Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lipca 2015

Zwykłe życie niezwykłego człowieka. Recenzja książki



Literatura, na której się wychowałam, daleka była od epoki, w której przyszło mi żyć – chyba dlatego, że moja Mama nigdy nie nadążała za popularnymi wtedy książkowymi trendami, zresztą i tak znałam tamten kanon: Barbie, W.I.T.C.H i Winx, ale jakoś – poza wykłócaniem z koleżankami, która będzie Cornelią i oglądaniu wieczorynek o Kubusiu Puchatku – nie ciągnęło mnie do tego typu literatury. Kiedy byłam zupełnie mała, zamęczałam Mamę prośbami o wiersze klasyków baśni polskich (Tuwimie, czytałam niedawno twój Bal w Operze; jakie to odległe od twoich niewinnych wierszyków!), ale prawdziwa epoka baśni zaczęła się wraz z książkową adaptacją Jeziora Łabędziego i Dziadka do orzechów, sfatygowanym już tomem Bajarka opowiada i baśniami duńskiego magika epoki romantyzmu – Hansa Christiana Andersena, którego opowieści o Brzydkim Kaczątku, Małej Syrence, Kaju i Gerdzie oraz Elizie (w pięknie ilustrowanym tomie wydawnictwa Elipsa z końca poprzedniego wieku) już wiele razy rozdarły moje małe serce (i robią to do dziś). To właśnie temu człowiekowi zawdzięczam magię mojego dzieciństwa i zaszczepienie we mnie eskapizmu.
Wypadałoby poznać więc tę postać bliżej, prawda? Przez te wszystkie jednak lata nie byłam na to gotowa, bojąc się zniszczenia nimbu magii, jaki unosił się nad moim dzieciństwem, poznania mniej lub bardziej prawdziwego portretu tej postaci, obdartej z czaru bajek, dzięki którym wyjątkowo miło wspominam swoje dziecięce lata. Nierzadko zdarzało się przecież, że dany autor był zupełnie innym człowiekiem, niż moglibyśmy wywnioskować z lektury jego książek, nawet tych bardziej osobistych, co okazywało się dopiero podczas czytania biografii. 

Ale czy biografie zawsze są szczere? Nawet opisując ogórka czy cegłę nie można zapobiec chociaż maleńkim sugestiom dotyczących naszych obiektywnych poglądów, a co dopiero człowieka! Pisząc biografię pomijamy szczegóły, które wydają się nam nieistotne, ale dla opisywanej postaci wydałyby ważnymi sprawami; czasami musimy się tylko domyślać motywacji, nie widząc jasnych związków przyczynowo-skutkowych; niekiedy niesprawiedliwie kogoś ocenić lub – świadomie lub nie – kogoś wybielić. To jak poznać człowieka, dotrzeć do jego najważniejszych myśli, poczuć, że dana osoba jest naszym przyjacielem, kimś dobrze znanym, a jednocześnie ulubionym pisarzem? Chyba nie do się tego nigdy do końca nie dowiemy, bo sami siebie znamy tylko trochę, już o innych nie mówiąc, ale istnieje jeden sposób, by znaleźć się bliżej celu… 

W tym miejscu zaznaczam, że Autorowi należy się wielki szacunek – trzeba naprawdę żelaznej konsekwencji i samozapracia, by codziennie notować coś w swoim dzienniku, tworząc z tego czterotomowe dzieło, z czego w Polsce wydrukowano tylko jedną czwartą (tomiszcze ma osiemset stronic) Notować bieg swoich myśli, wydarzenia wokół, nawet przebywając w podróży, zwierzać się papierowi ze swoich problemów – w szczególności tych zdrowotnych (Andersen był wielkim hipochondrykiem, bo kto pisałby w dzienniku o bólu zębów, nie mówiąc o problemach z moczem i kałem?) i czasem bardzo intymnych problemów, chociaż pisarz od pewnego momentu miał świadomość, że jego dzienniki wyjdą drukiem. Już samo to sprawia, że jestem pod wrażeniem. Pozostaje tylko pytanie: dlaczego? Czy chciał opowiedzieć o swoim życiu innym? Napisał przecież autobiografię, zatytułowaną Baśń mojego życia. Może chodziło o sam akt pisania, zebrania myśli, uporządkowania ich, stworzenia jakiegoś tekstu, poszukiwania siebie w zgiełku tego wszystkiego wokół, zwanego życiem? A może tak po prostu – na pytanie o cel tworzenia dziennika musi odpowiedzieć sobie każdy, kto go pisze, inaczej nie będzie wychodzić dobrze. 

Jaka postać wyłania się z notatek? Dziwna. Malownicza, niezwykła. Pełna sprzeczności, kontrastów, zalet i wad. Andersen kochał kobiety i bał się seksu, cierpiał na melancholię i był świadomy swojego niezwykłego awansu społecznego z syna praczki na człowieka, z którym pod rękę chadzali królowie i książęta; cierpiał i cieszył się, wytrwale podróżował i tak naprawdę nigdy nie miał swojego domu, płatając się między wynajmowanym mieszkaniami i domami przyjaciół, u których potrafił mieszkać nawet tygodniami (!). Kochał sztukę, teatr i muzykę; był pisarzem-dyslektykiem i uważał, że niektóre fragmenty Brzydkiego Kaczątka były śmieszne (!!), ale, trzeba oddać sprawiedliwość, że nie tylko on. Pełen uroku osobistego, prostolinijności i serdeczności; potrafił być nadmiernie egzaltowany, wredny bądź po prostu irytujący, pobożny wyznawca protestantyzmu, zachwycający się Madonnami Rafaela. Tak jak chyba każdy z nas był postacią wielowymiarową, nieoczywistą, zawieszoną między dobrem i złem, złożoną, trudną, osobą z krwi i kości, choć momentami nieco podmalowaną na potrzeby przyszłych pokoleń – te nuty fałszu pojawiają się jednak rzadko i można ostatecznie przebaczyć je z uwagi na nadzieję, że przyszłe pokolenia fanów będą czytać jego osobiste notatki, potępiając niektóre fragmenty jego życia i niektóre cechy jego charakteru. 

Nie będę oceniać treści dzienników, bo nie mam prawa, ale i nie chcę. To przecież czyjeś życie, czyjeś myśli, poglądy; czyjś charakter – nie czuję się kompetentną osobą, jako że to licentia poetica a także ocenianie żyjącego kiedyś człowieka, co sprawiłoby, że czułabym się po prostu źle. I tak do szczęścia wystarczy mi świetnie przetłumaczona próbka Andersenowego stylu i niezwykle realistyczna podróż w pierwszą połowę XIX wieku i fragment drugiej, bo tekst dostarcza mimochodem wielu informacji na temat Europy i Danii widzianych uważnymi oczyma pisarza i wiedzy z zakresu życia codziennego, pomijanego przy wszystkich ważniejszych monografiach historycznych; warto wspomnieć także o opisach przyjaźni z wszystkimi wielkimi tamtej epoki, takimi jak Balzac czy Liszt, co sprawia, że książka staje się niezłym źródłem wiedzy o tamtej epoce. 

Być może tego wszystkiego nigdy by nie było, gdyby nie tłumaczka, pani Bogusława Sochańska, która podjęła się tej tytanicznej pracy, dbając nie tylko o jakość, ale i o jak najbardziej popularną formę – na początku umieszczając dość długi wstęp, będący raczej esejem i bardzo dobrym wprowadzeniem w dzienniki. Jej pracę trzeba również docenić ze względu na doskonałe i wierne tłumaczenie, które bardzo dobrze odzwierciedla brzmienie oryginału (zostało to szerzej docenione, bo książka została nominowana do Literackiej Nagrody Gdynia w kategorii przekład na język polski) oraz szeroką i przenikliwą znajomość wszystkiego, co Andersena dotyczy. Jestem pod wrażaniem wszystkiego, co ta pani w tej książce zrobiła – już sama bibliografia, w większość po duńsku, sprawiła, że zakręciło mi się w głowie. 

Należy także pochwalić Wydawnictwo – książka została wydana bardzo pięknie, poczynając od okładki, a kończąc na smaczkach czekających w środku, ale po kolei. Okładka jest sztywna, brązowa, z oszczędnym portretem Autora na przedniej jej części i fotografią na tylnej, obok której zamieszczono fragment wstępu Autorki. Wewnętrzna część to fragmenty rękopisu, co znacznie ozdabia całość i samo w sobie stanowi ciekawostkę. Jednak jeszcze lepsze rzeczy znajdują się w środku: to obrazki, jakie pisarz malował w swoich rękopisach. Chociaż nie są one bardzo dobre – wręcz przeciwnie – w przedziwny sposób zmniejszają dystans między pisarzem a czytelnikiem, czyniąc Andersena jeszcze bardziej ludzkim, sympatycznym i swojskim. Ponadto z tych maleńkich drobiazgów możemy także nieco dowiedzieć się o samym Autorze i odpocząć nieco od jego myślotoku

Bo to nie jest książka do łyknięcia na jeden raz – Andersenowe wynurzenia należy dawkować, jak to było w moim przypadku, do pięćdziesięciu, sześćdziesięciu stron dziennie, ewentualnie podwójną dawkę rano i wieczorem; muszę jednak przyznać, że po wgłębieniu się w treść książka wciąga i ciekawi coraz bardziej, wymagając jednak zrozumienia dla świata Autora, większej chęci poznania go bliżej i pewnego zrozumienia konwencji dziennika. Jednak książka nie bez słuszności jest jedną z najważniejszych w mojej biblioteczce – za poświęcenie swojego czasu tomiszcze to odwdzięczyło mi się z nawiązką: jeszcze raz odkryłam ukochanego pisarza, poznałam go bliżej i jeszcze raz – mimo że to tylko zwykłe życie – otworzyły się przede mną wrota zaczarowanej krainy dzieciństwa, teraz zaklętej w gorzkiej codzienności i rzeczywistości naszego świata, która nie rozpieszcza nawet takich dzieci szczęścia jak Andersen, ale wciąż tak obecnej i żywej w swoim twórcy.

Tytuł: „Dzienniki 1825-1875”
Autor: Hans Christian Andersen / Bogusława Sochańska
Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Media Rodzina


wtorek, 19 maja 2015

Została (tylko) Chustka. Recenzja książki

Temat umierania jest trudny, nie każdy chce o tym rozmawiać. Poprawka: nikt nie chce o nim rozmawiać. Memento mori, mówili barokowi teologowie, a średniowieczni przedstawiali danse macabre, czyli ludzi różnych stanów w tańcu ze szkieletami. Nie bali się śmierci, tak jak my, mimo że nie mieli takich szans na wyleczenie. Umierały kobiety, mężczyźni ginęli na licznych wojnach, na drzewach dyndali wisielcy, srożyła się czarna śmierć (czyli kombinacja różnych rodzajów dżumy), a później cholera; podzwaniały dzwoneczki przy kijach rozkładających się za życia trędowatych, pod kościołem siedziały dziady z brakiem różnych kończyn. Ludzie nie bali się śmierci – młodzieńcy szli na wojnę, dziewczyny w wieku szesnastu lat zostawały wdowami, by później umrzeć, rodząc pogrobowca. Ale my, otoczeni cudownymi lekami i szpitalami, w których lekarze przyszywają kończyny z powrotem do ciała i przeszczepiają serca, boimy się bardziej. Dlaczego?

Znaleźliśmy lek na cholerę i dżumę, na trąd także. Robert Koch wykrył prątki, które wywoływały gruźlicę, a gorączka krwotoczna, wywoływana wirusem ebola dotyka tylko prymitywną Afrykę. Potrafimy z krwi i moczu wytyczać niemal wszystko, kości i mózg możemy zobaczyć w badaniach radiologicznych, tak samo, jak narządy w ultrasonografii. Mamy przeciwbólowe – ketonal, ibuprofen, morfinę. Żywienie pozaustrojowe. Respiratory, rurki intubacyjne, sztuczne kości, steny, chirurgię prenatalną (operacje dzieci będących jeszcze w łonie matki) – rzeczy, o jakich nie śniło się średniowiecznym alchemikom i egipskim kapłanom. Myślimy, że wrócimy do życia po wszystkim, nic nie jest w stanie nas zabić, boimy się śmierci, bo jest czymś nierzeczywistym, odległym, tak innym od rzeczywistości – Internetowych żartów, miłostek serialowych bohaterów, blogów i innych rzeczy, jakie ludzie są zwykli robić w czasie trwającego już 70 lat okresu pokoju, szumnie nazwanego pax Europa (jak wcześniej, za czasów Cesarstwa Rzymskiego, pax romana), nawet jeśli pół roku wcześniej zachorowali na zapalanie płuc i udało im się wybudzić się ze śpiączki po wypadku samochodowym. Jednak nasza cywilizacja nie jest idealna – jest choroba zbierająca straszliwe żniwo, nawet wśród dzieci i wcale nie jest to gorączka krwotoczna powodowana wirusem ebola. To cesarz wszystkich chorób, nowotwór.

Komórki wadliwie namnażają się w danym narządzie, tworząc guz, który doprowadza do wadliwego działania narządu lub jego całkowitego uszkodzenia, tworząc bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia człowieka, w wielu przypadkach tworząc przerzuty na inne części ciała. Ta tajemnicza choroba, wynikająca z mutacji DNA, pojawia się z wielu powodów, a czasami również bez powodu i ciężko ją wyleczyć – bywa tak, leczenie chemioterapią doprowadzało do śmierci. A na raka, jak zwykle nazywamy nowotwór, może zachorować każdy – król, żebrak, biznesmen. Jak w danse macabre.

10 kwietnia 2010 roku, kiedy prezydencki TU-145 M zahaczył o sosnę lub też został rozsadzony ukrytą wewnątrz bombą zegarową i oczy całego świata zwróciły się w stronę Smoleńska (a ja leżałam w łóżku ze złamaną nogą, ale kto o tym w gazetach napisze...) Joanna dowiedziała się, że ma raka. To dla niej, jej syna i jej partnera, nazywanego Niemężem był szok, a jego następstwem założenie bloga. Chustka – taka do okręcenia się, kiedy zimno, do założenia na głowę, kiedy po chemioterapii znikają włosy, do wytarcia nosa, kiedy zbierze się na płacz. Pomarańczowa, bo przecież pomarańczowy jest kolorem radości, zasłaniający chudnące ciało i twarz wykrzywioną twarz. Nawet wtedy, kiedy okazało się, że tak naprawdę ma nowotwór żołądka i trzeba było jej go wyciąć, zastępując rurką, w której wciąż utykały większe kawałki jedzenia. Joanna prowadziła swój internetowy dziennik przez cały przebieg choroby, ostatni wpis ukazał się trzy dni przed końcem Joanny, ale na pewno nie Końcem historii kobiety będącej niewątpliwym głosem tysięcy pacjentów onkologicznych w Polsce.

Joanna pisała prawie codziennie, czasem było to tylko kilka słów, by czytelnicy wiedzieli, że żyje, że jakoś się trzyma. Relacjonowała swoją chorobę na bieżąco, opowiadała o operacjach, chemioterapiach, wymiotowaniu, radioterapiach, cewniku i potwornym bólu, jaki uśmierzała morfiną. Jednak rzeczywistość walki i chorowania na raka była tylko tłem dla opowieści o życiu codziennym, synu i otaczającym świecie, który Autorka nagle zaczęła zauważać ostrzej niż zawsze. Zapisywała także swoje przemyślenia, na coraz głębsze tematy, przeplatając je – jak to blogach bywa – grafiką, fragmentami przeczytanych książek, wierszy, fragmentami rozmów, wycinków świata otaczającego ją i linkami do YouTube'a z muzyką (muszę przyznać, że miała naprawdę świetny gust muzyczny). Bo to nie jest biadolenie nad niesprawiedliwością świata, filozoficzne poszukiwania odpowiedzi na pytania o sens bólu, nawet nie relacja z czyjegoś żmudnego leczenia czy desperackie poszukiwanie towarzystwa w cyberprzestrzeni – powiedziałabym, że jest to zapis strzępków życia, próba opisania szczęścia, zanim ono przeminie w grobie i ocalenia kawałka siebie dla syna, który, kiedy stanie się dorosły, przeczyta słowa matki, bezpiecznie surfujące po sieci i może poczuje przy sobie Jej obecność.

Nie wiem czy mam prawo oceniać czyjąś blogową twórczość, która nie jest opowiadaniem – licentia poetica, wiadomoszczególnie że temat jest tak poważny. W takich przypadkach można przecież więcej – łącznie z brakiem staranności w interpunkcji i ortografii oraz neologizmami, treść natomiast świadomym wyborem Autorki, oceniając to, co opisała, oceniałabym ją samą, co jest brakiem profesjonalizmu. O ile bohaterowie literatury pięknej są kreacją, ocenianie charakteru osób istniejących naprawę, znanych nam tylko z kart książek jest po prostu moralnie ważkie. Poglądy Autorki są wyłącznie jej sprawą, a gdyby pisała w jakikolwiek inny sposób, nie powiedziałabym na to słowo – ma prawo, to jej życie, jej blog, jej słowa. Nie można stawiać mniej lub więcej punktów za to, że w pewnych miejscach nie zgadzam się Autorką. Dlatego tak ciężko jest oceniać tego typu literaturę.

Nie mogę wspomnieć jednak, że Joanna pisała naprawdę dobrze – jednym, prostym słowem potrafiła wyrazić cokolwiek, co chciała, oddać wszystko plastycznie i lapidarnie (masz ci los, właśnie straciliśmy kolejną osobę, która mogłaby być doskonałą pisarką) Mistrzostwem jest opisanie bólu bez tych wszystkich barokowych porównań pań od powieści z nastoletnimi Mary Sue cierpiącymi z powodu odepchnięcia przez chłopaka bądź też stracenia swojej drugiej połówki; zachowanie typowego humoru i dystansu mimo ogromnego cierpienia, niezapominanie o nim, nawet wtedy, kiedy pewnego dnia lekarz powiedział pani Joannie...

Mimo tematu czytało się naprawdę dobrze, wgłębiając się z lekkością – może nawet zbyt wielką – w świat przeżyć Autorki i opisywaną przez nią rzeczywistość. Świat niekolorowany, zwykły, codzienny, jednak pełen radości i szczęścia z nawet najmniejszej chwili. Posty, dni w życiu Joanny, czasami tylko migały przed oczami, pod koniec przestałam sprawdzać daty, traktując książkę jako spójną całość, czasami jak inaczej napisaną powieść, dopasowując do siebie elementy układanki, kolejne dni życia bohaterki, szczególnie że zdążyłam ją polubić – jako osobę otwartą, inteligentną, poszukującą, odważną – bo w końcu myśl o odejściu nie jest dla niej straszna, i potrafi ją zaakceptować; osobę, której wartości nie rozsypały się nawet wtedy, kiedy dowiedziała się, że jeśli nawet wyjdzie z raka, jej życie nie będzie już nigdy takie samo. Jestem pewna, że portret jeden z wielu tylko wydobyty na powierzchnię popularnością, jaką cieszył się jej blog, będący pokrzepieniem dla innych chorych, równie inteligentnych i pełnych ciepła, o różnych, czasami naprawdę dziwnych kolejach losu. Tyle że Joanna umiała pisać, trafiając do serc Czytelników i przez to stając się głosem wszystkich chorych, przypomnieniem w Internecie, czasami bolącym jak sumienie, że coś jest jeszcze poza codziennością, latami, których bieg lubimy obserwować, planując rzeczy na kolejne lata, jakby Koniec miał nie nadejść nigdy.

Jest to jedna z tych pięknych, ale i trudnych do oceny książek, gdzie każde słowo jest kawałkiem czyjegoś życia, świadectwem, testamentem. Chwilą, którą trzeba zachować jak zeschłe liście w zielniku, chwilą dla kogoś innego – syna, ale także każdego czytelnika, najpierw czytającego bloga, a potem książkę. Świadectwem szczęścia, chęcią życia, strachem przed pozostawieniem bliskich bez siebie, strachem braku perspektyw. Do bólu realna, wżerająca się w mózg, bez tych wszystkich literackich ozdobników, otwierająca oczy na cierpienie, którego pomimo zaawansowanej medycyny nie da się zlikwidować; przypominająca o śmierci, która czai się za każdym z naszych planów i kiedyś wedrze się do każdego bezpiecznego azylu, niszcząc argumenty, że ktoś boi się o niej myśleć bądź rozmawiać.

Joanny nie ma już wśród nas, jak wielu, wielu innych ludzi – młodszych i starszych – którzy przegrali nierówną walkę z tą chorobą. Została po niej tylko pomarańczowa chustka. Albo AŻ chustka.

Tytuł: „Chustka”
Autor: Joanna Sałyga
Moja ocena: 7,5/10


poniedziałek, 30 czerwca 2014

W zamknięciu. Recenzja książki

Wyobraźcie sobie, że jesteście Żydami w czasach II Wojny Światowej. Nie życzę temu nawet najgorszemu wrogowi, szczególnie od mojej wizyty w byłym obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, gdzie zachowały się fragmenty torów, lokomotywa, krematorium i baraki.. W tych barakach nie trzymałabym nawet świń, bo to przecież zwierzęta, które czują. Pomijając fakty, że tylko Polacy mieli luksus zostania w obozie, pracowania tam i tak dalej, a Żydzi byli brani od razu do gazu (sama nie wiem, co było lepsze), poza tymi, którzy, według Niemców, nadawali się do pracy. W innych mniejszych obozach nie było też tak lekko, chociaż lepiej niż w Fabryce Śmierci, jak do dziś nazywa się w Auschwitz.

W sumie Żydzi, gdy byli ukrywani przez jakiś dobrych ludzi (a musieli być to bardzo dobrzy ludzie, bo kiedy ukrywanego Żyda znaleźli Niemcy, cała rodzina ukrywających została zabita, jak zapewne wiecie), też mogli przeżyć wojnę, a przynajmniej tak było w Polsce. A w innych krajach? Wiadomo, w III Rzeszy Żydów już nie było, to naturalne i normalne, w Francji się ukrywali, w Austrii wiadomo, w Anglii.. Cóż, Anglia była bardzo szlachetnym krajem, który nie ucierpiał podczas wojny tak mocno jak, na przykład, Polska, a zresztą nie było tam dużo społeczności żydowskiej. A w Holandii? Kraju tulipanów i wiatraków? Zobaczmy...

Kilka dni po tym, jak Anne Frank zaczyna pisać dziennik, ona i jej rodzina muszą się ukrywać. W oficynie, wraz z znajomymi, państwem van Daanów, a później także z Albertem Dusselem, dentystą. Dlaczego? To proste, są Żydami, a okupacyjne władze hitlerowskie wywożą Żydów do Auschwitz. Żyją w zamknięciu, po cichu, przez dwa lata, dopóki ktoś ich nie wydaje. Żyją w ciągłym napięciu, w strachu przed wykryciem, codziennie się kłócąc i staczając ze sobą nawzajem swoją własną, małą wojnę. Kochają się, nienawidzą, rozczarowują się.. Aż pewnego dnia przed Oficynę zajeżdża oficer Gestapo i dwuletnia męczarnia kończy się aresztowaniem I o tych właśnie dwóch latach jest ten dziennik, zapisany ręką najpierw trzynastolatki, później czternastolatki, a na końcu piętnastolatki.

Może, jak zacznę od plusów, fani książki mi wybaczą resztę tej recenzji. Mam przynajmniej taką nadzieję, ale już z góry proszę o przebaczenie. Tak to czuję i nie sposób na to zaradzić, niestety.

Do prawie przedostatniej strony, nie byłam wstanie zrozumieć fenomenu tej książki. Dlaczego jakiś tam pamiętniczek jakiejś Żydówki, która, szczerze mówiąc, źle nie miała, kiedy się porówna do losu zagazowanych dzieci z obozów koncentracyjnych, jest taką słynną książką, a w miejscu, w którym dziewczyna się ukrywała, powstało muzeum ku jej pamięci. Teraz już wiem: w papierach i notatkach Żydów z czasu holocaustu nie ma świadectwa kogoś tak młodego jak Anne. Kogoś, kto nie potrafi jeszcze obiektywnie ocenić tego, co się dzieje wokół niego. Kogoś, kto nie jest świadomy całego zła i ma nadzieję, że kiedyś będzie inaczej. Ta piękna,dziecięca naiwność..

Pamiętnikowa konwencja jest w tym przypadku bardzo ciężka. Wpisy Anne są różnej długości, jednak – niestety – ciekawych fragmentów opisujących życie w Oficynie jest mało. Większość, jak w dziennikach bywa, jest opisem przeżyć wewnętrznych Autorki, a także zdarzeniami, które są ważne tylko dla niej. Dlatego czasami dość przynudzało, bo raczej nie jestem jedną z tych ludzi, którzy lubią czytać wynurzenia nastolatek o śnie z chłopakiem w roli głównej, albo też o tym, że rozmawiała z innym o męskich i żeńskich układach rozrodczych (no to rzeczywiście bała się wykrycia!). Interesowało mnie życie w Oficynie, konflikty międzyludzkie, które tam wybuchały i charaktery poszczególnych ukrywających się, bo – jak wiadomo nie od dziś – w takim zamknięciu, jeszcze w czasie dwóch lat, ujawniają się wszystkie, nawet najszkaradniejsze wady ludzkie, a przy końcu, co również tu było, wszyscy łykają walerianę, bo psychotropów jeszcze wtedy nie wymyślili. Sięgając po tą książkę, miałam właśnie nadzieję, że to będzie literatura tego typu, bo przecież okładka informowała, że to o holocauście..

Nie polubiłam głównej bohaterki i Autorki, Anne. Oczywiście, ja rozumiem, wiek nastoletni, burza hormonów, zafascynowanie popkulturą, ciężkie warunki, bo dwa lata w zamknięciu i te wszystkie konflikty i ple, ple, ple. Ale jak można być aż tak wredną, humorzastą, chamską idiotką? Rozumiem, że nie mogła porozumieć się z matką, że ona traktowała ją jak małą dziewczynkę, ale żeby być taką wredną i bez serca? No i jeszcze ten list do ojca. Niby go to tak bardzo kochała, ale jednak.. Już o tych Peterach nie mówię, bo po co marnować czas i pisać, że takie rzeczy w ustach piętnastolatki to po prostu żal i żenada, jak mówi moja mama. On miał siedemnaście lat, ona piętnaście, a kochali się, że aż strach (no dobra, trochę przesadzam), a za kilka miesięcy już o sobie nie pamiętali. Dziwne, nie? Już nie mówiąc także o tym, jak przymilnie żartowała sobie z nauczycielami, albo, w pierwszych stronicach pamiętnika, oceniała wszystkie dzieci z jej klasy. A kim ona była, by je oceniać? Najgorsze jest to, że Anne, jak każdy człowiek zresztą, próbuje się usprawiedliwiać na kartach swojego dziennika, a czytelnik, chcący się dowiedzieć coś o życiu w Oficynie, Żydach i II Wojnie Światowej, jest skazany na czytanie o trudnych i nudnych procesach zachodzących w jej duszy, które, jak sądzi, usprawiedliwiają jej wredne zachowania. Oczywiście, nie braknie tu kwiatków w stylu Nikt mnie nie rozumie!, co jest wyświechtanym przez nastolatków komunałem i pośmiewiskiem starszych ludzi (chociaż oni, szczerze mówiąc, zapomnieli, kiedy sami to mówili). Owszem, podziwiam jej dziwny zapał do nauki (w sumie, co miała robić) i samozaparcie, ale nigdy nie chciałabym mieć z nią nic wspólnego w normalnym życiu, ewentualnie, gdyby książki były furtkami do opisywanych przez pisarzy światów, z chęcią przetrzepałabym jej skórę.

Styl Anne jest bogaty, kwiecisty i tak naprawdę obserwujemy jego rozwój podczas pisania pamiętnika przez całe dwa lata. Wydawał mi się dość przekombinowany i ciężki. Przyswajanie sobie kolejnych linijek moim zdaniem trwało wieki, lżej tylko było, kiedy Anne z wirtuozerską lekkością przedstawiała nam punkt widzenia mieszkańców Oficyny na różne sprawy, najczęściej polityczne. Zresztą, nie można jej odmówić talentu do ciekawego opisywania zabawnych czy strasznych sytuacji i, gdyby poćwiczyła opisywanie przeżyć wewnętrznych w sposób komunikatywny i przestała pisać tak kwieciście, może wyrosłaby jakaś porządna pisarka, kto wie.

Reszta bohaterów została przez Anne przedstawiona bardzo negatywnie, dlatego czytelnik też ich nie polubi. Polubiłam jednak Margot, straszą siostrę Anne, nie wiem dlaczego. Może była nieco podobna do mnie? Może Anne rzadko o niej pisała, a jeśli już, to pozytywnie? Może Margot zaimponowała mi swoją skromnością i tym, że nie lubiła być w centrum wydarzeń? Może dlatego, że była taka szlachetna i odstąpiła swojej rozkapryszonej siostrzyce Petera, którego Anne i tak później rzuciła. Co za szastanie czyimiś uczuciami, chociaż w sumie mu też nie za bardzo zależało na niej, chyba po to, żeby z kimś mieć porozmawiać o narządach płciowych. Tylko przenieść tę historię do XXI wieku, a już dramat amerykańskich nastolatków mamy jak się patrzy!

Nie było moim zamiarem być tak złośliwą, wręcz na początku było mi żal, że Autorka tak tę książkę skopała, no i że poświęciłam mój czas na lekturę, która i tak wiele nowego nie wniosła do obrazu Europy i sytuacji Żydów podczas II Wojny Światowej. Ponieważ kiedyś czytałam coś tam o dziewczynie, która miała fioła na punkcie Anne Frank, a moja ciocia była nawet w byłej Oficynie, którą przekształcono na muzeum, oczekiwałam fajerwerków. Doświadczonej przez los, porządnej dziewczyny (nie byłoby tak źle, gdyby nie wredny charakter Anne, a komu chce się czytać pamiętnik osoby, której nie lubi?), a nie.. A nie ważne. Przecież zawsze, wszystko się do czegoś przyda, a to było nawet niezłą analizą tego, co się dzieje z nami, gdy latami siedzimy w klatce własnego, obezwładniającego strachu i obaw, że jutro, zamiast życiodajnym tlenem będziemy oddychać cyklonem B..

Tytuł: „Anne Frank: Dziennik (Oficyna)”
Autor: Anne Frank
Moja ocena: 4/10