Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 września 2015

Zapomniane zbrodnie. Recenzja książki



Nigdy się tyle nie kłamie, jak przed wyborami, w czasie wojny lub po polowaniu – powiedział Otto von Bismarck, „Żelazny Kanclerz” , który poza wygraniem wojny z Francją w latach 1870-1871 zjednoczył państwo niemieckie i wskrzesił Cesarstwo. Obserwując historię poszczególnych krajów i kontynentów trudno się z nim nie zgodzić – oszustwo zdaje się podstawą dobrej polityki, szczególnie w czasie wojen, które, jak pokazuje wiele przykładów, wygrywa nie lepszy, ale sprytniejszy. I nie ma tu miejsca na sentymenty, przykazania czy zwykłą, ludzką moralność, a tym bardziej prawdę. Prawda! Właściwie nigdy nie było dla niej miejsca, nawet w czasach szeroko pojętej demokracji, nie mówiąc o rozmaitych formach władzy absolutnej, od boskości cesarzy rzymskich i królów perskich, oświeconych monarchii do totalitarnych dyktatur w wiekach dwudziestym i dwudziestym pierwszym. Uczciwość? Konstelacja sojuszy zmienia się szybko, twój niedawny przyjaciel pośle skrytobójcę, a wróg będzie całować cię w policzek; ty musisz być bardziej sprytny, bardziej okrutny i bardziej wyzbyty sumienia od nich wszystkich razem wziętych, żeby mieć jakąś szansę na przeżycie. Prawdziwa polityka to wciąż prawo dżungli, dobór naturalny. Świat, w którym chrześcijańskie wartości są dla słabych. Darwin. Nietsche. 

Właściwie przestało już mnie to dziwić. Znając kondycję ludzi historia przestała mnie szokować. Bo choć można wskazać wiele postaci szlachetnych i wiele czynów chwalebnych, niewątpliwie bohaterskich, historia polityczna świata jest opowieścią o – mówiąc językiem dzieci – złych ludziach. Złych? Większość po prostu lepiej czy gorzej chciała przeżyć, jakoś nie przejawiając ambicji  czy marzeń o władzy. Byli jednak i tacy, dla których określenie zły byłoby eufemizmem. Jedni i drudzy na ogół, jak to ludzie, przejawiali tak powszechną dla gatunku homo sapiens zdolność niszczenia. Świata, tego, co stworzyli, ale najbardziej – siebie samych i innych, raz po raz rozkładając w różnych miejscach globu wojenną szachownicę, czy w słusznej sprawie, czy nie. I kłamią, a skutkiem ich kłamstw jest śmierć wielu innych (często ginących w imię ideologii, które w rzeczywistości są marzeniami szaleńca albo zasłoną dymną pragnienia władania światem) i – zdarzyło się to już dwa razy – cały świat ogarnięty wojną, po czym niemal niemożliwe jest już odbudowanie dawnego porządku moralnego, a tym bardziej wymazanie ze zbiorowej pamięci. Dla nich jednak nie liczy się nic. 

Dokładnie siedem dni przed wybuchem II Wojny Światowej, 23 sierpnia 1939, do Moskwy przybył Joachim von Ribbentrop – minister spraw zagranicznych III Rzeszy Niemieckiej Hitlera. Jego misja, udana zresztą, była bardzo ważna: miał podpisać z Rosją Sowiecką ważny pakt, formalnie będący umową o nieagresji i przyjaźni – a nieformalnie – ustaleniem granic pomiędzy mocarstwami. Mocarstwami, które, powiedzmy sobie szczerze, bardzo się wcześniej nienawidziły; co więcej, uważały tę nienawiść za podstawy swoich ideologii. Adolf Hitler, Austriak ze śmiesznym wąsikiem i typowy Aryjczyk oraz Józef Stalin, gruby Gruzin z pseudonimem sugerującym stalową odporność i wytrzymałość, od tamtego dnia stali się przyjaciółmi i sojusznikami w dopiero co rozpoczętej wojnie Chociaż nienawidzili się nawzajem, przyciągnął ich do siebie wspólny interes, dla którego potrafili skłamać, oszukać i zdradzić nawet swoje straszliwe ideały: razem mieli zdobyć świat i podzielić się nim, by w ten sposób zrobić zadość swoim wielkim, chorobliwym ambicjom, a ich oficerowie jakiś czas później salutowali sobie na wspólnej paradzie wojskowej w osławionym Brześciu nad Bugiem. Na dobry początek ich ministrowie w tajnym protokole dołączonym do paktu dokonali IV rozbioru Polski i zdecydowali o losach państw nadbałtyckich, co –  chyba w pewien sposób podejrzewali – zaważy znacząco na dziejach Europy, a szczególnie jej wschodniej części. Współpraca, z lepszym lub gorszym skutkiem, trwała do agresji nazistowskich Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941, a jej efekty, takie jak współpraca gospodarcza i handlowa, ale przede wszystkim geopolityczny podział stref wpływów i propagandowe machinacje, stanowią ważny kontekst i źródło wielu zdarzeń na Wschodzie – w tym pogromu Żydów w państwach bałtyckich i wschodniej Polsce i mord na Polakach w Katyniu – bez której nie będzie można zrozumieć tego, co wydarzyło się tam podczas największej i najbardziej skomplikowanej wojnie w historii świata. 

Od lewej: J. von Ribbentrop, J. Stalin, W. Mołotow  [źródło]  


Niestety, historia tego paktu, a nawet fakt jego zawarcia nie jest znana na Zachodzie, a Stalina w wielu miejscach uważa się nadal za wujka Joego – czasem brak im nawet podstawowej wiedzy, co czasem prowadzi do wysnuwania w niektórych kwestiach bardzo krzywdzących wniosków. Bardzo dobrze zatem, że angielski historyk – nieprzypadkowo związany z prof. Normanem Daviesem, który uważany jest za największego zachodniego znawcę historii Polski i wschodniej Europy w ogóle – podjął się zadania utrwalenia w świadomości zachodnich odbiorców specyfiki tego paktu, ukazując przy tym prawdziwy charakter obu dyktatorów i ujawniają – co dla Polaków zresztą nie wydaje się już tajemnicą ani też sensacją – ich realne zamiary w kwestii nie tylko wycinka Starego Kontynentu, ale i całego świata, którym oba diabły chciały się podzielić. Bo metaforyczny tytuł jest jak najbardziej trafny i przy tym ciekawy: samo wymierzenie postanowień paktu w życie tysięcy ludzi, nie pozostawia złudzeń co do tożsamości zarówno Hitlera jak i Stalina. 

Pozycja, rozpoczynająca się ukazaniem kulis podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, przedstawia w kompleksowy i wyczerpujący sposób historię porozumienia dwójki dyktatorów. W kolejnych rozdziałach poznajemy wydarzenia rozgrywające się podczas trwania paktu, z naciskiem na te, które są bezpośrednimi skutkami tego porozumienia. Ponieważ trudno byłoby przedstawić je chronologicznie w innej formie niż kalendarium, Autor zdecydował się pogrupować całość tematycznie. Jest więc część poświęcona reakcji Zachodu, szczególnie funkcjonujących tam partii komunistycznych, od których Moskwa wymagała zmiany linii, będącej zresztą zaprzeczeniem podstaw ideologicznych komunizmu, na pakt i poglądów na tą sprawę w  samych nazistowskich Niemczech, szeroko omówiono też skutki polityczne – realizację IV rozbioru Polski, aneksję państw bałtyckich i ich trudną sytuację, niewygodną kwestię Rumunii, a także reakcję władz aliantów i ich grę dyplomatyczną, gdzie najbardziej zaciekawiła mnie nieudana operacja Pike. Dużo miejsca – co dla mnie, osoby znającej II Wojnę Światową bardziej ze strony militarnej niż faktograficznej było bardzo ciekawe i zaskakujące – poświęcono wzajemnym stosunkom gospodarczym III Rzeszy i Związku Radzieckiego, opartym na wymianie materiałów, maszyn i gotowego sprzętu do przemysłu wojennego. Przykładem może być choćby pancernik Lűtzow, który – co za ironia losu! – pod zmienioną na rosyjski nazwą ostrzeliwał Niemców oblegających Leningrad. Ale to dopiero później, bo końcom pozytywnych stosunków między oboma państwami Autor również poświęca osobny rozdział, a nawet dwa, wcześniej szeroko relacjonując pobyt Wiaczesława „Kamiennego Tyłka” Mołotowa (pseudonim pochodzący od młotka, tak samo jak pseudonim Stalina – łatwo można się domyślić – pochodzący od stali) w Berlinie, na nieudanych negocjacjach. I choć kończy na początku agresji Niemiec na Rosję (summa summarum jest to zrozumiałe, bo konflikt ten był przekreśleniem wszystkich postanowień, co oznacza, że porozumienie przestało istnieć), co na początku sprawia uczucie dyskomfortu i niedosytu, to, mówiąc ogólnie, przedstawia historię paktu w sposób jak najbardziej całościowy. 

Dodatkowym plusem są wstawki funkcjonujące jako ciekawostki: dlaczego Mołotowa nazywano „Kamiennym Tyłkiem” bądź „Żelaznym Zadkiem”? Kim był Ribbentrop, zanim stał się von Ribbentrop? Już nie wspominam oczywiście o prasowych ilustracjach, z których kilka umieszczono w książce i które w pewien sposób rozładowują ciężką atmosferę, dzięki czemu czytanie książki nie jest tak ciężkim zadaniem dla osób o słabszej psychice. 

Napisałam, że książka pozostawia uczucie niedosytu i to jest prawda, ale nie z powodu historii – przecież po napadnięciu Stalina przez Hitlera w sprawie paktu o nieagresji ciężko jest jeszcze coś napisać. Chodziło mi tu bardziej o to, że nie obraziłabym się, gdyby była grubsza i to głównie z powodu, że pozycja jest świetnie napisana. Styl Autora jest lekki, przystępny nawet dla historycznego laika, a język – mimo użycia, z konieczności, rzecz jasna, pewnych historycznych terminów – żywy i ciekawy. Dzięki temu książkę czyta się szybko, bez nadmiernego wczytywania się w karkołomnie zbudowane, długie zdania, których tu po prostu nie ma, tudzież zastanawiania się, co Autor miał na myśli, z trudem odczytując złożone, dziwne wyrazy i czytając o wydarzeniach, o których poza pisarzem wie wąska grupa osób. Choć też nie oznacza to, że nie trzeba mieć podstawowych informacji o II Wojnie Światowej – temat paktu jest już bardziej szczegółowy, a Autor zakłada, że czytelnik wie, czym była Dunkierka, wojna zimowa, Pearl Harbor czy państwa osi, a nazwisk takich jak Mussolini, Goebbels czy Roosvelt nie słyszy pierwszy raz, nie mówiąc o podstawnej znajomości wojennych militariów. W każdym razie czyta się jak dobrą powieść, z napięciem czekając na znany lub nie rozwój wypadków i śledząc powody i konsekwencje tych fragmentów, które być może znamy, ale wydawały się zawsze nieco wyrwane z kontekstu, pozbawione pewnej ciągłości. Być może jednak to tylko mój zniszczony historią mózg, bo traktowanie tej pozycji lepiej niż wielu powieści jest cokolwiek osobliwe, ale nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się doskonale, a Autor jest niewątpliwie obdarzony lekkim piórem, tak ważnym dla precyzji opisywanych problemów i odbieraniu treści przez czytelnika. 

Wierzcie lub nie, ale kiedy po raz pierwszy zobaczyłam książkę, nie mogłam powstrzymać się od wyrażenia swojego zachwytu okładką w jakiś sposób bardziej cywilizowany niż pisk. Chociaż byłoby to dziwne, kiedy ktoś zachwycałby się umieszczonymi na okładce wizerunkami dwóch diabelskich dyktatorów-sojuszników, to całości nie można odmówić elegancji i tego czegoś, co w księgarniach będzie przyciągać wzrok. I czaru temu złotemu tytułowi, bo jeśli chodzi o mój subiektywny gust, do spodobało mi się najbardziej. W każdym razie wydawnictwo bardzo się postarało, dzięki czemu czyta się przyjemniej, już o samym trzymaniu książki w rękach nie mówię. Obłożony czarną, lśniącą okładką tom, z wytłoczonymi złotą czcionką literami tytułu i czerwonym, odcinającym się od reszty nazwiskiem Autora. I te mordy – wyłaniające się z mroku, złowrogo skontrastowane z resztą na siwo i biało, wyglądające naprawdę szatańsko. Kto choć trochę o nich wie, może się naprawdę przerazić, kiedy niechcący natknie się na tą książkę ciemną nocą. W środku jest już mniej strasznie, choć dalej bardzo estetycznie: pod miękką obwolutą kryje się właściwa, twarda okładka książki, zupełnie taka sama, tylko bez owego złotego napisu, a blurb, utrzymany w białej i czerwonej kolorystce, na którym, poza streszczeniem i entuzjastyczną opinią prof. Daviesa (przypadek?) umieszczono cytat z Hitlera i Stalina na temat paktu. Nie znałam ich wcześniej, ale umieszczenie ich tu wydaje się jak najbardziej trafne – poza kwintesencją tez wysnutych przez Autora ilustrują też faktyczne nastawienie obu stron do zawartego porozumienia. Nastawienie, powiedziałabym, rasowych polityków. Chociaż Stalin znów wyszedł na typowego Rosjanina i jak zwykle zbyt pewnego siebie kombinatora. Czyta się przyjemnie także dzięki wygodnej czcionce, użytej przez Wydawnictwo i przejrzystemu układowi stron. U góry strony zawsze podano rozdział, jaki aktualnie czytamy, co bardzo ułatwia nawigację, szczególnie że rozdziały do najkrótszych nie należą, a obszerniejsze cytaty wyróżniono graficznie. Tekst uzupełniają zdjęcia, bardzo wyraźne (czasami aż za bardzo – vide kolejna fotografia ekshumowanych zwłok polskich oficerów w Katyniu) i dobrze podpisane. Są one niebanalne, z kilkoma wyjątkami powszechnie nieznane i – co chyba najważniejsze – ciekawie ilustrujące temat, na który właśnie czytamy. Gdyby tylko w tych kwestiach było tak w każdej tego typu publikacji! 

Ile potrwa miesiąc miodowy? [źródło]

Na końcu lektury publikacja zaskoczyła mnie jeszcze raz – książka nie kończy się na tekście głównym. Zamieszczono tam także dodatki: przede wszystkim kilka czytelnych map, niezwykle pomocnych w lekturze tym, którzy niezbyt orientują się w geografii politycznej i nie tylko, a także skrótowe kalendarium, obejmujące w ściśle chronologiczny sposób całą treść publikacji i oryginalny tekst paktu łącznie z tajnym porozumiem, dotyczącym wyznaczenia granic wpływów. Bardzo mnie to ucieszyło, bo chociaż nie miałam problemów z uświadomieniem sobie kolejności wydarzeń ani z umiejscowieniem czegoś na mapach, to z pewnością przyda się to nawet wtedy, kiedy nie będę miała zamiaru wracać do tekstu głównego książki, natomiast czytanie oryginału paktu było dla mnie kolejną ciekawostką, wiążącą się z dziwnym przeżyciem obcowania z  tekstem z epoki. Mój entuzjazm wzbudziła także obfita bibliografia – jestem pod wrażeniem ilości użytych opracowań, dodatkowo napisanych w różnych językach. Tytaniczny wysiłek, benedyktyńska praca. Chociażby dlatego powinno się docenić Autora i jego książkę. Na końcu umieszczono wyczerpujący, zwięzły indeks najważniejszych pojęć wraz z odpowiadającymi im stronami. Dobre wrażenie sprawia też ilość szczegółowych przypisów, zamieszczanych na praktycznie na każdej stronie – nadaje to książce odpowiedniej powagi i tego, czego od pozycji historycznych wymagam najbardziej: wiarygodności, najważniejszej chyba kwestii w tego typu książkach. 

Bo książka jest wiarygodna, co stwierdzam z prawdziwą ulgą. Rozpoczynając lekturę obawiałam się kontrowersyjnych poglądów dotyczących szczególnie owego drażliwego tematu pogromów Żydów na terenach odebranych przez nazistowskie Niemcy Związkowi Radzieckiemu w czasie hitlerowskiej inwazji. Wiadomo, o co chodzi – Jedwabne i te sprawy zawsze budzą w Polsce i na świecie, delikatnie mówiąc, spory ideologiczne. Chociaż Autor, szanujący się przecież historyk, nie opierałby się na jakichś uprzedzeniach, ale nawet w kraju istnieje wiele opracowań, którymi nie warto się w tej kwestii sugerować, a pisarz mógłby o tym nie wiedzieć. Na szczęście, z tego impasu książka wyszła zgrabnie – poza tym, że Autor szczegółowo tłumaczy powody pogromów Żydów w Europie Wschodniej i nie unika przypisywania Niemcom dużej w tym roli, o kontrowersyjnym Jedwabnem nie wspomniał. I dobrze, nie tylko dlatego, że kwestia ta jest drażliwa i elektryzująca – badanie historii najnowszej to nauka w dużej mierze empiryczna i trudno coś powiedzieć na pewno, jeśli tego się dokładnie nie zbadało, a wokół narosło tyle mitów i kłopotów. Na uznanie zasługuje również nacisk położony na zbrodnie sowieckie – jako że społeczeństwa zachodnie nie wiedzą o tym nic lub bardzo mało – przy jednoczesnym braku szukaniu usprawiedliwień do niektórych decyzji Stalina i podkreślaniu tragedii Polski i całej Europy Wschodniej (co sądzi Autor o rosyjskim dyktatorze wyjawił już przecież w tytule). Ale to przecież nie jedyny temat, bo szerokie i zgodne z precyzyjną wiedzą, nakreślenie panoramy czasów wojny i wskazanie przyczyn i skutków kolejnych losów politycznych paktu to główne atuty książki. Doprecyzowane szczegóły i śmiałe tezy, brzmiące dość wiarygodnie i ciekawie, sprawiają także, że niejeden z czytelników zrewiduje swoje poglądy lub też nakłoni do refleksji nad sprawami, którym wcześniej nie poświęcał dużo czasu lub o których wiedział niewiele. Polemizowałabym jedynie w kwestii pretensji geopolitycznych jako powodu do agresji Niemiec na ZSRR – wydaje mi się to dużym uproszczeniem tego złożonego problemu, a uznania także ludobójstwa polskich oficerów i elity w Katyniu, jako bezpośredniego skutku paktu, trochę zarzutów mam także do opisu traktatu Sikorski-Majski, a w szczególności do poświęcenia mu stosunkowo mało miejsca. Cóż, tak naprawdę te kwestie wymagają osobnych opracowań, a najlepiej osobnych studiów i badań, zresztą w czasie II Wojny Światowej, kiedy układ figur na politycznej szachownicy zmieniał się błyskawicznie, na jedną decyzję wpływało wiele złożonych czynników. Nietrudno wtedy o błąd, przeoczenie czy użycie nietrafnych słów – Hitler tkwi w szczegółach, które może i przeoczyłam, bo po pierwsze od niedawna gromadzę rzetelne fakty na temat tego okresu, a po drugie historia ma tę cudowną właściwość, że im bardziej wgryzamy się w nią, tym bardziej staje się nieoczywista i poplątana, a podstawowe fakty niepewne. 

Bardzo się cieszę, że taka publikacja powstała. Choć nie jest do końca pozbawiona wad, stanowi zupełnie udaną próbę przybliżenia paktu Ribbentrop-Mołotow także tym, którzy wcześniej o nim z różnych powodów nie słyszeli, ale także jako doskonała pomoc w zrozumieniu wielu procesów i wydarzeń w tej części Europy. I choć jest to bardziej pragmatyczny głos zewnątrz, punkt widzenia obserwatora, to historia została opowiedziana tak, jak być powinna. Z empatią. Z wyczuciem. Z brakiem przemilczeń, wręcz z jaskrawym podkreślaniem niektórych aspektów (co może drażnić bardziej wrażliwych). Bo o ile dla sygnatariuszy, a także dla Hitlera i Stalina, była to tylko część wojennej gry w oszukiwanie i przechytrzanie przeciwnika, misterna siatka kłamstw, pozorów i politycznych planów, dla 50 milionów ludzi, którzy skutki owego porozumienia odczuli (dosłownie) na własnej skórze, było to tragedią i gehenną. I choćby dla nich, bezimiennych zwłok w zbiorowych grobowcach gdzieś pośród śniegów Syberii, katyńskich lasów i prochów spalonych w Auschwitz, warto przypomnieć światu te dawne, zapominane już powoli zbrodnie i ich powody. Jesteśmy im to winni.

Tytuł: „Pakt diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina”
Autor: Roger Moorhouse
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję panu Maciejowi z wydawnictwa Znak

środa, 16 września 2015

Droga do dorosłości. Recenzja książki



Często słyszę opinie starszych ode mnie, że w dzisiejszych czasach dzieci mają nudne życie, a w dorosłość wchodzą nieprzygotowane do wyzwań, jakie na nich czekają. I, po głębszym przemyśleniu oraz obserwacjach poczynionych w szczególności na Facebooku, muszę jednak podpisać się pod tą teorią. Rok szkolny? Wszyscy narzekają na brak czasu, bo nauczyciele wymagają coraz więcej, zresztą towarzyskie wracanie ze szkoły i internetowe rozmowy pochłaniają dużo czasu, żeby nie wspominać o przeczesywaniu otchłani Internetu w poszukiwaniu rozrywki. Wakacje? Również Internet, wypady rowerowe, wycieczki z rodziną, często za granicę. I tak wiele nastolatków, tkwiąc cały deszczowy lipiec czy sierpień przed telewizorem, narzeka w końcu na nudę. Ha. Na tym polega smutek ich egzystencji. Nie chcę nikogo obrażać, ani też jak moja babcia zaczynać zdania od za moich czasów, ale moje wspomnienia są mniej więcej takie, że biegałam z koleżankami i kolegami nie zważając na białe conversy (bo takich nie mieliśmy), robiliśmy placki z błota, zamki z piasku i goniliśmy dzikie koty. Pamiętam jeszcze zaniedbany domek, a właściwie pewnego rodzaju skład na narzędzia ogrodnicze, takiż sam u mojej koleżanki; również wielki basen, po którym pływaliśmy pontonem i pewnego młodego byka, przed którym uciekaliśmy na przełaj przez kukurydzę. Nasz wygląd ciężko było porównać do designerskich dwunastolatek, które robią sobie codziennie kilka selfie , a rozmowy i kłótnie do postów, komentarzy i rozmów w Internecie, ale wspomnienia mam bardzo dobre, takie, jakich wielu mogłoby mi zazdrościć. Jednak myślę, że dzisiejsze nastolatki – w większości - nie chciałyby nawet słyszeć o takich rzeczach, uważając je za zbyt wyczerpujące. Może to stereotypowa opinia, ale dziś mało kto potrafi się bawić. Ale nie chodzi mi o imprezy. Bawić się, w na przykład, udawanie, że jest się posiadaczem wyspy… 

Marian, Julek, Pestka i Ula jednak potrafią. Kiedy przyjeżdżają na wakacje nad rzekę Młynówkę, we wiosce Olszyny, potrafią całe dnie spędzać na wyspie na rzece, tylko we czwórkę. Pewnego dnia odkrywają, że na ich wyspie jest obcy – tajemniczy chłopak ze zranioną nogą, który twierdzi, że idzie do swojego wuja. Przyjaciele próbują mu pomóc, jednak z czasem przekonują się, że sprawa Zenka, bo tak nazywa się ów przybysz, nie jest taka prosta, jak na początku mogło się wydawać. Największe problemy ma Ula, cicha, nieśmiała dziewczyna, która do tego dziwnego chłopaka zaczyna czuć coś więcej niż tylko sympatię… Co będzie z Zenkiem? Czy w końcu uda mu się dotrzeć do wuja? I, co jest chyba najważniejszym pytaniem fabularnym powieści, co go skłoniło do podjęcia tak ryzykownej wyprawy? 

Rzeczą, dla której warto książkę przeczytać, jest podejście do przedstawianych tematów i wartości – ujęcie bardzo klasyczne (żeby nie napisać przestarzałe), pełne moralności tamtych czasów, ale i na wskroś uniwersalne. Autorkę zajmują istotne problemy, do których kłopot z brakiem chłopaka jak najbardziej się nie zalicza; przedstawia swoich młodych bohaterów w sytuacjach często przerastających ich wiek i predyspozycje psychiczne, w których przecież jakoś muszą sobie poradzić, uznając pewne wartości i normy moralne bez których – co pisarka może nieco natrętnie stara się udowodnić – ciężko byłoby te problemy rozwiązać. A rozwiązywanie ich jest właśnie procesem dorastania, kształtuje odrębne, ciekawe charaktery bohaterów, sprawia, że powoli przestają być dziećmi, a stają się dorosłymi – oczywiście psychicznie. Jednocześnie forma nie jest ciężka, wręcz przeciwnie – nurtujące problemy zostały przedstawione tak, że każdy czytelnik, choć może w życiu nie doświadczy podobnych sytuacji, rozumie bohaterów, a także – mimo wszystko współczuje Zenkowi. Nie jest to może dramatyczna lektura w stylu kolejnych wyznań Arabki, która uciekła na Zachód czy dziewczyny, która po latach opowiada o swoim traumatycznym dzieciństwie, ani nie poraża tak samo jak inna lektura, którą pamiętam z okresu, w którym czytałam tę – Chłopcy z Placu Broni. Emocje są bardziej wyważone, ukryte, schowane między słowami, niezbyt intensywne i jaskrawe, ale za to prawdziwe. Do bólu. Nie przesłodzone i sentymentalne, jak bywa to często w pozycjach dla młodszych czytelników, ale zarazem ładnie komponujące się z fabułą, zlewające się w jedną ciekawą całość. I – co chyba najważniejsze – pisarka nie traktuje odbiorcy jak nierozumną istotę, której wszystko trzeba podać na tacy, wręcz przeciwnie: młody czytelnik jest traktowany jak ktoś równy Autorce, jak dorosły, z którym można poważnie porozmawiać na różne tematy, a czasami dobrze i gustownie się przy tym bawić, z góry zakłada, że ma do czynienia z inteligentnym młodym człowiekiem. Rzadko można spotkać takie elementy w tego typu literaturze, pozycja ta więc chwilowo zaspokoiła wtedy mój wybredny gust i robiła to przez naprawdę długi czas.

Dużą zasługę ma w tym język, jakiego używa Autorka – styl ma prosty, dostosowany do potrzeb młodego odbiorcy i sprawiający, że powieść czyta się bardzo szybko i lekko, spokojny i ładny, nadający całości pewną nutę wewnętrznego ładu i harmonii, a może nawet melancholii. Język dość barwny, ale sprawiający wrażenie skromnego i skrajnie minimalistycznego, pozostawiającego wiele do interpretacji czytelnikowi, a jednocześnie odsłaniającym przed nim wiele kwestii, które pewnie zamazałyby się przy większej ilości słów. Nawet najbardziej dynamiczne momenty napisane są spokojnie, dość szczegółowo, bez zmieniania tempa. Pisarka jest doskonałym obserwatorem, zresztą obserwacja zachowań bohaterów i szukanie ich powodów – nierzadko pozostających w sferze domysłów – to istota tej książki. Każdy najdrobniejszy gest, niedopowiedziane zdanie, dziwne uczucie, które zaczyna kiełkować w bohaterze czy błysk w oku mogą wiele znaczyć, będąc czasem ważną częścią opowieści. Z drugiej strony, przez liczne – dziwnie to mówić, ale tak naprawdę jest – archaizmy i dość stare już konstrukcje zdań, rodem z głębokiego PRL-u, same z siebie przywołują pewien dziwny sentyment, który moje pokolenie ma we krwi, chociaż nie pamięta tamtych czasów. Czytanie przypomina trochę kameralny film dla młodzieży, ze słabą kolorystyką i czarnymi plamami, chociaż mimo wszystko bliżej tu do ładnego obrazka tamtych lat niż szarej, brutalnej rzeczywistości. Ale te archaizmy i brak krzykliwych gadżetów dzisiejszych czasów, gdzie komputer zastępuje wyspa na jeziorze, podkreśla tylko uniwersalną wymowę książki i sprawia, że czytelnik przestaje zaprzątać sobie głowę szczegółami, skupiając się na istocie – na problemach bohaterów, które, trzeba przyznać, są zwykle takie same, bez względu na rekwizyty i datę. 

Fabuła, jak na warunki gatunku i rodzaj, toczy się do przodu w dość szybkim tempie; Autorka poświęciła na poszczególne wydarzenia tyle czasu, ile potrzeba, nie przeciągając jakiegoś wątku nadmiernie ani też nie skracając. Wszystko wobec tego jest poukładane, logiczne i harmonijne. Bo tak naprawdę wiele się nie dzieje: duże partie tekstu pisarka poświęciła na delikatną analizę psychiki bohaterów, dialogi i wątki poboczne, chociażby dość szeroko przedstawiony konflikt Pestki z jej matką czy sytuacja rodzinna Uli. Są to jednak – najczęściej - wątki zgrabnie i niemal niezauważalnie wplecione do fabuły, mające na celu jeszcze szersze przedstawienie postaci, w pewnym stopniu wyjaśniające ich styl bycia, charakter, wyznawane wartości i reakcje. Co ciekawe, najmniej wiemy o najważniejszej postaci powieści, Zenku – to wątek sprytnie ukryty, pozostający w strefie domysłu czytelnika i sprawiający, że postać chłopaka jest taka intrygująca i tajemnicza; dzięki temu książka zmusza do przeczytania jej do końca i stwarza Autorce wygodny, zgrabny pretekst by z zapałem szkicować dalej psychologiczne portrety swoich dorastających bohaterów i snuć rozważania na nurtujące ją tematy. Bo tak naprawdę – mimo że jest to kwestia wydawałoby się nadrzędna, ciekawa i motywująca do dalszego czytania – nie ważne, czy Zenek znajdzie swojego wuja czy też nie. Najważniejszy jest tu motyw drogi, powody, jakie kierowały bohaterem i jego przemiana. A także coś, co łączy go z Ulą, choć to najdelikatniej zasugerowany i najbardziej niewyraźny wątek w powieści. A co? Tego niech już każdy domyśli się sam. 

Podkreślając wielokrotnie fakt, że Autorka najwięcej uwagi poświęciła bohaterom i ich psychice, oczywiście nie miałam na myśli, że zrobiła to dobrze – czasami można przecież przedobrzyć, rozmazać cechy bohatera, co sprawi, że postać, której psychikę chcieliśmy przedstawić bardzo dokładnie, rozmywa się i staje się niewyraźna i nieco miałka. To stało się tu w kliku przypadkach, szczególnie jeśli chodzi o męskich bohaterów powieści – mam tu na myśli oczywiście Julka i Marian. O ile Julkowi jeszcze wiele można przebaczyć, bo to przecież jeszcze dziecko, stojące na początku drogi do dorosłości, ujmująco niewinne i wywołujące czasami z tego powodu uśmiech na twarzy czytelnika, a Autorka nie ma raczej dużego doświadczenia w tworzeniu takich postaci, to ciężko powiedzieć cokolwiek dobrego o Marianie. Bo naprawdę nie dowiadujemy się o nic konkretnego. Dobry chłopak z niego był, przy czym miał cechy typowe dla dorastających osobników jego płci, wzorowo opiekował się Julkiem i był dla niego zadziwiająco wyrozumiały (nawet jak na normy PRL-u i lat 50., kiedy, jak wieść głosi, młodzież była lepsza niż dzisiejsza gimbaza, w co, tak naprawdę, nie wątpię) tak naprawdę nic więcej o nim nie wiemy. Oczywiście, Autorka z pietyzmem odmalowuje jego sylwetkę, ale chłopak z każdą stroną staje się coraz bardziej nijaki i skutecznie działa ludziom na nerwy. Tak samo jak dziewczyna zwana Pestką (nie dowiadujemy się, jak nazywała się naprawdę; gdy byłam mniej więcej w jej wieku w całej swojej genialności sądziłam jednak, że to jest jej imię). Inna sprawa, że nie lubię dziewczyn-chłopaczyc w właśnie jej stylu (to znaczy wkurzających osóbek, które kiedy kopiują styl chłopaków myślą, że wszystko mogą i zaczynają działać naprawdę bezmyślnie i arogancko; uwierzcie, mam jeszcze traumę od pewnego mocno bajkowego fantasy, w którym pewna dziewczyna zakochała się w drzewie i kwestiach zachowania przypominała Pestkę… żebym tylko nie zapomniała nasłać na nich asasynów albo nija).  Miała wyjść pewna siebie, buntownicza dziewczyna, która jednak skrywa ciągle powracający konflikt z matką. Wydaje mi się jednak, że Autorka nie miała tyle brawury czy też doświadczenia, żeby napisać to tak, jak powinno być, tworząc postać nieco sztuczną, wykreowaną trochę na siłę i dość trudną do zrozumienia przez czytelnika, nawet tego, który w ogólnym zarysie bohaterkę przypomina. Zresztą, trudno jest wykreować sympatycznego bohatera z mocnym charakterem, a i tego typu osobowość w pewien sposób burzy delikatną, kameralną kompozycję polegającą na zagłębianiu uczuć postaci. Tutaj bardziej pasowałaby Ula (mówiąc nawiasem, subiektywnie moja ulubiona bohaterka powieści, bo może nawet przypominająca mnie) – nieśmiała, cokolwiek zahukana, czasami jeszcze dziecinna i niezwykle wrażliwa. Rysunek jej postaci wychodzi Autorce bardzo ładnie, delikatnie, głęboko i przede wszystkim bardzo wiarygodnie, no, przynajmniej mi tak się wydaje. Wydaje się nawet, że pisarka poddaje ją analizie głębszej niż resztę postaci – naturalnie oprócz Zenka – ukazując przy tym najmocniejsze strony swojego warsztatu i portretując w ciekawy sposób postać, na pierwszy rzut oka, zwyczajną i dość nudną, co jeszcze dobitniej ukazuje w kontynuacji powieści. Nie można jednak zapomnieć o Zenku – przyczynie całego zamieszania, również w uczuciach Uli. Chłopak bardzo tajemniczy, z intrygującą czytelnika historią, jednocześnie, jak widać, mocno pokaleczony przez los, często z wątpliwymi moralnie pomysłami i poglądami na rzeczywistość, szorstki i niezbyt przyjacielski, ale jednocześnie bardzo samotny. Osamotniony. Potrzebujący kogoś bliskiego. W innym przypadku nie wybrałby się przecież samotnie na poszukiwanie wuja, ryzykując wszystko, łącznie z głodem i przymusowym powrotem do domu. I tak naprawdę poszukujący – jak ci bohaterowie powieści drogi, których ryzykowna wyprawa czegoś uczy. Chociaż dopatrywanie się jakiegoś drugiego dna i bardziej w skomplikowanej symboliki w dość prostej historyjce może być zwykłą nadinterpetacją. W każdym razie Autorka stworzyła tę postać z wielkim wyczuciem i niezwykłą empatią, ukazując chłopaka ze wszystkimi zaletami i wadami, portretując go w chwilach złości, zwątpienia, nadziei, radości, sprawiając więc, że Zenek wydaje nam się najbardziej żywy i najszczerzej ukazana postać, pełnokrwisty człowiek, co jeszcze bardziej budzi w czytelniku odruch empatii, o zrozumieniu dla jego, czasem niewłaściwych wyborów, nie mówię – każdy jest w stanie zrozumieć kogoś podobnego do nas, bo nie jesteśmy doskonali i, może, w takich okolicznościach dokonalibyśmy podobnych wyborów. Można więc powiedzieć, że pisarka nie tylko ukazuje nam wnętrze swojego bohatera, ale po trochu dokonuje studium każdego z nas, szczególnie kiedy chodzi o kwestie samotności, przyjaźni i miłości w naszym życiu, czegoś, czego wszyscy potrzebujemy… Stop. Czy ja znów wymyślam sobie to, czego nie ma w książce? 

Okładka posiadanego przeze mnie wydania jest niczego sobie, wesoło w każdym razie nie jest. To znaczy, jest mocno przeciętna i jakoś niezbyt pasująca do tego, o czym jest książka. Wydaje się być trochę w zbyt męskim stylu, a także, pomimo ładnego minimalizmu, wydaje się trochę za bardzo nowoczesna, nawet stylem nie nawiązując do fabuły, nie oddająca jej klimatu. Znowu się czepiam, jednak brakuje mi tu czegoś. Może całość jest zbyt uboga? Na mój gust jest w dodatku trochę za ciemna. Tło jest ciemnoniebieskie, z nieco jaśniejszym środkiem, wyglądającym jak aureola wokół głowy chłopaka, a większość błyszczącego czegoś, co postać ma na sobie (?) ozdobiona jest cokolwiek niemęskim, ale bardzo ładnym, czarnym wzorkiem. Skąd coś takiego się wzięło to nie wiem i raczej wolę nie dociekać. Za to bardzo podobają mi się czcionki użyte na okładce (jakoś dziwnie bez żadnego dodatkowej recenzji czy tekstu reklamowego), szczególnie tytuł, z ciekawym dodatkiem z dwóch stron i gustownie dobrany do całości kolor, jakim napisano nazwisko Autorki – cieplejszy odcień w tych wszystkich nieco przytłaczających i depresyjnych szarościach, błękitach i bieli jak najbardziej się przyda, choć okładki to już z pewnością nie uratuje. 

Coś jest w tej książce, co zmusza do refleksji. Mimo bezpłciowego Mariana, bardzo irytującej Pestki i niezbyt ciekawej – a już na pewno nie przyciągającej wzrok – okładki, jest tu coś, nad czym warto się zatrzymać. Bo o ile zaplątane w rzeczywistości dzieci, które powoli dorastają i próbują odnaleźć się w świecie dorosłych, świecie własnych, coraz mniej jednoznacznych emocji, odnajdą tu może jakąś analogię czy wskazówkę, a może zostaną zmuszone do przemyślenia kilku spraw, a może nawet zachwycą się lekturą, to starsi czytelnicy odnajdą dzieciństwo. Może to również z lat PRL-u, a może ze świata istniejącego jeszcze szesnaście, piętnaście lat temu, kiedy beztrosko bawiło się w budowanie zamków i Zorro, świata innego niż ten dzisiejszy. Takiego, w którym ludzka życzliwość dla tych, którzy zostali w różny sposób skrzywdzeni, jest na wyciągnięcie ręki, tak samo jak zupełnie bezinteresowna przyjaźń rówieśników-towarzyszów zabaw,  a zatopienie się w czyich oczach czy pierwsze, niepozorne drgnienie serca budzi niezrozumiały lęk i zdziwienie, kiedy pociąg oddala się, zmuszając do kolejnego pożegnania. A może i te chwile, kiedy zmieniało się nasze życie, nie potrafiliśmy sobie z czymś poradzić i targało nami poczucie inności czy obcości z różnych kiedy czuliśmy się jak nieproszony obcy na czyjeś wyspie. 

Tytuł: „Ten obcy”
Autor: Irena Jurgielewiczowa
Ocena: 7/10

niedziela, 28 czerwca 2015

Zagubieni we własnej epoce. Recenzja książki



Jak pokazuje reklama Orange, Rozum i Serce rzadko da się pogodzić. Przykładem mogę być ja – w sercu zacięta bonapartystka, czcząca Cesarza Francuzów jak prywatnego boga, ale rozumowo zwolenniczka IV Republiki, chociaż nie we wszystkich aspektach. Historia nauczyła mnie pokory, patrzenia na świat krytycznym okiem osoby świadomej dramatu ludzkich losów; mimo że przeszłość stała się jedną z form ucieczki przed teraźniejszością, mój rozum znienawidził historię za pokazanie ludzkiej nikczemności i rozczarowania niemal wszystkimi ideałami, z wolnością i tolerancją na czele. Chociaż chyba zawsze wiedziałam, że życie wymaga pewnej dawki hipokryzji i obłudy, chowania głęboko myśli i chronienia serca przed jak największą dawką zła – chociaż małe są koniecznością, jak naświetlenia organizmu promieniowaniem UV czy picie kawy, co w pewnym momencie jest śmiertelne. Może nie rozumiem tego do końca, bo takie dywagacje są tylko dla wybranych, a ja do nich nie należę. Czasami tego żałuję, ale – szczerze mówiąc – wiele jest prawdy w przysłowiu, że wybrańcy bogów umierają młodo. To chyba kwestia niedopasowania do reszty społeczeństwa swoją szlachetnością talentami czy charyzmą, których tak bardzo zazdrosną mali, ale sprytni ludzie, potrafiąc takiego człowieka zniszczyć. Ale i nie tylko. Tacy ludzie zwykle nie znają prawideł epoki… tylko dlatego, że ją znają zbyt dobrze i potrafią przeniknąć ludzką obłudę i fałsz. A przecież nikt sobie tego nie życzy, prawda? 

Rok 1830, w którym Autor pisał swoją powieść, był dla Francji rokiem szczególnym. Może nie był taki doniosły jak 1792, kiedy rozpoczęła się Wielka Rewolucja Francuska czy 1815, w którym na polach belgijskiego Waterloo książę Wellington i Blűther pokonali niezwyciężonego Napoleona, a Kongres Wiedeński ustalił nowy kształt Starego Kontynentu. W roku 1830 lud francuski, nie mogąc znieść więcej absolutyzmu Karola X wywołała rewolucję – trzy dni chwały. W wyniku niej królem został Filip Orleański, gościu, który, chcąc przypodobać się ludziom, chodził z parasolem po ulicach (w 1848 będzie kolejna rewolucja, w wyniku której ludzie proklamują republikę, a prezydentem zostanie pewien siostrzeniec Bonapartego; później w wyniku zamachu stanu obwoła siebie cesarzem na wzór swojego wuja). Przypadek? Nie sądzę, bo to był doskonały czas na powieść podsumowującą około czterdzieści lat prób zdefiniowania pojęcia Francja na nowo, ale także opis tego okresu przełomu, w którym stare odchodzi, a nowe jeszcze się nie zaczęło. Czy aby powieść sprostała temu zadaniu? 

Julian to syn cieśli o nieprzeciętnym umyśle i wybitnej pamięci. Rozpala go ambicja, bardzo kocha Napoleona (który umarł dziewięć lat wcześniej) i rozczytuje się w jego Pamiętnikach ze świętej Heleny i marzy o karierze wojskowej, która jest po prostu niemożliwa – tylko w czasach Cesarza tytuł generała nie był tylko dla dobrze urodzonych. Dlatego, mimo że nie wierzy i wzdryga się przed postępkami księży, postanawia rozpocząć karierę duchową, tylko po to, by kimś być. Przeszkód napotyka jednak wiele – jego nieprzeciętny charakter prędzej czy później sprawia, że wokół zaczyna się kręcić wiele panien i pań, będących mężatkami (!), zakochanych w nim do szaleństwa. To, chyba każdy przyzna, wyjątkowo utrudnia nie tylko karierę duchownego ale także i życie; niepohamowana namiętność dwóch zupełnie różnych od siebie dam i – znów! – różnice między dobrze urodzonymi a chłopstwem, sprawia, że ten świetnie zapowiadający się chłopak kończy bardzo marnie, dając jeszcze pożywkę do romantycznych wyobrażeń szalejącej z nudy Matyldy de la Mole, jego byłej kochanki. Ta nieskomplikowana historia perypetii młodego człowieka w Wielkim Świecie Arystokracji jest jednak tylko argumentem, by w krzywym zwierciadle i bardzo krytycznie ukazać społeczeństwo schyłku Restauracji, szczególnie warstwy znienawidzone przez Rewolucję 1792 – szlachtę i kler. Czy słusznie, sama nie wiem, ale chyba skutecznie, bo książkę Kościół wpisał do Indeksu Ksiąg Zakazanych, co w samo w sobie może być powodem do sięgnięcia po nią. 

Zacznijmy tradycyjnie, od strony wizualnej, do której, jak z pewnością się domyślacie, nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Okładka Wydawnictwa, sama oprawa, sprawia, że na książkę po prostu miło jest patrzeć i, co jest równie ważne, nawiązuje do treści powieści. Na okładce widzimy bowiem całą treść: tę samą postać bohatera w stroju świeckim (u góry) i księdza (na dole), ułożone jak w kartach do gry, co symbolizuje wybór i rozdarcie (z którym mamy już do czynienia w tytule – zdziwiło mnie negatywnie jednak to, że Wydawnictwo na okładce napisało, że „czerwone” symbolizuje Napoleona; czerwień jest przecież kolorem rewolucji – czy to przypadkiem nie jest błąd czy tylko moja interpretacja?) i pewien wiążący się z nim hazard, grę. Minimalistyczny to obrazek, ale więcej przecież nie potrzeba. Tło jest, jeśli mam do tego oko, w kolorze ércu, w każdym razie czerwone napisy i pasek przy grzbiecie ładnie się komponują, tworząc ciekawy zestaw. O funkcjonalności i podziwie dla  twardej okładki już nie wspomnę; wystarczająco rozwodziłam się o tym przy okazji recenzowania innych książek tego wydawnictwa. W każdym razie wydanie jak zwykle sprawia, że książka przyciąga czytelnika do siebie, intrygując swoją oryginalnością i ciekawym pomysłem, który sprawia, że szczególnie przy tworzeniu okładkowych ilustracji dla klasyków, Wydawnictwo nie ma sobie równych. 

Powieść to jest lustro przechadzające się po ulicy – tym chyba najsłynniejszym zdaniem właściwie mogłabym zakończyć tę recenzję – wszystko, co powiem dalej, jest potwierdzeniem tych słów. Powieść ta to sztandarowe dzieło realizmu, niebezpiecznie jednak balansując na granicy z zgryźliwym pamfletem, pozbawionym nawet grama sentymentalizmu i wybujałej wyobraźni, zastąpionej gryzącym sarkazmem i humorem ściętej na gilotynce głowy. Lustro odzwierciedla  piękne widoki i błoto na ulicy pomieszane z psimi odchodami, ale tych drugich jest zdecydowanie więcej, może dlatego, że tak po prostu było, przestarzałe struktury gniły już i umierały śmiercią naturalną, albo taki był cel Autora. Jednak pod sarkazmem kryje się coś więcej: świetnie uchwycony portret ludzi tamtej epoki – dogorywającej arystokracji, próbującej żyć jak przed rokiem 1792, ale jednocześnie świadomej, że ich czas minął, szczególnie wtedy, kiedy drżą przed ludem i jakobinami (jakby Robespierre miał zmartwychwstać) przy czym zaprzeczają jakimkolwiek zmianom; obłudnemu klerowi, który, chcąc przystosować się do nowych warunków, udaje religijność, pnąc się po szczeblach władzy, jak za czasów przed rzezią w Wandei i kultem Boskiej Istoty. Jednak wszyscy mają świadomość, że ten świat należy do przeszłości – nie ma po co wchodzi do tej samej rzeki czy sztucznie podtrzymywać przy życiu umarłego już człowieka. W tym kontekście powieść staje się tragiczną farsą, a bohaterowie – łącznie z Julianem – zagubionymi ludźmi, próbującymi dostosować się do nowych warunków, odnaleźć w tych dziwnych czasach, w których w przeciągu czterdziestu lat miejsce dla siebie znaleźli Ludwik XVI, krwawy Robespierre i nieszczęsny Danton, wojowniczy Cesarz oraz małostkowi Burbonowie, oferując ludziom różne rozwiązania, wszystkie niedoskonałe. Ale cała arystokracja jest tu żałosna ze swoimi marzeniami i planami, ze strachem przed kolejną rewolucją, z tym, że robią niektóre rzeczy na siłę, udając, że wszystko jest po staremu. Tak, to zostało doskonale przez Autora odmalowane, nie tylko ze sarkazmem, który sobie cenię, ale ze znawstwem i trafną, obserwacją otaczających go ludzi. W tym kontekście niezbyt ciekawa historyjka miłości dwóch zupełnie różnych kobiet do chłopskiego syna, próbującego dać sobie radę w arystokratycznych salonach, wydaje się być nieważna, odgrywająca tylko rolę argumentu do złośliwiej, ale i bezstronnej diagnozy tamtych czasów. Bardzo podoba mi się brak komentarzy odautorskich - pisarz tylko wiernie relacjonuje historię opisaną w książce, zgrabnie unikając własnych sądów, stawiających go po którejś ze stron i biadań nad upadkiem moralności, które musiałyby zmusić go do zaprezentowania swoich poglądów politycznych (a były to czasy, kiedy cały światopogląd wiązał się z polityką). A może nie miał poglądów politycznych, potępiając tak samo Restaurację, Napoleona i jakobinów? 

Zachwycił mnie styl pisarza, choć książkę – z różnych względów – czytało się bardzo wolno. Trochę dlatego, że jest to jedna z tych powieści, które pod lekkimi, ironicznymi słowami, pełnymi osobliwego poczucia humoru i błyszczącym wirtuozerią, kunsztownym stylem kryje wiele innych znaczeń, z którymi współczesny czytelnik ma nieco kłopotów, po części z diametralnie różniących się światów. Faktem też jest to, że momentami wszystko niepotrzebnie się ciągnęło i dłużyło, a parę wątków można by opisać w kilku słowach lub akapicie, zamiast poświecać im cały – co prawda krótki – rozdział. Jednak czy nie dobrze jest delektować się utworem, zamiast szybko go połknąć? To jedna z tych książek, które są tak dobrze napisane, że chciałoby się podobnych więcej. Tu wielką zasługę ma także tłumacz, Tadeusz „Boy” Żeleński, który zachował dziewiętnastowieczną stylistykę i wyjątkową harmonię słów Autora (trafnie opisujących wszystko, co ma do powiedzenia, bardzo sobie to cenię, muszę przyznać) podchodząc do tekstu z wielkim znawstwem i wyczuciem osoby rozumiejącej tamtą literaturę. No po panu Żeleńskim, jednym z wielkich ludzi polskiej literatury XX wieku, nie można się spodziewać byle czego.

Postacie są świetnie skonstruowane, jednak nie sposób ich polubić. Może dlatego, że Autor pokazał ich nieco w krzywym zwierciadle albo też po prostu tacy byli. Julian, główny bohater, to naprawdę ciekawa postać, mimo że ciężko byłoby mi powiedzieć o nim coś dobrego. Poznajemy go jako młodego wieśniaka z wielkimi ambicjami i z sercem przepełnionym miłością do Napoleona (to chyba, według mnie, jedyna pozytywna cecha), do czego nie może się przyznać. Już wtedy jest hipokrytą, dumnym, świadomym swoich możliwości w świecie, ma jednak dobre serce, brzydzące się postępkami arystokracji i kleru, tak naprawdę do końca nie może zrozumieć sposobu ich myślenia i rozgryźć zasad ich gry – co przesądzi o jego upadku. Jego postępki nie są jednak szlachetne, co zresztą mnie nie dziwi, bo zdecydowanie nie był to czas szlachetności i żeby osiągnąć większy sukces niż inni, trzeba było być od nich gorszym. Autor nie osądza Juliana, bez komentarza pokazując jego drogę na szczyt, prezentując myśli i uczucia nic nie ukrywając; tylko wszechobecna, gryząca ironia chroni opis tej postaci od beznamiętnej relacji. Nie jest to też postać doskonale skonstruowana, pełna życia, prawdy o człowieku, ale świetnie ukazująca losy ludzi, którzy próbowali być w tamtym świecie szlachetni i mieli czujące serca, powoli zabijane z jednej strony  przez własną ambicję, a z drugiej przez świat, zgniły i zły. Może trochę szkoda, że pisarz nie rozwinął tej postaci bardziej – przez to cała powieść stałaby się jeszcze bardziej ciekawa - ale ostatecznie to chyba wystarczy dla fabuły i całej wymowy książki. Bo jakie lustro odzwierciedla głębokie aspekty ludzkiej psychiki? 

Reszta bohaterów to naprawdę pocieszne stworzenia, choć zbudowane dość szablonowo, chyba nie dlatego, że Autor nie potrafił tego zrobić, tylko z powodu innego celu powieści. Zresztą nikt z salonowych wyżeraczy i biskupów-karierowiczów nie był Antygoną z jej moralnymi dramatami, ponadprzeciętnym Bonapartem czy Robespierrem, który wprowadzając terror marzył o Republice Cnoty, tak naprawdę zmuszając ludzi do wolności (to zawsze mnie śmieszy); bywalcy salonów byli raczej nieznośnie puści i znudzeni wszystkim wokół, nie można wydobyć z nich głębszych, skomplikowanych uczuć, bo ich nie mieli. Pisarz nie kreśli więc głębokich portretów psychologicznych, ograniczając się do cech widocznych gołym okiem i przedstawienia krótko ich powodów. Mimo wszystko zafascynowała mnie postać Matyldy de la Mole. Naprawdę można tak oszaleć z nudy? Rany Julek, jak to mówiła Anasatacia z Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a, nie wiedziałam. Ofiara swoich romantycznych marzeń i miłości do historii swojego rodu, którą chciałaby powtórzyć w swoim życiu, wpada w końcu w obsesję czy szaleństwo, które dziewczyna pomyliła z miłością do głównego bohatera. Nie wiem, czy ktoś taki może istnieć naprawdę, może brak mi doświadczenia albo w naszych czasach nie jest już to po prostu możliwe, może po prostu Autor nieco przesadził ze swoją ironią. Przy niej reszta bohaterów drugoplanowych wygląda bardzo blado, szczególnie druga kochanka Juliana, pani de Rênal, typowa istota ze sentymentalnych romansów, łagodna, blada i pełna namiętności, posiadająca jednak sumienie. Portrety mężczyzn są tylko fragmentaryczne, częściowe, ciężko cokolwiek o nich więcej powiedzieć, poza wszechogarniającą wszystkich i wszystko hipokryzją i obłudą, a także próżnością i desperacką chęcią ocalenia starego świata przed nowymi prądami w Europie przy jednoczesnych konfliktach wewnętrznych, co doskonale obrazuje tajne spotkanie arystokratów pod koniec książki. Przez to postacie te są zabawne i żałosne, naiwnie wierzące w coś, co już nigdy nie wróci, nienawidzące króla, ale i widzące w nim gwarancję na życie takie jak przed rewolucją, strach przed masami i skrupulatne unikanie tematu gilotyny. Napisałabym także, że są to postacie schematyczne, stworzone jeśli nie bez polotu to tylko do określonych celów, mające odzwierciedlać raczej ogólne cechy i poglądy tych dwóch stanów, a nie konkretne, osobowe cechy. Czyta się wtedy o nich z mniejszą przyjemnością, to prawda, ale myślę, że aby prawidłowo odebrać tę powieść, trzeba to zaakceptować, cieszyć się z tego, co się ma i pozwolić sobie na jeden lub dla ironicznie uśmieszki, kiedy pisarz prowadzi nas do salonów, przesyconych pochlebcami, obłudnikami i zniewieściałymi, znudzonymi młodzieńcami, piszącymi listy miłosne dla zabawy, ukazując to wszystko w bardzo, ale to bardzo krzywym zwierciadle, przechadzającym się ulicami Paryża i prowincjonalnych miasteczek. 

Autor chyba nie przypuszczał, że jego powieść stanie się obrazem epoki odchodzącej, systemu, który runął jeszcze w tym samym roku, by ostatecznie zawalić się w 1848. Nie znał – bo skąd – dalszych losów jego ojczyzny: II Cesarstwa, będącego tylko parodią rządów Bonapartego i porażki Napoleona III w wojnie z II Rzeszą Bismarcka (1870-1871). Wiedział jednak, że Restauracja, kolejny potworek Kongresu Wiedeńskiego i ministrów Metternicha i Talleyrand (gość jest synonimem zdrady wszystkiego i wszystkich) nie utrzyma się długo, mimo nabożnych życzeń panów de la Mole. Moim zdaniem jednak, cały tragizm i jej siła leży w czymś innym – w doskonałym, acz nieco szablonowym, przedstawieniu Francji w czasach kryzysu, targanej sprzecznościami, poszukującej własnej drogi. Ukazaniu ludzi zagubionych we własnym wieku, tęskniącymi za przeszłością – tak jak cała arystokracja i Julian, zadurzony w wojowniczym Cesarzu, ale i tych, którzy chcą przyszłości – chodzi tu o liberałów, których panicznie boi się większość bohaterów; ludzi rozdartych, takich jak Julian, próbujących mimo wszystko coś z tym  swoim życiem zrobić. Prawdziwą sztuką jest ukazanie tego w taki lekki sposób, jak zrobił to Autor przy jednoczesnym szczerym, ironicznym ukazaniu opisywanego problemu, mimo więc kilku niedociągnięć, najczęściej będących wynikiem nużącej fabuły, podziwiam go bardzo. I muszę przyznać, chociaż nie przychodzi mi to nigdy z łatwością, że dopiero teraz, dzięki tej książce poznałam naprawdę kawałek żywej historii Francji, ukazanej dokładniej i bardziej autentycznie niż w nawet najlepszych podręcznikach akademickich do historii – bo przecież istotą tego przedmiotu jest człowiek, a jego nie da się zrozumieć wykuwając na pamięć bezosobowe nazwiska, daty, wydarzenia i studiując zawikłane mapy, nie będące zwierciadłami, nawet krzywym odbiciem świata, pulsującymi życiem tam ukazanym.

Tytuł: „Czerwone i czarne”
Autor: Stendhal (właśc. Henri Beyle)
Moja ocena: 7/10 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MG 

sobota, 20 czerwca 2015

Świat kobiet walczących. Recenzja książki




Często słyszę opinie, że nasz świat jest zły. A to że homoseksualiści, a to że homofoby, albo jakiś sympatyczny polityk w świecącej nowością markowej marynarce, nie komentując drobnych sprzeczek w naszym otoczeniu i ogólnej niesprawiedliwości. Żony narzekają, że mężowie mało zarabiają, nie bawią się z dziećmi, a wieczorami zasiadają przed telewizorami; mężowie skarżą się, że żony z przekroczeniem pięćdziesiątki przestają o siebie dbać, a dla dzieci są zbyt nadopiekuńcze, o teściowych nawet nie myślmy. Kylie biada, że w domu zawsze brakuje kawy i kakao, a sąsiad Kylie wścieka się, na Kylie, że za głośno włącza muzykę. Tak naprawdę nie powinniśmy tak robić – mamy spokój i pokój, pax Europa, jak dumnie mówią ważniaki z Brukseli, który niewiadomo ile jeszcze potrwa i nie tylko dlatego, że pan prezydent Putin kombinuje coś na swoich granicach, a wszyscy (oprócz Polski) opracowują w swoich laboratoriach nowe generacje bomb atomowych. Nasz brak radości z uprawy ogródka, rozkwitłych róż czy zwykłego posiłku bierze się z poczucia bezpieczeństwa, który traktujemy jak zwykły stan świata, a nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy ktoś z naszej rodziny jest daleko od nas, codziennie narażając życie, a każda przesyłka zwiastuje dobre lub złe wieści a nie nową książkę. Pardon, bo przecież w naszym kraju jest mnóstwo rodzin żołnierzy, których wysłano na misję do Afganistanu, a wiadomo, że zginąć można nawet w kamizelce kuloodpornej – moja dalsza rodzina, niestety, przekonała się o tym jakiś czas temu. Tak samo jak rodziny policjantów czy służb antyterrorystycznych, żyjące w strachu nie tylko o życie bliskich, ale i o swoje. Są to jednak sytuacje dość rzadkie, bo pobór do wojska nie jest masowy, a mnóstwo kobiet oczekuje powrotu męża z nudnego biura, położonego niedaleko domu po pięciu godzinach pisania na komputerze czy innej, równie bezpieczniej i nudnej (przy założeniu, że taki człowiek nie pracował w WTC w roku 2001). A jeśli będzie inaczej? Co wtedy zrobimy? 

Świat Normanów był bezwzględny, jak pogoda panująca w Skandynawii, a bogowie równie źli jak zima. Odyn, Jednooki pan Asgardu i Walhalla. jego syn miotający wielkim młotem Thor (taaak, skarby, niech żyje Marvel!), mroczny Loki (filmidła fantasy niszczą mi mózg), oraz inni, pomniejsi bogowie, z trwogą oczekujący Rangoku, Ostatniej Bitwy, w której zginą i dobrzy i źli, by nastał nowy świat. Normy, niczym greckie Parki tkające ludzki los i Walkirie, zaprowadzające z pól bitew do Walhalli najdzielniejszych wojowników. Niewolnice sprowadzane aż z Rusi, bezwzględne palenie i rabowanie oraz wyprawy w nieznane, aż po kres świata, do Ameryk, które odkrył Leif Eriksson i Cesarstwa Bizantyjskiego na gorącym południu. Między fanami nordyckiej mitologii krążą mroczne historie o rytualnym wieszaniu ludzi na drzewach, a potem czczeniu tych drzew, jako że Jednooki kazał powiesić się głową na dół na Midggardzie, by poznać tajemnicę runów; palili swoich zmarłych na łodziach, podążających na Północ. Chłód, mrok półrocznych nocy i krwawe blaski zorzy polarnej sprzyjały niewątpliwie takim podaniom, a rozbicie feudalne Norwegii było przyczyną walk potężnych jarlów, rządzących się jak osobni władcy. Wybuchały wojny domowe, wojny z tymi, którzy ośmielali się nazywać królami Norwegii, wyprawy grabieżcze we wszystkie strony świata po złoto, niewolników i sławę. Czytając opisy walk poznajemy jednak tylko samych mężczyzn – tych, którzy byli zwycięzcami i tych, którzy ginęli, zasługując na pamięć następnych pokoleń. Nikt jednak nie zastanawiał się nad ich żonami, pozostającymi w domu z dziećmi i rodziną, ba!, nawet nie znamy ich imion i bliższych losów, a co dopiero uczuć i myśli. Możemy tylko przypuszczać, że były bardzo odważne, wysyłając swoich synów i mężów na wielkie wojny, tak daleko, że trudno było im sobie to wyobrazić, a nawet kiedy pozostawali w domu, poświęcali się sztuce wojennej, czasami zapominając o swoich obowiązkach rodzinnych, które w większości ograniczały się do szkolenia syna we władaniu mieczem i staraniach o większą ilość potomstwa, będącego pewniejszym gwarantem ciągłości rodu. O kobiety nikt nie dbał. Stały w cieniu swoich mężów, kochane przez nich czy nie, godząc się na wszystko. Umierały zapomniane, bo nie stawiano im tak okazałych kopców; pochłaniał je mrok kolejnych stuleci, chociaż wcale na to nie zasługiwały. 

Jak dobrze więc, że jest literatura! Od dawna pisarze eksploatują nieznane lądy, w na pozór błahych i oklepanych motywach okrywając nowe wymiary i dna. Znajdując ciekawą perspektywę do opowiedzenia jakiejś historii od nowa, w sposób nieoczekiwany i odważny. Dzięki temu możemy poznać to, co zwykle pomijane, ale jednocześnie niezwykle istotne, jakiś szczegół, który może posłużyć za temat do wcale odkrywczej książki, powieści, gdy do głosu w powieści dochodzi ktoś kto zwykle spychany był na plan dalszy. Bo czy kobiety – żony i matki – nie były ważne w świecie Normanów? Czy ich historie są mniej fascynujące od bitew i okrywania wielkiego, niekończącego się świata? Autorka tej książki udowadnia, że  nie. 

Sigrun w wieku szesnastu lat zostaje żoną jarla Regina, pana Namsen, co rozpoczyna niezwykle ciekawy okres w jej życiu, pełen – jak to w życiu bywa – blasków i cieni, radości i smutków. Będąc już starą kobietą, brzydką i czującą się źle w zmieniającym się świecie, wraca wspomnieniami do przeszłości, opisując słuchającym swoje życie, ze smutkiem przypominając sobie przemijający powoli świat wielkich Normanów i postacie, które już dawno odeszły z jej życia, a które były dla jej ważne, jak każda osoba stojąca nad grobem, żyjąca już tylko piękną przeszłością. A ma Sigrun co wspominać – splendor, szczęście, miłość, uśmiech dzieci, które wypełniały jej dom, świat Asów i Wanów a nie ukrzyżowanego Chrystusa, którego nie rozumie i się boi. Malowniczy świat, zamknięty już tylko w jej głowie, a dla nas zupełnie niezrozumiały, znany tylko z popularnych seriali, które – niestety – nie mają na celu pokazanie historycznej prawdy, zbliżając się do hollywoodzkich superprodukcji w stylu tragicznego Królestwa Niebieskiego czy jeszcze gorszego sequelu 300 (to filmidło ze statkiem i taką babką na nim). Świat mroźny, dziki, ale w pewien sposób piękny. 

Już od pierwszych stron książka przypomina wyrafinowany, wielowarstwowy kobierzec, pełen dodatkowych znaczeń i wynikających z tego zapętlonych interpretacji, chociaż patrząc pobieżnie, powieść jest prostą, drastycznie skróconą historią pewnej kobiety. Pod prostymi, przypominającymi mowę potoczną słowami, kryją się jednak kolejne znaczenia, ciekawe, niejednoznaczne obrazy i pytania, zmuszające czytelnika do przemyślenia pewnych spraw jeszcze raz. Dlatego jest to powieść dla wymagającego czytelnika – cierpliwego i dociekliwego, rządnego czegoś więcej niż akcji, bo tej tu nie ma wiele; Autorka konstruuje historię z wspomnień głównej bohaterki, w których czasami szczegóły i uczucia pozostały jak żywe, zasuwając mgłą ważne wydarzenia, przedstawione czasami pobieżnie i niedokładnie, zaledwie tylko w zarysach. Wielka polityka przeplata się więc z prywatnym życiem Sigrun, w które za sprawą przyjaciela Einara wsącza się chrześcijaństwo, dołączając do śmierci, miłości, tęsknocie i strachu o najbliższych, który wyruszyli na wojnę, tworząc skomplikowany, ale niezwykle ciekawy portret kobiety tamtej epoki, jednak zaskakująco uniwersalny,  żyjącej w cieniu swojego męża, ale niemniej interesującej. Myślę bowiem, że książka jest niczym innym jak portretem (zresztą tak jest z całą sagą: kolejne powieści przybliżają nas do Haldred, Einara, Gudrunn i innych bohaterów) – utkanym z ułożonych chronologicznie wydarzeń, które lepiej oddają kształtowanie się bohaterki i dodawanie kolejnych rysów niż płomienne monologi,  składających się na akcję, bardziej podobną jednak do opowieści rodowych seniorów czy fabuły trzymającego w napięciu thrillera. Niektórych może irytować jakby fragmentaryczne ukazanie wydarzeń, niczym osobnych klatek z dłuższego filmu, ale każda z historii jest skończona, mistrzowsko ujęta w literackiej miniaturce (gdzie czasami jest czas na przyspieszone bicie serca, a nawet o jakąś mroczną intrygę), bez szerszego kontekstu jednak niesamodzielnej. To tylko pogłębia wrażenie gawęd przy kominku, kiedy za oknem śnieg, mróz i mrok, podmalowanych tą sentymentalną tęsknotą ludzi starych do świata, który minął i który mogą jedynie odtwarzać w pamięci – jednak ten wymiar powieści jest dostępny tylko dla wrażliwego czytelnika, lubiącego smakować historii, wolno rozwijającej się jak haftowana historia z setkami osobnych scen. 

Warto jednak zaznaczyć, że nieco zdenerwowało mnie podobieństwo  niektórych wątków i sformułowań do najnowszego cyklu pisarki, Odrodzone Królestwo. Może to dziwne, ale w scenie pierwszego spotkania Sigrun i Regina przypomniało mi się spotkanie Przemysła II i Rikissy – która, co za zbieg okoliczności, była Szwedką. Nie będę bronić Autorki, mimo że bardzo cenię sobie jej twórczość, ale też nie oskarżę ją o autoplagiat w stylu kompozytora Harry’ego Gregsona-Williamsa ale to naprawdę irytuje. I wytłumaczeniem nie jest objętość pisanych powieści. Takie argumenty też mnie nie interesują. Chociaż… nie było aż tak źle, jak w pewnej książce, w której bohaterowie kłócili się i kochali przez sześćset stron (Anno Todd, piję do ciebie!). 

Warto też poświęcić osobny akapit zarzutom pod adresem powieści, szczególnie tych bardzo niedorzecznych, jak to, że książka to erotyk w historycznej powłoczce. Ha! Ciekawe, co każdy z nas napisałby, gdyby kazano mu opisać swoje życie szczerze i bez żadnych ubarwień, patrząc z dystansu na całość, obejmującą wielką miłość. To przecież nie jest typowa powieść o Normanach, jedynie intymna spowiedź żony jednego z nich, żony kochanej i kochającej; świat, jaki przedstawia, jest zupełnie subiektywny, a ponieważ miłość jej męża była dla niej rzeczą ważną, wątek ten wypełnia nieco książki. Zupełnie normalne. Zarzuty, i to bardzo poważne, miałabym, kiedy bohaterka mieszałaby się w politykę, pięła się po drabinie władzy niczym lady Makbet czy walczyła w bitwach, bo to nie byłoby zupełnie normalne. Powieść nie jest – jak już pisałam – opowieścią o Norwegii, ostatecznie przecież Autorka mogłaby przenieść historię Sigrun do czasów II Wojny Światowej i intymna historia małżeństwa zupełnie by się nie zmieniła. Hm. Wcale nie bronię książki, bo mi się podoba. Bronię, bo myślę, że warto pokazać mój punkt widzenia. 

Język Autorki jest dostosowany do przyjętej konwencji – luźny,  potoczny gawędziarski ton, wzbogacony, jak napisałam wyżej, smutkiem i powagą, jednocześnie bardzo prosty i wyrafinowany. Ma swój zawiły rytm, niczym sagi skaldów (tak! To jest to – nawet tytuł pasuje!) i niemal werbalny wydźwięk, pełen emocji, drgających pod powierzchnią, dzięki czemu mamy wrażenie, że siedzimy z Sigrun przy kominku, a ona, ufając nam bezgranicznie, opowiada nam o całości swojego życia, nie pomijając tematów tabu. Słowa są zupełnie subiektywne, bardzo emocjonalne, skrywające wiele światłocieni i znaczeń, co sprawia, że mimo wszystko powieść jest niezwykle bogata. To jak woda płynąca pod zimnym, iście norweskim, chłodem, surowością i oszczędnością słów, o nieco średniowiecznym posmaku – trzeba nieco zaangażowania, by wniknąć w tę głębię i spojrzeć na tamten świat oczami bohaterki oraz odkryć piękno języka – faktycznie przypominającego poemat skaldów: prostego, ale pięknego i skomplikowanego, momentami patetycznego, ale nigdy nie kiczowatego. Do tego trzeba dodać opisy, w których objawia się niezwykle głęboka miłość Autorki do szczegółu, czasami nabierającego cech wręcz symbolicznych. Z tych szczegółów pisarka pieczołowicie odtwarza tamten świat z całym jego, tak często pomijanym, tłem: z zapachem ryb, zimnymi podmuchami wiatru, chrzęstem śniegu pod stopami, dotykiem futer i smakiem wina. Całe tło historii Sigrun staje się więc na tyle realistyczne, by czytelnik mógł spojrzeć oczami bohaterki i wejść w jej skórę, przeżywając niezwykle silnie opisywane przez nią emocje. Należy także podkreślić, że sceny erotyczne zupełnie nie przypominają opisów z wyrażeniami, w najlepszym przypadku, wyczytanym w łacińsko-polskim atlasie anatomicznym, może są i zbyt przepoetyzowane, ale te wszystkie porównania do łódki i pływania są fajne, bo nowatorskie i bardzo pasujące do norweskiego świata. W każdym jednak razie język jest dopracowany i melodyjny na tyle, by mieć wrażenie, że czytając, płyniemy po zimnych wodach Bałtyku i Morza Północnego, zaglądając czasami do wnętrza ciepłych komnat Sigrun i dotknąć miękkich zwierzęcych futer, przez chwilę chociaż żyć w innym świecie.  

Trzeba także nadmienić, że Autorka – jak zwykle zresztą – nie zawiodła mnie w kwestii poprawności historycznej (prawda, że potknęła się nieco przy tematyce łódź, pisząc o płynięciu przez rzekę dakkarami, ale koniec końców kobiety mogą być militarnymi laikami), wręcz zaskoczyła dogłębną znajomością religii nordyckiej: swobodnego poruszania się w skomplikowanej, dziwnej dla nas, ludzi Południa, mitologii, dogłębnej znajomości nordyckich bóstw i – co mnie chyba najbardziej zainteresowało – religijnych rytuałów. Te ostatnie obfitują w ciekawe, malownicze szczegóły, wyglądające na oryginalne obrzędowe teksty i dowodzą szerokiemu, merytorycznemu przygotowaniu pisarki do opowieści o świecie średniowiecznej Skandynawii; czytając te fragmenty, mamy wrażenie, że oglądamy je na własne oczy, cofając się do przeszłości za sprawą jakiegoś przedziwnego wehikułu czasu. Brawa należą się także za zadziwiającą orientację w zaplątanych bardziej niż Gra o Tron dziejach królów Norwegii, pełnych dobrych i złych Hakonów, Grunhild, z których każdy ma inną religię. Jestem pewna, że tak wierne odtworzenie świata Normanów zajęło więcej czasu, niż napisanie objętościowo niewielkiej – w porównaniu z Odrodzonym Królestwem – powieści. Nie jestem pewna, czy jeden człowiek jest w stanie ogarnąć taką ilość materiału  jeszcze wybrać tak, by złożyć w wszystko w ciekawą, wciągającą książkę, dla Autorki więc należą się brawa. 

Ciężko napisać cokolwiek o bohaterach, w powieści znajdziemy przecież ich subiektywne opisy dokonane przez Sigrun. Idealizuje swojego męża, tak, że nie możemy poznać jego wad, jedynie same zalety. Zresztą, wbrew pozorom, mało jest Regina w powieści – najczęściej jest gdzieś daleko, a bohaterka siedzi w domu, tęskniąc za nim, co tylko sprawia, że postać ta staje się bardziej wyidealizowana. Narracja z punktu widzenia kobiety sprawia także, że postacie takie Bodvar, jego słowiańska żona Mislava (czytając ten wątek czułam lekki niedosyt), wieszczka Urd, Haldred – a w szczególności – Einar,  czy druga z Thor, jakie Sigrun spotkała w swoim życiu, są owiane mgiełką tajemnicy, pewnego niedomówienia – bohaterka wielu rzeczy może się tylko domyślać, co sprawia, że książka staje się jeszcze bardziej intrygująca i tajemnicza, jak prawdziwa, pełna postaci mitologicznych i magii saga. Niestety, zdarzają się także postaci nudne, nijakie, które tylko irytują, jak na przykład Hela, o której, poza tym, że jest zielarką, nie dowiadujemy się zbyt dużo, czy Gudrunn i Bjorn, zbudowani chyba ze zbyt wielkim pietyzmem i zbyt wyidealizowani przez matkę, co jest, chociaż zrozumiałe, to jednak nieco irytujące. 

Główną bohaterkę poznajemy za to bardzo dokładnie – nie ukrywa przed nami nawet przelotnych, złych i dobrych myśli, wszystkich elementów życia, składających się na życie i charakter najpierw małej dziewczynki, potem dziewczyny i kobiety. Jest osobą dobrą, nawet niezłą matką i doskonałą żoną, tęskniącą i kochającą. Autorka stara się jednak jej nie idealizować, pokazując kilka mrocznych stron jej osobowości. Mimo że wszyscy wokół chwalą Sigrun (to jednak było irytujące, trzeba przyznać), a ona sama jest świadoma swoich atutów,  mimo że wie, iż czasami popełnia błędy. Jest pełnokrwistą bohaterką, ciekawą i jednocześnie zupełnie zwykłą, z jaką może utożsamiać się każda z nas, albo przynajmniej zrozumieć kierujące nią uczucia – znamy je przecież, czy jesteśmy w stanie sobie je wyobrazić. Strach o dzieci, miłość do męża, szczęście i smutek są autentyczne, głęboko przez nią przeżywane, ciekawe, jak sama postać, mimo że nie jest ona nikim niezwykłym niecodziennym czy oryginalnym, nie kłuje w oczy i stoi raczej w cieniu swojego męża i syna; mimo niemal boskiego czczenia ją przez poddanych, jest zwykłą kobietą, w której oczach świat ma ciekawą perspektywę. I myślę, że Sigrun da się lubić przez każdego, ale tą zwykłą, szarą sympatią jaką darzymy naszych dawnych znajomych, albo szacunkiem, jaki każdy szanujący się człowiek ma dla swojej babci czy innej, starszej i doświadczonej osoby, która widziała wiele i czuła więcej niż my. 

Jedyną rzeczą, która zdecydowanie nie spodobała mi się w powieści, to okładka. O ile do całej serii, utrzymanej w podobnej stylistyce, nie mam pretensji, bo w pewnym sensie nawiązuje do nordyckich sag i tamtejszej twórczości, okładka tomu pierwszego nie jest ładna. Kiedy przyjrzymy się jej uważnie, zauważamy, że na szarym tle ktoś rozpostarł kawałek jakiejś tkaniny, z nitkami wystającymi na krawędziach, owijając nim większą część okładki. Na środku widnieje charakterystyczny bębenek do wyszywania, a w nim obrazek przedstawiający plan jakiejś bitwy; czerwonymi strzałkami zaznaczono kierunek ruchu dakkarów i snekkarów, a błękitną ruchy statków nieprzyjaciela. Pod bladoniebieską linią widnieje wbita igła, jakby tkanina była haftowana przez Sigrun, która na chwilę odłożyła robótkę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dziwne podobieństwo ilustracji do map w moich atlasach historycznych. Jeszcze tylko legendy brakuje: kierunki uderzenia Norwegów, kierunki uderzenia ich wrogów. Podobne, kolorowe strzałki pojawiają się przy mapach obrazujących jakiekolwiek podboje, ekspansje, a także rozbiory Polski. W atlasach jest to zupełnie w porządku, nawet bardzo cenię sobie ten system, ale nie oznacza to, że ma pojawiać się to na okładkach książek, prawda? W końcu powieść nie jest monografią, ale literaturą piękną, a w takich przypadkach okładka decyduje o tym, czy czytelnik kupi książkę (przyznaję, że kupując tę powieść dla nazwiska Autorki, ale gdybym nie czytała Odrodzonego Królestwa, z pewnością nie sięgnęła po tę pozycję). Okładka ozdobiona także szlaczkiem z nordyckim motywem i czcionką kojarzącą się ze Skandynawią. Całość jednak wygląda bardzo ubogo, nawet z eleganckimi skrzydełkami i z nieciekawą czcionką, gdzie wydrukowano fragmenty – nie ukrywam, że było to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie – recenzji nie blogerów, ale kulturoznawcy, literaturoznawcy i Olgi Tokarczuk, a także sympatyczne zdjęcie Autorki z krótkim życiorysem. Szkoda jednak, że Wydawnictwo nie zdecydowało się na ciekawą okładkę i przez to wiele ludzi, nie wiedząc, co tracą, omijało powieść, nie poznając nigdy świata Sigrun, tak ciekawie odmalowanego przez Autorkę. 

W 1066 roku nastąpił przełom – w sławnej bitwie pod Hastings Wilhelm I Zdobywca jako jedyny człowiek w historii pobił Anglię, zabijając  króla Harolda strzałą, która utknęła mu w oku (według tkaniny z Bayeux), a większość mieszkańców Normandii nawiązywała coraz ściślejsze kontakty handlowe z Południem, przyjmując chrześcijaństwo. Na Rusi władała dynastia Rurykowiczów, ale ich legendarny przodek, Ruryk ze Skandynawii, był już legendą, nie mówiąc już o byłych niewolnikach Panów Północy, Słowianach Zachodnich, którzy tworzyli swoje państwa – między innymi Królestwo Polskie, własność królów i książąt piastowskich. Niedługo potem, w 1095, papież Urban II rozpoczął całe to zamieszanie z krucjatami i wzrok całej Europy zwróciły się na Bliski Wschód, gdzie Baldwin, hrabia z Flandrii, koronował się na króla Jerozolimy. Bezkrwawy Rangok Asów skończył się, a z upadającymi murami Asgardu i Walhalli odszedł świat bezpowrotnie świat Sigrun i Regina. Jednak historia kobiet jej podobnych nigdy się nie kończy – zawsze jacyś mężczyźni idą na wojnę, by czasami nie wrócić, a kobiety czekają, tocząc walkę z samą sobą, ze światem, z codziennością, ze strachem. Walkę o to, by mimo wszystko wpuścić do ciemnego pokoju promień światła, radości i nadziei.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Tytuł: „Saga Sigrun”
Moja ocena: 7/10

niedziela, 19 kwietnia 2015

Moja przyjaciółka, Katarzyna II. Recenzja książki

Hitler, też, niestety, był człowiekiem. I w dodatku był zdolny do mało zwierzęcego uczucia do Evy Braun, co, oczywiście, nie usprawiedliwia jego bestialskich mordów. O to, że chciał władzy nad światem, a przynajmniej nad Europą, nie mam już do niego pretensji. Wcześniej tego chcieli Napoleon, Aleksander Macedoński, rzymscy cezarowie, islam, papież, Mongołowie, Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy, Niemcy Ottonów, Bismarcka, Wilhelma II, a współcześnie mu Stalina... Lista jest długa. Oczywiście różnice między Napoleonem i Hitlerem są wielkie, co do tego nie można mieć wątpliwości. Ten pierwszy wylał mniej ludzkiej krwi i był uważany za genialnego boga wojny, którym naprawdę był, kiedy Hitler to tylko psychicznie chory człowiek, który miał za dużo władzy. Jednak każdy z nich był mały, był rozkosznym, różowym bobasem w białych powijakach. Każdy z nich miał ulubione zabawy, przyjaciół, swoje smutki i radości, zalety i wady. Ale co się musiało stać, że pragnęli władzy? Jak doszli na szczyt? Jak syn prawnika, niespełniony malarz, Gruzin i wielu innych zburzyło Europę, a także większość świata, chcąc ukształtować ich zgodnie z osobistymi planami? Te pytania budziły i budzą fascynację pisarzy i czytelników, o których powstaje o ich drodze na szczyty wiele książek, w tym powieści, które ja, wielka fanka historii, z wielką ciekawością, czytam.

Katarzyna II Wielka jedna z najwybitniejszych władców Rosji, źle zapisała się w historii Polski. Manipulowała swoim byłym kochankiem i królem naszego kraju, Stanisławem Augustem Poniatowskim, a także magnaterią, doprowadzając do osłabienia Polski, a następie do jego rozbiorów. Oczywiście, dużo w tym wszystkim było też winy samych Polaków, ale caryca przez wiele lat była postrzegana przez Polaków jako zło wcielone, Niemka na rosyjskim tronie. Nie można przecież zaprzeczyć, że rządziła twardą ręką i mimo że była oświeconą kobietą, niejeden Rurykowicz mógłby pozazdrościć, a Iwan IV Groźny ze pełnym uznania uśmieszkiem powiedziałby tylko, że to jego krew. Tak naprawdę Katarzyna, a właściwe Zofia, była krwi Askańczyków, Ottona ze Strzałą, Albrechta Niedźwiedzia i Mechtyldy (tak, tej samej, którą możemy poznać w Koronie śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej). Askańczyków, twórców Marchii Brandenburskiej. Można by powiedzieć, że dobra krew. Ale to jeszcze nie wszystko – poza krwią są jeszcze pieniądze, intrygi, aranżowane małżeństwa, niekoniecznie szczęśliwe i masa innych rzeczy, zdecydowanie nie dla mięczaków i niewinnych dziewczątek zapatrzonych w idee wolności dla każdego narodu lub jakieś inne wymysły dla mas. Ale także nie dla biednych, terroryzowanych przez matkę księżniczek, chudych i zaniedbanych, które zostają w dodatku żonami wariatów, niezwracających na nic uwagi poza wojskiem. Więc w jaki sposób taka osóbka, która, według wszelkiego prawdopodobieństwa, powinna umrzeć w zapomnieniu, stała się jedną z najbardziej bezwzględnych kobiet dziejach, bijąc w popularności, przewrotności i okrucieństwie Elżbietę I Tudor i cesarzową Wiktorię Hanowerską?
Główną bohaterką książki jest Warwara Nikołajewna, właściwie Barbara – bo pochodzi z Polski - i powieść jest jej wspomnieniami. Córka introligatora i biednej, polskiej szlachcianki po śmierci rodziców dostaje się na dwór cesarzowej Elżbiety, gdzie w końcu dorabia się pozycji lektorki wielkiego księcia Piotra i szpiega, wychodzi za rosyjskiego oficera, rodzi córkę, a w końcu zostaje hrabiną. Wspinaniu się bohaterki po szczeblach kariery towarzyszą wzniosłe wydarzenia: ślub Piotra z pruską księżniczką Zofią, która stanie się potem Katarzyną II, wojna siedmioletnia, śmierć cesarzowej, przewrót pałacowy i początek rządów Zofii. Ponieważ Barbara jest szpiegiem carycy, a jednocześnie przyjaciółką Katarzyny, dowiadujemy się o dworskich intrygach, mężczyznach carycy i jej następczyni, o najgłębiej skrywanych tajemnicach dworzan, uczestniczymy w kolejnych spiskach, a jednocześnie w zwykłym życiu, które również jest udziałem monarchów i ich dworów. Poznajemy także tam postacie mniej lub bardziej historyczne, przedstawione bardzo ludzko, a także ze specyficznej perspektywy – szpiega, który wie i tak to, co chcą ukryć, albo przynajmniej się już domyśla i równocześnie wrażliwej, inteligentnej kobiety, która nikogo nie ocenia, tylko obserwuje i notuje swoje spostrzeżenia. Mamy więc możliwie największy podgląd na to, co tam się działo, a jednocześnie uczestniczmy w prywatnym życiu bohaterki, nierozerwalnie złączonym z polityką i sprawami rządzących – spragnionych biografii władczyni, albo opracowania bardziej naukowego ostrzegam, że to powieść historyczna, gdzie fikcja splata się z historią bardzo mocno i że trudno zdecydować, co jest prawdą, a co nie. Jednak to, w miarę czytania powieści, przestaje zupełnie nie przeszkadzać, szczególnie, tak jak ja, polubi się Warwarę.

Największym chyba plusem książki jest język Autorki. Zwiewny, lekki, nieprzekombinowany styl, zdania łączące się w płynną, śpiewną całość. Nie ma tu eksperymentów ze środkami wyrazu – porównania są tam, gdzie rzeczy kojarzą się z czymś innym każdemu, dzięki czemu stają się bardzo plastyczne. Brakuje też, co za ulga dla moich zszarganych nerwów, nachalnego archaizowania wypowiedzi przy jednoczesnym łączeniu z zupełnie potocznymi, współczesnymi wyrażeniami, co sprawia dość dziwne wrażenie. Dialogów zresztą jest mało, a kiedy są, nie odstają niczym od współczesnej mowy, no chyba oprócz tradycyjnych rosyjskich wyrażeń i nazw. Wszystko razem tworzy niezwykle piękną, elegancką niczym suknie carycy, harmonijną całość, która oplątuje i hipnotyzuje czytelnika tak, że choćby nie lubił historii, albo nie mógł ścierpieć tematu czy bohaterów, musi czytać dalej, przynosząc mu zadowolenie i odpoczynek. Albo, jak to bywa z książkami, w której dużą rolę pełni historia , wiedział, co wydarzy się z Elżbietą, Katarzyną, Piotrem, jak potoczą dzieje kolejnych bohaterów. Przynajmniej ja tak miałam, bo, chyba już wiecie, przywiązuję wielką wagę do tego, jak książka została napisana i jestem gotowa przeczytać wszystko od deski do deski, byle było dobrze napisane. Z tymi gorzej napisanymi jest już różnie...

Bohaterowie, których jestem zmuszona przedstawić szerzej, to kolejna mocna strona książki. Autorka opisuje pierwszoplanowe postacie bardzo starannie, wszechstronnie i powoli, dawkując ich charakterystyki w odpowiednich proporcjach – nie poznajemy ich od razu, do końca poznając nowe aspekty ich osobowości. Pisarka dużo uwagi poświęca szczegółom – pod jej piórem nieistotne elementy zgrabnie stapiają się w jeden niezwykle szczegółowy i bogaty portret jakiegoś bohatera, naturalny, pełnokrwisty. Autorka pokazuje wady, zalety, silne i słabe strony każdej z postaci, myśli – co dotyczy tylko głównej bohaterki – nie przemilczając niczego, nawet tego, co sprawia, że postać lubimy mniej. Świadczy to przede wszystkim o niezwykłej pewności siebie Autorki, ale także o talencie, przez którym nisko chylę czoło – każdy pisarz ma skłonności do jakiegoś idealizowania swoich bohaterów, każdy przedstawia ich mniej lub bardziej jak swoje lepsze alter ego, jednak tu pisarka prezentuje ich jak zwykłych ludzi, takich jak my, ale jak my bez makijażu i internetowych upiększeń, nawet z najgorszymi myślami.

Warwara to postać najbardziej szczegółowo przedstawiona i nic w tym dziwnego, bo przecież jest główną bohaterką, narratorką historii. Autorka powoli, strona za stroną, nawet każąc jej opowiadać o czymś innym, wgłębia się w psychikę, wspomnienia i wszystko, co Warwarę kształtuje, robiąc to niespiesznie, delikatnie i bardzo ciekawie, mimo że postać ta nie jest jakaś oryginalna - kobieta nie wyróżnia się niczym nieprzeciętnym, nawet urodą, a już na pewno nie charakterem – nie ma więcej zalet niż wad, a swoją niewinność i naiwność straciła już bardzo dawno, do wielu ludzi żywi czasami nieskrywaną nienawiść czy wrogość, chociaż czasami, jak to bywa w życiu, później musi tego żałować. Jej miłość do córeczki, Darii, również nie jest niczym w literaturze nowym, a bynajmniej ukazanym w nowy, świeży sposób, budzi jednak w czytelnikach ciepłe uczucia, tak jak jej przytłaczająca samotność na początku powieści i marzenie o posiadaniu jakiejś przyjaciółki, kogoś, kto będzie mógł ją zrozumieć i komu będzie mogła zaufać w miejscu, w którym wszyscy kłamią i szpiegują siebie nawzajem. Dzięki temu lubimy ją bardziej niż spiżowe sylwetki innych książkowych tworów – jest ludzka, taka bardzo podobna do nas, osobników (w znacznej większości) nieświętych. Poza tym Warwara jest obdarowana spostrzegawczością i bezstronnością swoich sądów, jako zawodowy szpieg i jako – tak naprawdę – cudzoziemka, w której interesie jest przede wszystkim przeżycie w świecie spisków i zbrodni. Ze szczególików, które zauważa, z drobnych historii, które spostrzega, nie mówiąc, czy lubi daną osobę, czy nie, nakreśla portrety poszczególnych bohaterów i starannie opisuje ważne, zapamiętane przez siebie historie z ich udziałem. Nie można jej też odmówić inteligencji, co mocno muszę podkreślić, bo spotkanie prawdziwie inteligentnego bohatera książkowego, jeszcze w tych czasach, to jak natknięcie się na odmianę jakiejś rzadkiej chronionej rośliny. A jeśli mowa o młodych kobietach, to niewiasta o czaszce, w której jest mózg, a nie puch, w dzisiejszej literaturze jest na wagę złota. Naprawdę.

Bardzo lubię także rodzinę głównej bohaterki – męża Igora i Darię, chociaż, wiadomo, postać córki jest bardzo przez matkę idealizowana, co przecież jest oczywiste. Natomiast Igor, choć należący do postaci stojących na uboczu, nie jest nie mniej ważny i ciekawy – to gorącokrwisty oficer, we wiecznych długach powstających przy okazji zakładów z przyjaciółmi i prawdziwy żołnierz kochający swój kraj bardziej chyba niż żonę, w dodatku – kto by się spodziewał – czuły, bardzo dobry ojciec dla Darii, która będzie później kochać go mimo wszystko. Bo, jeśli myślicie, że powiem wam, co się z nim stało, jesteście w dużym błędzie. W każdym razie wnosi do powieści, zdominowanej przez zniewieściałych intrygantów i kochanków obu caryc, coś świeżego, autentycznego. Dzikiego. A może powiedziałabym nawet, szlachetnego, bo Igor jest idealistą, patriotą, wierzącym, dzięki reformom – jakie powinny nastąpić w rosyjskiej armii – wojna zostanie wygrana. W imię tych wartości walczy, płacąc najwyższą cenę.

Postacie historyczne zostały opisane bardzo ciekawie, a jednocześnie bezstronnie, Autorka skrupulatnie unika oceniania i pomstowania oczami Warwary na ich liczne wady czy zepsute czasy. Przedstawia ich z niezwykłą psychologiczną głębią, zrozumieniem, jednocześnie nie odbiegając od prawdy historycznej. Nie oczernia tych, których nie darzy sympatią, nie wybiela tych, których lubi, raczej z pietyzmem odkurza ich portrety, przedstawiając nam ludzi takich jak wielu z tych, którzy nas otaczają, tyle że na szczytach władzy, codziennie walczących o kolejny dzień przetrwania na dworze. Przed naszymi oczami przewija się cała ich galeria, jak w kalejdoskopie, jedne zostają dłużej, inne – tak jak polski ambasador mianowany przez wszechpotężnego króla Augusta III Sasa, młody i dość naiwny Stanisław Antoni Poniatowski – pojawiają się tylko na chwilę, niepozbawione są jednak psychologicznej głębi i tego rysu, który sprawia, że są żywi. Poznajemy więc carycę Elżbietę, spędzającą czas na pijackich orgiach, patrzeniu na szalonego księcia Iwana i leżeniu krzyżem przed ikoną Matki Boskiej. Wielkiego Księcia Piotra, późniejszego cara, osobiście kochającego pruskich żołnierzy i największego wroga Rosji, króla Prus Fryderyka II; sam jest niekoniecznie zdrowego psychicznie, szczególnie po ospie, która na zawsze zniszczyła mu twarz. Matkę Katarzyny vel Zofii, osóbkę widzącą w córce tylko pionek w grze o własny awans. No i, oczywiście, samą Katarzynę.

Wielka caryca została przedstawiona tu bezstronnie, bardzo ludzko. Autorka ma odpowiedni dystans do tej postaci, traktuje ją jak bardzo inteligentną kobietę, którą doświadczenie nauczyło, że jeśli chce wygrać grę o władzę musi być bezwzględna, nawet kosztem miłości, której trzeba się wyrzec (przychodzi jej to nawet łatwo… bardzo łatwo) co niekoniecznie rozumnie jej kochanek, pan Poniatowski. Zresztą nie interesują ją skutki – woli raczej prześledzić przyczyny, te drobne, czasami nic nieznaczące doświadczenia, które wątłą, ufną i łagodną Zofię, dźwigającą ciężar ambicji matki, zmieniły w niewątpliwie okrutną, pewną siebie Katarzynę, doskonałego polityka, umiejętnie wykorzystującego dawne bliskie znajomości z naiwnymi ludźmi, jak wyżej wspominany Polak. Przy całej przebiegłości carycy w tej powieści nie brakuje rys kobiecych, co prawda wypaczonych przez fakt, że jej własne dzieci wolały ciotkę Elżbietę niż ją i licznych kochanków, których liczba niebezpiecznie zbliża Katarzynę do swojej poprzedniczki. Jednak pisarka sięga jeszcze głębiej – zdaje się rozumieć swoją bohaterkę, tak jak kobieta rozumie kobietę, a nawet uwypukla bolesne fragmenty jej życia, przez co momentami, szczególnie na początku powieści, nawet współczujemy biednej dziewczynce, jaką była. Później dopiero okazuje się, że nie wiedzieliśmy nawet połowy o niej – poznajemy ją jak Warwara: powoli, z dystansem przyglądając się jej poczynaniom i chwilom bardzie intymnym, reakcjom na różne wydarzenia i słowa innych, po jakimś czasie wiemy o niej wystarczająco tyle, by nazwać ją, tak jak główna bohaterka, przyjaciółką, chociaż chyba nie każdy chciałby zawrzeć z nią bliższą znajomość. W każdym razie zajrzeć do wnętrza takiej osoby, a jeszcze zostać jej przyjaciółką, to niezwykle osobliwe uczucie, jak dla mnie bardzo przyjemne.

Błędów historycznych w powieści nie zauważyłam żadnych, pod względem merytorycznym książka jest nienaganna. Zresztą, na końcu pisarka pobieżnie wymieniła opracowania, z których korzystała – pomiędzy nimi były oryginalne pamiętniki carycy, niewątpliwie cenne, wiarygodne źródło. Co więcej, Autorka momentami błyszczy ciekawostkami, szczególikami, dotyczącymi najczęściej obyczajów XVIII-wiecznej Rosji i jej kultury oraz mody. Zabierając się za intrygi, wojny i wszystkie te sprawy dużych, niegrzecznych dzieci zwanych politykami, doskonale orientuje się w realiach, celach każdego z monarchów i zawiłościach prowadzonych przez nich polityki, co dla mnie, osóbki raczej naiwnej i niewinnej, czasami jest zbyt zawiłe lub trudne do zrozumienia. Należy także odnotować, że, mimo o wojnie siedmioletniej nie ma tu zbyt wiele, pisarka przypomina nam bardzo mało znaną bitwę pod Groβ-Jägerdorfem, powiększając tym samym moją wiedzę historyczną (natychmiast po przeczytaniu książki szukałam jakichś informacji na temat bitwy w Internecie), za co jej bardzo dziękuję.

Fabuła, w miarę rozwoju wydarzeń, nabiera tempa – przy końcu znajduje się punkt zwrotny dla wszystkich wątków, a potem stopniowe wyciszanie. Nie mamy jednak uczucia chaosu; pisarka uważnie i wolno plącze swoją sieć z wątków, poszczególnych historii, każdy z nich kończąc w odpowiednim momencie, by w innym jeszcze raz o nim przypomnieć - jak z powracającym snem Warwary, dotyczącym realnych wydarzeń z jej życia. W przeciwieństwie do innych książek historycznych, w których – z racji tego, że kluczowe wydarzenia miały miejsce w różnych latach – tutaj nie miałam nieznośnego uczucia cięcia scen, mimo że powieść została podzielona rozdziały, każdy obejmujący kilka lat. Sceny przepływają płynnie, pisarka dba o to, by, nawet gdy jest zmuszona do robienia przeskoków, wszystkie wątki i wydarzenia były jasne dla czytelnika. Ponadto, ani przez jedną stronę nie odczuwałam nudy, wręcz przeciwnie – z rosnącym w miarę rozwoju akcji zainteresowaniem przerzucałam strony i wgłębiałam się w malowniczą historię, wabiącą mnie kolorami, postaciami i po prostu dobrze napisaną opowieścią, może nie nową, ale i tak bardzo ciekawą.

Trzeba jednak przyznać, że sam pomysł na książkę nie jest nowy. Na kartach wielu powieści o drodze przeróżnych ludzi na królewski czy cesarskich tron, względnie kanclerski fotel (co ten Hindenburg sobie myślał, kiedy przekazywał tę godność Hitlerowi?!) aż roi się od szpiegów, którzy z powodu swojego zawodu widzą to wszystko z perspektywy zakulisowej, znają prawdziwe intencje i umieją prześwietlić spiski możnych oraz dworskie intrygi. Gdy w ten sposób popatrzymy na historię Warwary, nie wydaje się niczym nowym, tak samo jak konstrukcja powieści, chyba że uprę się i napiszę, że Wareńka jest szpiegiem w spoczynku, spisującym swoje wspomnienia po latach. Biorąc książkę do ręki, miałam nadzieję na opowieść Katarzyny, pełną intymnych szczegółów i wyznań szeptanych czytelnikowi do ucha, co byłoby rzeczą bardzo oryginalną (a i bardzo trudną, ale myślę, że pisarka, gdyby przysiadła fałdy, poradziłaby sobie z jeszcze bardziej trudnymi rzeczami) i dzięki temu mogłaby bardziej skupić się na historii, nie na historii życia wymyślonej bohaterki, tym samym uniknęłaby wplatania powieściowej fikcji nad faktami, na tyle intrygującymi, że dałoby się z tego zrobić ciekawą rzecz przez jakiekolwiek osi fabularnej. Z drugiej strony, dzięki Warwarze, której historia spina wszystkie wydarzenia, pisarka w łatwy i przyjemny sposób uniknęła zarzutów o bezsensowność, dłużyzny albo pełną niepotrzebnych dygresji narrację. W każdym razie – jest tak, jak jest, a równowaga między fikcją a prawdą cudem została zachowana.

Jedną rzeczą, na którą mogę się naprawdę skarżyć to okładka. I tytuł. Angielski brzmi The Winter Palace, czyli po prostu Pałac Zimowy i chociaż nie jest dobrany zbyt fortunnie, to zostawia pole dla wyobraźni, jak to mówiła Ania z Zielonego Wzgórza, a nie sprawia, że od początku wiemy, o czym będzie książka, jak to czyni ten z polskiego wydawnictwa. Chociaż w przypadku tej, konkretnej powieści, myślę, że jest zabieg przemyślany przez polskiego wydawcę – każdy, kto mniej więcej zna historię Polski, zainteresuje się carycą, kochanką ostatniego króla naszego kraju i osobą, która, wraz z Fryderykiem II i Marią Teresą, pozbawiła Polskę niepodległości na 123 lata. Postać Katarzyny budzi więc jakieś konkretne emocje, dzięki którym wiele osób zwróci uwagę na książkę, szczególnie – jak informuje nas podtytuł – postać dotyczy sposobu, w jaki dostała się na rosyjski tron. Pałac Zimowy kojarzy się z carami w ogóle, a jeszcze wiele ludzi (niestety, tacy istnieją) nie wiedzą, w jakim państwie znajduje się taki pałac, albo czy przypadkiem nie jest to fantastyka. Mimo tego tytuł mnie irytuje, nie tylko dlatego, że jest bardzo długi, a ja nie mam pamięci do długich tytułów, ale także z tego powodu, że zgrabnie myli czytelnika, powieść, jak już wiecie, nie jest zupełnie o Katarzynie, a powieść nie jest stuprocentowo o jej dochodzeniu do władzy. Okładka też nie pociąga. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam, od tej szachownicy, musiałam zmrużyć oczy i wcale nie dlatego, że, mimo że nie noszę okularów, coraz bardziej niszczą mi się od komputerów, telefonów i, oczywiście, książek (jasne, oszukuj się dalej, Kylie). Odwrócona postać w przepysznej, czerwonej sukni bardzo przypomina Katarzynę i pasuje tam w miarę, to fakt, a tytuł zwinięty w barokowe zawijasy jest przyjemny dla oka, chociaż dziwnie kojarzy się z romansidłami; jednak wydaje mi się, że tych wszystkich napisów w tej zwykłej, psującej wszystko czcionce, jest za dużo. Patrzę na okładkę i co widzę? Reklamy, nachalne zachęcenia do kupna powieści, zapewnienia, że to jest powieść o wielkiej, potężnej carycy i tylko o niej, w dodatku wszystko brzydką czcionką, zwykłą (to chyba najzwyklejszy Arial) i nudną, jakby wszystko nie mogło się zmieścić w opisie. Już chyba nie muszę mówić, jak to działa na mój delikatny układ nerwowy, szczególnie że wydawnictwo jest jednym z moich ulubionych i naprawdę wysoko cenię sobie jakość wydawanych przez nich książek.

Poważny historyk prychnąłby na widok tej książki, kiedy dowiedziałby się, że samej Katarzyny w powieści, rzekomo o Katarzynie, nie jest znów tak dużo, jednak jeśli ów historyk jest książkowym molem, szukającym dodatkowo jakiegoś miłego, łagodnego wstępu w historię Rosji XVIII-wieku czy też w samą biografię carycy, by potem nie utknąć przy poważniejszych książkach, powieść jest w sam raz. Chociaż porównanie mnie do historyka jest tak samo trafne, jak porównanie romansu stuletniego wampira Edwarda siedemnastoletniej Belli do doskonałej Lolity Nabokova, więc wiecie. Prawdą jest jednak, że nie odpuszczę sobie żadnej powieści historycznej, na jaką się natknę, nie mówiąc już o takiej, która, tak jak ta, jest świetnie napisana, ma w sobie pełno ciekawych postaci, słowem, jest bardzo dobra Jedna z tych na tyle dobrych, że pozwala poznać postacie historyczne od podszewki, często obdzierając je, jeśli są to królowie, z blichtru i aury boskiego namaszczenia, pokazując nam ludzi, którymi przecież byli. Pozwolić nam się z nimi zaprzyjaźnić. A ponieważ książki mają do siebie to, że bohaterowie nie wychodzą z nich (na nieszczęście dziewczyn spragnionych przystojniaków), śmiało mogę powiedzieć, że Katarzynę II znam teraz jak przyjaciółkę i że tą przyjaciółką jest. Mimo że w realnym świecie – niestety - zapewne nie byłoby aż tak kolorowo.

Tytuł: „Katarzyna II. Gra o władzę”
Autor: Eva Stachniak
Moja ocena: 7/10