Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2015

Piekło sumienia. Recenzja książki

Czy wyobrażasz sobie, jak to jest zabić człowieka? Nie chodzi tu o kwestie estetyczne, wiadomo, większość delikatnych ludzi z trudem zniosłoby widok dużej ilości krwi. Ale czy ktoś z was potrafiłby zabić człowieka? Dostrzec strach i zdziwienie w oczach ofiary, zanurzyć narzędzie zbrodni w jego ciepłym ciele, takim jak nasze, zadać śmiertelną ranę. Słyszeć krzyk, pośmiertne drgawki, nieruchome oczy. Serce tego człowieka biło przed chwilą, przez żyły płynęła krew; nasza ofiara myślała, może marzyła. A teraz wszystko się skończyło, nagle. Przez nas. Może mój opis jest bardzo amatorski i pospieszny, wzruszacie ramionami, ale myślę, że niemal dla każdego byłoby to strasznym przeżyciem, chociaż teraz nie zdajecie sobie z tego sprawy. Zabicie człowieka nawet podczas wojny jest dla jednostek wrażliwych traumą prowadzącą czasami do szaleństwa. I nawet ci, którzy wrogów na wojnie zabijają z zimną krwią, mogą się spodziewać, że krew tamtych ludzi odciśnie na nich niezatarte piętno, jakąś plamę, traumę. Uważam, że tylko psychopaci traktują to jak rzecz naturalną jak jedzenie, a dla totalnych poprańców stanowi to przyjemność (co nie jest takie dziwne, jeśli nad tym się zastanowić). A jakie są motywy zabójstwa? Po wojnie, w której każdy zabija każdego i temu, zemście i chorobie powody dają zmieść w dwóch kategoriach – jeśli nie wiesz o co chodzi, chodzi o pieniądze albo seks, mawiał mój dziadek i to jest święta prawda. Chociaż nie zawsze – czasami powody są abstrakcyjne, trudne do zrozumienia, niekiedy nawet szlachetne (mimo tego bez większego trudu można obalić teorię cel uświęca środki), nierzadko wywodzą się z systemów filozoficznych, religijnych (święta wojna w islamie i chrześcijaństwie) i społecznych; rodzą się w umysłach ludzi na tyle rozsądnych i inteligentnych, że trudno posądzić ich o coś takiego, nawet podejrzenie ich jest absurdalne. Wszystko jednak zależy od punktu widzenia – dla nas, zwykłych ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy nie posuną się do morderstwa, mordercy we wszystkich kryminałach wydadzą się źli i straszni, a ich mózg mroczny i zniszczony. Ale czy na pewno? A co oni sami o sobie myślą?

Rodion Romanowicz Raskolnikow zabił. Jego ofiarami były bogata lichwiarka i jej przyrodnia siostra. Zabił dla pieniędzy, bo jako były student żył na skraju nędzy, ale głównie dla swoich poglądów. Teraz musi zmierzyć się z konsekwencjami swojego czynu - okazuje się jednak, że nie potrafi z tym żyć, co prowadzi ostatecznie do przyznania się do winy. Morderstwo niszczy bohatera, doprowadza go do granic szaleństwa, niemal do śmierci, torturuje w niezwykle wyszukany sposób; niejako gotuje mu piekło na ziemi. Upada tak nisko, że jedną osobą, która jest w stanie go zrozumieć (i pokochać) jest prostytutka Sonia, która zresztą nie wybierała swojego zawodu. To nie jest jednak romans dwójki upadłych ludzi, to raczej głębokie studium niezwykle ciekawej osobowości, genialnej i wypaczonej, na tyle skomplikowanej i niejednoznacznej, że   należałoby poświęcić jej oddzielny tekst i o której można rozmawiać całą noc. Istotnym elementem fabuły jest chorobliwa walka bohatera o zatuszowanie całej sprawy, co zajmuje większą część książki, a także – co chyba i dla pisarza i dla czytelnika najważniejsze – dogłębna analiza motywów bohatera i skutków – szczególnie psychologicznych – jego czynu, z tego powodu w powieści nie dzieje się dużo, co nie jest jej wadą, wręcz przeciwnie. To niezwykła powieść kryminalna (choć bardziej odpowiadałoby mi określenie powieść psychologiczna, chociaż – jak każdą wybitną powieść – ciężko zaszufladkować do jakiegokolwiek   gatunku) opowiedziana przez mordercę, w dodatku mordercę nietuzinkowego, jakiego szukać możemy chyba jedynie u Szekspira.

Tak, u Szekspira. Raskolnikow od początku kojarzył mi się z szekspirowskim Makbetem. Oboje byli normalnymi ludźmi ogarniętymi obsesją, żaden z nich także nie poradził sobie z konsekwencjami zbrodni i sumieniem – chociaż u Rodiona rozgrywa się to na płaszczyźnie bardziej psychologicznej – i oboje niejako zostali ukarani za życia. To skojarzenie bardziej literackie i uniwersalne, bo Szekspir wyczerpał niemal wszystkie wzorce zachowań ludzkich; inna rzecz jest więc bardzo ciekawa. A mianowicie elementy filozofii Nietzschego, a także ideologii nazistowskiej, która – jak wiemy – czerpała dużo, oczywiście w formie nieco zmienionej, z osiągnięć owego filozofa. Rzecz zadziwiająca, bo powieść została napisana w latach 60. XIX wieku, a największe dzieła Nietzschego w około roku 1888, czyli znacznie później. Chodzi mi tu przede wszystkim o przekonania bohatera i jego motywy, przypominające nieco teorię o nadczłowieku – zarówno Autor jak i Nietzsche posługują się tu porównaniem do Napoleona! – znacznie jednak bardziej rozbudowaną i w nieco innym znaczeniu, w każdym razie nieco jakby polemizującą z owymi poglądami, a także ciekawie do nich nawiązującą. Czyżby to właśnie pisarz wymyślił to wszystko? Czy udowodnił, że mrzonki o nadczłowieku są tylko iluzją, pobożnym życzeniem i pokazał, co dzieje się z człowiekiem, kiedy w to uwierzy? A co było tytułową karą?  Tak! To niezwykle ciekawy temat na dyskusję z kimś, kto umie spojrzeć głębiej, kogo jeszcze interesują te zagadnienia, kto ma jakieś ciekawe spojrzenie na sprawę (choć i tak wiadomo, że jakkolwiek spojrzymy na poglądy bohatera, dojdziemy do wniosku, żeby były one po prostu absurdem, niemal takim samym absurdem, jak pogląd, że pewien Austriak ze śmiesznym wąsikiem ma moralne prawo skazywać innych ludzi na straszliwą śmierć w obozach koncentracyjnych, bo takie jest niebezpieczeństwo poglądów bohatera powieści). Chociaż  nie porównuj Napoleona i Juliusza Cezara z Raskolnikowem, bo oni nigdy osobiście nie zabili, więc nie sprawdzili, czy są nadludźmi – powiedziała moja Mama, która fabułę książki zna tylko z mojego opowiadania i swoich szkolnych wspomnień. I ciężko się z nią nie zgodzić, chociaż z każdym dniem, kiedy myślę o książce, zauważam coraz więcej akcentów, ciekawych kwestii i na tym polega jej piękno i niezwykłość.

Inna ważna kwestia to bohaterowie – postacie niezwykle plastyczne, żywe, które Autor konstruuje z niezwykłym pietyzmem i przerażającą wiarygodnością. Najciekawszą z nich jest Raskolnikow – indywiduum  bardzo skomplikowane, ciekawe, niejednoznaczne, ale z pewnością nie dające się nie lubić, mimo popełnionego morderstwa. Jest tylko człowiekiem i to człowiekiem staczającym się po równi pochyłej dręczących wyrzutów sumienia i załamania psychicznego, tkwiącym w piekle swoich przekonań i głębokiego poczucia, że nie jest ich wart, ponieważ próba okazała się kompletną klapą. Jednocześnie – jak napisałam wyżej – nie można Raskolnikowa nie lubić. Budzi litość, współczucie, czasami chcemy nawet, żeby nic się nie wydało i Rodia nie musiał iść na katorgę, jesteśmy gotowi przebaczyć mu nawet całe te niedorzeczne bajanie. Ba! Wydawałoby się, że każdy zdrowo myślący człowiek popukałby się w czoło z współczującym uśmieszkiem słysząc jego wywody, a pisarz, który chciałby napisać na ten temat książki naraziłby się tylko na śmieszność i produkt książkopodobny zupełnie bez sensu, który nie można strawić. Tutaj jednak teorie Raskolnikowa nabierają poważnego, prawdziwie strasznego, a przede wszystkim realistycznego wymiaru. Dzieje się tak, ponieważ Autor nie demonizuje ani nie idealizuje bohatera, przedstawia tylko – z niezwykłą wrażliwością obserwatora i znawcy - pełnowymiarowego człowieka ze wszystkimi elementami ludzkiej psychiki i charakteru; jest szczery z czytelnikiem i lojalny wobec bohatera, nie ocenia i nie przestrzega przed karą Boską, tylko opisuje, a pokazując jego wiarę w wydumane teorie nie podaje pewnych wniosków i poglądów, ukrywając i tuszując pewne akcenty, by czytelnik sam poszukał rozwiązania zagadki, sam ocenił głównego bohatera. Wciąga nas tylko do mrocznego świata jego obsesji i postępującego załamania psychicznego, wyciągając brutalnie na światło dzienne wszystkie jego myśli, analizując każdy jego stan. To niezwykle ciekawe doświadczenie, szczególnie, że w pewnym momencie miałam wrażenie, że Autor pisze o postaci autentycznej, a nie książkowym bohaterze, który wyłazi z kart powieści i któremu jesteśmy niejako zmuszeni kibicować. Przynajmniej mnie zmusił do tego i bardzo mnie to przerażało, bo przecież chciałam, żeby sprawiedliwości stało się zadość - wiadomo, to chyba naturalne.

Jednak pozostałe postacie były równie ciekawe – bardzo polubiłam prostytutkę Sonię, ukochaną Raskolnikowa, a scena, w której czyta Pismo Święte, zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie (pierwotnie scena ta była o wiele dłuższa, ale carska cenzura uznała – niestety- że byłoby to dość nieprzyzwoite). Sonia tak naprawdę jest biedną, nieśmiałą i pobożną dziewczyną, bardzo zakochaną w nieszczęśliwym mordercy, jak on osobą upadłą, jednak nie z własnego widzimisię, ale z konieczności, jedyną, która nie potępia Raskolnikowa, widzi dla niego drogę ocalenia. Dzięki niej delikatny wątek romantyczny jest bardzo piękny i prawdziwy, o wiele bardziej prawdziwszy od większości innych, podobnych wątków bo gorzki i pełny heroicznego przebaczenia. Przez to prawdziwie piękny. Ciekawą, doskonale skonstruowaną postacią jest sędzia, Porfiry Pietrowicz, człowiek z wyglądu i zachowania budzący tylko komiczną sympatię, jednak tak naprawdę doskonały manipulator i znawca ludzkiej psychiki, stosujący swoją wiedzę w pracy – co w tamtych czasach było naprawdę dość niespotykane i innowacyjne – który niemal wyciąga od Raskolnikowa jawne przyznanie się do morderstwa. To ciekawy bohater, postać inna i nieprzewidywalna, bardzo fascynująca, którą po prostu nie można rozgryźć. Na uwagę zasługuje także matka Rodii – nieszczęsna Pulcheria Aleskandrowna, zakochana w swoim synu aż do granic z kompleksem Jokasty, chociaż może bardziej nakreślona niż przedstawiona, ale budząca współczucie każdego czytelnika. Sympatyczna jest także Awdotia Romanowna, siostra Raskolnikowa, której postać aż prosi się o dodanie jeszcze kilku rysów i której związkowi z serdecznym przyjacielem Rodii, Razumichinem, kibicowałam od pierwszej sugestii Autora. Naprawdę! To był zdecydowanie mężczyzna dla niej, a nie jakiś paniczyk Łużyn, który w swą poniekąd udaną zemstę wplątał Sonię i jej rodzinę, doprowadzając do tragicznej śmierci Katarzyny Iwanowny (zaryzykuję nawet stwierdzenie, że był większym i gorszym mordercą niż Raskolnikow, bo udało mu się coś, w czym nasz bohater poległ: otóż nie miał specjalnych wyrzutów sumienia) i nieszczęśliwy, aczkolwiek zły Swidrygajłow, ale tu wolę przemilczeć wszystko – z pewnością będziecie tak samo zaskoczeni jak ja i nie chcę wam tego zaskoczenia odbierać. Choć to postacie poboczne, mają naprawdę ciekawą psychikę i własną historię, jednak nakreślone przez Autora dość szkicowo i aż proszące się o ich pogłębienie – choć z drugiej strony – zburzyłoby to delikatną konstrukcję książki, odpowiedzialną za harmonię w treści.

Bo fabuła jest bardzo harmonijna i wystarczyłby wątek lub dwa, by to wszystko poszło w diabły, zostawiając tylko chaos. Choć akcji nie ma dużo – tylko na początku książki dzieje się coś, co w ten sposób mogłoby wciągnąć czytelnika (szczegółowo opowiedziane zabójstwo), trudno było się od książki oderwać. Intryguje zmiana perspektyw – zwykle sprawę kryminalną oglądamy oczami śledczego lub innej osoby w jakiś sposób zamieszanej w śledztwo, a nigdy, w pełni, przez mordercę. Intrygują same dość egzotyczne poglądy Raskolnikowa. Intryguje więź łącząca go z Sonią, jego choroba, mrok, który siedział w głębi jego duszy (chyba to  jest najciekawsze). Intrygują wątki poboczne, pełne surowego, twardego życia – w szczególności realistyczna historia Katarzyny Iwanowny i jej dzieci – czasami ciężko uwierzyć, że to wszystko fikcja; aczkolwiek wiele sytuacji z powieści ma swoje źródło i inspirację w tym, co przeżył sam Autor. Intryguje rola kolejnych bohaterów – bo historii Rodiona, jakby za sprawą jakiegoś fatum, nic nie jest przypadkowe, od spotkania w szynku zapijaczonego urzędnika Marmieładowa do ducha Marfy nawiedzającego jej męża i tajemniczej topielicy. Intrygują takie drobnostki jak niedopowiedzenia, aluzje, światłocienie i nawet to, że w pewnym momencie Raskolnikowi niemal udaje się przekonać czytelnika do swoich poglądów (przynajmniej było tak ze mną). Powiedziałabym, że więcej zwrotów akcji zniszczyłoby ten niezwykły klimat, te powolne zanurzanie się w mrocznym świecie bohatera – zarówno jego umysłu i uczynku, jak i ludzi wokół, w najlepszym przypadku będących po prostu szlachetnymi biedakami. Odciągnęłaby uwagę czytelnika od tego, co w powieści najważniejsze – już nie tak bardzo jednoznacznych definicji słów zemsta i kara, a złożoność wnętrza Raskolnikowa i jego motywów sama w sobie jest taka ciekawa, że czyta się niemal jednym tchem. I tylko z końcówką miałam problem, bo w stosunku do całej powieści i do tych skończonych, niezwykle trafnych i szerokich opisów psychiki mordercy, opis przełomu, momentu w którym Raskolnikow, na swój pokręcony sposób, zrozumiał istotę swojej zbrodni, zaskoczył mnie prawie negatywnie. Czyżby Autor się spieszył? No tak, było to w epilogu, a epilog oznacza raczej – przynajmniej w tych klasycznych powieściach – rzut na losy bohaterów po skończeniu akcji właściwej. Krótki. Właściwie to bardzo, ale to bardzo szkoda, bo zabrakło szerszej, zwykłej dla tej książki perspektywy, głębszego opisu. W porównaniu z resztą wydaje się to dość liche, mało wiarygodne i dość niezrozumiałe. Nie wiem, to takie tylko moje wrażenie. Zresztą, gdybym potrafiła się gniewać na autorów takich książek ja ta, obraziłabym się na pisarza już dawno – zakończenie jest takie… Kurczę, naprawdę nie ma kontynuacji?

Mimo wszystko czytało się dość ciężko, ale to raczej wina nie pisarza, ale moja. O afrykańskich upałach lepiej już nie wspominać, dość że chodziłam zła, zmęczona i spocona, a w uszach huczał mi wiatrak, przytargany przez kogoś z rodziny. No i jeszcze trzy dni w mojej Arkadii, wspaniałe trzy dni, chyba najpiękniejsze wspomnienie z wakacji. I jak tu czytać taką książkę? Zasypiałam nawet przy oglądaniu Muszkieterów, a jedyne moje marzenie było leżeniem na dnie basenu, ewentualnie gazowaną wodą z sokiem i lodem. Powieść, by odkryć wszystkie jej smaczki i nimi się delektować, wymaga czasu, cierpliwości i skupienia, a mnie brakowało tych dwóch ostatnich, bo słoneczne godziny wlekły się tak, jak gdyby nawet one nie miały siły. Czytało ciężko, wolno, bardzo wolno, mimo że nie ukrywam, że Autor posługuje się moim ukochanym, klasycznym stylem, który jednak dla przegrzanego mózgu okazuje się zbyt ciężki. Kiedy jednak sięgnęłam po książkę wieczorem, zatonęłam po uszy w pięknym, melodyjnym stylu pisarza, pełna podziwu dla niezwykle trafnych określeń i opisów; głębokiego studium człowieka i empatycznego sposobu opisywania ludzkiej biedy – zarówno tej moralnej jak i materialnej. Jak zdania łączą się w melodyjną całość, a pod nimi ukrywa się coś jeszcze – znaczenia, które czytelnik musi odszukać sam. To prawdziwa przyjemność obcować z takim pisarzem, przenikać jego świat, wgryzać się ze smakiem w jego słowa, piękne, klasyczne i na pozór zwykłe, ale mówiące tyle nie tylko o Raskolnikowie, ale o człowieku w ogóle. Trzeba jednak się skupić, zapomnieć o przytłaczającej, gorącej rzeczywistości, być cierpliwym i uważnym; wtedy książka odwdzięczy się nie tylko pięknym, przebogatym stylem Autora.

Przyzwyczajona do pięknych – a przynajmniej ciekawych czy estetycznych - okładek Wydawnictwa, byłam nieco zawiedziona. Owszem, twarda oprawa jak zwykle mi się podoba – bo książki wyglądają znacznie bardziej bogato, a ciężar książki robi wrażenie (jest lekka jak piórko!), jednak z okładką nie jest już tak bardzo optymistycznie. Zestawienie czerwieni z siwym i białym jest naprawdę udane, ale… Młody mężczyzna powyżej z charakterystycznym czarnym paskiem choć nie prezentuje się malowniczo, w jakiś sposób nawiązuje do treści książki, za to kompletnie nie rozumiem tego widoczku z Petersburga, chociaż – faktycznie – bez niego okładka byłaby jeszcze gorsza bo bardziej pusta. Razem z dość dziwną czcionką, jaką napisano imię i nazwisko Autora oraz tytuł, wszystko wygląda dość zwyczajnie i niepociągająco, tym bardziej dla kogoś, kto nie jest mną i szuka książki w konkretnej okładce, a nie książki w ogóle. Sytuację wydaje się ratować ładny, czerwony grzbiet (na półce wygląda to naprawdę dobrze!) i ciekawy szlaczek, nawet w stylistyce rosyjskiej, ozdabiający krawędź okładki z dwóch stron. Blurb jest bardzo ciekawy, napisany klasyczną, czerwoną czcionką na szarym tle, choć raczej trudno powiedzieć, że udało się tam uchwycić to, o co chodzi w książce, a informacja o tym, że Autor interesował się psychiką morderców, z pewnością przekona mniej zainteresowanych. Całość – mimo twardej oprawy – jest nieco lepsza od Jane Eyre, ale wciąż dość przeciętna, daleka od okładek Wichrowych Wzgórz czy choćby Poduszki w różowe słonie. To jednak tylko okładka - tak samo jak z człowiekiem, liczy się bardziej treść niż forma.

Każda książka, która ze mną gdzieś podróżowała czy towarzyszyła w jakimś konkretnym wydarzeniu – miłym czy nie – oprócz historii samej w sobie niesie ze sobą jakieś wspomnienia, momenty z określonego odcinka czasu, gdy czytałam daną powieść. Ba! Gdyby się tak zastanowić, każda z nich ma jakąś swoją historię, która zwykle mi się z nią kojarzy; najczęściej jest to coś, na szczęście, pozytywnego. Z czym kojarzy mi się ta książka? Z latem. Z najpiękniejszymi z niego wspomnieniami. Z afrykańskimi upałami, z tym, że podczas snu wbiłam sobie paznokieć w rękę i potem bardzo bolało. Z głupimi fotkami, przypominającymi piękne (i głupie) czasy gimnazjum. A także z długą dyskusją z Mamą, na tematy poruszone przez Autora, nie tylko dlatego, że jak chcę mówić, to gadam do kogokolwiek, kto nawinie mi się pod rękę, ale też dlatego, że niej wszystko jest takie proste i oczywiste. I z nierozstrzygniętymi, wciąż dręczącymi pytaniami, jakie zrodziły się po przeczytaniu. A ja nie lubię takich pytań, choć uwielbiam książki, które skłaniają mnie do ich zadawania; z niedokończoną charakterystyką Raskolnikowa i którym właściwie można napisać jakąś pracę, jak zresztą o każdym człowieku żywym i realnym. I oczywiście wieloma trafnymi spostrzeżeniami i wnioskami, przez które rodzą się kolejne pytania, które zamiast sprawiać, że ogólny obraz staje się jaśniejszy, przyciemniają go jeszcze bardziej. W każdym razie tylko jedno jest pewne: nieważne, czy morderstwo będzie z dobrych chęci czy nie i tak trafisz do piekła, jakie urządzi ci sumienie. No, chyba że jesteś nadczłowiekiem, geniuszem, a nie normalną, ludzką wszą. Ale co w takim razie oznaczają słowa geniusz, nadczłowiek, wsza? Czy takie pojęcia w ogóle istnieją?

Tytuł: „Zbrodnia i kara”
Autor: Fiodor Dostojewski
Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MG



środa, 5 sierpnia 2015

Zamczysko nad urwiskiem. Recenzja książki



Brytyjczycy, w przeciwieństwie do Polaków, potrafią dbać o swoją historię, pamiętać o swojej przeszłości, chwalić się ją przy innych. A mają czym. Wielka Brytania została zdobyta tylko dwa razy – przez Juliusza Cezara i Wilhelma I Zdobywcę (bitwa pod Hastings, 1066), nie uginając się nawet przed Hitlerem. W swojej długiej historii maleńka wyspa oddzielająca Europę i Morze Północe od oceanu stała się imperium kolonialnym, a Wiktoria Hanowerska cesarzową Indii. Wcześniej też nie było gorzej: w średniowieczu potężni Plantagentowie posiadali spory kawał Francji – zmieniło się to dopiero po wojnie stuletniej – a słynny Ryszard Lwie Serce jako potężny władca wybrał się III krucjatę, w czasie której może i by odbił Jerozolimę z rąk Saladyna, ale kłótliwe i złe stworzenie z niego było. Po przegranej wojnie stuletniej i wojnie domowej Dwóch Róż władzę objęła dynastia Tudorów, w tym znany wszystkim Henryk VIII, który nie tylko miał kilka żon, ale i zmienił religię swojego państwa na krajową odmianę chrześcijaństwa. Nie rozumiem fascynacji jego osobą, tak jak całą dynastią, ale naprawdę podziwiam Anglię, że zmiany jej nie osłabiły, ani nie doprowadziły do upadku, szczególnie że nieprawdą jest, że wszyscy potulnie zgodzili się na nową wiarę – katoliczką była Maria Tudor, która do historii przeszła jako słynna Krwawa Mary i szkocka Maria Stuart, jedna z najtragiczniejszych europejskich monarchów. Jednak chyba najbardziej trwale w historii zapisała się postać Królowej Dziewicy, która nigdy nie miała męża, wiedząc, że wynikający z małżeństwa sojusz może w jakiś sposób osłabić Anglię – oczywiście jest to Elżbieta I. 

W 1551 roku nie jest jednak potężną królową, ale zastraszoną królewną, ostatnią z wielkiej dynastii. Właśnie umarła jej siostra, Maria Tudor i wszyscy protestanci w kraju odetchnęli z ulgą, bo Elżbieta wyznaje nową wiarę i z pewnością nie będzie palić anglikanów na stosach. Sytuacja polityczna nie jest dobra – we Francji, u boku delfina Franciszka, przebywała królowa Szkotów, Maria I Stuart, na domiar złego katoliczka, a cesarz Filip II jeśli nie był zajęty osłabianiem potężnej dynastii Jagiellonów (jak się miło złożyło, właśnie nie dawno czytałam i recenzowałam książkę o tym), to ostrzył sobie zęby na Anglię. Wokół nowej królowej zaczynają się plątać hiszpańscy szpiedzy i inne podejrzane indywidua, na domiar złego królowa obawia się, że jej pilnie strzeżona tajemnica może wyjść na jaw, a tym samym doprowadzić do jej zguby. Wysyła więc swojego oddanego szpiega, Brendana Prescotta, do pewnej ponurej, zapuszczonej rezydencji gdzieś na morskim urwiskiem, mającej wiele ponurych – jak przystało na takie miejsce – tajemnic. On jednak zmaga się nie tylko z kilkoma kryjącymi wiele mieszkańcami Vaugham Hall, ale z własnym pochodzeniem i demonami z przeszłości, które nagle zaczynają zmartwychwstawać… Czy oddany szpieg królowej ominie wiele przeszkód i ocali swoją królową? Czy uleczy się z traumatycznych wspomnień i zamieszka ze swoją ukochaną kobietą? I jaki sekret kryje Elżbieta? 

Ja to mam mózg. Nie ma jak zacząć czytać od drugiej części! Uświadomiłam sobie to dopiero, kiedy przeczytałam pierwsze pięćdziesiąt stron. Brawo genialna ja! Na szczęście powieść nie okazała się być bezpośrednią kontynuacją, a wszystkie wydarzenie z poprzedniego tomu zostały przypomniane w retrospekcjach bohaterów i przez narratora, dzięki czemu – choć zazwyczaj takich rzeczy nie lubię – nie czułam się jak urwana z konopi. Jednym minusem jest to, że gdy zabiorę się za tom pierwszy, wszystko będę już wiedzieć, a zakończenie nie będzie dla mnie zagadką, ani też czymś zaskakującym. To nazywa się popsuć sobie rozrywkę zanim w ogóle się zaczęła, ale kiedy pogratulowałam sobie logicznego myślenia i lenistwa, przez które nie chciało mi się pogrzebać w Internecie, możemy przejść dalej. 

Okładka robi naprawdę dobre wrażenie. Książkę wydrukowano w większym, niestandardowym formacie (przez to czytało się ją nieco dziwnie, ale pewnie dlatego, że jestem przyzwyczajona do znacznie mniejszych książek), ale dzięki temu okładkowa ilustracja prezentuje się jeszcze lepiej – pomarańcz sukni kobiety jest bardzo intensywny, ale i ciepły, kontrastując z bielą koronki i górnej części rękawów, wspaniałych szerokich rękawów, jak przy każdej sukni z tamtej epoki, a także nazwiskiem Autora, zapisanym czarną czcionką. Widzimy też piękny naszyjnik kobiety i kawałek jej twarzy z ustami, wokół której wiją się brązowe włosy. Elżbieta to nie jest, bo ona była ruda, a przynajmniej – delikatnie mówiąc – jej włosy miały kolor przypalonego blondu, a suknia kobiety wydaje się u góry zbyt odkryta; w tamtych czasach noszono raczej głębokie kwadratowe dekolty, nie mówię jednak, że mi się nie podoba, bo wygląda to naprawdę dobrze, a poplamiona krwią karta przypomina, że nie jest to zwykły dworski romans, ale coś, co będzie krwawe, mroczne i tajemnicze, szczególnie, że na boku mamy napis, coś o kobietach które zmieniły bieg historii, sugerujący kolejną fabularyzowaną biografię królowej, jakoś tak nie pasujące do tego co mamy pod tytułem – że kobiety które zmieniły losy Europy i jakieś sekrety? Och tak, pomyślałam. Uwielbiam wszystko, co ma coś wspólnego z dworskimi intrygami i spiskami politycznymi, a to – moim zdaniem – opisywały oba blurby. Grzbiet książki prezentuje się równie elegancko z pomarańczowym nazwiskiem Autora na tle w kolorze ercù i klasyczną ramką z tytułem. Tylna okładka, z zarysem portalu (wygląda nieco orientalnie…?) z ciekawym blurbem i sympatyczny opis pisarza, którego od razu polubiłam, jako innego miłośnika historii na tym padole smutku i łez. W każdym razie okładka naprawdę przyciąga wzrok (wciąż nie mogę napatrzyć się na ten pomarańcz!) i zachęca do czytania, poznania, tego, co jest w środku. 

Autor ma dość dobry styl, pisze ciekawie, lekko, tak, że książkę można przeczytać w dzień lub dwa – właściwie całość, poza siedemdziesięcioma stronami, które przeczytałam przed snem, przebrnęłam w jedno popołudnie. Pisarz stara się obrazowo opisać rzeczywistość wokół bohatera, utrwalając zapachy i dźwięki; wprost lubuje się w opisach dworskiej rzeczywistości, aury unoszącej się wśród Elżbiety, pełnej odurzających perfum, zapachów bielideł, lekkich szelestów jedwabiu i aksamitu, grze uczuć i mimice twarzy bohaterów z niemal kobiecą subtelnością. Próbuje nawet stworzyć nastrój grozy w zapuszczonym Vaugham Hall gdzieś nad brzegiem stromego urwiska, zaplątanym w szczelną sieć tajemnic i nawet mu się to udaje, chociaż ja, fanka wszystkiego co mroczne i tajemnicze, byłam dość rozczarowana rozwiązaniem zagadki i brakiem morderstwa, chociaż  wtedy, kiedy wydaje nam się, że wszystko już wiemy, okazuje się, że w niektórych kwestiach się myliliśmy. To bez wątpienia bardzo ciekawy zabieg, skutecznie ubarwiający książkę. 

Z pewnością najlepszym bohaterem nie był Brendan - jestem nastawiona do tej postaci dość neutralnie, choć podziwiam jego odwagę w niektórych sytuacjach. To postać przeciętna, szara, nieco nudna, dość nijaka. Może nawet przypomina trochę jednego z tych bohaterów powieści kryminalnych, jakiegoś młodego inspektora z mnóstwem osobistych wrogów i duchami, które nie chcą go opuścić – co więcej – nie są duchami, chociaż tak mogłoby się wydawać. Prescott ma jakiś tam kodeks moralny, nieco wielkopańskie uosobienie (w sumie się nie dziwię, od tego przebywania na dworze i faworyzowania przez królową woda sodowa uderzyłaby do głowy każdemu) i nieco ludzkich zachowań; jest to jednak postać, która zostaje z czytelnikiem jakoś na długo. Może to wynika z tego, że Autor starał się, żeby każdy z nas, przeciętnych szaraczków, mógł się z nim utożsamić, by miał wyważoną ilość zalet i wad, ale chyba przesadził z tą przeciętnością, bo Brendan wydaje mi się po prostu szary i płaski, bez życia i bez czegoś, dzięki czemu czytelnik mógł go polubić. Szkoda w sumie, po dzięki temu powieść byłaby jeszcze ciekawsza, bardziej malownicza i wciągająca, a brakuje mi jakiegoś bohatera, o którym mogłabym przeczytać całą serię i myślę, że nieco poprawiony pan Prescott nadawałby się idealnie. 

Bohaterką, która zaintrygowała mnie najbardziej – i właściwie dla której przeczytam pierwszy tom – jest Sybilla Darrier. I tu nie chodzi już o imię i jakieś skojarzenia do pewnej innej Sybilli, którą, myślę, Autor powinien znać, ale o samą bohaterkę, zdecydowanie pasującą do imienia. Sybilla jest tajemnicza, mroczna, piękna, intrygująca, bez serca; w dodatku w jej opis pisarz włożył naprawdę dużo wysiłku i jest to chyba najlepsza postać w powieści, chyba również dlatego – że według odwiecznych zasad – zło fascynuje. No ale jak nie ma fascynować? Jest to mistrzyni iluzji, umiejąca wzbudzać pożądanie w Prescottcie i fascynować czytelnika. I chociaż wiem, że w pisarz mocno opiera się na archetypach, a wiele podobnych femme fatale kręci się wokół każdego mężczyzny we wielu kryminałach i powieściach tego rodzaju, to Autor naprawdę ciekawie przedstawił jej postać, spowijając ją warstewką mroku i prawdziwego, wyrafinowanego zła, niemal prawdziwa i żywa, podczas gdy tamte są po prostu albo prymitywne, albo nudne. Albo po prostu działa na mnie tak jej imię – bo nazwać swoją bohaterkę Sybillą to jak zrobić mi prawdziwie dobry prezent. 

Pozostali bohaterowie nie wyróżniają się niczym ciekawym – chociaż  Dziobaty i Nan to ciekawa, sympatyczna para, a lord Vaugham zyskał sobie nieco mojego współczucia. Dość interesująco przestawia się lady Vaugham, jednak gdyby Autor zdecydował się jeszcze bardziej rozbudować fabułę, jestem pewna, że postać ta mogłaby być jeszcze lepsza. Kate, ukochana naszego bohatera, to już całkowita porażka, nie tylko źle zarysowana, ale po prostu nijaka i bezpłciowa, nawet wtedy, kiedy ostrzega swojego ukochanego przed intrygami Elżbiety i wymierza mu policzek (ta scena, nie wiedzieć czemu, skojarzyła mi się z pierwszą częścią Piratów z Karaibiów). Może dlatego, że jest taka sztywna, albo że pojawia się na początku i na końcu? Jednak to ostatnie żadną przeszkodą dla dobrego pisarza nie jest, bo bywają postacie epizodyczne, pełne charakteru i temperamentu. Muszę też pochwalić – chociaż trochę – niezłe przedstawienie postaci dzieci Vaughamów, nakreślone z jakąś niemal matczyną wrażliwością, chyba jedyne godne sympatii postacie w ponurym dworze, nie do końca świadome tego, jakie dramaty i spiski rozgrywają się wokół nich. Sama królowa Elżbieta, wydawałoby się, najważniejsza postać w powieści, została sportretowana bardzo przeciętnie; Autor chciał przedstawić jak pełnokrwistą postać z zaletami i wadami, a jednocześnie możliwie wybielić ją tak, by zyskała sympatię każdego czytelnika i była kontrastem dla swojej siostry Marii (z którą spotkam się w tomie pierwszym), a jednocześnie była silna, władcza, ambitna i po monarszemu przebiegła, przez co Elżbieta jest postacią o rysach mocno rozmytych i niestałych, w dodatku chłodna, wyniosła i dość protekcjonalna, zupełnie nie przypominająca słodkiej, niewinnej, wesołej księżniczki, chociażby zwykłego człowieka z wadami i zaletami, barwną, pełną życia postacią. Przez cały czas wywoływała tylko moją irytację swoją nijakością (bylejakością?) i trzymaniem przy sobie kogoś takiego jak Robert Dudley, który każdemu człowiekowi działałby zbyt mocno na nerwy (jego konflikt z naszym szpiegiem jest mocno naciągany moim zdaniem i zupełnie niepotrzebny, chyba że nie wiem czegoś z tomu pierwszego, co jest bardzo prawdopodobne). Zresztą królowa przez większą część powieści pojawia się tylko w dialogach bohaterów, z którymi wiąże ją tylko… Ale tego nie będę mówić. 

Fabularnie jest to po prostu dość przewidywalny kryminał z historycznym tłem i kostiumami z epoki elżbietańskiej, co prawda niemal pozbawiony trupów oraz nieco naciąganą intrygą, ale Autor nadrabia to zwrotami akcji, potyczkami, nieprzewidywalnymi zakończeniami i kilkoma widowiskowymi scenami, jakie możemy znaleźć tylko filmach sensacyjnych. Trzeba jednak przyznać, że wtedy, kiedy wiemy już wszystko i uśmiechamy się pod nosem z powodu tak banalnego rozwiązania, okazuje się, że zostajemy oszukani przez Autora w naprawdę niezłym stylu. Sama byłam zaskoczona, choć jako samozwańcza wróżka już od początku, spoglądając na okładkę i tytuł domyślałam się istoty całej zagadki (chociaż to nie jest tak bardzo jednoznaczne, jak myślicie; trzeba odnotować także, że Polacy znów popisali się tłumaczeniem - w originale była nawet pasująca wendeta, więc skąd ten potomek?). To naprawdę ciekawy zabieg, bardzo odważny, muszę przyznać. Kilka elementów, szczególnie Sybilla i jej intrygująca historia, zaciekawiło mnie na tyle, by czytać dalej bez jakiekolwiek przymusu i – choć nie zafascynowało mnie bardzo – spędzić miło popołudnie. Nawet jeśli spodziewałam się czegoś innego, intrygi bardziej politycznej i dotyczącej bardziej Elżbiety niż Prescotta, może jakiegoś spisku w Anglii przeciw protestanckiej królowej, czy mającego na celu wyniesienie jej na tron, może zamachu na jej życie, w każdym razie czegoś bliższego prawdzie historycznej i z mniejszą dawką prywaty bohatera, którego perypetie – tak naprawdę – niemal bez większych szkód mogłyby zostać przeniesione do oplątanej habsburskimi intrygami i szpiegami jagiellońskiej Polski czy średniowiecznej Skandynawii. To jednak tylko kolejna lekcja, żeby nie ufać wszelkim blurbom, napisom na okładce im tym podobnym kwiatkom (chyba że założymy, że lady Vaugham niemal zmieniła losy Europy, a okrycie Prescotta było bardziej sensacyjne i nieprawdopodobne od lądowania UFO w Stonehenge). 

Prawda historyczna ma się tu źle. Bardzo źle. Chociaż nie da się napisać powieści historycznej, w której losy fikcyjnych bohaterów splatałyby się z historią nie zmieniając żadnego szczegółu choćby na użytek własny lub z powodu widzimisię pisarza (chyba że jest to powieść biograficzna, ale to zupełnie coś innego), to nie można popadać po prostu drugą skrajność i dać popis kompletniej nieznajomości podstawowych faktów historycznych jak scenarzyści Królestwa Niebieskiego. Tu już nie chodzi, że wtedy czuję się jakbym oglądała czy czytała fantastykę zamiast historii, ale o ile w nieszczęsnym filmie historię potraktowano bardzo dowolnie, to tutaj pisarz padł ofiarą straszliwszych uproszczeń. Nie wiem (nie potrafię też skonfrontować tego z pierwszą częścią), czy po prostu Autor nie przeczytał żadnych obiektywnych, dobrych opracowań na temat reformacji w Anglii i ostatnich Tudorów i bazował na szkolno-podręcznikowej wiedzy doprawionej Wikipedią, czy uznał, że pisząc o problemach Prescotta potrzebuje tylko wczesnoelżbietańskiej otoczki, bez skomplikowanych zagadnień politycznych, kulturowych i społecznych. Cokolwiek w każdym razie zrobił, nie wygląda to zachęcająco. Gdybym była mniej otwartą i tolerancyjną konserwatystką (a nie jestem) z pewnością obraziłabym się na Autora za to, co wypisuje tam o katolikach i o królowej Marii, której krwawa legenda z czasem przerosła ją samą. Ba! Nie chcę uogólniać, ale wydaje mi się, że katolicy zostali przedstawieni dość negatywnie (Sybilla, lady Vaugham, jej mąż i kilku innych), bardziej negatywnie niż anglikanie, między którymi można znaleźć nieco sympatyczniejszych postaci. A Filip II Habsburg to już diabeł wcielony, nie lepszy od Marii (bohaterowie przechadzając się po Londynie wciąż spotykają świadectwa jej krwawych rządów),którzy żyje tylko dla zniszczenia Anglii i nie cofnie się przed niczym. Cóż, polityka, Filipek kombinował nawet z małżeństwem z Królową Dziewicą, ale wątpię, żeby miał czas i interes doprowadzić Tudorów do zupełnego zniszczenia, już nie mówią o bawieniu się w wyrafinowane intrygi, zresztą nie robił tego dla własnej przyjemności i satysfakcji. Może jednak nieco w tym mojej przesady – temat reformacji jest dla mnie na tyle ciekawy, że chcę poznać opinie wielu osób, co sprawia, że doszukuję się jakiś sądów tam, gdzie jest tylko lekka, nieobowiązująca powiastka. 

Zazdroszczę Anglikom, że potrafią w taki sposób opowiadać o swoich dziejach i fascynować nimi ludzi – bo kto wie, czy po przeczytaniu owego przyjemnego kryminału ktoś nie zabierze się do czytania więcej na ten temat, dając się pociągnąć fenomenowi Tudorów (którego wciąż jeszcze nie rozumiem), choć nawet nie jest Anglikiem. Żeby Polacy coś takiego umieli! Na razie jest tylko Elżbieta Cherezińska, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze ktoś, kto pokaże, że nasza polska historia jest sama w sobie świetnym kryminałem i to bez większych uproszczeń. W każdym razie – cokolwiek by powiedzieć – popołudniowe, leniwe czytanie lekkiego kryminału bez wychodzenia z ukochanego świata sukien, królowych i historycznych nazwisk czasami każdemu jest potrzebne. Choćby dlatego, żeby być szczęśliwym, że jest to letnie popołudnie we własnym domu czy ogródku, a nie mroźny, deszczowy dzień w ponurym zamczysku nad urwiskiem, ukrywającym pewną tajemnicę i demona z przeszłości…

Tytuł: „Potomek Tudorów”
Autor: Christoper W. Gortner
Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa Znak

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wszyscy zapomną. Recenzja książki



Traktuję kryminały jak miłą rozrywkę i logiczną łamigłówkę w jednym. Lubię szukać mordercy, razem z detektywem lub policjantem szukać związków pomiędzy zbrodniami, domyślać się motywów. Lubię być miło zaskoczona, a to najczęściej zdarza się w kryminałach, bo czasami trudno jest zgadnąć, kto zabił i kiedy okazuje się, że to ciotka głównego bohatera w pudrowanej peruczce i z jamnikiem na smyczy ogarnia mnie niewysłowiony podziw dla zdolności danego pisarza. Nie ukrywam również, że gotyckie, mroczne tematy to moja miłość, a ponieważ horrory coraz bardziej przypominają wyludnionego McDonalda uwalanego w ketchupie (zresztą nie chcę drżeć ze strachu na widok samochodowej opony, przekonana, że lada chwila zmieni się w Morderczą Oponę), z radością sięgam po kryminały i thrillery. No i trzeci powód – jestem po prostu dziewczyną i zapiera mi dech na każdym filmie z Bondem, nie mówiąc o powieściach z przystojnymi agentami FBI, choć od czasu do czasu nie pogardzę starym detektywem-marudą z fajeczką i peleryną pana Holmesa (nie mylić z Cumberbatchem!). No to w czym problem? Dlaczego sięgając po jakikolwiek kryminał, w głowie piszczy mi alarm? Ano dlatego, że są kryminały i kryminały, jak to w literaturze bywa; jedne są dobre, drugie złe, są jeszcze najbardziej szkodliwe średniaki, które nie wywołują żadnych uczuć poza męczącym pytaniem: Boże miłosierny, ile jeszcze stron do końca? i skracają życie i czas, przeznaczony na lepsze książki, co chyba jest najgorsze. Ale skąd mamy wiedzieć, że sięgamy po coś beznadziejnego czy arcydzieło? Jedno i drugie jest tak samo ładnie opakowane, że człowiek już nie wie, co dobre, a co złe. I wpada w pułapkę. Znowu. 

Dwie ciężarne przyjaciółki – Johanna i Agnes – i ich mężowie spędzają wakacje w małej, rybackiej wiosce. Pewnego razu Agnes znika. Dlaczego? Co się stało? Gdzie jest? Nikt nie potrafi tego powiedzieć, na domiar złego jej mąż, Tobbe, zaczyna mieć wyrzuty sumienia, że nie dopilnował żony, pochłonięty rozrywkami jakie dostarcza pub: karaoke, alkohol i pewna młoda dziewczyna. Wokół tego wszystkiego krąży stary dziennikarz, który wciąż ma nadzieję, że jego artykuły dostaną się, tak jak kiedyś, na pierwsze strony gazet i zaczyna prowadzić swoje śledztwo. Kto z małej wioski uwięził kobietę, która być może niedługo zacznie rodzić? Czy ją zabito, czy została uwięziona? I czy chodzi o samą Agnes, czy o to, że jest w ciąży? 

Nie jestem specjalną fanką Camilli Läckberg – jej kryminały mają naprawdę wiele wad, ale i tak dałam się skusić na książkę. To coś nowego, pomyślałam, widząc, że powieść będzie miała związek z ciążą. Po trochu domyślałam się, i słusznie, o co może chodzić, ale miałam ochotę sprawdzić, szczególnie, że Autorka na fotografii wydawała się sympatyczna no i przecież to jest Czarna Seria. Powieść nie wydawała się też gruba, ot, czytadło do pociągu i na odpoczynek po wyczerpującej podróży; a debiuty kryminalne, w pewnym sensie, zawsze są ciekawe, szczególnie, że początek tej powieści jest bardzo tajemniczy i intrygujący – szczerze mówiąc, można się po nim naprawdę wiele spodziewać. Ale czy sam początek, swojego rodzaju prolog, mówi prawdę o całej powieści? Ano, przekonajmy się. 

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Okładki Czarnej Serii prawie nigdy mi się nie podobały. Są specyficzne, to prawda, ale w większości w sposób raczej negatywny. Gdybym jednak z jakiś powodów uparła się znaleźć  w tej książce coś jednoznacznie dobrego, musiałabym chyba pochwalić dobre chęci Autorki (wiadomo, co jest nimi wybrukowane) i jej ambicje, ale zazwyczaj debiutanci tak mają – albo pomysł, albo ambicje, tylko niezbyt wiedzą, co z tym zrobić. A jeśli w tych kobiecych czytadłach o dolinach, wyżynach i powrotach na rozlewiska można jeszcze nadrabiać formą, to te powieści chyba nie mają na celu zaskakiwanie czymkolwiek, to dobry kryminał musi być ciekawy, wyróżniający się czymś od innych i sprawa jest na tyle trudna, że musi – moim zdaniem – być to zarówno wykonanie, jak i pomysł. 

W warstwie językowej widać, że Autorka bardzo się starała. Aż za bardzo, bo opisy uczuć bohaterów, których w powieści jest najwięcej, tracą dużo na naturalności – aż za bardzo dopieszczone stają się sztuczne i jakieś sztywne. Próbowała także z dialogami, ożywiając je na wszystkie znane jej sposoby, co tylko pogłębiało mękę czytania. Pisarka ma bardzo prosty, dość płynny i mało plastyczny – jak na powieść debiutancką -  styl odpowiedni do lekkich czytadeł dobrych do szpitala i pociągu, z zasady przesłodzonych, a nie mrocznych, ambitnych kryminałów pragnących dorównać Zygmuntowi Miłoszowskiemu, a także niezbyt bogate słownictwo, którym próbując zdziałać nim cuda literackie na poziomie Victora Hugo pogrąża się, według mnie, jeszcze bardziej. W wyniku tego zamiast wyrafinowanych gierek na uczuciach odbiorcy mamy szyte grubymi nićmi emocje niezbyt ciekawie nakreślonych bohaterów, bez światłocieni i językowych smaczków; zamiast napięcia i splątania, tego drażniącego uczucia, kiedy szukamy czegoś, kogoś ważnego, ale nie możemy tego znaleźć, dręczeni tęsknotą i wyrzutami sumienia mamy po prostu zwykłą nudę, a zamiast pięknych opisów skandynawskiej przyrody mamy … Nic. To jest najbardziej przykre, bo taplając się w emocjonalnym błotku swoich postaci, Autorka zapomniała o elementach chyba najważniejszych w skandynawskiej literaturze, sprawiając, że gdyby nie obecność morza i szwedzkich nazw, myślałabym, że to Nowy Jork albo coś w ten deseń. A to już jest niedopuszczalne. 

Muszę przyznać, że byłam nieco zaskoczona rozwiązaniem zagadki, bo o ile słusznie się domyślałam, dlaczego Agnes zginęła, to wybór oprawców kobiety był dość zaskakujący. Jednak na tym cała pomysłowość Autorki się kończy, bo powieść jest bardzo przewidywalna, a większość wątków i zdarzeń wepchniętych na siłę, żeby z historii, idealnej na krótkie, kryminalne opowiadanie, stworzyć powieść. Lwia część fabuły nie prowadzi do niczego konkretnego, wszystko urywa się samoczynnie pod koniec, jakby sama pisarka była zmęczona ciągnięciem tych bezcelowych historii. Większość miejsca w środku wypełniają dylematy i marudzenie męża Agnes, Tobbego i innych bohaterów (Autorka stara się możliwie najlepiej nakreślić konflikty między przyjaciółmi z prawdziwie psychologicznym wyrafinowaniem, co zupełnie jej się nie udaje) pozbawione – jak pisałam już wyżej – jakiejkolwiek finezji i czegokolwiek, co mogłoby mnie na tyle zainteresować, bym czytała dalej nie tylko dlatego, że nie miałam przy sobie żadnej innej książki. Fabuła wlecze się jak flaki z olejem czy coś innego (nie jestem dobrą kucharką, nie przychodzi mi więc na myśl żadne bardziej oryginalne porównanie kucharskie), nawet nowe, coraz mniej ciekawe i dobrze poprowadzone wątki nudzą już po kilku stronach, a powieść sprawia wrażenie chaosu zlepionych ze sobą fragmentów; czasami nawet dziwiłam się, że kolejny, jeszcze bardziej oddalony od historii głównej wątek, znalazł tu swoje miejsce z niewiadomych podwodów. Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat schematów z miliona innych kryminałów, jak to o prasie i pewnym znanym  Nie macie nawet pojęcia, jak to denerwowało! Rzadko patrzę na strony i obsesyjnie sprawdzam, ile jeszcze zostało do końca, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać, szczególnie wtedy, kiedy Tobbe leżał i biadał, a Autorka starała się wyłapać jego myśli i ciekawie je opisać, każde słowo rodząc w prawdziwych bólach. 

Postacie są męczące. Tak najlepiej, jednym słowem, mogę opisać bohaterów tej książki. Męczące, bo ciągle marudzą, szczególnie ten przeklęty Tobbe, którego porwałabym zamiast jego żony Agnes, która tak naprawdę jest postacią-duchem, nieobecnym przez całą powieść powodem tego całego zamieszania i którą tak naprawdę nie poznajemy. Tobbe sympatycznym, dobrym mężem nie jest, a jego bardzo rozbudowane wyrzuty sumienia zmuszają go do narzekania i snucia się z kąta w kąt, co naprawdę nie jest ani ciekawe, ani tym bardziej w jakikolwiek sposób wpływające na fabułę książki. Poza tym mamy jeszcze dość bezpłciową Johannę (to imię!) i jej męża Eryka, postać ledwo nakreśloną i być może ciekawą, ale potraktowaną mocno po macoszemu, irytujący i drażniący Rosenlund, ów słynny dziennikarz kryminalny, któremu życzyłam jak najgorzej, byle męka przebywania w jego towarzystwie skończyła się jak najszybciej. W tle przewija się jeszcze Nicole, mała córeczka Agnes, Rosita, nieprawdopodobnie irytująca kelnerka z pewnego baru i jeszcze kilka innych person (w tym Kenny, któremu z całego serca życzyłam, by wycelowany na końcu powieści w niego pistolet wystrzelił, uwalniając ludzkość od jego irytującej osoby) zupełnie źle skonstruowanych, wkurzających i z źle zarysowaną psychiką: zamiast psychologicznej głębi, bohaterowie są sztucznie nadmuchani jak balony, co tylko kusi, by je przebić (wiem, że to niechrześcijańskie, ale z pewnością zdarza się każdemu molowi książkowemu, który ceni dobrą literaturę czyli ciekawą przygodę z dobrymi, równie ciekawymi bohaterami), albo po prostu szukać wytchnienia w innej, lepszej książce, jak wody po długim marszu przez pustynię. 

Okładka jest – jak pisałam już wcześniej – specyficzna, bo to przecież Czarna Seria, ale i tak brzydka. Przede wszystkim kolory, te wszystkie dziwne kontrasty. Żółte zboże (?), ponury budynek na tle różowego zachodzącego słońca poprzedzielanego ciemniejszymi chmurami w kolorach ciemnobłękitnym i turkusowym, który wprost cudownie gryzie się ze wszelkimi różami i żółciami. Jakby tego było mało, dół przyozdabia biały napis z nazwiskiem Autorki, a z turkusowego nieba zwiesza się malowniczy tytuł w najrozmaitsze ciapki, paski i szlaczki, jeszcze bardziej niż tytuł dające do zrozumienia, że w książce będzie dużo na temat ciąży. Zresztą cała okładka to sugeruje – mimo że to obrazek jakiegoś porzuconego domu (co ma to do treści powieści, to nie wiem) – podejrzewam, że gryzące się cukierkowe, niemal pastelowe, róże, żółcie i turkusy mają nasuwać jakieś ponure morderstwo czy coś w tym stylu z dzieckiem w roli głównej. Może i tak, ale nie wygląda to ładnie, o zatrzymaniu wzroku na półkach księgarni już nie mówiąc. Czasami jednak wydawnictwo powinno się postarać. 

Zastanawiam się w ogóle nad ideą wydania tej książki w serii, w której dotychczas pojawiały się – może niezbyt dobre – ale za to rasowe kryminały, bo nie wiem, czy to naprawdę jest kryminał, już o thrillerze nie mówiąc. To raczej taka sobie opowieść obyczajowo-psychologiczna z mroczniejszym wątkiem, który zatamuje powietrze w płucach niejednej fance powieści o mrocznych, rodzinnych tajemnicach. Zastanawiam się zresztą nad samą ideą tej powieści, nie tylko jako powieści – bo opowiadanko z tego byłoby już niezłe – ale nad samym pomysłem. Jako opowieść do szuflady kobiety w ciąży, lękającej się o swoje dziecko historia w sam raz, ale chyba nie znaczy to, że trzeba od razu publikować to na całym świecie, nachalnie reklamując jako doskonały kryminał. Naprawdę. Bo i tak powieść ta sama się nie wyborni i, parafrazując tytuł, za trzydzieści sześć tygodni wszyscy o tym zapomną.

Tytuł: „36 tygodni”
Autor: Sofie Sarenbrant
Moja ocena: 1/10



czwartek, 2 lipca 2015

Grzech za grzech. Recenzja książki



Muszę przyznać, że skasowałam już drugą wersję tej recenzji, jest pierwsza w nocy i łóżko przyciąga mnie jak magnes, szczególnie, że Mama zapaliła do jakiejś zdrowej żywności i wyrzuciła mój cały zapas kawy. Jak napisać o kryminale, nie zdradzając dużo z fabuły? To jedna z tych książek z drugim dnem, jakimś ciekawszym przesłaniem, które chciałabym wam przybliżyć, ale co? Oskarżycie mnie o spoilery, a przecież wiem, jak to jest: zabiję całą radochę z czytania. Mogłabym się poddać i napisać, że książka jest taka i owaka, z zadowoleniem ziewnąć sobie i przytulić się do podusi, pod którą kryje się kilka książek – zabobonnie wierzę, że to uratuje mnie przed częstymi koszmarami i da kolejny sen z którąś z przeczytanych powieści w roli głównej. Albo opisać wam plakaty z Freddiem Mercurym i Nightwish, wiszące na moich ścianach. Ale wiecie, że tak nie zrobię i znów będę pisać o książkach, uważając, żeby nie powiedzieć słówka za dużo (szkoda jednak, że taki wspaniały temat przechodzi mi koło nosa; kiedy będzie kolejna okazja, żeby go poruszyć?). Na wstępie, zanim uznacie, że to książka dla was i pobiegniecie do księgarń, bibliotek czy zamówicie w Internecie, muszę dać wam jedną małą radę: jeśli szanujecie swoją psychikę, nie czytajcie jej. Skończcie nawet czytać tę recenzję i skomentujcie post kogoś innego, bo – choć ocena z różnych względów nie będzie najlepsza – będziecie chcieli ją czytać. Tylko jak nie pisnąć słówka o niespodziankach, jakie was czekają? 

To jest sprawa ciężka nawet dla detektywa Huntera, który w życiu widział już wiele strasznych rzeczy, nie mówiąc już o reszcie policjantów.. Wyrafinowane, perfekcyjne, a przede wszystkim mrożące krew w żyłach morderstwa pozornie nie mają nic z sobą wspólnego. Łączy ich tylko pomysłowość mordercy, ale kim on jest? Zabójca idealny, mający tysiące twarzy? Jak dotrzeć do prawdy? I czy nie zbudzi ona moralnych niepokojów u samego detektywa, kiedy role kata i ofiary staną się niejednoznaczne. I czy detektyw przeżyje spotkanie z mordercą? 

Jakoś tak podniośle mi się napisało, ale mniejsza z tym, bo więcej nie mogę zdradzić – fabuła, pomysł to największy plus powieści. Nie ma zbędnego kombinowania, jakiś pokrętnych, naciąganych wyjaśnień, tylko mocny, niezwykle wiarygodny motyw, który sprawił, że – to bardzo niebezpieczne – zaczęłam współczuć mordercy, w pewien sposób rozumiejąc emocje nim targające. Pomysł zrealizowania zbrodni jest jednak bardzo wyrafinowany, mylący i czytelników i detektywa, który plącząc się w domysłach na temat morderstwa rytualnego, a potem niewyjaśnionego, prawdziwego okrucieństwa, z zaskoczeniem odkrywa na końcu, że prawda była za blisko, by ją dostrzec, jak w tym przysłowiu, że pod latarnią jest najciemniej. Bardzo podobała mi się konstrukcja utworu: niemal od razu, bez większego przygotowania, zostajemy wciągnięci w mroczny wir pierwszego morderstwa (łącznie z tajemniczym, mało mówiącym rozdziałem pierwszym, który równie dobrze mógłby być prologiem), zapierającego dech w piersiach i sprawiającego, że trzeba będzie zebrać swoją szczękę z podłogi. Następnie akcja spowalnia się; bohater miota się domysłach, odkrywając szczegóły bez znaczenia, które potem okażą się bardzo ważne, by zupełnie nieoczekiwanie spadło na nas kolejne morderstwo. Od tego czasu wszystko przyspiesza, zagłębiając się w mroku, aż do finału, w którym pisarz trzyma nas w niepewności aż do ostatniej strony. Dzięki temu wszystkiemu Autor, swoją logiczną i skomplikowaną jednocześnie fabułą (to jego znak firmowy) sprawił, że do końca nie wytypowałam mordercy, dosłownie pożerając książkę, bo zajrzenie na ostatnią stronę zepsułoby całą frajdę. Szkoda tylko, że fabuła zawiera dużo kalek z poprzedniej powieści pisarza, Krucyfiks, co sprawia, że momentami to, co wtedy było nowe – czyli większość tego, co przedstawiłam wyżej i co wydaje się dużym plusem w stosunku do tej powieści, porównując do debiutu Autora może się wydać nużące i wtórne. 

Bohaterowie powieści nie są specjalnie głęboko wykreowani, no, może oprócz mordercy, ale skupmy się na razie na protagonistach. Główny bohater powieści, detektyw Hunter jest typem często spotykanym w powieściach: pracoholik, który nie spocznie, póki nie rozwiąże męczącej go, straszliwej zagadki; wiele mówi o nim jego nazwisko (ktoś na portalu Lubimy Czytać zwrócił uwagę, że to jest już tak boleśnie ograne i tendencyjne, że aż nudne i ja się zupełnie z tym zgadzam). Przeciętna jego sylwetka, którą zapominamy niemal od razu po przeczytaniu książki, nie może się równać nawet w połowie z bardzo dobrą kreacją mordercy, zresztą znów odsyłam do powieściowego debiutu Autora – nieciekawy Hunter ma tam do znów do czynienia z kimś równie  interesującym (powstrzymuję się, żeby nie powiedzieć nic więcej)… 

Autor, będący przecież pisarzem z nurtu pospolitych kryminałów, pisanych ku rozrywce gawiedzi, których raczej nie można posądzić o tworzenie jakiś głębszych przemyśleń i ich od niego wymagać, świetnie skonstruował postać mordercy (a może mi się tak wydaje, bo – o zgrozo – doskonale rozumiałam powody, które nim kierowały). Jego historia jest ciekawe nakreślona, mało skomplikowana, ale, niestety, bardzo wiarygodna; w jego przypadku zupełnie nie dziwię się decyzjom, jakie podjął. Postać jest też ciekawie pogłębiona, zupełnie nieszablonowa, bardzo żywa (niestety, niestety) i o wiele bardziej wiarygodna ze swoimi problemami; w pewien sposób wymuszająca naszą litość i zrozumienie, chociaż i tak potępiamy postępki, wiadomo. Słowem, nasz antagonista nie pasuje do bolesnej przeciętności całego utworu. Z drugiej jednak strony – jak pisałam już wcześniej – w poprzedniej powieści była identyczna sytuacja. Panie pisarzu kochany, godzę się na wszystko, tylko żeby kolejne Pańskie powieści były chociaż trochę inne – bo nie śmiem prosić, żeby były lepsze. 

Styl Autora jest prosty i bardzo przeciętny, przy tym lekki, co sprawia, że czyta się szybko i bardzo sprawnie. Nie ma tu żadnej językowej ekwilibrystyki, bardziej metaforycznej stylizacji, czy choćby popisu bogatszego języka, o opisach już nie wspomnę. Nie jest jednak źle, bo poza ostatnimi stronicami - kiedy sposób wyrażania się mordercy jest bardzo pompatyczny (patrz: poprzednia powieść pisarza), a i czasami można natknąć się na Bardzo Poważne Maksymy o śmierci, które wygłasza morderca i nie tylko, co jest trochę nudne i wbrew zamierzeniom Autora bardzo śmieszne i niedorzeczne – wszystko jest bardzo sprawnie ukazane, na tyle, by znaleźć się na miejscu zbrodni i razem z Hunterem szukać mordercy, nie potykając się o kolejne słowa czy męcząc się z krótkimi, urywanymi zdaniami; trzeba jednak przyznać, że świetnie opisuje miejsca zbrodni (co źle wróży o stanie jego psychiki), same morderstwa i opisy pomordowanych ludzi wychodzą mu zastanawiająco dobrze, wręcz bardzo dobrze (to samo było w jego poprzedniej powieści, jakby się ktoś nie domyślał) nie spodziewałam się po stylu pisarza czegoś wyjątkowego, nie zawiodłam się też zbytnio. Kiedy pisarz wyszedłby chociaż trochę ze schematów, wróżyłabym mu niezłą karierę z mnóstwem bestsellerów, bo przecież jego powieści nie są aż tak głupie jak niektóre kryminały. 

Okładka również jest mocno przeciętna – trochę krwi, spływające tu i tam, jakiś zarys ludzkiego ciała, absolutnie nie sugerujący niczego. Więcej miejsca poświęcono nazwisku i imieniu Autora, wypisanemu czerwonymi literami na białym tle i tytułowi powieści, widniejącemu na tej ciemniejszej stronie, pod fotografią kogoś w białej koszuli (to dla efektu, żeby widać było czerwone plamy krwi) z wyeksponowaną ręką. Tytuł jest wypisany pod spodem, białawą czcionką, a pod nim obowiązkowy dopisek, mówiący o lękach, przez co bardzo trafny. Niezbyt to wszystko pomysłowe, z pewnością o wiele lichsze niż okładka debiutu, i tak powtarzająca się – mówiąc między nami – na wielu innych okładkach. Niezbyt to zachęcające, za to bardzo szablonowe, przez co wątpię, czy zauważyłabym powieść na półkach księgarni, a jeśli tak, to z dużym prawdopodobieństwem nie czułabym się nią zaciekawiona. 

Nie ukrywam, że powieść, choć technicznie będąca zwykłym kryminalnym przeciętniakiem, a może i gorzej, polubiłam jedynie z powodów osobistych, także dlatego, że temat poruszony przez pisarza jest rzadki i bardzo trudny, dla mnie zaś bardzo ważny. I, oczywiście, jako czytelnikowi zmroziło mi krew w żyłach, kiedy pisarz odmalował przed moimi oczami niezapomniane widoki z miejsc zbrodni. Reszta, poza tymi dwoma elementami, zatrze się powoli w moim umyśle, łącznie z tytułem książki, powoli zlewając się z o wiele lepszym debiutem, odrywając się od kontekstu i ginąc pod nawałem mnóstwa innych powieści, powoli zniknie. Taki jest los wtórnych książek, w których jedyną mocną stroną jest pomysł i szokująca zbrodnia, jaką Autor opisał. Czy warto więc wtedy przeczytać? Z pewnością nie jest to dobry odpoczynek, ale książka, mimo wielu niedociągnięć, ma w sobie coś, co warte poznać – być może jest to historia człowieka, któremu nie zostało już nic, poza tym, by oddać grzechem śmiertelnym za grzech śmiertelny: niewybaczalną, niszczącą zbrodnią za niewybaczalną, śmiertelną zbrodnię, sprawiającą, że człowiek staje się żywym trupem.

Tytuł: „Egzekutor”                                      
Autor: Chris Carter
Moja ocena: 3/10

wtorek, 21 kwietnia 2015

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Recenzja książki

źródło fotografii: olx.pl 
Kiedyś, pewnego śnieżnego poranka, gdzieś w czasie ferii, oglądałyśmy z koleżanką jakieś romansidło, z gatunku tych, które ona uwielbia (a ja nie), zaniepokoiłam ją swoim zachowaniem. Otóż w pewnym momencie streściłam to, co zaraz stanie się na ekranie, dodając, że wcześniej tego filmu nie oglądałam, ani nie czytałam recenzji, słowem, nie znałam go. Koleżanka po chwili stwierdziła, że mam jakieś zdolności paranormalne, albo w tajemnicy przed światem param się magią. Ponieważ szerzyła się do ekranowego przystojniaka, nie miałam jej serca mówić, że tak naprawdę fabuła jest boleśnie przewidywalna i prosta, a każdy, kto trochę książek w życiu przeczytał, przewidzi kilka najbardziej prawdopodobnych zwrotów akcji. Zresztą, większość filmów, jakie razem obejrzałyśmy była do siebie podobna. No, żeby skrajnie nie uogólniać i nie być niesprawiedliwą, kilka było naprawdę ciekawych, a kilka innych w jakiś tam sposób było nieprzewidywalnych, ale większość to samo: romanse, całowanie się i – wisienka na torcie – odpowiednio, artystycznie zmontowana scena łóżkowa, która ma zapierać oddech widzom. W końcu, co do mnie nie podobne, zaczęły mi się mieszać tytuły, co dla mnie jest niepodobne. A później dałyśmy sobie z romansidłami spokój, bo przypominałyśmy sobie Igrzyska Śmierci i moja koleżanka polubiła Niezgodną (która jest również, jakby nie patrzeć, romansidłem, tyle że dystopicznym). W końcu!

Tak też jest z książkami. Czytając – na przykład – kryminały, w końcu nie trzeba zbytnio wysilać się, by wydedukować, kto jest mordercą, a fabuły zaczynają się powtarzać. Morderca zabijający kobiety. Morderca zabijający młode dziewczynki, by ochronić ich czystość, morderca zabijający je, bo po prostu lubi widok młodych twarzy, wiecznie młodych. Morderca mszczący się na kimś. Od schematów nie da się zupełnie uciec, ale można sprawić, by przynajmniej jak mniej przypominały inne powieści. A ambitniejsi pisarze w fabułę swoich książek, czasami nawet bardzo schematycznych, wplatają głębsze, rozważania filozoficzne i społeczne, sprawiając, że kryminał, thiller, jest tym, czym w założeniu miał być – nie tylko prostą rozrywką. Podejmują tematy trudne, zawikłane, które opowiadają z brawurą i psychologiczną przenikliwością, a temat zbrodni, czasami, przechodzi na drugi plan, staje się tylko doskonałym argumentem na opowiedzenie czegoś o człowieku, a może i  rozwinięciu jakiejś głębszej myśli, czy polemizowaniu z jakimś filozoficznym zagadnieniem. Wtedy, czytając taką książkę, mamy wrażenie, że książka jest inna, lepsza od wszystkich – ciekawsza, oryginalniejsza. Jednak przecież to nie jedyny sposób by opowiedzieć inaczej niż wszyscy kryminalną historię,  a stosują ją ci, którym po drodze nie jest filozofią, za to lubują się klasycznym, męskim mordobiciu. I tak, przykładowo, Harlan Coben, istna supergwiazda kryminału, z wyglądu człowiek mocno przeciętny, konstruuje przeraźliwie skomplikowane fabuły, w których kolejne mordy nie wiążą się z niczym, lub wszeli słuch po ofiarach zaginął, by na końcu rozwiązanie okazało się banalne, albo zupełnie zaskakujące. Bywają też jeszcze bardziej skomplikowane metody, tak karkołomne, że osobiście bałabym się ich na miejscu każdego nawet doskonałego pisarza, nie mówiąc o tych mniej wspaniałych i dobrych, więc podziwiam każdego, kto spróbuje coś takiego zrobić, nawet jeśli wyjdzie zakalec lub jajecznica przypominająca zwęglone szczątki czegoś, co kiedyś było jajkiem. A co mi chodzi? Przekonajmy się!

Jedyną rzeczą, na którą Ben Hawkins nie może się uskarżać, jest miłość jego wieloletniej dziewczyny, Amandy Diaz. Reszta życia to gruzy – był gliniarzem, ale jego partrer z szefem wkopali go w taką kabałę, że pracę stracił od razu, a powieść kryminalna, jaką napisał, przepadła z kretesem, jeszcze z niezbyt ciekawymi recenzjami. Teraz jest reporterem i mieszka w Los Angeles, jakoś tam żyjąc z dnia na dzień. Pewnego dnia, gdy na Hawajach ginie piękna, młoda topmodelka, Ben jedzie tam na jakiś czas zrobić reportaż. Morderca  to człowiek przebiegły, dosłownie posiadający wiele masek, pod którymi nie można go poznać, genialny i doskonały, więc nikt nie może go znaleźć, w szczególności policja, która, prawdę mówiąc, obija się między jednym a drugim rajskim kurortem.  Nasz reporter, gapowaty mężczyzna, który lubi się wściubiać nos w nie swoje sprawy, za późno orientuje się, że pomagając rodzicom pięknej Kim, wkręcił się w niezłą sprawę, która w przyszłości zaowocuje pisaniem powieści pod dyktando psychopatycznego mordercy, strachem przed owym osobnikiem i jego potężnymi protegowanymi, co w końcu doprowadza do zaskakującego końca... Zaskakującego? No dobrze, może być zaskakującego. Nie lubię kasować tego, co napisałam, więc powyższe słowa możecie odebrać jako sarkastyczne, takie w moim stylu.

Znów mój wieczny dylemat. Co jest w tej książce na plus? Co mogłabym nagrodzić, bez narzekania, bezdyskusyjnie? Wpatruję się w drzewo oblepione jemiołą na tle prawdziwego, błękitnego nieba i przeczesuję powieść wzdłuż i wszrerz, jednak do głowy przychodzą mi tylko jakieś blade wspomnienia z dzieciństwa, dotyczące bladego nieba, co jest niechybnym znakiem na to, że nic takiego nie znalazłam. Przechodzimy więc dalej, szukać błędów – od tych rzucających się w oczy, do diabełków tkwiących złośliwie w szczegółach.

Zaczniemy od strony wizualnej, bo to przecież pierwsza rzecz jaką widzimy,  biorąc do ręki książkę. Oprócz wielkiego nazwiska Znanego Pisarza, które powinno magnetyzować czytelników obeznanych z trendami i (mniejszymi) nazwisko Tego Drugiego, zapewne jakiegoś biednego debiutanta, który ma spore trudności z wybiciem się w książkowym rynku, a może jakiś znajomy pisarza. Zupełnie na dole, pod tytułem, napisanym prostą czcionką, mamy jedyną ozdobę graficzną – wygięte dziewczęce ciało w czarnym bikini, tkwiące w jakiejś wodopodbnej cieczy. Ciało nie ma jakichkolwiek oznak brutalnego mordu, wręcz przeciwnie – jest gładkie, opalone, jędrne i w dodatku szczupłe – później narzekają, że tyle młodych dziewczyn ma anoreksję – co razem tworzy, prawdopodobnie, ciało supermodelki Kim. Wszystko razem wygląda jak okładka powieści erotycznej wydanej w podrzędnym wydawnictwie i jak zaprzeczenie okładki powieści kryminalnej, bo jakiegoś ponurego klimatu nie ma nawet brązowe tło. Tak, jak wiem, zachlapane krwią okładki, wszelkie noże, żyletki, pistolety, ręki i karty do gry są już tak ograne, że na nie narzekałabym również, ale co ma kwiatek do kożucha? Morderca z tej powieści zabił nie tylko kobiety w bikini, a sam strój plażowy nie był czymś szczególnym, żadnym motywem ważnym dla fabuły. Dlatego sam tytuł – a ten został przetłumaczony z języka angielskiego dosłownie i jak najbardziej poprawnie – z większością książki nie ma nic wspólnego. Tak samo jak ostrzeżenie, wypisane na dole okładki małymi literami, bo teren polowań pschopaty obejmował nie tylko hawajskie plaże. Zamiast iść na plażę, by po prostu czytać książki w innym miejscu, będę się bać czytać inne powieści tego Autora. Choćby dlatego, że jeśli kryminał z okładki przypomina książkę po pięć złotych na wyprzedażach, albo powieść erotyczno-obyczajową dla niewybrednych.

Mam nieodparte wrażenie, że Ben Hawkins, główna postać tej wybitnej powieści, jest książkowym alter ego Autora, chociaż w jakiejś części, ale niewykluczone, że się mylę. Dość spory kawałek fabuły to użalanie się bohatera nad sobą, jak bardzo pokrzywdzony jest przez okrutny los, który skazał go na marną pracę w czasopiśmie, a jego talent na płodzenie krótkich reportażyków. Jaka wielka szkoda! Przecież, jak wydaje się mordercy, wcześniejsze powieści dorównują Milczeniu Owiec, a nawet ją przewyższają. Zresztą Bena bezpardonowo wykorzystują wszyscy: i gliniarz, z którym pracował, i morderca, i jego wcześniejszy pracodawca, i wydawca jego książek… Co za ofiara! Nie dziwię się, skoro całe życia spędza na użalaniu się lub myśleniu o swojej pięknej dziewczynie Amandzie, zdecydowanie bardziej męskiej od niego. Może po prostu wybitni pisarze tak mają? Być może, ale Autorzy nie potrafili stworzyć wiarygodnej postaci, gubiąc granicę między wielowarstwową, ciekawą postacią a istotą o niezbyt ustalonym charakterze, z nawpychania do jego postaci zbyt wielu cech, w większości irytujących, źle dobranych do charakteru książki. Zresztą, gdyby Ben został wykreowany ciekawie, z polotem, a resztę zostawiono tak, jak jest teraz, powieść byłaby kompletą ruiną, bo przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni. Teraz, kiedy Ben jest irytującym, ciapowatym mydłkiem, niezdolnym do odczuwania jakiś głębszych, bardziej skomplikowanych uczuć, staje się kamieniem pociąganym książkę na najgłębsze dno.

Postać psychopatycznego mordercy, zabójcy mnóstwa postaci w powieści, nie zachwyca – wręcz przeciwnie. Chcąc stworzyć dobrą postać, Autorzy postawili na ilość, ale nie jakość, co poskutkowało nijaką, boleśnie płaską, nudą i źle skonstruowaną postacią, która, zamiast fascynować swoim okrucieństwem, irytuje i śmiertelnie nudzi. Zresztą, ta jego choroba jest ukazana w sposób ściśle podręcznikowy i pokrywa się z tym, co inni mu podobni wyczyniali w innych powieściach, co sprawia, że książka jest bardzo przewidywalna i bez polotu, bez jakiegoś ciekawego pomysłu. Zresztą większość tego, co robi nasz czarny charakter, nie ma logicznego wytłumaczenia, albo pachnie naiwnością rodem z cienkich książeczek dla dzieci, a udaje się mu jedynie dlatego, że egzystuje w pokrzywionym, nierealnym świecie tej powieści. Już nie mówię o uczuciach, bo te ów bohater ma na poziomie człowieka wyprostowanego, homo e, bardziej małpiaka niż człowieka. Powiecie pewnie, że psychopata nie powinien ich mieć, z czym jak najbardziej się zgodzę, tyle że pisarze wymyślili sobie, że będzie je miał, czego jednak dostatecznie realistycznie tego nie umotywowali. Samo deklarowanie w powieści, że ktoś coś tam czuł, nie wystarczy – moim zdaniem czytelnik powinien czuć to, co bohater i rozumieć go doskonale, nawet jeśli jest nim morderca albo psychopata pragnący władzy nad światem. Wiem, że to bardzo trudna sztuka, ale każdy, kto jej dokona, moim zdaniem zdaje test na mistrza cechu pisarzy. Tutaj niestety, hmm, tutaj tak nie jest.

Pozostałe postacie są ledwo naszkicowane, porozkładane według prostego, ale irytującego mnie schematu, skrajnie dobre lub skrajnie złe. Więcej cech nie mają, a także nie zamierzają mieć, bo przecież jakiś szczególik popsułby kryształowy wizerunek rodziców Kim, samej Kim, albo pokazałby, że któryś z Podglądaczy ma ludzkie cechy i interesuje ich coś innego niż zbijanie kasy i oglądanie filmów, na których ów psychopatyczny morderca w wyrafinowany sposób zabija różne piękne dziewczyny. Nie mają jakiś cech osobistych, które odróżniałaby ich od innych, są tak schematyczne jak dobre wróżki i źli czarnoksiężnicy z bajek, których imiona po kilku latach zacierają się, mylą z innymi, a w których powody postępowania Autorzy wolą się nie wgłębiać, poprzestając na walce dobra z złem. A ponieważ nie jest to opowieść, w której czarnoksiężnicy noszą czarne szaty, a mordercy mają odrażający wygląd, nic nam nie każe bać się tych złych. Dlatego też drugo – i trzecio- planowe postacie z powieści wywołały tylko mój zgryźliwy uśmieszek, minę zarezerwowaną dla sytuacji, w których coś jest tak złego albo głupiego, że nie aż nienadającego się do narzekania na to.

Język powieści jest prosty. A właściwie prostacki. Ma łopatologiczną konstrukcję właściwą debiutantom, którzy, po roku niezbyt intensywnych ćwiczeń, uparli się, że napiszą całą powieść, bo ich styl jest taki wspaniały.  Nie ma harmonii, nie ma żadnego wyczuwalnego rytmu, za to częste mielizny i karkołomne konstrukcje zgrzytające niczym drapanie długimi paznokciami o tablicę na kredę. Ktokolwiek tworzył tekst powieści, nie miał bogatego słownictwa, a ponieważ sądził że ma, starał się nim opisać bardzo trudne, skomplikowane sprawy nawet dla pisarzy doświadczonych i bardziej utalentowanych, jak sceny erotyczne. Tu, ograniczone do niezbędnego minimum, i tak brzmią bardzo prostacko, o krok od medycznej pornografii, ale nie tylko to – opisy morderstw, które, zgodnie z przybraną konwencją, powinny być wyrafinowane również językowo, by stworzyć odpowiednio wyrafinowany, a przez to mroczny klimat, jaki starał się stworzyć w swoich filmach. Dialogi są również sztuczne, tak sztuczne, jak tylko mogą książkowe dialogi być; kiepskie rozmowy cyborgów, albo beznadziejnych aktorów, z trudem i naśladujące ludzkie rozmowy, nie mówię o tym, że są strasznie bezpłciowe i wzute ze wszystkich emocji, jakie można przekazać. Nawet, rzecz dziwna, przekleństwa nie nadają kwestiom wypowiadanym przez bohaterów, nawet odrobiny życia ani rysu prawdziwości. A żeby tak było, to trzeba mieć naprawdę wielki talent do pisania. Bo nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale trzeba mieć talent, żeby pisać źle. Serio. Nawet to nie jest tak łatwe, jak się niektórym wydaje.

Na początku, kiedy czytałam opis na okładce, miałam nadzieję, że Autorzy nie zmarnują tak ciekawie przedstawionych zarysów fabuły. Opowiedzenie historii kryminalnej w inny sposób niż inni też jest wyzwaniem, a na zdradzenie czytelnikowi kto jest mordercą już zaraz na początku, to krok niewątpliwie bardzo odważny i ryzykowny, zarezerwowany dla najlepszych. Jednak po pierwszych pięćdziesięciu stronach byłam już pewna, że wszystko wzięło w łeb, albo samo się zabiło. Wszystko jest przewidywalne, nie ma miejsca na żadną, nawet najmniejszą niespodziankę, a to co powinno nas interesować, wydaje się nieciekawe, nie warte uwagi. Nic nie splata się ze sobą w sposób zaskakujący, żaden wątek nie kończy się ciekawie. Mam dziwne wrażenie, że Autorzy właściwie zaczynali z szczątkami, kawałkami pomysłu, które powinny zostać obrobione, a nie zostały – czy dlatego, że któryś z pisarzy chciał napisać książkę jak najszybciej, czy powodem jest kompletny brak pomysłu, czy też przekonanie o własnej genialności. Nie wiem, ciężko jest cokolwiek powiedzieć, w każdym razie powieść nie opowiada o niczym konkretnym, a fabuła nie układa się w jakąś zaskakującą, ciekawą całość. Już o oryginalności nie mówię, bo mimo wysiłków obu pisarzy, zapewne tak intensywnych, że aż pot ciekł im z czoła. Ponadto fabuła bywała w większej części nielogiczna, niespójna, z tendencjami do wpadania w mielizny i niepotrzebne, niezwykle nużące dłużyzny, których brak skróciłyby powieść o  jakąś jedną drugą, no, może trochę mniej.

Jak już pisałam wyżej, pomysł nie grzeszy oryginalnością, choć to jest akurat jedną wielką zmarnowaną szansą. Czasami pisarze starali się być nadmiernie inteligentni, pomysłowi, kreatywni, rzucać powiedzonkami i mądrymi, głębokimi myślami filozoficznymi, a może nawet plastycznie ukazać nam zawiłości charakteru mordercy-psychopaty. Jednak dzięki postaciom, fabule, a przede wszystkim językowi – nie mówiąc o talentach Autorów, bo przecież nie można kogoś obrażać w nieskończoność – pomysł przestał być ciekawy, przeistaczając się głównie w wypełniacz i jakiś kurtuazyjny powód dla bezsensownej fabuły. Cóż, przyznam, czasami zastanawiałam się, co właściwie czytam i dlaczego. Ani ciekawe, ani fascynujące, ani błyskotliwe. Ludzie, może zamiast pisarzami powinniście zostać ekologami? W sensie, tymi specami od ochrony środowiska? Przynajmniej zamartwialibyście się los drzewek, które przez, między innymi, tę powieść zostały tak nikczemnie wykorzystane. Chcecie nosić maski tlenowe? A czym, dzięki tym waszym arcydziełom, ludzie będą oddychali, co?

Powieść pisało dwóch pisarzy, a raczej trzech, bo wszystko jest stylizowane na książkę, którą w finale Ben Hawkins wydał i na której zrobił furorę, jak się w chwali w Posłowiu swojego arcydzieła. Co prawda, książka jest jednolita, tak jakby jeden – albo dwóch – było na doczepkę, kąpało się w chwale tego jednego. Tyle, że nie wiem, który z nich jest tym głównym, mózgiem tego wszystkiego. Hm, zapewne ten, którego imię i nazwisko pyszni się na okładce największą czcionką, jaką można było tylko wymyślić, która sprawia, że wszystko na okładce jest mniejsze. Magia nazwiska? Czar imienia? Sława niczym blask jupiterów, oślepiająca przyszłego czytelnika? Jakieś międzynawowe bestsellery, albo przynajmniej napis na okładce jednej z książek, podrabiany czy nie, oświadczający wszystkim szaraczkom, że to bestseller New York Times? A ten drugi? Pisarska chudzina, gryzipiórek w moim stylu, chcący zaznać trochę prawdziwego, jak to mówią poczciwe gimbusiaki, fejmu? Nie wiem, może się nigdy nie dowiem, jednak tak czy inaczej mam wrażenie, że przysłowie o mnóstwie kucharek i braku jedzenia sprawdza się zawsze i wszędzie – bo jeśli dwóm pisarzom i temu wymyślonemu uda się coś wypichcić, to jedynie coś mało jadalnego.

Tytuł: „Bikini”
Autor: James Patterson, Maxine Patreo

Moja ocena: 0,5/10

piątek, 17 kwietnia 2015

Wybory ostateczne. Recenzja książki

Nie ma sprawiedliwości. Nawet sąd, pysznie przesiadujący pod znakami bogini Temidy, tej z zasłoniętymi oczami, mieczem i wagą, wydający wyroki z wysokości autorytetu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, nie jest sprawiedliwy. Nie mówiąc już o poślednich prokuratorach, posępnie ziewających za biurkiem, policjantach i agentach FBI, CIA, Mossadu i czego tam jeszcze. Żeby była sprawiedliwość, trzeba znać serce człowieka, jego wszystkie motywacje i myśli. My czymś takim nie dysponujemy i raczej nie ma szans, aby się tak stało. Chociaż niektórzy sprawiedliwości pragną, szukają i potrzebują. Próbują ją nawet wymierzać, w różny sposób. Są ludzie, którzy sądzą, że morderców trzeba potraktować krzesłem elektrycznym, lub, ewentualnie, zamknąć w izolowanych więzieniach. I dobrze. Istnieją również ludzie, którzy uważają, że innych morderców trzeba zabijać, a innych, podobnych, ostrzegać. Ludzie ci zabijają nielegalnie innych ludzi, sami stając się mordercami innych morderców, ale robiąc to w całkiem szlachetnej sprawie. I kto teraz ma rację? Każdy, kto ma jakieś tam sumienie i, tak zwane, poczucie sprawiedliwości, poplącze się. A ponieważ winny, w sumie, okazuje się dość niewinny, trzeba poszukać innego winowajcy, bo człowiek tak ma. Więc na kogo obraca się nasz wzrok? Na świat, na to, że jest tak to wszystko głupio urządzone, że wszyscy, zupełnie wszyscy są ludźmi, nikt nie jest do końca szlachetny. A ponieważ złoszczenie się na świat można porównać do walki z wiatrakami, pozostaje nam tylko gniew, czysty gniew. Gniew na wszystko. Gniew, który w pewnym momencie stawia człowieka pod ścianą, zmusza do wyborów ostatecznych, patrząc powierzchownie, moralnie niezbyt dobrych, mówiąc oględnie. Gniew, który pokazuje, że różnice między mordercą a ścigającym są kruche i płynne. Niebezpiecznie trudne do rozdzielenia.

Teodor Szacki jest postacią, która na pierwszy rzut oka wydaje się nieciekawa. Monochromatyczny, zdaje się, przedwcześnie posiwiały, kolejny nudny prokurator patrzący, podczas wizyty w szkole, surowo na licealistów, jak ważniak, który zapomniał o swojej młodości, gnijąc za biurkiem. No i z nieciekawym życiem – zbuntowaną córką, szesnastoletnią Heleną, marudzącą, niemal przez cały czas obrażoną partnerką i wredną byłą żoną. Ze wszystkimi trzema kobietami nie może sobie dać rady, ucieka więc do swojego biura, gdzie czeka na niego równie nudny asesor, gadający wciąż, że coś było logicznym wyborem, jak jakiś sztywny nudziarz od matematyki, który kiedyś dawno w podstawówce był na półrocznym zastępstwie. Praca też nieciekawa – oprócz dzieciaków, irytującej szefowej są jeszcze wynurzenia kobiet, które ze swoimi domowymi problemami przychodzą do niego, jąkają się i same nie wiedzą, czego chcą. A to wszystko w mieście, porządnej polskiej mieścinie, w której, jeśli coś nie jest zbudowane z czerwonej, pruskiej cegły, jest budowlą z PRL-u, socrealistycznym koszmarkiem (a jeśli nie jest jednym i drugim, oznacza to, że jest obwieszoną reklamami galerą handlową, albo Biedronką/Lidlem/ lub innym supermarketem w wesołych, kiczowatych barwach). Już nie mówiąc o typowej, zimowej, polskiej pogodzie XXI – wieku: mżawce, deszczyku, mokrym śniegu czy czymś podobnym, co jeszcze bardziej oszpeca krajobraz. Pewnego razu, jako prokurator, musi uczestniczyć w rutynowym wydostaniu szkieletu jakiegoś Niemca, spoczywającego w pokoju wiecznym od II Wojny Światowej, a przynajmniej tak sądzą wszyscy po wstępnym obejrzeniu kości. Jednak podczas procedur okazuje się, że szkielet kryje historię straszliwszą, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a Szacki angażuje się w śledztwo, powoli okrywając prawdę. Prawdę okrutną i niszczącą, która ostatecznie zmusi prokuratora do wyborów ostatecznych. Cóż z tego, jeśli każdy wybór prowadzi do tego samego losu, na który Szacki, jako człowiek, jest skazany? Cokolwiek zrobi, tak jak w antycznej greckiej tragedii, prowadzi do potwierdzenia prawdy o skomplikowanym, tragicznym ludzkim Losie.

Autor pokazuje, że literatura kryminalna to coś więcej niż tylko zabójstwa jakiegoś psychopaty i seksowna agentka FBI czy straszy, uzależniony od alkoholu policjant na tropie. W miarę rozwoju powieści pisarz stawia coraz więcej niewygodnych pytań, na które daje odpowiedzi budzące jeszcze więcej wątpliwości, ukazując problem z wielu stron, a tym samym zmazując granicę między ofiarami a katami. Temat przemocy domowej, tak strasznie wyświechtany przez powieści o zbrodniach, nabiera tu wymiaru głębszego, niejednoznacznego, wspartego mocno o analizę ludzkiej psychiki. Robi to z filozoficznym zacięciem, nie przemilczając niczego, wręcz eksponując słabości swoich bohaterów. To jest chyba największą zaletą powieści, nawet większą, niż nieprzewidywalna fabuła. Bo tu chodzi o coś więcej niż zaspokojenie niskich potrzeb człowieka, tych, które lubią oglądać czyjeś nieszczęście, czyjąś okrutną śmierć. Wręcz przeciwnie – powiedziałabym, że pisarz igra sobie z naszym poczuciem sprawiedliwości, chęcią wymierzenia kary dla przestępcy, satysfakcji, kiedy morderca zostanie ujęty i wsadzony za kratki, stawiając pytanie, na które zapewne każdy boi się odpowiedzieć. Łamie z niezwykłą brawurą i w doskonałym stylu nasze stereotypy, kto jest katem, a kto ofiarą, a może winę ponoszą wszyscy? Może ty jesteś winny za to, że nie reagujesz, kiedy sąsiad bije swoje dziecko, kiedy ktoś w szkole stara się ukryć siniaki? Nie zadaje tych pytań wprost, nawet nic nie sugeruje, ale każdy może to instynktownie wyczuć.

Autor zastanawia się też nad pojęciem sprawiedliwość , głębiej niż wszyscy pisarze, których powieści czytałam przedtem, pokazując istotę prozy kryminalnej, zadając podstawowe dla tego gatunku pytania. I, swoim zwyczajem, nie daje odpowiedzi, pokazując mnóstwo wątpliwości, interpretacji. Kto w tym wypadku był naprawdę sprawiedliwy? Stróż prawa? Morderca? Ofiara? Kat? A może nikt – jesteśmy uwikłani w Los, tajemnicze fatum, determinuje nasze życie, a także nasze zwykłe, ludzkie emocje, rzeczy, które tworzą nasz mały świat. Pytanie godne filozofa, ja nim nie jestem, ale za to powieści, które prowokują do pytań albo spojrzenia na problem inaczej, uwielbiam. I nie tylko dlatego, że to jest wyznacznikiem dobrej książki, ale także dlatego, że dzięki temu mogę spojrzeć na świat inaczej, a każde takie spojrzenie sprawia, że staję się kimś więcej. Że staję się mądrzejsza...? No dobrze, może to ostatnie nie, bo jestem blondynką, a więc wiecie.

Z tym wszystkim, co napisałam powyżej, wiąże się też fabuła. Nieprzewidywalne zwroty akcji, złośliwe udowadnianie przez pisarza, że choć myśleliśmy, że wiemy wszystko, tak naprawdę nie wiemy nic i wszystkie nasze przypuszczenia okazały się bez sensu; ma umiejętność tworzenia ze szczątków schematycznych kryminalnych czytadeł czegoś nowego, zaskakującego, świeżego. W powieści nie ma nikogo, kto mógłby być wytypowany przez nas jako morderca, a przynajmniej jest to bardzo trudne i, ostatecznie, bardzo zaskakujące. Jest, co prawda szalony psycholog od profilów przestępców, jest ponury, nieco dziwny prokurator, porwanie przez mordercę i kilka innych, doskonale znanych wątków, jednak rozwięcie tych pomysłów wzbudziłoby na pewno podziw i zazdrość innych autorów powieści kryminalnych, ogrzewających się w ciepłym ogniu schematów i kalek, a czytelników zmusza do przerzucania rytmicznie kolejnych stron powieści i kręcenia ze zdziwieniem głową, przynajmniej ja tak się zachowywałam, bez żalu patrząc na inne obowiązki, o których zapomniałam. Pisarz jednak nie przesadza z szybką akcją, akcenty rozłożone są równomiernie, przychodzi czas na wyciszenie, zadumę, sceny domowe, kiedy pisarz ukazuje trudne kontakty Szackiego z rodziną, a najbardziej widowiskowe zwroty akcji są gruntownie przygotowane, dzięki czemu nie ma miejsca na gwałtowność, poczucie chaosu i niedopowiedzenia. Każdy wątek jest dostatecznie rozwinięty, dzięki czemu dostajemy dobry pogląd na sytuację, nie wdając się w niepotrzebne szczegóły. Zdarzają się także elementy humorystyczne, dzięki czemu przepastny mrok powieści zostaje nieco rozjaśniony, a ciężar pomniejszony. Dzięki temu fabuła ma swój rytm, tworzy jakąś uporządkowaną, bardzo przemyślaną i starannie zmontowaną harmonijną całość, dzięki czemu czyta się sprawnie i lekko, nawet wtedy, kiedy fabuła staje się mroczna, aż nie do wytrzymania.

Pomysł nie należy do nowych – wręcz przeciwnie. Temat przemocy w domu, jako że często obfitujący, nawet po latach, o ofiary śmiertelne, jest jednym z tych, które pisarze piszący kryminały wręcz uwielbiają. Jest też na czasie, bo wciąż stanowi tak naprawdę poważny problem społeczny. Oczywiście, nie mówiąc o skrajnych wypadkach, bo o tych słyszy się w telewizyjnych "Wiadomościach", w każdym mieście są ludzie, którzy piją, a potem wyzywają i biją swoją rodzinę i nikt opócz sąsiadów – albo nawet oni – nie wiedzą, a ofiary często się same do tego nie przyznają, bo przecież to wstyd. To, co sprawia, że książka staje się oryginalna, to nowe, pełniejsze i bardzo głębokie spojrzenie na problem – już nie takie schematyczne, tylko bardzo ludzkie, bardzo wiarygodne i bardziej ponure i niepokojące niż niektóre najkoszmarniejsze inne kryminały, w których pijący ojciec jest jednoznaczną, psychopatyczną bestią. Pisarz, snując swoją historię, nadając jej głębszego sensu, udowodniania, że żywsze spojrzenie na dany temat sprawia, że książka – tak naprawdę podobna do innych – staje się dobrą, bardzo oryginalną powieścią, którą czyta się z rosnącą ciekawością, nawet jeśli zagadnienie zna się na wylot.

Bohaterów nie jest wielu, a niektórych, niestety, nie mogę wam zaprezentować, bo wygadałabym wiele z akcji tej powieści, a może, niechcący, wyjawiłabym zagadkę, którą musicie przecież rozwiązać sami, podczas czytania tej powieści. W każdym razie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że spora większość z nich to postacie bardzo ciekawe, przypominające te, które znamy na co dzień, pełnokrwiste. Teodor Szacki – główny bohater jest postacią, która nudnego, przeciętnego urzędnika przypomina tylko z wierzchu – wewnątrz dzieje się wiele. Zaplątany w trudny związek z partnerką, Żeńką, osobą energiczną i szybką, niezbyt zadowoloną z wszystkiego, co robi Teodor, ale także bezsilny wobec coraz bardziej komplikujących się stosunków z Heleną, jego nastoletnią córką, wciąż ze wspomnieniami byłej żony, matki Heleny. To prawda, że gdzieś w głębi, pod białą koszulą i czarnym garniturem, tli się gniew, gniew na nijaki, bezbarwny świat, na żyjących w nim ludzi, na samego siebie, że nie może być jeszcze lepszym człowiekiem i wreszcie na to, że od tego wszystkiego nie ma ucieczki. Zwykle skrywa jednak to uczucie pod służbistością, nijakością i kwaśnym uśmieszkiem wrednego, przeciętnego urzędnika polskiego wymiaru sprawiedliwości, w rzeczywistości bezdusznej maszyny. Szacki to postać psychicznie skomplikowana, szlachetna i nieszlachetna zarazem, pełna zalet i wad, dążąca do upragnionych ideałów, które, jak na końcu się okazuje, są nieosiągalne. Budzi też niejednoznaczne uczucia – sympatię, pogardę, rozczarowanie, zrozumienie, współczucie. Rozpoznajemy w nim siebie, bo dylematy, które przeżywa, są znane wszystkim nam, wszyscy – mniej lub bardziej – je mamy. Autor starannie i wiarygodnie oddaje uczucia bohatera, uwadniając, że jego postać jest gruntownie przemyślana, ciekawa i ale także zaczyna żyć własnym życiem, wymykając się pisarzowi spod kontroli. Dzięki dobremu warsztatowi pisarskiemu Autor charakteryzuje swojego bohatera przez akcję, jakby od niechcenia pokazując jego cechy – te mniej lub bardziej istotne dla fabuły powieści.

Z bohaterów drugoplanowych Helena, córka Szackiego, błyszczy najjaśniej. To portret zwykłej nastolatki, opętanej dietami, wyglądem i spotkaniami z koleżankami, jednak nie takiej, która zamiast mózgu ma różowy plusz (przepraszam, jeśli kogoś uraziłam). W głębi samotna, szukająca kontaktu z ojcem, jednak niemogąca go zrozumieć, nie tylko dlatego, że mówi innym językiem niż ojciec, ale także dlatego, że oboje tak naprawdę uciekają od siebie, chroniąc własne światy. Jak każda nastolatka, Helena pod pewnością siebie ukrywa zagubienie sytuacją, w jakiej się znalazła, brakiem matki i obecnością obcej kobiety w domu. Dziewczyna zrozumie to wszystko dopiero później, kiedy okoliczności zmuszą ją do podsumowania swojego życia. Z drugiej strony, Helena to młoda, bardzo inteligentna kobieta, niezależna i przebojowa, umiejąca sobie jakoś tam poradzić w każdych okolicznościach. Jednak i tak nie można dużo o niej napisać – zgodnie z prawidłami powieściowymi i przymusem zachowania zamierzonej harmonii, dziewczynę poznajemy z punktu widzenia jej ojca, którego podejście do córki jest specyficzne, nacechowane pewnym rodzajem lęku i bólu.

Postacie epizodyczne są tylko zarysowane, na tyle szczegółowo, żebym nie musiała pisać, że są pozbawione charakteru. Pisarz obdarza je tyloma cechami, by postaci te wyróżniały się czymś, co nie jest imieniem i nazwiskiem, jak czyni się to w wielu książkach. Wiele z nich jest stworzonych w tonacji humorystyczno-poważnej, jak patolog Frankenstein i jego pomocnica. Tu bywa już gorzej, bo zupełnie nie rozumiem szefowej Szackiego, która jest jednym z niewielu denerwujących mnie rzeczy w tej książce.

Mówią, że mężczyźni piszą inaczej niż kobiety i to jest, w uogólnieniu, prawda. Kobiety są bardziej delikatne, zwracają uwagę na grę świateł, ulotne emocje, klimat, barokowość języka nasyconą licznymi metaforami. Mężczyźni, przynajmniej większość, bo od wszystkich zasad są wyjątki, robią to konkretnie i minimalistycznie, a dla niektórych jest to kopanie grobu, bo żołnierskie, urywane zdania przy objętości osiemset stron stają się męczące (tak, panie Martin, do pana piję). Jednak tylko talenty, przy słownym minimalizmie, wyciągnąć dostatecznie wiele uczuć, nadać historii drugie, jeszcze bardziej pogmatwane dno. Tak jest w tym przypadku – styl Autora jest oszczędny, prosty i potoczny, czasami wręcz prostacki, by oddać nijakość polskiej rzeczywistości i uczuć człowieka, który odczuwa głównie znużenie i pogardę, na przemian z gniewem. Znajduje to też odzwierciedlenie w krótkim, beznamiętnym omówieniu najważniejszych wiadomości z kraju i ze świata, otwierający każdy rozdział, a te, jak wiadomo, są ponure (książka była pisana na początku działalności Euromajdanu na Ukrainie, a uwierzcie mi, beznamiętne i krótkie opowiedzenie tego, co tam się dzieje, robi naprawdę duże wrażenie), co w połączeniu z krótkim komunikatem o pogodzie – złej albo bardzo złej – daje ogólny obraz beznadziejności i bezsensu świata. Pisarz używa porównań to tylko do opisania tylko czegoś, co nie istnieje, na przykład uczuć, starannie jednak opisując momenty bardziej otrute, na szczęście nie epatując sensualnymi opisami jak słynnym Pachnidle. Proza ma swój rytm, jest harmonijna, potoczysta, niemal hipnotyzująca i bardzo plastyczna, mimo małej ilości słów, jakie Autor używa – znaczy to, że wie, jakie słowo będzie w dane miejsce pasowało najlepiej, opisywało to, co u innego pisarza całe zdanie. Taka konwencja chyba najbardziej tu pasuje, bo Autor nie musi się męczyć z przekleństwie wielu pisarzy, jakim jest stopniowaniem napięcia w akcji (powszechnie wiadomo, że kończenie rozdziału w najciekawszym, najbardziej zaskakującym czytelnika miejscu jest najtańszą sztuczką, stosowaną niemal w każdej książce), bo robi to za niego cisza między słowami.

Cisza między słowami. Powieść jest wyciszona, nie ma w niej dużo miejsca na spazmatyczny płacz, co najwyżej na głuchy odłogs uderzenia. Minimalistyczny język sprawia, powieść jest mieszaniną ponurych ulic, wciąż padającego deszczu i ponurego dramatu rozgrywającego się między Biedronką, socrealistycznymi koszmarkami a pruskimi budowlami z czerwonej cegły, czasami jakimś miejscem rozświetlonym tylko małą lampką, z zarysami ginącymi w mroku. Wiem, przygnębiające, ale książka, która autentycznie przygnębia, nie może być zła.

Okładka mnie niezmiernie irytuje. Choć białe, pocięte pasy, jakby skutek tytułowego gniewu, nie są złe, ale nie mają chyba nic wspólnego z opowiedzianą historią. W tyle książka jest neonowo czerwona, co w zamiarze grafika miało zapewne kontrastować z ponurym przodem, ozdobionym u góry szarym jeziorem czy może niezbyt zachwycającym olsztyńskim widoczkiem, i przywodzić na myśl krew, a może tytułowy gniew. Mówiąc zupełnie subiektywnie, wolałabym okładkę całą ponurą, bo ta czerwień gryzie mnie w oczy, a i w powieści krwi nie uświadczysz – bohaterowie preferują inne, bezkrwawe, ale za to okrutniejsze metody. Obiektywnie – książka obleczona jest w kilka szarych kolorów i jeden bardzo rzucający się w oczy, co nieco rozmywa zamierzony kontrast i tworzy zupełnie nieprzyjemną mieszankę. Marzę o czarnej okładce, zupełnie czarnej, z imieniem i nazwiskiem pisarza i wielkim, krwistoczerwonym tytułem. Ale cóż, moje marzenia spełniają się mało kiedy, więc mogę sobie trochę pogderać, pomarzyć i ostatecznie zostać z szaroburą, ni to czarną, ni to czerwoną okładką, która mistrzostwem na pewno nie jest.

Jest taki moment w życiu, który przychodzi bardzo gwałtownie, albo i nie, zmuszając nas do wyborów ostatecznych, które zaważą na naszym dalszym życiu. Nigdy nie wiemy, kiedy taki moment nadejdzie, nigdy nie wiemy, jak się zachowamy, bo nawet najlepiej przygotowany scenariusz jest bezsilny wobec emocji. Te kilka sekund albo kilka godzin, zważą na naszym losie, zrujnują wszystko, w co wierzymy, kim byliśmy do tej pory, ale także sprawdzą nas, nasze wartości i siłę naszego uczucia do rzeczy, które, jak twierdziliśmy wcześniej, kochaliśmy. A może nad nami wisi fatum, w ten sposób kończąc wszystko, by zaczęło się coś innego, prowadzącego do następnych etapów naszego losu? Czy do tego miejsca zaprowadziły nas mniej lub bardziej świadome wybory, dokonywane przez lata? I jak się z tym uporać, pogodzić się ze świadomością, że nie jesteśmy tam, gdzie byliśmy wcześniej, że otwierają się przed nami zupełnie inne możliwości niż w miejscu, w którym byliśmy przed chwilą? Z tym że jesteśmy innymi ludźmi, naznaczonymi bólem czy wspomnieniami, które nie chcą od nas odejść? Czy kontynuować nową drogę, czując, że to jest to, czy zrobić desperacki krok w tył, płacąc każdą cenę za kierowanie się starymi wartościami? Który tych wyborów jest logiczny?

Tytuł: „Gniew”
Autor: Zygmunt Miłoszewski
Moja ocena: 7,5/10