannów, który życie zakończył (jak wielu innych, młodych Niemców) w śniegach Stalingradu, ich biologiczna córka, Trudy, inni mieszkańcy Himmelstrasse, w tym nieszczęsna sąsiadka i jej syn, który popełnił samobójstwo. Koledzy i koleżanki Liesel ze szkoły, różnego rodzaju ulicznicy, z którymi Rudy i złodziejka książek kradną jabłka latem. Dowódca Rudy'ego z Hitlerjugend. Znajomi Hansa z wojska. I wiele innych postaci, pokazanych migawkowo, jednak z taką samą przenikliwością. Ludzi, na których natykamy się w codziennym, zwykłym życiu, ni to czarnych, ni to białych.

Pisarz traktuje fabułę dość luźno. Czasami z wyprzedzeniem informuje nas, co nas czeka, czasami wtrąca długie dygresje, dzięki którym możemy dowiedzieć się o pracy Śmierci w czasie II Wojny Światowej, niekiedy cofa się kilka lat wstecz, opowiadając jakąś historię od początku, by nie zakłócić późniejszych wydarzeń niepotrzebnymi wydarzeniami i retrospekcjami, na czym ucierpiałaby specyficzna konstrukcja. Raz czy dwa razy zdarzyło się zapętlenie akcji – wydarzenie przedstawiane przez Śmierć na początku, tak naprawdę ma miejsce dopiero przy końcu powieści. Akcja toczy się jednak w niemal uporządkowanym rytmie. Nie można też narzekać na efekt cięcia scen, bo pisarz pisze tylko tyle, by nie było wszystkiego za dużo – przydługich opisów dni, w których nie dzieje się nic, co nie miałoby wpływu na akcję - ale także nie za mało i fabuła przebiega lekko, potoczyście. Mimo niejakiej przewidywalności (wiemy, że pisarz przypomina nieco, pod pewnym względem G.R.R Martina, tego od Gry o Tron, w której w najnowszym tomie są niemal inni bohaterowie niż pierwszym), akcja trzyma w napięciu, dzięki temu książka niemiłosiernie wciąga.

Akapit trzeba poświęcić także prawdzie historycznej, zawartej w książce. II Wojna Światowa z wielu powodów nie przestaje być tematem drażliwym i budzącym wiele emocji i kontrowersji. Poruszając się po takim grząskim terenie, pisarz obiera najbardziej racjonalną drogę. W stosunku do Auschwitz użył wyrażenia niemieckie obozy na polskiej ziemi , za co mam ochotę mu pogratulować, nie ma moim zdaniem lepszych słów na ucięcie wielu wątpliwości na ten temat. Pisarz także, snując opowieść o dziewczynie zakochanej w książkach, rozwija swoją koncepcję sposobu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera – słowa. Słowa, które zawładnęły umysłami Niemców, wydobywając z nich uśpioną w każdym z nas bestię. Słowa są potężne, mówi narrator, rozumieją to też Liesel i Max, nienawidząc ich za to, że ściągnęły na jej miasteczko bombowce, że za nie Niemcy muszą płacić taką wysoką cenę. Nietrudno w to uwierzyć – dowodów jest wiele, a najbliższym jest to, że książka, zadrukowana tylko słowami, wciągnęła mnie tak bardzo, jak życie.

Przed tym, kiedy przejdziemy do minusów, by polać ten tort jeszcze jedną warstwą lukru, wspomnę o obrazkach, których nawet kilka znajduje się w tej książce. O ile te z Strząskaczki słów były w pewnym sensie konwencjonalne i adekwatne do treści opowiadania (a mimo to w swoich dość naiwnych liniach bardzo ładne), to ptaki znajdujące się w innej książce Maksa, zatytułowanej Zbędny człowiek, skradły kawałek mojego serca. Czasami nawet sięgam po książkę, by na nie popatrzeć. Są absolutnie genialne, chociaż nie wiem, na czym polega ich wyjątkowość. Tutaj należą się także pochwały edytorowi książki, ponieważ pod rysunkami widać kawałki najprawdziwszego, angielskiego wydania Mein Kampf , jedynego artystycznego przedsięwzięcia niespełnionego malarza nazwiskiem Hitler, nawet w swoim czasie popularnego. Niezwykła dokładność, podziwiam to.

No właśnie, minusy. Ja tu słodzę jak nigdy, a wy zastanawiacie się, co się ze mną porobiło, czyż nie? Czy moje złośliwe, wprawne oko nie dostrzegło minusów? Ano zauważyło, nie bójcie się. Jeden z nich rzuca się w oczy – jest nim filmowa okładka. Filmowe okładki zwykle są podobne do plakatów, a to znaczy niezbyt ładne, delikatnie mówiąc, a w dodatku książka w ten sposób staje się droższa. Z tą nie jest tragicznie, jednak dobrze też nie, szczególnie dlatego, że wolałabym, jak już, samą Liesel z książką, bez tego wszystkiego w tyle, przez co mam wrażenie przeładowania, czyli napaciania. Na drugim planie mamy scenę palenia książek w miasteczku dziewczyny, czyli, oprócz wielkiego stosu palących się książek, ludzi w hitlerowskich mundurach i flagi ze swastykami, a poniżej jeszcze hasło promujące film, dość nieadekwatne do całości. Chyba że w filmie dużo przeinaczyli, co jest możliwe. Zresztą, sama aktorka nie robi na mnie większego wrażenia, w moim odczuciu nie przypomina Liesel – ale to właśnie jest bolączka oglądania filmu po przeczytaniu książki, która, jak zapewne wiecie z doświadczenia, zwykle jest lepsza od ruchomego obrazu.

Nie macie wątpliwości, czy polecam, prawda? Więc, kiedy przeczytacie ten mój niemal w całości pochwalny pean, biegnijcie do biblioteki czy też księgarni, bo tę powieść trzeba mieć po prostu na półce, i czytajcie. Od razu mówię co wrażliwszym czytelnikom, że nie muszą obawiać się przytłaczającego smutku, jaki towarzyszy tej powieści, jak zresztą wszystkim dobrym książkom o II Wojnie Światowej, bo pomiędzy białym niebem na początku a czerwonym na końcu, rozpięta jest cała gama barw, mieniących się wieloma odcieniami. Oczywiście na potrzeby reklamy nie wspomnę, że większość z nich jest ulubionymi barwami Śmierci, istoty, która, jak dowiadujemy się zaraz na początku, bardzo kolory i łowi je. Jakby chciała odwrócić swoją uwagę od tragedii ludzkiej śmierci, tej jednostkowej i tej zbiorowej, w czasie jednej z wielu potwornych wojen.

Tytuł: „Złodziejka książek”
Autor: Markus Zusak

Moja ocena: 8/10 

środa, 11 marca 2015

Jezioro samotności. Recenzja książki

Kiedy byłam mała, uwielbiałam Tajemniczy Ogród, dopóki nie zaczęłam tej książki czytać. Ogród, owszem, był tajemniczy z tą właścicielką, która w nim umarła i tak dalej, ale reszcie zabrakło tajemniczości, a ponieważ nie lubię nieprawdziwych reklam, szybko książka wylądowała w kącie. Mimo to od tamtego dnia każda książka z mrocznym dworkiem zaczęła mnie na początku intrygować, choć miałaby się później okazać wiktoriańskim romansidłem lub, co gorsza, wiktoriańskim paranormalem.

A co, gdyby motyw powoli opuszczanych, wielkich rezydencji skrywających tajemnicę lub pełnym tajemniczych przedmiotów z epoki XIX-wieku przenieść do współczesności? Zastygłe, porcelanowa przedmioty zestawić z telefonami, tabletami i całą tą naszą kochaną cywilizacją? Oczywiście, bo czytelniczkami są dziewczęta, dodać do tego jakąś współczesną gąskę z gimnazjum (nie taką jak wy, bo nie czytającą żadnych książek) i może jakiś, chociaż śladowy, wątek miłosny. Eksperyment dość ciekawy, warty przeczytania, przynajmniej dla mnie.

O to chodzi w recenzowanej przeze mnie książce. Może wielkiej tajemnicy nie ma, bo sprawa tyczy się dość niedawnej przeszłości, a staremu mężczyźnie samotnie mieszkającemu w wielkim domu po prostu i zwyczajnie, zbuntowały się żona i córka, wyjeżdżając ze wsi i już nie wracając, przez co on wciąż na nie czeka, robiąc to, co ludzie robią w książkach, kiedy im się coś takiego przydarzy – zastawiając stół swoją najlepszą porcelaną w oczekiwaniu na ich przyjazd i ciągłym wyglądaniu. 

Do tego domu przyjeżdża Beta z mamą. Matka będzie gotować w kuchni, bo się na tym zna, a jej córka, ponieważ, jak większość ludzi poniżej dwudziestki (łącznie ze mną), nie może wysiedzieć w miejscu, włóczy się po domu, odkrywając różne tajemnice, zadając napotkanym ludziom niewygodne pytania i robiąc dużo różnych rzeczy, głównie po to, by książka była powieścią, a nie opowiadaniem. A także, chyba by odwieść w czasie finał, który, uprzedzam wszystkich, którzy będą mieli ochotę zabrać się za powieść, nie jest dość zaskakujący – wręcz przeciwnie. Ciężko jest nie domyślić się zakończenia, szczerze mówiąc.

Tak jak pisałam wyżej, powieść byłaby lepsza, gdyby była opowiadaniem. Wątki poboczne, bardzo nieliczne, wydają się włożone na siłę i, co za tym idzie, ani ziębią, ani grzeją. A powinny. Wydaje mi się, że czasami lepiej jest, jeśli chce się zabić Autora za jakąś koszmarną, albo koszmarnie opowiedzianą historię (a między tymi dwoma rzeczami jest wielka różnica), niż zagłębiać się w czymś ni to dobrze opowiedzianym, ni to dobrze napisanym. I jeszcze wciśniętym na siłę, co i tak się skończy w połowie. Tak jest z wątkami wszystkich pobocznych postaci, które rozwijają się i nie kończą. Co do głównego wątku, jest dość ciekawie i intrygująco, chociaż bardzo prosto. Historia jest nawet klimatyczna, posiadająca nogi i ręce, mimo swojego sentymentalizmu i zakończenia w stylu amerykańskich filmideł o dziewczynce i koniu ratujących rodzinną farmę, albo o przykładnym ojcu rodziny, w końcu wracającym z wojny do swoich dzieci i żony. Szkoda, że płynność historii psują właśnie te poboczne wątki.

Ewentualnie można by potraktować powieść jako szkic, wtedy jednak Autorka musiałaby mieć pomysł na kilka pobocznych historii, które przyciągnęłyby czytelnika, tyle że chciałby czytać coś grubszego. Tutaj tego pomysłu nie ma i wcale się nie dziwię, bo ciężko tu cokolwiek mądrego wymyślić.

Bohaterów jest mało, ale głównie pojawiają się po to, by zaraz zniknąć, zanim będziemy w stanie ich zidentyfikować i bliżej poznać. Główna bohaterka, Beta, jest natomiast typową nastolatką, ciekawską, ale także psotną i irytującą jak każda inna (przepraszam wszystkich czytających nastolatków i samą siebie), a na dodatek ma dopiero dwanaście lat, czyli jest ode mnie o wiele młodsza i ciężko mi jest z nią utożsamić. Jednak poza tym nie ma żadnych ciekawych cech charakteru, które sprawiłyby, że za kilka lat będę rozróżniać ją od miliona innych, podobnych książkowych stworzeń i miło wspominać spędzony z nią czas. Oczywiście oj... tfu, starszy mężczyzna, jest na tyle tajemniczy, by popychać akcję do przodu i sprawiać, że czytelnik przekręci stronicę, zamiast, w najlepszym razie, odłożyć książkę na półkę i wybrać coś bardziej interesującego. Matka Bety jedna z najważniejszych postaci, jaka pojawia się w powieści, jest, nie szukając porównań daleko, jak morderca z wytrawnego kryminału, najlepszy przyjaciel detektywa. Nic nie mówi na te tematy, nic nie robi podejrzanego, nie ma nawet żadnych powiązań z tym czym powinna mieć, a na końcu każdemu mniej zorientowanemu czytelnikowi objawia całą prawdę. Poza tym w czasie powieści raczej nie zachowuje się jak szanowna osoba w swoim wieku, wręcz przeciwnie. Infantylizm, czasami powaga, czasami skłonności do braku posiadania jakichkolwiek cech charakteru... Kobieta zmienną jest, można powiedzieć, ale jak na taką krótką książkę to jednak za dużo. W końcu zupełnie nie poznajemy jej, wręcz przeciwnie – nie chcemy poznać, bo osoby z chorobą dwubiegunową bywają niebezpieczne.

Styl Autorki jest dobry. Prosty, bezpośredni, płynny, co także chwali się tłumaczowi. Nie ma wielu opisów, raczej przeważają niestety dialogi, ale i tak jest ich wystarczająco, by nadać książce odpowiedniego klimatu. Przecież kiedy pisze się książkę o jakimś starym dworku, w której zamiast opisów dworku pojawiają się rozważania głównej bohaterki na temat jakiegoś faceta, lub, co gorsza, wyznania miłosne, to lepiej nie pisać tego wcale. Przynajmniej ja tak sądzę, jeśli jest to jakimś wyznacznikiem. Ogółem mówiąc, czyta się przyjemnie i szybko, więc lektura książki to tylko kwestia godzin.

Okładka jest ładna, klimatyczna, raczej adekwatna do treści książki. Kolorem przyciąga wzrok, szczególnie kiedy postawi się ją wśród książek o jasnych okładkach. Bardzo podoba mi się ażurowy żyrandol, bardzo elegancki i krój czcionki, a domek już niekoniecznie, bo wygląda jak coś, czym grafik chciał zapełnić pustą przestrzeń. Papier jest dobry, czcionka znośna na moich oczu, chociaż, niestety, dość duża, co świadczy o sztucznym dmuchaniu powieści na dłuższą, niż jest w rzeczywistości.

Nie twierdzę, że lekka powieść, jaką jest ta książka, będzie dla młodszych czytelników, takich w wieku Bety, będzie doskonałym wprowadzaniem w świat bardziej dorosłych lektur niż Dzieci z Bullerbyn i wszystkie części Pippi (które, mówiąc nawiasem, wraz z wiekiem, zaczęły dla mnie nabierać znacznie mroczniejszego wyrazu). Nutka tajemniczości i melancholii, kojarząca się nieco z Tajemniczym Ogrodem sprawiła, że nawet ja z niejaką ciekawością przeczytałam książkę i na pewno się spodoba wielu osobom. No a ja? Cóż, jedna z tych lektur do przeczytania, napisania recenzji i zapomienia. Przecież wokół jest tyle innych książek, nawet podobnych do tej, o których mi ciężko zapomnieć. A na swoją obronę mogę powiedzieć to, że przecież Autorka nie pozwoliła mi długo zostać nad samotnym pałacykiem z równie samotnym jeziorem.

Autor: Linda Newbery
Tytuł: „Jezioro Samotnia”
Moja ocena: 4/10 

poniedziałek, 1 września 2014

75 ROCZNICA WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ: Wytrawna lekcja patriotyzmu. Recenzja książki

1 września 1939 roku o godzinie 4.40, samoloty Luftwaffe zaczęły ostrzeliwać położone 20 km od granicy miasto Wieluń, mimo że nie było tam żadnych baz wojskowych. Pięć minut później pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzeliwanie Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte, która broniła się przez 7 dni. Warszawa, przez długi czas oblężona, poddała się 28 września.
Jednak naród się nie poddał. Młodzi chłopacy, niemogący podporządkować się zasadom okupantów, walczyli – tak samo w czasach konspiracji, jak i w czasie powstania warszawskiego – o wolność. A oto, w związku z tą ważną rocznicą, recenzja wyjątkowej opowieści. Zapraszam.


Są takie książki, które zawsze pozostają sławne. Przemijają lata, a ludzie wciąż je kupują, recenzują, umieszczają na blogach, swoich profilach na Facebooku, śledzą, o ile Autor jeszcze żyje, konto tego kogoś na Twitterze, mówią.. Te szanowne, starszawe już tomy, których Autorzy już leżą dawno w trumnach, najczęściej pogryzionych już przez korniki, stają się męczyduszami polskich uczniów, którzy owe książki muszą czytać jako lektury szkolne. Większość z nich już jest nudna, niezrozumiała dla tych, którzy nie interesują się zamierzchłymi dziejami ludzkości, albo problemy w nich opisane, określane przez kochane Ministerstwo Edukacji jako „ponadczasowe” okazują się być już stare, a problemy w nich poruszone, archaiczne.Czasami, o zgrozo, nawet każą czytać ludziom jakąś, szczerze mówiąc, grafomanię. 

Są jednak także inne lektury. Ich świeżość pozostaje na długie, długie lata i kolejne pokolenia czytają je, ze świadomością, że wciąż tkwią tam idee, które nigdy nie przestaną być aktualne. Historie, które będą inspirować ludzi w różnych wiekach, a nie wygasać wraz z latami i problemami epoki. To są, tak zwane, książki ponadczasowe. Lektury szkolne, które trzeba znać i które są często atakowane w pewnych gazetach, przez pewnych publicystów, artykułami, które najczęściej zakrawają na groteskę. Jednak te książki nigdy nie będą zapomniane, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto przywróci je do łask.

Właśnie jedną z takich książek znalazłam niedawno na mojej półce. Wydanie było stare, bo dostałam ją od ciotki, która chciała mi jakoś wynagrodzić to, że przez pół roku nie oddawała mi książek, które jej pożyczyłam. Cienka, sfastrygowana książeczka, z podpisem mojego kuzyna na pierwszej stronie, niewyraźnymi fotografiami bohaterów na okładce i pożółkłymi już stronicami. Jakoś nie chciało mi się jej czytać, bo choć zajmuję się II Wojną Światową i kilka osób w mojej klasie już to czytało, jakoś nie chciało mi się zaglądać do środka. Czytałam już nieco o bohaterach, ale... Tyle było innych książek, które chciałam przeczytać, tyle książek nieczytanych piętrzyło się na strychu.. Jednak, kiedy pomyślałam sobie, że będzie to nasza lektura, więc warto ją przeczytać choćby dlatego, od razu wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać. Wciągnęła szybko jak wir.

Trójka chłopaków, harcerzy. Młodych ludzi, którzy mieli takie nieszczęście, że zaraz po ich maturze rozpętało się piekło wojny. Chłopacy, by odegrać się na Niemcach, uczestniczą najpierw w Małym Sabotażu, a później już w dywersji. Trójka osób, o zupełnie odmiennych charakterach, która współpracuje razem, by wybić jak najwięcej wrogów. Słynna akcja pod Arsenałem, mająca na celu odbicie skatowanego Rudego. Śmierć całej trójki, miłość, przyjaźń po grób. Akcje militarne, uganianie się z pistoletami, trupy po obu stronach, bohaterstwo. Wojna. Czy to nie jest pasjonujące? Ponieważ bardzo lubię historie ze strzelaniną, bohaterstwem, Polakami i Niemcami, niektóre fragmenty sprawiały, że z wrażenia ledwo mogłam oddychać. Tak! To było piekielnie ciekawe, porywające, szczególnie że bohaterowie tej książki – Rudy, Zośka i Alek (oczywiście, są to pseudonimy, ponieważ każdy, kto należał do Polskiego Państwa Podziemnego, musiał być zakonspirowany)- istnieli naprawdę. Dlatego też uroniłam kilka łezek przy śmierci Alka i Rudego (śmierć Zośki była bohaterska, czyli mało wzruszająca), jakich bym nie uroniła przy śmierci postaci literackich. Najbardziej z bohaterów polubiłam Alka. Wydawał się najsympatyczniejszy: wesoły, roztrzepany, jeszcze trochę infantylny. No ale umarł w połowie książki, niestety. Było mi z tego powodu bardzo przykro.

Gatunkowo trudno określić, co to jest. Dużo gawędy harcerskiej mającej cechy reportażu, opowieści, czasem nawet opowiadania, książki historycznej. Trudno także określić, o czym to jest. Na pewno nie o głównych bohaterach, bo przecież wydaje się, jakby byli pionkami w jakiejś upiornej grze, a nie bohaterami w całym znaczeniu tego słowa. Wydaje się, że głównym bohaterem jest wojna. To ona jest grą, w której pionkami są Niemcy i Polacy, to ona kształtowała charaktery chłopaków i bez niej nie byłoby tej opowieści.

Język jest prosty i mało obrazowy, jednak zadziwiająco ciekawy. Mimo ubogiego słownictwa jest w stylu Autorka coś, co sprawia, że opowiadana historia wciąga. Potrafi wyrazić wiele uczuć, nawet tych, które nie dopowie, ukryje, zaszyfruje. Charakteryzuje swoich bohaterów bezpośrednio, pokazuje nam ich zainteresowania i przyprawia tekst ciekawostkami. A później, gdy już oswoimy się z nimi, pokazuje nam, jak się zmieniają z młodzieży w dorosłych mężczyzn, zdecydowanych walczyć za Ojczyznę. Autor daje nam też wiele okazji do poznania bohaterów jako normalnych ludzi: snuje opowieść o kurtce Alka, pamiętniku Zośki i wielu innych sprawach. Przez to bohaterowie, choć opisani dość nieumiejętnie, ożywają w naszych oczach. Jakiś jest nawet tam humor, a całość wychodzi bardzo emocjonalnie. Czasami tak, że zatyka dech w piersi – ten smutek, ta radość, ta fascynacja.. I ten podziw dla ludzi, którzy walczyli o sprawę przegraną. Co ciekawe, w biogramach postaci pobocznych, datą śmierci najczęściej był rok 1944...

Największym minusem książki jest jej objętość, która pozostawia pewien niedosyt. Chętnie czytałabym ją, gdyby była opasłą powieścią, może nawet dokumentowi w stylu Jagielskiego, (którego reportaże o wojnach czytam z zapartym tchem) która starczyłaby na kilka dni, a nie krótkim opowiadaniem, które, zapisane dość dużą czcionką, nie zajmuje nawet stu dziewięćdziesięciu stron. Następną rzeczą, która mi się dość nie spodobała, była mała ilość realiów. Pisarz pisał to w czasie wojny i zakładał, że ludzie, którzy to będą czytać, będą znali wszystkie realia: gestapo, niemieckie gazety i wszystko inne. Dlatego pewne sprawy wydają się dość nieoczywiste z mojego punktu widzenia, osoby, która nie tylko żyje w innych czasach, ale też jest badaczem tamtych lat – powieść o II Wojnie Światowej wciąż na horyzoncie.

Chciałam napisać także kilka słów o ekranizacji, które nie oglądałam (znów powodem jest Rudy, obawiam się, że psychicznie nie wytrzymałabym scen, w którym SS-mani katują chłopaka, chociaż nerwy mam, zastanawiająco, mocne). Mimo tego ekranizacja wydaje się idealna dla młodszej młodzieży, nawet z ostatnich klas podstawówki, która, z racji, że książka niestety jest lekturą szkolną, raczej po książkę nie sięgną, a także z uwagi na wątek romantyczny, którymi przez kilka tygodni cieszyła się moja droga kuzynka. 

To jest jedna z tych książek, która jest dla różnych ludzi czymś innym. Dla mnie jest przede wszystkim niepowtarzalną, wytrawną lekcją patriotyzmu. Miłości do Ojczyzny, ale także poszanowania innych ludzi, przyjaźni aż po grób, które są możliwe do osiągnięcia nie tylko dla istot idealnych, ale także dla nas – chodzących zwykłych śmiertelników i zjadaczy chleba, którzy, w wielkiej części, urodziliśmy się i żyjemy w Pokoju.

Tytuł: „Kamienie na szaniec”
Autor: Aleksander Kamieński
Moja ocena: 8,5/10




środa, 27 sierpnia 2014

Anioły, Amory i wojna. Recenzja książki

Głupio mi mówić innym ludziom, że nie lubię książek, które oni mi polecają. Że głupio było mi odmówić, kiedy koleżanka dała mi do przeczytania Pamiętniki Wampirów, żałuję do dziś, szczerze mówiąc. No ale przecież trzeba być uprzejmym, prawda? Przez jakiś czas odkładałam wciśnięte mi na siłę przez innych ludzi książki, zwracając je dwa tygodnie później z uprzejmym uśmiechem i "tak, to była fascynująca lektura!", ale jedna ze znajomych mojej mamy ma denerwujący zwyczaj przepytywania mnie ze swoich ukochanych obyczajówek, które mi pożycza: a to, kotku, czy nie było fascynujące? Ciekawe, prawda? Mam nadzieję, że wątek takiej i takiej bohaterki bardzo ci się spodobał.. I inne takie. No i co miałam powiedzieć? Zaczęłam czytać te wszystkie powieści w szkole, pomiędzy kolejnymi lekcjami, a także na lekcjach WF (z powodów zdrowotnych nie mogę ćwiczyć, co bardzo mnie cieszy), jakoś brnąc przez kolejne strony by potem z uśmiechem na ustach rozmawiać o tym z ową koleżanką mamy. W ten sposób wilk jest syty, a owca cała, natomiast ja mam dodatkowe książki do obrzucania błotem. W sumie nie jest tak źle.

Pierwszą część tej sagi już wcześniej recenzowałam, drugą ta pani nie miała, co nie robiło mi większej różnicy, natomiast tę trzecią trzymałam u siebie pół roku, zanim zdecydowałam się ją dokończyć. Poszło całkiem sprawnie, aż sama byłam zdziwiona, jeśli porównać do innych tego typu książek, które zdarzało mi się czytać nawet przez cały rok. To była najbardziej chyba zasługa nudy, jaka panowała w szkole w maju i czerwcu.

Tym razem otrzymujemy historię osadzoną w realiach II Wojny Światowej, a dotyczy ona wnuków i prawnuków bohaterów poznanych w pierwszej części, chociaż pojawia się tu hrabia Tomasz Zajezierski, będący już jednak zdziadziałym wrakiem tamtego młodzieńca z pierwszej części. Także migawkami pojawia się syn Marianny i owego hrabiego, Paweł Cieślak, a także ten zrodzony ze związku z nieszczęsną Adą, ksiądz Paweł (ten pierwszy urodził się Ameryce, więc Marianna nie wiedziała, jak będzie się nazywał pierworodny hrabi, tak więc przepowiednia wiedźmy z pierwszej części się spełniła). Jednak większość książki zajmują młodsi bohaterowie – Adam Troszyn, Gina Weylen (matka Adama, córka Kingi, tej która wyszła za Ruska), Cecylia Hyrć, jej matka, Zyta Cieślak i wiele innych mordek. Obserwujemy to, co chyba miało być romansem Cecylii i Adama (którzy, w gruncie rzeczy, byli dalszą rodziną), wojenne przygody Giny Weylen, która w końcu, niestety, umarła na białaczkę, jesteśmy świadkami śmierci hrabiego Tomasza i – wreszcie! - dowiadujemy się, czyja to mumia spoczywała w zawalonych podziemiach pod Gutowskim rynkiem.

Właśnie, pierścień. Najmocniejszy punkt powieści. Sauron, który znów szuka swojego Pierścienia Jedynego, niedawno chciał się ode mnie dowiedzieć, co z tym pierścieniem z Gutowa, bo mało znalazł tak obiecujących tropów, był zaskoczony, tak samo jak ja. Otóż rodowy klejnot Zajezierskich, wykradziony przez Tomasza dla Marianny i zabrany przez nią do Ameryki, znalazł się w rękach młodej Niemki, Julii Papke, która skryła się w podziemiach. Przeszła przez ręce syna Marianny, Pawła, jego syna Zygmunta, który dał go swojej żydowskiej kochance, Lily. Kiedy ta, podczas wyzwalania miasteczka od Niemców, bandażowała jakiegoś Polaka, pierścień wypadł jej z skrytki w ubraniu i podniosła go Julia. Ukryła się w podziemiach, by odczekać na ukochanego Niemca, ale gdy ten nie wrócił, ona tam została i umarła wraz z pierścieniem. A już wszyscy myśleli, że to Lily. Autorka mnie tu naprawdę zaskoczyła, jak w niektórych kryminałach, w których wydaje nam się, że, wraz z detektywem znaleźliśmy mordercę. To chyba największy plus tej książki.

Fabuła, a przynajmniej jej fragmenty, zaciekawiły mnie i, ze zdziwieniem, muszę przyznać, że niektóre rzeczy są naprawdę dobre, jak na przykład historia Giny Weylen, pełna awanturniczych wątków. Wciągająca jej opowieść zaczyna się od więzienia, poprzez uprowadzenie przez Niemców, udawanie choroby psychicznej, śpiewaniem na urodzinach Adolfa Hitlera, romans z nazistowskim oficerem udającym Polaka i ucieczkę do odnalezienia własnego męża i, niestety, śmierci na białaczkę. To właśnie sprawiło, że w końcu zasmuciła mnie ta historia i, mimo że była bardzo ciekawa, nie polubiłam jej. O ile lepiej byłoby usłyszeć, że Gina, najlepsza bohaterka tej książki, żyła jeszcze długie lata w zdrowiu! No ale oczywiście Autorka musiała zniszczyć nawet to, co w jej książce było najlepszego. Jak zwykle.

Drugą rzeczą, na jaką warto by zwrócić uwagę są tajemnice Gutowa, szczególnie ten korytarz pod rynkiem, w którym znaleziono zwłoki Julii Papke i którym wędrował Zygmunt Cieślak w poszukiwaniu Lily, która, wraz z siostrą zakonną, kryła się tam. To chyba dlatego, że przypomina mi się Pan Samochodzik i Templariusze, książka, którą przeczytałam chyba osiemnaście razy pod rząd, pełna korytarzy, trupów i tajemnic. No i dlatego, że jest to wątek kompletnie odstający od reszty powieści, bardziej mroczny i bardziej dopracowany niż wszystko inne.

Reszta jest taka nijaka. Z nadzieją, że z wątku miłości Celiny i Adama coś wyjdzie, pożegnałam się, gdy chłopak zaczął grzeszyć z własną służącą, bo później swojej niby-ukochanej w oczy nie mógł spojrzeć. Równie ciekawa mogłaby być historia współpracy Adama z AK, ale Autorka zgrabnie pojechała sobie po łebkach i dostaliśmy tylko jakieś strzępki informacji, jakieś nielogiczne sceny i kompletnie irracjonalne zachowanie bohatera, w tym lekceważenie wszystkich zasad konspiracji. Pewnie za mało pisareczka o tym przeczytała. Wszystko, co dzieje się w latach dziewięćdziesiątych, czyli wtedy, kiedy Iza grzebie w historii swoich przodków, znów potraktowane jest po macoszemu, a zapowiadanego wątku kryminalnego w gruncie rzeczy nie ma. Niby coś tam się dzieje, ale .. Właśnie. To, co się dzieje nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia, nie ma linii fabularnej. Otrzymujemy zarys jakiś intryg o przejęcie Cukierni po Amorem przez rodzinę, kiedy Cecylia po udarze raczej już się nie będzie zajmować cukiernią – jakieś gierki, chociaż nie jestem w stanie powiedzieć jakie, prowadzi wuj Izy, Grzegorz, oraz jego kochanka, Helena (która poza imieniem nie wprowadza czegoś nowego do fabuły), która uwodzi ojca dziewczyny, chociaż go nie kocha. Tu chodzi, podejrzewam, o ten sklep, ale, przestawiona w skrócie, zupełnie mnie nie przekonuje. Wątki się rwą, aż całkowicie urywają w najciekawszym i najbardziej obiecującym coś lepszego momencie, kiedy człowiek ma już nadzieję, że Autorce wyjdzie coś w rodzaju Gry o Sklep, tfu, o Tron.

Tak samo jest z wątkiem za czasów komunizmu. Okładka mówi nam, że w książce wraz z bohaterami doświadczymy ciężkich czasów komuny, ale wcale tak nie jest, bo jak na tamte czasy, to Hyrciom powodzi się, mówiąc delikatnie, bardzo dobrze. Same zbiegi okoliczności, łuty szczęścia i inne takie tam. No i Cecylia wykiwała Kochaną Ludową Władzę, zmieniając Anioła na Amora i tłumacząc, że to dla Kochanej Ludowej Władzy. Muszę przyznać, że genialne, ale nie uratowała to tego wątku. Co ja piszę? To nie jest wątek, to zaledwie jakaś opowieść babci, opowiedziana jeszcze w wielkim skrócie i pośpiechu. Zaledwie szkielet, który dopiero można by wypchać mięchem opowieści. Czyżby pisarka podpisała kontakt na trylogię, a później okazało się, że materiału dość na kilka następnych książek? A może sądziła, że Czytelnicy są tak znudzeni opowieścią, że chcą jak najszybciej skończyć? O, to jest chyba najbliższe prawdy!

Bohaterowie, oprócz, całkiem niezłej Giny Weylen, która miała jeszcze jakieś cechy charakteru, i była inna od większości spotkanych przeze mnie postaci książkowych, są pustymi balonami, nadmuchanymi powietrzem, w tym przypadku słowami. Tomasza było za mało, choć przed śmiercią Autorka pozbawiła go jakichkolwiek cech charakteru. Adam to, przepraszam, erotoman i idiota, a Cecylia.. Nie wiem, co powiedzieć, poza oczywiście tym, że żyje i w książce istniała taka. Lily, Zygmunt, Paweł Cieślak.. pierwsze, co zrobili im Niemcy, to wyczyścili im psychikę. Po przeczytaniu książki wciąż nie wiem, co o nich myśleć, bo przecież ich nie znam. Autorka nawet nie opisała ich wyglądu, o psyche już nie mówiąc. Imiona i nazwiska – jak na jakiejś liście – nic mi o postaci z książki nie powiedzą, prawda? Obawiam się więc, że za kilka miesięcy, podczas których z całą pewnością nie będę myśleć o tej książce, zapomnę ich wszystkich, bo w innych książkach, które będę czytać i krytykować, będą również podobnie skonstruowane postacie, a te również zleją się z następnymi i następnymi, aż w końcu ich zupełnie zapomnę. Nie mają w sobie przecież nic ciekawego, ani nic nieciekawego, dokładnie nic. Psychiatrzy mieliby z nimi ciężki problem.

Język powieści jest prosty jak budowa cepa. Ot, kilkaset zdań złożonych podrzędnie i współrzędnie, w logicznym porządku. Nie ma tych irytujących archaizmów z części pierwszej, pomieszanych z prostą, codzienną polszczyzną, ale to nie znaczy, że jest lepiej – wręcz przeciwnie. Autorka znów chce nadać swojej opowieści gawędziarski ton, tym razem ma być to opowieść babci dla wnuków plus rozmaite dodatki. Jednak Autorce nie udało się opisać w miarę literackim językiem opowieści z lat 90., skracając ją tylko do bólu, ubiegłego wieku, nie mówiąc już o latach wojny, która tu wygląda jak szkolna bójka za garażami. Zresztą jak by mogła to zrobić, gdy jej słownictwo nie jest zbyt bogate, a opisów jest jak na lekarstwo, a może jeszcze mniej? Mogła sobie poczytać słownik języka polskiego, zanim zasiadła do pisania powieści, albo chociaż przeczytać jedną, dwie książki. Oszczędziłaby mi wiele męki, podczas czytania tego.

Pojawia się też wiele fragmentów, jak ten zamykający powieść z datą 2009 (podejrzewam, że wtedy Iza odwiedziła swoją rodzinną miejscowość), pełnych sentymentalizmu. Cukru pudru (który tutaj powinien być na ciastach, również niezbyt smacznie opisanych). Ochów i achów. Wiatru we włosach i innych bzdur, które być może pasują do niektórych nastolatkowych opowiadań, ale na pewno nie do powieści, że tak to ujmę, dla dojrzalszych czytelników. Na mnie osobiście sentymentalizm działa jak płachta na byka i nie biorę na poważnie książek, w których sentymentalizm zapuścił swoje macki. Najgorsze jest to, że Autorka tym zepsuła ostatnią niezłą rzecz. I nawet mi nie jest jej szkoda.

Jakość okładki nie poprawiła się od pierwszego tomu, jest zupełnie tak samo, czyli niezbyt dobrze. Okładkowa cukiernia zmieniła tylko barwę z zielonej na czerwoną, poza tym nic ciekawego. Wystawione tam specjały nie zachwycają, no, może mnie, bo nie należę do łasuchów. W każdym razie wciąż wygląda to jak okładka opowieści dla dzieci i w dodatku nieadekwatna do tej książki – fabuła opowiada o niczym, a nie o cukierni, żebyście nie mieli złudzeń. Lepszy byłby tytuł z zawijasami i jakimś ciepłym obrazkiem, ja wiem, filiżanek czy jakiś ciastek, ale i to raczej też nie nadaje się nadaje się do tej książki. Słowem – zupełny niewypał z tej powieści, nawet tytuł i okładka mnie nie przekonały do siebie.

Nie jestem w żaden sposób bogatsza po przeczytaniu tego czegoś. To jedna z tych wielu książek, które przeczytałam po to, by przeczytać i zostawić tylko ślad w postaci kolejnej niechlubnej dla naszej rodzimej literatury recenzji. W końcu przecież temat sagi rodzinnej jest mi dość obojętny (chyba dlatego, że dotychczas nie przeczytałam nic ciekawego w tym gatunku), a i książka, jak widzicie, pozostawia wiele do życzenia. Smutne jest tylko to, że na takie rzeczy marnuje się papier z lasów, a i ludzie, zamiast zająć się czymś innym, lub czytać lepsze książki, (jak wiadomo, takie rozwijają charakter człowieka, a przynajmniej sprawiają, że ma więcej empatii, co w tych czasach jest rzadko spotykane) czytają takie jak ta, które zupełnie nic nowego nie wnoszą, chyba kolejną beznadziejną i nierozwiniętą historię, która pożera czas.
Zauważyliście, dlaczego podałam wam rozwiązanie zagadki pierścienia? Dla niedomyślnych powiem, że doszłam do wniosku, że nie warto czytać tej powieści tylko po to, by dowiedzieć się, jak kończy się jedyny ciekawy wątek. Przecież poza pierścieniem nie ma nic ciekawego o aniołach, amorach (i Amorach) oraz wojnie.

Tytuł: „Cukiernia pod Amorem: Hyrciowie”
Autor: Małgorzata Gutkowska – Adamczyk
Moja ocena: 3,5/10  

piątek, 25 lipca 2014

Nie licząc kota. Recenzja książki

Powieści obyczajowe. Co o nich sądzicie? W epoce, która w podręcznikach szkolnych nazywana jest Pozytywizmem, był to jeden rodzaj powieści, oprócz historycznej, który uznawany był za najlepszy. W ogóle, jeśli ktoś wyjechał z czymś w rodzaju „Hobbita”, krytycy w różnych czasopismach dostawali czkawki i wypluwali tysiące obraźliwych, niesprawiedliwych epitetów niczym Chronos swoje dzieci, kiedy Rea dała mu środek na przeczyszczenie. Mimo że XX wieku zaczęła pojawiać się fantastyka, w Polsce w postaci Stanisława Lema, a ogólnie na świecie w Lewisa i Tolkiena. Następnie pojawiły się kryminały, Agatha Christie i inni. Jednak powieść obyczajowa, opisująca różne zjawiska społeczne i pokazująca tylko takie wydarzenia, z jakimi spotykamy się na co dzień i jakie znamy z naszego doświadczenia, przetrwała ten czas do dzisiaj. I nie tylko w polskiej literaturze, w której jest pełno sztandarowych dzieł prozy w tym gatunku (nie tylko, oczywiście, jest to zasługa Katarzyny Grocholi), ale także w światowej. A ponieważ powieści obyczajowe nie muszą podejmować bardzo ważkich tematów, mogą być także lekkie i obfitować w wydarzenia zwykłej kury domowej, które, umiejętnie opisane przez Autorkę, stają się fascynujące na miarę podróży Wędrowca do Świtu z powieści Lewisa.

Mówi się, że polskie obyczajówki są do dupy, tak samo jak polskie filmy. No cóż, pod nawałem obcojęzycznej, czyli głównie amerykańskiej, literatury, zapominamy o tym, że w naszym kraju nad Wisłą też ludzie piszą dobre, a nawet bardzo dobre, książki. Są jednak inne niż te, w większości, słodkie i naiwne obyczajówki zagraniczne z kraju nad wielką wodą.

Niedawno znalazłam ebooka ciekawej książki – napisała ją polska debiutantka, zwyciężczyni pewnego konkursu. Ponieważ czytałam recenzję tej książki, nawet przychylną, postanowiłam ją przeczytać. Nie miałam, sugerując się tytułem, nadziei, że to będzie jakieś dzieło czy coś w tym rodzaju. Nie. Miałam po prostu chęć na lekką lekturę, jakąś fajną, odprężającą książkę, taką, która da mi dużo rozrywki.

Joasia ma chłopaka Łukasza i mieszka w Warszawie. Zupełnie niespodziewanie okazuje się, że jej ciotka Wanda umarła i ona dostaje w spadku po niej mieszkanie i wszystkie rzeczy, jakie tam były. W miasteczku zostaje dłużej i poznaje wielu ludzi: wuja Klausa, sąsiadkę Lucynkę, Dorotę, Szymona, a także pewnego niezwykłego kota.. Odbywa także podróż w przeszłość i odkrywa nie tylko rodzinną tajemnicę, ale także godzi się ze swoją przeszłością i Markiem, który w owej przeszłości wyrządził jej wielką krzywdę. Odradza się także od wielu lat stojący pod znakiem zapytania związek z Łukaszem i ostatecznie wszystko kończy się dobrze.

Rzeczą, która spodobała mi się najbardziej, był język Autorki. Lekki, dowcipny, barwny który jednak w poważnych sytuacjach stawał się odpowiedni. Można było się pośmiać z tego, co czasem mówili bohaterowie, naprawdę. W końcu nie były to typowo amerykańskie żarciki o seksie, tylko takie, dzięki których moja morda rozchyliła się kilka razy w uśmiechu. Ciekawym dodatkiem był tekst zapisany kursywą – z perspektywy kota. To właśnie to, dzięki czemu język jest największym atutem. Nie sposób także nie wspomnieć o indywidualizacji języka niektórych bohaterów, nie tylko kota, ale także ciotki Wandy (wypowiadającej się jednak tylko we wspomnieniach Asi), Lucynki i Klausa sprawia, że książka jest nawet kolorowa, ciekawsza. W jednej tylko rzeczy pisarka poszła na łatwiznę - cała książka jest napisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej, co przypomina trochę te wszystkie słabe paranormal romanse. No ale cóż, cóż. Debiutantom na pisarskiej niwie można wiele wybaczyć.

Tytuł jest długi, zawiły i absolutnie niezachęcający do przeczytania (od razu widać, że Autorka nie czytała żadnego poradnika dla początkujących pisarzy),ale jej styl jest lekki, a słownik nawet obszerny. Czyta się bez większych trudności, lekko przechodzi się od akapitu do akapitu, od strony do strony. Nie ma tu wyrafinowanych procesów myślowych i tez. Pomysł przewodni został wyciśnięty jak cytryna, co bardzo mi się spodobało. Poczekamy parę lat! 

Okładka tej powieści wydała mi się zaskakująco dobra, jak na polską powieść obyczajową. Mamy na niej dziewczynę zaskakująco podobną do Amy Lee, wokalistki Evanescence (rany, przecież Amy ma nawet fotkę w podobnej pozie!) na tle jakiś błękitnych i białych zawijasów oraz kwiatów wiśni. Daje to w ogóle przyjazny, pogodny klimat. Nawet, muszę przyznać, spodobała mi się, mimo że automatycznie pomyślałam „Ludzie to mają cholerne szczęście, że są na okładkach książek i w ogóle mogliby grać w filmie biograficznym o Evanescence” . W mordę.
Opisów było tyle, że narzekać nie mogłam, choć, szczerze mówiąc, jeśli nie były to opisy durnych zachowań głównej bohaterki, czy też innych bohaterów, albo odczuć, więc to rzadko się zdarzało, żeby był to opis czegoś ciekawszego, zresztą warsztat pisarski Autorki nie jest jeszcze zbyt dobrze wyćwiczony, by ładnie i plastycznie opisać łan zboża albo pokój. Cóż. I tak nie narzekam.

Fabuła, szczerze mówiąc, nie porywa. Samo życie, w dodatku niezbyt ciekawie opisane. Autorka popełniła błąd, ponieważ w czasie pobytu w miasteczku nie dzieją się rzeczy przełomowe w życiu bohaterki, a mówiąc szczegółowo nie dzieje się nic, poza tym, że dziewczyna poznaje swoją ciotkę, kończy bitwę z przeszłością. Wielki przełom nie jest, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, ale coś zmieniło się w życiu Asi. W każdym razie pisarka z zajęciem opisuje nam zwyczajne życie ludzi, pisząc z szczerością o wszystkim – emocjach, ludziach i zdarzeniach. Rzadko można się spotkać z taką szczerością w książkach. Sprawiedliwość możemy oddać pisarce jednak w tym, że ciąg przyczynowo-skutkowy został zachowany w najdrobniejszych szczegółach, nie było więc żadnych nieścisłości. Tego tej polskiej debiutantki powinni zazdrościć niektórzy pisarze nie tylko literatury obyczajowej.
Pisarka próbowała podjąć w swej książce trudne problemy, co jednak nie do końca jej się udało. To całe zamieszanie z Markiem jest jakieś takie pozbawione większego realizmu, opowiedziane na poły z czarnym humorem (patrz: rozmowa Asi z aresztantem), a zachowanie bohaterów (szczególnie ciotki Wandy) dość irracjonalne. Problemy rodowych tajemnic, wysiedlenia Niemców itp., itd. są ujęte po łebkach, niestarannie i dla mnie zupełnie niesatysfakcjonująco. W ogóle, przez całą książkę zastanawiałam się, jakim cudem kobieta może przejść z Kresów Wschodnich (tzn. Lwowa) do Generalnego Gubernatorstwa w czasach wojny. Hmm.. Pomijając to. Bądźmy bardziej wyrozumiali dla ludzi, którzy nie interesują się II Wojną Światową. Ogólnie jest lekko, bajkowato i dość naiwnie, postacie raczej są nieco uproszczone, więc nie spodziewałabym się po nich żadnych dramatów moralnych i trudnych sytuacji (a takich pisarka unika jak ognia). No cóż, trzeba sobie powiedzieć. W końcu ta lektura pozwoli nam zrelaksować mózg, zamiast go pobudzić do myślenia.

Najlepszą postacią w książce był kot. W zupełności. Może lubię rzeczy oryginalne, ale kot był postacią wyjątkowo sympatyczną. Bardzo, bardzo sympatyczną. Inni bohaterowie są całkiem nieźle, jednak powierzchownie przedstawieni. Najwięcej dowiadujemy się o głównej bohaterce – Asi, z której punktu widzenia mamy opowiedzianą całą historię. Jednak nie lubię jej. Autorka chciała, żeby postać była wesołą, młodą kobietą, która jednak próbuje się odciąć od bolesnej przeszłości, jednak wyszła trzydziestoletnia idiotka, zachowująca się jak dziecko, nie potrafiąca czuć niektórych rzeczy głębiej, rozwydrzona i pusta. Denerwowała mnie, szczególnie te wszystkie metody unikania najfajniejszej jeszcze postaci w książce – pani Lucynki, sprawiały, że miałam chęć, co najmniej, wepchnąć ją do pralki, może wtedy coś lepszego stałoby się z jej mózgiem. Taka rozpuszczona, rozchichotana, pusta... Jak już mówiłam, Lucynka była najlepszą postacią: ciepła, wesoła starsza pani, z którą z chęcią spędzałabym dużo czasu. Nie rozumiem, dlaczego Asia jej nie lubiła, bo ja pokochałam już od pierwszej linijki o niej, tak samo jak Klausa, bardzo miłego starszego Niemca, który bardzo śmiesznie mówi po polsku i ..uwaga, kocha panią Lucynkę. Najgorszą porażką byli faceci życia bohaterki: Marek i Łukasz. Obaj są przeraźliwie ciotowaci, szczególnie Łukasz, a Marek, rozrabiaka i idiota, na którego piękną buźkę daje się złapać Aśka, który stał się później burmistrzem (co wydaje się z kolei dość nierealne). Gdzieś tam są jeszcze przyjaciele głównej bohaterki – Szymon i Dorota. Postać Doroty zasługuje na szacunek, pomijając całą tą emocjonalną niedojrzałość, jaką możemy zaobserwować i u niej, bo jest osobą samodzielną, niezależną i dobrze wychowuje syna, mimo wszystkim przeciwnościom losu. Szymon, młody adwokat, mimo tej zadry w sercu wydaje się być nieco ciotowaty, a przynajmniej niedojrzały. Jako przyjaciel jest w porządku, ale wątpię, czy powierzyłabym mu jakąś sprawę. Cóż, Autorce brakuje jeszcze wprawy i odwagi by tworzyć wielowymiarowe, fascynujące postacie.

Mniej więcej nie mogę źle oceniać, bo rozerwałam się nieco, to nie było jednak to, czego oczekiwałam. Zresztą ja zawsze zbyt dużo po książkach oczekuję, więc jestem surowa, jak niektórzy nauczyciele, którzy wymagają, żebym była specjalistą od fizyki kwantowej (jak na razie, ja tylko słyszałam, że taki dział mojego znienawidzonego przedmiotu istnieje). Lekka, nieco naiwna, bajeczkowata, wypchana polskimi realiami nadaje się na wakacyjny wieczór, prawda? Jednak polska literatura ma to do siebie, że jest zawsze piekielnie oryginalna. Bo, gdyby nie liczyć kota, byłby to romans nie najwyższych lotów, prawda?

Tytuł: „Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna”
Autor: Kasia Bulicz-Kasprzak
Ocena: 6/10

(recenzja archiwalna)